Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
jutro możemy być szczęśliwi
AutorWiadomość
jutro możemy być szczęśliwi [odnośnik]08.02.16 16:05
zapewne gdzieś około 1949 roku

Łyżka masła. Dwa jajka. Szklanka mleka. Szklanka wody. Szklanka mąki.
Duża szklanka? Mała szklanka? W hotelowych pokojach najwyższej klasy o dziwo nie posiadano takich ustrojstw, dlatego Benjamin Wright - najlepszy pałkarz 1949 roku oraz zwycięzca konkursu na najbardziej olśniewający męski uśmiech Czarownicy - musiał radzić sobie w niesprzyjających warunkach kuchni nieznanej i niewyposażonej. Mahoniowe szafki ze złotymi uchwytami wyglądały uroczo na ulotkach reklamowych, lecz w praktyce w ogóle nie zawierały sugerowanych dobrodziejstw, mogących pomóc w zachwyceniu damy swojego serca przygotowanym własnoręcznie śniadaniem.
Bo przecież taki plan na uradowanie Harriett zaplanował tuż po obudzeniu się, kiedy to o szóstej rano automatycznie otworzył oczy. Ostatnie miesiące codziennych treningów wyregulowały zegar biologiczny brodacza do tego stopnia, że nawet po finałowym zwycięstwie nad wściekłymi Osami, umęczony zarówno półrocznym napięciem jak i świętowaniem sukcesu, wyrywał się z objęć Morfeusza bardzo wcześnie. Ostrożnie, tak, by nie obudzić Hatsy, wstał z łóżka, niezwykle delikatnie i umiejętnie jak na swoje gabaryty podnosząc jej bladą dłoń, zaciśniętą na jego ramieniu...przelotnie muskając w dość drapiącym pocałunku jej nadgarstek. Nigdy nie sądził, że znajdzie się w takim stanie upojenia; że wpatrywanie się w śpiącą spokojnie kobietę, przykrytą (połowicznie) białym prześcieradłem, będzie sprawiało mu taką przyjemność. Przyjemność niezwykle dorosłą: nie zaczął przecież się do niej dobierać, nie przesunął chropowatego od miotły łapska po jej piersiach ani nie wpił się niecierpliwymi wargami w odsłoniętą szyję. Nie; przez ostatnich kilka lat dojrzał, nacieszył się tą zależnością, tym związkowym spętaniem i teraz po prostu uśmiechał się do siebie, wstając z królewskiego łóżka. Wziął szybki prysznic, kontrolnie sprawdzając w lustrze, czy idealne odbicie tłuczka po lewej stronie żeber zniknęło, ale jego skórę dalej znaczył fioletowy ślad a zrastające się żebra nieco pobolewały. Nie dał się przecież zamknąć do szpitala; najpierw świętował wspólnie z drużyną i fanami a potem - trzeźwy! i przed północą! - zmienił z Harriett lokalizację na intymniejszą, choć paradoksalnie bardziej dziką od wyfiokowanego londyńskiego klubu.
Znów się uśmiechnął i z tym żenująco radosnym grymasem na buzi ruszył ku kuchni, uprzednio owinąwszy biodra białym ręcznikiem z zbyt dużym logo hotelu. Ręcznik idealnie sprawował się nie tylko jako osłona perwersyjnej nagości, ale także jako ścierka, więc kiedy po dłuższym czasie spędzonym na odmierzaniu mąki złotą łyżeczką do deseru i rozpylaniu w powietrzu kakao, lądującego wszędzie, tylko nie w naleśnikowej masie, Ben otrzepywał ręce, uroczy różnokolorowy proszek (razem z truskawkowym sokiem, nieznośnie spływającym mu po łokciach podczas krojenia) osiadł widowiskowo na materiale. Czym Jaimie niezbyt się przejął, absolutnie skupiony na smażeniu delikatnych naleśników i układaniu ich na talerzu. Niektóre były mocno spalone a próba ułożenia z połówek truskawek napisu skończyła się fiaskiem, tak samo jak estetyczne ustawienie całej zastawy, szklanek soku pomarańczowego i wazonika z kwiatuszkami (ukradzionego z łazienki), ale przecież liczyły się chęci. Dlatego kiedy Wright w końcu chwycił tacę i przekroczył próg sypialni, na jego twarzy gościł wyraz absolutnego samozadowolenia, na szczęście przykrywającego resztki czułości.
- Co cię tak zmęczyło? - spytał dość kpiąco, widząc, że Hatsy powoli otwiera oczy. Ostrożnie usiadł obok niej na łóżku i stabilnie umieścił tacę przed nimi.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
jutro możemy być szczęśliwi 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: jutro możemy być szczęśliwi [odnośnik]09.02.16 17:24
Pusta butelka Veuve Clicquot. Dwa przewrócone kieliszki. Błękitna sukienka porzucona na podłodze w doborowym towarzystwie pantofli na wysokiej szpilce. Krzykliwe nagłówki gazet, które wciąż jeszcze nie dotarły do hotelowego apartamentu, gdy najwyraźniej nawet sowy pocztowe uznały, że przeszkadzać nie wypada. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że Jastrzębie z Falmouth odniosły druzgocące zwycięstwo w ostatnim meczu rozgrywek.
Panna Lovegood, chociaż może raczej należałoby ją nazwać przyszłą panią Wright, jak to zwykła od jakiegoś czasu określać siebie z absurdalnie rozpromienionym uśmiechem rozciągającym kształtne usta, zupełnie niewzruszona falowaniem ogromnego materaca, uparcie odmawiała wyrwania się z krainy snów, chociaż ta już od wielu miesięcy wcale nie wydawała się być piękniejsza od rzeczywistości. Najprawdopodobniej Harriett powinna się już była przyzwyczaić do nowego porządku dnia, który miał się rozpoczynać razem z pierwszymi promieniami słonecznymi wpadającymi do sypialni przez przestronne okna, lecz zamiast to uczynić, opanowała do perfekcji sztukę na wpół przytomnego muskania dłonią lekko szorstkiego policzka Benjamina tuż przed obróceniem się na drugi bok i udawaniem, że poranek został odwołany. Była romantyczką, była marzycielką, była idealistką. Od najmłodszych lat, w tej kwestii nic się nie zmieniło. Śniła o byciu księżniczką, śniła o szarmanckim księciu, pięknym zamku i przepastnej kolekcji biżuterii, a później z oczu spadły jej klapki - nie chciała być księżniczką ani porcelanową lalką, chciała być sobą, książę mógł przybyć na miotle zamiast na rączym rumaku, a ponure mury i bezużyteczne błyskotki bez chwili zawahania zamieniłaby na skromne cztery ściany, z daleka od wścibskich spojrzeń, gdzie mogliby skryć się tylko w dwójkę, tylko pan i pani (na papierze lub nieformalnie, bez znaczenia) Wright, by nieprzerwanie celebrować młodość, która miała nigdy nie przeminąć. W tych odrealnionych wizjach panny Lovegood oczywiście nigdy nie zagościł malutki detal, jakim była konieczność uczestniczenia w treningach i meczach czy próbach i występach. Nie pojawiła się w nich również kwestia pieniędzy, które tak naprawdę nigdy nie były dla niej problemem: wcześniej potrafiła sobie radzić z ich brakiem, a z tymczasowym nadmiarem radziła sobie nawet lepiej. Przez te wszystkie lata w jej blond główce nigdy nawet nie zaświtała myśl, że jeden uśmiech może wywrócić do góry nogami całe dotychczasowe życie, że kilka wypitych razem herbat może zaszczepić nieodpartą chęć odcięcia się od systemu wartości wpajanego od najmłodszych lat, że gwiazda sportu, z którą pokazanie się miało podkręcić już i tak szalone tempo rozwoju kariery, może tak gwałtownie i tak nieodwołalnie stać się całym jej światem, ani że w którymkolwiek ze scenariuszy Harriett Pandora Devon Lovegood w precedensowy sposób zapragnie być w całości czyjaś i po prostu z każdym kolejnym oddechem odkrywać w sobie nieprzebrane pokłady miłości, nie martwiąc się o przyszłość. Bo jakim cudem ta miałaby się malować ponuro, jeśli dzień bieżący był wypełniony taką feerią barw?
Ten dzień zaczynał się zapachem naleśników, może częściowo zwęglonych, lecz wciąż zapowiadających się wyjątkowo smakowicie, skutecznie ściągającym z powiek Hattie resztki snu. Uśmiechnęła się lekko, odrobinę nieprzytomnie, przeciągając się leniwie na łóżku zbyt dużym dla niej samej i spoglądając na Benjamina wkraczającego do sypialni z miną zwycięzcy. Z miną, którą tak uwielbiała.
- Najprawdopodobniej najbardziej czarujący uśmiech roku - zaśmiała się, unosząc się w końcu do pionu na miękkich poduszkach i przesuwając się nieco, by zrobić więcej miejsca Benowi i niesionej przez niego tacy z precjozami. - Chociaż może jednak to było myślenie o tym, jak cudownego mam narzeczonego - stwierdziła po chwili, zakładając pasmo jasnych włosów za ucho i podciągając wyżej prześcieradło, jakby nagle dopadła ją chorobliwa nieśmiałość, a świecenie nagą skórą uznała za nieprzyzwoite. - Czy w kuchni znajdę trupa? - zażartowała, wskazując czerwone ślady na ręczniku-fartuszku brodacza, jednak parę sekund później spojrzenie Harriett przesunęło się wyżej, ku ciemnofioletowemu śladowi na jego żebrach i zamiast kontynuować popisy swojego wyśmienitego poczucia humoru, przez jej twarz przemknął cień troski. Wyciągnęła rękę przed siebie, by czubkami palców przesunąć ostrożnie po zasinieniu pozostałym po wczorajszym spotkaniu z tłuczkiem i ściągnąć brwi w konsternacji. - Po śniadaniu z tym coś zrobimy, dzisiaj już się nie wykręcisz - zakomenderowała ostatecznie, po czym pochyliła się do przodu, by złożyć na jego ustach krótki, lecz czuły pocałunek, jakby ten gest miał przekonać go do jej cudownego planu.


I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Harriett Lovegood
Zawód : spadająca gwiazda, ponurak
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila
the show must go wrong
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 https://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 https://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 https://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill https://www.morsmordre.net/t2776-skrytka-bankowa-nr-394#44885 https://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
Re: jutro możemy być szczęśliwi [odnośnik]10.02.16 15:00
Wielkie, romantyczne gesty nigdy nie były w jego stylu. W Hogwarcie podpatrywał co prawda starszych kolegów, wyczarowujących swym sympatiom bukiety kwiatów i zabierających ich na niedzielne, leniwe spacery po błoniach, ale nawet kiedy próbował zachowywać się w ten książęcy sposób, wychodziło mu to raczej topornie. Wdzięczenie się do panienek, muskanie ich dłoni w pocałunku i prowadzenie w powolnym, pogrzebowym tańcu na bożonarodzeniowych balach tylko umocniły wstręt do tego typu podchodów. Zwłaszcza, że miał wtedy na myśli kogoś innego, z kim nie musiał udawać, z kim nie musiał bawić się w teatrzyk pozorów...do czasu. Wielkie marzenia legły w gruzach i przez ostatnie szkolne miesiące Wright przelewał rozpacz w chętne usta półkrwi koleżanek. Bez kokieterii, bez trudnej sztuki flirtu: po prostu był sobą, sobą wewnętrznie zniszczonym, ale zewnętrznie pewnym siebie, nieco prymitywnym, lecz szczerym. I może właśnie ta szczerość była ważniejsza od wielkich słów, bombonierek i wynajmowania cherubinków do wyśpiewywania wyrazów największej miłości?
Bo przecież taką właśnie czuł do Hatsy. Poraziła go. Miłością od pierwszego wejrzenia, od pierwszego krótkiego spojrzenia rzuconego razem z uśmiechem, niczym wyzwanie. Przepadł w tych jasnych oczach natychmiastowo, bezkrytycznie, a co najważniejsze: trwale. Początkowo sądził, że półwili czar minie, że znów wróci ta okropna słabość, ale kiedy mijały kolejne szczęśliwe miesiące przeszłość stawała się nieważna a Harriett urastała do roli magicznej uzdrowicielki. Dającej mu nie tylko wolność od wstrętu do siebie samego, ale i całą gamę radości. Chciał ją zdobywać, chciał iść z nią przez życie, chciał założyć z nią rodzinę, chciał codziennie robić coś, by zobaczyć na jej twarzy ten słodki uśmiech. A wszystko to przy całkowitym poczuciu bycia sobą. Nie wysyłał jej bukietów róż, nie nazywał swoim skarbeczkiem, nie płakał ze wzruszenia, nie deklamował wierszy, przekazując uczucie na swój, benjaminowy sposób. Wspierał ją i zagrzewał do walki o swoje marzenia, kiedy płakała lub kiedy ogarniał ją niepokój (czyż nie powinien scałowywać tych smutnych łezek?), bronił ją (często w ostrych słowach) podczas nieprzyjemnych kontaktów z namolnymi dziennikarzami i zawsze dedykował swoje zwycięstwo właśnie jej. Swojej narzeczonej, którą może traktował zbyt zaborczo - była jego w każdym calu swojego idealnego ciała i dobrego charakteru - ale która zasługiwała na miano tej jedynej.
- Męczy cię myślenie? - odparł płynnie z już jawną, czułą kpiną, stabilizując chwiejną tacę tak, by naleśniki nie zjechały na skotłowaną pościel. Perlisty śmiech Harriett ciągle brzmiał w jego uszach, kiedy wygodnie oparł się o wezgłowie łóżka, przesuwając dłonią po odkrytych ramionach Hatsy. Z niezadowolonym grymasem przyjął jej pruderyjne zakrycie się przed jego wzrokiem, ale jeszcze nie zamierzał przełamywać granicy przyzwoitości, wyznaczonej przez białą pościel. - Żadnego trupa. Mordowałem wyłącznie wczoraj - odparł z dumą absolutną, przesuwając leniwie wzrokiem po siedzącej obok blondynce. Nawet po męczącym dniu i jeszcze bardziej męczącej nocy prezentowała się zjawiskowo. Bez makijażu, bez tych wszystkich dziwnych zaklęć upinających włosy pod dziwnymi kątami a zwłaszcza bez ubrań wyglądała najpiękniej. Nigdy jej tego nie powiedział - Ben nie wiedział o istnieniu instytucji komplementów - ale miał wrażenie, że potrafi odczytać ten niezmienny zachwyt z ciepłego spojrzenia czekoladowych oczu. Nie zaślepionych czarną mgiełką agresji, spokojnych, nawet wtedy, kiedy niepotrzebnie przejmowała się jego poobijanymi żebrami. Zapewne skrzywiłby się znacząco, jednak zanim zdążył to zrobić, poczuł na swoich wargach miękkie usta Hattie, obdarzające go delikatnym pocałunkiem. Zbyt delikatnym; takie romantyczne muskanie się wargami było niewystarczające, zbyt blade. Potrzebował więcej, więcej Harriett, dlatego po sekundzie przesunął dłoń z jej ramienia na kark, przyciągając do siebie i pogłębiając pocałunek. Mocniejszy, drapieżny w nieskrywanej, niecierpliwej wręcz namiętności. Obiecujący wiele i równie wiele odbierający, kiedy przerwał go w pół aktu, odsuwając się z zwycięskim uśmiechem. - Śniadanie. Powinnaś się nim zachwycić - przypomniał jej bardzo poważnie, ostatni raz pozwalając sobie na przesunięcie paznokciami po odsłoniętej skórze obojczyków, po czym niezbyt ostrożnie nalał pomarańczowego soku do szklanek, rozchlapując wykwintny trunek na sosnowe drewno tacy.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
jutro możemy być szczęśliwi 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: jutro możemy być szczęśliwi [odnośnik]11.02.16 16:27
Kiedyś żyła w innym świecie. W świecie wypełnionym miękkimi dźwiękami pianina, urokliwymi przechadzkami po wysokogórskich terenach otaczających Beauxbatons, romantycznymi listami, od których policzki oblewały się wdzięcznym rumieńcem i poezją przyspieszającą bicie serca. Miesiące opływające w dziecięcą naiwność i ciepłe myślenie o pięknie się malującej dorosłości miały jednak swój termin ważności. Pierwsze zderzenie się z ponurymi realiami, tak odmiennymi od wyobrażeń Harriett, rządzącymi się zupełnie innymi prawami, nie tyle, co wywołało turbulencje, a rozbiło wszystko w drobny pył. W swoją poduszkę panna Lovegood wylała prawdziwe morze łez, nim ostatecznie oprzytomniała i uświadomiła sobie, że nie było jej winy w tym, że szkolną miłość przehandlowała na wzrastającą w kosmicznym tempie popularność w coraz szerszych kręgach. Czy ktoś pamiętał jeszcze jak w murach alpejskiej szkoły pewna półwila z przejęciem szeptała z pewnym młodym arystokratą o ślubie w ogrodzie pełnym róż? Romantyzm w klasycznym ujęciu ustąpił miejsca podkarmionymi plotkami braku zaufania i najwyraźniej tak po prostu miało być.
Nie wątpiła w to ani przez chwilę, gdy ponownie spotkała postać wypełniającą niemalże każde jej wspomnienie ze szkolnych czasów, niespodziewanie, na trybunach jednego z meczy, na których wpatrzona była już tylko w Jaimiego. Chociaż wciąż czarująca i z nienagannymi manierami, Harriett ledwie zauważała swojego niedoszłego towarzysza życia, z którym tonąc w ferworze gorącego kibicowania tej samej drużynie, pożegnała dawne zaszłości bez odrobiny żalu i bez pamięci o smutku, jaki nosiła w sercu. Jakżeby mogła wspominać przenikający ją do szpiku kości chłód, jeśli czuła już tylko przyjemne ciepło, gdy ziemię, po której przechadzała się tanecznym krokiem, ogrzewał blask uśmiechu Wrighta? Temperamentny brodacz zaprowadził w codzienności Hatsy nowy porządek, dyktowany nieznanymi doznaniami, które ostatecznie utwierdziły ją w przekonaniu, że wszystko, co było wcześniej, było niewinną ułudą, tylko pięknym, odrealnionym snem o dorosłości. Zachłysnęła się bogactwem bodźców i upajającego szczęścia, nie brakowało jej tego, że Ben nie zaakompaniuje jej na wieczorku muzycznym, nie rozróżni pas de ciseaux od pas de basque ani nie wyrecytuje jej zagranicznej poezji, obsypując ją przy tym setkami drobnych kwiatów. Redefiniowała pojęcie romantyzmu, by oddania doszukiwać się nie w pompatycznych gestach, a małych, codziennych sytuacjach: w niezmiennym dodawaniu jej wiary w siebie, w heroicznym wojowaniu z fotoreporterami o zachowanie resztek prywatności, w spojrzeniu jakie jej posyłał, gdy zamiast spieszyć się do wyjścia, malowała paznokcie, śpiewając kolejną niezrozumiałą francuską piosenkę i w balansującym na granicy przyzwoitości sposobie, w jaki zaciskał dłoń na jej talii, gdy pojawiali się razem w miejscach publicznych. Romantyzm jeszcze nigdy nie był równie ekscytujący.
- Och, wiesz doskonale, że jestem człowiekiem czynu - kontynuowała, wpasowując się w jego ton i kilkakrotnym mrugnięciem wprawiając w ruch wachlarz rzęs, nieco wyblakłych na końcach od słońca, do którego każdego pogodnego dnia chętnie wystawiała twarz, nie przejmując się możliwością skażenia cery delikatnymi piegami. Przekrzywiła lekko głowę na bok, posyłając Jaimiemu spojrzenie będące dokładnym przeciwieństwem pensjonarskiego podciągania pościeli niemalże pod szyję. Czy to możliwe kiedykolwiek przyzwyczaić się do elektryzującego dotyku? - Skoro jesteśmy już przy trupach, muszę dziś napisać do Seliny, inaczej dołączę do grona nieboszczyków, kiedy już dojdzie do siebie i przypomni sobie, że śmiałam wyjątkowo entuzjastycznie świętować porażkę Os - stwierdziła wciąż rozbawionym tonem, chociaż wizja szalejącej ze złości kuzynki leżała daleko poza kategorią przyjemnych. Przez chwilę nosiła się z zamiarem powiedzenia jak szalenie dumna jest z wczorajszego mordowania w wykonaniu Bena, ostatecznie jednak ukróciła te zapędy przypomnieniem sobie, ile razy poprzedniego dnia wyrażała już swój zachwyt i całość zwieńczyła wdzięcznym uśmiechem. Który tylko się poszerzył, gdy brunet przyciągnął ją do siebie, zmieniając pocałunek z delikatnego w o wiele bardziej żarliwy. Przez parę sekund nie myślała już o niczym, co wykraczało poza najbliższe cztery metry kwadratowe śnieżnobiałego materaca, po prostu automatycznie oplotła szyję Jaimiego szczupłą dłonią, by wpić się zachłannie w jego usta, które wymazywały pamięć skuteczniej niż obliviate i po tych paru sekundach oprzeć się ponownie o wezgłowie z miną rozkapryszonej pięciolatki, której tatuś odmówił kupienia jednorożca na urodziny, gdy z woli brodacza chwile namiętności skończyły się zanim miały szansę na dobre się rozpocząć.
- Mówię poważnie, lubię cię w pełnej formie - oświadczyła na zamknięcie odrobinę drażliwego tematu zwalczania obrażeń pomeczowych, by następnie przytaknąć grzecznie, gdy wspomniane zostało jedzenie. - Wygląda cudownie, jestem głodna jak wilk - oznajmiła, szybkim ruchem ścierając palcem z tacy kroplę soku i mało elegancko ów palec oblizując, po czym usadowiła się wygodniej do konsumpcji śniadania, chyba dopiero teraz uświadamiając sobie, jak dotkliwą pustkę ma w żołądku, który, jak na domiar złego, w dość burkliwy sposób przypomniał o swoim istnieniu, gdy już chwyciła sztućce w dłonie i odkroiła pierwszy kawałek naleśnika. - Na Merlina, jak tak dalej pójdzie, na emeryturze będziemy prowadzić restaurację - zawyrokowała rozanielona po spróbowaniu pierwszego kęsa, po czym okroiła kolejny kawałek i nakarmiła nim Bena, by sam się przekonał. Cóż z tego, ze część zawartości talerza wydawała się być zbyt mocno przysmażona, a nawet kilkusekundowe kontemplowanie wzoru z truskawek nie pozwalało na odczytanie jego sensu - te nieforemne naleśniki, jedzone w takich okolicznościach, w takim towarzystwie, były po prostu idealnie.


I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Harriett Lovegood
Zawód : spadająca gwiazda, ponurak
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila
the show must go wrong
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 https://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 https://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 https://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill https://www.morsmordre.net/t2776-skrytka-bankowa-nr-394#44885 https://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
Re: jutro możemy być szczęśliwi [odnośnik]16.02.16 11:00
Kiedy po raz pierwszy ujrzał jasne włosy Harriett na trybunach, czas naprawdę się zatrzymał, postępując zgodnie z romantycznym kodeksem wszechświata, łączącego dwa odległe lądy mosteczkiem miłości. Czy czymś w tym rodzaju; Wright tylko raz nadział się na stricte romansową książkę - co w przypadku jego zagorzałego antyczytelnictwa nie było właściwie czymś niespotykanym - omylnie przewidując, że skoro na jej okładce widnieje potężny smok a zaraz obok czarodziej, to z pewnością jest to lektura przygodowo-awanturnicza. Niestety, równe literki ujawniły przed nim gorzką prawdę: czarodziej nie łowił dzikich bestii a ratował z opresji więzioną w wieży szlachciankę, wzdychając do jej uroku przez większość stron. Wyobrażanie sobie takich ckliwych obrazków wywoływało w Benjaminie skrajny niesmak. Mógł zrozumieć wściekłość, mógł zrozumieć smutek, ale ślęczenie pod oknem jakiejś pańci tylko po to, żeby musnąć usteczkami jej dłoń (czy ktoś tak jeszcze postępował? cóż za średniowiecze) wydawało mu się nie dość, że głupie, to skrajnie niemęskie.
Musiał jednak nieco naprostować swoje młodzieńcze myśli, ulegające kompletnemu przemeblowaniu, gdy spadła na niego klątwa nagłej miłości. Nie podstępnie przeradzającej się z przyjaźni, nie narastającej niczym deszcz zmieniający się w wichurę. Idąc tym meteorologicznym tropem, Wright w jednej chwili miło wygrzewał się w słonecznych trzydziestu stopniach a w następnej sekundzie - gdy jego wzrok zabłądził w stronę trybun przeznaczonych dla bardzo ważnych osób o bardzo zasobnej sakiewce - wpadał do lodowatej wody. Niezbyt przyjemne uczucie. W durnej książce opisywano to na odwrót, jak otworzenie drzwi do ciepłego domu, lecz u Benjamina wyglądało to kompletnie inaczej. Odkryte ramiona pokryły dreszcze, zawadiacki chód złamał się w połowie długiego kroku, źrenice rozszerzyły się jak u polującego drapieżnika a triumfujące myśli zostały zupełnie zamrożone. Nie liczyło się nic oprócz tej magicznej istoty o jasnych włosach, jasnej cerze, jasnych oczach i jakiejś cholernej jasnej poświacie. Dopiero po pierwszym szoku, po pierwszym spazmatycznym oddechu, zaczerpniętym prosto do zamrożonych płuc, mogła nastąpić uczuciowa lawina. Bez westchnień, bez klękania na boisku i śpiewania do stojącej na wysokości kobiety. Nic z tych rzeczy; Benjamin po prostu musiał ją zdobyć. M u s i a ł, inaczej stałoby się coś strasznego, inaczej niebo spadłoby im na głowy a epidemia groszopryszczki wybiłaby połowę ludzkości. Myśli o Hatsy tylko się nasilały, a przy trzecim spotkaniu - kiedy Wright był pewny, że urok półwili zacznie się wypalać - Ben z niejakim przerażeniem odkrył, że oprócz prób wyobrażenia sobie blondynki nago w różnych przyjemnych pozach, w jego głowie pojawiają się także wizje całowania jej w czoło. W c z o ł o. Zatrważające.
Przez jakiś czas naprawdę się tego wszystkiego bał, ale po podjęciu decyzji ostatecznej - pod ciepłym słońcem jakiegoś egzotycznego kraju, Indonezji czy innych Indochin - cały lęk dotyczący miłości wyparował. Hattie była jego, on był jej i wyjątkowo takie poddanie się komuś nie sprawiało mu dyskomfortu. Przynależał, do kogoś, kto wyczyścił mu pamięć z niegodnych pobudek i poskładał go lepiej, niż magomedycy po wczorajszym meczu. A przy tej całej dobroci, obiekt jego westchnień potrafił być całkowicie niemoralny. Na przykład leżąc w z nim w łóżku hotelowego pokoju, mrugając zalotnie i odwzajemniając pocałunki z prawdziwą pasją. O tak, Harriett niedługo-Wright była kobietą czynu.
Dopiero, gdy ich ciała dzieliła moralna przestrzeń nagrzanego powietrza, mógł użyć ust do wydobywania z siebie wesołych słów a nie przekraczaniu spisanych granic, skazujących ich na wieczne oplotkowanie przez Czarownicę. Każdy paparazzo dałby wiele za sfotografowanie ich w tym czułym momencie.
- Po prostu świętowałaś zwycięstwo lepszej drużyny - odparł z typowo męską chełpliwością, nie mogąc się jednak powstrzymać przed chociaż sporadycznym dotknięciem nagiej skóry Harriett. Objął ją dość władczo ramieniem, co nieco zawężało możliwość jedzenia, ale niezbyt się tym przejął, na razie przyglądając się badawczo jedzącej blondynce. Zawoalowany komplement komplement sprawił, że dotychczasowy uśmiech tylko się poszerzył. Triumf w każdym aspekcie. Zawodowym, prywatnym a teraz także kulinarnym. Z powaga przyjął porcję naleśnika, nadzianą mu na widelczyk, prawie pochłaniając przy tym sam sztuciec. - Jak miałaś okazję zauważyć wczoraj...i dziś w nocy, jestem w pełnej formie - dodał dość stanowczym szeptem prosto do jej ucha. - Do emerytury jeszcze milion lat, Hatsy - odparł nieco lekceważąco. Nie myślał aż tak daleko o przyszłości: wybiegał w nią tylko kilka lat do przodu, widząc siebie świętującego jeszcze większe sukcesy, Hariet w niedorzecznie wyciętej białej sukni i piątkę uroczych czekoladowookich dzieci, śmigających na miniaturowych miotełkach po zagraconym domu gdzieś na wzgórzach.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
jutro możemy być szczęśliwi 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: jutro możemy być szczęśliwi [odnośnik]19.02.16 0:11
Obiecała sobie, że będzie samowystarczalna, że jej życie wypełni zdrowy egocentryzm i pasja przejawiająca się w każdym perlistym dźwięku, wylatującym z jej ust i w każdym czułym muśnięciu palcami harfowych strun, by te odpowiedziały najwdzięczniejszą znaną im melodią. Zdawała się być jednostką zbyt niestabilną i zbyt podatną, by pozwolić sobie na kolejną emocjonalną łobuzerkę i wyjść z niej bez szwanku. W otoczeniu herbacianych krzewów upalne słońce osuszyło resztki łez panny Lovegood, która z zapałem, jakiego nie powstydziłby się Marco Polo ani inny Vasco da Gama, dała się porwać wirowi podróży wakacyjnych, by z nieskrywanym zdziwieniem stwierdzić, że najszczęśliwszymi chwilami w jej życiu są właśnie te, gdy jej myśli wolne są od osób trzecich. Pod deszczowym, londyńskim niebem rozpoczęła więc już zupełnie nowy rozdział, złotą erę posyłania zabójczych uśmiechów fotoreporterom, brylowania wśród śmietanki towarzyskiej i bycia naczelnym argumentem konserwatywnych rodów przeciwko przedstawicielkom jej gatunku, mącących w głowach młodym, podobno niewinnym, szlachcicom w celu pozyskania własnych korzyści. Merlin jeden raczy wiedzieć ilu widzów zasiadających w sąsiednich rzędach tamtego popołudnia z faktycznym przejęciem i w pełnym skupieniu śledziło losy meczu, pozostając obojętnymi na rozkoszny akompaniament jej dźwięcznego śmiechu, niosącego się falami przy każdej próbie wyjaśnienia zasad gry swojej towarzyszce z teatru.
Jedno uderzenie serca, właśnie tyle potrzebowała Harriett, by odrzucić od siebie wszystkie wcześniejsze przyrzeczenia; a warto zauważyć, że cieszyła się raczej opinią osoby słownej. Stało się więc, skoczyła na głęboką wodę, a wszelkie próby opierania się zdawały się być całkowicie bezsensowne. To było jak burza. On powiedział coś, a ona odpowiedziała; zanim się zorientowała, pragnęła już tylko, aby ta rozmowa trwała przez resztę jej życia. Pokochała człowieka o oczach, w których panuje sztorm i jej myśli opiekowały się nim, niezależnie czy bez, czy za jego zgodą. Marne opary rozsądku wzmacniane troskliwymi głosami sprzeciwu, powtarzającymi jej uparcie, że wykorzysta i zapomni, pozostawiając ją w roli wzgardzonego trofeum, nakazywały zachowanie ostrożności, dlatego chociaż było w jej sercu tyle ciepła, że późny listopad w lipiec by zmieniła, przesuwała granice skwapliwie, dzieląc się garścią myśli, kawałkiem historii, skrawkiem pragnień, częścią duszy. Nim zatarła wszystkie granice, wiedziała już, że Benjamin Wright pachnie cudownie. Pachnie domem.
Mijały tygodnie, a Hattie nic nie mijało. Balansując bezustannie na krawędzi skandalu, oświadczała butnie, że jest gotowa zabić za każdy listek zerwany z drzewka jej marzeń, że w życiu właśnie o to chodzi, by dryfować na fali emocji, topić się w szaleństwie, odrzucając wszystko, co skostniałe i naznaczone stereotypami, by śmiać się nieznośnie w zadymionym klubie, kiedy pierwsze promienie przecierają już atramentowe niebo i o nieprzyzwoicie później lub już raczej wczesnej porze wracać do domu zygzakiem, by w brzuchu mieć nie tyle, co motyle, ale całe zoo, by przecząc podstawowym prawom matematyki, mnożyć dobre momenty przez dzielenie na dwa. Lovegood przyzwyczaiła się szybciej i bardziej niż powinna. Jedzone osobno kolacje były pozbawione smaku, kolejne plotkarskie rewelacje w Czarownicy czytane w samotności nie śmieszyły tak bardzo, a przestrzeń wiała chłodem, gdy w nocy nie zamykały jej dwa silne ramiona niczym dwa promienie wszechświata.
- Jeśli to kiedyś przy niej powiesz, wkroczymy na prawdziwą wojenną ścieżkę - zaśmiała się, jakby chcąc powiedzieć typowe ja to wiem i ty to wiesz, ale..., chociaż w gruncie rzeczy nie miała większych problemów z wyobrażeniem sobie prawdziwego rozłamu w rodzinie, podyktowanego koniecznością otwartego deklarowania się po stronie jednej z drużyn. Rodzina. Podobało jej się to słowo, nawet jeśli na razie przewijało się tylko w jej myślach. Kąciki jej ust automatycznie powędrowały do góry, gdy po niemalże bestialskim nabiciu kolejnej porcji śniadania na pozłacany widelczyk, ułożyła wygodnie głowę na klatce piersiowej Bena, przez co zapewne chwilę później i brodacz odczuł wstrząsający jej drobnym ciałem chichot. - Obawiam się, że ostatnio cierpię na niesamowicie uciążliwe problemy z pamięcią, Jaimie - oznajmiła zupełnie niewinnym tonem, siląc się na powagę przy przeżuwaniu następnego kęsa i udając zupełnie niewzruszoną tym przejmującym szeptem przyprawiającą przyszłą panią Wright o gęsią skórkę. - I dobrze, nie skończyłam jeszcze korzystać z uroków życia. Ale obiecaj mi, że ten milion lat przeżyjemy jak najlepiej, że nie zmarnujemy ani chwili. O b i e c a j - odpowiedziała, początkowo w lekkiej nucie, wolną dłonią kreśląc finezyjne wzory na rozgrzanej skórze Bena, by po chwili nadać swojej wypowiedzi więcej emfazy i dobitnie zaakcentować ostatnie słowo, zarówno artykulacją jak i naciskiem palca wskazującego, wyznaczającego niewidzialne ścieżki wzdłuż i wszerz kolejnych zagłębień mięśni. Niczego na tym świecie (oprócz wypadków na boisku) nie bała się tak bardzo, jak straty czasu poświęconego na przekuwanie marzeń w rzeczywistość.


I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Harriett Lovegood
Zawód : spadająca gwiazda, ponurak
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila
the show must go wrong
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 https://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 https://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 https://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill https://www.morsmordre.net/t2776-skrytka-bankowa-nr-394#44885 https://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
Re: jutro możemy być szczęśliwi [odnośnik]04.03.16 16:08
Wielkie wzruszenia, idące zazwyczaj w parze z równie wielkimi nadziejami, najczęściej rozmywały się na benjaminowskim horyzoncie zdarzeń, ginąc gdzieś w błyszczącej niewiadomej przypisanej przyszłości. Choć, oczywiście, potrafił marzyć, robił to bardzo po chłopięcemu, nie przejmując się w żadnym stopniu podszeptami racjonalności. Niezależnie, czy przyjmowały one profesorski ton nauczycieli Hogwartu, wróżących mu słabo płatną pracę przy tak niefrasobliwym podejściu do nauki, czy też dźwięcznie wpasowywały się w krzyki trenera przeciwników, uznających jego namiętne zagrywki za brutalne faule. Rzeczywistość zajmowała go w bardzo małym stopniu, co paradoksalnie, pozwalało mu na wyciskanie z niej jak najwięcej. Od zawsze marzył o lataniu, o tej niemalże filozoficznie pojmowanej wolności....i na tym właśnie zarabiał, choć przecież nie było nic bardziej namacalnego od drewnianej pałki w ręku i zmierzającego ku niemu tłuczka. Wyjątkowo duchowe wartości mieszały się z najprostszą agresją, lecz Benjamin nie kłopotał się rozważaniami na ten temat, po prostu czerpiąc pełnymi garściami z życia.
Wtedy, po ukończeniu Hogwartu, gdy wpatrywał się w plecy wsiadającego do pociągu Percivala - ich ostatnia podróż do Londynu; ostatnia podróż w osobnych przedziałach - po raz pierwszy zwątpił w siłę marzeń, a złośliwe podszepty stawały się głośnymi wytycznymi jego żenującej pracy i dorosłego, szarego życia, które miał spędzić samotnie, próbując wyleczyć wielką ranę, ziejącą pod mostkiem. Nawet wtedy jednak nie stracił wiary...i już chwilę potem mógł przywdziać barwy Jastrzębi. Qudditch pozwalał mu zapomnieć, pozwalał mu się wyżyć, pozwalał mu się pokazać i - w końcu - pozwolił mu na spotkanie najważniejszej kobiety jego życia.
Półleżącej obok niego. Pachnącej truskawkami, hotelowym mydełkiem w kształcie róży, świeżo wykrochmaloną pościelą a także - bardzo nieerotyczne - domem. Mógł przy niej oddychać pełną piersią, mógł próbować sił w zajęciach do tej pory będących dla niego czarną magią (gotowanie! kto by pomyślał!) i mógł na nowo mieć nadzieję - nie, mieć pewność - że jego życie będzie długie. Szczęśliwe. Pełne miłości, wsparcia. Nie był naiwny, wiedział, że z pewnością pojawią się problemy, dużo większe od tych obecnych, koncentrujących się raczej na działalności fotografów i narzuconej przez społeczeństwo przyzwoitości. Miał jednak dziwne przekonanie, że ze wszystkim sobie poradzą. Że jeśli tylko on tego nie zepsuje i nie da dojść do głosu temu choremu drżeniu, to wszystkie baśnie kończące się piękną frazą o długim i szczęśliwym życiu okażą się dla nich nie ckliwą mrzonką, a faktem.
Czuł to w każdej chwili, także teraz, gdy Hattie chichotała w jego ramionach, a jej jasne włosy łaskotały go w usta, obklejone jeszcze truskawkowym sokiem. Nigdy nie przypuszczałby, że taka nudna stabilizacja, w postaci królewskiego łoża, śniadania do łóżka i pięknej półwili u boku, naprawdę go zaspokoi. Nie pragnął przecież niczego więcej, nikogo więcej. Tylko Hattie, której zdania podsumował kolejnym drapieżnym pocałunkiem, wsuwając niecierpliwą dłoń w loki tuż nad karkiem. Nie musiał odpowiadać jej wielkimi słowami, nie musiał snuć dokładnych planów, nie musiał wyznawać jej miłości tekstami francuskich poetów: wszystko to mogła odczytać z jego niecierpliwych ruchów języka, z ciepłych dłoni, zsuwających z niej prześcieradło i z tego sekundowego blasku z czekoladowych oczach, jaki musiała zauważyć w tej krótkiej chwili, gdy oderwał się od niej, przesuwając ustami po jej szyi. To była jego obietnica, solenniejsza niż największe werbalne przysięgi.

zt :pwease:


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
jutro możemy być szczęśliwi 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
jutro możemy być szczęśliwi
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach