Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Wierzbowy park

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next
AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Wierzbowy park   02.12.12 0:11

First topic message reminder :

Wierzbowy Park

Niemal najpiękniejsze miejsce w Londynie, tak powiadają. Eleganckie, romantyczne ogrody, rankami zasnute delikatną mgłą, nieustannie pachnące słodkimi kwiatami, codziennie pełne są spieszących do pracy ludzi, ludzi pragnących choć przez chwilę pozachwycać się tutejszą zielenią. Wysokie krzewy, idealnie przycięte żywopłoty, wiekowe drzewa oraz dziesiątki ławeczek zdają się być istnym rajem pośród niepewnych ulic Londynu i sprawiają, że ciężko jest nie dostrzec uroku tego miejsca. Długie witki wierzb płaczących okalają rosnącą tu roślinność, cudownie komponując się z licznymi posągami lub popiersiami sławnych osób. Jedną z nich jest Henryk Kapryśny, magik słynący ze swych zwycięstw podczas wojny czarodziejów z olbrzymami. I choć żaden mugol nie ma świadomości jego prawdziwego imienia, będąc pewnym, że jest to jeden z pradawnych wikingów, posąg cieszy się wśród nich niemałą sympatią. Często spotkać tu też można jeżdżące na rowerach dzieciaki.
Niewątpliwie jest to miejsce piękne, że niemal nierealne, jakby ponad tym wszystkim, z dala od ponurego Londynu, smutnego świata. Cicho szumiący, gęsty okrąg drzew, jakby stworzony do izolacji od rzeczywistości. I tylko wierzby płaczą - a ludzie niech się uśmiechają.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Daniel Krueger
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t1164-daniel-krueger https://www.morsmordre.net/t1243-krebs https://www.morsmordre.net/t1216-pan-k https://www.morsmordre.net/f174-long-acre-14-8 https://www.morsmordre.net/t1485-daniel-krueger
Dziennikarz Proroka Codziennego
33
Czysta
Kawaler
po drugiej stronie
na pustej drodze
tańczy mój czas
w strugach deszczu dni toną
10
11
0
0
0
1
0
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   10.11.15 19:36

Tupet. Okropny, cholerny tupet. Ta kobieta nie wydawała się bać niczego, tonęła w ogromie pewności siebie, która była wyczuwalna niemal na każdym kroku. Cechujący zawodniczkę Os rodzaj odwagi - wręcz paradoksalnej i idiotycznej, nieustannie popychał ją przez życie, nadając wypowiedziom nieodpartą bezczelność. Wredna, zapatrzona w siebie niczym w idealny obrazek; wzór cnót, wzór do naśladowania, jakim prawem w końcu można jej coś zarzucić? Powinien spłonąć na stosie za wygłaszane po stokroć herezje, w ogóle najlepiej z samego faktu, że ośmielił się kiedyś pojawić w jej życiu. I sam tego żałował, albo próbował momentami tak uznać - w końcu był tym poszkodowanym, osaczanym, sprowokowanym. Powód całego napięcia relacji wydawał się w jego oczach bezsprzecznie leżeć po stronie kobiety. Sama się o to prosiła, namawiała każdym słowem i gestem, nawet tym nieświadomym. Była zachwianiem podwalin tworzonego przez Kruegera świata, okropnym błędem, który pojawiał się namolnie i systematycznie. Nie mógł się jej wyzbyć. Była obsesją, doprowadzała do pasji już nawet samym istnieniem - jakby choć z tym w całej zażyłości nie umiał się pogodzić. Darzył ją dziwnym uczuciem, chciałoby się powiedzieć, że wyjątkowym; czysto platonicznym, wykreowanym przez krążące po głowie myśli. Czyniły z niej zagrożenie, lecz równocześnie przeczyły same sobie - sprowadzały ją, kierowały, kiedy sam narażał się i zmierzał niczym głupiec ku otwartej paszczy zwierzęcia. Prowokowanie kobiety sprawiało mu dziwnego rodzaju przyjemność, było złośliwą rozrywką, kiedy bawił się słowami, starannie dobierając coraz to nowszych określeń. I tak mijały ich przypadkowe natknięcia, które polegały na wyrzucaniu z siebie ton mniej lub bardziej bezpośrednich obelg; wydostających się przy każdym rozchyleniu ust, pośród ciskanych nieprzychylnie na drugą osobę spojrzeń. Ale teraz, czuł niezwykły rodzaj szczęścia, jaki bawił go nawzajem i niepokoił. Gra, rozpoczęta z niezwykłą pieczołowitością, przyspieszała bicie serca, zagnieżdżała we wnętrzu chorą wręcz satysfakcję. W tym spojrzeniu, tak intensywnie lustrującym jej twarz, z pragnieniem zarejestrowania choć najdrobniejszych zmian mimiki. W tej skrytej gdzieś dwuznaczności, przelewającej się w wypowiadanych słowach, każdej głosce, powoli artykułowanej przez krtań i rzucanej, trwającej przez ułamek chwili w postaci drgań cząstek powietrza. Niemoralność iskrzyła się radosnym ognikiem, mogła zakrawać na obrzydliwość, skrywającą się pod przykrywą chwilowych, ulotnych doznań.
Przeciągnął strunę.
Doprowadził ją na skraj; widział to w każdym najdrobniejszym szczególe. Nie wytrzymała? Chwila runęła w całej swojej konstrukcji, dokładnie w tym momencie, gdy dłonie utraciły ze sobą kontakt. Balansował cały czas na cienkiej czerwonej linii, kroczył chwiejnie, aż w końcu wydostał się poza granicę. Nic za nią nie było już takie samo. Niemal wyczuł ogrom przepełniającego ją gniewu, tak pięknie dopełnianego przez rzucane z agresją słowa. I ten wzrok. Tak, wzrok, jakże doskonale mu znany. Nie cieszył już go jednak - Selina nie wykonała ruchu, nie przesunęła pionków po wymyślnej szachownicy rozgrywającego się między nimi pojedynku; ona po prostu zniszczyła planszę, dokładnie w tej chwili zbijając go z zamierzonego tropu. Czego się spodziewał? Czy właśnie nie chciał tego - zobaczyć, jak się stacza, jak niewiele jej brakuje do rozgorzenia prawdziwą furią? Dlaczego więc ta sytuacja wydawała mu się dziwna, z jakiego powodu go zniszczyła? Albo może inaczej, popsuła całą zabawę? Szkoda. W to słowo uformowały się zbłąkane gdzieś wewnątrz myśli, tym razem mniej pewne i nikłe, jak półprzezroczysta mgła, która unosiła się gdzieś pod kopułą czaszki. Szkoda. Zwiodła go i tym razem wygrała, choć w rzeczywistości jedynie przedłużała nieuchronną chwilę, w której wciąż mógł objąć prowadzenie. Nie wiedział, czy zdaje sobie z tego sprawę. O ile w ogóle z czegoś sobie zdawała, tak niezwykle pewna każdego czynu, wykonywanego z niezwykłą impulsywnością; jeden za drugim, bez większego zastanowienia.
Chwila, kiedy go odepchnęła, zdawała się dłużyć mimo całej swojej ulotności. Stracił na moment równowagę, lecz udało mu się podtrzymać na ręce, która odruchowo wsparła się o podłoże. Ale ten moment, to wytrącenie, właśnie pozbawiło go chwilowej możliwości na wykonanie ruchu. Widział to. Była wściekła. Zauważał, jak jej klatka piersiowa systematycznie unosi się i opada, jakby zaledwie jedna czynność, wymagała od kobiety dużego wysiłku. Już zastanawiał się, czy nie odpuścić, lecz inna część, szepcząca delikatnie na ucho, nie chciała wcale odejść - nie teraz. Nie, kiedy mógł sobie pozwolić na odrobinę teatralnej nuty i zatruwania Lovegood skrzętną wiązanką słów, na pozór prostych, lecz jednocześnie nie o tak jasnym, jak zdawałoby się, wydźwięku. Twarz mężczyzny stężała, na nowo okrywając się powagą; zmieszaną z wrażeniem nieziemskiego spokoju, który jakoby miał wypełniać w tej chwili wnętrze jego duszy. Uśmieszek spełznął z twarzy równie szybko, co wcześniej się na niej pojawił, a spojrzenie nie wyrażało już niczego poza zwyczajnie chłodną kalkulacją. Daniel Krueger wyciągnął jednak dłoń na tyle szybko, by w całej tej chwili rozłamu, momentalnie odebrać kobiecie jej domniemaną własność. Książka znajdowała się bliżej niego już wcześniej - miała okazję, ale potrzeba odgryzienia się, była najwidoczniej o wiele silniejsza. Nie dziwił jej się. Czyli to oznacza, że może znowu...
Wstał. Nie otwierał przedmiotu, pozostał w zaklętej chwili, która zagęszczała atmosferę, z każdą sekundą sprowadzając coraz więcej wątpliwości. Nie otworzył i nie przeczytał, tylko trzymał ją w dłoni, darząc zwykłym, lecz przy tym zdecydowanym uściskiem. Wydawałoby się, że ta chwila przybliży go do urojonego zwycięstwa, ale Krueger nigdy nie miał w zwyczaju tak łatwo niszczyć fundamentów i równać całość stworzonych zarysów z ziemią. To byłoby niepoprawne. Nieprawidłowe. Odwracające zupełnie role, wbrew zamierzeniom upokarzające jego samego. O nie, banalność była ostatnią rzeczą, o którą chciałby być posądzany. Nie mógł zniszczyć tego tak prozaiczną czynnością, niczym dziecko, jakie wyrwało komuś pamiętnik, by zanosić się wśród kolegów śmiechem. Nie wiedział, co tam jest. I póki nie wiedział - oraz póki ona nie wiedziała, co zamierza zrobić, cała czynność miała w sobie choć krztynę sensu.
- Spokojnie - przemówił nagle, nienaturalnym tonem, jakby cała jego psychika uległa w tej chwili przestawieniu. Zmieniła się, jakby był inną osobą, która rzeczywiście próbuje przywrócić sytuacji dawny, lepszy wymiar. Zmrużył nieco oczy, zastygnąwszy na wzór umieszczonej pośród całego krajobrazu rzeźby. - Tylko spokojnie.
Znowu zmienił strategię. Jednym, zdecydowanym krokiem pokonał dzielący ich dystans. Byli blisko, stali naprzeciw siebie, niszcząc wrażenie kłótni i jednocześnie ją wzmagając - lecz na zupełnie innych płaszczyznach, coraz bardziej chowających się za szeregiem niedomówień. I to mu się podobało. Odpowiadało mu w zupełności.
- Ale nie o to mi chodziło - kontynuował tonem wyjaśnienia. Zniżył swój głos; pochylił się, ponownie zacieśniwszy dystans w niewielkiej, ledwo zauważalnej granicy: - Pani myśli... Są nie do końca na miejscu. Wypadałoby coś z tym zrobić. - Uśmiech powrócił, a wraz z nią pewność siebie, karmiąc się tą chwilą, rozdrabniając i przedłużając możliwie najbardziej każdy szczegół.




I'll hit the bottom

hit the bottom and escape

escape

Powrót do góry Go down
Vincent Krueger
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1611-vincent-krueger http://morsmordre.forumpolish.com/t1664-roxanne#17012 http://morsmordre.forumpolish.com/t1613-wujaszek-krueger#16519 http://morsmordre.forumpolish.com/f174-long-acre-14-8 http://morsmordre.forumpolish.com/t1676-wspominki-vincenta#17422
bezrobotny
53
Czysta
Kawaler
Oh, wie schade, oh, wie schade
Nur noch Trockenbrot und keine Schokolade
9
10
0
0
2
2
0
6
Czarodziej
 MEOW

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   11.11.15 20:28

Miało to być spokojne popołudnie w spokojnym parku. Vincent liczył się z tym, że jakiś stary znajomy całkiem niespodziewanie spotka go, zaczepi i zacznie zadawać kłopotliwe pytania. Z tym już zdążył się pogodzić. Obiecał jednak sobie, że nic nie zepsuje tego pięknego dnia. Wierzbowy Park był niegdyś jednym z jego ulubionych miejsc, gdzie odpoczywał po pracy lub w wolne dni, o ile nie był zajęty spotkaniem ze znajomymi w jakimś lokalu. Teraz wydawało mu się, że park prawie w ogóle się nie zmienił. Ciągle było tu tak przyjemnie i pięknie. Tak samo jak kiedyś, bardzo doceniał czas, w którym było mu dane korzystać z uroków tego miejsca. Mijał ludzi, którzy podobnie jak on byli pod cudownym wpływem doznań estetycznych, których mogło dostarczyć jedynie obcowanie z naturą. Nic nie jest w stanie zepsuć humoru komuś, kto przebywa w Wierzbowym Parku. NIC! Śmiał się do siebie i szedł środkiem ścieżki, gdy nagle...
Los jest wielkim żartownisiem. Nawet, gdy przygotujesz się na wszystko, może okazać się, że jest coś, czego się nie spodziewałeś. Tak było teraz. Vincent zupełnie nie spodziewał się tu spotkać Daniela. Z jakiego powodu? Przecież jego bratanek mógł tak naprawdę przebywać wszędzie. Ale dlaczego, skoro mógł przebywać wszędzie, był właśnie tutaj?
Mężczyźni nie spędzali razem zbyt wiele czasu. Tak naprawdę starali się unikać wspólnych chwil. Obaj często gdzieś wychodzili, nie mówili dokąd idą i kiedy wrócą. Vincentowi wydawało się, że Daniel jest pracoholikiem, że ciągle załatwia jakieś sprawy związane z artykułami. Po raz kolejny wymyślił jakiś model człowieka nie do końca zgodny z prawdą, bo oto właśnie zobaczył swojego bratanka w Wierzbowym Parku rozmawiającego z jakąś dziewoją. Zdumiał się. Przystanął na chwilę i zaczął im się przyglądać. Nie było to zbyt grzeczne, ale w tej chwili o tym nie myślał. Swoją uwagę skupił na zastanawianiu się, kim jest urodziwa rozmówczyni Daniela. Niestety nie słyszał słów. Stał zdecydowanie za daleko. Jedynym, co udało mu się stwierdzić, było to, że dyskusja jest pełna emocji. Oboje zdawali się być mocno zaangażowani i ożywieni. Tak. Vincent miał pewność, że ci ludzie nie są sobie obojętni. Nie dało się zaprzeczyć. Nagle kobieta coś upuściła, chyba książkę. Oboje się po nią schylili. Daniel - jak na dżentelmena przystało - szybko podniósł przedmiot. Wstali. Mężczyzna nachylił się w stronę niższej od siebie rozmówczyni i coś cicho do niej powiedział. Oni dwoje w tym jakże romantycznym parku... Vincent pozbył się wszelkich wątpliwości. Był pewien tego, że uczucie, którym darzą się ludzie to miłość. Oczywiście! Wszystko wydało mu się takie proste! Jego bratanek nie był pracoholikiem. Te wszystkie jego nagłe, tajemnice wyjścia... Vinc nie wiedzieć czemu bardzo się ucieszył. Może po prostu na swój dziwny sposób kochał bratanka i chciał dla niego jak najlepiej? Skoro jemu się nie udało, to może ten chłopak da radę? Założy rodzinę, będzie szczęśliwym człowiekiem. Mężczyźnie zrobiło się ciepło na sercu. Nie mógł powstrzymać uśmiechu. W jednej chwili przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Nie myśląc o tym, że nie ładnie będzie przerywać zakochanym rozmowę i postawi ich w niezręcznej sytuacji, postanowił poznać wybrankę Daniela.
Pewnym krokiem, z uśmiechem na twarzy podszedł do tych, którym przed chwilą tak bacznie się przyglądał. Nie mógł powstrzymać się od chęci poznania tejże dziewczyny, przez którą jego bratanek tak często opuszczał mieszkanie, która być może była tam stałym gościem, zanim zły wujaszek postanowił się napatoczyć.
- Dzień dobry! - odezwał się głośno kilkadziesiąt kroków od nich, żeby ich nie napaść tak całkiem nagle - Cóż za nieoczekiwane spotkanie. Cieszę się, że w końcu mam okazję panią poznać.
Podszedł bliżej i stanął koło Daniela z nadzieją, że ten przedstawi mu swoją ukochaną, a - kto wie? - może nawet narzeczoną...


Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 https://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 https://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 https://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 https://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   11.11.15 21:32

Czy Daniel nie dostrzegał, że tylko przy takim zachowaniu miała szansę pozostać sobą? Tylko w momencie, gdy będzie rozpychać się łokciami będzie mogła żyć tak, jak żyje. Choćby fakt, że dostała się do drużyny - nie wystarczał talent ani ciężka praca. Trzeba było też być wysoko zmotywowanym. Zdolnym do wszystkiego. Nie tylko poświęceń. A to wyrażało się w pewnym założeniu klapek na własne oczy i nastawienia spojrzenia na jeden jasny cel. Jeśli ktoś chciał być w czymś dobrym - proszę bardzo, można było się pobawić w empatię. Ale bycie najlepszym? Nie, do tego trzeba było posiadać ten egocentryzm. I popychać granice. Być wymagającym. Dla siebie przede wszystkim - nie można było przecież spocząć na laurach. Ale w momencie, gdy podobny schemat stosujesz dla siebie, zaczynasz go automatycznie przenosić na innych. Zaczyna się od krytycyzmu. Potem od poczucia wyższości. I to była tylko jedna z przyczyn. Oczywiście, Selina od początku cechowała się pewną dozą arogancji - była energicznym sangwinikiem, to nie wzięło się znikąd. Przez własne kompleksy spowodowane przez siostrę, starała się zawsze stawiać w blasku reflektorów. By wyrobić własne imię, a nie jedynie mieć etykietę czyjejś siostry. I w końcu dochodziły sprawy samodzielności. Nieznośnym kobietom było łatwiej opędzić się od mężczyzn. Zaś ta odwaga... bez niej nie doszłaby do niczego. Byłaby równie szara co większość ludzi, których mijała na ulicy i nawet nie pamiętała ich twarzy. A ona chciała rzucać się w oczy. Chciała budzić jakieś emocje. Chciała być zapamiętana i znana. Bycie komuś obojętnym... to jak nie istnieć wcale.
I tak, i w końcu Lovegood otoczyła się przepięknym pióropuszem własnych przywar. Machała nimi komuś tuż przed nosem, wściekając się niczym kocica, jeśli ktokolwiek śmiał zaprotestować. Twardo stąpała po ziemi. Chciała nadawać warunki. Potrzebowała czyjegoś wzroku, który by za nią podążał. Potrzebowała atencji. Być zauważoną. I z czasem przestało mieć znaczenie to, że szła za nią krytyka. Nie potrafiła jej ignorować, a jednak nie tknęła palcem, by zmienić sytuację. Bo to mogłoby oznaczać, że się nagnie. Okaże kruchość, która pozwoli innym ją stłamsić. A im bardziej goniła ją presja czasu, tym bardziej była na to wrażliwa. Była zbyt dumna na to, by cokolwiek zmodyfikować. Chyba nawet nie potrafiła przyjąć logiki Kruegera, by choćby zrozumieć jakikolwiek swój błąd, zbytnio zanurzona we własnej hipokryzji i egocentryzmie.
I nagle to wszystko runęło, gdy sama postawa jej jestestwa, to centrum, wokół którego tworzyła mur obronny, zostało wyrwane. Bo ten przeklęty dziennik był kluczem do jej osoby. Najdokładniejszą legendą. Znając jej myśli, wynurzenia, wspomnienia... czy był lepszy sposób na poznanie człowieka od dokopania się do jego sekretów?
Właśnie dlatego odstąpiła od gry, ze złością odrzucając jej reguły. Była zdolna do wszystkiego. Zabawy przy granicy były jak igranie z ogniem. Zawsze ciężko było przewidzieć ich rezultat. A jej ruch wprowadził chaos. Gdy już nie poruszali się po swoich grach słownych, po tym utartym schemacie, w którym co rusz przesuwali bariery i badali swoje możliwości. I w końcu poruszyli się o krok za daleko. Blondynce zabrakło ruchów. Więc ratowała się kompletnym sprzeciwem. Wściekłością. Chwiejnością i brakiem jakiejkolwiek równowagi, co oznaczało jedno - nieprzewidywalność. Mogła równie dobrze w tym momencie nagle odpuścić, rozpłakać się, rzucić w swojego oponenta klątwą, uciec lub wybrać inną opcję. I dziennikarz nie byłby w stanie tego przewidzieć. Ona sama też, sprowadzając swoje akcje do impulsów.
Była roztrzęsiona. Organizm reagował po swojemu, przyspieszając akcję serca i wprowadzając szybkie, płytkie oddechy. Nie była zdolna do skupienia się na pojedynczej myśli, niemalże czując, jak zostaje doprowadzona do białej gorączki. I właśnie dlatego, zamiast pochwycić swoją własność i zakończyć tą farsę, dała się raz jeszcze wciągnąć, kierując do niego kolejne słowa. Nawet w takim momencie nie potrafiła tak po prostu od niego odejść. I drażniące było, że taki marny osobnik nie był jej po prostu obojętny. Powinien być. Nie był wart jej uwagi ani nerwów.
Rozchyliła nieco usta, marszcząc mocno brwi, gdy jego palce objęły książkę. Zacisnęła ponownie wargi w wąską linię, również podnosząc się do pozycji stojącej. Jak zahipnotyzowana, choć ciągle gniewna, wpatrywała się w niego, gdy przemówił. Nie poruszyła się o krok, emanując hardością.
-Spokojnie?-powtórzyła po nim, cedząc słowa ze złością. Nawet nie drgnęła, gdy się do niej zbliżył.-Więc?-zapytała szybko, niecierpliwie, gdy stwierdził, że nie o to mu chodziło. Zaraz jednak porzuciła tą myśl i przeszła do sedna sprawy.-Powiedział mi, że odda mi pan własność, czekam.-wyciągnęła rękę do przodu, oczekując, że dotrzyma słowa.-Nie na miejscu? Chce mi pan teraz powiedzieć o czym mam myśleć?-zapytała sprowokowana.-Książka.-powtórzyła głosem nieznoszącym sprzeciwu, ignorując fakt, że kobiecie absolutnie coś takiego nie przystoiło.
Inny, obcy głos, kompletnie ją speszył. Prawie odskoczyła od mężczyzny, jakby instynktownie chcąc wyjrzeć za jego sylwetkę i dostrzec intruza. Jego powierzchowność nic jej o nim nie powiedziała. Nie rozpoznawała go.
-Mnie?-wydała z siebie, zaskoczona, że to niefortunne spotkanie jest przerwane przez... fana? Bo nie wydało jej się dziwne, że stanął tuż obok Daniela - w końcu w ten sposób mógł znajdywać się na przeciwko niej! Natomiast to, że na niego spoglądał... cóż, może nie wiedział kim dla niej jest ten pismak?-To... faktycznie spory przypadek.-przyznała i uśmiechnęła się na moment blado, ciągle dziwnie zmieszana obecnością młodszego Kruegera. Spojrzała na niego, marszcząc brwi, jakby dając mu znać, by nie próbował nagle uciec wraz z tym, co trzymał w dłoniach.


Powrót do góry Go down
Daniel Krueger
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t1164-daniel-krueger https://www.morsmordre.net/t1243-krebs https://www.morsmordre.net/t1216-pan-k https://www.morsmordre.net/f174-long-acre-14-8 https://www.morsmordre.net/t1485-daniel-krueger
Dziennikarz Proroka Codziennego
33
Czysta
Kawaler
po drugiej stronie
na pustej drodze
tańczy mój czas
w strugach deszczu dni toną
10
11
0
0
0
1
0
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   12.11.15 19:29

Nie zawahała się. Nie drgnęła ani o milimetr, kiedy ponownie zbliżył się, kładąc na jej skórze muśnięcie każdego wykonanego oddechu. Nie zobaczył jej niepewności i zmieszania; Selina po raz kolejny udowodniła, jak trudnym do obróbki jest materiałem, u którego nie wiadomo, w co przeobrazi się pod wpływem czasu, niczym nieustannie ulegająca przemianom, zupełnie nieprzewidywalna w swoim charakterze forma. Mogła uczynić praktycznie wszystko, kiedy tak stali naprzeciw siebie, pośród całej misternej gry spojrzeń i szczątkowej wymiany skrywanych za słowami intencji. Ich znajomość była nieustannym odkrywaniem, zrywaniem z poprzednimi regułami - poszerzaniem horyzontów, wykraczała poza zwyczajne, negatywne emocje. Stereotypowa nienawiść zdawała się przyoblekać u nich w jakże banalne, do bólu przyziemne określenie, puste i wyzute z możliwości doszukania się w niej jakiejś głębi. To było niczym błądzenie po omacku na zupełnie nieznanym gruncie. Niczym jedna, wielka chaotyczność. Niepoprawna i nienormalna.
On miał pozostać statyczny. Niewzruszony. Ona zaś również wyłącznie mierzyła go wzrokiem, który aż raził ilością bijących od niego negatywnych uczuć. Na pozór zdecydowana, zdająca się mieć władzę nad sytuacją lub przynajmniej usiłująca sprawić takie wrażenie. Czyżby igrał z niewłaściwą osobą? Już od dawna zdarzało mu się wychodzić naprzeciw tej niszczycielskiej sile, która potrafiła aż kipieć z osoby panny Lovegood. Nie chciał pokazać swojego zmieszania, jakie w tym przypadku mogło być jednoznaczne ze zwyczajną słabością.
- Proszę. - Usta uformowały się na kształt kpiącego uśmieszku.  - To słowo pięknie by brzmiało, gdyby zostało przez panią wypowiedziane.
Skłamałby, mówiąc, że reakcja kobiety go nie ciekawiła. Wręcz przeciwnie; wyczekiwał jej zniecierpliwiony, a kolejne sekundy wydłużały mu się na bolesnej próbie wypatrzenia jakiejkolwiek reakcji. Zmiany, drobnego poruszenia, krzyku - przewidywał różne opcje. Nie nadto radykalne, bo gdyby od niego zależało, wydłużałby tę dziwaczną relację w nieskończoność. Teraz, kiedy umysł całkowicie przykryła mętna mgła emocji i impulsów, które sterowały każdym ruchem, próbując zapleść w nie coś znacznie większego, niż mogłoby wynikać z powierzchownej ich definicji.
Ale nagle cały świat runął.
Z jednym zdaniem, które rozległo się w powietrzu i powtarzało jeszcze przez moment w uszach. Był tak pochłonięty, tak zachłanny w swoich czynach, że nawet nie zauważył pojawienia się w pobliżu całkiem innej osoby. Pierwsze, co wkradło się do myśli, to zwyczajne otępienie. Przesłyszało mu się? Całkiem możliwe. Ale w miarę postępu, coraz bardziej sobie uświadamiał, że to nie było urojenie. Po raz kolejny spotkał się z rzeczywistością, w jej jakże bardzo bolesnym odbiciu. Zmieszał się i poniekąd nawet przestraszył - CO jego wuj, u licha, tutaj robił? Rozpoznałby ten głos wszędzie, tak niezwykle irytujący go, gdy chciał pobyć sam w mieszkaniu; ba, momentami nie mógł znieść nawet samej obecności kogoś innego, wrażenia, że wcale nie jest jedyną osobą umieszczoną między ścianami własnych pomieszczeń. Wszystko zostało zburzone - filary rozkruszyły się, powodując zapadnięcie wielkiej konstrukcji z gromkim hukiem. Magia wydarzenia zniknęła, a w oczach pojawiło się wyraźne zszokowanie, którego nawet już nie umiał stłumić. Koniec. Czyżby? Dotychczas ich konflikty cechowała swoista prywatność; obecnie czuł się, jak przyłapany na gorącym uczynku. Jakby znaleźli się w niewłaściwej konstelacji i ktoś właśnie to odkrył, chcąc stworzyć kolejny wielki skandal. To on był od skandali, to on pracował jako dziennikarz. Czy wuj go śledził? Czy kibicuje Osom z Wimborne? Zdrajca, przemknęło mu odruchowo przez myśli, przecież każdy Niemiec powinien stać za Sokołami murem! Szok zaczął powoli mijać, przykrywając twarz kolejną z masek, która chciała nadać emocjom możliwie największą neutralność. Z chęcią by się wycofał, powiedział Nie znam tego człowieka (czy ktoś go o to pytał?), ale wiedział, że w razie czego, nie będzie mógł się wyrzec pokrewieństwa z owym mężczyzną. Vincent był jego wujem, nawet jeśli ten wuj z każdym dniem coraz bardziej wkraczał w jego życie i niszczył postawione przez Daniela mury odosobnienia. Szlag. Nie był w stanie tak po prostu zniknąć, co stało się teraz jego ogromnym pragnieniem. Zawstydził się i zmieszał, poza tym, wciąż trzymał w ręku tę cholerną książkę, przez którą nie mógł ruszyć w swoją stronę. Lovegood posłała mu spojrzenie - w tym akurat rozumieli się doskonale. Ale nie mógł jej teraz tak po prostu przedmiotu oddać, nawet, gdyby chciał; musiał czekać, aż wuj oddali się na bezpieczną odległość. Jak by to wyglądało? Na kogo by wtedy wyszedł? Sytuacja prezentowała się beznadziejnie, nie dało się zaprzeczyć. Jedyne, czego się jeszcze trzymał, to przekonanie, że Vincent rzeczywiście był zaciekawiony osobą pani ścigającej. I da mu spokój. Tylko, nie wiedząc czemu, nie potrafił jakoś w ten scenariusz uwierzyć. Ale co mógł zrobić?
- W takim razie ja nie przeszkadzam - odezwał się, tonem możliwie najbardziej obojętnym, jakby dzielił się wyłącznie suchym, ogólnie wiadomym faktem.
Zrobił krok do tyłu, chcąc podkreślić dystans. Coś mu jednak podpowiadało, że właśnie teraz znalazł się jedną nogą w grobie. Albo, kto wie. Może nawet obiema.




I'll hit the bottom

hit the bottom and escape

escape

Powrót do góry Go down
Vincent Krueger
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1611-vincent-krueger http://morsmordre.forumpolish.com/t1664-roxanne#17012 http://morsmordre.forumpolish.com/t1613-wujaszek-krueger#16519 http://morsmordre.forumpolish.com/f174-long-acre-14-8 http://morsmordre.forumpolish.com/t1676-wspominki-vincenta#17422
bezrobotny
53
Czysta
Kawaler
Oh, wie schade, oh, wie schade
Nur noch Trockenbrot und keine Schokolade
9
10
0
0
2
2
0
6
Czarodziej
 MEOW

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   14.11.15 15:11

To było od niego silniejsze. Jakby się dłużej zastanowił i rozważył ten pomysł w sposób logiczny, to może doszedłby do jakiś lepszych wniosków. Na przykład takich, że lepiej zostawić tych ludzi w spokoju i pozwolić im cieszyć się chwilą. Vincent miał jednak to do siebie, że często zapominał przemyśleć pewnych rzeczy. Po prostu zapominał i robił to, co w danym momencie dyktowało mu serce. Poczuł nagle silną chęć poznania kobiety, której obraz w mgnieniu oka wyrobił sobie na podstawie kilku przypadkowych faktów z życia Daniela i własnej fantazji.
Oboje byli widocznie zaskoczeni tym spotkaniem. To nie dziwiło Vincenta. Na chwilę poczuł się trochę głupio, że im przeszkodził w randce, lecz uspokoił sam siebie, że przecież miejsce jest publiczne, a on spotkał ich całkiem przypadkowo. W końcu nie śledził Daniela. To los umieścił ich troje w jednym miejscu w jednym czasie.
Ze słów kobiety wywnioskował, że jego postać nie jest jej obca. Może Daniel chciał ich niebawem ze sobą poznać? Może szykował jakąś wykwintną kolację, na której miał zamiar powiedzieć: Wuju, oto moja narzeczona!? Może Vincent wszystko zepsuł? Znowu zrobiło mu się głupio. Bratanek i jego znajoma pewnie snuli plany dotyczące uroczystego zapoznania, a on to zniszczył w tak banalny i głupi sposób. Trudno. Stało się. Szybciej niż to zaplanowali i w nieco innych okolicznościach, ale w końcu o to chyba chodziło - żeby wujek poznał narzeczoną.
Oboje byli zaskoczeni i nieco speszeni ową sytuacją. Vincent niemalże ich napadł. Nie to było jednak teraz ważne. Starszy Krueger oczekiwał, że Daniel szybko się przystosuje, machnie ręką i zapozna ich ze sobą. W końcu nie miał innego wyjścia. To znaczy miał, ale Vincent błagał go w myślach, żeby nie wywinął mu jakiegoś dziwnego numeru, jak to czasem zdarzało mu się robić. Tylko nie zacznij znowu gadać od rzeczy! Proszę! - krzyczał jego wewnętrzny głos. Ich relacja była dość specyficzna. Daniel zachowywał się momentami jak wariat. Choćby podczas ich pierwszej rozmowy, gdy bez powodu zaczął nagle mówić o swoim bracie i grozić wujkowi, żeby nawet nie próbował się kontaktować z Ernstem. Tak jakby był on źródłem wszelkiego zła tego świata. Oczywiste było, że bratankowie mogli się nie lubić. Zwłaszcza jeśli starszy odziedziczył wszystko po ojcu, a młodszy wolał wyjechać do kraju matki, by zająć się czymś innym, zamiast również pracować w rodzinnym biznesie. Między innymi z tego powodu przed laty Vinc emigrował do Londynu - żeby być daleko od rodzinnego miasta i kraju, żeby brat nie próbował mu ojcować. Oczywiste było, że Daniel mógł nie lubić swojego brata jeszcze bardziej niż Vincent swojego, ale dlaczego zachowywał się tak, jakby Ernst był jego największym wrogiem, jakimś okropnym potworem? Z tym chłopakiem działo się coś niedobrego. Wujek czasem naprawdę się o niego martwił, a teraz, gdy stał na tej alejce i rozmawiał z tą piękną kobietą, którą z pewnością darzył głębokim uczuciem (temu nie dało się zaprzeczyć)... Vincent poczuł ogromną radość.
No pewnie! Jakżeby inaczej? Daniel musiał zrobić coś dziwnego! CO TY ZNOWU ODSTAWIASZ?! Dlaczego zaczął się nagle wycofywać? Co do licha się tu działo? Czy zrujnowanie planów zapoznania wujka z narzeczoną spowodowane przedwczesnym, dość przypadkowym spotkaniem naprawdę było powodem do obrażania się na cały świat? No straszna rzecz! Vincent był zdziwiony, ale bardziej zdenerwowany na swojego bratanka.
- Ej, co ty robisz? - powiedział powstrzymując ton pełen pretensji, z całych sił starając się, żeby brzmiało to łagodnie i spokojnie - Dokąd idziesz?
Czy ten człowiek naprawdę miał zamiar odejść i zostawić ich samych? Sytuacja zaczęła się robić żenująca.
- Daniel... - Vincent zrobił naprawdę bezradną minę. Patrzył to na swojego bratanka, to na nieco zdezorientowaną kobietę. Zaczął żałować tego, że w ogóle postanowił udać się na spacer akurat w to miejsce i akurat o tej porze.


Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 https://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 https://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 https://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 https://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   24.11.15 19:30

Chyba najlepsze w tym wszystkim było to, że dla Lovegood ich relacja była czarno-biała. Ona była czysta, niewinna, szykanowana i dręczona, a on był tym agresorem, dręczycielem i tyranem, który śmiał zakłócać jej spokój. I ta przejrzystość sytuacji, która przecież wcale się według niej nie zmieniała, zaczęła zatracać swoje barwy. Przez to ciągłe przesuwanie granic. Mówienie o słowo za dużo. Popychanie siebie nawzajem na nowe rejony, jakby badając, w którym momencie któremuś powinie się noga. A to wszystko nie napędzała sama nienawiść, niechęć czy pragnienie unicestwienia tego drażniącego czynnika. Dochodziła do tego niemalże chorobliwa fascynacja, która kazała im uczyć się własnych reakcji, odczytywać emocje, przewidywać następne ruchy, byleby w końcu postawić przeciwnika w szachu. Byleby w końcu ich było na wierzchu. I przypominało to przeciąganie liny. Stale jedno lub drugie wpadało w błoto, a mimo to nie zaprzestawali, nie zważając na ewentualny, własny uszczerbek.
-Może jeszcze powinnam klęknąć? I zacząć błagać?-wykpiła go, nie kryjąc zirytowania.-Prędzej umrę, panie Krueger, niż o cokolwiek pana poproszę.-wyszeptała chwilę potem, z naciskiem i gniewnie, zbliżając się do niego, jakby pokonując kolejne centymetry, które ich dzieliły, a przecież wcale ich nie było tak wiele.-Może pan o tym zapomnieć.-dodała, odsuwając się na poprzednią odległość, prostując się dumnie.
Bo to właśnie duma nie pozwalała jej na cofnięcie się i przywrócenie ich kontaktów do normalności. Lub choćby tego, by dała mu za wygraną. Znudziłby się w końcu, jeśli nie otrzymywałby od niej żadnego oporu, prawda? A ona jednak ciągle dawała mu jakiś powód, dla którego miałby na nią patrzeć. Ciągle coś, dlaczego miałby chcieć zwrócić na nią uwagę.
Ten moment został zdmuchnięty jak ogień ze świeczki. Umknął, a bez jego światła zrobiło się obco. Nagle cała atmosfera runęła i zapadła zwyczajna... ciemność. Metaforyczna, rzecz jasna. Bo tutaj ciągle było widno. Ale oboje zdali sobie sprawę z tego, że wcale nie są sami. Że ich kontakty i sprzeczki, mimo że tak intymne i prywatne, ciągle były wystawione na wpływ kogoś z zewnątrz. Na intruzów, którzy burzyli tak starannie wypracowaną przez nich grę. Zaburzali równowagę ich zamkniętego kręgu. Czarno-białego kręgu, który skażali kroplami szarości. A przecież tylko kontrasty działały na siebie tak elektryzująco.
Ale zamiast złości czy irytacji, czuła wyłącznie zaskoczenie. I być może lekki wstyd, że została "nakryta". Jak wiele wie? Ile się domyślił? Badawczo przyglądała się drugiemu mężczyźnie, jakby próbując z niego wszystko wyczytać. Zmarszczyła brwi, gdy Daniel postanowił się wycofać. I momentalnie wzrosła w niej panika. I wściekłość. O nie, tak łatwo jej się nie wymsknie!
-Obawiam się, że pana obecność będzie niezbędna.-odezwała się, przyprawiając samą siebie o cukrzycę, postępując o krok w stronę dziennikarza. Nie było mowy, by mu odpuściła.
Naprawdę nie miała pojęcia kim jest nowy rozmówca ani jakie relacje go łączą z Niemcem. Nie znała też - na szczęście - jego myśli.
Spięła się nieco, gdy starszy człowiek postanowił doprowadzić pismaka do pionu. Zdziwił ją ten bezpośredni ton. Ale może zauważył, że tamten posiadał coś, co należało do niej i stawał w jej obronie?
-Dzięk...-chciała do niego powiedzieć, by przy okazji zagrać na nosie dotychczasowego towarzysza, ale zamarła w pół słowa, gdy usłyszała, jak zwracał się do reprezentanta Proroka.-Słucham?-odezwała się, nieco zirytowana.-To panowie się znają?-była zdeprymowana, ciągle zdziwiona i... no doprawdy, o co tu, do cholery, chodziło?!-To jakiś żart?-dopytała, wpadając w coraz większe rozdrażnienie.


Powrót do góry Go down
Daniel Krueger
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t1164-daniel-krueger https://www.morsmordre.net/t1243-krebs https://www.morsmordre.net/t1216-pan-k https://www.morsmordre.net/f174-long-acre-14-8 https://www.morsmordre.net/t1485-daniel-krueger
Dziennikarz Proroka Codziennego
33
Czysta
Kawaler
po drugiej stronie
na pustej drodze
tańczy mój czas
w strugach deszczu dni toną
10
11
0
0
0
1
0
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   25.11.15 7:01

Byli teatrem dwóch aktorów, łamiących na każdym kroku konwenanse. Przywdziewali różne maski, walcząc między sobą na słowa; byli dramatem, jednocześnie tragedią i komedią, byli misternie tworzoną sztuką, układanką dwóch ciał, dwóch osób, dwóch sił, które próbowały siebie nawzajem zwalczyć. Idei, różniących się w każdym, choćby najmniejszym szczególe. Przynajmniej z pozoru, nie mogli znieść swojej obecności, mimo że sami inicjowali coraz to kolejne potyczki, razem brnąc pośród prób i błędów. Ich nienawiść była sztuką wystawianą na deskach szarej rzeczywistości; sztuką prywatną i poniekąd intymną, niemożliwą do naruszenia - jednocześnie chwiejną, niestałą, o wiotkiej, niemalże eterycznej strukturze. Tak bawili się, grali, niemal przez cały czas. Nieskrępowani wewnątrz własnego świata, igrając pośród słów, dwuznaczności i na pozór banalnych gestów. Zwiększania i zmniejszania dystansu, niby w misternym układzie, doskonale znanym i rozpisanym na wszystkie kroki. Obsypanym nienawiścią, pogardą i podstępem, występujących tu w wyjątkowo osobliwej formie.
Byli.
Zaburzenie wkradło się, wdzierało między wytworzone struktury utkanej do tej pory, rozgałęzionej sieci. Dysonans, okropny dźwięk przyprawiający o krwawienie uszu; głos, który tak nie pasował, głos, który do żadnego z nich nie należał. Okrutny i bezwzględny w swoim działaniu, niemożliwy do zaprzeczenia, siejący wyłącznie zamęt oraz grozę. Tak, Daniel był niemal przerażony tym, co właśnie rozgrywało się na jego oczach. Stracił kontrolę, przyłapany i pełen niesmaku, gdy ktoś właśnie przeszkodził mu w wykonywanych czynach. Przedstawienie musiało ulec zawieszeniu, wprowadzając go w otępienie, kiedy próbował rozpaczliwie powiązać fakty, nadal niepewny lecz jednocześnie świadomy, że właśnie wkroczył na zupełnie inny teren. Inne reguły, inny sposób zachowań. Vincent był niczym zagadka, pojawił się, wyrósł dosłownie znikąd - niby w ironii losu, jeszcze bardziej wszystko komplikując. Niech go dementorzy.
Zdrajca. Powtarzał to słowo wielokrotnie, lecz nadal nie umiał się przyzwyczaić. Próbował odczytać coś z jego wzroku, mowy, gestów, czegokolwiek - lecz nadal błądził, zupełnie nic nie rozumiejąc. A przecież nigdy nie uważał swojego wuja za mistrza intryg; odnosił wrażenie, że będzie umiał czytać z niego jak z otwartej księgi. Ułuda. CZEGO on chciał? Jeśli autografu, to z jakiego powodu stanął koło niego i się dziwił, gdy najzwyczajniej w świecie nie chciał przeszkadzać? Na potarganą brodę Merlina, nie miał cierpliwości do tego człowieka. Zarówno, by znosić jego zachowania, jak i je interpretować. Chciałby, aby Vincent zniknął, nagle rozproszył się w powietrzu, odchodząc tym samym w zapomnienie. Ale on tutaj był i z każdą chwilą coraz bardziej irytował go swoją obecnością. Zdenerwowanie Daniela rosło, gdy wciąż pełen swoistej rozpaczy, nie umiał się zupełnie odnaleźć. O co tutaj chodziło? Co mógł zrobić? Cóż. Jedynie grać dalej, nie oglądając się na boki ani tym bardziej za siebie. Brnąc w tym wszystkim, poddając się niczym plastyczna masa i czekając na rezultaty osiągniętej przez siebie formy.
- Sprawia mi pani tym stwierdzeniem niewypowiedzianą przyjemność. - Niemal zmusił się do uprzejmego tonu, próbując jednocześnie nadać twarzy możliwie najbardziej przyjazny wyraz.
Kto pierwszy się pozbiera, ten wygra. Co zabawne, Krueger nie był pewny, czy fakt bycia uświadomionym w przypadku tożsamości sprawcy całego zamieszania, może dać mu jakąś przewagę, ale pełen desperacji nastawiał się na wszystkie możliwe zagrywki. Musi obrócić Vincenta przeciwko niej, niezależnie od tego, jaki był cel wizyty mężczyzny. Niezależnie od wszystkiego, to Selina ma się czuć zmieszana, a on nadal panować nad sytuacją. Należało więc wykorzystać jej dezorientację, która była wręcz idealną okazją do wcielenia z góry założonych planów.
- To nie są żarty. To najprawdziwsza prawda... A raczej dopiero jej początek. - Problem był jednak taki, że Lovegood również w coś pogrywała. Tak przynajmniej stwierdził, kiedy wypowiadał ze spokojem owe słowa. Wcześniej. To, co przekazała wcześniej. Czyżby miała już jakiś plan? Szczerze mówiąc, wolałby tego uniknąć. Najważniejsze było szybkie działanie. Z jednej strony zupełnie wymuszone przez osobę starszego Kruegera, z drugiej zaś... Wykorzystane niczym oręż, którym należało cisnąć celnie w samo serce przeciwnika. Do czego ją doprowadzi? Jakie emocje wywoła? Ciągłe odkrywanie tego stawało się niemal obsesją.
- Proszę, poznaj mojego wuja, Vincenta. - Spojrzał to na nią, to na mężczyznę. - Wuju, chyba nie muszę ci przedstawiać, kim jest ta jakże zajmująca kobieta, mam rację?




I'll hit the bottom

hit the bottom and escape

escape

Powrót do góry Go down
Vincent Krueger
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1611-vincent-krueger http://morsmordre.forumpolish.com/t1664-roxanne#17012 http://morsmordre.forumpolish.com/t1613-wujaszek-krueger#16519 http://morsmordre.forumpolish.com/f174-long-acre-14-8 http://morsmordre.forumpolish.com/t1676-wspominki-vincenta#17422
bezrobotny
53
Czysta
Kawaler
Oh, wie schade, oh, wie schade
Nur noch Trockenbrot und keine Schokolade
9
10
0
0
2
2
0
6
Czarodziej
 MEOW

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   26.11.15 19:38

Vincent czuł się jak intruz. Nie jakoś bardzo i przez długi czas, ale jednak oboje dali mu wyraźne powody. Ich miny mówiły same za siebie. W momencie nadejścia wujaszka coś pękło. Atmosfera siadła. Całe napięcie diabli wzięli i nawet, gdyby teraz odszedł - nagle zapadł się pod ziemię - to by niewiele dało. Rozmówcy zostali wybici z rytmu na dobre. Tego Vincent był świadomy.
Czyżby niechcący spłoszył Daniela? Po irytacji naszło go poczucie winy. Jego bratanek był niezwykłą osobą, to trzeba było przyznać bez względu na poziom sympatii czy antypatii jakim by się go darzyło. Jego dusza była sprawą fascynującą i zagadkową. Może ktoś z chęcią zająłby się rozważaniami na temat psychiki tego człowieka... Jednak na pewno nie ktoś taki jak Vincent Krueger. On nie lubił skomplikowanych rzeczy. Jakże łatwo było pomyśleć o nim Wariat! i nie dopuszczać innych myśli! W końcu jednak nawet Vinc zrozumiał, że całe to dziwne zachowanie może wynikać z wrażliwości chłopaka, bo w końcu wrażliwy na pewno był. Wuj po raz drugi naszedł go znienacka. Teraz już był pewien, że Daniel zwykł bardzo dziwnie reagować w tego typu sytuacjach. Spanikował. W sumie mu się nie dziwię - pomyślał i to ułatwiło mu uspokojenie emocji oraz nabrania dystansu. Wiedział, że nie może dać się wciągnąć w ten wir niejasności i zdziwienia. Wszystko należało rozwiązać szybko i bez niepotrzebnego zamieszania.
Było jednak coś, co nie dawało mu spokoju. Dlaczego oni zwracają się do siebie tak oficjalnie? Naprawdę nie miał pojęcia o co chodzi. Nim zdążył jednak poważnie się nad tym zastanowić, sprawy potoczyły się bardzo szybko. Daniel najwyraźniej miał zamiar odejść pomimo sprzeciwów. W końcu jednak jakby przypomniał sobie kim jest i co tu robi. Tak, to było właściwe porównanie. Sprawia miała się tak, że mężczyzna zachowywał się jak chory na amnezję. Postanowił oddalić się od zupełnie obcych ludzi, którzy tak naprawdę byli dla niego bardzo bliscy. Sprawiał wrażenie przestraszonego ich bezpośredniością, gdy nagle przypomniał sobie kim oni są i wraz z pamięcią odzyskał pewność siebie i zorientowanie w sytuacji.
Wszystko układało się w całość, z paroma tylko szczegółami, ale one były nieistotne. Vincentowi wydawało się, że wreszcie rozumie uczucia bratanka, gdy nagle z ust kobiety padły niesamowicie mocne słowa: To panowie się znają? To jakiś żart?
ŻART?! CZY MY SIĘ ZNAMY?!
Vincent zmrużył oczy i próbował wyczytać coś z twarzy kobiety. Udało mu się dostrzec tam jedynie zdziwienie. Coś bardzo podobnego do tego, co sam czuł w tym momencie. Nie trwało to długo. Ich uwagę przykuł Daniel, który zdawał się przejąć kontrolę nad sytuacją. Chłopak najwyraźniej był jedyną osobą z całej trójki, która doskonale wiedziała na czym polega całe nieporozumienie.
- Y... Jeszcze raz powtarzam, że bardzo miło mi panią poznać - układał dziwnie dobrane słowa w niezgrabne zdanie. Wyciągnął nieśmiało rękę w jej stronę. Uśmiechnął się delikatnie, starając się, by nie robić kwaśniej miny. Przez sekundę zastanawiał się, czy aby na pewno dobrze rozpoznał sytuację i czy właśnie nie robi z siebie idioty.
Wreszcie Daniel rozwiał wszelkie wątpliwości Vincenta. Słowa bratanka jeszcze bardziej utwierdziły go w przekonaniu, że ta oto przystojna kobieta jest jego wybranką. Bo kimże innym mogła być jak nie ukochaną? Sytuacja była dziwna, ale przynajmniej to nie ulegało wątpliwościom.
- Przepraszam, że przerwałem waszą rozmowę, ale akurat przechodziłem obok i nie mogłem się powstrzymać przed zagadaniem - postarał się uśmiechnąć jak najbardziej czarująco tylko potrafił. Złapał się tej pewności, którą emanował Daniel i miał ogromną nadzieję, że na dzisiaj to już koniec panikowania i zdziwionych min. - Tak uroczo razem wyglądacie. Naprawdę do siebie pasujecie.


Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 https://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 https://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 https://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 https://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   17.12.15 22:19

Nigdy nie miała talentu do pięknych słów czy wzniosłych wystąpień. Ale faktycznie te porównania zdawały się wpadać idealnie w ton ich relacji. Tych chaotycznych, poplątanych, a pewnie przez wielu nazwanych chorymi. A które miały się jeszcze bardziej skomplikować, gdy nagle te wszystkie drażliwe elementy rozbiła obecność osoby trzeciej. Oboje byli wytrąceni z równowagi i skonsternowani. Powinni skończyć na tym grę czy spróbować zaadaptować ją do nowych zasad? Wygra ten, kto pierwszy się pozbiera? Kto lepiej zachowa się w nowym środowisku i to jego będzie na wierzchu?
Przez moment oboje mierzyli siebie nawzajem, pewnie to rozważając. Lovegood dodatkowo próbowała odgadnąć tożsamość intruza, zastanawiając się, czy nie jest w spisku z Kruegerem. W końcu kto wie - po tym człowieku mogła się spodziewać wszelakich diabelnych planów. Może to kolejna próba na upokorzenie jej osoby? Jakby zagrabienie jej intymnej własności nie było wystarczające!
Zmrużyła delikatnie oczy, gdy Daniel postanowił udawać kurtuazję. Normalnie spaliłaby go już własnym jadem, jednak teraz kontrolnie zwróciła wzrok na drugiego mężczyznę, jakby sprawdzając na ile ją obserwuje i jaki ma do niej stosunek. Była ostrożna. Stąpała po niepewnym gruncie.
-Nie mogę sobie wyobrazić rzeczy, na której by mi bardziej zależało od sprawiania panu przyjemności.-odparowała zaraz, nie potrafiąc ugryźć się w język. Oczywiście, że kpiła. Powstrzymała się jednak przed prychnięciem, jedynie rzucając swojemu przeciwnikowi długie spojrzenie, które było jak rękawica. Wyzwanie. Może jednak ich pojedynek wcale się jeszcze nie zakończył? Odbiła jego wyraz twarzy, z jakąś dziwną przekorą go papugując - jakby chciała pokazać, że potrafi to zrobić lepiej.
Zmarszczyła lekko brwi na zagadkową odpowiedź dziennikarza. Drwił z niej tak otwarcie i przeokrutnie, że aż zadrżała ze złości, zaciskając palce. Co to za tajemnicze, oklepane frazesy?! W co on w tym momencie pogrywał? Więc jednak MIAŁ jakiś plan?! Że co? Że jak dziecko w szkole zrobi jej psikus i przekupi kolegę, by jej zagrał na nosie?! Phi! Przeniosła wzrok, szybko, w nieco zirytowanym wyrazie, na Vincenta, gdy raz jeszcze zarzekał się o niesamowitej przyjemności płynącej z zapoznania się z jej osobą. I coś tu jej zgrzytało. Z zawahaniem spojrzała na jego wyciągniętą dłoń, przez dłuższy moment nie podejmując żadnej akcji, ani tym bardziej oddania gestu. W końcu jednak uniosła dłoń w jego kierunku i - po męsku, bo w końcu to Niemiec złamał savoir vivre i to on pierwszy podał jej rękę - uścisnęła jego palce. Słuchała jego przeprosin, ciągle niewiele z tego wszystkiego rozumiejąc. Nie miała pojęcia czy robi z siebie kretynkę odstawiając tą szopkę czy też może faktycznie było to coś przypadkowego. W jej podejrzliwym, skażonym umyśle wyglądało to na podstęp, który miał podkopać jej pewność siebie. Ale nie miała zamiaru ułatwiać nikomu zadania.
-Wuja?-prawie oczy wyszły z jej orbit, gdy usłyszała to zdanie. Aż obejrzała się za siebie, na pismaka, by sprawdzić, czy sobie nie żartuje. Wyglądał poważnie.-Nie wiedziałam, że zechcesz przedstawić mnie rodzinie. Jestem aż tak ważna dla ciebie?-brała go pod włos, niejako korzystając z tego, że tylko pracownik Proroka jest w stanie zobaczyć jej krzywy, ironiczny grymas.
Ale to dopiero kolejne słowa ledwo poznanego członka rodziny dotychczasowego rozmówcy sprawiły, że naprawdę na moment spąsowiała, nie mając pojęcia jak zareagować. Zaśmiać się? Wściec? Odejść?
-Słucham?-zapytała wyższą notą, puszczając w końcu rękę czarodzieja. Cofnęła się o krok, by móc objąć oboje swoim zasięgiem widzenia, by niczego nie przegapić. Co tu się, do cholery, wyrabiało?!
-Krueger, czy ci do reszty odbiło?-w końcu się odezwała i zniżyła ton, prawie sycząc, by zwrócić się do swojego ulubionego towarzysza niedoli. Bo bez wątpienia to on to wszystko uknuł! I ma jakieś przedziwne wyobrażenia! Bo diabli wiedzą co on tam w tej swojej głowie wyhodował za myśli!






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Daniel Krueger
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t1164-daniel-krueger https://www.morsmordre.net/t1243-krebs https://www.morsmordre.net/t1216-pan-k https://www.morsmordre.net/f174-long-acre-14-8 https://www.morsmordre.net/t1485-daniel-krueger
Dziennikarz Proroka Codziennego
33
Czysta
Kawaler
po drugiej stronie
na pustej drodze
tańczy mój czas
w strugach deszczu dni toną
10
11
0
0
0
1
0
10
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   19.12.15 19:42

Karty pozostawały nieodsłonięte. Identyczne, nie do rozróżnienia, nie przemawiały konkretnym widokiem nakreślonych na bieli znaków. Nie, nawet ich nie było - cały stół postawionych zamierzeń został wywrócony do góry nogami, wprawiając Daniela całkowicie w konsternację. Wszystko przez n i e g o. Znowu przez niego. Wszystko psuł, pojawiał się w nieodpowiednich chwilach, przyprawiając swoją namolnością o bóle głowy. Chroniczne. Zmierzył wzrokiem Vincenta, przenosząc się później na Selinę. Raz on, raz ona, nie wiedział już, które z nich jest mu tym razem mniej przychylne. Ale stwierdził jedno - musi podjąć się jakiś działań. Jeśli tego nie zrobi, będzie skończony. O ile już nie był. Vincent wkroczył do ich prywatnego światka zupełnie bez ostrzeżenia, niszcząc całe dotychczasowe relacje. Zniszczył kłótnię, rozpętując niewidzialny huragan nieposkładanych myśli, które wirowały dookoła rozpaczliwie, nie mogąc się ułożyć w żadne plany. Pozostawała wyłącznie improwizacja.
- Myślę, że na tym etapie potrzeba większego zaznajomienia - wyszydził, szczerząc jakże beztrosko zęby w obdarzanym przecież miłym wyrazie. Chciała pojedynku teraz? Wysyłała spojrzenie, zagłębiała się w jego sylwetce, usiłowała wszystko zanalizować.
Będzie miała pojedynek. Tak się jednak zdarzyło, że akcja toczyła się na jego boisku. Przez moment odzyskał pewność siebie, triumfalnie chwaląc się i poniekąd nawet ciesząc, że los raczył zesłać mu wuja. Do czasu. Do czasu, aż wypowiedział owe f a t a l n e słowa, które wydawały się dla niego wielkim, skrzeczącym zgrzytem. Zachwianiem konstrukcji całego mechanizmu, przepalającym elementy, niszczącym zachodzące na siebie kółka. To koniec? Na początku przyszedł szok - SKĄD coś takiego w ogóle śmiało wpaść mu do głowy? Uroczo? Pasują do siebie? Cholera, myślałby tysiąc lat i nigdy nie wpadłby na pomysł, który właśnie narodził się w głowie Vincenta. Nie wiedział, co piętrzy się wewnątrz jego czaszki i również bał się wiedzieć, widząc, jak gwałtownie traci grunt pod nogami, początkowo jedynie zastygnąwszy w szoku. Otworzył nieznacznie usta, jakby chciał coś powiedzieć, lecz nie odezwał się ani słowem. Nieznacznie drżące dłonie objęły twarz, niby chcąc ją zakryć, jakoś oddalić się, oddzielić, zapomnieć o tym wszystkim. Ale wstyd. Potworny wstyd. Gdyby tylko obok znajdował się ktoś z Czarownicy, pewnie nie daliby mu tak łatwo spokoju.
- Teraz? - zapytał, pytając przy tym samego siebie. - Tak. Odbiło mi - oznajmił dopiero po chwili, niemal cedząc ciążące na ustach słowa. Teraz naprawdę miał ochotę zniknąć. Po prostu zniknąć, dowiedzieć się, że to zły sen. Najzwyczajniej w świecie. Obudzić się. Czy nikt nie ześle na niego wybawienia?
Rozpaczliwie szukał rozwiązań. Przerabiał w głowie setki sytuacji, możliwych ripost i reakcji, dochodząc jednoznacznie do określonego wniosku. Nie mógł tego przedłużać. Musiał załagodzić sprawę, zanim na dobre wywinie się spod kontroli. O ile już się nie wywinęła. I unikać Lovegood, unikać cały czas; najlepiej byłoby, gdyby w ogóle się nie spotkali. Co go podkusiło? Zagryzł nieznacznie wargę. To już przeszłość. Należało się skupić na aktualnych wydarzeniach.
- Proszę wybaczyć. Obowiązki wzywają. Miałem tylko oddać te zapiski. - Wymusił twarz do uformowania serdecznego uśmiechu. Wręczył kobiecie jej własność, cały przedmiot niezgody, choć posłane do niej spojrzenie zdawało się brzmieć To jeszcze nie koniec. Tak samo, nie zmieniając wyrazu wzroku i automatycznie opuszczając kąciki ust, zwrócił się do własnego wuja.  - Jeszcze sobie porozmawiamy. - Miły ton, lecz kryjący za sobą coś więcej. Już on wiedział, co. Doskonale wiedział. Niech no tylko wróci do mieszkania.
- Do zobaczenia. - Odwrócił się po raz ostatni i ruszył przed siebie zamaszystym krokiem, zanim ktokolwiek zdołał go zatrzymać.
Nigdy więcej.
Nigdy, cholera jasna, więcej.

zt
wiem, że badziewa noale




I'll hit the bottom

hit the bottom and escape

escape

Powrót do góry Go down
Barry Weasley
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1134-barry-weasley#7558 https://www.morsmordre.net/t1142-zjadacz-mebli https://www.morsmordre.net/t1143p9-barry-weasley#7772 https://www.morsmordre.net/f189-smiertelny-nokturn-19-4 https://www.morsmordre.net/t1144-barry-weasley#7771
sprzedawca u Ollivandera
24
Szlachetna
Kawaler
Well someday love is gonna lead you back to me
But 'til it does I'll have an empty heart
So I'll just have to believe
Somewhere out there you thinking of me...
6
10
0
0
10
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   28.02.16 11:58

| 9 listopad

Nie miał ochoty rozmawiać z Marcelyn, ale jak Deimos powiedział, należy jej pokazać, co się dzieje, gdy ktoś kłamie i oszukuje. Całe szczęście nie było jej na wernisażu. Już bez niej miał na głowie naćpaną osobę, którą potem położył do łóżka. Pomijając, co się w międzyczasie zdarzyło, bo o tym nikt nie powinien się dowiedzieć.
Rano będąc w swoim już mieszkaniu, napisał list do Marcelyn z prośbą o spotkanie. tak, trzeba to zaraz rozwiązać. Szkoda czasu do stracenia, szczególnie, że chciał znać powody. Dlaczego kłamała? Co jeszcze ukrywała przed nim? Zjawił się w wierzbowej alejce, gdy słońce schowało się w chmurach. Zapowiadała się deszczowa noc, ale może zdążą do tej pory porozmawiać i wrócić do siebie. Szkoda by było opuszczać park. Mimo wszystko, zapach toczący się w nim był uroczy i Barry gdy się zjawił tutaj, wziął wdech i przez kilka sekund rozkoszował się zapachem. Jednak nie przedłużając chwili spotkania, ruszył po ścieżce w poszukiwaniu rudowłosej dziewczyny.
Widząc Marcelyn, miał ochotę zarazem zniknąć, jak i potrząsnąć ją. Wiele emocji w tej chwili stłumił i pozwolił tylko założyć maskę, która cieszy się na jej widok. Podszedł do niej spokojnie, mimo iż w jego oczach było coś innego. Coś, co kontrastowało z jego uśmiechem, ale to zaraz zniknęło. Stanął przy niej, ale ani nie przytulił, ani nie ucałował jej dłoni. Jakby po prostu byli znajomymi, którzy ignorują swój status. Barry chciał dać tylko ułudę, by zaraz wyciągnąć asa w rękawie.
- Mam nadzieję, że nie przerwałem w Twoich obowiązkach, Noro.- powiedział spoglądając na nią, lecz zaraz jego uśmiech zniknął. - Czy raczej lady Carrow.- dodał zaraz obserwując jej mimikę twarzy. Przerażona? Przestraszona? Barry zaciekawiony chciał zobaczyć, co zrobi. Co powie. Bo nie zamierza jej tego odpuścić. I będzie jej wytykać, póki jego życie na to pozwoli.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean
     the­re is a light shi­ning so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
Marcelyn Carrow
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1934-marcelyn-carrow https://www.morsmordre.net/t2010-lusia#29282 https://www.morsmordre.net/t2011-marcysia#29286 https://www.morsmordre.net/f254-harley-street-13-7
uzdrowiciel magicznych stworzeń
22
Szlachetna
Zaręczona
Ja wsysam w siebie lato tak jak dzika pszczoła wsysa miód(…). Wschody słońca i czarne jagody na gałązkach, i piegi na ramionach,i blask księżyca nad rzeką wieczorami,i niebo pełne gwiazd, i las, i przelotne deszcze wieczorne, i wszystko inne(…).
1
2
4
6
0
2
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   28.02.16 12:46

Czarne myśli krążyły w okół niej od momentu przeczytania tak przecież krótkiego listu. Dwa zdania, a jednak nie może już skierować myśli na inny tor. Niepokój i obawa zdawały się być ciężkie i lepkie jak powietrze przed burzą. Zdawały się nie opuszczać jej ani na moment jak gdyby czekając na moment kulminacji by móc rozpętać nad płomiennymi lokami huragan jakiego nigdy nie zapomni. Czuła, podświadomie wiedziała że ten moment nastąpi w wierzbowym parku, kiedy tylko Barry zdradzi jej powód dla którego mieli się dziś spotkać. Jeszcze w takim miejscu! Zdawało jej się, że pierwszy raz znajdą się razem ś w i a d o m i e w miejscu tak czarującym i spokojnym. I pierwszy raz na "czysto". Czy Barry wybrał takie miejsce specjalnie by wszechobecnym pięknem zatuszować brud tego, o czym mają mówić? Czuła, że idzie jak na pewną śmierć, jak na ścięcie. I co gorsza nie własnej głowy a być może tego, co między nimi było (jest?). Wychodząc z mieszkania zdała sobie sprawę, że czarna sukienka jedynie podkreśla towarzyszący jej nastrój. Chwyciła za beżowy dopasowany płaszcz (typowo mugolski, bo też przecież nie spotykają się w miejscu od mugoli wolnym), wzięła głęboki oddech i zamknęła za sobą drzwi. Trzęsącymi się z nerwów dłońmi odpaliła papierosa, który zdawał się wypalić zbyt szybko, by dać jej jakiekolwiek ukojenie.
Odetchnęła z ulgą widząc, że jest na miejscu pierwsza. Stanęła oparta o wierzbę nawet nie usiłując przywołać na twarz uśmiechu. Jej słynna marsowa mina zdawała się mieć dzisiaj dzień triumfu. Nie mów więcej niż to konieczne, nie uginaj się i udawaj że nic cie nie obchodzi... jak u Carrowów na herbatce.
Gdy Barry podszedł do niej nie witając się nawet, uniosła brew i uśmiechnęła się dość kpiąco. Odruch bezwarunkowy. Mimo to cieszyła się że go widzi. Ostatnio rozstali się w dość dziwnych (choć typowych jak na nich) okolicznościach.
Własne nazwisko uderzyło w nią z siłą pędzącego pociągu. Jakby chmury burzowe nad jej głową zamiast wypuścić deszcz, puściły jedną jedyną błyskawicę godzącą prosto w nią i jej godność. Na całe swoje cholerne szczęście, oduczyła się żywego reagowania. Nie da po sobie nic poznać. Uniosła wyżej podbródek. Zaśmiała się krótko, kręcąc głową w poszanowaniu dla przebiegłości... no właśnie, czyjej? -Kto?-słowo zdawało się brzmieć jak wyciągany miecz, brzęczeć w ciężkim powietrzu jak zimna stal. Czy od razu odpowie jej od kogo się dowiedział? -Bo, bez urazy, ale wątpię żebyś doszedł do tego sam.-zbyt dobrze się kryła, a na Nokturnie o jej prawdziwym imieniu mogła wiedzieć tylko Cassandra. A jej ufała. To musiało wyjść inaczej. A ona musi się dowiedzieć jak i kto ma przez to ucierpieć.


Powrót do góry Go down
Barry Weasley
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1134-barry-weasley#7558 https://www.morsmordre.net/t1142-zjadacz-mebli https://www.morsmordre.net/t1143p9-barry-weasley#7772 https://www.morsmordre.net/f189-smiertelny-nokturn-19-4 https://www.morsmordre.net/t1144-barry-weasley#7771
sprzedawca u Ollivandera
24
Szlachetna
Kawaler
Well someday love is gonna lead you back to me
But 'til it does I'll have an empty heart
So I'll just have to believe
Somewhere out there you thinking of me...
6
10
0
0
10
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   28.02.16 13:30

Wybrał akurat te miejsce, bo nie chciał zapraszać do swego mieszkania, a też zbytnio nie wie, gdzie Marcelyn mieszka. A wśród ludzi, szczególnie mugoli, opanuje swoje emocje i może nie popełni jakiegoś głupstwa. Potem może iść spokojnie do jakiegoś baru, czy do znajomego i tam zapomnieć o tym spotkaniu, które właśnie się odbywa. Tak, to był rozsądny wybór. Jeden z nielicznych, które były rozsądne dla szlachcica. Bo wczorajszy wieczór ewidentnie nie był rozsądny. Emocje poszły na wyżyny, a teraz jakby spokojnie falowały, póki nie usłyszał jej pytania. Jej śmiech nieco wyostrzył jego spojrzenie, jakby nie uważał tego za zabawne. Zabawne jest oszukiwanie swego przyjaciela? On był w niej zakochany! Ufał jej, a teraz się dowiaduje na własne uszy, że zakochał się w oszustce. Nie zamierzał odpowiadać jej, od kogo to wie. Czy to ważne? Czy to istotne, że ktoś ujawnił w końcu jej stek kłamstw?
- A więc to prawda.- wyszeptał cichym, lecz nieprzyjemnym tonem. Dzięki Merlinowi, że wybrał te miejsce, bo miał ochotę w tej chwili zrobić coś Marcelyn. - Ja długo chciałaś mnie wabić swoimi kłamstwami? Co jeszcze ukrywasz przede mną?- powiedział ostrym tonem unikając słów, które są dla niego nieprzyjemne. I oto ma być jego narzeczona, a w przyszłości żona? O nie, nie zamierza jej tego teraz ujawniać. Może się domyślać, ale Barry stanowczo przez jakiś czas będzie ją unikać. Albo nie, pokaże jej, do czego doprowadziły ją te wszystkie kłamstwa. Mogła unosić swój podbródek, on i tak spoglądał na nią z góry i jej pewność siebie tylko dawały jemu do namysłu, że udaje.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean
     the­re is a light shi­ning so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
Marcelyn Carrow
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1934-marcelyn-carrow https://www.morsmordre.net/t2010-lusia#29282 https://www.morsmordre.net/t2011-marcysia#29286 https://www.morsmordre.net/f254-harley-street-13-7
uzdrowiciel magicznych stworzeń
22
Szlachetna
Zaręczona
Ja wsysam w siebie lato tak jak dzika pszczoła wsysa miód(…). Wschody słońca i czarne jagody na gałązkach, i piegi na ramionach,i blask księżyca nad rzeką wieczorami,i niebo pełne gwiazd, i las, i przelotne deszcze wieczorne, i wszystko inne(…).
1
2
4
6
0
2
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   28.02.16 15:43

Wybrane przez Barrego miejsce mogło okazać się być strzałem w dziesiątkę. W końcu jasnym było, że prędzej czy później przynajmniej jedno z nich wybuchnie. Pytanie tylko jak bardzo i jakie będzie miało to skutki? Już teraz Marcelyn oczyma wyobraźni na drugim końcu różdżki trzymała zwijającego się w bólu z d r a j c ę, kimkolwiek ów był. Reakcja Barrego powolnymi krokami wytrącała ją z równowagi budząc w drobnej postaci wszystkie czarne emocje które potrafiły całkowicie ją omamić i zawładnąć umysłem. Już myślała o tym, by jak najszybciej po tym spotkaniu wziąć. Pytanie tylko, gdzie znaleźć nowe źródło? Przecież nie wypali "Hej, Barry, wiem że okłamywałam Cię co do imienia, nazwiska i pochodzenia, ale masz zajebisty towar więc co powiesz na tę umówioną Śnieżkę?". A szkoda. Zawsze zostaje jej słodka przyjaciółka-Ognista. Ewentualnie popełni pierwsze w życiu morderstwo. Zobaczy się jeszcze, planów póki co nie miała.
Widziała jednak, ze sama też wytrąca chłopaka z równowagi. To jak zabawa w kotka i myszkę przy pomocy słów, gestów i mimiki.
Jednak pod grubą warstwą urażonej dumy i poczucia obezwładniającej wściekłości (lub wściekłości z obezwładnienia? jakże dziwne były targające nią emocje!) poczuła przejmujący smutek. Smutek wynikający z niezrozumienia chłopaka. Przez cały czas była przekonana, że akurat ON, równie zdegenerowany i niemal wyklęty szlachcic kryjący się na Nokturnie zrozumie jej niemal identyczną sytuację. Że zrozumie, iż prawdziwym imieniem, ah do diabła z imieniem! prawdziwym nazwiskiem zniszczyłaby i pogrzebała budowane od tylu pokoleń miano rodu. Jakżeby wyglądała przedstawiając się jako Marcelyn Carrow w momencie wykupowania nie całkiem legalnych składników, nie mówiąc już o używkach. Co by się stało, gdyby którykolwiek z jej nokturnowych kompanów w nieostrożnej rozmowie z kimś ważnym wypalił że jego najlepszym kupcem jest (z resztą jedyna, grono podejrzanych się zawęża) ruda panna Carrow?
Poczucie zawodu ogarnęło nią, kiedy zrozumiała jak bardzo się myliła sądząc, że Barry pojmie jej sytuację. Jak dobrze że nie znała prawdy o ich narzeczeństwie. Wówczas bez wątpienia popadłaby teraz w skrajny szał emocjonalny który skończyłby się źle nie tylko dla niej samej ale dla każdego kogo znalazłaby w pobliżu. Wdech...wydech...opanuj się bo rozpętasz kataklizm a w Azkabanie Ognistej na uspokojenie nie dostaniesz.
-Wabić...? Uwierz, że to ostatnie czego bym chciała.-a wiec jednak postawiłaś na prawdę? Dobrze, tylko się nie spal. Uniosła nieco głowę tak, by patrzeć mu prosto w oczy wzrokiem, z którego wytworzyć by można veritaserum, wzrokiem najszczerszym z możliwych-Więc musisz wiedzieć, że wolałabym żeby odebrano mi głos, niż mieć okłamywać Cię dla własnego kaprysu.- Czy brzmiała na tak opanowaną jak chciała? Czy zdawało jej się, czy jej głos naprawdę wibrował wręcz, przepełniony żałością i wściekłością jednocześnie, przez które jednak poczuła przypływ siły, którego właśnie teraz potrzebowała.-Naprawdę masz mnie za kogoś, kto bawiłby się w alter ego by, jak sam powiedziałeś, wabić niewinnych we własne sidła?


Powrót do góry Go down
Barry Weasley
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1134-barry-weasley#7558 https://www.morsmordre.net/t1142-zjadacz-mebli https://www.morsmordre.net/t1143p9-barry-weasley#7772 https://www.morsmordre.net/f189-smiertelny-nokturn-19-4 https://www.morsmordre.net/t1144-barry-weasley#7771
sprzedawca u Ollivandera
24
Szlachetna
Kawaler
Well someday love is gonna lead you back to me
But 'til it does I'll have an empty heart
So I'll just have to believe
Somewhere out there you thinking of me...
6
10
0
0
10
0
Zwierzęcousty

PisanieTemat: Re: Wierzbowy park   28.02.16 16:21

Barry jej ufał, zakochał się w niej, pewnie to widziała. Boli jego to, że nie zaufała jemu. Że oszukiwała jego. Rzucała kolejne kłamstwa prosto w jego oczy. Czego się spodziewała? Że wybaczy i zapomni? Zapomnieć, że się było łosiem? Że się było naiwnym, zakochanym po uszy kundlem, który był ślepy na prawdę. Barry jej tego nie wybaczy. Będzie starał co prawda odbudować zaufanie, ale to już nie będzie to, co było kiedyś. Kłamstwo ma krótkie nogi i Marcelyn powinna ponieść za to karę. Bo on się nie krył, już od dawna liczył się z tym, że nie uda się ukryć jego pochodzenia, ale udaje mu się nie ujawnić swej dodatkowej pracy.
Zwęził nieco swe wargi słysząc próby jej tłumaczenia. Nie chciała wabić, nie chciała jego okłamywać. To po jakiego knuta to robiła? Przecież wiedziała, że mogła jemu zaufać. Ale wolała go okłamywać. Nawet ten jej wzrok niezbyt do niego przemawiał. Skąd miał wiedzieć, czy teraz mówi prawdę? Może mówi to, co chce, aby usłyszał. Co prawda średnio jej to wychodzi, lecz starał po sobie nie pokazywać, jak bardzo zawiódł się na niej. - Wiedziałaś, że możesz mi zaufać. Zadurzyłem się w Tobie, do cholery. A teraz ...- pokręcił głową biorąc wdech na uspokojenie. Nie, wytrzyma i dowie się, dlaczego oraz co skrywała przed nim. Coś ty najlepszego zrobiła Nora. - Dlaczego? Miałaś tyle okazji do wyznania prawdy. Jaki miałaś cel?- zadał pytania, które zaraz wystrzeliły ostro. W przyszłości chyba będzie musiał jej ostro wyznaczyć, że kolejne jej kłamstwa mogą się skończyć w innym miejscu, niż w wierzbowym parku. Tu na razie się pilnował, aby gniew, który kumulował się z każdą sekundą, nie przejął nad nim kontroli.





Ne­ver fear sha­dows, for sha­dows on­ly mean
     the­re is a light shi­ning so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
 

Wierzbowy park

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6  Next

 Similar topics

-
» Miejski park
» Park Promnitz
» Planten un Blomen
» Bryant Park
» Park Tiergarten

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Waltham Forest-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18