Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
7.09.1954, biurko pełne oburzenia
AutorWiadomość
7.09.1954, biurko pełne oburzenia [odnośnik]24.01.16 16:57
Dzień jak co dzień.
Dokumenty krążyły utartymi ścieżkami między archiwum, salami obrad i salą służb administracyjnych. Papierobieg był układem niezbędnym dla funkcjonowania Wizengamotu, nawet jeśli urzędniczą pracę uważano za niezbyt wzniosłą. Mylnie! Gdyby nie stosy ułożone pedantycznie na biurkach, jedna z najwyższych władz czarodziejów przestałaby funkcjonować, paraliżując nie tylko Ministerstwo, ale i cały magiczny świat. Może i zarzuty o braku kreatywności w czysto biurowej pracy były słuszne, lady Bulstrode nie postrzegała jednak tego jako wady mogącej przekreślić wagę wypełnianych przez nią obowiązków. Odrobina polotu przydawała się nawet tutaj, trochę sprytu, ale przede wszystkim dokładność i perfekcyjność. Pomysłowość można było rozwijać w domu, zajmować się jakimś ciekawym hobby, ale tu - w Służbach Administracyjnych Wizengamotu - liczyła się skrupulatność. I dlatego Maire czuła się tutaj świetnie. Wypełnianie drobnym, ładnym pismem formularzy, sprawdzanie protokołów, przepisywanie wyroków było zadaniem jedynie pozornie monotonnym. Każda sprawa była inna, miała jakiś smaczek, jakiś dreszczyk emocji. Była jak bardzo nudna, ale jednak powieść kryminalna. Na podstawie lakonicznych faktów snuć można było fantazje, przyprawiające o dreszczyk historie kryminalne. Bez przesady, by nie wypaść z rytmu pracy, nie popełnić błędu.
Ale były i sprawy banalne, przyprawiające niemal o niesmak. Rzucenie klątwy na nieprzyjemnego sąsiada czy szczekającego psa. W jakim świecie żyjemy? Czy problemów nie można było rozwiązywać z kulturą, d y p l o m a t y c z n i e? Maire wzdychała cichutko nad ludzką głupotą, pochylając się nad kolejnym dokumentem mogącym zaważyć na wolności lub więzieniu jakiegoś człowieka. Grunt, to nie angażować się, nie współczuć, nie oceniać. Jedynie skrupulatnie wypełniać swoją pracę, wypełniać rubryczki, poprawiać literówki, sprawdzać prawidłowość z procedurami. I tak kilka godzin dziennie przez pięć dni w tygodniu, siedząc prosto, dumnie, przy ogromnym biurku na którym stosy papierów ułożone były w pedantycznym porządku.
Maire Parkinson
Zawód : Służby Administracyjne Wizengamotu
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
And I know that I can survive
I'll walk through fire to save my life
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
nie ma róży bez ognia
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1777-maire-bulstrode http://morsmordre.forumpolish.com/t1850-panna-gruszka http://morsmordre.forumpolish.com/t1851-maire http://morsmordre.forumpolish.com/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://morsmordre.forumpolish.com/t1852-maire-bulstrode
Re: 7.09.1954, biurko pełne oburzenia [odnośnik]24.01.16 20:58
Pieprzona papierologia. Jeden dzień w tygodniu musiał siedzieć na tyłku i sporządzać raporty. Oczywiście, odkładał to na ostatnią chwilę, aż nagle się zorientował, że zawalił swoje obowiązki po całości. Raportów nie oddawał od trzech tygodni, ale w zamian za to zna plotki z Ministerstwa i otrzymał po raz kolejny darmowy bilet na mecz Os. Nienawidził takiego porządkowania. Jak miał zapisać, co się wydarzyło? Oczywiście powinien to robić po każdej akcji , sporządzać notatkę, ale to było takie nudne. Nie po to szkolił się tyle lat, aby teraz prowadzić jakąś dokładną dokumentację. Powinni zatrudnić do tego asystentów, naprawdę. Alfred już zaczął pisać wniosek do Szefa Departamentu. Wyjął piękny pergamin, a następnie swój zielony atrament. Jakby tu zaczął… Nagle z końca korytarza mignęła mu niepożądana sylwetka magipsychiatry. Uniknął już trzech spotkań, bo największych akcjach i nie chciał, aby ktokolwiek zadawał mu pytania „a jak się czujesz” z związku z daną sprawą. Może i widział dużo śmierci, czasami sam wrzucał kogoś do Tower albo Azkabanu, ale niech Was ponurak kopnie nie będzie chodził na jakieś konsultacje psychiatryczne. Szybko zerwał się z biurka, a mina uzdrowiciela już znaczyła, że to gabinet Parkinsona chciał odwiedzić. Alfred miał za mało czasu na przemianę w kogoś innego i udawanie, że rzekomy agent zniknął na kolejną grubą akcję, więc zaczął uciekać. Biegł ile miał sił w nogach, kolejne to piętra nie stanowiły dla niego przeszkody, a adrenalina uderzała do głowy, gdy mężczyzna podążał za nim. Znalazł się na ostatnim piętrze i brakowało mu już dróg ucieczki. Nerwowo rozglądał się po pomieszczeniu, aż wpadł na szatański pomysł. Rzucił się na kolana, wykonując ślizg prosto pod biurko Maire Bulstrode, szepcząc ciche „dzień dobry, mnie tu nie ma”. Gdy cały się tam ulokował, zaczął odprawiać dzikie modły w myślach, aby kobieta okazała się z tych dobrych i go nie wydała. Uzdrowiciel już stał w progu i rozglądał się po pomieszczeniu. Niekomfortową sytuację potwierdzał fakt, że praktycznie znajdował się między nogami szlachcianki, podkulając swoje nogi prawie pod samą brodę. Po co tak rósł! Zamknął oczy, wstrzymał oddech i czekał, nasłuchując kroków uzdrowiciela, który przechadzał się po pomieszczeniu.




If I risk it all,
could You break my fall?

Alfred Parkinson
Zawód : Wiedźma Straż
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Cynik i król bez miłości - to tylko tytuły.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1679-alfie-parkinson#17486 http://morsmordre.forumpolish.com/t1693-magenta#17983 http://morsmordre.forumpolish.com/t1694-incendio#17984 http://morsmordre.forumpolish.com/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://morsmordre.forumpolish.com/t1695-alfred-parkinson#17987
Re: 7.09.1954, biurko pełne oburzenia [odnośnik]25.01.16 15:27
Około godziny dwunastej, pierwszy moment odetchnięcia. Nie przerwa - po co komu przerwy, przecież to taka przyjemna praca - lecz oparcie się na moment wygodniej, lekkie odchylenie głowy. Trzeba dbać o swój kręgosłup, policzyć belki w suficie. Do dwudziestu. Potem delikatnie rozmasować kark, pięć razy przechylić głowę na bok, delikatnie, by nic nie naciągnąć, pięć razy przód - tył i można wracać do pracy. Skupić znów myśli, zmrużyć oczy. Wziąć w dłoń pióro, pochylić się nad pergaminem i... zostać wytrąconym z równowagi przez nagłe wtargnięcie kogoś o b c e g o. Pomiędzy monotonny szum kartek wdarł się nieznany ton oznaczający problemy. Może i większość pracowników zbyt skupiona była na pracy, by zarejestrować spektakularny ślizg Alfreda Parkinsona, ale nie Maire. Nie tylko dlatego, że wylądował akurat pod - pomiędzy - jej nogami.
Z oburzenia odebrało jej mowę. Jak mógł, jak śmiał znaleźć się pod tym konkretnym biurkiem, absolutnie łamiąc wszelkie zasady kultury, dobrego smaku, przyzwoitości, naruszając jej drogocenną prywatność? To było poniżej wszelkiej krytyki. Minę miała mocno zdezorientowaną i jedynie wodziła oczami za magomedykiem, który pojawił się zaraz po lordzie Parkinsonie. Ależ owszem, znała go. Albo raczej kojarzyła, pamiętała jego ślub z nieprzyjemną atmosferą, krzyżowane spojrzenia na Sabatach. Nic szczególnego. A teraz siedział pod jej biurkiem, przy każdym nieprzemyślanym ruchu czuła jak ociera się o jej łydki. Co za potworność. Co za wstyd. Nic dziwnego, że szukał go magipsychiatra. Chciała zauważyć, że poszukiwany osobnik znajduje się tutaj i wykazuje najzupełniej zaburzenia rozumowania, ale wciąż nie potrafiła wydusić słowa. I nagle przyszła jej do głowy straszliwa myśl, że jeśli nie wyda Parkinsona teraz, nim jeszcze uzdrowiciel poszedł do tego konkretnego biurka, mogą uznać ją za w s p ó ł w i n n ą. Co powie ojciec? Jak ona się wytłumaczy? A wydać go nie mogła, oniemiała, do tego nagle zatrwożona. Pal licho wariata, musiała ratować swój honor!
Nie pozostało więc nic innego, jak westchnąć ze zrezygnowaniem i pochylić nad papierami, choć kompletnie nie była w stanie zrozumieć nawet pierwszego zdania protokołu.
