Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Targ uliczny na Portobello Road
AutorWiadomość
Targ uliczny na Portobello Road [odnośnik]17.02.16 3:36
First topic message reminder :

Targ uliczny na Portobello Road

★★
Targ przy Portobello Road otwarty jest w każdy dzień tygodnia. Można natknąć się tutaj na różnych artystów i lokalnych, mocno ekstrawaganckich, mieszkańców, choć bez wątpienia nie uświadczy się tłumów. Zainteresowanie oferowanymi towarami czy usługami jest dużo mniejsze niż niegdyś, gdy stolicę zamieszkiwali nie tylko czarodzieje, a na targu można było znaleźć głównie wytwory mugoli. Stragany rozlokowane są po dwóch stronach wąskiej, aczkolwiek długiej, bo prawie dwumilowej ulicy Portobello Road, biegnącej do samego serca kolorowego Notting Hill; część z nich jest pusta i porzucona, część została rozebrana, wszak po przejściu targu w ręce czarodziejów nie ma tutaj aż tylu wystawców, by zajęli wszystkie stanowiska. W zależności od dnia pojawiają się tu różni wystawcy - przykładowo w każdy piątek odbywają się wyprzedaże magicznych rzeczy używanych, w tym szat najróżniejszych krojów i barw, natomiast w soboty odnaleźć tu można całe narzecza antyków, począwszy od mebli, a kończąc na mniejszych szpargałach. W powietrzu unosi się zapach świeżego pieczywa i wypieków, curry i pomarańczy, a także kredek i farb nielicznych artystów, którzy akurat tworzą coś na chodniku.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 20:32, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Targ uliczny na Portobello Road - Page 9 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Targ uliczny na Portobello Road [odnośnik]09.04.19 12:04
| 20 listopada

Teleportacja i sieć fiuu nie działały, a miotły Gwen nie używała od lat. Poza tym prawo jazdy to po prostu przydatna rzecz, dlatego rudowłosa wybrała się na kurs. To był jej pierwszy raz za kierownicą, dlatego samochód częściej jej gasnął, niż jechał, niemniej okazało się, że to maszyna dość prostsza w obsłudze, niż myślała. Wystarczy, że nabędzie trochę wprawy… i na pewno bez problemu zda egzamin. O ile przy okazji nie zatopi się w ilości rzeczy, nad którymi pracowała: malowanie, nauka czarów, warzenie eliksirów, praca w Muzeum Brytyjskim i jeszcze bycie przewodnikiem po godzinach…
Właśnie, przewodnikiem!
Proszę pana, moglibyśmy już skończyć? Wiem, że jeszcze piętnaście minut, ale… ale… – zaczęła naprędce i nerwowo tłumaczyć swojemu dzisiejszemu nauczycielowi, gwałtownie zatrzymując znajdujący się na szkoleniowym placu automobil.
Oho, zapomniała panienka o czymś ważnym? – mruknął mężczyzna.
T… tak…
Gdy tylko dostała pozwolenie, wyszła naprędce z pojazdu, modląc się w duchu, aby jej klient zaczekał; nie powinna się mocno spóźnić, ale zdecydowanie wolała być na czas. Przecież to jej pierwsza odpowiedź na ogłoszenie! Czarodzieje nie mieli raczej szczególnej ochoty na zwiedzanie mugolskiej części Londynu, a jej te kilka groszy naprawdę mogło się przydać. W końcu bycie artystą nie było ani tanim, ani pewnym zajęciem.
Ta fucha jednak zapowiadała się całkiem sympatycznie: zgłosiła się do niej kobieta szukająca ciekawych mebli do domu. Żadne z magicznych i obecnie dostępnych jej nie odpowiadały, dlatego postanowiła sprawdzić, czy mugolski świat ma do zaoferowania coś więcej. Gwen natychmiast zgodziła się na płatną pomoc, nawet znając miejsce, w którym mogłaby ją zaprowadzić.
Umówiła się z klientką tuż pod Dziurawym Kotłem, do którego dotarła w jakieś dziesięć minut: przez całą drogę właściwie biegła, dlatego jej jasna sukienka wystająca spod płaszcza była cała pokryta błotem, a dziewczyna ciężko oddychała, nie mając zbyt dobrej kondycji. Ech, to kolejna rzecz, nad którą musiałaby popracować…
Nie miała wątpliwości z kim jest umówiona. Pod lokalem stała tylko jedna, samotna sylwetka czarownicy, odzianej w dość ekstrawagancki jak na mugolskie zwyczaje strój. Była cała mokra od spływającego z nieba deszczu i wcale nie wyglądała lepiej niż Gwen, mimo że wyraźnie jej na tym zależało. Jej przewodniczka jednak nie miała zamiaru zwracać na to szczególnej uwagi.
Rudowłosa podeszła do kobiety.
Pani Runcorn? – spytała, a gdy kobieta zwróciła na nią uwagę, kiwając głową, malarka wyciągnęła w jej stronę rękę: – Gwendolyn Grey, kontaktowała się ze mną pani. Przepraszam za spóźnienie, ta pogoda nie sprzyja szybkiemu transportowi.
Kobieta westchnęła i pokręciła głową; w jej oczach malarka dostrzegła drobną reprymendę. Na całe szczęście po chwili pani Runcorn odparła tylko:
Rozumiem. Nic się nie stało. Możemy już iść? Lepiej nie stać w deszczu.
Gwen kiwnęła głową.
Dziś na Portobello Road odbywa się handel antykami, pewnie przez pogodę będzie tam mniej osób, ale ostatnio radzili sobie, rozkładając namioty, więc ktoś jednak powinien tam być… Można tam znaleźć cuda, to chyba będzie najlepsze miejsce…
Ale to przecież kawałek stąd!
Proszę się nie martwić, zaraz złapiemy taksówkę! – rzuciła, ruszając w stronę bardziej ruchliwej ulicy i gestem dając znać kobiecie, by poszła za nią.
Taksówkę?
Taki samochód z kierowcą do wynajęcia!
Samochód?
No te pudełka będące jak Błędny Rycerz, tylko mniejsze!
Ale to przecież niebezpieczne!
Spokojnie, nic się pani nie stanie, naprawdę.
Kobieta niezbyt chętnie podążyła za Gwen, która starała się jak najprędzej znaleźć taksówkę. W chodzeniu po deszczu naprawdę nie było nic przyjemnego, nawet jeśli obydwie miały parasolki. Ziąb sprawiał, że malarka powoli przestawała czuć własne palce i marzyła, by jak najszybciej znaleźć się w samochodzie.
Po chwili udało im się natrafić na parking taksówek, dlatego malarka prędko tylko poinstruowała panią Runcorn:
Najlepiej będzie, jeśli zachowa pani po prostu milczenie, dobrze? Ja się wszystkim zajmę, proszę się nie bać, nic się nie powinno dziać…
Kobieta zerknęła niepewnie na swoją przewodniczkę, marszcząc brwi.
Jest pani pewna, że to dobry pomysł?
Absolutnie!
Gwen podeszła do jednej z pierwszych taksówek. Siedzący za kierownicą mężczyzna był wyraźnie zestresowany i miał ku temu poważny powód: zamiast ust miał kaczy dziób. Te anomalie, trzeba coś z nimi zrobić… tylko jak? W każdym razie rudowłosa nie miła zamiaru wybrzydzać. Otwierając boczne drzwi, spytała, czy mogą wsiąść.
Mężczyzna kiwnął głową, wyraźnie woląc nie odzywać się w takim stanie. Gwen uniosła się więc, zapraszając klientkę do środka.
Na Portobello Road prosimy – oznajmiła rudowłosa, gdy już razem z panią Runcorn znalazły się na tylnym siedzeniu. Czarownica była wyraźnie przerażona, rozglądając się niepewnie na boki, jednak na całe szczęście kierowca był zbyt skupiony na samym sobie, by myśleć nad zachowaniem czy dziwnym strojem przewożonej przez siebie kobiety.
Gdy pojazd ruszył gwałtownie, klientka Gwen niemal pisnęła, spoglądając na malarkę pełnym wyrzutu spojrzeniem. „Spokojnie” – wydukała bezgłośnie malarka. To, że kierowca miał dziób zamiast ust nie oznaczało przecież, że nie potrafił prowadzić. Wręcz przeciwnie: gdy automobil ruszył, mężczyzna prowadził całkiem płynnie. Dobrze znał też Londyn, sprawnie unikając najbardziej zatłoczonych dróg.
Jechały w milczeniu. Gwen widziała, że na twarzy pani Runcorn maluje się niezbyt przyjemny grymas, oznajmiający, że kobieta prawdopodobnie dorobiła się choroby lokomocyjnej, dlatego wolała jej nie przeszkadzać. Sama modliła się tylko, aby ich kierowcy przypadkiem nie dopadła jakaś gorsza anomalia.
Na całe szczęście do celu dotarli bez większych przygód. Gwen prędko podała kierowcy odliczone pieniądze w chwili, w której jej klientka już opuściła pojazd. Była zielona na twarzy i malarka obawiała się, że kobieta zwymiotuje na ulicę, ale na szczęście obyło się bez takich nieprzyjemności. Gdy malarka wyszła na deszcz, pani Runcorn powoli dochodziła do siebie.
Nie mówiła pani, że to tak nieprzyjemne – odparła kobieta z wyrzutem.
Och… przepraszam, nie wiedziałam… nie każdy tak reaguje, ja na przykład nie mam problemu z jazdą autem. Możemy chwilę zaczekać, może chciałaby pani pójść do jakiejś kawiarni? Za rogiem jest jakaś…
Kobieta wzięła głęboki oddech, kręcąc głową.
Naprawdę chcę tę wycieczkę zakończyć jak najszybciej. To nie pogoda na spacery. Niech pani prowadzi.
Gwen nie oponowała. W końcu klient nasz pan, a pani Runcorn była już w wystarczająco złym nastroju. Oby tylko nie odmówiła zapłaty… Ale przecież taksówka była naprawdę o wiele lepszym pomysłem, niż pójście pieszo, a Gwen nie ufała Błędnemu Rycerzowi. Czarodzieje nie byli raczej szczególnie dobrymi kierowcami.
Zaprowadziła kobietę prosto na targowisko. Tak jak przypuszczała Gwen, stosik nie było szczególnie wiele, jednak sprzedawcy jakoś sobie poradzili. Wielkie, nieprzemakalne namioty pozwalały na bezpieczne sprzedawanie nawet tych najbardziej cennych antyków. Malarka grzecznie zaprowadziła kobietę do jednego z najciekawszych – jej zdaniem – stoisk i dopytując się, czego szuka jej klientka, zaczęła rozglądać się wokół.
Na szczęście w nieszczęściu dość szybko okazało się, że nastrój pani Runcorn zdecydowanie się poprawił. Mugolska sztuka meblarska prędko odkupiła winy Gwen. Klientka była absolutnie zachwycona „nietypowymi rozwiązaniami”, które tworzyli niemagiczni. Początkowo szukała zaledwie jednej komody, jednak już po chwili okazało się, że kobieta chętnie wyposażyłaby też jadalnie, czy własną sypialnie dzięki mugolskim meblom. Okazało się więc, że na tej wycieczce wzbogaciła się nie tylko Gwen.
Malarka cały czas pilnowała, by pani Runcorn nie przeraziła się mugolskimi wynalazkami, starając się jej wyjaśniać dokładnie, co jest czym, nim „niezwykłe rzeczy” wzbudziły strach kobiety. Pomagała jej też z drobnymi, a jeśli kobieta zainteresowała się obecnym na wystawie obrazem, bądź niewielką rzeźbą, Gwen natychmiast śpieszyła z wyjaśnieniem, mówiąc, co dana rzecz może przedstawiać. W końcu mimo wszystko to właśnie na sztuce znała się najlepiej.
Gdy po dwóch godzinach wracała do domu z targu, czuła się zadowolona z minionego dnia. Pomogła czarownicy, pokazała jej trochę swojego świata… i przy okazji zarobiła trochę drobnych, które na pewno niedługo jej się przydadzą. Oby tylko w przyszłości miała więcej takich zgłoszeń. Kto wie, może pani Runcorn poleci ją jakimś swoim znajomym? W końcu poczta pantoflowa działa lepiej, niż jakakolwiek reklama.

| z/t, 1284 słowa.


Przypominała sobie, że Jaskółka porównywała śnienie do ogrodu, mówiła, że można dzięki niemu choć na chwilę opuścić więzienie, naprawdę
poczuć niebo.
Gwendolyn Grey
Zawód : malarka, ilustratorka "Czarownicy"
Wiek : 21
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Bo tylko tak idzie wytrzymać: śmiejąc się z ponurych zdarzeń. A im chętniej się mnożą, tym częściej należy się śmiać.
OPCM : 20
UROKI : 24
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
Za rogiem zawsze będzie czyhał jakiś nowy koszmar
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5715-gwendolyn-grey-budowa https://www.morsmordre.net/t5762-varda https://www.morsmordre.net/t5761-gwen-grey#135984 https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5764-skrytka-bankowa-nr-1412#135988 https://www.morsmordre.net/t5763-gwen-grey#135987
Re: Targ uliczny na Portobello Road [odnośnik]16.11.20 12:25
| 17 sierpnia, tutaj się przemieniłam

Kiedy tylko – zaskakująco szybko – udało jej się przybrać wizerunek Emer, przebrała się w przygotowane wcześniej szaty, upewniła się, że w torbie ma wszystko to, czego może potrzebować i bezzwłocznie wyruszyła w drogę do stolicy. Kiedy tylko zniknęła w cieniu pobliskich drzew, chowając się tam przed wzrokiem ewentualnych obserwatorów, teleportowała się na obrzeża miasta, mając nadzieję, że nikt nie będzie sprawiać jej kłopotów w trakcie spaceru na Portobello Road, do serca najdroższej dzielnicy Londynu. Nie przeszkadzało jej to, że pojawi się na miejscu chwilę przed umówioną godziną spotkania – dzięki temu miała zyskać więcej czasu na obserwację przewijających się przez targ handlarzy. Okolica była nie aż tak zatłoczona jak kiedyś, nic dziwnego, lecz liczba kręcących się między straganami czarodziejów pozwalała wtopić się w tłum. Nikomu nie powinna wadzić samotna kobieta nonszalancko opierająca się o jedną z kamienic, powoli wypalająca dymiącego perfumami papierosa. Taką przynajmniej miała nadzieję, gdy niedbale poprawiła materiał ubranej na tę okazję sukienki – długiej, uszytej z aksamitu, w kolorze butelkowej zieleni. Odpowiednio eleganckiej, by mogła udawać pośredniczkę przybywającego z daleka klienta, czystokrwistą czarownicę o zasobnej, pozwalającej na kupno amuletów sakiewce.
Odrażała ją historia, którą podzielił się z nią Zakon Feniksa. Drżała na myśl, co musiał teraz czuć Caradoc Denbright – jeśli jednak dotrą do jego ocalałej córki, może odnajdą i dotkniętego klątwą lykantropii uzdrowiciela. Na to przynajmniej liczono, gdy oddelegowywano ich dwójkę do tego zadania. Zlokalizować magazyn, przekonać działających w półświatku sprzedawców, by pozwolili im wejść do środka, odszukać dziewczynę… I uratować ją, jakoś. Choć ustalili wstępny zarys planu, wiele rzeczy miało wyjść dopiero w trakcie. Musieli improwizować, przekonująco odgrywać przygotowane role – oby więc Vincent potrafił łgać jak z nut. Zadarła wyżej brodę, wodząc dookoła pozornie znużonym, wyniosłym spojrzeniem zmrużonych oczu; kilku mężczyzn przykuło jej uwagę, nie wyglądali jak pozostali kupcy, tym bardziej jak nieliczni artyści. Byli na to zbyt spięci, uważni; zdawali się wypatrywać konkretnych znaków, wyłapywać wśród przechodniów swych klientów. Ministerstwo miało teraz ważniejsze sprawy na głowie, lecz najwidoczniej woleli dmuchać na zimne, nie ogłaszać się wszem i wobec ze sprzedażą wytwarzanych niewolniczą pracą amuletów, Merlin raczył wiedzieć, czy nie ciążyły na nich jakieś paskudne czarnomagiczne klątwy.
Rzuciła niedopałek na bruk, przydeptała go niskim obcasem wygodnych trzewików – nie wykluczała przecież, że magazyn będą opuszczać z hukiem, w pośpiechu – po czym zrobiła kilka kroków w stronę najbliższego kramu. W ostatniej chwili spostrzegła, że ktoś zmierza wprost ku niej, do tego nie sprawia wrażenia, jakby miał się zatrzymać; odruchowo przycisnęła torebkę do ciała, próbując uniknąć zderzenia z nieznajomym. Wtedy jednak rozpoznała rysy twarzy, a mięśnie rozluźniły się nieco. – Jesteś – mruknęła tylko, tym samym dając Vincentowi lakoniczny znak, że to ona; wcześniej nie mógł wiedzieć, jak wygląda Emer. Wygięła usta w uprzejmym uśmiechu, dłonią wskazując pobliską ławeczkę. – Chodź, usiądźmy na chwilę – zaproponowała, doskonale zdając sobie sprawę z faktu, że nie mogli zwlekać, lecz jednocześnie – nie mogli ruszyć dalej bez wymienienia się pierwszymi spostrzeżeniami. Przytrzymała materiał sukni, gdy siadała, następnie założyła nogę na nogę, dopiero teraz spoglądając ku towarzyszowi na dłużej. – Rozejrzyj się dookoła i powiedz mi, czy coś zwróciło twoją uwagę – powiedziała lekko, bez większych emocji, bawiąc się zdobiącym palec pierścionkiem, choć przecież stresowała się, tak wiele rzeczy mogło pójść nie tak. A kiedy już minęła krótka chwila, kontynuowała cicho, niemalże bezgłośnie; pochylała się, jak gdyby szukała czegoś w torebce, tak naprawdę pozwalając, by twarz schowała się za kurtyną włosów, by nikt inny nie mógł czytać z ruchu jej warg. – Widzisz tamtych dwóch mężczyzn? Ten łysy, w burej kamizelce, zdaje się stać na czatach. Wypatrywać funkcjonariuszy. Na pewno woleliby uniknąć nalotu policji. Za to ten drugi, blondyn z kucykiem, kontaktuje się z potencjalnymi klientami. Szuka odpowiednich osób. Odpowiednio bogatych, tak myślę. A później prowadzi je do tego sklepiku za nimi, tego rzekomego antykwariatu, by przejść do interesów. – Przedstawiła mu swoją wersję wydarzeń, była jednak otwarta na sugestie. – Jesteś gotowy? – zapytała już głośniej, kiedy na powrót wzniosła głowę, ściągnęła łopatki. Jeśli chciał wypić jakiś eliksir, wzmocnić się jakimś zaklęciem, była na to najlepsza pora.


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Targ uliczny na Portobello Road [odnośnik]20.11.20 0:51
Letnie, przyjemne przedpołudnie napawało lekkim optymizmem. Ostre światło długich promieni słonecznych wnikało przez wąską szparę otwartego okna, gdy skrupulatnie przygotowywał się do międzynarodowej podróży. Świadomość powagi wymagającego zadania ciążyła na szerokich, męskich barkach odzianych w lekko przydużą, beżową marynarkę. Dzisiejszego dnia musiał prezentować się nienagannie, miał do odegrania bardzo znaczącą rolę, opartą na grze pozorów oraz bezbłędnej precyzji w użytkowaniu umiejętności kłamstwa. Zadbał o wygląd zewnętrzny eksponując krótsze, ciasno ułożone włosy odsłaniające ciemną oprawę oczu, subtelnie prześwitujący zarost, a także reprezentatywny, elegancki strój alarmujący o ponadprzeciętnym statusie majątkowym. Na lewym nadgarstku pobłyskiwał niewielkich rozmiarów, okrągły zegarek szwajcarski znaleziony w sypialnianej szafce byłego właściciela niedawno zakupionego domostwa. Na mały palec wcisnął złoty, kanciasty sygnet dopełniający kunszt modelowej prezencji. Przez ramię przewiesił mniejszą, skórzaną torbę wypełnioną podstawowym, najpotrzebniejszym ekwipunkiem. Na samo koniec podszedł do podłużnego lustra osadzonego wewnątrz drewnianej szafy kontrolując i poprawiając mankamenty; niedopięty guzik w białej, lnianej koszuli, zbyt dużo zmarszczek na pożyczonej marynarce, kosmyk wymykający się z precyzyjnej fryzury. Odetchnął ciężko w oznace gotowości. W myślach recytował wyuczone słowa w języku francuskim nadające się do sprawnej i wiarygodnej komunikacji. Upewniając się, iż wszystko jest na swoim miejscu, wyszedł z domu, aby po krótkiej chwili, z charakterystycznym trzaskiem teleportować się na obrzeża wojennej stolicy. Portobello Road miało należeć do nich.
Intensywny zapach targowych przysmaków mieszał się z drażniącą wonią malarskiego rozpuszczalnika oraz stęchlizną sprzedawanych antyków. Rozglądał się dookoła chłonąc wyraziste elementy specyficznego, ulicznego targu. Zwracał uwagę na najdrobniejsze szczegóły, konkretnych sprzedawców, jak i na pastelowe twarze mijanych przechodniów. Niektóre z nich wydawały się podejrzane, przyczajone, niepasujące do tłocznego, pospolitego ruszenia. Nie wyciągał jednak zbyt pochopnych wniosków. Gwar rozkrzyczanych, rozochoconych ludzi rozbrzmiewał w sierpniowej przestrzeni; mógł bez problemu wtopić się w ciasne, kolorowe otoczenie. Spierzchnięte wargi przyciskały ziołowego papierosa, który mimo pragnienia dopełniał odrobinę nonszalancką, nietutejszą prezencje. Wolna dłoń, która nie znalazła swego miejsca w miękkiej, materiałowej kieszeni, badała wystawiane, bardziej interesujące szpargały. Nadchodził z południowej części jarmarku. Wyraźnie zamyślony analizował wstępne ustalenia, zarys skomplikowanego planu. Wyobrażał opisane przez członków Zakonu sylwetki, odgrywające kluczową rolę w dzisiejszym przedsięwzięciu. Musieli odnaleźć zaginioną dziewczynę, bezbłędnie wślizgnąć się do jednego z magazynów. Była kartą przetargową umożliwiającą kontakt z uzdrowicielem obarczonym brzemieniem drugiej osobowości – prawdziwej bestii. Nie zatrzymywał się, prześlizgiwał się przez zgromadzonych zgrabnie, zwinnie, starając się nie naruszać przestrzeni osobistej obcej jednostki. Wodząc wzrokiem po zacienionych zakamarkach, ulicznych zaułkach poszukiwał współtowarzyszki. Zdawał sobie sprawę, że w zmienionej formie mógłby jej nie rozpoznać; liczył więc na znak, łut szczęścia. Znajdował się w centralnej części targu, kiedy to wysoka, nieznajoma, przepiękna kobieta zaszła mu drogę. Uniósł brew w zaciekawieniu, jednakże na dźwięk wyszeptanego słowa odetchnął mówiąc: – To ty? W życiu bym cię nie poznał. – zaznaczył wbijając w nią zaskoczone, rozświetlone tęczówki. Pozwolił, aby poprowadziła go na bok. Szedł odrobinę za nią sprawdzając czy nie wzbudzają żadnych, niespodziewanych podejrzeń. Usiadł na ławeczce i korzystając z chwili, zapalił trzymanego w ustach papierosa. Oparł plecy o szeroką podporę i wypuszczając dym w naturalnym geście, spojrzał w odsłoniętą przestrzeń Protobello Road. Pokiwał głową ze zrozumieniem. Widział ich, dwóch mężczyzn ustawionych na czatach. Wtrącił jeszcze kilka zdań: – Szedłem od południowej strony targu. Na samym jego początku też ich zauważyłem. Muszą działać razem. Wmieszałem się w tłum, lecz widziałem bardzo wyraźnie jak lustrują każdego przechodnia. Są bardzo ostrożni. – zakomunikował wypuszczając kolejną strugę dymu. Mieli do czynienia z naprawdę wykwalifikowanym przeciwnikiem. Zawiesił wzrok na opisywanych profilach mrużąc powieki. To tutaj rozpoczynała się ich akcja, do dzieła! – Rozumiem. - zgasił połowiczny niedopałek o metalowy kant. Wstał, wyprostował się i otrzepał marynarkę. Skinął głową na znak gotowości i pomógł Emer gustownie ześlizgnąć się z przedmiotu odpocznienia. Wychodząc z zaułku zajęli się swobodną rozmową. Mężczyzna dopytywał o miasto, charakterystyczne legendy, ciekawostki, znaki szczególne. Zaciągał wyraźnym, francuskim, nieprzerysowanym akcentem. Dźwięczny wyraz co jakiś czas ubarwiał wypowiedź, dodawał wiarygodności, gdy powolnie, świadomie zbliżali się do podejrzanych mężczyzn. Wyróżniali się, ruchome głowy obracały się na widok egzotycznej pary. Wczuwali się w fałszywe tożsamości. Blondyn z kucykiem wysunął się na przód odrobinę zagradzając przejście. Rineheart był gotowy na wszystko, nawet atak: – Witam, czy chcieliby może państwo zapoznać się z naszym asortymentem? – powiedział spokojnie przemieszczając się po twarzach dwójki nieznajomych, lokując bezwzględne spojrzenie na wyrazistych, drogich złotych błyskotkach zdobiących palce, nadgarstki i odkryty dekolt. Na dłuższą chwilę zawiesił dość wygłodniały wzrok na atrakcyjnej aparycji towarzyszki. Vincent pozostawał jednak niewzruszony, był od niego o kilka centymetrów wyższy. Strażnik zmniejszył przestrzeń kontynuując konspiracyjnym półszeptem: – Nie wyglądacie państwo na zainteresowanych tymi wszystkimi, szmatławymi bibelotami. Mamy do zaoferowania coś o wiele lepszego, cenniejszego, silniejszego… Wiem, widzę, że będziecie państwo usatysfakcjonowani. – skinął głową nieco w prawo, wskazując burgundową kotarą sklepiku. Złapał się, wchodzili do gry.



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Targ uliczny na Portobello Road [odnośnik]24.11.20 13:55
Dała mu chwilę na zastanowienie, czy na pewno jest gotowy do zrobienia kolejnego kroku. Musieli być ostrożni, ale też pewni siebie, robić odpowiednio onieśmielające wrażenie. Z tego, co wiedziała, i dla Vincenta było to pierwsze takie zadanie, zadanie na rzecz Zakonu Feniksa – ona jednak miała za sobą doświadczenia z wiedźmiej straży. Przebieranki, przemiany, obserwacje nie były jej obce. Czym zaś dokładniej zajmował się młody Rinehart, czy robił kiedykolwiek coś podobnego – nie wiedziała, wolała więc mieć na niego oko. Służyć radą, pomocą, chronić przed upadkiem. Jego umiejętności miały okazać się niezastąpione w trakcie realizacji dalszej części planu, tyle wiedziała, znał się na klątwach, a raczej na ich zdejmowaniu.
Podchwyciła wzrok towarzysza i skorzystała z jego ramienia, by lekko zebrać się z zajmowanej do tej pory ławeczki; a więc do dzieła. Niedbale wygładziła materiał sukni, powoli ruszając w kierunku głównej ulicy, majaczących między budynkami straganów, obrazów, bibelotów. Z początku miała pewne trudności z prowadzeniem rozmowy, skupieniem się na poruszanych tematach, lecz musieli przecież stwarzać pozory – po chwili zreflektowała się, zachęcona kolejnymi pytaniami i autentycznym akcentem zaczęła opowiadać o dzielnicy, o najciekawszych atrakcjach Londynu. Zwracała uwagę gościa na architekturę, obiecywała pokazać mu również inne części miasta, zwracała uwagę na fakt, że na rynku pojawiło się wiele pięknych mieszkań. Dyplomatycznie pomijała przy tym przyczynę tego stanu rzeczy, ani Emer, ani zamożny kolekcjoner nie zaprzątaliby sobie głowy takimi detalami. Niektórzy śledzili ich wzrokiem, ona jednak zdawała się nie zwracać na to najmniejszej uwagi; nachalne, oceniające spojrzenia były im na rękę. Musieli wyróżniać się z tłumu, by zostać zaproszonym do antykwariatu.
Drogę zaszedł im blondyn z kucykiem, ten sam, o którym niedawno rozmawiali. Złożyła usta w pozornie uprzejmym uśmiechu, który nie sięgał jednak oczu – te pozostawały czujne, wyrażały też odrobinę zdziwienia, a może nawet rozdrażnienia. Widziała jego wzrok, lepki, skaczący od błyskotki do błyskotki, musiał myśleć, że trafił na żyłę złota. Zaś kiedy skończył już z nachalnym ocenianiem statusu majątkowego, przez chwilę taksował wzrokiem obleczoną w zieleń sylwetkę Emer – a im więcej uwagi poświęcał aparycji czarownicy, tym wynioślejsza się stawała. Mógł patrzeć, byle nie próbował dotykać. – Dzień dobry – odpowiedziała miękko, przyjemnym dla ucha głosem; wciąż trzymała Vincenta pod ramię, drugą ręką pilnując przewieszonej przez ramię torebki. – Lepszego i cenniejszego? – powtórzyła po nim ciszej, z niedookreśloną emocją, kiedy sam ściszył głos do niemalże szeptu. – Mam nadzieję, że wie pan, o czym pan mówi. Niełatwo sprostać wymaganiom mojego towarzysza – dodała niejednoznacznie, pozwalając sobie na nieco wyraźniejszy uśmiech. Niech myśli o czymś innym, niech opuści gardę, niech pozwoli im działać. Następnie przeniosła wzrok wyżej, na twarz oprowadzanego po targu przybysza zza granicy, oczekując jego niemego przyzwolenia. W końcu była jedynie pośredniczką w interesach, przewodniczką po nowym, lepszym Londynie. On zaś – panem i władcą, potencjalnym kupcem.
Ruszyli za blondynem do środka, nie zadając więcej pytań. I choć wnętrze skrytego za kotarą sklepiku faktycznie wypełnione było niezliczonymi, zakurzonymi książkami, to nie były one jedyną atrakcją. Za ladą czekał znużony, wytatuowany mężczyzna o krzywym, orlim nosie i dziobatej twarzy, przed nim zaś stało kilka zdobionych kufrów, mniejszych i większych, jeszcze zamkniętych. Czyżby to w nich trzymali amulety? Ulokowała pytający wzrok na licu tego, który ich tutaj zaprosił, bez słów prosząc o choćby słowo wytłumaczenia, wstępu. Cieszyła się, że nie jest tu sama, że może liczyć na Rinehearta – a mimo to serce biło jej szybciej, nie mogła pozwolić sobie na choćby najmniejsze potknięcie, na wyjście z roli. – Niech się państwo nie dadzą zmylić, nie handlujemy tutaj literaturą, choć może i znalazłoby się na naszych półkach kilka ciekawszych tytułów – odezwał się w końcu, błyskając zębami w wilczym uśmiechu. Skrócił odległość, która dzieliła go od drewnianych skrzyń, wskazał na nie pokrytą odciskami dłonią. – Kiedy tylko państwa zauważyłem, zrozumiałem, że nie pragną państwo obrazów, figurek, pozbawionych wartości ozdób… – zawiesił głos, przekrzywiając przy tym głowę, przelotnie ślizgając się wzrokiem po złotej biżuterii Vincenta. – Że stać państwa na coś nie tylko pięknego, ale i użytecznego. – Krótkim ruchem różdżki nakłonił kufry do objawienia im swej zawartości; wyłożone aksamitem służyły za wystawę dla licznych talizmanów różnych kształtów i kolorów. Bransolety, pierścienie, ale i drobne, odpowiednie dla kobiety łańcuszki, grubsze, zdobniejsze kolie. Guziki, spinki do mankietów, dewizki. – Ach – odezwała się lakonicznie, podchodząc wraz z towarzyszem bliżej, ciesząc oczy widokiem prezentowanych towarów. – Czyżby miały to być amulety, drogi panie? – upewniła się, bo przecież balansowali na granicy niedopowiedzenia, unikali nazwania rzeczy po imieniu. – Wyglądają… interesująco. Chcielibyśmy o nich więcej usłyszeć. Zrozumieć, który i co może zapewnić. Zastanawiam się również jaką mamy gwarancję, że zostały one wykonane prawidłowo. Że nie zapłacimy panom… – Tutaj zrobiła przerwę, przenosząc wzrok od rozmówcy do stojącego za ladą oprycha, a w końcu do tego, którego widzieli wcześniej na ulicy, a który teraz stał im za plecami, łysego i milczącego jegomościa pilnującego porządku. – … niemałej kwoty za coś, co zwyczajnie nie będzie działać jak obiecano. Ponieważ wszyscy tutaj jesteśmy ludźmi interesu, wierzę, że rozumieją panowie moje – nasze – obawy. – Zakończyła, nie chcąc brzmieć bezczelnie, a rzeczowo. Nie byli naiwniakami, którym można było wcisnąć cokolwiek. Powinni pokazać, że są partnerami do handlu, nie zaś głupcami. Przy okazji próbowała skierować rozmowę na odpowiednie tory, musieli jakoś przekonać oprychów do zaproszenia ich jeszcze dalej, do samego magazynu – to jednak nie będzie już takie proste.


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Targ uliczny na Portobello Road [odnośnik]01.12.20 0:00
Bez wątpienia, czuł wobec zlecenia pewną, dość niezrozumiałą niepewność. I choć umiejętność wcielania i kreowania zupełnie innej tożsamości, od kilku miesięcy wychodziły mu niemalże bezbłędnie, prezentowany przypadek był czymś zupełnie innym – o wiele bardziej poważnym i skomplikowanym. Brakowało mu typowego ministerialnego wyszkolenia traktującego aurorów czy wiedźmich strażników. Prezentował mniejszą wrażliwość na ogólne szczegóły, nie tak bardzo rozwiniętą umiejętność cichego podkradania, wyłapywania dowodów prowadzących do zamierzonego celu. Nie obcował z dogłębną, ludzką psychologią; potrafił ulegać emocjom, jednakże wiedział, że w tym konkretnym przypadku musiał trzymać się na baczności. Zasilał sferę naukową, strategiczną, skupioną na rozwiązywaniu problemów niżli aktywnym działaniu. Wiadomość o przydzielonej partnerce została przyjęta z najszczerszym entuzjastyczna. Zdawał sobie sprawę, że stanowią świetnie uzupełnienie, wypełniając luki kolejnych płaszczyzn powierzonego zadania. Musieli być jednak niezwykle ostrożni, wyczuleni na własne sygnały.
Pozwolił, aby oparła na nim swój ciężar, ujęła zgięte ramię i poprowadziła wzdłuż zatłoczonej, targowej uliczki. Rozmigotany, różnokolorowy obraz przyciągał ciekawską naturę podróżnika, lecz dzisiejszego dnia musiał być bezwzględnie skupiony. Rozglądał się na wszystkie strony podziwiając piękno angielskiej stolicy. Wczuwając się w rolę zadawał ogrom zaciekawionych pytań wplątując wyraźny, francuski akcent. Mieszał wyrazy, kiwał głową z wyraźnym uznaniem, wskazywał na coś ręką ozdobioną największą ilością złotych świecidełek. Byli sensacją, przyciągali analityczny, przenikliwy wzrok zwykłych mieszkańców. Egzotyczna para szukająca atrakcji na zwykłym, pachnącym stęchlizną targu staroci. Patrzyli na nich z podziwem, dezaprobatą, jakąś niezrozumiałą fascynacją? Byli tłem, nieistotnymi jednostkami.
Jeszcze przed interwencją blond ochroniarza, obejrzał się za siebie sprawdzając czy nikt, przypadkowo nie depcze im po piętach. Coraz bardziej wzmożony ruch wydawał się normalną, targową rutyną. Odetchnął w duchu – na razie wszystko szło po ich myśli. Czy mogli spodziewać się co będzie dalej? Uważnie lustrował zaoferowaną twarz zachłannego mężczyzny. Oceniał nowych potencjalnych klientów weryfikując status materialny, a przede wszystkim atrakcyjną aparycję towarzyszki. Spiął się momentalnie zaciskając mięśnie przedramienia, gdy nachalne, zbyt długie spojrzenie zatrzymało się na twarzy, szyi i dekolcie eleganckiej Emer. Wystarczył jeden, nioczekiwany ruch, aby wybuchł.
– Bonjour. – odpowiedział wtórując za tłumem, spoglądając niepewnie w stronę kobiety. Szukał szybkiego porozumienia, które odnalazł po krótkiej chwili. Na tym etapie oddał inicjatywę. Stał wyprostowany, górując ponadprzeciętnym wzrostem. Przyjął poważną, wyrafinowaną, niewzruszoną minę. Udawał, że słucha tego co ma do zaprezentowania kiwając głową ku potwierdzeniu wypowiadanych przez przewodniczkę słów. Blondyn patrzył odrobinę podejrzliwe, niecierpliwe, wyczekująco. Kupiec zza granicy przeciągał decyzję budując napięcie. Odezwał się dziwną sklejką wyrazów z miękkim, świszczącym akcentem: – Niech prowadzi. – machnął ręką od niechcenia, jakby znudzony kolejną, tą samą propozycją. Ruszyli powłóczyście dostosowując się do rytmu przeciwnika. Bordowa kotara odkryła bezmiar antykwariackich bibelotów. Wątłe światło ciasno rozświetlonych świeczek okalało pomieszczenie pełne starych pergaminów, zakurzonych książek, fałszywych amuletów, czy figurek przedstawiających jakieś niezidentyfikowane bóstwa. Zmarszczył brwi w zastanowieniu i dziwnej konsternacji. Czyżby dali się nabrać? Wszedł ostrożnie uważając, aby nie strącić żadnej, wiszącej dekoracji. Założył ręce na klatce piersiowej i przekręcił głowę skupiając uwagę na zrezygnowanym sprzedawcy o charakterystycznej podłużnej, ostrej twarzy. Rzucił tez okiem na zdobione kufry, które mogły skrywać coś intrygującego. Pozwolił przyłapać się na tak niewinnym doglądaniu. Powolnie spuścił wzrok. Wolną dłonią uniósł mały, drewniany posążek obracając go między placami. Nie wychodził z roli grając niezdecydowanego, trochę zarozumiałego przybysza: – Doprawdy? Tak szybko nas pan ocenił? – wypowiedział beznamiętnie, uśmiechając się półgębkiem, kalecząc angielskie wyrazy. Skonfrontował wzrok z mówcą rzucając, a jednocześnie przyjmując wyzwanie. Odłożył figurę i otrzepał dłonie z niewidzialnego, obrzydliwego kurzu: – Proszę pokazać co tam macie do zaoferowania. – wyrzucił niegramatycznie, znudzony, bez zbędnych uprzejmości. Zerknął na sojuszniczkę chwilowo, porozumiewawczo, a gdy kufry ukazały zawartość, powieka mu drgnęła, brew powędrowała do góry w zaciekawionym wyrazie. Nie spodziewał się ich aż tak wiele. Nabrał powietrza, podchodząc nonszalancko nachylił się nad kufrem badając zawartość: – Czy można? – upewnił się czy handlarze pozwolą mu ująć biżuteryjne amulety. Sprzedawca kiwną głową niedbale, poddenerwowany zbyt długim zwlekaniem. Vincent sięgnął do torby wyciągając czarne, skórzane rękawiczki. Naciągnął je na dłonie i podniósł pierwszy przedmiot – pierścień z czerwonym okiem: – Hmm… – potem kolejny i kolejny przedmiot z tą samą dozą niezadowolenia:
– Czy któryś z tych przedmiotów miał na sobie kiedykolwiek jakąś klątwę? – zapytał zaraz odsuwając od oczu mankietowe spinki i przesuwając wzrokiem po obu mężczyznach. – Te przedmioty są z reguły słabsze. Inaczej przyswajają magię. Ich wnętrze może tłumić działania amuletu, odwracać je, szkodzić użytkownikowi. A przecież nie chcecie wciskać trefnych towarów, mam rację? – zagaił zaciągając po francusku. Handlarze spojrzeli po sobie niepewnie widocznie zaniepokojeni: – Nie powinny mieć kląt… - zaczęli, lecz koneser szybko wszedł im w słowo wraz ze swoją przewodniczką: – Mogą sobie panowie darować wyjaśnienia. Nie jestem zainteresowany tymi amuletami. Są zdecydowanie zbyt – przerwał próbując znaleźć odpowiednie słowo, jak typowy cudzoziemiec: – zwykłe, abym mógł wypełnić nimi moją kolekcję. Nie jestem również pewny ich pochodzenia. – zatrzasnął wieka i opierając na nich obie dłonie nachylił się nad sklepikarzem. Mówił teraz trochę bardziej konspiracyjnie: – Szukam czegoś rzadkiego, wyjątkowego. Talizmanów wpływających na czas, kontrolę nad snami, senną rzeczywistością. Rozumie pan? – zapytał, po czym prawą dłonią wydobył z kieszeni pokaźną sakiewkę powiększoną wcześniej zaklęciem Engiorgio. Zamachał przed oczami obu handlarzy kusząc fałszywą fortuną: – Mam nadzieję, że to rozwiąże sprawę i nas panowie nie zawiodą. – zapadła niezręczna cisza. Wszyscy patrzyli po sobie z napięciem, niepokojem czekając na reakcje. Ciemnowłosy ściągnął łopatki i zaplótł ręce na piersi, sakiewka wylądowała w kieszeni. Zachęta. Wyglądał na niewzruszonego i nieustępliwego; skoro walczyli o klienta, powinni pójść o krok dalej. Blondyn zmieszał się odrobinę. Walcząc z myślami, właściwą decyzją wydukał złośliwe: – Dobrze, pokażę państwu coś innego. Proszę za mną. – przeszedł przez sklep prowadząc przez tajemnicze przejście. Zeszli schodami w dół, do ukrytej piwnicy. Mężczyzna o orlim nosie zamykał pochód. Zimny, piwniczny korytarz zdawał się ciągnąc pod targiem. Echo kroków oraz urwanych oddechów odbijało się od grafitowych ścian. Oglądał się na dziewczynę, sprawdzając czy wszystko jest w porządku. Po dziesięciu minutach stanęli przed metalowymi drzwiami. Wątła, zepsuta lampa oświetlała okrągłą klamkę zabezpieczoną pieczęcią, a może jakimś zaklęciem? Był to magazyn, prawdopodobnie ten, którego szukali. Mężczyźni skinęli głową w porozumieniu, a blondyn rzekł: – Poczekają tu państwo z panem Johnsonem, a ja przyniosę coś co może pana zainteresuje. – wyrzucił, po czym wyciągając różdżkę, wymówił niewerbalną inkantację, a drzwi odskoczyły z lekkim pyknięciem. W głębi dało słyszeć się jakiś dźwięk, a może kobiecy krzyk?



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Targ uliczny na Portobello Road [odnośnik]01.12.20 16:00
Wciąż wspierała się na jego ramieniu, bez większego problemu wyczuła więc, że mięśnie Vincenta spinają się w reakcji na bezczelną postawę oceniającego ich handlarza. Oby tylko nie dał się ponieść emocjom, wyprowadzić z równowagi. A gdyby nawet zareagował zbyt gwałtownie, miała zamiar interweniować, spróbować zrzucić to na karb ognistego temperamentu zagranicznego gościa. Już układała w myślach plan awaryjny, tak na wszelki wypadek – wiedziała, że to na jej barkach powinien spoczywać ciężar powodzenia maskarady, trafnego przewidywania kolejnych ruchów czy zachowań przetrzymujących córkę Denbrighta czarodziejów – gdy Rinehart łaskawie pozwolił zaprosić ich do środka, a następnie zaczął w przekonujący sposób wybrzydzać, surowo oceniać oferowane towary. Nie wtrącała się, pozwalając mu na rozegranie tego po swojemu, trwała jednak tuż przy nim, mając nadzieję, że jeśli będzie musiała sięgnąć po różdżkę, zrobi to wystarczająco szybko. Stale wyginała usta w uprzejmym, wyniosłym uśmiechu, gdy przyglądali się kolejnym amuletom. Przez krótką chwilę obawiała się reakcji rozmówców, kiedy jednak jej klient, monsieur Rineheart, sięgnął po powiększoną magią sakiewkę, sprzedawcy zdawali się odsunąć podejrzliwość na bok. Nie wiedziała, czy odrzucili wszelkie wątpliwości, czy chcieli po prostu zaryzykować, spróbować zdobyć jeszcze więcej pobrzękujących wesoło galeonów – najważniejsze, że zadziałało. Podchwyciła wzrok towarzysza, próbując porozumieć się z nim bez słów; dobra robota. I oby zaprowadzono ich do tego magazynu, oby pozwolono odnaleźć poszukiwaną kobietę… Poprawiła materiał sukni, strzepując z niej niewidoczny kurz, i bez zawahania ruszyła za Vincentem, nie pytając nawet, dlaczego blondyn prowadzi ich do piwnicy, a później jeszcze dalej, ciemnym i obskurnym korytarzem. W trakcie tego zaskakująco długiego spaceru kilka razy oglądała się przez ramię na idącego blisko, zbyt blisko, dryblasa o orlim nosie, próbując ostudzić jego zapał chłodnymi, niechętnymi spojrzeniami zmrużonych oczu. Nie dostrzegała za nim trzeciego z mężczyzn, nie mieli przewagi liczebnej; odczuła ulgę na tę myśl, nie dała jej jednak po sobie poznać. Prędzej czy później będą musieli zająć się nimi wszystkimi, nie przypuszczała, by z ulokowanego głęboko pod ziemią magazynu znaleźli jakieś inne wyjście niż to, przed którym stanęli. Oparła dłoń na biodrze, ponad ramieniem towarzysza spoglądając ku znikającemu za drzwiami blondynowi. Dobrze, niech minie chwila, dwie, niech odejdzie od nich wystarczająco daleko…
Cofnęła się o krok, z premedytacją stając na stopie dyszącego jej w kark czarodzieja, po czym, zanim zdążyłby cokolwiek krzyknąć, albo co gorsza ją uderzyć, wbiła mu różdżkę między żebra i wysyczała: Drętwota. I oby to zadziałało, oby magia nie odmówiła posłuszeństwa akurat w tej chwili. Na ich szczęście natręt padł jak kłoda na zakurzony beton korytarza, zbyt zaskoczony, by zdołać się obronić przed zaklęciem rzuconym z tak bliska. Ściągnęła usta w wąską kreskę, walcząc z chęcią, żeby wykorzystać tę okazję i kopnąć go w to lub inne miejsce, zrezygnowała jednak. Mieli ważniejsze sprawy na głowie. – Nie mamy czasu do stracenia, powinniśmy tam jak najszybciej wejść – zaproponowała szeptem, przeciskając się koło odstawionego sojusznika w stronę zamkniętych drzwi, za którymi zniknął ich przewodnik. – Gotowy? – zapytała, szukając wzrokiem jego oczu, próbując uspokoić oddech. A kiedy zyskała już potwierdzenie, poprosiła go, by odsunęli się na bezpieczną odległość, tak na wszelki wypadek. – Deprimo – zaintonowała, celując w zamek. Nic się nie stało. Na Merlina, nie teraz. – Deprimo – powtórzyła z naciskiem. Za drugim razem zaklęcie zadziałało jak należy, silny podmuch wiatru naparł na metal, robiąc przy tym straszny hałas, lecz, tak jak tego chciała, przejście dalej stanęło otworem. – Teraz – dodała jeszcze, po czym ostrożnie przekroczyła próg tajemniczego pomieszczenia, trzymając różdżkę w pogotowiu, uważnie rozglądając się dookoła. W bladym świetle podniszczonych lamp ujrzeli liczne regały, a na nich przedmioty, z których miały powstać – lub powstawały – talizmany. Upiornie wyglądające pazury, niewinne medaliki, skurczone główki przywodzące na myśl egzotyczne rytuały. A do tego pajęczyny, kurz, uderzająca w nozdrza stęchlizna. Przywitały ich krzyki, do znajomego głosu blondwłosego cwaniaka dołączył inny, kobiecy, spanikowany. Spróbowała odszukać ją wzrokiem. – Aeris! – usłyszała z bliska, zbyt bliska; tym razem to ona zareagowała zbyt wolno, dała się zaskoczyć. Zanim zdążyłaby nakreślić tarczę, podmuch wiatru pchnął ją na stojący najbliżej regał, sprawił, że straciła równowagę. Zaklęła w myślach, zła na samą siebie, na to, że dała się rozproszyć widokowi zapłakanej, zaniedbanej czarownicy, która siedziała przy stole, w tej prowizorycznej pracowni. Syknęła z bólu, osłaniając głowę przed spadającymi z wysoka przedmiotami, jakąś księgą, kandelabrem, szklaną kulą. Różdżka wypadła jej z dłoni, musiała ją jak najszybciej odzyskać. Rozpaczliwie zaczęła macać dookoła w poszukiwaniu znajomego drewienka, nerwowo spoglądając w kierunku zbliżającego się mężczyzny. Nie miała szans uciec przed kolejnym atakiem.


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Targ uliczny na Portobello Road [odnośnik]05.12.20 23:55
Stawał na wysokości zadania wychodząc poza strefę komfortu. Wiele prowokujących czynników przecinało drogę dwójki zamaskowanych czarodziejów, lecz ogromna doza cierpliwości, samozaparcia, porozumiewawczego spojrzenia towarzyszki przywracała do letniej, stabilnej rzeczywistości. Bardzo dobrze radził sobie w roli zagranicznego kolekcjonera. Słowa o francuskim wybrzmieniu wyskakiwały na powierzchnię z dużą swobodą i lekkością; umysł odblokowywał dawno nieużywany dialekt. Nie dostrzegł zbyt dużych podejrzeń ulokowanych w przenikliwych, prześwietlających tęczówkach targowych przeciwników. Prezentował się elegancko, prostując plecy w dostojnej postawie. Przybierał wybredne gesty, niezadowolone miny, doglądał przekroju kuszących, naładowanych magią amuletów, aby finalnie stwierdzić, iż nie jest to towar godny tak wykwintnego klienta. Bazował na fachowej wiedzy, zagranicznych doświadczeniach, obeznaniu w pożądanych artefaktach przemycanych na wielu legalnych i nielegalnych rynkach. Wiedział, że może improwizować mając zabezpieczenie w postaci uroczej, współpracującej Emer. Wyczulona, śledziła każdy, niespodziewany, nieoczekiwany ruch. Mężczyźni zagrali w ich własną, autorską grę. I o to właśnie chodziło.
Chwilowa doza milczenia wypełniła niewielki, zakurzony sklepik. Stłumione dźwięki miastowego targowiska przecinały się z wątłym szelestem wskazówek starego, ściennego zegara. Handlarze wymienili znaczące spojrzenia, wiedzieli, że taka okazja nie zdarza się zbyt często. Mogli dorobić się niesamowitej fortuny pokazując choć jeden, bardziej unikatowy amulet. Odrobinę zmieszani, spięci poprowadzili przybyszów wewnętrznym, tajemniczym przejściem. Vincent podłapał porozumiewawczy wzrok kobiety wykrzywiając prawy kącik ust w delikatnym grymasie przypominającym cień uśmiechu. Schodzili do chłodnego podziemia nie mając pojęcia gdzie zakończą swą nieoczekiwaną wędrówkę. Ciemnowłosy rozglądał się na wszystkie strony, jednakże żadne, wyróżniające elementy nie przykuły jego uwagi. Rozmigotane światło sączyło się z ciasnej oddali, a huk odbijanych od wilgotnych ścian kroków roznosił się po mijanym labiryncie. Dłoń spoczywała na prawej kieszeni gotowa na wydobycie drewnianej broni. Zatrzymując się przed stalowymi drzwiami wyczekiwali dogodnego momentu, aby wkroczyć do akcji. Blondyn wślizgnął się do środka pozostawiając przybyszów pod okiem dziobatego sprzedawcy. Akcja rozpętała się w ułamku sekundy, brwi powędrowały do góry w niemym zaskoczeniu, gdy błyszczący, szmaragdowy materiał świsnął w zasięgu wzroku. Dobrze znana inkantacja powaliła rosłego dryblasa, którego ciało z hukiem upadło na kamienną posadzkę. Pozostało jedynie wypowiedzieć krótkie, wyciszone: – Wow! – aby następnie rozprawić się z o wiele trudniejszą przeszkodą. Szczelne, nieprzepuszczalne przejście. Zapora, przeszkoda, prowadząca do głównego celu. – Czyń honory… – wyrzucił kiwając głową w geście gotowości, szybko odczytując kobiece intencje. Wybuchowe zaklęcie wybrzmiało z pomalowanych na czerwono ust. Nic się nie stało. Czekał w gotowości spoglądając na sojuszniczkę, lecz gdy powtórzyła ruch, drzwi stanęły otworem. Zasłonił oczy, wiatr uderzył w  odsłonięte sylwetki. Na znak przekroczyli próg wchodząc do dziwnego, wilgotnego azylu.
Żółtawe, podniszczone lampy stały w konkretnych odległościach oświetlając najbardziej newralgiczne miejsca. Drewniane półki zbite z pozostałości po rozmaitych materiałach uginały się od nadmiaru najdziwniejszych przedmiotów potrzebnych do stworzenia talizmanów. Wiele z nich potrafił nazwać, jednakże większa część była odrażająca, obskurna przypominająca akty starodawnego szamanizmu. Zmarszczył nos czując przenikliwy zapach wilgotnej stęchlizny, brudu i kurzu. Piskliwy krzyk rozniósł się po pomieszczeniu, najprawdopodobniej należał do zaginionej kobiety. Dostrzegł ją kątem oka, wciśniętą w zaciemniony kąt, skuloną, przestraszoną – czy coś mogło się stać? Blondyn pojawił się znikąd. Wyrósł przed dwiema sylwetkami atakując Clearwater z premedytacją. Upadła, a on zareagował zbyt wolno: przeciwnik skoczył na Rinehearta łapiąc za klapy marynarki. Szarpali się, przemieszczali o kilka centymetrów. Próbowali powalić na ziemię; walczył aby nie upuścić głogowej różdżki. Nie opanował gdy pięść rozwścieczonego handlarza zatrzymała się na jego żuchwie. Ogromny ból wstrząsnął dolną częścią twarzy; odepchnęło go na pokaźną odległość, zamroczyło na kilka ulotnych chwil. Musiał działać, wiedział, że oprawca nie odpuści szykując się do drugiego ciosu. Wykorzystując sytuację uniósł różdżkę krzycząc:
– Drętwota! – skutecznie neutralizując chaotycznego wroga. Odetchnął z ulgą. Przyciskając wierzch dłoni do pulsującego miejsca pobiegł w stronę Emer ofiarując swoją pomoc: – Wszystko w porządku? Jesteś cała? – wybełkotał na wdechu, czując jak zmęczenie rozrywa pierś nabuzowaną od adrenaliny. Pomógł odnaleźć zagubioną różdżkę oraz wyswobodzić się z szafkowej ruiny. Urwany szloch wypełniał cały magazyn. Przestraszona postać zalana rzewnymi łzami kuliła się w tym samym kącie mamrocząc coś pod nosem. Vincent spojrzał na towarzyszkę porozumiewawczo, musieli działać szybko, zdobyć jej zaufanie, uciec z tego parszywego miejsca. Misja nie była taka prosta, kobieta miała na sobie kapryśną klątwę tropiciela. Zanim wydostaną się na sierpniową powierzchnię, musi pozbyć się tego piekielnego ustrojstwa. Ostrożnie podeszli w jej stronę zatrzymując się w bezpiecznej odległości. Więziona zareagowała wyraźnym ruchem, przyciskając plecy do zimnej ściany. Mężczyzna rozpoczął dialog: – Pani Denbrigt, nic już pani nie grozi. Przyszliśmy pani pomóc, wydostać z tego miejsca. Wiemy o  wszystkim, potrzebujemy pani pomocy. – mówił spokojnie z odpowiednią dozą ciepła, lecz ona odpowiedziała donośnym: – Odejdźcie kłamcy, ja nie mam już sił. Nie chcę. Odejdzie stąd! – podniosła głowę tylko na chwilę, aby zaraz schować ją między kolana. Była w opłakanym stanie. – Chcemy odnaleźć pani ojca, bez pani pomocy do niczego nie dojdziemy. Proszę nam zaufać! Wyciągniemy panią stąd. Wszystko jest już w porządku. – kontynuował. Obawiał się, że dotychczasowe działania okazały się daremne. Dziewczyna szlochała dalej ciskając kolejne, gorzkie: – Odejdzie stąd!

[bylobrzydkobedzieladnie]



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Targ uliczny na Portobello Road [odnośnik]07.12.20 14:48
Nie była pewna, co sprawiło, że sprzedawcy zaufali im tak szybko – przyjemnie ciężka sakiewka, przekonująca gra aktorska Vincenta, przybrana na tę okazję aparycja, a może jeszcze coś innego. Równie dobrze mogli planować, w razie wystąpienia różnicy poglądów, pozbyć się dwójki potencjalnych kupców tam, na dole, na końcu upiornego korytarza... Bez znaczenia. Liczyli się z tym, że będą musieli stanąć do walki, by uwolnić z ich rąk przetrzymywaną siłą czarownicę, że prędzej czy później gra pozorów zostanie porzucona na rzecz miotania w siebie zaklęciami. Dlatego też była gotowa, gdy znaleźli się przed oświetlanymi bladym, upiornym światłem drzwiami, a także kiedy forsowała je wybranym urokiem. Wow? Zmarszczyła brwi, nim jeszcze ruszyli dalej, kącik ust drgnął mimowolnie, nie miała jednak czasu zapytać towarzysza o to, co dokładnie miał na myśli. Porozmawiają o tym później, o ile będzie okazja, o ile tylko uda im się wywiązać z przekazanego przez Zakon zadania.
W założeniu ostrożnie zagłębiła się w podziemny magazyn, nie przewidując, że zaraz zostanie powalona przez silny podmuch wiatru, zakopana pod spadającymi z regału przedmiotami. Wszystko działo się zbyt szybko, najpierw szloch i krzyki uwięzionej kobiety – a więc ich informacje były prawdziwe, naprawdę ją tu przetrzymywali, zmuszali do tworzenia amuletów – później nagłe pojawienie się blondyna bez zawahania sięgającego po odpowiednią inkantację. Musiał tu przecież być, wiedziała o tym, dała się jednak rozproszyć, zareagowała o ułamek sekundy za późno. Zabolało, najpierw plecy, potem głowa; odruchowo zaczęła osłaniać się przed lecącymi z góry rupieciami, w duchu przeklinając własną lekkomyślność. Bała się, że mężczyzna na tym nie poprzestanie, że wykorzysta sytuację, by wykluczyć ją z walki na dobre – w trakcie upadku wypuściła z dłoni różdżkę, była bezbronna – wtedy jednak rzucił się na Vincenta. Tak przynajmniej przypuszczała po dobiegających do jej uszu, mieszających się z nieustającym płaczem odgłosach szamotaniny. Powoli, nieudolnie wygrzebywała się spod sterty ksiąg, paciorków, kamieni, chcąc jak najszybciej odnaleźć zaginione drewienko, wspomóc Rinehearta czarami; była pewna, że jedno celne zaklęcie między łopatki wystarczyłoby, by ugasić zapał zaciekle atakującego oprycha. Zanim jednak zdołałaby zebrać się z podłogi, wybrzmiała znajoma inkantacja zaklęcia, niewiele później Vincent pojawił się tuż obok. Odetchnęła głośno, z namiastką ulgi, spoglądając w górę, ku jego twarzy; było blisko. – W porządku. A ty? – Z niemą wdzięcznością skorzystała z oferowanego wsparcia, próbując zignorować szum krwi w uszach, wyrywające się z piersi serce. Skrzywiła się, gdy obite miejsce odezwało się tępym, promieniującym bólem. – Dziękuję – dodała jeszcze, nim wymienili porozumiewawcze spojrzenia; musieli przejść do kolejnej fazy planu, zająć się wyraźnie spanikowaną, potrzebującą ich pomocy kobietą. Nim jednak ruszyłaby wraz z sojusznikiem ku kulącej się w kącie czarownicy, wskazała głową na unieruchomionego napastnika. Odebrała mu różdżkę, by następnie, ignorując nienawistne spojrzenia blondyna, spętać go łańcuchami Esposas. Dzięki temu nie powinien im już przeszkadzać. To samo zrobiła z zalegającym przed wejściem dryblasem, nie potrzebowali dodatkowych atrakcji, po czym wróciła do towarzysza – w samą porę, by usłyszeć nieoczekiwaną wymianę zdań. Westchnęła cicho, przeciągle. Tego im brakowało.
Żałowała, że nie zna się chociażby na podstawach magii leczniczej, może mogłaby ją dzięki temu uspokoić – i to szybciej niż zdając się na swe umiejętności przemawiania, docierania do innych. Wyglądało jednak na to, że nie mają wyboru. Położyła dłoń na ramieniu Vincenta, przelotnie podchwytując jego spojrzenie. Przykucnęła zaraz obok skulonej nieznajomej, mając nadzieję, że ta nie poczuje się jak zagonione w kąt zwierzę, nie stanie się agresywna. – Jesteśmy tu po to, żeby ci pomóc – skróciła słowny dystans, wodząc wzrokiem po wstrząsanych szlochem ramionach; nie mogła dojrzeć jej twarzy, dziewczyna uparcie chowała ją między kolanami. – Możemy odejść, zgodnie z twoim życzeniem, wtedy jednak zostaniesz sama. Ci mężczyźni w końcu się obudzą, znów zmuszą cię do niewolniczej pracy… i będą przetrzymywać w tej obskurnej piwnicy tak długo, jak długo będziesz mogła tworzyć dla nich amulety. Nie chcesz tego. Zasługujesz na powrót do normalności. Na odnalezienie ojca – kontynuowała cicho, miękko, modulując głos tak, by brzmiał przyjemnie dla ucha. – Wiem, że trudno jest ci obdarzyć zaufaniem kompletnych nieznajomych, lecz jesteśmy twoją jedyną szansą na ratunek – dodała, łudząc się, że w ten sposób przekona ją do współpracy. Niech tylko da im szansę, przestanie stawiać opór. Poczekała chwilę, dwie, powoli tracąc nadzieję na sukces, wtedy jednak kobieta przestała tak gwałtownie zaprzeczać, odganiać; Maeve spojrzała na Vincenta. – Jak dużo czasu będziesz potrzebować? – mruknęła, mając na myśli klątwę, która – podobno – miała ciążyć na ich towarzyszce. Nie potrzebowali ogona, dodatkowych komplikacji, musieli więc uporać się z tym tu i teraz. Przygryzła wargę, szczerze wzburzona stanem odnalezionej nieznajomej; zwyrodnialcy. – Zablokuję drzwi – zaoferowała się, zostawiając specjaliście więcej pola manewru, sama o zdejmowaniu klątw nie miała najmniejszego pojęcia; zdawało jej się, że słyszy dobiegające z korytarza hałasy, niosące się echem kroki, musiała kupić im więcej czasu. – Murusio – zaintonowała, kierując różdżkę na wejście, którym się tu dostali. Jedyne wejście, o którym wiedzieli.


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Targ uliczny na Portobello Road [odnośnik]08.12.20 16:23
Przez krótką chwilę zastanawiał się nad głównym celem działalności handlarzy. Byli jedynie pionkami, wysłannikami większej organizacji mającej na celu zgromadzenie pokaźnej sumy pieniędzy? Posiadając tak cenne talizmany, pojedyncze artefakty postanowili rozpocząć polowanie na typowym, miastowym targowisku? Jak bardzo zdesperowane były ich działania przyczyniające się do porwania i przetrzymywania utalentowanej wytwórczyni amuletów w tak paskudnych warunkach? Cała sytuacja była naprawdę podejrzana, odrobinę nielogiczna. Musiała mieć jakieś drugie, szczelnie ukryte dno. Byli jednak niebezpieczni i nieprzewidywalni. Zamożni klienci odnalezieni na środku zatłoczonej ulicy balansowali na cienkiej, delikatnej linii sukcesu. Jeden fałszywy ruch, nieodpowiednia wypowiedź mogły pogrążyć skomplikowane zadanie w przeraźliwej salwie niepowodzenia.
Przestrzeń prezentowana za grubymi, metalowymi drzwiami była obrazem niespodziewanym. Nie mieli przecież żadnych wskazówek, ani konkretnych wyobrażeń. Ryzykowali gwałtowne wejście mając nadzieję, iż po drugiej stronie zmierzą się z niewielką ilością oprawców. Tak też się stało, lecz nawet jeden z nich przysporzył nie lada kłopotu. Udało mu się powalić go na ziemię. Żuchwa pulsowała tępym bólem, jednakże praktycznie tego nie dostrzegał. Otrząsnął się z chwilowego szoku wymijając bezwładne ciało blondyna. Odetchnął ciężko łapiąc duży haust powietrza, po czym skierował się w stronę partnerki. Cichy szloch odciągnął jego uwagę. Przekręcił głowę w kierunku obskurnego kąta krzywiąc się nieznacznie; przetrzymywana była w tragicznym stanie fizycznym i psychicznym, będzie ciężko zmusić ją do współpracy. Pomógł z odrzuceniem zawalonych elementów szafki, aby Emer stanęła na nogi. Posłał w jej stronę krótki, uspokajający uśmiech po czym odpowiedział: – Lekko oberwałem, ale to nic takiego. – zaczął po czym nachylił się do kobiety, aby mogła wyłapać przyciszone, umykające słowa: – Mamy przed sobą dużo cięższy problem. – ruchem brody wskazał zapłakany kąt i przytuloną do ściany postać. Ogromnie współczuł tak przeraźliwego, bestialskiego traktowania, lecz dziewczyna musiała wziąć się w garść, jeśli jeszcze kiedykolwiek chciałaby zobaczyć rozjaśnione słońcem miasto oraz twarz ukochanego ojca. Mężczyzna patrzył jak strażniczka podejmuje zapobiegawcze korki: zabiera różdżkę, pęta nieruchome kończyny w razie niespodziewanego przebudzenia. Pokiwał głową z uznaniem, gdyż prawdopodobnie on sam zadziałałby spontanicznie, pod wpływem chwili. Brakowało mu tak praktycznego wyszkolenia przeprowadzanego w jednostce Biura Aurorów, czy Wiedźmiej Straży. Przystępując do tego typu misji czuł, iż było to niezbędne, że czegoś mu brakuje.
Westchnął ciężko, gdy przewodniczka zagranicznego przybysza odeszła na korytarz zajmując się pozostawionym sprzedawcą. On w tym samym czasie ruszył ku przestraszonej twórczyni, która słysząc posuwiste kroki rozszlochała się jeszcze głośniej. Przykucnął starając się zdobyć zaufanie podobną pozycją. Schował różdżkę, aby nie wzbudzała podejrzeń. Wyciągnął dłonie demonstrując brak złych intencji. Mówił, lecz słowa echem odbijały się od zakurzonych zakamarków. Przymknął powieki coraz bardziej zrezygnowany, jednakże odpowiednia pomoc przybyła w najlepszym momencie. Emer wsparła się na jego ramieniu, aby kontynuować. Liczył, że kobieca solidarność zadziała właśnie w tym przypadku. Widział jak ciało młodej Denbright drży. Szloch stawał się coraz słabszy, wyciszony. Po krótkiej chwili pozostały jedynie miarowe pociągnięcia nosem i swobodne ruchy dłoni ocierające spływające po policzkach łzy. Uniosła głowę i prześlizgnęła wzrok po nieznajomych przybyszach. Musieli wyglądać równie tragicznie. Kreacja bogatych, wybrednych kolekcjonerów odeszła w zapomnienie. Ciemnowłosy uśmiechnął się delikatnie, pokrzepiająco. Widząc siniaki na przedramionach oraz drobne zadrapania dodał: – Zorganizujemy również spotkanie z najlepszym uzdrowicielem. Jeśli coś cię boli, musisz jeszcze odrobinę wytrzymać. Możemy cię stąd wyciągnąć jeśli zgodzisz się nam pomoc. – kiwnęła głową. Po raz pierwszy od kilku minut dała przyzwolenie na działanie. Nie chowała już głowy między kolanami, była jedynie wycofana, małomówna i lękliwa. Musieli zachować całkowitą rozwagę. Odetchnął z ulgą przyglądając się kobiecie z lekko przymrużonymi oczami. Myślami błądził już w okolicach klątwy. Dobrze wiedział jak działa: mogli posłużyć się jej krwią nakładając zwodniczy urok, podarować naznaczony przedmiot. Dzięki takiemu zabiegowi podczas próby ucieczki odnaleźliby ją nawet na drugim końcu świata. Bardzo zmyślne postepowanie. – Maksymalnie dziesięć minut. – powiedział do partnerki, a gdy ta zaoferowała wsparcie pokiwał tylko głową przyzwalając na odciągające zabiegi. Wydawało mu się, że słyszy nadchodzące posiłki – musieli uciekać. Zbliżył się do dziewczyny o kilka centymetrów i ukląkł na obu kolanach. Dziewczyna wzdrygnęła się i odsunęła w mechanicznym odruchu: – Nie bój się. Musimy pozbyć się jeszcze jednej rzeczy, ale musisz ze mną współpracować. – wyciągnął różdżkę, czując ciekawski wzrok dziewczyny. Nie zważając na wszystko kontynuował spokojną, wyjaśniającą wypowiedź:
– Jeden z porywaczy wiedział jak bardzo jesteś cenna i utalentowana. Chciał zabezpieczyć się przed każdą ewentualnością prowadzącą do utraty tak cennego wytwórcy. Postanowił obarczyć cię bardzo zmyślną i zwodniczą klątwą, zwaną klątwą tropiciela. – dziewczyna zaszlochała zaskoczona słowami. Nie przerywał: – Gdybyś kiedykolwiek próbowała uciec sama, wyrwać się, ukryć w jakimś niedostępnym miejscu, zostałabyś znaleziona momentalnie. Klątwa działa jak nadajnik, mogą wytropić cię dosłownie wszędzie. Dlatego przed ucieczką musimy się jej pozbyć. – wytłumaczył nabierając powietrza w płuca. – Na tyle dobrze się składa, że wiem co nieco na temat przełamywania klątw. Dlatego mam do ciebie jedno, bardzo ważne pytanie: czy kiedy zostałaś tu przyprowadzona i zamknięta dostałaś jakiś przedmiot, którego kategorycznie zakazano ci zdejmować? – zapytał licząc na to, że mężczyźni nie byli na tyle dokładni, doświadczeni, aby nałożyć klątwę za pomocą krwi przetrzymywanej. Musieliby zdobyć ją siłą, sposobem a no to by przecież nie przyzwoliła. Zapłakana dziewczyna patrzyła na Vincenta przez dłuższą chwilę. Jej wielkie, zaszklone oczy szukały odpowiedzi. Zaraz potem rozsunęła część szarej bluzy i wyciągnęła niewielki, rubinowy amulet. – Powiedzieli, że będzie mnie chronił. – zakomunikowała cicho, zachrypniętym głosem. Ciemnowłosy powstrzymał chęć szerokiego uśmiechu. Zaklęty amulet i bezczelne kłamstwo, to była ich taktyka. – Zaraz będzie po wszystkim. – unosząc różdżkę skupił w sobie magię zebraną w prawym nadgarstku. Zaczął od zaklęcia, które miało potwierdzić przypuszczenia, uwidocznić runiczne pismo: – Hexa Revelio – amulet na szyi dziewczyny zaświecił się białą poświatą widoczną jedynie dla niego. Powietrze stało się gęstsze, duszące, dziwnie rozedrgane. Widział co to znaczy, był do tego przyzwyczajony. Niewielka runa „raidho” rozbłysła na samym środku biżuterii. Była powiązana z ruchem, podróżą, drogą. Tak samo jak klątwa tropiciela. Mężczyzna przymknął powieki, skupił energię i wyrzucił głośne: – Finite Incantantem. – medalion przez chwilę zaświecił się oślepiającym, żółtym światłem, zadrżał gwałtownie, po czym opadł na pierś kobiety bezwładnie, bez życia. Udało się!
– Już po wszystkim. Chodź, musimy uciekać! – rzucił podnosząc się pospiesznie i podając rękę przetrzymywanej. Ta złapała się jego palców chwiejnie podnosząc się do góry. Oprawcy dotarli na miejsce próbując przebić się przez postawiony mur. – Powiedź nam, czy jest tu jeszcze jakieś inne wyjście? – rzucił błagalnie, a dziewczyna rozejrzała się po magazynie wskazując przeciwległą stronę: północny wschód. Kontury drzwi majaczyły w oddali. Możliwe, że znów musieli posłużyć się głośnym wybuchem. – Maeve! – krzyknął.
– Tamtędy! – ruszył biegiem, łapiąc dziewczynę za ramię, aby nadążyła za tempem biegu. W tym samym momencie mur runął na betonowe sklepienie.



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Targ uliczny na Portobello Road [odnośnik]12.12.20 13:14
Sama obawiała się, że brakuje jej odpowiedniego przeszkolenia, by stawić czoła wszelkim związanym z tym zadaniem przeszkodom. Wiedźmia Straż działała z ukrycia; stanowiła nieocenione wsparcie dla jednostek interwencyjnych, lecz nigdy nie brała udziału w akcjach bezpośrednich. W trakcie ich szkolenia kładziono nacisk na rozwój innych umiejętności niż w przypadku jakże elitarnej jednostki aurorów czy zajmującej się mniej poważnymi wykroczeniami czarodziejskiej policji. I o ile wcielenie się w rolę eleganckiej przewodniczki nie stanowiło większego problemu, przywykła do przybierania innych twarzy, o tyle walka z więżącymi pannę Denbright oprychami stanowiła jedną wielką niewiadomą. Do ostatniej chwili łudziła się, że załatwią to szybko, bezboleśnie, unieszkodliwią sprzedawców z zaskoczenia. Nie musiała jednak czekać długo, by zostać wyprowadzoną z błędu przez jeden celny urok. Gdyby nie Vincent i jego pomoc, skończyłaby marnie. Nie zamierzała pozwalać sobie na więcej pomyłek; spętała i rozbroiła przeciwników, po czym spróbowała ukoić nerwy znerwicowanej więźniarki, na koniec zamurowała przejście, którym tu przybyli. Dziesięć minut. Jak wiele mogło się wydarzyć w tym czasie…? Kusiło ją, by podejść bliżej pracującego nad zdjęciem klątwy Rinehearta, dowiedzieć się czegokolwiek na temat tej skomplikowanej procedury – lecz ani nie chciała dyszeć mu w kark, a tym samym dekoncentrować, ani też spuszczać z oka rozbrojonego blondyna. Z bijącym szybciej sercem nasłuchiwała dobiegających zza muru odgłosów; krzyki mieszały się z ciężkimi odgłosami kroków, odbijając się echem od ścian wąskiego, obskurnego korytarza. Nadciągali. Musieli usłyszeć rumor, jaki wywołało wyważenie metalowych wrót, a może jedynie zaniepokoili się długą nieobecnością – bez znaczenia.
Wyciągnęła przed siebie różdżkę, nie zwracając większej uwagi na rozmowę, która toczyła się za jej plecami, kolejne słowa wlatywały jednym uchem, a wylatywały drugim. Myślała nad tym, co mogła zrobić, by kupić towarzyszom więcej czasu, uparcie ignorując przy tym obolałe plecy. – Mico – spróbowała zachrypniętym od emocji głosem, nic się jednak nie wydarzyło, nie odczuła przyśpieszenia ruchów. Na Merlina, dlaczego teraz? – Magicus Extremos – odezwała się niewiele później, a magia znów odmówiła posłuszeństwa. Musiała wziąć się w garść, jeśli nie chciała skazać całej tej misji na niepowodzenie, zawieść nie tylko odnalezionej czarownicy, ale i Vincenta, którego tu wraz z nią wysłano, a który musiał wierzyć – w jakimś stopniu – w jej umiejętności. Zaczynała rozróżniać kolejne słowa, byli blisko, kilka metrów dalej; najpewniej znaleźli już unieruchomionego Drętwotą sprzedawcę, który zamykał pochód. Jak wielu ich było? To jedynie kwestia minut, jeśli nie sekund, aż rozbiją mur, wedrą się do środka. – Glacius – zaintonowała pewniej, bardziej stanowczo, kierując różdżkę na podłogę tuż za wejściem do magazynu, to powinno ich spowolnić. Tym razem poszło jej już lepiej, ze ściskanego kurczowo drewienka wydostał się promień udanego zaklęcia, który pokrył beton warstewką niezwykle śliskiego lodu. W samą porę; mur zadrżał niebezpiecznie w reakcji na wykrzykiwane nerwowo uroki, spowił się na krótką chwilę w chmurze pyłu. Wybałuszyła oczy, prędko rozpatrując kolejne scenariusze, rozgrywając nadciągającą wielkimi krokami walkę w głowie. Jaka była przewaga przeciwników? Czy mieli z nimi jakiekolwiek szanse w bezpośrednim starciu? Może powinni próbować przebić się do innej piwnicy, czy za ścianą znajdowały się inne pomieszczenia…? Pavor Veneno powinno opóźnić rozlew krwi, lecz czy udałoby się im zbiec, zmusić do kooperacji nieufną, przywykniętą do swych oprawców dziewczynę...
Wiele rzeczy wydarzyło się jednocześnie, głośny wybuch zamienił cegłówki w drobny mak, groźnie wyglądający mężczyźni zaczęli przeciskać się do wnętrza, zza pleców dobiegło do niej jej imię – naprawdę musieli uciekać. Tylko gdzie było tamtędy? Instynktownie rzuciła się w tył, w stronę towarzyszy, chowając za kolejnymi meblami, szukając schronienia przed ewentualnymi wiązkami zaklęć. Dopiero po chwili zrozumiała, że Denbright musiała znać inne wyjście z tych przeklętych piwnic. Posłusznie ruszyła śladem Vincenta i eskortowanej przez niego czarownicy, obecnie ich jedynej nadziei, stale oglądając się za siebie. Wtedy też wpadła na jeszcze jeden pomysł. – Aeris! – krzyknęła, celując w jeden ze stojących najbliżej regałów, mając nadzieję, że w ten sposób przewróci go, a tym samym zablokuje przejście goniącym ich napastnikom. Podmuch wiatru zachwiał pokaźnych rozmiarów konstrukcją, po czym runęła ona do tyłu, na kolejne szafy, zamieniając pomieszczenie w ruinę. To jednak nie mogło zatrzymać ich na długo, mieli więcej różdżek do pomocy, więcej siły. – Szybciej – syknęła w stronę przeciskających się klaustrofobicznie ciasnym korytarzem sojuszników, zbyt zdenerwowana, by przejmować się tonem swego głosu. Nie czuła się pewnie w roli opóźniającej pościg jednostki, wciąż walczyła z narastającą paniką – oby wytwórczyni amuletów miała rację, a na końcu tego przejścia czekała ich wolność. – Murusio – powtórzyła, stawiając za nimi kolejny mur, dokładając jeszcze jedną przeszkodę. – Daleko jeszcze? – dodała, choć nie wiedziała nawet, czy ratowana dziewczyna kiedykolwiek tędy szła, czy prowadziła ich w nieznane. Jak na zawołanie wpadli na zardzewiałą, prowadzącą w górę drabinę. Merlin jeden wiedział, gdzie mogła ich ona zaprowadzić. – Musimy rozwalić ten właz – sapnęła, wskazując na sklepienie, wyraźnie zmęczona ucieczką. Nie wierzyła, by nie został zabezpieczony w żaden sposób, zawartość magazynu była zbyt cenna, by o nią nie zadbać. – Vincent? – zasugerowała, samej odwracając się w stronę, z której przybyli, by – w razie potrzeby – móc próbować bronić i siebie, i stojących za jej plecami czarodziejów tarczą. Nim jednak przeciwnicy zdołaliby się rozprawić z kolejnym murem, oni już wychodzili na powierzchnię, wciąż skąpaną w promieniach letniego słońca. Do ich nosów dotarł nieprzyjemny, charakterystyczny smród odpadków, wyjście prowadziło do zaułka z kilkoma zaniedbanymi śmietnikami. – Zastawmy klapę jednym z nich – podsunęła, kiedy już – jako ostatnia – zeszła z drabiny. Było jeszcze zbyt wcześnie na świętowanie, wszak musieli upewnić się, że są bezpieczni, względnie bezpieczni, a później wyprowadzić Denbright z miasta, przetransportować do Oazy. – I zajmijmy się naszym wyglądem, by nie wzbudzać niczyich podejrzeń – dodała, na krótką chwilę pochylając się do przodu i wspierając dłonie na udach, musiała uspokoić oddech.


It is not our enemies that defeat us. It is our fear.
Maeve Clearwater
Zawód : Rebeliant, wywiadowca
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
The moments of peace that we find sometimes, they aren't anything but warfare, thinly disguised.
OPCM : 23
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6468-maeve-clearwater https://www.morsmordre.net/t6481-artemizja#165435 https://www.morsmordre.net/t6475-maeve#165296 https://www.morsmordre.net/t10356-sypialnia-maeve#312817 https://www.morsmordre.net/t6969-skrytka-bankowa-nr-1629#183139 https://www.morsmordre.net/t6512-maeve-clearwater
Re: Targ uliczny na Portobello Road [odnośnik]30.12.20 17:12
On sam był przekonany o braku jakiegokolwiek bojowego doświadczenia. Zetknięty z zupełnie nową sytuacją – improwizował, nadając sens wszelkim, kolejnym poczynaniom. Był przejęty, oddany i całkowicie zaangażowany. Uczył się, bazował na własnych doświadczeniach opartych na działaniach strategicznych z zapleczem naukowym. Choć na pierwszy rzut oka nie było widać wzmożonych nerwów, nadmiernej powściągliwości oraz przestrogi, denerwował się zważając na każdy, kolejny ruch. Działał odrobinę zachowawczo aż do momentu, gdy zdarzenia delikatnie wymknęły się spod partnerskiej kontroli. Walczyli z presją czasu, nieznanym przeciwnikiem, układem tajemniczych pomieszczeń połączonych ze sobą siatką krętych i ciasnych korytarzy. W tym jednym momencie nie mogli polegać na sprytnie przygotowanym planie podejmując ostateczną obronę i walkę o własne życie. Ich umiejętności przeplatały się ze sobą, choć o wielu z nich nie mieli najmniejszego pojęcia. W głębi duszy dziękował, iż w ferworze walki trafił na tak uzdolnioną sojuszniczkę.
Nie czuł skrępowania wykonując swą pracę. Wiedział, że wystosowana prośba zostanie spełniona, a elegancka towarzyszka dopilnuje, aby raz na zawsze pozbył się tego ustrojstwa nie martwiąc się nadchodzącym niebezpieczeństwem. Więźniarka choć przestraszona po krótkim czasie przezwyciężyła paraliżujące lęki współpracując z doświadczonym Łamaczem. Odetchnął z ulgą, podczas gdy wystosowane przypuszczenia sklejały się w nierozerwalną, niezwykle gładką całość. W oddali słyszał wyraźny odgłos kolejnych przeciwników. Huk wytworzony wewnątrz głuchego magazynu nie pozostawiał wątpliwości – nieproszeni goście wtargnęli do zawilgoconej przestrzeni odkrywając tajemnicę, odbijając uzdolnioną przetrzymywaną. Przez dłuższy moment z obawą spoglądał na zamurowane przejście. Bardzo szybko powrócił do rzeczywistości zajmując się przeklętą. Potrzebował wzmożonej koncentracji, chwili skupienia, wyłączenia na otaczające bodźce. Runa, którą spodziewał się ujrzeć na samym środku naszyjnika migotała urwanym blaskiem powodując tak znajome objawy w postaci lekkiego osłabienia, drżenia powietrza i drobinek otaczającej materii. Szybkie działanie, koncentracja magii i zrozumienie natury rzuconego uroku zakończyły się sukcesem. Amulet ochronny opadł na dekolt kobiety wydając się tak pospolity, zwyczajny, jakby skurczył się o kilka centymetrów. Ciemnowłosy starł kilka kropelek z czoła wypuszczając powietrze. Dźwignął się do góry wystawiając rękę do Denbright. Ta zachwiała się nieznacznie, dlatego zwinnie ujął ją pod ramię pomagając stanąć na równe nogi. Była wyczerpana, lecz nie mogła ich spowalniać. Krzyki oraz odgłos stukotu twardych podeszw był tuż obok, murowana zapora runęła z niesamowitym trzaskiem. Cholera! Z nadzieją spoglądał na dziewczynę kulącą się za jego plecami. Jeżeli nie wskaże im żadnego, innego przejścia nie będą mieli szans, aby bez szwanku wydostać się na letnią powierzchnię. Uniósł różdżkę i nie czekając wycelował w jednego z mężczyzn, który jako pierwszy przeciskał się przez murowany pył: – Drętwota! – wychrypiał nie zwracając uwagi na pomyślność inkantacji. Wytwórczyni talizmanów wskazała inne, oddalone o kilka metrów wyjście a on nie czekał: – Biegnij przede mną, będę cię osłaniał. – zakomunikował przeciskając się przez powalone meble i pojedyncze deski. Obejrzał się za siebie widząc jak partnerka podąża jego śladem. Postanowił doprecyzować umiejscowienie nowej drogi ratunku: – Tam, między tymi dwoma, metalowymi regałami! – wrzasnął przeciągle, a zielony snop światła minął go o centymetr. Zaklął pod nosem, posyłając w stronę przeciwników jeszcze jedno zaklęcie: – Drętowta! – usłyszał hałas upadającego ciała, a także wywróconej przez towarzyszkę szafy. Kiedy do nich dobiegła, złapał uwięzioną za ramię, aby biegła szybciej, dostosowała się do szybszego, napędzanego adrenaliną tempa. Zniknęli pomiędzy regałami wbiegając w analogiczny, klaustrofobiczny korytarz. Wyczarowany mur zapewne opóźnił nadchodzących oprawców, lecz wydłużona droga nie dawała tak pewnej nadziei. Rozumiał zdenerwowanie i rozgorączkowanie Clearwater, sam wyczuwał jak coś ciężkiego przesuwa się po wszystkich wnętrznościach. Na szczęście po kilku minutach trafili na zardzewiałą drabinę. Wolność była na wyciągnięcie ręki, lecz czy poradzą sobie z blokującym włazem? Popatrzył w górę wsłuchany w kobiece słowa. Pokiwał głową ze zrozumieniem oceniając przymocowanie przykrycia. – Wydaje mi się, że jest ruchomy i zasunięty dość niedbale. Nie będę wysadzać go czymś gwałtownym, bo niechcący rozwalimy część ulicy. Spróbuję czegoś innego, odsuńcie się odrobinę. – poprosił marszcząc brwi w zastanowieniu. Sięgając pamięcią w głąb umysłu przypomniał sobie o jednym, skutecznym uroku. Unosząc głogowy trzonek wyszeptał: – Confringo. – przez chwilę nic się nie stało, właz nadal blokował wyjście. Nabrał ciężkiego powietrza w zestresowane płuca i powtórzył: – Confringo! – metal drgnął po czym odskoczył z zawiasów opadając na lewy bok. Delikatne światło wlało się do wnętrza – udało się. Odwrócił się do kobiet. Utkwił wzrok w uratowanej i zniecierpliwionym, lecz łagodnym głosem zapytał: – Dasz radę wspiąć się na górę? – dziewczyna kiwnęła głową, a on puścił ją przodem. – Będę cię asekurował, uważaj na każdy ruch i nie spiesz się. – nie chciał, aby zrobiła sobie krzywdę, lub spadła w ciemną otchłań. Po jakimś czasie wyczołgali się na zewnątrz trafiając na rynkowy zaułek. Smród rozkładanego jedzenia uderzył w przewrażliwione nozdrza, a widok rozgrzebanych śmieci nie napawał optymizmem. Wyczołgał się na kolanach opadając na ziemię. Odetchnął tylko na chwilę, gdyż przeciwnicy mogli nadal deptać im po piętach. Jednym, sprawnym ruchem zaciągnął metalową klapę. Przy pomocy Meave, krzywiąc się wyraźnie przesunęli na wyjście jeden z najcięższych, śmietnikowych kubłów. Za pomocą magii oczyścił ubrudzone ubrania oraz części ciała pomagając również Denbright. Nie mogli wzbudzać żadnych podejrzeń. Zaułek, w którym wylądowali znajdował się w południowej, biedniejszej części targu, dlatego też udało im się wymknąć niemalże niepostrzeżenie. Minęli kilku przechodniów, którzy z niezadowolonym wyrazem twarzy spoglądali na trójkę przemykających dziwolągów. Czyżby odór śmieci był aż tak wyczuwalny? Przedostali się do miasta, aby następnie podjąć odpowiednie działania i przetransportować uratowaną dziewczynę wprost ku bezpiecznej Oazie. Udało się!

| zt x2



My biggest fear is that eventually you will see me, that way I will see
myself
Vincent Rineheart
Zawód : łamacz klątw, dostawca roślinnych ingrediencji, rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Za czyim słowem podążył tak czule, że się odważył na tę
podróż groźną, rzucił wyzwanie wzburzonemu morzu?
OPCM : 28
UROKI : 31
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7723-vincent-rineheart https://www.morsmordre.net/t7772-elidor#215947 https://www.morsmordre.net/t7775-your-sweet-escape https://www.morsmordre.net/f310-irlandia-wschodnie-przedmiescia-bray-akacjowa-ostoja https://www.morsmordre.net/t7773-skrytka-bankowa-nr-1857#215948 https://www.morsmordre.net/t7776-vincent-rineheart#216049
Re: Targ uliczny na Portobello Road [odnośnik]21.01.21 20:07
| wieczór 12 lipca '57 |

Nie był to specjalny dzień, nawet prośba o spotkanie nie była szczególnie specjalna, choć trzeba przyznać, że niecodziennie dostawało się od kogoś tak bliskiego wyżyn społecznych jako konsumenta. Sam Weasley nie do końca był pewien, skąd młody Black otrzymał informację o jego niezbyt legalnej działalności, ale skoro płacił, to zdecydowanie nie w jego gestii było jakiekolwiek wnikanie. Lepiej przecież, żeby kupował u niego niż na czeluściach Nokturnu, gdzie zazwyczaj posiłkowali się szlachcice, a przynajmniej takie krążyły pogłoski, Weasleyowi zwyczajnie się poszczęściło. W rzeczywistości sam Urien był świadom tego, że poza samym towarem młodzieniaszek kupował również poufność, której nie zapewniał każdy na tym rynku spod ciemnej gwiazdy, dlatego nie dziwota, że wolał brać od kogoś niezamieszanego w jego codzienne, czy też równie 'wysokie' otoczenie co zwykle. Przecież dla tych wszystkich nieznajomych metamorfomag był jedynie chłystkiem o hazardowym zacięciu z portu lub szczerbatym menelem o różnorakich zdolnościach. Dawno już stracił zdolność rozpoznawania granicy, gdzie leżała jego własna opinia, a nawet i sam nieco chłopięcy charakter będący już wyblakłą częścią wspomnień. Czy w ogóle jeszcze pamiętał, jak to jest być sobą i tylko sobą?
Idąc wzdłuż promenady portowej, zastanawiał się, dlaczego młody Black starał się sięgać po mocniejsze środki niż tradycyjne ziółka, które były dosyć łatwo dostępne. W przypadku mocniejszych towarów Weasley starał się uważnie dobierać konsumentów, a tutaj? Sam nie wiedział, w jaki sposób odnieść się do potrzeby ze strony młodzieniaszka, choć pewne było, że nie liczyła się żadna odmowa. Idąc na spotkanie potwierdzone listownie w uprzednim dniu, zastanawiał się, w jaki sposób mógłby zapobiec złemu wpływowi narkotyku na chłopaka. W końcu pomimo swoich uprzedzeń do szlachty przestrzegającej Skorowidz nie chciał, żeby młodzi dorośli, a w szczególności jeszcze młodsze od nich pokolenie, cierpiało przez podziały. Było mu zwyczajnie żal ciemnowłosego klienta, którego smutny wzrok zawsze sięgał gdzieś dalej niż metamorfomag był w stanie spojrzeć. Nie chciał pozwalać mu na beztroskę bez odpowiedniego nadzoru, dlatego wchodząc do dzielnicy Royal Borough of Kensington and Chelsea, gdzie na każdym zakątku bogactwo wręcz wypalało oczy, Weasley wiedział, że należało się trzymać cienia. Będąc nieco zamaskowanym przez swój charakterystyczny, długi, bardzo dobrze wyposażony w posiadane używki, wyniszczony płaszcz oraz wełnianą czapkę naciągniętą na głowę, zorientował się, że jego włosy wciąż były długie i to o jasnym kolorze! W trymiga próbował przemienić swoje ciało na parszywego dilera, który był najbardziej rozpoznawalnym jegomościem w tych okolicach. Dobrze, że za nim nie był wystawiony żaden list gończy, a cień budynku, obok którego stał, skutecznie zasłaniał go przed pojedynczymi osobami maszerującymi po opustoszałej ulicy. Szczęście w nieszczęściu, że ruch był znikomy, jak również same targowe stanowiska. Londyn mocno cierpiał przez prowadzoną politykę, co w tym jedynym momencie było rudzielcowi na rękę.

| Przemiana w Jeremiego, ST 61-30=31


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję

Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28/29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 25
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f378-devon-okolice-plymouth-krecia-nora https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Re: Targ uliczny na Portobello Road [odnośnik]21.01.21 20:07
The member 'Regi Weasley' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 61
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Targ uliczny na Portobello Road - Page 9 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Targ uliczny na Portobello Road [odnośnik]22.01.21 0:20
Starożytne praktyki magiczne zawsze interesowały Blacka równie mocno, co hobbystyczne poszerzanie wiedzy na temat różnorakich religii. W sumie był to jedyny temat, który interesował go na lekcjach historii magii, trzymał go przy życiu i zdrowym stanie umysłu, ponieważ przez wszechogarniającą aurę nudy, jaką roztaczał profesor Binns, nogi same ciągnęły do zrzucenia swojego cierpiącego ciała przez zamkowe okno. Ale tematy religijne, to kompletnie inna sprawa — te potrafiły na tyle wciągnąć Rigela, że ten zapominał, gdzie się znajdował w danej chwili. To połączenie motywu duszy z najróżniejszymi czynnościami, wpływającymi na ciało i umysł. Głodówki, krwawe rytuały, doprowadzenie swojego ciała do granic wytrzymałości przez taniec. Jednak motywem, który przewijał się przez każdą - no prawie - czynność rytualną, było zażywanie odpowiednich substancji. Ludzie wdychali, pili, nacierali się, wstrzykiwali sobie, zakraplali takie ilości najróżniejszych mikstur, że od samego czytania kręciło się w głowie. W swoich dążeniach do rozumienia tego, jak działa dusza i jak jest powiązana umysłem, Rigel po prostu nie mógł nie spróbować tego, czym zajmowali się starożytni setki lat temu. Ale tu pojawiał się problem.
Musiał znaleźć bezpieczne źródło, które dostarczy mu odpowiednich używek, takie, które nie będzie drążyć. I takie co na pewno nie sprzeda jakiegoś syfu. Ziele bardzo łatwo było zdobyć. Wystarczyło poszturchać Francisa. Jednak w trakcie eksperymentów, Black zdał sobie sprawę, że potrzebuje innej osoby, od której będzie mógł brać narkotyki. Stało się to, ponieważ, chłopak wstydził się uderzać do kumpla w tej sprawie, jak mu się wydawało, za często. Nie chciał, aby ten się zaczął martwić, czy ma jakieś problemy, czy zadawać inne niewygodne pytania. Albo, co gorsza, opowie o tym Evandrze -swojej siostrze i przyjaciółce Blacka.
Na osobnika, z którym umówił się dzisiejszego, dnia wyszedł przypadkiem - opłacało się obracać w kręgach szlachecko-bohemicznych. Wiedział, że osobnik podchodzi do tematu profesjonalnie. Syfu nie sprzeda. Powie, co i jak. Bez pytań, bez komentarza. Tego właśnie Blackowi było trzeba. Wcześniej kupował od niego jakieś lekkie używki, jednak eksperymenty pokazały, że potrzeba czegoś mocniejszego, aby uzyskać odpowiedni efekt.
Na spotkanie ubrał coś prostego, żeby nie zwracać na siebie zbędnej uwagi - ot prosty, jasny, nudny, lniany garnitur, a do tego granatowa apaszka w gwiazdozbiory. Włosy związał w wysoki kucyk, żeby następnie schować je pod kapeluszem, a na nos założył staromodne okrągłe okulary.
Osobnika udało mu się namierzyć od razu - stał w umówionym miejscu.
Doskonale.
Rigel rozejrzał się, czy aby na pewno nikt go nie śledzi, czy nie zerka w jego stronę, po czym podszedł do mężczyzny i się uśmiechnął na powitanie.
-Dzień dobry. Cudowna pogoda, prawda? - jeszcze raz szybko łypnął w stronę ulicy. - Mam nadzieję, że udało się Panu zdobyć to, o czym pisałem?


The truth may be out there
But the lies are inside your head.

Rigel Black
Zawód : Stażysta w Departamencie Tajemnic, naukowiec
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
We are all roamers of vast spaces and travellers in many ages.
OPCM : 0
UROKI : 17
ALCHEMIA : 20
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8887-rigel-black https://www.morsmordre.net/t9011-apt#270971 https://www.morsmordre.net/t9014-skeletons-in-my-closet#271101 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9012-skrytka-bankowa-nr-2091#270977 https://www.morsmordre.net/t9026-rigel-a-black#271647
Re: Targ uliczny na Portobello Road [odnośnik]22.01.21 11:46
Rozpoznał go niemalże od razu, w pewnym sensie nawet tracąc pewność co do samej moralności sprzedaży, ale przecież padło już słowo akceptacji. Nagłe wycofanie się mogło spowodować wiele szkód w biznesie, dlatego bez zająknięcia starał się spełnić oczekiwania młodziaka, myśląc nad tym, co zaproponować na tyle mocniejszego, żeby nie wyskoczył z butów.
Uprzednio przemieniając się w odpowiednią twarz do takich interesów, zaczął swoją wędrówkę myśli, opierającej się głównie na za i przeciw całego tego ambarasu związanego ze sprzedażą świństwa tak młodej osóbce. Zwyczajowo starał się unikać młodej klienteli, ponieważ; po pierwsze nie była ona wypłacalna, po drugie nie popierał takiego udostępniania środków odurzających dla młodych głów. Panicz Black niestety był wyjątkiem, który przez długą współpracę mógł mu nieco zaszkodzić, tym bardziej że znał odpowiednie osoby z całej tej bohemy, dla której Remy momentami był jednym ze źródeł zakupów.
- Ta. Złota ryba, nie byle jaki towar. Galeon i pięć sykli za czwórkę. - mruknął na powitanie, nawet nie starając się być miłym, bo przecież to nie było w jego zwyczaju, żeby ot tak po prostu przechodzić ze swoim klientem na rozmowy o pogodzie, która nawet nie była mu w smak. Sięgnął ręką do jednej z wewnętrznych kieszeni płaszcza, żeby wymacać odpowiednią dawkę, którą był w stanie mu zaproponować. Szkoda było tracić wszystko, ale czego się nie robiło dla dobra biznesu… - Bierzesz, czy wracasz do korzeni? – zaproponował sucho, podnosząc przy tym jedną brew. Wolał, żeby młodziak odpuścił sobie takie wysoki, ale wątpił, żeby jego zdanie choćby w minimalnym stopniu się liczyło. Nie miał na celu przejmować się co stanie się z ciemnowłosym, ale ciężko było patrzeć na młodzieńca, który tak odstawał od reszty Blacków. Kojarzył poszczególne rody oraz ich cechy charakterystyczne. Konserwatyści zwykle byli obrzydliwie pyszałkowaci i aroganccy, co nieco mijało się z osobowością Rigela. Nawet wygląd krypto arystokraty nie dawał poczucia, jakby Black w choćby najmniejszym stopniu się wywyższał ponad resztę. Być może w innym świecie Weasley mógłby się z nim zakumplować. Niestety nie żyli w innym świecie.


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję



Ostatnio zmieniony przez Regi Weasley dnia 23.01.21 22:56, w całości zmieniany 1 raz
Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28/29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : 25
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f378-devon-okolice-plymouth-krecia-nora https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095

Strona 9 z 10 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10  Next

Targ uliczny na Portobello Road
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach