Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Zagroda wschodnia
AutorWiadomość
Zagroda wschodnia [odnośnik]10.02.16 15:01
First topic message reminder :

Zagroda wschodnia

Górzyste tereny Peak District zajmuje rezerwat smoków pochodzących z okolic Edale, a fundatorami tego miejsca jest ród Greengrassów. Położona w najbardziej cywilizowanej i rozbudowanej części rezerwatu zagroda wschodnia, jest jednocześnie najczęściej odwiedzaną przez ewentualnych gości. Wykonane z ciemnej cegły budynki wznoszą się na różną wysokość, skrywając w sobie głównie pomieszczenia biurowe, medyczne oraz archiwa, ale to potężny półokrągły mur nieopodal przykuwa największą uwagę. Zapewne z powodu wystających zza niego niekiedy potężnych paszczy ogniomiotów katalońskich. Wydostana z Gringotta wyjątkowa para już bardzo wiekowych smoków o oczach zaciemnionych bielmem od roku przebywa w Peak District, będąc wyjątkowo spokojna - zapewne przez bliskość niechybnego zakończenia żywota.
W centrum wschodniej części rezerwatu można załatwić sprawy administracyjne, skorzystać z archiwum, a także próbować zdobyć zaproszenie do oglądania rezerwatu z wyszkolonym opiekunem smoków, co wymaga jednak specjalnej zgody i jest okolicznością niezmiernie rzadką. W ceglanych budynkach znajduje się także miniaturowa sowia poczta oraz salonik z kominkami Fiuu. Dwie mile od zabudowań zagrody wschodniej znajduje się wybrukowana droga i oficjalne wejście na teren rezerwatu, zabezpieczone zaklęciami zarówno antymugolskimi, jak i tymi pozwalającymi na przejście przez kamienną bramę wyłącznie osobom znającym specjalne hasło, zmieniane raz na tydzień przez przedstawiciela rodu Greengrassów.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zagroda wschodnia - Page 11 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Zagroda wschodnia [odnośnik]13.06.21 17:19
— 10. 10. '57 r.


___Milczenie.
___Głuche i zlęknione.
___Przytłoczone jej intensywnym, przydymionym mglistymi tajemnicami spojrzeniem o barwie soczystej, jadeitowej zieleni nakrapianej bursztynowymi kleksami, o ile jaskrawe promienie słońca zdołały zakraść się pod nieugiętą taflę głębokich zwierciadeł. Pozostawała niewzruszona, nie drgnęła strachliwie przy trzasku sponiewieranych wiatrem gałęzi, nie zlękła się ogłuszającego ryku przetaczającego się krajobrazami rezerwatu, nie poruszyła nawet ustami w oznace niemego zaskoczenia, kiedy dostrzegła ostry kontur należącej do ogniomiota katalońskiego paszczy wychylonej gdzieś zza ram październikowej codzienności; magiczne stworzenia nigdy jej nie przerażały, budziły jedynie — bądź aż — niezdrową fascynację przebiegającą wzdłuż calutkiego ciała przyjemnym dreszczem, który podświadomie atakował smukłą sylwetkę. Czasem nawet tego nie dostrzegała, zbyt głęboko pochłonięta przetaczającą się chwilą, zacierającą wszelkie ramy znane czasom oraz przestrzeniom; przedzierającą się pomiędzy światłem a mrokiem, których nosiła w sobie raz mniej, raz więcej. Constantia, którą obserwowała w lustrzanej tafli na początku, kiedy przekroczyła granicę skandynawskiego wszechświata, zagłębiając się pod wzburzoną powierzchnię surowego, zimnego, magicznego świata wypełnionego nordyckimi echami przeszłości, przestała istnieć przed kilkoma miesiącami.
___Skonała gwałtownie.
___Spłonęła we własnym gniewie.
___Utonęła pod ciężarem gorzkich łez.
___We wszystkich opowieściach umierała, którejkolwiek by nie przytoczyła.
___Niczym mitologiczny heros walczący z gorgoną o wężowych włosach oraz lodowatych oczach, którymi przemieniła go w kamień, tak Constantia skamieniała wraz z chwilą, gdzie dosięgły jej szpiczaste palce złowrogiego przeznaczenia i brutalnie wydarto cząstkę kobiecego serca wraz z dzieckiem, jakiego nawet nie zdołała przytulić. Serca martwego, zalęgłego we wnętrzu piersi; teraz zionącego przerażająco pustą, mroczną otchłanią, która spoglądała na każdego wściekle i bezsilnie zarazem.
___Siarczana woń smoczego oddechu dosięgła jej nozdrzy, przekradając się bezgłośnie przez kalejdoskop buzujących uczuć wprost pod sklepienie czaszki, gdzie złowieszczo zawyło szaleństwo buzujące coraz głośniej, coraz gwałtowniej, coraz łakomiej spoglądając przez buchające płomienie — zapatrzyła się w ich wielobarwność; zatrzymała wzrok pośród gorejącymi iskrami splatającymi złotawe wstęgi ze szkarłatem dojrzałych płomieni połykających wszystko przed sobą, niemające grama litości ani krzty zrozumienia. Ogień niczego nie wybaczał,
___b o
___Ogień sam nie prosi nikogo o wybaczenie, powiedział niegdyś Egil.
___Jego miękkie imię zapiekło na krańcu języka oraz skrawkach rzęs, którymi zawachlowała codzienność, na krótko przymykając zmęczone powieki namiętnie kuszone sennymi objęciami czy wreszcie cichutką kołysanką nuconą głosem samego Morfeusza usadowionego na jej ramieniu i gwałtownie strzepnęła iluzoryczną fatamorganę. Wtem jej uszu dosięgły dźwięczne, pobrzmiewające znajomym rytmem kroki wdzierające się podeszwami butów wprost do wątłego świata, nad którego krawędzią przystanęła sama Constantia.
___Omamiona przyjemnym bezdechem, jaki ofiarował upadek.
___Nawet się nie obróciła, obserwując jedynie cielsko ogniomiota oddalające się ze spokojem, którego nie widziała od dawna, przyzwyczajona nadto do porywczej natury gadzich olbrzymów opancerzonych twardością łusek, uzbrojonych we wszystkie śmiercionośnie kombinacje — począwszy od najeżonej ostrymi kłami paszczy gotowej miażdżyć kości, kończąc na śmiercionośnym jadzie wypływającym spod powierzchni kolczastych wypustków. Nigdy nie przestanie zadziwiać jej finezyjność matki natury, której najwznioślejsze dzieła podziwiała dzień za dniem na przestrzeni minionej dekady.
___— Są przepiękne — powiedziała ochrypłym głosem.
___Przyjaciółka mogła wyczuć w głębokim brzmieniu cień uśmiechu, który delikatnie uniósł kąciki ust ku górze, bo chociaż radość urosła bezwiednie do definicji deficytowego towaru, zdobyła się na ten przebłysk szczerej radości, bowiem Ronja znała ją lepiej niż ktokolwiek — możliwe, iż nawet teraz wyczuwała skrajność emocji oraz ambiwalencję uczuć spienionych w pojedynku myśli, doznań, wątpliwości. Wszystko to tworzyło skomplikowaną mozaikę o barwach zachłannej pożogi.
___Wreszcie subtelnie obróciła twarz, pozwalając blond włosom zadygotać przy gwałtowniejszym ruchu, ukazując niedokończony portret zatrzymany w ostrych sylabach milczenia rozlewającego się dookoła, okrywającego obie kobiety jedwabistym płaszczem niepotrzebnych zapewnień, którym obie przestały wierzyć. Wiarę bowiem łatwo przychodziło utracić, szczególnie w czasach tak burzliwych, niespokojnych, pochmurnych, gdzie niemal każdy człowiek posiadał cenę, za jaką gotowy był zaprzedać duszę wraz ze wszelkimi ideałami, co napawało ją wstrętem.
___Sama uciekła.
___Kolejny raz.
___Na krótką chwilę.
___Świadomie i z rozmysłem zaszyła pośród nieprzeniknionych, leśnych ostępów, ukrywając przed bezlitosnym spojrzeniem Corneliusa, przed jego przeklętym milczeniem, w którym nieustannie wszystko zamykał, rzucając jej jedynie nędzne ochłapy wiadomości — a przecież miało prawo wiedzieć, prawda?
___Mechanicznie napięła każdy mięsień ciała noszącego stare, ale też nowe blizny, nawet niezagojone rany sączone gęstą, pożółkła ropą, szkarłatną krwią, wreszcie poczerniałą w żyłach trucizną gorzkich doświadczeń, które napiętnowały dożywotnio.
___— Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale zaczynam być poważnie zazdrosna, mała. — Objęła smukłą sylwetkę Fancourt szczerym, choć zmęczonym spojrzeniem muśniętym przez mgiełkę uśmiechu. Opuszkami palców wsunęła za ucho oswobodzone kosmyki włosów mieniących się w świetle dnia barwami dojrzałych kłosów, to znów miedzianymi refleksami; tworząc kompozycję jesiennych barw. Złota oraz rdzy. Mała zawisło pomiędzy nimi, skrywając niezwykłą intymność dojrzałej, kobiecej przyjaźni, osiadając na dnie serca, nim wybrzmiały kolejne słowa. — To wszystko jest niezwykłe, najchętniej zostałabym tu wraz z tobą. Czuję taką lekkość, wolność unoszącą się w powietrzu, jakby cały rezerwat był przesycony swobodą należną smokom. Tą niezależnością, której człowiek nigdy nie sięgnie. — Ręka malowała w powietrzu to, czego nie zdołałaby wyrazić samym głosem.
___Wychylała zza potężnego, półokrągłego muru wschodniej zagrody, zaciągając się śmiertelnie żywą wonią ukojenia, jakiego dawno nie zaznała. Mogłaby pokusić się o stwierdzenie, iż zapomniała jego smaku.
___— Odnalazłaś tu… siebie? — pytanie pomknęło ku przyjaciółce, oczy rozbłysły szczerą ciekawością. — Wciąż nie mogę uwierzyć, jak wiele mnie ominęło i jednocześnie czuję wyrzuty sumienia. Jakbym opuściła wszystkich, a od powrotu była obca. — Bo była.
___Obca.
___Wyswobodzona spod jarzma konwenansów.
___Wybrakowana przez życie, które utraciła.
___Wyglądająca na wiele starszą — taką, co przeżyła własne życie.
___— Wybacz, Ronjo — posmakowała imienia przyjaciółki namacalną, siostrzaną czułością. Jej śladem podążył przepraszający ognik, który błysnął pod jadeitową taflą. — Chyba nie umiem już snuć ckliwych opowieści o jednorożcach czy niuchaczach w tym gorzkim, popierdolonym świecie.
___Iskra szaleństwa skrzy pod opuszkami palców, które podświadomie zaciskają dłonie w pięści.
___— Co teraz? — pyta.
___Co dalej?
___Czy stoimy na krańcu świata? — na sklepieniu firmamentu
___Czy zaraz wszystko się skończy, czy dopiero zacznie?
___Czy może spłonie w ogniu?



— fire walk with me —

• These violent delights have violent ends •
Constantia Sallow
Zawód : ambitna magizoolog kolekcjonująca słowa w książkach oraz naukowych artykułach.
Wiek : lat 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We build castles with our fears and sleep in them like kings and queens.
OPCM : 16
UROKI : 18
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9976-constantia-sallow#301547 https://www.morsmordre.net/t10013-morgause#302619 https://www.morsmordre.net/t10012-constantia-sallow#302616 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10014-skryta-bankowa-nr-2182#302620 https://www.morsmordre.net/t10015-constantia-sallow#302622
Re: Zagroda wschodnia [odnośnik]16.06.21 10:14
Milczenie.
Pewne i łagodne. Milczenie, które oswoiła latami cierpliwości i słuchania, prawdziwego słuchania, tego co siedziało głęboko w niej. Kiedy czuła się obco we własnej skórze, stojąc przed lustrem w domowej łazience i palcami naciągając kąciki oczu w dół. Gdy zamiast letnich wycieczek z rówieśnikami, siadała w ogrodzie z guqinem, by zadowolić oczekiwania matki. Wiele zajęło jej znalezienie swojej tożsamości, ale kiedy w końcu się spotkały, za żadne skarby nie zamierzała od niej odstąpić. A ona była przy niej na każdym etapie tej drogi. Widziała, jak ze zlęknionej dziewczynki stawała się zainteresowaną światem uczennicą, z wyrzutka o dziwnych strojach i nienaturalnie grubych, czarnych włosach, córką imigrantki dumną ze swojego pochodzenia. Tak dziwnie było dzielić z kimś nowym wszystkie te ważne momenty w życiu, kimś, kto nie był jej bliźniaczym bratem, ani nikim z najbliższej rodziny. W pewnym momencie przekroczyły po prostu granicę, w której wymaga się stałej atencji, zaangażowania i kiwania głową na potwierdzenie słów. Ich milczenie było słowami, wspólnie spędzony czas darem, a niewypowiedziane myśli świadczyły o tym, że tej przyjaźni niestraszne próby czasu ani okoliczności.
Mimo tego ciekawiło ją co Constantia pomyśli o tej starej nowej Ronji. Ronji cierpiącej na dotyk meduzy, Ronji, która dawno już zrezygnowała z ministerialnej posady, by pomóc Timulandzie w prowadzeniu herbaciarni, a potem łutem szczęścia zaangażowała się w pracę Peak District. O ile to możliwe, zbudowała dookoła siebie nawet silniejszy mur, mlecznobiała skóra mogłaby mienić się opalizującymi łuskami smoków, kiedy mimo braku skrzydeł przyzwyczajała się do towarzystwa smoków. Co gdyby wkrótce po prostu stała się jedną z ich wielu? Majestatycznych bestii zamkniętych w górzystych luksusach imitacji wolności, do której nigdy już miały nie powrócić. 龍母 - Long Mu, matka smoków. Nie od razu przypomniała sobie legendę opowiadaną niegdyś przez Xiuying jako kołysankę dla jej dzieci. Dopiero przy ostatnim zakręcie zmierzającym do ścieżki wschodniej zagrody wspomniała młodą półboginię, która sama wychowała piątkę smoków od chwili wyklucia się ze skamieniałych jaj. Smocze węże. W chińskiej kulturze utożsamiane z duchami wody i pogody, władcy żywiołów. Ironia rzeczywistości kazała trójogonom edalskim miotać wyłącznie ogniem, na dowód ich całkowitego odłączenia od marazmów azjatyckiej opowieści.
Palce zaciskały się na szyjkach dwóch butelek porteru Starego Sue, który trzymała w przykurzonej szafce pod stołem operacyjnym. Na czarną godzinę, albo godzinę radości. Tym razem, miały przysłużyć się spotkaniu po długim czasie nieobecności. Od zachodu, zza muru prócz lekkich promieni słońca, wystawał leniwie czubek łba ogniomiota katalońskiego. Wreszcie, zrównawszy się z sylwetką znajomej kobiety, Ronja pozwoliła kącikom ust powędrować wyżej niż w typowym dla niej już, uprzejmym uśmiechu. Ten tutaj był szczery i skierowany do osoby, której zaufałabym swoim własnym życiem bez sekundy na zastanowienie.
- Liczyłam, że powiesz to już lata temu, ale lepiej późno niż wcale. - Odparła z wyczuwalną nutką zaczepności w głosie. Przy Constantii łatwo było jej poczuć się o wiele lat młodszą, lżejszą o przeżyte troski i zdobyte doświadczenie. - Mam nadzieję, że nie nawdychałaś się za dużo siarki, daj znać jeśli ta lekkość i wolność w powietrzu zacznie cię przyprawiać o zawroty głowy. - Stwierdziła, tym razem z kamiennym wyrazem powagi na twarzy, który zaraz potem przełamał się w żartobliwy ruch brwiami. - Ależ oczywiście, możesz zostać, ile tylko chcesz. - Głos nabrał ciepła, zniknął charakterystyczny dla niego chłód dystansu, który przybierała wobec obcych osób. Tutaj była ze swoją siostrzaną duszą, w bezgranicznym zaufaniu i zrozumieniu wszystkiego, co je trapi.
Na pytanie przyjaciółki, przekrzywiła głowę w zastanowieniu, pozwalając, żeby upięcie klamry na włosach poluźniło się odrobinę. - Wydaje mi się, że to miejsce odnalazło mnie. Sama jestem, jaka jestem, a co chyba ważniejsze, wiem, kim jestem. Ale czas, wydarzenia, one zmieniają, kształtują. Peak District pojawiło się w tym momencie mojego życia nie bez powodu. Byłam obca całe moje życie, tutaj mogę być obca z innymi. - Odparła wreszcie po chwili zastanowienia, wymawiając słowa miękko i delikatnie. Wiedziała, że dla przeciętnego słuchacza musiały brzmieć bez ładu i składu, ale Connie nigdy nie stroniła od mówienia rzeczy, tak jak się je czuje, a nie widzi.
Parsknęła śmiechem, zdając sobie sprawę z ironii tych niuchaczowych historii. - Cóż, nie będziesz musiała ich snuć sama. Tak się składa, że mam niuchacza. Prawdziwy, żywy, oddychający niuchacz. Przynajmniej oddychał, jak wychodziłam z domu. Dostałam go na zakończenie pracy w Londynie, przy herbaciarni, pamiętasz co pisałam o Timulandzie. Właścicielka “Wyniuchaj Troski” dała mi go w podzięce. - Na usta wkradł się nieobecny uśmiech, kiedy pomyślała o tłuściutkim Troskliwszym, który futerko wygrzewał na parapecie poddasza domu Fancourtów.
Co teraz?
- Teraz pijemy. - Wyciągnęła zza siebie dwie butelki portera starego Sue i wręczyła jedną Sallow. Szybkim ruchem stuknęła szyjką o kamień, pozwalając, by kapsel odbił się od muru. Zaraz potem podniosła go, wkładając do kieszeni spódnicy.
- A właściwie ja piję. Ty opowiadasz mi, co ten gorzki popierdolony świat na ciebie sprowadził od naszego ostatniego spotkania. - Sprostowała odrobinę żartobliwie, ale w większości z autentyczną troską przebijającą przez spojrzenie bursztynowych oczu, które przeniosła na przyjaciółkę, a zaraz potem w stronę idyllicznego krajobrazu zagrody.