Maire Parkinson
Zawód : Służby Administracyjne Wizengamotu
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
And I know that I can survive
I'll walk through fire to save my life
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
nie ma róży bez ognia
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1777-maire-bulstrode http://morsmordre.forumpolish.com/t1850-panna-gruszka http://morsmordre.forumpolish.com/t1851-maire http://morsmordre.forumpolish.com/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://morsmordre.forumpolish.com/t1852-maire-bulstrode
Re: 7.09.1954, biurko pełne oburzenia [odnośnik]26.01.16 17:01
Ciemno i zaskakująco ciasno, to były pierwsze myśli Alfreda, gdy z nerwów zaciskał aż wargi. Jakby ktokolwiek go wydał, a przede wszystkim ta o to brunetka, wyszedłby na niepoważnego szlachcica. Podkulił bardziej nogi. Nie był zboczeńcem, nie interesował się, jakie Maire ma buty, pończochy i gdzie kończy się jej sukienka. Starał się nawet nie oddychać za mocno, prędko zbierał poły szaty, która mogła wystawać zza biurka.
Wdech, wydech.
Nie zapamiętał nawet twarzy dziewczyny, której wpakował się pod biurko. Na brodę Merlina, niech nie będzie szlamą. Zerknął wtedy na materiał sukienki. Wydawał się drogi, nawet miał myśli, że to chyba z butiku rodzinnego, ale czy to było możliwe? Mężczyzna stanął przy biurku Maire, Alfred widział jego buty, a w głowie pojawiła się tona przekleństw. Cokolwiek by teraz nie zrobił, musiał liczyć na zrozumienie ze strony kobiety.
Raz, dwa, trzy, zabije go szef. Powinien regularnie oddawać raporty, chodzić na spotkania z magipsychiatrą. Tu nie chodziło o jakieś problemy psychiczne. Czy niechęć do opowiadania o własnym życiu, śmierci kolegi czy badanie zdolności lidera bądź pracy w grupie były problemem emocjonalnym? Oszczędzał słowa, to nie była choroba, przynajmniej Parkinson tak nie uważał. Kroki odbijały się echem od posadzki, aż w końcu ucichły. Alfred ostrożnie zaczął wychodzić spod biurka, lecz pozostał jeszcze na podłodze. Uniósł głowę.
- Poszedł już? – spytał cicho, przerywając po raz kolejny pilną pracę urzędniczki. Dopiero teraz mógł zauważać jej rysy twarzy. Przekleństwo pojawiło się w głowie. Szlachta, świetnie, jeszcze tego mu brakowało, żeby całe środowisko arystokracji huczało o jego umiejętnościach ucieczki przed poważnymi sprawami. Nadal siedział na podłodze, wpatrując się w nią. Szukał symboli rodowych, wskazówek dotyczących jej życia, czy mógł w ogóle jej ufać?




If I risk it all,
could You break my fall?

Alfred Parkinson
Zawód : Wiedźma Straż
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Cynik i król bez miłości - to tylko tytuły.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1679-alfie-parkinson#17486 http://morsmordre.forumpolish.com/t1693-magenta#17983 http://morsmordre.forumpolish.com/t1694-incendio#17984 http://morsmordre.forumpolish.com/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://morsmordre.forumpolish.com/t1695-alfred-parkinson#17987
Re: 7.09.1954, biurko pełne oburzenia [odnośnik]26.01.16 19:37
Bulstrode. Ród masek, perfekcyjnie odegranej roli. Musiała się ratować.
Odruchowo poprawiła sukienkę, lekko ją rozkładając, jakby to miało jeszcze bardziej zasłonić niespodziewanego natręta. Skupione spojrzenie, palce zaciśnięte na piórze. Zmusiła się do pochylenia nad dokumentem, przeczytała go dokładnie, kilka razy, bo zebranie myśli nie było łatwe, gdy pod biurkiem czaił się mężczyzna. Magomedyk przechodził pomiędzy rzędami, przyglądając się pracującym. Niewiele ich obchodziło. Nieliczni, którzy dostrzegli komiczną scenę nie kwapili się do wsypywania dwójki szlachciców. W końcu arystokracja miewa te swoje durne zabawy i zwyczaje, prawda? Narażanie się znaczącym rodom nigdy nie było dobrym pomysłem, więc obojętność współpracowników w połączeniu z wystudiowanym spokojem Maire odniosła skutek.
Uzdrowiciel obserwował ją chwilę - posłała mu zniecierpliwione spojrzenie z gatunku co pan tu jeszcze robi poza zakłócaniem cennej przestrzeni mojego mikrokosmosu - po czym ruszył dalej, by wreszcie z rezygnacją opuścić pomieszczenie.
Bulstrode wywróciła oczami, wzdychając teatralnie i łaskawie odsunęła się nieco, by umożliwić wielkoludowi wydostanie spod biurka. Dopiero wtedy miała czas, by lepiej mu się przyjrzeć - ale była zbyt oburzona, by przejąć się artystycznym nieładem jasnych włosów czy intensywnym odcieniem jasnej zieleni w oczach. Był i n t r u z e m w jej poukładanym świecie, nagłym zgrzytem. Dlaczego miała poświęcać mu choć odrobinę swojej cennej uwagi, skoro już odegrała niemą scenę przed magomedykiem? Ale liczyła chociaż na przeprosiny, choć wciąż nie mogła wydusić słowa. Skinęła jedynie sztywno głową, strzepnęła z ramienia niewidoczny pyłek, poprawiła ułożenie rodowej broszki dyskretnie wpiętej w górę sukienki. Patrzyła wyczekująco, a jednocześnie z rezerwą.
Lordzie Parkinson, powinieneś już sobie iść.
Maire Parkinson
Zawód : Służby Administracyjne Wizengamotu
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
And I know that I can survive
I'll walk through fire to save my life
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
nie ma róży bez ognia
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1777-maire-bulstrode http://morsmordre.forumpolish.com/t1850-panna-gruszka http://morsmordre.forumpolish.com/t1851-maire http://morsmordre.forumpolish.com/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://morsmordre.forumpolish.com/t1852-maire-bulstrode
Re: 7.09.1954, biurko pełne oburzenia [odnośnik]26.01.16 21:23
Bicie swojego serca czuł na krtani, gdy tętnica szyja pulsowała mu w zastraszającym tempie. Chociaż ledwo zmieścił się pod tym biurkiem, miał wrażenie, że trudniej było się spod niego wydostać. Dłonią sięgnął do sukienki kobiety, poprawiając każdy materiał, któremu zburzył ład i porządek. Nie miał siły się podnieść. Miał dobrą kondycję, ale na barki nagle stąpiła mu cała tona obowiązków oraz powinności. Kolana aż bolały, powinien je rozchodzić, ale zastygnięte mięśnie pozwalały mu tylko dalej siedzieć na podłodze, wpatrując się w kobietę.
Dlaczego była tak sztywna, poukładana? Jej obraz był zupełny przeciwieństwem zdruzgotanego Alfreda. Nieład we włosach, pogięte ubrania od biegu przez tyle pięter, paczka papierosów nawet wystawała mu bezczelnie z kieszeni marynarki. Prędko ją schował. Analizował każdy jej ruch, sięgnięcie do ramienia, brożki.
-Ach, Bulstrode – westchnął ciężko i wtedy zaczął rozumieć. Wpadł nie pod to biurko, pod które powinien. Lepiej byłoby się chyba dogadać z mugolem. Maska, wypracowane idealne ruchy nawet najmniejszego palca… I ta cisza. Przestrzeń między nimi została naruszona rozchodzącym się dźwiękiem przewracanych kartek i świstu pióra o pergamin. Po kiwnięciu głową powoli zaczął wstawać. Oczy współpracowników lady Bulstrode nagle szybko skupiły się na swoich stosach teczek z czerwonymi napisami. Zapewne nawoływały o szybkie sprawdzenie, lecz Alfred nie miał teraz czasu o tym myśleć. Nie wiedział, co miał zrobić. Ledwo wyszedł spod biurka i znów zapadła paskudna, druzgocąca cisza. Ukłonił się, sięgając po dłoń panienki Bulstorde, a następnie składając na jej wierzchu lekki, dziękczynny pocałunek. Powoli wracając do pozycji wyprostowanej, wyszeptał:
- Liczę, że to zostanie między nami, a oblivate nie jest potrzebne – bezczelna wypowiedź mogła zagwarantować mu siarczysty policzek. I znów zapadła cisza. Wpatrywali się w siebie, być może szukając słów, albo zwyczajnie sposobu jak się zachować. Wszyscy wiedzieli już na pewno z jakiego jest działu. Ci z Wiedźmej Straży nieczęsto zapuszczali się do innych departamentów. Przekazywali informacje, prowadzili śledztwa, ale w ich obowiązkach nie mieściło się wpasowywanie się pod biurka niezamężnych szlachcianek. Dopiero po chwili puścił jej dłoń.
- Panienko Bulstrode, czy ma pani jakiś sposób na te… – urwał, a myśli podpowiadały same przekleństwa. Tak, na górze wciąż na niego czekały raporty. Maire mogła zrozumieć, że chodzi o uzdrowiciela, w końcu taki miał problem jeszcze przed chwilą – raporty? – powiedział po chwili, pozwalając jej nawet dokończyć czytanie pergaminu, który miała teraz w dłoniach. Czy powinien powiedzieć o uzdrowicielu? Absolutnie. Oszczędzajmy słowa, udawajmy, że właśnie po to Alfred zszedł na dół. A potem ściszył głos, aby tylko Maire to mogła słyszeć – Cóż, będę wobec pani zobowiązany, lecz jakby chciała pani mnie spoliczkować za to karygodne zachowanie, proszę się wstrzymać. – mogło to zabrzmieć jak groźba, w końcu donosy Wiedźmej Straży na pewno były legendą w każdym departamencie. – Przynajmniej cztery godziny do końca pracy




If I risk it all,
could You break my fall?

Alfred Parkinson
Zawód : Wiedźma Straż
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Cynik i król bez miłości - to tylko tytuły.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1679-alfie-parkinson#17486 http://morsmordre.forumpolish.com/t1693-magenta#17983 http://morsmordre.forumpolish.com/t1694-incendio#17984 http://morsmordre.forumpolish.com/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://morsmordre.forumpolish.com/t1695-alfred-parkinson#17987
Re: 7.09.1954, biurko pełne oburzenia [odnośnik]28.01.16 17:01
Nie powinien się tutaj znaleźć i nawet jeśli łaskawie pozwoliła mu schronić się pod biurkiem, przedłużenie tak komicznego momentu było bezsensowne. Przydałaby się pełna wyższości, doprawiona nutą pogardy cisza, dająca jasno do zrozumienia, że już na niego pora. A jednak Maire nie potrafiła się na nią zdobyć. Milczała, lecz o dziwo nie ze względu na wręcz oczywisty przebieg kolejnych wydarzeń, ale ze względu na zbyt wielki s z o k, którego powodem stał się Parkinson. I choć otulająca twarz maska była nienaganna, to szlachcianka czuła się nieswojo. Zdawała sobie sprawę z tego, że oto przydarzyła się sytuacja druzgocząca jej aktorskie zdolności i czuła niesmak, wykorzystując niezależne zjawiska dla ratowania swojego oblicza. Cisza nie była jej zasługą, choć powinna.
Oznaczając wspaniałomyślność, gdy składał wytworny pocałunek na jej delikatnej dłoni i zdegustowanie, kiedy tak bezczelnie się do niej odnosił, strasząc zaklęciem Obliviate. A w rzeczywistości oznaczała jedynie kompletne zaskoczenie, zdumienie, nieumiejętność odpowiedniego zareagowania na tak niecodzienną sytuację, do której nigdy nie została przygotowana. Cisza kroczyła pomiędzy nimi w rytmie marszowych kroków, niezręczna i nieprzyjazna. Co miała odpowiedzieć? Na Merlina, lordzie Parkinson, jestem pracownicą służb administracyjnych i taki raport nie jest żadnym problemem. Ale wciąż uparcie milczała, wybawiona z opresji oczekiwanej odpowiedzi kolejną wypowiedzią absolutnie aroganckiego szlachcica. Dobre sobie!
- Rzeczywiście, lordzie Parkinson, jak słusznie pan zauważył, jestem w pracy. - powiedziała wreszcie dość sztywno, wracając wzrokiem do papierów i jasno dając tym do zrozumienia, że powinien już stąd zniknąć. Bez poufałości, wylewnych podziękowań czy tłumaczenia. Po prostu zakończyć tę farsę, wyjść i zachowywać się, jak gdyby nigdy go tutaj nie było.




I może dałoby się uwierzyć, że biurkowy incydent nigdy nie zaistniał - przez okrągły tydzień Maire karciła się za każdą myśl o bezczelnym arystokracie - gdyby nie to, że Parkinson znów pojawił się na jej piętrze. Znów w pędzie, z włosami w nieładzie, nerwowy, ze swoim nieuporządkowaniem tak bardzo naruszający pedantyczność całego działu.
Znów pod j e j biurkiem.
Nie miała pojęcia dlaczego znów nie zareagowała i z taką łatwością, takim brakiem sprzeciwu zwyczajnie odsunęła na bok nogi, by usadowił się pod znajomym już meblem. Tym razem przez pomieszczenie przechodził auror. Wyglądał na bardziej przejętego niż wcześniej magomedyk i - a jakże - przystanął przy biurku lady Bulstrode. Posłała mu nieco rozzłoszczone spojrzenie szlachcianki oderwanej od pracy (a w rzeczywistości po raz kolejny postawionej w tak idiotycznie niezręcznej sytuacji, za którą tym razem miała już zamiar Parkinsonowi wygarnąć) i nie miał innego wyjścia, jak tylko oddalić się jak niepyszny.
- To jest oburzające. - oceniła, kiedy wreszcie zniknął i nadeszła upragniona chwila pozbycia się irytującego dodatku do biurowego wyposażenia.
Maire Parkinson
Zawód : Służby Administracyjne Wizengamotu
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
And I know that I can survive
I'll walk through fire to save my life
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
nie ma róży bez ognia
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1777-maire-bulstrode http://morsmordre.forumpolish.com/t1850-panna-gruszka http://morsmordre.forumpolish.com/t1851-maire http://morsmordre.forumpolish.com/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://morsmordre.forumpolish.com/t1852-maire-bulstrode
Re: 7.09.1954, biurko pełne oburzenia [odnośnik]29.01.16 22:23
Wyliczanie co powinien, a co nie, jest niepoprawne. Szlachcicowi w zasadzie wszystko wolno, a już na pewno unikać obowiązków. Tyle lat Nestor się o niego w jakiś namolny i apodyktyczny sposób nie upominał, to i teraz powinno mu ujść wszystko na sucho. Czy to jego wina, że do spisywania raportów powinni zatrudnić kompetentne do tego osoby? W czasie, kiedy musiał odbębnić swoje przysłowiowe godzinki przy biurku, mógł wykonać co najmniej kilka swoich kolejnych zadań. Miał nadzieję, że szef departamentu w końcu wpadnie na ten pomysł, bo Alfred zdecydowanie nie miał do tego głowy. Z resztą, ta sprawa z magomedykiem była wyjątkowo dziwna i nie na miejscu. Czy jakby było coś nie tak z jego psychiką to nikt inny by tego nie zauważył? Zespół stresu pourazowego daje się we znaki bardziej niż poranne mdłości, a on radził sobie z tym wyjątkowo świetnie. Oszczędzał swoje słowa na tyle, że uważał, iż są zupełnie niepotrzebne podczas rozmowy z psychiatrą. Nie był na nią gotowy, na pewno nie dziś. Chciał rzucić, że jak jest w pracy, to obowiązuje ją bezwzględna tajemnica, lecz czy powinien coś dodawać oprócz Oblivate? Wiedziała z kim ma do czynienia. Najlepszym wypadku utnie jej język, tak sobie pomyślał, gdy z uniesioną brodą szedł z powrotem na swoje piętro. Oby nie spotkał magomedyka po drodze!
***
Historia się kołem toczy. Co tydzień jak zawsze zjawił się w Ministerstwie i od samego rana szef musiał podnieść mu ciśnienie. W jego gabinecie czekał auror, który rzekomo miał z nim do pogadania. Alfred jak zwykle nie był zbyt rozmowny, więc zamiast go wspaniale ugościć i klasycznie spytać: niech cię hipogryf, co się wydarzyło, to pokazał zegarek na swoim ręku i z powrotem zaczął uciekać. Pierwsze, drugie piętro, znów puste korytarze, które nie mogłyby w jakiś sposób dać mu schronienie podczas przemiany w innego człowieka. Ostatnie piętro, skończyły się drogi ucieczki. Po raz drugi w swoim życiu wykonał ślizg prosto pod biurko Maire Bulstorde. Odliczanie kroków, nasłuchiwanie westchnięć i pytań, gdzie to się podział Parkinson. Nie czekali długo. Auror ulotnił się, a Alfred znów wysunął się spod biurka, czekając jeszcze chwilę zanim będzie mógł wstać. Nawet udawał, że wiąże buty.
- Oburzające, jak ma pani tam mało miejsca – warknął, zdziwiony jej określeniem. Pragnął wrzasnąć, że jej obowiązkiem jest zadbanie o dobre kontakty z Wiedźmą Strażą. Mógłby tu zrobić kontrolę w każdym momencie i posypałyby się głowy! Może nie takiej perfekcjonistki jak Maire, ale innych.
- Czy to nie jest paskudne nie być docenionym? Wyśmiewają się z państwa departamentu, a to wy robicie najwięcej z całego ministerstwa, och, oczywiście oprócz nas. Ja doceniam każdy pani raport, lady Bulstrode, a tamten dementor był tylko łajzą, plamą atramentu psujący cały efekt – nie wiedział, czy uderzał w dobrym kierunku ani czy w ogóle jego paplanina ma jakiś sens. Nie chciał, aby panienka nagle wybuchła i przywaliła mu na oczach wszystkich. To byłoby zniewagą, a za to i ona musiałaby ponieść konsekwencję. Jego głos był na granicy szeptu, wciąż znajdując się na podłodze, unosił nieznacznie głowę, aby widzieć swoją rozmówczynię.




If I risk it all,
could You break my fall?

Alfred Parkinson
Zawód : Wiedźma Straż
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Cynik i król bez miłości - to tylko tytuły.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1679-alfie-parkinson#17486 http://morsmordre.forumpolish.com/t1693-magenta#17983 http://morsmordre.forumpolish.com/t1694-incendio#17984 http://morsmordre.forumpolish.com/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://morsmordre.forumpolish.com/t1695-alfred-parkinson#17987
Re: 7.09.1954, biurko pełne oburzenia [odnośnik]02.02.16 22:27
To była jakaś k p i n a.
Powinien pokornie składać dziękczynne modły za umożliwienie mu schronienia, kłaniać się do samych stóp (niewiele mu brakowało), szukając odpowiednich słów podziękowania, uśmiechać nieporadnie, przynieść w podziękowaniu jakieś kwiatki, czekoladki, Merlin wie co jeszcze. A on, wbrew wszelkim regułom, choć znów zdawał się na jej łaskę, najzwyczajniej w świecie kpił sobie. KPIŁ. Choć na zewnątrz temperatura obniżona była o parę stopniu chłodem panienki Bulstrode, to w środku gorąca, odziedziczona po matce krew buzowała, podsuwając szalone myśli o potraktowaniu Parkinsona... może zaklęciem Balneo?
Mogła też odpowiedzieć, że jeśli wszyscy pracownicy Wiedźmej Straży są tacy zadufani w sobie i chowają się, zamiast załatwiać sprawy służbowe, to wróży im wielką przyszłość i och, faktycznie robią najwięcej w Ministerstwie (może mil, biegając pomiędzy działami), ale w przeciwieństwie do bezczelnego szlachcica miała odrobinę kultury. A nawet więcej, niż odrobinę.
- Lordzie Parkinson, dalej ma pan problem z raportami? - spytała w końcu z odrobiną rezygnacji, choć gdy zaczynała mówić miała wspaniały plan, by uświadomić mu idiotyczność całej sytuacji. Ale po pierwsze nie mogła zignorować tego jawnego pochlebstwa, zaś po drugie nie umiała zebrać się do zrugania go, gdy...
Czy on musiał się tak uśmiechać? Naprawdę m u s i a ł?
Maire Parkinson
Zawód : Służby Administracyjne Wizengamotu
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
And I know that I can survive
I'll walk through fire to save my life
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
nie ma róży bez ognia
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1777-maire-bulstrode http://morsmordre.forumpolish.com/t1850-panna-gruszka http://morsmordre.forumpolish.com/t1851-maire http://morsmordre.forumpolish.com/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://morsmordre.forumpolish.com/t1852-maire-bulstrode
Re: 7.09.1954, biurko pełne oburzenia [odnośnik]04.02.16 17:03
To nie kpina, panienko Bulstrode. Widział złość w jej oczach i może oczekiwała padnięcia do stóp, całowania ich w dziękczynnym geście, lecz to był Parkinson, który nie dość, że oszczędzał na słowach, to nie rzucał „proszę, dziękuję, przepraszam” do każdej obcej osoby. I nagle pomyślał sobie, jakim zrządzeniem losu byłoby jakby ich drogi się pokrzyżowały za kilka miesięcy. Spotkaliby się na sabacie. On przypominałby sobie, jakie ma piękne kostki, a ona wspominałaby kpinę? Tak się wydarzyć nie mogło. Uklęknął pierwszy raz w życiu przed nią, ujmując dłoń i ponownie (wszak już drugi raz!!) całując jej wierzch. Chciał powiedzieć, że kiedyś ją ozłoci. Zbuduje domek tuż obok hodowli róż, będzie karmił ją świeżymi owocami i…
- Dzień dobry, lady Bulstrode – powiedział, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu. Wstał wolno z kolan, czując się już jak staruszek, któremu elastyczność stawów do chowania się pod biurkiem drastycznie zmalała w ciągu tygodnia. Rozejrzał się po całym pomieszczeniu i zaczął współczuć duszenia się wśród tylu biurek, szeptów, głosu przewracanego pergaminu. Chrząknął, dając tym samym znak innym, że mają się przestać wpatrywać w tę dwójkę jak na jakieś przedstawienie teatralne.
- Pójdzie pani ze mną – wyrecytował polecenie służbowe, ale zamiast surowego twarzy Maire zobaczyła delikatny uśmiech. Tak, miał problem z raportami. Miał również mały deficyt kofeiny w organizmie, więc miał zamiar kupić jej kawę, różę na ulicy i spytać, jak ona to robi. I nie zniósłby sprzeciwu, czekał aż spakuje swoje rzeczy. Mógłby wykorzystać do tego gadkę pod tytułem: jestem z wiedźmej straży, zrobisz wszystko, co ci powiem. Jednak wykazał się cierpliwością. A wspomnienie zaczynało być coraz bardziej rozmyte. Myślodsiewnio, czy wtedy już pojawiła się miłość? Nawilżył wargi czubkiem języka, a następnie szedł tuż za Maire. Rzeczywiście miała piękne kostki. Gdy był blisko niej w windzie, zapamiętał zapach perfum i pukli włosów, które bezczelnie spoczęły na jego ramieniu i nie dały skosztować swojej miękkości.
zt




If I risk it all,
could You break my fall?

Alfred Parkinson
Zawód : Wiedźma Straż
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Cynik i król bez miłości - to tylko tytuły.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1679-alfie-parkinson#17486 http://morsmordre.forumpolish.com/t1693-magenta#17983 http://morsmordre.forumpolish.com/t1694-incendio#17984 http://morsmordre.forumpolish.com/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://morsmordre.forumpolish.com/t1695-alfred-parkinson#17987
Re: 7.09.1954, biurko pełne oburzenia [odnośnik]04.02.16 21:10
Żadne: to nie kpina. Kpina. I bezczelność; metr dziewięćdziesiąt trzy, około stu kilogramów czystego... czystej bezczelności. Żadnych zaprzeczeń! Chciała zanegować absolutnie wszystko, co składało się na osobę Alfreda Parkinsona - od podeszew drogich butów po sam czubek potarganych biegiem włosów, ze wszystkim, co nadarzyło się po drodze. Uśmiech zbyt cwaniacki, oczy zbyt zielone, ramiona jakieś takie...
Ach, Maire, Maire, ty głupia gąsko.
- Dzień dobry, lordzie Parkinson. - raczyła odpowiedzieć niemal potulnie, choć oczy barwy płynnego srebra zdawały się gęstnieć na kształt dwóch włóczni mogących przeszyć szlachcica na wskroś. Obserwowała nimi bacznie, lecz bez nachalności każdy ruch wstającego z kolan nie pierwszy i nie ostatni raz mężczyzny. I kiedy otwierał usta, by - zgodnie z wszelkimi konwenansami, które tak złośliwie łamał - pożegnać się jak na kulturalnego człowieka przystało przez ułamek sekundy poczuła ukłucie rozczarowania, może nawet żalu związanego z jego spodziewanym zniknięciem. Ale oczywiście, to był przecież Alfred Parkinson. Po nim nie można się niczego spodziewać, jeśli tylko ma to związek z dobrymi manierami. Jakiekolwiek pozytywne uczucia zostały zastąpione przez oburzenie (znów) wywołane tym razem poleceniem. P o l e c e n i e m. Na Merlina, Parkinson wydawał jej polecenia. Gdyby nie była w pracy, gdyby on nie był w pracy, pewnie...
Uśmiechnął się. Tak po prostu, lecz nie był to uśmiech zwyczajny. Tylko taki, który tłamsił złość, odbierał nadmiar dumy i zupełnie nieoczekiwanie unosił do góry kąciki ust. Niedoczekanie.
A jednak spuściła oczy, policzki zaróżowiły się lekko, gdy zbierała swoje rzeczy w niemal posłusznym geście przyzwolenia na zabranie jej stąd. Zresztą, i tak zaraz miała przerwę...
Czy to wtedy? Wtedy złamała pierwszą ze swoich wypracowanych zasad, by potem łamać przy nim kolejne? Odurzyła się zapachem męskich perfum, otulających jej osobę, kiedy stali tak boleśnie blisko siebie w windzie? Zatopiła się w tych jasnozielonych oczach i dostrzegła w nich coś więcej, niż tylko złośliwość? Pozwoliła zaczarować się temu niewinnemu uśmiechowi? Wtedy, czy może proces prowadzący do stanięcia naprzeciw niego z brzemiennym w skutkach tak na ustach był jednak powolny, pozwalający wzrastać uczuciu stopniowo, rozwijać je niczym pączek delikatnej róży lub ogień, który po wybuchnięciu gwałtownym płomieniem musi być cierpliwie i starannie podtrzymywany? Nie miała pojęcia. Ani wtedy, ani rok później.

zt

[bylobrzydkobedzieladnie]
Maire Parkinson
Zawód : Służby Administracyjne Wizengamotu
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
And I know that I can survive
I'll walk through fire to save my life
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
nie ma róży bez ognia
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1777-maire-bulstrode http://morsmordre.forumpolish.com/t1850-panna-gruszka http://morsmordre.forumpolish.com/t1851-maire http://morsmordre.forumpolish.com/f103-gloucestershire-cotswolds-hills-12 http://morsmordre.forumpolish.com/t1852-maire-bulstrode
7.09.1954, biurko pełne oburzenia
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach