Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Luna Spencer-Moon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Luna Spencer-Moon
Luna Spencer-Moon

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t2180-luna-spencer-moon https://www.morsmordre.net/t2253-poczta-luny https://www.morsmordre.net/t2238-luna-spencer-moon https://www.morsmordre.net/f224-evelyn-ave-184 https://www.morsmordre.net/t3343-skrytka-bankowa-nr-602#56368 https://www.morsmordre.net/t2269-luna-spencer-moon
Zawód : amnezjatorka
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem, i tak zawsze aż do końca.
OPCM : 7
UROKI : 14
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

Luna Spencer-Moon Empty
PisanieTemat: Luna Spencer-Moon   Luna Spencer-Moon I_icon_minitime28.01.16 18:48


Luna Rosalind Spencer-Moon

Data urodzenia: 08.06.1934 r.
Nazwisko matki: Ollivander
Miejsce zamieszkania: Londyn
Czystość krwi: czysta
Status majątkowy: średniozamożna
Zawód: amnezjatorka
Wzrost: 164 cm
Waga: 56 kg
Kolor włosów: czarne
Kolor oczu: zielone ze złotawymi plamkami wokół źrenicy
Znaki szczególne: bardzo blada skóra, częste cienie pod oczami



Przeglądając stare fotografie, mogę z łatwością zauważyć, że moja matka nie należała do szczególnie urodziwych panien. Chuda, chorobliwie blada i o ciemnych, nijakich włosach, przywodziła raczej na myśl stworzenie trzymane w ciemności, nie dobrze urodzoną kobietę, którą z racji swojego pochodzenia powinna być. Biorąc pod uwagę to, ile godzin spędzała w bibliotece lub w swojej pracowni w podziemiu, wcale nie było to przesadzone stwierdzenie. Nie należała również do tych zainteresowanych balami, przyjęciami i szybkim zamążpójściem. Chociaż jej rodzice dwoili się i troili, chcąc znaleźć dla niej jak najlepszą partię, Olwen Ollivander wolała zakopywać się w księgach lub warzyć swoje eliksiry (miała matkę ze Slughornów, co tłumaczyło jej talent). Mam wrażenie, że była typem odludka. Zawsze mówiła, że konieczność pojawiania się na salonach budziła w niej niechęć i stres odkąd tylko sięgała pamięcią. Była swego rodzaju czarną owcą pośród swojego rodzeństwa, a jej życiową ambicją było zostanie uznaną alchemiczką. Pisała artykuły do czasopism zajmujących się tematyką eliksirów, wykonywała także wywary na specjalne zamówienie i uchodziła za naprawdę dobrą w swoim fachu. Lata jednak mijały, a chętnych o jej rękę było coraz mniej. Podczas gdy jej rodzeństwo dawno zdążyło znaleźć odpowiednich partnerów, jej groziło staropanieństwo. Mówiła, że była przygotowana na tę ewentualność i wcale jej to nie przerażało. Nauka była przecież ważniejsza niż salonowe życie i nadskakiwanie mężowi. Bała się, że małżeństwo odbierze jej pasję.
Pewnego dnia przez zupełny przypadek poznała naszego przyszłego ojca, Janusa Spencer-Moona, niewymownego z rodziny czystej krwi, jednak nie posiadającej szlachectwa. Spencer-Moonowie mieli jednak spore wpływy, a wielu ich członków było powiązanych z polityką (brat mojego ojca, Leonard, był nawet Ministrem Magii!). Janus jednak o wiele bardziej niż wpływami fascynował się nauką. W tamtym czasie pilnie potrzebował utalentowanego alchemika i tym sposobem zaczęła się jego współpraca z Olwen, której nazwisko poznał czytając jej stare artykuły. Oboje byli przede wszystkim pasjonatami poszerzania swojej wiedzy, nie romantykami, nie dało się jednak nie wyczuć stopniowo rodzącej się pomiędzy nimi sympatii i pokrewieństwa dusz. Panna Ollivander, wcześniej zupełnie obojętna na porywy uczuć i żyjąca w swoim świecie, po raz pierwszy w życiu zdała sobie sprawę, że spotkała mężczyznę, z którym mogłaby chcieć spędzić życie. Mój ojciec nie był bowiem zadufanym w sobie paniczykiem, jacy niegdyś ubiegali się o jej rękę, a mężczyzną rzeczowym, konkretnym i oczytanym, a przy tym całkowicie oddanym swojej pracy i pasji. Tak, jak ona. Z tego, co słyszałam, jej rodzina nie była zachwycona decyzją córki, jednak z racji jej późnego wieku (dobiegała wówczas trzydziestki, co znacznie utrudniało znalezienie odpowiedniej partii) oraz koneksji Spencer-Moonów uznano, że to najlepsza opcja. Ich ślub był jednak raczej skromny, ponieważ nie chciano się zbytnio afiszować z wydaniem córki za mężczyznę spoza szlacheckiego środowiska. Niewiele osób w ogóle wiedziało o ich związku, tym bardziej, że w tym okresie życie towarzyskie naszej matki niemal nie istniało.
Moja matka bez większego żalu porzuciła rodową rezydencję na rzecz przestronnego domu pod Londynem. W końcu Spencer-Moonowie również nie należeli do biednych. Wcześniej odwiedzała go w tajemnicy przed rodziną, pracując z nim nad projektami wymagającymi jej talentu do eliksirów, teraz miała tutaj zamieszkać. Stworzyć rodzinę, choć jeszcze parę lat temu była pewna, że spędzi resztę życia jako stara panna z gromadką kotów. Ale wreszcie nie musiała uczestniczyć w szlacheckim życiu pełnym blichtru, rezygnować z pasji na rzecz stania się salonową ozdóbką będącą do dyspozycji znudzonego, wyniosłego męża. Kiedyś powiedziała mi, że czuła się wtedy tak wolna, jak jeszcze nigdy przedtem i nie żałowała swojej decyzji.
Po ślubie wspólnie pracowali i podróżowali. Ich związek był pozbawiony porywów uczuć, ale za to był niezwykle stabilny i podparty wspólnymi celami i aspiracjami. W ciągu kolejnych pięciu lat powitali na świecie dwóch synów, którzy pewnego dnia mieli stać się moimi starszymi braćmi. Janus, który nagle odkrył w sobie powołanie do ojcostwa, pragnął jeszcze córki, więc ucieszył się, gdy okazało się, że mama zaszła w kolejną ciążę. I pewnego czerwcowego dnia powitali na świecie nie jedną, a dwie córeczki: mnie i moją starszą o dwadzieścia minut siostrę. Niestety, podczas bliźniaczego porodu doszło do komplikacji. Był to dla naszej matki ogromny stres i właśnie wtedy ujawniła się u niej wcześniej uśpiona choroba, trauma krwi. Gdyby nie szybka reakcja uzdrowicieli, nie przeżyłaby, a my nigdy nie mogłybyśmy jej poznać. Potrzebowała jednak dużo czasu, by wrócić do zdrowia, więc nami zajmował się ojciec przy pomocy swojej siostry i matki.



Właśnie tak zaczyna się nasza historia. Astra i Luna, razem od pierwszych chwil swojego życia. Od dzieciństwa byłyśmy ze sobą bardzo zżyte. Szybko też stałyśmy się oczkami w głowie ojca oraz starszych braci. Matka zaczęła nas zauważać dopiero z czasem, kiedy już doszła do siebie po szoku wywołanych skomplikowanym porodem oraz chorobą. Jednak nadal stawiała na pierwszym miejscu przede wszystkim swoje zamiłowania do eliksirów i uciekała przed rodzicielskimi obowiązkami do piwnicznej pracowni, urządzonej na wzór tej, którą miała w rodzinnej posiadłości. Prawdę powiedziawszy, do tego stopnia żyła w swoim świecie, że często miała problemy z odróżnieniem nas. W dzieciństwie wyglądałyśmy identycznie. Obie byłyśmy tak samo drobne i ciemnowłose, podobnie jak niegdyś matka, a także miałyśmy zielone oczy po ojcu. Nie znaczyło to jednak, że nas nie kochała; z perspektywy czasu wydaje mi się, po prostu nie potrafiła tego należycie okazać. Z wiekiem stawała się jednak coraz bardziej oderwana od świata, to rodzina stanowiła pomost pomiędzy jej pracownią a rzeczywistością.
Z tamtego beztroskiego okresu dzieciństwa nadal dobrze pamiętam wiele szczegółów. Jak zapach starych książek, duszne wnętrze pracowni, kolorowe mikstury bulgoczące w kociołku matki i mieszające się w powietrzu wonie poszczególnych ingrediencji. Nasz domowy gabinet osobliwości pełen magicznych (i nie tylko) skarbów z całego świata, o których tata uwielbiał nam szczegółowo opowiadać. Cichy szczęk pustych fiolek toczonych po blacie. Śmiech Astry i wszystkie nasze rozmowy, także w środku nocy, kiedy nie mogłyśmy zasnąć. Truskawki podkradane z ogrodu i słodką czekoladę, którą częstował mnie brat. Zamiast zabawek, dostawałyśmy książki, dużo książek. W naszym domu było ich mnóstwo. A także miniaturowe wersje przyrządów używanych przez rodziców, zestawy młodocianego alchemika i tego typu szpargały, które, choć zapewne byłyby nudne dla normalnych dzieci, nam sprawiały ogromną radość. Już od dzieciństwa wszyscy chętnie garnęliśmy się do eliksirów i chętnie pomagaliśmy mamie w pracy, choć to Astra była tą bardziej utalentowaną. Rodzice zawsze starali się rozwijać w nas pasje i pomagać nam odkryć zamiłowanie do nauki i książek. Zabierali nas także w swoje podróże, by umożliwić nam dowiadywanie się wielu nowych rzeczy o innych magicznych kulturach i ich osiągnięciach, o magicznych stworzeniach i roślinach oraz wielu innych rzeczach. W naszym domu zawsze mieszkały także różne zwierzęta, przede wszystkim koty i oswojone kuguchary. Nasza matka je uwielbiała, my zresztą też. Stanowiliśmy naprawdę zgraną rodzinę. Może trochę oderwaną od rzeczywistości i niezbyt zainteresowaną politycznymi i towarzyskimi zawirowaniami, ale mieliśmy szczęśliwe dzieciństwo, za co jestem im wdzięczna. Ojciec nadal był outsiderem i nie mieszał się w to wszystko mimo politycznych sukcesów swojego brata, woląc oddawać się swojej pracy w Departamencie Tajemnic. Mimo dużej ilości obowiązków oraz roztargnienia tak charakterystycznego dla naukowców, starali się o nas dbać. Przynajmniej ojciec, bo matka coraz rzadziej przypominała sobie o posiadaniu dzieci i zauważała nas dopiero, gdy zjawialiśmy się w jej piwnicznym królestwie nieustannie przesyconym wonią ziół i innych składników. To ta woń przez całe życie kojarzyła mi się z mamą, natomiast z ojcem zawsze kojarzyła mi się aura tajemnicy. Będąc niewymownym, nie mógł zdradzać nam zbyt wielu szczegółów swojej pracy, jednak i bez tego jego opowieści niezwykle mocno oddziaływały na moją wyobraźnię. Spędzałam z nim sporo czasu, a kiedy był w pracy, często zakradałam się do jego gabinetu i w tajemnicy czytałam jego książki i czasopisma. Praca niewymownego wydawała mi się niesamowicie ciekawa i tajemnicza. Interesowałam się światem, lubiłam dowiadywać się nowych rzeczy. Właśnie z tego młodego wieku pamiętam również pierwsze wzmianki o wojnie z Grindelwaldem i zawirowaniach w świecie mugoli. Nasza rodzina zawsze trzymała się na uboczu. Nie byliśmy uprzedzeni do mugoli, ale też nie nawiązywaliśmy z nimi bliższych kontaktów. Mimo że od tego typu spraw ojciec starał się nas izolować, nie mogłam o niczym nie usłyszeć, mając wuja będącego przez długi okres czasu Ministrem Magii, z którym zresztą ojciec zawsze utrzymywał dość bliski kontakt. Szczęśliwie nie dotknęła naszej rodziny, w domu oraz podczas nauki w Hogwarcie byliśmy bezpieczni, ale był to okres, kiedy, czytając oraz słuchając rozmów dorosłych, przekonywałam się, że magia, zapewniająca tak wspaniałe możliwości, była zdolna także do dokonywania najbardziej podłych rzeczy. Był to cenna lekcja, którą miałam zapamiętać i pewnego dnia znowu sobie o tym przypomnieć, ale wówczas skupiałam się głównie na szkole, te wszystkie nieprzyjemne, dorosłe zmartwienia starając się zepchnąć na dalszy plan. Może zabrzmię nieskromnie, ale już jako dziecko wykazywałam się niezwykłą inteligencją i ciekawością świata, a gdy poszłam do Hogwartu, Tiara przydzieliła mnie do Ravenclawu, ledwie dotknęła mojej głowy. Moja bliźniacza siostra również trafiła do tego domu. Zdziwiłabym się, gdyby było inaczej, przecież byłyśmy prawdziwymi pokrewnymi duszami. I choć z wiekiem coraz bardziej uwydatniały się różnice pomiędzy nami, nadal byłyśmy sobie bardzo bliskie. Uzupełniałyśmy się wzajemnie i choć interesowały nas inne przedmioty, zazwyczaj trzymałyśmy się razem, od prowadzenia bujnego życia towarzyskiego woląc wspólne posiedzenia w bibliotece lub w pustej klasie, którą zaadaptowałyśmy do swoich potrzeb. W wakacje natomiast wracałyśmy do domu i im byłyśmy starsze, tym bardziej odpowiedzialne zadania powierzali nam rodzice. Obie pragnęłyśmy sprostać stawianym przed nami oczekiwaniom i poszerzać swoją wiedzę. Podczas gdy większość naszych rówieśnic snuła marzenia o pierwszych miłostkach, my poświęcałyśmy się nauce, snując piękne, wtedy jeszcze pozbawione cieni i wątpliwości, marzenia na przyszłość. Zupełnie, jak niegdyś nasza matka.




Przez długi czas życie naszej rodziny toczyło się spokojnym rytmem. Każdy miał swoje zajęcia i znał swoje obowiązki, wszyscy tworzyliśmy zgrany zespół wspólnie mierzący się z różnymi zagadnieniami. Naszą sielankę zburzyła jednak nieoczekiwana wiadomość o śmierci matki, co miało miejsce podczas piątego roku naszej nauki. Na krótko wróciłyśmy do domu, by wziąć udział w pogrzebie. Ojciec rozmawiał o tym niechętnie, jednak podejrzewałam, że umarła z wycieńczenia, spowodowanego chorobą i nieoszczędzaniem swojego zdrowia. To oczywiste, że musiałam to w jakiś sposób przeżyć. Nieraz potrafiłam spędzać całe noce, czytając, by później odczuwać tego skutki w postaci pogłębiającego się wyczerpania, co jednak bagatelizowałam. Obie z siostrą wróciłyśmy do Hogwartu, gdzie, po kilku epizodach z zarywaniem nocy i mdleniem na zajęciach stopniowo starałam się uporać z moim problemem, obserwowana z niepokojem przez nauczycieli i innych uczniów. Ojciec po śmierci swojej żony także się wycofał, rzucił się w wir pracy. Wracając do szkoły, martwiłam się, żeby także nie umarł z przepracowania lub przez zapominanie o tym, że trzeba jeść i spać. Prawie w ogóle nie wracał z ministerstwa do domu. Dobrze, że był człowiekiem tak praktycznym, dzięki temu zdołał jakoś utrzymać się w ryzach. Mnie też to bardzo pomogło. Potrafiłam skupić się na jakimś konkretnym zajęciu, zatracić się w nim. Razem z Astrą wzięłyśmy sobie na cel ukończenie Hogwartu z jak najlepszymi wynikami. Zdawałam sumy, a potem owutemy z zaklęć, transmutacji, obrony przed czarną magią, starożytnych runów, zielarstwa, opieki nad magicznymi stworzeniami i eliksirów, z których nigdy nie byłam tak dobra, jak moja siostra, jednak potrzebowałam owutemu z tego przedmiotu i dzięki uczynnej pomocy Astry dopięłam swojego celu.
I w końcu skończyłyśmy Hogwart. Razem z rodzeństwem wyjechaliśmy w trwającą kilka miesięcy podróż dookoła świata, o czym od dawna marzyłam. A później trzeba było pomyśleć o pracy. Kiedyś, w przyszłości, myślałam o zostaniu niewymowną, jak ojciec. Wiedziałam jednak, że jeśli zechcę nią kiedyś zostać, przede mną będzie daleka droga, liczyłam się z tym. Byłam zbyt młoda, by pomyśleć o stażu w Departamencie Tajemnic i zajęciu się pracą naukową zawodowo, a nie tylko w ramach hobby. Do tej pory jedynie dużo czytałam oraz pomagałam ojcu, nie miałam na koncie żadnego własnego dorobku. Najpierw musiałam udowodnić swą wartość i wiedzę, ukierunkować swoje zainteresowania na konkretny cel. Póki co cieszyłam się tym, że mam możliwość próbować, szukać, popełniać błędy i uczyć się na nich. Poszukiwałam okazji do dowiedzenia się czegoś więcej, także o sobie i swoich predyspozycjach, bo to mogło mi pomóc w wyborze ścieżki na przyszłość.
Postanowiłam na początek zacząć od stażu, a później pracy w Kwaterze Głównej Amnezjatorów. Podczas stażu musiałam opanować zaklęcia związane z pamięcią, modyfikacją wspomnień i tworzeniem w umysłach fałszywych wizji rzeczywistości, a także stopniowo wyzbyć się dylematów w związku z ich używaniem. W okresach wakacyjnych wraz z siostrą odbyłam kilka wypraw w różne zakątki kraju i świata, z których, prócz nowej wiedzy, przywoziłam także kolejne skarby do naszego domowego gabinetu osobliwości, który był moim oczkiem w głowie jak niegdyś ojca. Była to również okazja do poznawania innych kultur i zdobywania kolejnych informacji na ich temat, co pomagało mi poszerzać horyzonty, nie chciałam przecież ograniczać swoich zainteresowań. Oczywiście mimo swojego zaangażowania w kurs amnezjatorski, nie wyzbyłam się całkowicie myśli o Departamencie Tajemnic i perspektywie uczestniczenia w interesujących pracach badawczych. Podczas swoich wyjazdów, podczas których stykałam się z różnymi czarodziejami oraz pracy coraz bardziej pociągała mnie i zastanawiała istota magii: skąd brały się zdolności magiczne u określonych jednostek, dlaczego niektórzy czarodzieje rodzili się wyposażeni w dodatkowe talenty, jak metamorfomagia czy zdolność rozmowy ze zwierzętami. Czy było to warunkowane przez umysł, czy może inny nieznany czynnik? Czy umysły czarodziejów i nie-czarodziejów były od siebie bardzo różne?
Po zakończeniu stażu i rozpoczęciu normalnej pracy mogłam cieszyć się znacznie większą swobodą niż wcześniej. Muszę przyznać, że chociaż zawsze byłam nastawiona do niemagicznych dosyć neutralnie, intrygowały mnie ich reakcje na magię, nadal zastanawiałam się, jak odnieść to do kwestii zdolności i umysłów. W czasie wolnym kilkukrotnie pomagałam ojcu w projektach nie zahaczających o tajne prace dla ministerstwa, w które nie mógł mnie, niestety, wprowadzić. Brałam też udział w tworzeniu kilku artykułów do czasopism naukowych, współpracując z osobistościami posiadającymi swój dorobek i chętnymi do uczenia mnie nowych rzeczy. Byłam taka dumna, mogąc ujrzeć swoje nazwisko wspomniane gdzieś w tekście obok nazwisk rozmaitych badaczy. Jedne z badań, przy których współpracowałam, były poświęcone zdolności metamorfomagii, jej możliwościom oraz ograniczeniom zakresu przemian; tym swego czasu zajmował się mój ojciec, poświęcając naprawdę dużo czasu na studiowanie kwestii metamorfomagii.
Mimo pewnego oderwania od rzeczywistości, nie mogłam nie zauważyć, że coś się dzieje. Z niepokojem przypominałam sobie dawne czasy poprzedniej zawieruchy, podsłuchiwane rozmowy rodziców i wujostwa oraz czytane pokątnie gazety, pierwsze dziecinne spostrzeżenia na temat istoty magii i tego, jak wiele zależy od intencji posługujących się nią czarodziejów. I zastanawiałam się, czy historia mogłaby zatoczyć koło. Kto wie, może kiedyś i ja odegram w tym wszystkim swoją rolę? Chciałabym zrobić coś pożytecznego. Przysłużyć się czymś magicznemu światu. Może kiedyś odkryję coś ciekawego? Czas pokaże.




Patronus: Mój patronus, odkąd tylko nauczyłam się przywoływać jego cielesną formę, przemieniał się w niewielkiego ptaszka – gila. Prawdopodobnie widziałam te ptaki podczas jednej ze swoich podróży i zapewne dobrze mi się kojarzyły, skoro moja pamięć utrwaliła je do tego stopnia, że mój patronus jest właśnie gilem. Drobnym i niepozornym, jak ja.




Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 7 Brak
Zaklęcia i uroki: 14 Brak
Czarna Magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 5 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 3 Brak
BiegłośćWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Historia magiiII3
MugoloznawstwoII3
NumerologiaIII7
ONMSI1
RunyII3
ZielarstwoI1
LiteraturaII3
RysunekII3
Instynkt przetrwaniaI1
KoncentracjaIV13
Magia umysłuII3
RetorykaII3
Silna wolaIII7
SpostrzegawczośćIV13
SzczęścieIII7
Ukrywanie sięI1
5

Wyposażenie

różdżka, teleportacja, 12 punktów statystyk

[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Luna Spencer-Moon dnia 03.02.16 21:38, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry Go down
Allison Avery
Allison Avery

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t653-allison-avery https://www.morsmordre.net/t814-poczta-allison https://www.morsmordre.net/t815-allie https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1885-allison-avery#25620
Zawód : Alchemik u Borgina&Burkesa, badacz
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
imagine that the world is made out of love. now imagine that it isn’t.
OPCM : 0
UROKI : 2
ELIKSIRY : 16
LECZENIE : 6
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Luna Spencer-Moon ZytGOv9s

Luna Spencer-Moon Empty
PisanieTemat: Re: Luna Spencer-Moon   Luna Spencer-Moon I_icon_minitime11.02.16 18:00

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Luna ma wielorakie zainteresowania, w swojej naukowej działalności jeszcze nie sprecyzowała konkretnie, czym chciałaby się zajmować. Zdaje się, że dziewczyna goni za swoimi marzeniami, jednak posada amnezjatora póki co jej odpowiada i dziewczyna nie pcha się na skróty do wymarzonego departamentu tajemnic, gdzie pracował jej ojciec. Kto wie, może kiedyś spełni się i w tym kierunku?

OSIĄGNIĘCIA
Zafascynowana nauką
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Trauma krwi.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Umiejętności
teleportacja
WYPOSAŻENIE
różdżka, kot
HISTORIA DOŚWIADCZENIA
[28.01.16] Zakupy -650 pkt
[21.02.16] Wykonywanie zawodu (wrz/paź) + 50 pkt
[12.06.16] Wątek z Czary Ognia + 10 pkt
[13.07.16] Wykonywanie zawodu (listopad) + 50 pkt
[14.07.16] Wsiąkiewka listopad/grudzień + 60 pkt
[15.07.16] Sylwester w Dolinie Godryka: +50 pkt
[18.07.16] 2 punkty statystyk, kot: -250 pkt
[11.09.16] Wsiąkiewka styczeń/luty + 60 pkt, +2 pkt biegłości




I sit alone in this winter clarity which clouds my mind
alone in the wind and the rain you left me
it's getting dark darling, too dark to see

Powrót do góry Go down
 

Luna Spencer-Moon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Nieaktywni :: Karty nieaktywnych-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-19