quiet. composed. grateful. disciplined
do not underestimate my heart, it is a fortress, a stronghold that cannot be brought down, it has fought battles worth fighting, and saved loved ones worth defending, the day you think it a weakness, is the day
you will burn
Ronja Fancourt
Zawód : magipsychiatra, uzdrowiciel
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
battles may be fought
from the outside in
but wars are won
from the inside out
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
玉兰花
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9639-ronja-fancourt https://www.morsmordre.net/t9640-demimoz https://www.morsmordre.net/t9644-zapraszam-na-kozetke#293088 https://www.morsmordre.net/f360-hornchurch-haynes-road-39 https://www.morsmordre.net/t9641-skrytka-bankowa-nr-2194#293080 https://www.morsmordre.net/t9643-ronja-fancourt#293083
Re: Zagroda wschodnia [odnośnik]20.06.21 5:35
___Nie taką ją zapamiętała.
___Kącik ust drgnął ku górze.
___— Kiedyś byłaś mniej pyskata — rozbawienie otuliło słowa.
___Zmieniły się drastycznie, nawet jeśli pozornie niewiele zmian było widocznych gołym okiem, jednak wystarczyło zajrzeć głęboko pod powierzchnię ciemnych zwierciadeł pochłaniających całą swą mocą, intensywnym brązem bądź soczystym jadeitem, by dostrzec prawdę. Wyczuć niepokojące mrowienie pod opuszkami palców, które sunęły wzdłuż grzbietu pokaźnego tomiszcza zapisanego życiowymi wyborami, jakie koniec końców zaprowadziły tutaj. Wprost do rezerwatu, gdzie Constantia pozostawiła wspomnienia z czasów odległych o tysiące mil. Wymieniane długimi miesiącami listy pomiędzy angielskim wybrzeżem (czy każdym innym miejscem, gdzie Ronja się znajdowała) a kolczastymi, norweskimi fiordami pozwalały zachować przyjaźń pomiędzy kobietami, które tęskniły do siebie i do przeszłości, jaka była prostsza. Nieobarczona ciężarem gorzkich wyborów. Nieciążąca tak dramatycznie ramionom, teraz dźwigającym wszystko, co zostało przemilczane przed pozostałymi; przed osobami niegodnymi prawdy, którą obdarzyły jedynie siebie.
___Zaufanie, jakie pomiędzy nimi zawisło, cofało błyskawicznie ku szkolnym korytarzom, gdzie odszukały wspólny język, chociaż nawet nie próbowały szukać kogokolwiek, kto mógłby zrozumieć wyobcowanie czy strachliwe trwanie we wszystkim, co ich rodziny uważały za słuszne i cierpliwie uczyły się siebie nawzajem. Łagodnie wyznaczały granice, innym razem przekraczały te wytyczone, nieustannie zaskakiwały czymś nowym, tkając niezwykle trwałą więź, która potrafiła przetrwać wszystko — i czas, i odległość, i niejednokrotnie wojny toczone w milczeniu, bowiem nadchodziły takie momenty, którym nie towarzyszyły żadne słowa. Wówczas wystarczała sama obecność; jak w ostatnich miesiącach, gdzie oddalone tysiącem kilometrów, nosiły pod powłokami serca ciepło przyjaźni, trwającej wiernie u ich boku.
___Wszystko to sprowadziło je do tego miejsca, w którym woń siarki splatała się ze świeżością powietrza podobnego temu dmącemu zawzięcie ku norweskim fiordom, skąd Sallow poniekąd nigdy nie wróciła. Mimo nagromadzeniu wspomnień, potrząsnęła delikatnie głową i parsknęła cichym śmiechem na jej uwagę. — Na zawroty głowy niewiele mi pomożesz, o ile nie wejdziesz pomiędzy moje myśli. Zgadza się? — odparła ze swobodą, obserwując jak zbliża się niespiesznie, jak kurczy dystans, jak napełnia przestrzeń dziwacznym wręcz spokojem pachnącym bezpieczeństwem. Trochę jak ciepło domowego ogniska, którego Constantia już nie pamiętała i z wdzięcznością przyjęła kolejne słowa, skinąwszy delikatnie głową. — Nie chciałabym nikomu narobić kłopotów, już na pewno nie tobie, ale chętnie się tu zatrzymam. Na dzień czy dwa, najwyżej na tydzień. — Szczera troska zamigotała pod zielonkawą taflą. — Wspomniałaś zresztą w liście, że jeden ze smokologów potrzebował magizoologa. Może się nadam — dodała jeszcze, chcąc przekonać wyrzuty sumienia, jakie odczuwała ze świadomością, iż mogła Ronję narażać.
___Dopóki była w drodze, dopóty nikomu nie musiała się tłumaczyć ani pozwalać na kwestionowanie własnej wolności i nawet Cornelius musiał jej podróżniczą, wiecznie głodną wyzwań czy ryzyka, naturę akceptować. Cierpliwie wydeptywała kroki w nieznane bądź kroczyła tam, dokąd ktoś zdążył dotrzeć, jednak ona zaczynała patrzeć zupełnie innym okiem; obrysowywała wszystko szerzej, kopała głębiej, szukała dalej niż sięgał horyzont, będąc zbyt rozkochaną we własnej niezależności. Jednocześnie uciekając przed złowrogimi chmurami konfliktu, przed widmową sylwetką śmierci, której obecności doświadczyła zbyt szybko, bo będąc ledwie szesnastoletnią dziewczynką.
___Przyjęła jej odpowiedź ze spokojem i niejaką radością, wyraźnie szczęśliwa, że pod kopułą niespokojnych czasów Fancourt zdołała odnaleźć miejsce, które przyjęło niczym dawno zaginione dziecko i przytuliło do piersi. Napełniona swoistą równowagą, harmonią wybrzmiewającą spod wypowiadanych miękko słów, jakie długo wirowały jeszcze w powietrzu docierającym do płuc przy każdym pełnym wdechu, za to wtrącenie o posiadanym niuchaczu wyraźnie zabarwiło przestrzeń pastelowymi odcieniami kobiecego śmiechu. — Kto by pomyślał, że zostaniesz matką niuchacza, którego swoją drogą chętnie poznam — zawoalowana iluzja była jednoznaczna, jednak lekko uniesiona brew nadała wszystkiemu zaczepnego wydźwięku. Możliwe, iż było to potrzebne przed uderzeniem rozmową w nieco poważniejsze tony; bardziej głębokie, nasycone wonią spalenizny, okrutnym poczuciem zdradzenia, nieludzkim bólem — na tyle dotkliwym, iż podświadomie sięgnęła dłonią ku sercu, długość oddechu później do podbrzusza. Wszystko wciąż było namacalne.
___Stłoczone gdzieś pod sklepieniem czaszki, która przechowywała dosłownie każdą bolesną wzmiankę męskiego imienia czy własnego krzyku, jaki poniósł się przez szpitalne korytarze (błagam, ratujcie dziecko…), każde nadgryzione cierpieniem wspomnienie splatające się w żywiołowym tańcu ze wszystkim, co tętniło też i dobrem, bo świat nie był tak czarno-biały, jak myślano. Skrzył tysiącem barw, pozwalał na zamglenie obrazów kolejnymi setkami; nieprzerwany krąg życia, gdzie przeznaczenie każdego człowieka oraz czarodzieja wiodło przez ostre wyboje.
___Przyjęła z milczeniem butelkę starego, dobrego portera i podążając jej ruchem, błyskawicznie pozbyła się kapsla, chociaż myślami krążyła daleko stąd. Po orbicie własnych wyborów, poniesionych konsekwencji, niepewnych uczuć, jeszcze mniej pewnej przyszłości. Bo od czego powinna zacząć? Gdzie ulokować wstęp? Jak zanurkować pod wzburzonymi falami tego, przed czym uciekała?
___I wreszcie zaczęła mówić, po prostu. Nie szukając słów, bowiem ten jeden raz nadeszły same. — Wiesz, czasem mam wrażenie, że im jestem starsza, tym mniej wiem o życiu. Może po prostu staję się głupsza — smutne rozbawienie wtłoczono pod powierzchnię zdań, które mknęły przed siebie. Wprost ku krajobrazom rozciągającym się po horyzont, gdzie kobieta utkwiła wzrok. — Wcześniej chyba nie potrafiłam o tym mówić, ale upływający czas uczy mnie, jak to wszystko akceptować. Tę wewnętrzną wściekłość, którą czuję na samo wspomnienie Egila, tę pustkę oraz bezsilność, kiedy pomyślę o dziecku i chociaż każdy kolejny dzień boli, to wciąż walczę o to, by nie zwariować. Ze sobą oraz z myślami. Pracuję pewnie za dużo, według zaleceń uzdrowiciela potrzebuję odpoczynku i spokoju, ale co on tam wie! — Upiła solidny łyk, pozwalając piwu przyjemnie wypełnić swym gorzkawym posmakiem usta. Porter przypominał odległe czasy młodości, kiedy ledwo uciekła spod ojcowskiego jarzma, by podążać za marzeniami, przez co uśmiechnęła się lekko. — Prawda jest taka, że tylko praca pozwala mi funkcjonować tak, jakby nic się nie wydarzyło. I nie, proszę, nie mów mi, że to niezdrowe podejście — dodała natychmiast, widząc jak przyjaciółka otwiera usta. Chciała dokończyć przynajmniej prolog boleśnie długiej podróży w głąb siebie, dopóki słowa trwały gdzieś w niej. — Wszystko nad czym pracowałam w Norwegii napełnia mnie żalem i przywołuje tysiące wspomnień. Chociaż marzyłam o smokach, to nie za taką cenę, nie byłam gotowa, by ją zapłacić. — Pierwsza łza spłynęła policzkiem.
___Perlista kropla ciągnęła do podbródka nierównym szlakiem, omijając kącik drżących ust, przez które nabierała płytkich oddechów, walcząc o własne opanowanie, o niezałamywanie głosu, o jakąkolwiek — nawet najbardziej pierwotną — kontrolę nad sobą. Prawda była prosta, była potwornie słaba i jednocześnie kurewsko silna; tym razem nie musiała jednak wstydzić się uderzenia o dno pierwszej skrajności.
___Ronja pozwalała jej na bycie tak bezsilną, jak tego potrzebowała i wdzięczność majacząca pod jasnym, zaszklonym spojrzeniem była więcej niż namacalna. Wierzchem dłoni starła pospiesznie słone krople, przenosząc wzrok na przyjaciółkę. — Wiele dla mnie znaczy, że przez ten czas miałam ciebie czy Atticusa, że zachowałam wasze przyjaźnie pomimo dystansu, bo pozwalały przetrwać. — Gwałtownie ściągnęła jednak brwi, dostrzegając zmianę na twarzy Fancourt. Lekkie zmrużenie oczu, jakiś delikatny grymas i westchnęła znacząco. — No tak, jak zawsze na tej płaszczyźnie wszystko toczy się powolnym rytmem, nie mylę się? — troska emanowała z nieco żartobliwej uwagi. — Na Merlina, że wy jeszcze macie siłę, by w tym wieku bawić się grą pozorów. Nawet w Hogwarcie widziałam te jego maślane oczy, jak za tobą nieszczęśliwie wodził i dlatego musiałam szybciej uciekać z domu, kiedy ojciec napisał o naszych zaręczynach. Pamiętam nawet… — pauza zatrzymała wszystkie dźwięki.
___Zaskoczenie wymalowane na twarzy przyjaciółki naprowadziło we właściwym kierunku, przez co Constantia uświadomiła sobie, jak niewiele dziewczyna wiedziała, co zrodziło w niej zarówno ciekawość, jak i troskę wypełniającą kolejną wypowiedź. — Nigdy ci nie powiedział — bardziej stwierdziła, niżeli zapytała. — Kiedy ostatni raz rozmawialiście? — Na ten moment wolała przemilczeć względnie regularną, jak na te czasy, korespondencję między sobą a przyjacielem. I z niejaką ulgą przyjęła świadomość, że porzuciły przynajmniej częściowo jej problemy.
___Ronja była teraz ważniejsza.



— fire walk with me —

• These violent delights have violent ends •
Constantia Sallow
Zawód : ambitna magizoolog kolekcjonująca słowa w książkach oraz naukowych artykułach.
Wiek : lat 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We build castles with our fears and sleep in them like kings and queens.
OPCM : 16
UROKI : 18
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9976-constantia-sallow#301547 https://www.morsmordre.net/t10013-morgause#302619 https://www.morsmordre.net/t10012-constantia-sallow#302616 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10014-skryta-bankowa-nr-2182#302620 https://www.morsmordre.net/t10015-constantia-sallow#302622
Re: Zagroda wschodnia [odnośnik]27.06.21 16:56
Kiedyś była mniej. Mniej wyczulona na wszystko, co szeptały górzyste tereny zagrody. Mniej świadoma swoich słów i siły myśli przelewanych w wypowiadane na głos sentencje. Mniej jej wreszcie kiedyś było w samym duchu, który pielęgnowany latami trosk i zła rósł w suchej ziemi tych pechowych czynów otaczających ją ludzi, by wreszcie dojrzeć na kogoś, kto pilnie ważył słowa, owszem. Ale gdy nadszedł odpowiedni moment, nie wahał się ich użyć. Pewnie wybudziła to jasne poczucie humoru, tak jak zawsze zdawała się wprowadzać ożywienie wszędzie tam, gdzie znalazły się razem. Złote włosy wpadające na lekkim wietrze w urokliwą twarz, Ronja zawsze uważała Constantię za piękniejszą od niej samej. Ich pewność siebie wychodziła z dwóch różnych światów i o ile Sallow zdawała się emanować nią, w naturalny wręcz sposób, Fancourt czuła, że do wszystkiego, co sobą oferowała, doszła znikąd. Przetykane piegami policzki uniosły się w uśmiechu, który Ronja odwzajemniła własnym. - Mam różne sztuczki w rękawie. - Wzruszyła ramionami, kiedy wreszcie zbliżyły się do siebie na wygodny dla dyskretnej rozmowy dystans. Ronja nosiła w sobie mrok. Smolistą czerń, którą porównać można było do łagodnie śniącej w nocy tafli jeziora. Niewzruszona najmniejszą zmarszczką niepewności, gotowa nieszczęśliwych śmiałków ściągać w otchłań równie szybko, co ich z niej ocalić. Potrzebowała drugiej kobiety do tego żarliwego ognia pewnej przyjaźni, o którą zawsze mogła się podeprzeć, zawsze się ogrzać. - Tak, oczywiście. Percival z pewnością chetnie przyjmie twoją pomoc. - Ona sama miała swoje obowiązki w Peak District i chociaż stanowiły one istotną część prawidłowego funkcjonowania rezerwatu, to nie ulegało wątpliwości, iż to właśnie magizoolodzy stanowili trzon ich organizacji, a Sallow była jednym z najlepszych, jakich Ronja kiedykolwiek poznała. Jeśli tylko nadarzyła się okazja, żeby tamta mogła zaoferować swoją ekspertyzę na dłużej, nie ulegało wątpliwości, że wszyscy z niej skorzystają. Świadomość, że przyjaciółka miała pozostać przy jej boku na dłużej, w dodatku w znajomym miejscu, w którym nie musiała martwić się o jej bezpieczeństwo czy samopoczucie, wystarczała Ronji jako powód do łagodnego poczucia szczęścia. Nikt nie liczył się bardziej niż jej najbliżsi, Constantia wiedziała o tym doskonale. Palce wolnej dłoni powędrowały do ramienia przyjaciółki na wspomnienie aluzji, która zagościła między kobietami niemo i bez zbędnych słów. Nie mogła sobie wyobrazić co tamta mogła czuć, ani ile z demonów przeszłości wciąż jeszcze czaiło się w zakamarkach jej umysłu, ale mogła przy niej być.
Porter powoli łapał ciepło od bladych dłoni kobiety, toteż wreszcie przyłożyła szyjkę butelki do ust i upiła porządny łyk alkoholu. Oparła się wygodnie o mur, przymykając na chwilę powieki tak, że spod zasłony ciemnych rzęs dostrzegała tylko zarys wystającego po drugiej stronie ogrodzenia łba ogniomiota. Przyjemnie odprężona, słuchała słów towarzyszącej jej czarownicy, każde traktując z równie dużą uwagą i skupieniem, chociaż póki co zamiast własnych komentarzy, zajmując jedynie ciche przemyślenia we własnej głowie. - Wiem, o jakim uczuciu mówisz. - Odpowiedziała, lekko kiwając głową.
- Ale, im jesteśmy starsi, tym wiemy więcej. W tym chyba cały nasz problem. Każda kolejna porcja wiedzy wprowadza dodatkowy zamęt, ugruntowuje przekonanie, że chociaż wiemy coraz więcej, w praktyce rozumiemy coraz mniej. - Westchnęła przeciągle, uchylając jedno oko i zmartwiona rzucając spojrzenie rozmówczyni. Z całych sił nie chciała zamieniać ich szczery moment na sesję terapeutyczną, ani oferowanie profesjonalnych rad, jednak sposób, w jaki docierały do niej kolejne słowa… Miała nadzieje, że Sallow dba o siebie na tyle, ile daje radę, a w razie potrzeby nie będzie miała oporów przed prośbą o pomoc. - Powinnaś słuchać zaleceń uzdrowiciela. - Wymamrotała tylko, nie wspominając jednak zgodnie z życzeniem tamtej o reszcie niezdrowych okoliczności, w jakich zbytnie angażowanie się w pracę mogło źle wpływać na życie samych zainteresowanych. Smutek gościł między nimi, niczym stary znajomy, który wreszcie znalazł chwilę w długiej wędrówce, by odpocząć pośród swoich. Obu czarownicom te uczucia były znane, każda z nich jednak przeżywała je na swój sposób. Ronja nie oceniała tego pokazu emocji, cieszyła się tym, jak wielkie zaufanie otrzymała od drugiej osoby, by mogły w swojej obecności tak wiele ciężaru zrzucać ze swoich pleców. Chodź, powiedz mi swoje troski. Ponieśmy je wspólnie.
Drgnęła na dźwięk jego imienia. Typowa reakcja, do której dawno się już powinna przyzwyczaić, ale mimo tego niepokojące oczekiwanie, kiedy tylko miała się dowiedzieć czegoś o Atticusie, wprawiało ją w żywe niezadowolenie ze swojej słabości. - Cieszę się, że masz wciąż z nim tak żywy kontakt. - Odpowiedziała najpierw zupełnie szczerze, chociaż jak przy każdym ludzkim odruchu, serce zakuło w tęsknocie za prawdziwością takiej relacji. Przez jakiś czas wymieniali się jeszcze listami, niezwykle oszczędnymi i naiwnymi w uprzejmej treści, aż wreszcie zupełnie odpuściła starania, nie zamierzając się dłużej naprzykrzać czy tracić własnego czasu. Tego cennego czasu, który z własnej woli poświęcała na rozmyślania, czy nie dzieje się u niego nic złego, czy dalej o niej myśli tak jak ona myśli o nim i czy kiedy przez wspomnienia przelatuje jej imię, równie mocno życzy sobie, by wypowiadała je ona sama, jak ona pragnie, by wypowiadał je on. Żartobliwa uwaga nie pozwoliła jednak tkwić w swoich przemyśleniach, podczas gdy Constantia kontynuowała swoją tezę, by wreszcie zamilknąć w chłodnej realizacji, która dotarła z prędkością błyskawicy do każdego nerwu Ronji. - Co? - Wyszeptała, a może nawet charknęła, w tym samym momencie kiedy porter wysunął się z lekkiego uchwytu, a jego zawartość roztrzaskała w dziesiątki odłamków zielonkawego szkła butelki. 妈的.
Wyćwiczony refleks sprawił, że momentalnie znalazła się w kuckach na ziemi, zbierając większe odłamki, podczas gdy z twarzy odeszła krew, resztki pozostawiając jedynie w delikatnych rumieńca zszokowania, alkoholu i namiastki zawodu. - Nie powiedział o czym? - Podniosła głowę do góry, pozwalając, by kruczoczarne włosy zapewniły, chociaż chwilową ulgę w zwróconej na siebie uwagę. - Dawno. - Postarała się by wzruszenie ramion, jakie wykonała, miało autentyczny wyraz, kiedy ponownie podniosła się do poprzedniej pozycji, po chwili wahania nawiązując wreszcie kontakt wzrokowy z przyjaciółką. Tak właśnie działał jej organizm, gdy mówiła na głos o Blythe’ie. Gdy myślała zbyt intensywnie o wszystkim tym, co nigdy nie zdołała powiedzieć mu wprost. To i lepiej. Powtarzała często, dla pocieszenia i oddechu serca. Teraz, jednak kiedy szokująca wiadomość w pełni zagnieździła się pomiędzy innymi myślami Ronji, ona sama była już pewna. Nie powie nigdy, nie przyzna się w żałości tego jednostronnego pragnienia.
- O waszych zaręczynach? Kiedyś? - Spytała wreszcie, ostrożnie. Zaskoczył ją nieco chłód we własnym głośnie, doskonale wyćwiczony i przerażająco obojętny. Historia taka jak każda, nienależąca do niej, ale której musiała wysłuchać przez wzgląd na własny strach i ciekawość.


quiet. composed. grateful. disciplined
do not underestimate my heart, it is a fortress, a stronghold that cannot be brought down, it has fought battles worth fighting, and saved loved ones worth defending, the day you think it a weakness, is the day
you will burn
Ronja Fancourt
Zawód : magipsychiatra, uzdrowiciel
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
battles may be fought
from the outside in
but wars are won
from the inside out
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
玉兰花
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9639-ronja-fancourt https://www.morsmordre.net/t9640-demimoz https://www.morsmordre.net/t9644-zapraszam-na-kozetke#293088 https://www.morsmordre.net/f360-hornchurch-haynes-road-39 https://www.morsmordre.net/t9641-skrytka-bankowa-nr-2194#293080 https://www.morsmordre.net/t9643-ronja-fancourt#293083
Re: Zagroda wschodnia [odnośnik]20.07.21 17:50
___Zawsze ją zaskakiwała kolejność zdarzeń — spotkanie gdzieś pomiędzy dwóch skrajnie różnych charakterów, które pokochały własne inności, czymkolwiek by nie były. Pomiędzy, bowiem obie sterczały na rozdrożu, niepewne każdego kolejnego kroku stawianego ostrożnie w nieznane. Pomiędzy wielobarwnym dzieciństwem oplecionym chłodnym, arystokratycznym konserwatyzmem po jednej stronie, a po drugiej intrygującym, dalekowschodnim dziedzictwem opadającym gładko na ramiona dziewczynki, której kulturę chłonęła wraz ze wszystkimi opowieściami, jakimi Ronja częstowała jej spragniony umysł, ilekroć poprosiła. Córka Sallowów wkomponowana okrutnie pośród schematy, którymi pogardzała, buntując się coraz gwałtowniej wszystkim słowom wtłaczanym pod sklepienie myśli, nigdy nie sądziła, iż odnalezienie domu jest możliwe w drugim człowieku. Przełamanie iluzorycznej bariery, jaka wybudowana została czasem oraz przestrzenią rozkruszyła się wraz z chwilą, w której dziecięce uśmiechy spotkały się w połowie drogi.
___Zapomniała, jak gładko mogła się śmiać.
___Zdążyła odłożyć własne rozbawienie na długie miesiące, dopiero teraz czując tę cholernie przyjemną lekkość istnienia i wraz z kolejnym oddechem kąciki ust pozostawały uniesione ku górze. — Czasem się zastanawiam, czy odkryję moment, w którym zaczniesz te sztuczki stosować, czy pozostanę nieświadoma. — Spojrzenie zaskrzyło prawdziwym życiem.
___Możliwe, że pozostałoby zawieszone w powietrzu nieco dłużej, gdyby nie sięgnęło jej brzmienie okrutnie bliskiego, choć odległego imienia zapisanego ciemnym atramentem wśród wspomnień. Delikatnie skinęła głową, powtarzając niemalże na granicy szeptu, jaki lekko zaszumiał w eterze. — Percival? — wymówiła jego imię pierwszy raz od dawna i poczuła tęsknotę, której usilnie próbowała się wyrzec. Porzucić gdzieś za plecami, jak niechciany bagaż, jednak wszystko prędzej czy później powracało głośnym, nieustępliwym echem. Lekko zapiekł ją własny język. Przed oczami zaskrzyły wspomnienia obrysowane wyraźną krawędzią, męską sylwetką. — Więc czeka mnie jeszcze jedna cięższa rozmowa — wyrzekła powoli, wypuszczając wreszcie nagromadzone w płucach powietrze.
___Powroty były trudne.
___Gorzkie.
___Gryzące w gardle.
___Piekące w oczach.
___Palące uczucie wżerało się boleśnie pod powierzchnię kobiecej sylwetki, która upiła potężny łyk alkoholu i ponownie powróciła spojrzeniem do przyjaciółki, zazdrosna o ten spokój wymalowany na smukłej twarzy, kiedy delikatnością palców dotknęła jej ramienia i Constantia mimowolnie odetchnęła. Czuła falujące w przestrzeni opiłki zażyłości, która wgryzała się coraz gwałtowniej pod skórę, pozwalając ponownie posmakować tego uczucia przynależności do kogoś; do członka rodziny, jaką we dwie (może nawet nieświadomie) tworzyły.
___— To takie odległe, to wszystko, a paradoksalnie wciąż jest na wyciągnięcie ręki. Te przeklęte demony powiewające dookoła naszych decyzji — wymruczała niespodziewanie, nawet nie wiedząc dlaczego. — Myślałam niekiedy o tym, ile musiałyśmy przejść, by znaleźć się w tym miejscu. Ile osób poznać bądź porzucić za plecami. — Perliste widmo łzy zamigotało na jadeitowej tafli, jednak tym razem nie pozwoliła słonej kropli opuścić schronienia zwilgotniałych oczu. Nie wyrzekła ani słowa na krótki, dość ulotny komentarz o słuchaniu porad uzdrowiciela, do którego przed miesiącami dotarła, by zostać nieco dłużej. Obie doskonale poznały charakter panny Sallow niepotrafiącej rzeczywiście zwolnić, przystanąć, cofnąć się gdzieś po krok, gdzie mogłaby złapać oddech.
___Potrzebowała ucieczki.
___Potrzebowała bodźców.
___Potrzebowała impulsów.
___Piekących podskórnie myśli oraz słów, powodów do ciągłego parcia naprzód.
___Nie jest pewna, czy zauważyła lekkie drgnięcie ze strony przyjaciółki, wypowiadając imię Atticusa, którego przecież nieustannie gościła we własnej codzienności. Niegdyś były to częste rozmowy, regularnie wymieniane listy, dopóki na horyzoncie nie zamajaczyła norweska destynacja, ale nawet to nie złamało wieloletniej przyjaźni. Dość niezwykłej, bowiem zapoczątkowanej jeszcze wśród szkolnych korytarzy, gdzie wspólnie milczeli długimi godzinami w bibliotece bądź rozprawiali o niewspólnej przyszłości. Constantia wciąż pamiętała kruche ciałko listu, jaki wręczyła chłopakowi tamtego zimnego wieczoru, pozwalając wściekłości wedrzeć się we własne słowa; podjęła decyzję za dwoje, nie pozwalając ojcu zadecydować o ich przyszłości, która wiodła skrajnie różnymi ścieżkami.
___Obok siebie, owszem, jednak nigdy jednym szlakiem.
___Porter błyskawicznie i głośno zderzył się z ziemią, zmuszając blondynkę do obrócenia spojrzenia od lesistych pejzaży rozciągających się za zagrodą, i troska zakradła się na twarz magizoolog. Lekko potrząsnęła głową na boki, samej schylając się po kilka szklanych odłamków, które ułożyła bezpiecznie w drżącej dłoni przyjaciółki, powstrzymując cień rozbawienia wirujący pod sklepieniem czaszki. Chociaż Blythe był jej serdecznym przyjacielem, przy tym przystojnym oraz pociągającym mężczyznom, to nigdy nie myślała o nim w kategoriach męża, jakim — ponad dziesięć la wcześniej — miał się stać.
___— To nic, czym powinnaś się przejmować — odparła swobodnie. Wyciągnęła własnego portera ku Ronji, by mogła upić spory łyk. — Teraz tobie przyda się bardziej — dodała z lekkim uśmiechem, który wyginał kąciki ust ku górze. Samej sięgnęła do kieszeni płaszcza, skąd wyłowiła dwie soczyste pomarańcze i jedną odruchowo podała przyjaciółce. Wiedziała, jak ciężko było w ostatnich czasach o jakiekolwiek owoce, dlatego dzieliła się tym, co miała. — To było bardzo, bardzo dawno temu. Wszyscy chodziliśmy wówczas do Hogwartu, zaś ojciec uparcie szukał człowieka, który ukróciłby moje dalekosiężne pragnienia całego świata i proszę, nazwisko Blythe wyraźnie go zadowalało. Nie odważył się tego powiedzieć na głos, dlatego wysłał mi list i już wiedziałam, że zaraz po szkole opuszczę dom, by nigdy nie wrócić — nutka sentymentu połaskotała jej język. Rzeczywista historia posiadała słodko-gorzkie zabarwienie, wielodniowe kłótnie między Constantią walczącą o własną wolność, a Cassiusem stojącym murem za rodzinnymi tradycjami, jednak nawet on nie przeczuwał nadchodzących zdarzeń. Ucieczki, po jaką sięgnęła.
___— Atticus zarzekał się, że powie ci o wszystkim pewnego dnia, ale najwyraźniej tego nie zrobił. — Wywróciła oczami dość znacząco, oddając kilka oddechów przyjaciółce, pozwalając jej wysłuchać brzmienia każdego słowa, które układały się w spójną opowieść. Wreszcie nożem, który również zalegał gdzieś we wnętrzu kieszeni, zaczęła obierać pomarańczkę. Słodki miąższ pociekł wzdłuż palców, naznaczając alabastrową skórę pierwszymi kroplami. — Co zabawne, od tamtego momentu zostaliśmy serdecznymi przyjaciółmi.
___Jak na ironię losu, pomyślała rozbawiona.
___— Prawda jest taka, że nie zrobiłam tego tylko dla siebie, nie jestem aż taką egoistką. Zrobiłam to dla nas wszystkich, to było po prostu właściwe — powiedziała po upływie kolejnych sekund. Wzruszyła jeszcze lekko ramionami, będąc szczerą w każdym mijającym momencie; Ronja wiedziała. Musiała wiedzieć. I czuć tę prawdę. Zbyt dobrze się znały. — I proszę bardzo! Jak zwykle muszę sprzątać jego bałagan — śmiech wybrzmiał zaraz po wypowiedzianych słowach.
___Posłała jeszcze lekkiego kuksańca Fancourt, nie chcąc by niepotrzebnie się przejmowała, ponieważ nie zamierzała dokładać jej trosk. Może wiedziona podświadomością, może jakimś nieznanym impulsem, zamknęła jej kruche ciało w czułym, siostrzanym uścisku. — Bez obaw, mała. Mam wystarczająco mężczyzn we własnym życiu, tym przeszłym i tym obecnym, nie zamierzam uganiać się za przeklętym Atticusem. — Odsunęła się na długość ramienia, łapiąc na krótko wypowiedzianych słów.
___Nie mogła przecież ukrywać, iż Egil był jedynym imieniem, jakie zapiekło pod powiekami.
___Nigdy nie był jedynym imieniem gorejącym w sercu, wspomnieniach czy myślach.



— fire walk with me —

• These violent delights have violent ends •
Constantia Sallow
Zawód : ambitna magizoolog kolekcjonująca słowa w książkach oraz naukowych artykułach.
Wiek : lat 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
We build castles with our fears and sleep in them like kings and queens.
OPCM : 16
UROKI : 18
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9976-constantia-sallow#301547 https://www.morsmordre.net/t10013-morgause#302619 https://www.morsmordre.net/t10012-constantia-sallow#302616 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10014-skryta-bankowa-nr-2182#302620 https://www.morsmordre.net/t10015-constantia-sallow#302622
Re: Zagroda wschodnia [odnośnik]01.08.21 16:22
Jeśli Constantia była Światłem — gorącym i o złotych promieniach, to Ronja była Cieniem, w którym zmęczony wędrowiec mógł skryć się przed wyczerpaniem. Chłód przynosił ukojenie, a nocny krajobraz rozwijał skrzydła możliwości tego co przyniesie umysł i słowa.
Przypuszczała, że blondynka miała jeszcze wiele własnych problemów na głowie, oraz że nie we wszystkim będzie mogła jej pomóc. Nie wszystkie drogi przeznaczone były dla wielu ludzi, niektórymi mogli kroczyć wyłącznie w pojedynkę. Chociaż Fancourt otwarta była na oferowanie rady, to nader często zdarzało się, iż w obliczu wielu pracowników rezerwatu, swoich bliższych i dalszych znajomych stanowiła coś w rodzaju niewzruszonej skały oparcia. Oferowała spokój, zrozumienie, a także radę w zamiar nie oczekując nic więcej. Zazwyczaj potrafiła wtedy kontrolować cudze zmartwienia, ale bywały momenty takie jak ten, gdy stawały się one nagromadzonymi ciężarami. — Najważniejsze, że jesteś teraz tutaj. Droga cię zaprowadziła tam, gdzie powinna. — Odparła pocieszająco, kładąc dłoń na ramieniu przyjaciółki, ale jednocześnie dbając o to, by zachować nieco przestrzeni.
Ronja maskowała własne emocje dobrze, ale nie z powodów wysoce skomplikowanych. Sama znając je dość dobrze, nie poszukiwała zrozumienia u ludzi obcych i tych, którzy umiejętnościach pojęcia kompleksowych uczuć nie opanowali. Nie była jednak nie czuła, a słowa Constantii trafiły w punkt wrażliwy już od dawna.
Nie przejmuję się. — Nie więcej niż powinnam. Przyjęła porter do dłoni, ale nie zdecydowała upić kolejnego łyku, zamiast tego zastanawiając się, dlaczego przez te lata, Atticus nigdy o zaręczynach nie wspomniał. W końcu byli kiedyś prawdziwymi przyjaciółmi, a przyjaciele tak istotne rzeczy mieli w zwyczaju sobie mówić. Wbiła paznokcie w miękką skórkę otrzymanej pomarańczy, metodycznie odrywając ją od soczystego miąższu. — Mhm. — Wsadziła do ust kawałek owoca, nie zamierzając kontynuować temat, na dłużej niż było to konieczne. Pozyskane informacje stały się dla niej niekomfortowo bliskie, a reakcja drugiej czarownicy, tylko dodawała do dezorientacji. Uścisk Connie, chociaż znajomy i ciepły, spotkał się z delikatnym spięciem w ramionach Ronji, nagle zmęczonej bardziej niż zwykle. Spróbowała zatem przekierować rozmowę na inne tory, odwrócić uwagę od siebie i da nieco wytchnienia umysłowi. — Ktoś szczególny, o kim powinnam wiedzieć? — Spytała, unosząc głos w tonie zaciekawienia.


quiet. composed. grateful. disciplined
do not underestimate my heart, it is a fortress, a stronghold that cannot be brought down, it has fought battles worth fighting, and saved loved ones worth defending, the day you think it a weakness, is the day
you will burn
Ronja Fancourt
Zawód : magipsychiatra, uzdrowiciel
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
battles may be fought
from the outside in
but wars are won
from the inside out
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 25
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
玉兰花
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9639-ronja-fancourt https://www.morsmordre.net/t9640-demimoz https://www.morsmordre.net/t9644-zapraszam-na-kozetke#293088 https://www.morsmordre.net/f360-hornchurch-haynes-road-39 https://www.morsmordre.net/t9641-skrytka-bankowa-nr-2194#293080 https://www.morsmordre.net/t9643-ronja-fancourt#293083
Re: Zagroda wschodnia [odnośnik]03.08.21 20:10
| odpowiadam na post Finley

To nie był dobry dzień dla Richarda. Nie, żeby wczorajszy dzień był dniem nawet znośnym, wszystkie te dni od początku zamknięcia rezerwatu dla gości zlewały się w jakąś dziwną, lepką maź, a on — dwudziestopięcioletni czarodziej, który pracę w rezerwacie Trójogonów Edalskich otrzymał relatywnie niedawno — tkwił w niej po sam pas, obawiając się, że niedługo przyjdzie i czas na niego. Spoglądał wtedy w niebo swymi soczyście zielonymi oczami i martwił się, jak martwić się zwykł. O plecy, które bolały go od nieporządnie wypchanego siennika (nie dlatego, że nie stać go było na łóżko, siennik kojarzył mu się z latami dzieciństwa spędzonymi na mugolskiej wsi), o dobrobyt odratowanych smoków, które kochał tak, jak kochać może tylko prawdziwy pasjonat, o samą pracę, bo Peak District długo trzymało się na uboczu, ale i te czasy się skończyły. Wreszcie martwił się tym, co powie panu Blake, jak spotkają się następny raz. Czy "dzień dobry" to powitanie odpowiednie, jeżeli dla niego żaden dzień taki nie był?
Tymczasem jedyną szansą na promyk słońca w pochmurny dzień było odnalezienie się przy zagrodzie z dwójką smoków z niedawnej interwencji. Richard lubił obserwować, jak te wspaniałe istoty powracały do pełni sił. Zapamiętywał je takie, jakie były przy pierwszym spotkaniu — wystraszone, niezrozumiałe, niesprawiedliwie potraktowane przez los. Widział w nich ułamek siebie, albo to może smoki stanowiły ułamek jego duszy? Później wracał do nich, czasami kilka razy dziennie, z zachwytem zauważając, jak wielkie zmiany czyniły na drodze rekonwalescencji. Taki plan towarzyszył mu i teraz gdy spacerował w stroju wyraźnie wskazującym na jego zawodową przynależność do pracowników rezerwatu, dopóki nie posłyszał podniesionych głosów i czegoś, przed czym uciekał na same szczyty wyżyn północnego Derbyshire.
Dziewczęcy lament.
— Daj dziewczynie spokój, Fancourt — nieco zrezygnowany, niemniej męski głos rozległ się zza pleców Faeleen. Nie było w nim cienia pogardy, ni prób strofowania. Nie minęło kilka sekund, aż brązowowłosy mężczyzna przystanął niedaleko azjatki, czujne spojrzenie zielonych oczu wbijając w postać panny Jones. I ledwo powstrzymał się od przewrócenia oczami, bo trajkotała zupełnie jak jego młodsza siostra, Eleanor.
— Rezerwat jest zamknięty dla gości, panienko — zwrócił się wreszcie i do samej Finley, gestem ręki dając wyraźny sygnał, że życzył sobie, by ta ruszyła za nim. Rzucił jeszcze okiem na notatki panny Fancourt. Dopiero wtedy nieco krzywy uśmiech odsłonił również lekko krzywe, ale białe zęby. Richard mógł pochwalić się jednak całkiem imponującymi egzemplarzami "wilczych kłów". — Zrobiłaś byka.
Jakimś cudem zauważenie błędu w pisowni rozświetliło niemal całą jego osobę. I włosy zdawały się łapać światło słoneczne jakoś cieplej, blada skóra przybrała nieco zdrowszy odcień, lecz dłoń wciąż przywoływała Finley do siebie, gotowa na siłowe poruszenie zagubionej, w przypadku stawiania przez nią aktywnego oporu.
— Kimkolwiek jest twój luby, jego też znajdę. Ale najpierw odprowadzę cię do bramy. Jeszcze byś sobie krzywdę zrobiła, a wiesz, ile zębów w szczęce mają nasze smoki? — choć sam narzekał na dziewczęce trajkolenie, nie wydawało się, by miał problem ze słuchaniem własnego głosu. Wręcz przeciwnie, mówił dużo, trochę szybko, niektóre sylaby zlewały mu się bowiem w jedno, lecz pytanie o ilość smoczych zębów wybrzmiało w tej plątaninie nader wyraźnie. — Wystarczająco by odgryźć głowę przy samej... A zresztą, panienka wie przy czym.


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Zagroda wschodnia - Page 11 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zagroda wschodnia [odnośnik]04.08.21 1:50
Sekundy przeistaczały się w minuty, minuty przechodziły w godziny, tygodnie, lata wybijanego rytmu spłoszonego serca, obijającego się o pręty żeber dudniącym uwierz mi, uwierz mi, uwierz mi. Zawierz szklącemu się spojrzeniu popielatych tęczówek i dolnej wardze drżącej, pobladłej buzi wciąż znaczonej śladami zażenowania, lekkiej dziewczęcej wstydliwości na policzkach osiadłej. Przypomnij sobie dziecięce zawody, naiwne porywy duszy poddające się słodyczy słów szeptanych oraz to rozczarowanie, gdy wyobrażenia zderzają się z niewzruszonym brzegiem rzeczywistości. Ulituj się nad dziewczęciem, podlotkiem ledwie, który pozwolił się za nos prowadzić, ślepo darzącej zaufaniem tego, kto nie był tego wart. No dalej. No dalej. To była tylko chwila, milczenie napięciem przesączone w powietrzu wisiało, na werdykt czekając i wydawało się, że ładna azjatka gotowa jest podjąć temat, wydać swój osąd niczym cesarzowa pochylająca się nad podanym, kiedy męski głos skruszył ciszę, zerwał zasłonę czasu zatrzymującej dwie niewiasty w swoistym bezruchu zderzonych ze sobą światów. Finnie unosi wzrok w zaskoczeniu, w kącikach oczu nadal perlą się łzy i wydaje się, że natrafiła na swoją szansę, a zarazem na koniec. Wciąż mogę walczyć, zapragnęła szepnąć słabo, a przecież to niemożliwe w jej pozycji domagać się czegokolwiek. Jest intruzem, potencjalnym zagrożeniem, okruszkiem na materiale istnienia.
- Och, j-jak...przepraszam - mamrocze, potulnie podążając za przewodnikiem, pamiętając, by głowę opuścić oraz ramiona skulić. A przecież wcale nie chciała być taką owieczką na rzeź prowadzoną, powinna kopać i krzyczeć, pytać rozpaczliwie, że jak to zamknięty, choć wojna znad granic rezerwatu wygląda, będąc doskonałym tłumaczeniem. Ale Finnie takiego nie potrzebuje, tej logiki oraz rozsądku. Domagała się swoich smoków, tu i teraz, potwierdzenia, że są tutaj obok, wciąż żywe, wciąż na tyle małe, by mogła zabrać je do parku przyrody i wrócić wreszcie do domu. Lecz rezerwat jest zamknięty dla gości, zwiedzających, dla każdego ciekawskiego spojrzenia. Musi tu zostać, musi tu pojawić się raz jeszcze, musi się upewnić i nie może pozwolić się złapać. Z tym że nie mogła tu zostać, nie była pewna, czy jeszcze tutaj jej roztańczona stopa postanie, zamiast pewności tylko udręka się czaiła na podobną myśl, acz jedno pozostało niezmienne.
Nie pozwoli się złapać.
- Dziękuję - mówi nieśmiało, nosem siąkając i wierzchem dłoni przecierając powieki, jakby zamierzała właśnie w garść się wziąć z nader marnym skutkiem - Och, um...tyle, by wystarczyło ich dla Connora? - pyta słabiutko, chyba próbując zażartować, co ma ukryć niewiedzę blondyneczki. Oczywiście, że wiem, pomstuje duma, acz Fin nie pozwala dojść jej do głosu. Miast tego słucha mężczyzny z szeroko otwartymi ślepiami, grzeczna jak nigdy - ...Szyi? - podsuwa uprzejmie, podtrzymując swój obrzydliwie naiwny wizerunek. Tylko pytanie nasuwało się czasem, czy aby na pewno udaje, czy może przypomina sobie o czymś, co pragnęła pogrzebać na zawsze w meandrach umysłu.


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

Płonie las, płonie nasz dom,
O nadziejo w sercu mym płoń...

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Zagroda wschodnia - Page 11 Tumblr_nvrbn58hjJ1qg8dzlo4_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Zagroda wschodnia [odnośnik]05.08.21 21:07
Twarz mężczyzny drgnęła nagle. Mięśnie po jej prawej stronie ściągnęły się w grymas, który mógł świadczyć tylko o podjętej próbie złagodzenia mimiki. Richard miał bowiem jedną siostrę, wcześniej wspomnianą Eleanor. Bardzo płaczliwe dziewczę, tonące we łzach z byle powodu i zdolne do manipulacji ich kochanymi rodzicami jak nikt inny. Dziewczęcy płacz szybko kojarzył się więc mężczyźnie z nieprzyjemnymi wspomnieniami, z rozciągniętymi do granic możliwości żałosnymi jękami, gdy siostrze znów coś nie wychodziło, a działo się to na tyle często, że zmuszony był zaraz po szkole opuścić dom rodzinny w Glossop na rzecz życiowej tułaczki za chlebem i dachem nad głową, która trochę dzięki zrządzeniu losu zakończyła się w rezerwacie Trójogonów Edalskich w Peak District.
Nic więc dziwnego, że raz uzyskanego spokoju od dziewczęcej histerii bronić zamierzał jak lew — albo raczej jak smok.
Ale nie chce być przy tym tak zupełnie bezduszny. Płaczące dziewczę wydaje mu się jakieś inne od rozwydrzonej siostry, takie urokliwe bardziej, a skrząca zieleń spojrzenia stara się wyłapać jakikolwiek szczegół, który mógłby mu podpowiedzieć, że właśnie pada ofiarą jakiegoś spisku. Przystanął więc na moment, otwartą dłoń uniósł kilka centymetrów nad głową, dając wyraźny znak, że nie chce słyszeć niczego. Ani przeprosin, ani jakichś szczególnych wyjaśnień. Wsłuchiwał się w odgłosy natury — tej dzikszej, której ratowaniem zajmował się rezerwat, oraz tej spokojniejszej — jesień grabiła roślinność z zieleni, pomagając w oczyszczeniu terenu z niepotrzebnych przeszkód. Nigdzie jednak nie widział nikogo, kto sprawiałby wrażenie śmieszka—amanta, toteż dłoń prędko opuścił i odwrócił się przez ramię w kierunku dziewczęcia.
— Nie ciągaj tak nosem — powiedział wreszcie, lecz nawet w surowym (och, jak bardzo chciał, by jego ton brzmiał poważnie, surowo, groźnie nawet!) tonie przebijały się pierwsze promyki łagodności. Dłoń wsunęła się do jednej z wielu kieszeni uniformu pracownika rezerwatu, by wyciągnąć z niej po kilku chwilach porządnego gmerania bawełnianą chustkę do nosa. Nie była ona szczególnie piękna ani obszyta zapierającym dech w piersiach haftem — jedynie ciemnobrązowa obwódka wyróżniała ją na tle innych chustek. Taka właśnie została przekazana Finley, w połączeniu z krótkim — Masz. Nie musisz oddawać.
Wreszcie jednak w umyśle Richarda pojawiła się całkiem dobra i pożądaną myśl. Wychodzenie przed szereg i zostawianie Finley za plecami mogło skutkować jej nagłą ucieczką, której pewnie by nie zauważył zbyt prędko. Dlatego też zatrzymał się w miejscu, gestem pokazał dziewczynie, aby szła dalej przodem, a on kontynuował wędrówkę trzy kroki za nią.
Całe szczęście, że nie widziała uśmiechu, który wygiął jego wargi, gdy usłyszał jej odpowiedź. Cichy, lekko ochrypły śmiech przerwał ciszę, która między nimi zapadła.
— Heh... Powiedzmy, że coś w tym guście. Opowiedz mi o tym gagatku. Jak wygląda? Connor... Trochę głupie imię, nie sądzisz? — bogate spostrzeżenie od człowieka, którego zdrobnienie imienia brzmiało "Dick".


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Zagroda wschodnia - Page 11 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zagroda wschodnia [odnośnik]06.08.21 0:04
Dolna warga drży, gdy w kącikach oczu skrzą się łzy, a cały koloryt z twarzy ucieka i Finnie sądzi, że chyba już nie udaje zawodu, ni złamanego serca, bo chociaż to nadkruszone zostało już dawno, tak na powierzchni jego kolejna rysa się tworzy. Zamykają rezerwat. Nie będzie już smoczych pieśni, do których tak tęskno jej duszy, nie będzie też wieści żadnych o tym, co zostało tak brutalnie zabrane wespół z dziewczęcą naiwnością. Co robić, zastanawia się gorączkowo, wzrok popielatych tęczówek na uniesionych dłoniach zatrzymując, małych, trzęsących się z lekka. Potrząsa głową, chcąc się wziąć w garść, a przecież nie powinna, wygląda dokładnie tak, jak pragnęła by ją tutaj postrzegano. Żałośnie, marnie, jak przystało na osobę oszukaną straszliwie. Bo taka była, uświadamia sobie nagle, krok za krokiem podążając za Richardem. Tylko sama siebie w balona zrobiła, karmiąc się nadzieją, wierząc ślepo, że po tylu porażkach słońce wreszcie dla niej zza chmur wyjdzie i magicznie dostanie wszystko, czego zapragnie. Że zakradnie się do rezerwatu, rezerwatu pełnego wykwalifikowanych czarodziejów oraz czujnych opiekunów i sprytnie wydrze wszelkie wieści dla siebie zachłannie. Na wszystkie gwiazdy, była tak głupia, tak durna, że aż brakło jej samej słów. Czy desperacja naprawdę była w stanie popchnąć ją do tak pozbawionych sensu działań? Mogła, oczywiście, że mogła, sama sobie odpowiada. Najgorsze w tym wszystkim jest to, iż doskonale wiedziała, że zdecydowałaby się zrobić to jeszcze raz, ponownie bez planu, bez pojęcia o niczym i bez niezbędnych przygotowań. Bo wystarczyło, by ktoś jej tylko szepnął o czymś, co mogłoby być poszlaką, znakiem przodującym w tej ciemności skąpanej w wyrzutach sumienia. I pobiegnie, tam gdzie każą, ślepa na wszystko, rozpaczliwie pragnąca wierzyć, że wciąż ma szansę. Na odkupienie swych win, na powrót do domu, na zaciągnięcie się pachnącym wrzosami powietrzem Skye. Mimowolnie siąka nosem raz jeszcze i kuli się na szorstkie polecenie, trzepocąc rzęsami rozpaczliwie przy tym, jakby to mogło pomóc w pozbyciu się zaszklenia oraz początków iście dziecięcego płaczu.
- Przepraszam - mamrocze zgaszona, uczepiona myśli, że już nigdy tutaj nie powróci. Cholerny Malfoy, pieprzona wojna, tylko to dźwięczy w jej głowie. I drga, widząc, jak mężczyzna podaje jej chusteczkę i uśmiecha się smutno, trochę też przy tym nieśmiało, zaskoczona tak miłym gestem - Dziękuję sir - jest wdzięczna, bardzo, jakby nie patrzeć, Richard uchronił ją przed konfrontacją z nieznajomą, nawet jeśli zesłał na wąskie ramiona niesamowity ciężar rzeczywistości. Materiałem delikatnie muska powieki, chcąc pozbyć się łez, nim faktycznie wydmucha nos onieśmielona, zwłaszcza że teraz musi iść przodem, mając za plecami czarodzieja. I trochę też się śmieje, kiedy on to robi, cicho, ale zawsze, bo chyba to jest lepsze niż niezręczne milczenie.
- Głupi chłopak, to i imię głupie - burczy, tym razem brzmiąc, jak przystało na nabzdyczoną nastolatkę. Marszczy lekko brwi, a potem w jej głowie objawia się pomysł, nieco złośliwy, ale w pełni zasłużony. Drobna zemsta, o której nie usłyszy sam zainteresowany. Zerka z wyraźnym poczuciem winy na opiekuna, przez ramię, wnętrze policzka przygryzając - On jest umm...wyższy niż ja - chociaż to nie było jakieś takie szokujące, może nie była kieszonkowych rozmiarów, ale do brzóz się nie zaliczała - Ma nieco ciemniejszą skórę, zielone oczy i czarne włosy. Zachowuje się tak, jakby pozjadał wszystkie rozumy oraz ma durne pomysły. Obraża się też strasznie, jak coś idzie nie po jego myśli. Chyba to wyjście nie było...znaczy...wydawał się miły, uśmiechał się i...och...przepraszam, jakby... - odwraca wzrok, kuli się bardziej, jak zawstydzona panienka, która zaufała ładnej twarzy. Zbliżają się do wyjścia i Finnie chce biec, uciec stąd jak najszybciej, ale to by było podejrzane. Zatrzymuje się więc, przestępuje z nogi na nogę i bierze głęboki wdech, nim się odezwie - Dziękuję za odprowadzenie sir i za chusteczkę, przepraszam za kłopot, naprawdę nie chciałam i... - milknie, popielate oczy wydają się o wiele większe, kiedy tak patrzy na niego bezradnie - Jeszcze raz przepraszam. I do widzenia sir - macha ręką na pożegnanie, nim wrota do rezerwatu zamkną się za nią bezpowrotnie. I oddala się nadal przygnębiona, w myślach zaś klnąc jak szewc, czy też jak na szkota przystało. Zawaliła całkowicie, nie dowiedziała się niczego. Zaczesała jasny kosmyk za ucho, ku niebu wyglądając. Tak, to była katastrofa. I żeby o niej zapomnieć, zdecydowanie potrzebowała bardzo długiego treningu.

| zt mompls


Jak ja Cię obronię i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś, gdy oczu wrogich sto?
Finley Jones
Zawód : Tancerka Ognia
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

Płonie las, płonie nasz dom,
O nadziejo w sercu mym płoń...

OPCM : 3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Zagroda wschodnia - Page 11 Tumblr_nvrbn58hjJ1qg8dzlo4_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Re: Zagroda wschodnia [odnośnik]08.08.21 19:15
Dalsze odprowadzanie przeszłoby pewnie w spokoju, nawet takim połowicznym, bo nie mógł przecież Richard opuszczać gardy i w śmieszność obracać własnej uważności, nawet jeżeli przed nim spacerowała ot dzierlatka, dziewczę pewnie jeszcze przed dwudziestym rokiem życia. Przeszłoby, gdyby nie przeprosiny, na które machnął mężczyzna ręką już zupełnie odruchowo, zapominając, chyba że Finnie nie może go dojrzeć, oraz... zwrot grzecznościowy, który był oczywiście miły, lecz jakoś nie na miejscu.
— Ech, sir? Nie, nie, żaden ze mnie sir. Richard tak. Richard z Glossop, a Glossop to nie Derby — po wzmożonej ilości westchnień, które wydobywać się zaczęły spod Richardowego wąsa, a wąs miał — swoją drogą — całkiem bujny, dojść można było do prostego wniosku, że jakoś niewygodnie mu z tym stwierdzeniem. Myślami wrócił więc natychmiast do lordów suzerenów ziem i właścicieli rezerwatów. Lordów Greengrass widywał co prawda sporadycznie, często z pewnej odległości, ale różnica między nimi była znaczna. Gdzież jemu, prostemu czarodziejowi równać się w tytułach z Motylowymi Lordami?
— Ty żeś prawdziwego lorda na oczy nie widziała, tego jestem pewien. Bo jakbyś zobaczyła, nawet nie przeszłoby ci mnie tak nazwać. Ale... ech... Rozumiem, że to emocje i wdzięczność, co nie?
Uśmiechnął się do siebie, tym razem już ładniej, nie wykrzywiając połowy twarzy, bo nie miał nawet do czego. Finley nie sprawiała kłopotów, nie płakała już, Merlinie, odebrała chusteczkę i nie wymigywała się od odpowiedzi. A Richard słuchał, słuchał uważnie, wyobrażając sobie wygląd sprawcy całego zamieszania. Musiał też przyznać, że Jones miała całkiem poważny talent do opowiadania historii. Gdyby tylko zamknął oczy i postarał się wystarczająco, ujrzałby dokładnie tego samego chłopaka, którego opisywała. A to, że nie był on w istocie Connorem... To nie był jego problem!
— Nie dziękuj już. Po prostu zmykaj, zanim ktoś inny cię zobaczy i wpadniesz w jeszcze większe kłopoty. Kiedyś był tu taki jeden, myślał, że smoki żywią się tylko dziewicami i wydaje mi się, że był co do tego święcie przekonany — niski śmiech po raz kolejny poruszył ciałem mężczyzny, który na sam koniec pokiwał jeszcze głową w zaprzeczeniu, albo jakby chciał odgonić od siebie myśli o specyficznym podejściu do smoczej diety jednego z jego byłych już współpracowników.
Brama przed nimi otworzyła się, a on sam przystanął przy jej lewym skrzydle, wyciągając ramię przed siebie w kierunku wyjścia. — Następnym razem zwracaj uwagę na tablicę ogłoszeń.
Choć Richard mógł mieć nieśmiałą nadzieję, że drugiego razu nigdy nie będzie.

| z/t dla Lusterka


I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Zagroda wschodnia - Page 11 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Zagroda wschodnia [odnośnik]08.04.22 21:38
10 stycznia

Nad ich głowami rozległo się uderzenie skrzydeł, potężnych i czarnych jak noc, kiedy kucali skuleni wśród roślin, zachowując te środki ostrożności, które byli w stanie. Praca w rezerwacie przy smokach nie należała do najłatwiejszych, ani tym bardziej najbezpieczniejszych, jednak nikt nie przygotowywał młodych smokologów lepiej od praktyki.
Elroy wciąż nie był pewny, kto dokładnie wysłał młodego Dimitriego wraz z dwójką innych młodych i niedoświadczonych magizoologów w te rejony na tak bliską obserwacje - ale starał się w tym momencie powstrzymywać, swoim zdaniem jak najbardziej uzasadniony, gniew. Młody Rosjanin przyjechał do nich na praktyki zaledwie rok temu, przerażony wizją pogrążonego w wojnie kraju, choć szczerze zafascynowany magicznymi stworzeniami, a również i smokami. Jego ojca, Elroy poznał na jednej z wypraw we wschodnich częściach Europy, z którym do dzisiaj udawało mu się utrzymywać listowny kontakt. Nie mógł odmówić, kiedy tak doświadczony smokolog, któremu sam wiele zawdzięczał, poprosił go o staż dla syna - i wiedział, że jego syn nie byłby na tyle nierozważny, aby samemu zapuścić się w te regiony rezerwatu. Czy był to pracownik, który zastępował aktualnie Benjamina w obowiązkach? Nigdy nie miał ufności do tych, których zbyt dobrze nie poznał, a siedzący za biurkiem Wrighta, z pewnością był doświadczony w swoim fachu - ale czy odpowiedzialny w zarządzaniu ludźmi, których miał pod opieką?
Pozostała dwójka młodych mężczyzn była Anglikami, pracowali nieco dłużej dla rezerwatu, jeszcze przed wojną kończąc ministerialny kurs. Pamiętał, kiedy przyjmował ich do pracy. Nie bali się ciężkiej pracy, choć z pewnością brakowało im wprawy - i nie do końca rozumieli, że w rezerwacie nie mogli uświadczyć pracy za biurkiem, w przeciwieństwie do często bezpiecznych posadek w ministerstwie.
Rezerwa wydawał się niezwykłym miejscem do pracy dla młodych fascynatów smoków, choć dzisiaj nastał ciężki moment dla jego rodu; moment próby, który musieli przetrwać. Wciąż nie znali dokładnie wszystkich szkód, które poniosło Satffordshire - nie mogli zbyt wiele zrobić, a on sam nie mógł być w wielu miejscach na raz. Nie mogli wiedzieć czy Derbyshire nie ucierpiało równie mocno - ani czy nie ucierpi w niedalekiej przyszłości, czy ta fala mordu, która spłynęła tak blisko ich rodzinnego domu nie przeleje się dalej, pokrywając całą Anglię. Wiedział, że w takich czasach, brakowało im doświadczonych rąk do pracy, i właśnie dlatego niemalże całe dnie spędzał w rezerwacie. Dzielni ochotnicy, którzy podjęli się obrony i pomocy w naprawie sztuk byli jedną stroną medalu, rezerwat jednak wciąż musiał funkcjonować, a on miał zamiar dopilnować tego osobiście. Zarówno dobrobytu Peak District jak i bezpieczeństwa swoich pracowników.
- Znasz drogą, prawda? Trzymasz torbę? Doskonale, cieszę się, że udało ci się zebrać te próbki - szepnął, klęcząc na jednej nodze blisko ziemi. Zerknął zza krzaka w kierunku, z którego odleciał jeden z młodych okazów trójogona. Prawdziwym problem jednak było ciche usunięcie się z zasięgu, w tym momencie już znacznie od nich oddalonego, ogniomiota katalońskiego. Wiekowy smok, który powoli już dokańczał swojego żywota, wciąż był wielkim zagrożeniem - jak każde podobne mu stworzenie.
- T-tak... panie... lordzie... s-sir znaczy się... - powtórzył Rosjanin ze wciąż wyraźnym akcentem. Choć angielskiego wciąż nie opanował do perfekcji, Elroy zauważył różnicę w jego posługiwaniu się językiem za czasów, kiedy przyjechał pierwszy raz do rezerwatu, a dzisiaj. Był pod niemałym wrażeniem, doceniając wysiłek młodego pracownika. - Mam łu... łuski oraz fragment pazura. Nie udało mi się zdobyć całego, przepraszam... zgubiłem drugi fragment...
Elroy ułożył dłoń na ramieniu chłopca, kiwając głową.
- Dobrze się spisaliście. Wasze bezpieczeństwo jest istotne w rezerwacie, dobrze oceniliście dzisiaj zagrożenie, cieszę się, że nie ryzykowaliście. Wrócisz do bazy wypadowej, znasz drogę, prawda? Alex, proszę, pójdź z nim. Ty, Richard, zostaniesz tutaj ze mną - zarządził, starając się jednocześnie swoją postawą uspokoić młodych i z pewnością przerażonych pracowników. Słyszał, że natrafili na problemy, i choć całe szczęście zdawało się, że nie stała się im krzywda, kiedy zaatakował ich jeden z trójogonów, wciąż wydawali się być przerażeni. Dzisiaj znaleźli się stanowczo w niedoświadczonej grupie, co nie powinno mieć miejsca na podobnym zadaniu. Zaraz też przejął torbę od chłopca, przerzucając ją przez ramię. Zmierzył wzrokiem również jego ubiór. Cieszył się, że mimo braku doświadczenia w zbieraniu próbek od ich okazów, młody pracownik dał radę odpowiednio się przygotować do dzisiejszego zadania. Żałował, że nie był poinformowany wcześniej o tym - wolałby, aby ktokolwiek doświadczony towarzyszył młodym mężczyznom podczas pierwszego zbierania próbek, nawet gdyby miał to zrobić osobiście. Ostatecznie i tak znalazł się w tym miejscu.
Miał obowiązki jako mąż i ojciec, miał obowiązki jako lord, ale również jako pracownik rezerwatu - jako Greengrass, któremu Peak District było bliskie jak i ludzie, którzy dla nich pracowali. Musieli zająć się wszystkim, również bezpieczeństwem czarodziejów przebywających na ich terenach.
Nie zatrudniali tylko tych wybitnych i doświadczonych, wywodzących się z czystokrwistych rodzin - wśród ich pracowników było wielu półkrwi czy mugolaków, którzy przez aktualną sytuację w kraju byli jeszcze bardziej narażeni niż kiedykolwiek indziej; nawet praca wśród smoków wydawała się być spacerem po łące w porównaniu do sytuacji na wyspie. A jednak wciąż nie każdy zdawał się rozumieć w pełni niebezpieczeństwa związane z niektórymi zadaniami.
Wiedział, że poważnie będzie się musiał rozmówić z zarządcą regionu, pod którego była przypisana grupa młodych pracowników.
Doprawdy nie rozumiał braku zorganizowania i subordynacji w ciągu ostatnich miesięcy. Dlaczego ich ochrona przed obcymi tak zawodziła? Dlaczego nawet wśród pracowników pojawiały się tak niekompetentne jednostki, które narażały ludzi?
Musiał w tym momencie powstrzymywać swoje emocje. Wdech i wydech. Obserwował jak dwójka młodych pracowników ostrożnie oddala się od miejsca, w którym się ukrywali - obserwował jak sprawdza i nasłuchuje, nie chcąc wpaść w niebezpieczeństwo, które mogło na niego czekać w tym terenie. Nie powinien znaleźć się tutaj sam, zawsze na podobne obserwacje i zadania powinni zostawać wysłani grupą, więc co wydarzyło się dzisiaj? Musiał dojść do sedna tego zamieszania, choć w pierwszej kolejności musiał jeszcze dopilnować zebrania próbek, o których wspominał Rosjanin.
Kiedy chłopak oddalił się na miotle, Elroy przystąpił do działania, dając sygnał Richardowi, że w tym momencie będą musieli zachować ostrożność.
Jego wiek świadczył jedynie o doświadczeniu w terenie - a to właśnie ten rodzaj pracy uwielbiał, za każdym razem z przyjemnością podejmując podobne działanie. Stawiał ostrożnie kroki na niepewnym gruncie, wciąż na zmianie rozmaczanym przez obwite deszcze i śniegi, jak i zmrażanym. Początek roku nie był łaskawy ani w kwestii pogody, ani w kwestii wydarzeń w Anglii, ale doświadczony smokolog wcale nie mógł się w tym momencie zrażać czy pozwolić na to by myśli powędrował w zupełnie inne rejony. Potrzebował się skupić i nie pozwolić, aby jego podwładnemu stała się krzywda w miejscu, w którym się znaleźli.
Musieli poruszać się szybko, ale i wydając jak najmniej niechcianych odgłosów, pilnując swoje kroki jak i otoczenia, w którym się znajdywali. Widział jak młody pracownik stawia kroki, wciąż ostrożnie niezaznajomiony z terenem - ale mimo to, doceniał to. Przezorność zawsze była w cenie, kiedy podejmowali się niebezpiecznych działań.
Oddalając się z zasięgu ogniomiota, skierował wzrok na Richarda, który zaraz odezwał się szeptem.
- Druga torba spadła tam, na polanie. Zaczepiła się o ogon młodego wypuszczonego końcem roku, chciał się wyraźnie bawić, ale nie daliśmy rady wtedy sir... - zaczął się tłumaczyć, co dość szybko ukrócił Elroy, unosząc dłoń w prostym geście.
- Richardzie, nie potrzebuję wyjaśnień, kiedy mamy do rozwiązania problem. Wszystko wyjaśnicie, kiedy powrócimy do budynku głównego i zostaniecie sprawdzeni przez uzdrowicieli czy na pewno nie stała się wam krzywda - zarządził stanowczo, nie unosząc jednak głosu w obawie, że mogliby zwrócić na siebie uwagę smoka.
Przekazał pracownikowi torbę, zaraz wyglądając z powrotem na polanę, ściskając w dłoni różdżkę. Uważnie przyglądał się terenowi dookoła czy mieli do czynienia wyłącznie z tym jednym osobnikiem - który rzeczywiście był podlotkiem, ledwie wypuszczonym z zagrody młodych i wciąż skorym do zabaw. Nie powinni mieć z nim większego problemu.
Zerknął na Richarda, który przełożył przez ramię torbę, a po tym szybko przygotował miotłę do ucieczki - również w drżące dłonie chwycił różdżkę, gotowy do ataku.
- Dasz radę, zajmie to tylko chwilę - zapewnił mężczyzna, spoglądając na pracownika jeszcze przez chwilę. Nie powinni być tutaj sami - ale druga torba, skoro już składniki i materiały do sprawdzenia zostały zebrane, nie powinna się zmarnować.
Smok znajdywał się grzbietem do nich, odpoczywając. Mieli szansę go zaskoczyć, obejść. Widział doskonale, gdzie leżała zaplątana w ogon torba. Nie było to najbardziej fortunne położenie, ale nie miał zamiaru się poddawać tylko ze względu na taką niedogodność.
Pierw wycelował w smoka pierwsze Conjunctivitis, które miało choć odrobinę go uśpić. Zwierzę wciąż było młode, ale z pewnością miało o wiele więcej siły niż mogło się im zdawać. Podniosło się po tym zaklęciu, nieco otępione, a po chwili skierowało swój łeb w kierunku Elroya, który nie miał zamiaru się wycofać. Już w kolejnej chwili podszedł do drugiej próby rzucenia Conjunctivitis, tym razem nieudanej, przez co musiał paść na ziemię w uniku przed rozłożonym na trzy części ogonem - i przelatującą nad jego głową torbą. Accio nie mogło zadziałać teraz, pierw musiał go rozplątać - nie chcieli większej krzywdy dla osobnika przecież.
Ryk poniósł się po polanie ze strony nieco otumanionego smoka, który zatrzepotał skrzydłami i skierował przód tułowia w stronę lorda, jakby gotowy do walki o swoje terytorium. Elroy podniósł się z ziemi, zaraz broniąc poprawnym protego przed smoczym ogniem, i rzucając w biegu na lewo od smoka, tak, aby ten przypadkiem nie dostrzegł wychylającego się zza krzaków Richarda, który korzystając z sytuacji rzeczywiście starał się przywołać do siebie torbę prostym accio, wciąż nie będąc na tyle doświadczonym w sztuce uroków, aby wspomóc swojego przełożonego odpowiedniejszym zaklęciem.
Smok wyciągnął się do góry, ponownie rycząc w powietrze i przygotowując się do kolejnego zionięcia płomieniem w lorda Greengrassa, który tylko dzięki łutowi szczęścia i poślizgowi na zamarzniętej trawie uniknął płomienia kierującego się w jego stronę.
- Conjunctivitis - zawołał ponownie, a tym bardziej czerwona wstęga magii pognała prędko w smoka, znów go uderzając. Ruszający się na boki ogon zaczął opadać w dół, a zaplątane ramię torby zaczęło się z niego ześlizgiwać - tutaj zabłysnęła zwinność młodego pracownika, który celnym accio przywołał do siebie przedmiot.
Smok jednak nie był w pełni ogłuszony - Elroy nie miał na tyle energii, ani szczęścia, żeby obalić samotnie już nieco bardziej wyrośniętego smoka. Widząc jednak lecącą w stronę Richarda torbę, rzucił się biegiem w stronę krzaków, aby czym prędzej usadzić podwładnego na miotle i zabrać go z tego miejsca, zanim trójogonowi uda się w pełni otrząsnąć z zaklęć i ruszy za nimi w pościg.
W sytuacjach, w których liczyła się zwinność i prędkość, jeszcze przed wojną i na wyprawach Elroy był kimś doświadczonym - nie bał się pierwszemu kierować w tak niebezpieczne sytuacje, szczególnie kiedy nie działał samemu, zawsze mogąc liczyć na wsparcie innych specjalistów. Był niemalże pewny, że w ostatnich latach znacznie się uspokoił w podobnym ryzykowaniu, może przez to że został mężem? A może miało to związek z narodzinami Saoirse? Czasem zdarzały się sytuacje, kiedy tęsknił za ryzykowaniem - za poczuciem adrenaliny, za wyprawami, na których mogli obserwować smoki w ich naturalnych środowiskach, wolne i na otwartej przestrzeni, bez ograniczeń. Nie potrafił określić, co dokładnie przez te wszystkie lata tak go urzekało w adrenalinie, którą odczuwał - ale było to czymś niezwykłym, czego nie żałował ani razu.
Odetchnął jednak z ulgą, kiedy w budynku administracyjnym upewnił się, że młodym pracownikom nic poważnego, poza może najedzeniem się strachu, nie dolegało.

| Zt.




Hope's not gone
Elroy Greengrass
Zawód : Smokolog w Peak District
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
I won't talk myself up, I don't need to pretend
You won't see me coming 'til it's too late again
OPCM : 15
UROKI : 20
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10916-elroy-greengrass#332716 https://www.morsmordre.net/t10962-obsydian#334127 https://www.morsmordre.net/t10970-elroy-greengrass#334429 https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10963-skrytka-bankowa-2372 https://www.morsmordre.net/t10961-elroy-greengrass#334126
Re: Zagroda wschodnia [odnośnik]15.05.22 23:45
6 kwietnia
Myślami przez ostatnie dni nie znajdywał się w rezerwacie, i to było głównym powodem, dla którego starał się nie wychodzić w teren. Powinien być odpowiedzialny - mądrzejszy bardziej niż porywczy, szczególnie w czasach, w których ziemie i honor jego rodziny były zagrożone, ale i życia. Musiał być jeszcze ostrożniejszy dla Mare i ich dziecka, może rzeczywiście dziedzica? Nawet jeśli ukochana powtarzała mu, że to wciąż nic pewnego, a jedynie zwykłe przeczucie, podchwycił tę myśl o tym, że na świat przyjdzie jego męski potomek - jego pierworodny syn, którego będzie mógł uczyć od podstaw szermierki czy opieki nad smokami, a w przyszłości i usłyszy o jego własnym wyborze ścieżki kariery. Musiał zawalczyć o lepszy świat - zarówno dla niego, jak i dla Saoirse, ale i innych dzieci, które dopiero chciały podbijać świat i tych, które ledwo zaczynały stawiać w nim pierwsze kroki, rozpościerając swoje skrzydła i wbijając się w przestworza.
Nie myślał o tym w ten sposób nigdy wcześniej - nigdy nie musiał o tym myśleć w taki sposób, że to nie on tracił na tym, co się działo, a właśnie ludzie młodzi. To im został wydarty świat z dłoni mimo obietnic, że kiedyś będą mogli dokonać niemożliwego - jeśli tylko znajdą odpowiednią dozę odwagi i sił. A dzisiaj te zapewnienia sprawiły, że ludzie którzy za nic mieli życia innych, postanowili to wszystko zagarnąć dla siebie.
- Nasz osobnik może mieć wciąż problemy z lataniem. Jego skrzydło zostało odpowiednio zaleczone, jednak wielokrotnie próbował wchodzić do piwnicy opuszczonej wieży obserwacyjnej podczas minionej zimy, wyraźnie nawet dla naszych podopiecznych zima nie była tak łaskawa - przyznał, zastanawiając się czy kiedykolwiek wcześniej widział podobny obraz - kiedy ich smoki chowały się przed odrobiną śniegu nie w jaskiniach i jamach górzystych terenów Peak District, a właśnie próbując zbliżać się do ludzkich zabudowań. Może przyczyną było wiele różnych czynników? Młody wiek podopiecznego, wciąż pamiętany zapach opiekunów, a może coś go zastraszyło? Rezerwat był bezpiecznym miejscem - jeszcze w ubiegłym roku by się na ten temat zarzekał, ale dzisiaj nie był niczego mniej pewny niż tego, czy gdziekolwiek istniało bezpieczne miejsce.
A jednak miał nadzieję, że skupi się na dzisiejszych obowiązkach w sprawdzeniu stanu smoka, w którym ten się znajdywał. Nasłuchiwał, stawiając ostrożnie kroki, kiedy przemierzał tereny, na które wyłącznie smokolodzy mogli się zapuszczać - chyba, że komuś było niemiłe życie.
W niewielkiej torbie znajdującej się przy jego udzie na pasku znajdywało się lusterko do komunikacji z Mare, w jednej dłoni miotła na której dostał się wraz z Elriciem w pobliże terenu, na którym powinien znajdywał się młody smok, a w prawej ściskał różdżkę. Było to już jego nawykiem, jakby zawsze próbował być gotowy do działania.
- Mam nadzieję, że unikniemy większych kłopotów dzisiaj - dodał, choć bardziej do siebie - musiał się skupić, nie mogąc narazić zarówno siebie jak i pracownika, gdyby jego reakcja miała nadejść o kilka chwil za późno. Nie tylko lata pracy, ale i te spędzone jeszcze za dziecka w rezerwacie nauczyły go, że ostrożność przy kontakcie ze smokami była wszystkim.




Hope's not gone
Elroy Greengrass
Zawód : Smokolog w Peak District
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
I won't talk myself up, I don't need to pretend
You won't see me coming 'til it's too late again
OPCM : 15
UROKI : 20
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10916-elroy-greengrass#332716 https://www.morsmordre.net/t10962-obsydian#334127 https://www.morsmordre.net/t10970-elroy-greengrass#334429 https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10963-skrytka-bankowa-2372 https://www.morsmordre.net/t10961-elroy-greengrass#334126

Strona 11 z 11 Previous  1, 2, 3 ... 9, 10, 11

Zagroda wschodnia
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach