Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Korytarz
AutorWiadomość
Korytarz [odnośnik]26.02.16 15:40
First topic message reminder :

Korytarz

"Winda ponownie ruszyła i po chwili drzwi się otworzyły, a głos oznajmił:
- Drugie piętro, Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów z Urzędem Niewłaściwego Użycia Czarów, Kwaterą Główną Aurorów i Służbami Administracyjnymi Wizengamotu."
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Korytarz - Page 8 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Korytarz [odnośnik]09.02.21 11:46
Co mogło pójść nie tak? Właściwie to wszystko. O ile mógł się spodziewać, że wybrane przez niego mniej lub bardziej przypadkowo nazwisko i adres wydadzą się komuś znajome, tak nie spodziewał się, że ktokolwiek go tu rozpozna. Kiedy więc głośne, oskarżycielskie ty zaburzyło szmery i zwróciło ulgę nie tylko na niego, ale przede wszystkim awanturnika poczuł jak krople potu gromadzą mu się na karku. Odwrócił się w jego kierunku napotykając na drodze skierowany ku niemu palec i choć serce załomotało mu w piersi nie tracił zimnej krwi. Uniósł wysoko brew ze zdziwieniem, ale i wyraźnym niezadowoleniem, spoglądając na tłusty paluch, a później przesuwając za jego właścicielem w meloniku, na jego twarz. Powinien zaprzeczyć? Roześmiać się?
— Pan chyba żartuje.— James jednak nie wyglądał jakby go to bawiło. Wręcz przeciwnie, coś zacisnęło się wokół jego trzewi na samą myśl, że Ministerstwo Magii nafaszerowane było strażnikami, a wizja wylądowania w celi nagle coraz bardziej się przybliżała. Zmierzył go wzrokiem — nie umknął mu złoty zegarek. Wyjątkowo ozdobna i bogata błyskotka. Czy mógł być wysoko postawionym urzędnikiem? Kimś znanym? Szanowanym? Jakie było prawdopodobieństwo, że uda mu się mu wywinąć? — Naprawdę myśli pan, że jakbym był złodziejem to przyszedłbym do Ministerstwa Magii zarejestrować różdżkę? Po co? By działać bardziej legalnie? — Uniósł drugą brew i uśmiechnął się jeszcze szerzej, choć grzeczny uśmiech przemienił się w kpinę. Splótł ręce za sobą — ten gest widział u zamożniejszych czarodziejów, którzy czasem przystawali na ulicy, by posłuchać, jak gra. Im większe wokół robiło się zamieszanie tym większe prawdopodobieństwo, że pozostali go rozpoznają, jeśli szybko nie zamknie jadaczki będzie musiał uciekać. Obrócił się lekko w stronę kobiety, która przyjmowała wnioski i spojrzał na nią przepraszająco i łagodnie. — Tak mi przykro, że spotkało to panią, ale to jakaś okropna pomyłka. Ten mężczyzna jest pod wpływem gwałtownych emocji, nie wie, co mówi. — Starał się też odwrócić plecami do ludzi, których było z danej strony najwięcej. — Hej! — Oburzył się szybko, kiedy jegomość złapał go za szatę, próbując od razu odtrącić jego paskudną łapę. Tak, teraz go poznawał. Jeśli rzeczywiście ukradł mu ten medalion, mógłby wziąć ten zagarek do kompletu. Wyglądał na dość drogi. — Proszę natychmiast zabrać rękę, gniecie mi pan szatę. I proszę zostawić mnie w spokoju, inaczej będę zmuszony złożyć na pana skargę. Wie pan kim jestem? — Uśmiech przybrał nieładny wyraz. Nie brakowało mu pewności siebie, choć serce podskoczyło mu przez chwilę do gardła. — Nie obchodzi mnie, że się pan ośmiesza, ale nie pozwolę ośmieszać mnie w tym miejscu — ściszył głos i zmarszczył brwi, kierując swoje słowa do oskarżającego go czarodzieja, ale z pewnością słyszał to też ten drugi i ta kobieta, która przyjmowała wnioski. — Chcę dokończyć rejestrację i opuścić ministerstwo, a pan marnuje mój cenny czas. Nazwisko Goyle coś panu mówi? Caelan Goyle. Jest zarządcą portu, szanowanym czarodziejem. Zna go pan? Niedawno schwytał terrorystkę na placu egzekucyjnym. To mój serdeczny przyjaciel. I zapewniam pana, że nie miał dla niej żadnej litości po tym, jak ją stamtąd wyprowadził. Jeśli ma mi pan coś do zarzucenia to kiedy skończę udamy się prosto do niego. Jestem pewien, że jeśli jestem złodziejem to zwróci panu co ukradłem. — Czytał o tym w gazetach. Samego Goyla nie spotkał na swej drodze, ale widział go w porcie i wiedział, że zastraszał biednych ludzi, by przejąć władzę po poprzednim. Jego nazwisko było ostatnią deską ratunku.— Niech pan zabiera ode mnie łapy. — Zmierzył go spojrzeniem i spróbował się cofnąć.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Korytarz [odnośnik]10.02.21 12:48
Mężczyzna, który oskarżył Jamesa o kradzież, również nie wyglądał, jakby miał ochotę na żarty - z jego twarzy, wykrzywionej w nieprzyjemnym grymasie, biło oburzenie i złość; lewa powieka drgała mu lekko, melonik przekrzywił się nieco, gdy chwycił młodzieńca za szatę; w kącikach ust zebrała się ślina, pryskająca do przodu wraz z każdym wypowiadanym słowem. - Nie obchodzi mnie, po co tu przyszedłeś, wiem, co widziałem! - wysyczał, wbijając wzrok w twarz Jamesa. Kobieta za biurkiem, do której się zwrócił, nie odpowiedziała mu - przynajmniej nie bezpośrednio - spoglądając to na jednego czarodzieja, to na drugiego.
- Może mogliby panowie... - zaczęła, ale oskarżycielskie słowa mężczyzny przerwały jej wypowiedź w połowie. Poprawiła się na krześle, cofając się odrobinę, jakby chciała znaleźć się jak najdalej od rozgrywającej się przed nią sceny; cokolwiek się działo i ktokolwiek miał rację, wydawało się oczywiste, że nie miała zamiaru w tym uczestniczyć.
James tymczasem z godną podziwu pewnością siebie grał dalej swoją rolę, nie mogąc mieć jednak pewności, jakie znaczenie dla wszystkich zainteresowanych niosły nazwiska, których używał. Kiedy zapytał czarodzieja, czy wiedział, kim był, ten na moment się zawahał - młodzieniec widział, że w ostrym spojrzeniu błysnęła niepewność i dezorientacja, urzędnik wycofał się też odrobinę, żeby lepiej przyjrzeć się jego twarzy; być może wytrącony nieco z równowagi samymi słowami Jamesa, a może kpiącym, wymalowanym na twarzy uśmiechem, należącym do kogoś, kto był świadomy swoich praw i domagał się ich respektowania - mimo że jego młoda aparycja nie do końca działała na jego korzyść. - Ośmiesza? Ty... - zaczął, nim jednak zdążyłby dokończyć, do biurka podszedł jeszcze jeden mężczyzna.
- Jeśli mógłbym - odezwał się, głosem uprzejmym, ale świadczącym o tym, że nie spodziewał się, by ktoś powiedział mu, że nie mógłby. Wydawał się młody, może w okolicach trzydziestki, twarz miał jednak poważną, a ubranie eleganckie, choć gustowne, proste, czarne, bez ozdobników w postaci gwiazdek czy srebrzącej się w blasku lamp nici. Jego oczy nie wyrażały zbyt wielu emocji, przesuwając się pomiędzy Jamesem, trzymającym go mężczyzną, a krępym urzędnikiem obserwującym całą sytuację, lecz miały w sobie coś dzikiego, kojarzącego się z myśliwym tropiącym zwierzynę. Na jego szacie nie było plakietki z nazwiskiem. - Wydaje mi się, że nie ma potrzeby robienia sceny tutaj, zapraszam panów do pokoju obok, z pewnością uda nam się wyjaśnić to... - przeniósł wzrok na Jamesa, spoglądając na niego z góry; był raczej wysoki - ...nieporozumienie. - Kąciki ust mu drgnęły, w jego uśmiechu nie było jednak życzliwości. Czarodziej, który chwycił Jamesa za szatę, opuścił rękę i cofnął się o krok, po czym dłońmi przejechał po własnej, poprawiając ją i wygładzając. Młodszy mężczyzna wskazał dłonią na jedne z drzwi, po czym zaczekał, aż wszyscy ruszą w tamtym kierunku, zerkając jeszcze w stronę stojących obok strażników; wyglądali na gotowych, by w razie potrzeby zareagować. - Mogą państwo kontynuować rejestrację - powiedział, zwracając się do ludzi wciąż stojących w kolejce. Nim ruszył w stronę pokoju, zabrał jeszcze z blatu formularz pozostawiony tam przez Jamesa.
Pomieszczenie, do którego weszli mężczyźni, wyglądało jak niewielka, nieużywana sala konferencyjna. Oprócz długiego stołu i kilku krzeseł stał tam jeszcze regał wypchany po brzegi dokumentami. Jedną ze ścian zajmował rząd okien, zasłony były jednak zaciągnięte, pogrążając pokój w półmroku rozjaśnianym jedynie żółtawym światłem lamp. Czarodziej, który oskarżył Jamesa, przystanął tuż pod ścianą, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Otyły urzędnik oparł się o krawędź stołu, przez cały czas mrużąc oczy i mierząc młodzieńca spojrzeniem; jego twarz miała nieodgadniony wyraz. Trzeci z mężczyzn, ten, który ich tu zaprosił, zamknął za sobą drzwi, po czym wyciągnął z kieszeni szaty papierosa, odpalając go końcem różdżki. - Czy wie pan - zaczął spokojnie, spoglądając na Jamesa i zaciągając się papierosem; jako jedyny ze zgromadzonych wyglądał tak, jakby ta sytuacja nie robiła na nim kompletnie żadnego wrażenia - ile osób dziennie powołuje się na nazwiska pracowników rządowych, odkąd zaczęły pojawiać się w gazetach? - zapytał, unosząc wyżej brwi. Jego głos zdawał się wyrażać prawdziwe zainteresowanie. - Gdybyśmy za każdym razem prosili ich o potwierdzanie lub dementowanie tożsamości ich... serdecznych przyjaciół, nie robiliby niczego innego. - Zrobił krok do przodu, zatrzymując się jakiś metr od Jamesa; nie zbliżył się jednak do niego, zamiast tego sięgając dłonią do stojącej na stole popielniczki, do której strzepał popiół z papierosa. - Oczywiście jeśli się pan upiera, wezwiemy tu pana Goyle'a i sprawdzimy, czy potraktuje pana jak przyjaciela, czy może raczej jak - zmarszczył brwi, jakby próbował sobie coś przypomnieć - terrorystkę z placu. Przy okazji napiszemy też do pana Macnaira i przekonamy się, co o tym wszystkim sądzi - dodał, zerkając na trzymany w ręce formularz. - Albo - znów uniósł spojrzenie - może nam pan po prostu powiedzieć, kim pan jest i dlaczego wpisał pan w dokumenty to nazwisko - zaproponował, przekładając papierosa do drugiej ręki. Starszy czarodziej zrobił krok do przodu, otwierając usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale młodszy zatrzymał go gestem dłoni. - Sprawą kradzieży twojej własności zajmiemy się za moment, Rupercie - zapewnił, na kilka sekund zatrzymując spojrzenie gdzieś ponad ramieniem Jamesa, a później na powrót skupiając na nim uwagę. - Więc? - ponaglił, unosząc wyżej brwi.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Korytarz - Page 8 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Korytarz [odnośnik]11.02.21 13:23
Starał się odwzorować własne oburzenie najlepiej jak potrafił, choć wewnętrznie zaczynał się coraz bardziej denerwować zaistniałą sytuacją. Nie pierwszą w jego życiu i zapewne nie ostatnią, a przynajmniej na to jednak po cichu liczył. Wzrok oskarżającego go mężczyzny, całe to zamieszanie, zdecydowanie umywająca ręce urzędniczka coraz bardziej oddalały go od rejestracji. Co mu w ogóle strzeliło do głowy, by się tu pojawiać? Perspektywa normalniejszego życia była tak samo odległa, jak zmiana Ministra Magii. Niepewność w oczach tego typa stała się jednak znakiem, który nie pozwolił mu się wycofać. Nie łudził się, że zdołałby go nastraszyć. Wyglądał jakby dopiero opuścił szkołę, zacięta mina i poważna szata nie czyniły go nikim więcej. Wzbudziły w nim jednak wątpliwość — że nie kłamał? Że znał Goyle'a? Zachowywał spokój, ale z każdą sekundą zaczynał tracić nad sobą panowanie. Wyraz twarzy tego mężczyzny wzbudzał w nim trudną do opanowania chęć uderzenia go w twarz. Przed zamachnięciem powstrzymywała go świadomość, że wtedy na pewno nie zdoła się wywinąć.
— Ja - co?— odszczekał się, chcąc powiedzieć coś jeszcze, ale wtedy do stolika podszedł kolejny mężczyzna. Zacisnął więc dłoń w pięść. Z tym swoim spokojem, bezbarwnym wyrazem twarzy, monotematycznym tonem wzbudził w nim jakieś przerażenie. Patrzył na niego przez chwilę niepewnie, zastanawiając się, czy powinien się wycofać i spróbować uciec, czy jednak za nim podążyć. Budził szacunek, budził zdezorientowanie. Przełknął ślinę, a później pomógł czarodziejowi puścić zaciskającą się na ubraniu Jima dłoń, odpychając ją od siebie śmielej. Zacisnął zęby i minął go bez słowa, obdarzając wciekłym spojrzeniem. Zawahał się, przechodząc przez próg. Psia mać, będzie tego żałował. Wszedł do środka pospiesznie rozglądając się wkoło, nie było stąd jednak żadnej drogi ucieczki. Nie zajął miejsca przy żadnym z krzeseł. Nie stanął też pod ścianą, nie zbliżył się do stołu. Właściwie nie odszedł zbyt daleko, stając w bezpiecznej odległości od wszystkiego i wszystkich wkoło. Spojrzał na mężczyznę, który się odezwał.
— Nie bardzo rozumiem — wszedł mu w słowo, gdy wspomniał o gazetach. Jedno z najbardziej uniwersalnych wyrażeń adekwatnych do każdej niezręcznej sytuacji. Goyle faktycznie był ryzykowny, ale kiedy Marcel mu powiedział o Drew nie kojarzył go ani z gazet ani z ulicy. Przez chwilę patrzył na niego w milczeniu, analizując wszystko co powiedział, rzeczywiście zastanawiając się nad tym, co bardziej mu się opłacało. Nie oderwał jednak od niego wzroku, choć miał niewzmożoną ochotę uciec od tej pozbawionej emocji gęby. W trzewiach czuł już, że cokolwiek zrobi i tak jego los jest przesądzony. Stał się taki odkąd tu wszedł. I już zaczynał tego żałować. — Może pan napisać do pana Macnaira, z przyjemnością go poznam. Napisałem kim jestem, nie mam się czego wstydzić.— Uniósł brwi, siląc się na zachowanie spokoju. — Urodziłem i wychowałem się w Worcester. Mieszkałem przy Arboretum Street z rodzicami. To fakt, pan Goyle nie jest moim przyjacielem, kłopotanie go nie będzie konieczne. Skłamałem w tej sprawie, ale tylko dlatego, żeby pozbyć się tego mężczyzny, którego po raz pierwszy w życiu widzę na oczy, a który publicznie mnie oczernił i wyzwał od złodziei. A może zrobił to z premedytacją, szukając kozła ofiarnego w jakiejś bohaterskiej scence rodzajowej. Jeśli chciał pan zaimponować tej damie z rejestracji, a wyglądało na to, że się znacie, to mógł pan wymyślić coś innego, by zwrócić na siebie uwagę. Naskakiwanie na młodych, niewinnych obywateli, którzy są przyszłością tego miasta na pewno nie zrobi na nikim wrażenia. Powinien się pan wstydzić!— zwrócił się do niego, marszcząc brwi z wyraźnym wyrzutem. — Nie zrobił pan na niej chyba dobrego wrażenia, a oczernianie przypadkowych ludzi jest wyjątkowo podłe. Nigdy się nie spotkaliśmy, nigdy pana nie okradłem. Nigdy nikogo nie okradłem — zirytował się i złapał ręką pod bok, wypuszczając głośno powietrze. Zamilkł na chwilę i wbił wzrok w podłogę. — Przepraszam — dodał już spokojnie w stronę czarodzieja, który najbardziej go przerażał. Nie podniósł na niego wzroku. Spojrzał na formularz rejestracji i wskazał w niego ręką, jakby chciał mu powiedzieć, że właśnie tam jest wszystko napisane. — Dopiero przyjechałem do Londynu. Mógłby mi pan powiedzieć w czym problem? Z tym formularzem? — W końcu spojrzał na niego nieco zdenerwowany, zawieszając wzrok na papierosie. — Poczęstowałby mnie pan papierosem?— Przejechał dłonią po żuchwie i łypnął spojrzeniem na Ruperta. Ruprt, co za parszywe imię.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Korytarz [odnośnik]24.02.21 13:26
Atmosfera panująca w salce konferencyjnej wydawała się gęstnieć z minuty na minutę, a pomieszczenie – choć wcale nie tak ciasne – sprawiało wrażenie zbyt małego dla czwórki znajdujących się w nim mężczyzn. Otyły czarodziej w eleganckiej szacie, którego obecność wciąż pozostawała zagadką, nie odezwał się ani słowem, jego chytra mina pozwalała jednak sądzić, że świetnie się bawił, choć z pewnością starał się to ukryć pod maską pozornej powagi; urzędnik nazwany Rupertem zrobił się czerwony na twarzy – wciąż też mierzył Jamesa wściekłym spojrzeniem, zaciskając dłonie w pięści. Jedyną osobą zachowującą absolutny spokój i wyglądającą, jakby miała pełną kontrolę nad sytuacją, był wysoki czarodziej w czarnej szacie, który wpatrywał się z uprzejmym zainteresowaniem w młodzieńca, wysłuchując w milczeniu jego słów. – Och, z pewnością napiszę – odpowiedział, kiwając krótko głową. Więcej wtrącić nie zdążył, bo James mówił dalej; gdy zasugerował, że oskarżający go o kradzież mężczyzna próbował w istocie zaskarbić sobie przychylność urzędniczki, kącik ust grubszego jegomościa drgnął; spojrzał też kątem oka na Ruperta, ale samemu zainteresowanemu nie było raczej do śmiechu. – Jak śmiesz! – warknął, zaciskając dłoń w pięść i robiąc krok do przodu. Wysoki, młody czarodziej uniósł dłoń w geście jednocześnie stanowczym i uspokajającym; tlący się papieros wciąż tkwił między jego wyprostowanymi palcami. – Rupercie – odezwał się, subtelnie przywołując urzędnika do porządku. Mężczyzna w meloniku zacisnął wargi ze złością, ale zatrzymał się.
Nie będę znosił tych bezczelnych oszczerstw i robienia ze mnie idioty. Jestem tu ofiarą. Ofiarą! I domagam się wymierzenia stosownej kary. A najlepiej to przeszukania, może wciąż ma moją własność, może nie zdążył sprzedać… – mówił, z każdym słowem zdając się nakręcać coraz bardziej, ale wyższy czarodziej wszedł mu w słowo.
Zapewniam cię, że wyjaśnimy tę sprawę – powiedział, wypowiadając każde słowo osobno. – Może zaczekasz u siebie w gabinecie? Przyjdę tam do ciebie za, powiedzmy – sięgnął do kieszeni szaty, wyciągając z niej okrągły zegarek na łańcuszku; wydawał się drogi, a gdy uniósł go nieco, na tylnej części błysnął grawer z inicjałami, choć zbyt krótko, by James był w stanie je odczytać – piętnaście minut? – zaproponował. Rupert wyglądał jakby miał zamiar zaprotestować, ale coś w spojrzeniu współpracownika (a może przełożonego) go od tego odwiodło, bo w końcu niechętnie kiwnął głową i skierował się do wyjścia; przechodząc obok Jamesa, rzucił mu pełne pogardy spojrzenie, a wychodząc na korytarz, trochę za głośno zamknął za sobą drzwi.
Mężczyzna w ciemnej szacie zaczekał, aż jego kroki ucichną, po czym ponownie przeniósł spojrzenie na młodzieńca. Zapytany o papierosa, uniósł wyżej brwi, ale po sekundzie zawahania wyciągnął z kieszeni srebrną papierośnicę, którą odłożył na blat, a później przesunął znaczącym gestem w stronę Jamesa. Sam sięgnął po formularz, przytrzymując go wolną dłonią i zerkając na niego raz jeszcze. – To kiedy dokładnie przyjechał pan do miasta? – zapytał, ignorując pytanie o to, w czym właściwie tkwił problem. – Na co dzień mieszka pan w..? – kontynuował. Zaciągnął się papierosem, żeby po chwili powoli wydmuchać dym, dłonią sięgając do popielniczki i strzepując popiół z tlącej się końcówki. Przez cały czas wbijał przy tym czujne spojrzenie w twarz Jamesa; jego własne zdawało się nie zdradzać wiele, chłodne i pozbawione emocji.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Korytarz - Page 8 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Korytarz [odnośnik]09.03.21 12:56
Miał wrażenie, że wdepnął w psidwaczą kupę, której smród będzie się za nim ciągnął jeszcze kilka następnych dni. O ile nie tygodni. Nazwisko, który wybrał może nie było takim dobrym pomysłem. Czy ten typ był jednak kimś, kogo przesłuchujący go czarodziej mógł znać? Naprawdę miał takiego pecha? Przyglądał się wszystkim obecnym po kolei, oceniając swoje szanse na marne. Wycofać się już nie mógł, nie miał szans opuścić tego pomieszczenia dopóki mu na to nie pozwolą. Starał się jednak przez chwilę zachować twarz, utrzymać tę fałszywą pewność siebie, którą tracił z minuty na minutę, zastanawiając jaką wymówkę przyjąć, kiedy wszystko się posypie. Łypnął wzrokiem na urzędnika, który miał nosić to idiotyczne imię: Rupert, nie przypominając sobie, by naprawdę go okradł. Na pewno zapamiętałby tę parszywą gębę i świński nos. Nie zareagował, kiedy wykrzyczał kolejne słowa w jego stronę, chociaż krew zaczynała w nim się gotować. Nie był pewien, czy to ze złości, że to przez niego wszystko tak wyglądało, ze strachu przed tym, co dopiero nastąpi, czy coś innego było powodem rosnącego zdenerwowania. Zacisnął dłoń w pięść, poprawiając się na krześle i przeniósł zniecierpliwione spojrzenie na spokojnego czarodzieja, który zadawał mu dotąd pytania.
— Chce mnie pan przeszukać? Nie mam nic do ukrycia — wyznał szczerze; rzeczywiście, nie miał przy sobie nic poza różdżką. Ubrania nie były jego, były kradzione, ale — choć tego nie sprawdził — wątpił, by miały wyszyte na podszewkach dane właściciela. Nie wiedział, czy powinien wstać i przewrócić kieszenie na drugą stronę, czy zachować powagę. Nie chciał tracić zimnej krwi. Czarodziej przed nim był starym wyjadaczem, doskonale wiedział, że kłamie — pytanie na ile zależało mu na tym, by go puścić, a na ile, by męczyć i zatrzymać. Zerknął na zegarek — ten nie umknął jego uwadze. Patrzył jak znika w kieszeni — musiał być drogi, choć jeśli wygrawerowano na nim inicjały tracił na swojej wartości w oczach potencjalnych kupców, łatwiej było go też odszukać. Uniósł wzrok na urzędnika siedzącego przed nim, a potem, ujrzawszy jego gest do papierośnicy, po którą wyciągnął dłoni. Przysunął ją do siebie nieco bliżej, wyciągnął z niej papierosa i zostawił w tym samym miejscu, obie dłonie kładąc na blacie, by przez chwilę bawić się papierosem. Nie odpalił go. Podsunął sobie pod nos i powąchał.
— Mam na zbyciu tytoń bardzo dobrej jakości. Przysłał mi go ojciec po powrocie z Peru. Ponoć mają tam najlepsze uprawy na świecie. Mówią, że tamtejsze rośliny są szlachetne, a tytoń najczystszy w swej postaci.— Podniósł wzrok na urzędnika przed nim sugestywnie. Może się jakoś dogadają jednak? Może będzie zainteresowany? Co prawda miał w domu paczkę, ale jego historia nijak miała się do opowieści, którą mu sprzedawał. Nie miał innej karty przetargowej, czarodziej wyglądał jednak na intensywnego palacza. — W zeszły wtorek. Nie zdołałem wcześniej zarejestrować różdżki, dopadł mnie magiczny katar, większość czasu spędziłem w mieszkaniu — wyjaśnił, uprzedzając ewentualne pytania, co do opóźnień w przybyciu do ministerstwa. — Na Pokątnej. Mieszkanie 20 przez 4. — Schował papierosa, którym się dotąd bawił do wewnętrznej kieszeni szaty, na piersi.

| kłamię i próbuję przekupić urzędnika...


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Korytarz [odnośnik]11.03.21 20:27
Wysoki czarodziej śledził zachowanie Jamesa ze spokojem wymalowanym na twarzy, podążając spojrzeniem za zaciśniętą w pięść dłonią, a później znów unosząc wzrok wyżej, spoglądając młodzieńcowi w oczy; w przeciwieństwie do niego, nie kręcił się na krześle, nie przestępował też z nogi na nogę, stojąc całkowicie nieruchomo – nie licząc trzymających papierosa palców. – Och nie, przeszukanie pana nie będzie konieczne. Nie podejrzewam, by pojawił się pan w budynku Ministerstwa Magii będąc w posiadaniu czegokolwiek, co mogłoby pana obciążyć – odparł swobodnie, po krótkiej chwili namysłu. Wyciągnąwszy z kieszeni papierośnicę i pozostawiwszy ją na blacie stołu, przysiadł na jego krawędzi, tak, by w zasięgu ręki mieć popielniczkę; strząsnął do niej popiół z tlącego się papierosa, przyglądając się w międzyczasie, jak James wyciąga swojego.
Sięgnął wolną dłonią do twarzy, pocierając poznaczony pierwszymi zmarszczkami policzek. – Jednakże – dodał po paru sekundach, jakby podjął w myślach jakąś decyzję. – Będziemy potrzebować kluczy do tego mieszkania. Pokątna dwadzieścia przez cztery, mówi pan? Mieszka pan tam sam, czy zastaniemy kogoś na miejscu? – zapytał, unosząc wyżej brwi. Trudno było stwierdzić, czy przejrzał wymyślone przez Jamesa kłamstwo; wydawało się, że nie – w jego głosie nie było drwiny ani powątpiewania; brzmiał raczej jak ktoś, kto wykonywał rutynowe czynności, przyzwyczajony do znajdowania się w tej właśnie pozycji.
Słysząc propozycję kupna tytoniu, uniósł wyżej brwi, a na jego twarzy pojawił się rozbawiony uśmiech. – Tytoń, mówi pan? Z Peru? Bardzo chętnie, jak już uda nam się potwierdzić pana tożsamość i dopełnić wszelkich formalności, odkupię go od pana. Coraz trudniej jest go dostać, choć szczęśliwie mam przyjaciół, którym zdarza się podróżować – odpowiedział, wyciągając dłoń, żeby strzepać do popielniczki kolejną porcję popiołu. – Nie zapali pan? – zapytał, widząc, jak zabrany przez Jamesa papieros znika w kieszeni jego szaty. – Współczuję magicznego kataru, choć zazdroszczę, że tak szybko pan wydobrzał. Mnie zazwyczaj trzyma co najmniej dwa tygodnie, okropieństwo – dodał konwersacyjnym tonem. – Wracając jednak do tematu pana przybycia do Londynu, którędy dostał się pan do miasta? Nie ma pan zarejestrowanej różdżki, więc rozumiem, że przeszedł pan kontrolę na granicy? – zapytał mężczyzna; jego ton, z prawie serdecznego, w mgnieniu oka znów stał się chłodny i urzędniczy, zupełnie jakby porzucenie poprzedniej pozy nie przysporzyło mu żadnego wysiłku.
Zamilkł na chwilę, żeby wysłuchać wszystkiego, co James mógł mieć jeszcze do powiedzenia, po czym zgasił papierosa w popielniczce i zsunął się z blatu, wstając. Wyprostował się, dłonią wyrównał szatę. – Dobrze panie Macnair, podsumowując pana sytuację – odezwał się, mierząc Jamesa spojrzeniem z góry – został pan oskarżony o kradzież przez jednego z naszych pracowników. Oprócz tego – kontynuował, poprawiając rękaw – wpisał pan na formularzu imię i nazwisko człowieka, które – tak się składa – nie są mi obce. Co prawda mogę się mylić i może to być zwyczajny zbieg okoliczności, ale zapewne pan rozumie, że musimy to zweryfikować. Sprawdzimy, do kogo należy podany przez pana adres, jak i czy w ostatnim czasie przekroczył pan legalnie granice Londynu. Będziemy potrzebować na to kilku dni, który ten czas spędzi pan w tymczasowym areszcie w Tower of London. Zapewniam, że jeśli okaże się, iż to pan ma rację, a pomyłka była po naszej stronie, otrzyma pan oficjalne przeprosiny od Ministerstwa Magii – powiedział. Chociaż można było się spodziewać, że przedstawi również przebieg odwrotnego scenariusza, nie podjął tego tematu, po krótkiej przerwie kontynuując – nieco innym tonem. – Alternatywnie – zaczął, kładąc wyraźny nacisk na to słowo – formularz, który pan wypełnił, może przypadkowo ulec zniszczeniu. Dostarczymy panu nowy, a pan złoży go w Biurze Rejestracji, uważając, by po drodze nie wpaść na pana Ruperta. W tej sytuacji – zrobił krok do przodu, żeby zabrać ze stołu papierośnicę; potrząsnął nią lekko, po czym schował ją do wewnętrznej kieszeni – będę oczekiwał pana sowy ze wspomnianym tytoniem. Jeśli otrzymam ją w ciągu tygodnia, pana dokumenty nie ulegną unieważnieniu, a ja nie będę zmuszony wysłać za panem patrolu Magicznej Policji. – Uniósł wyżej głowę. – Proszę uważnie rozważyć swoje możliwości – dodał, zatrzymując wzrok na twarzy Jamesa; wyraźnie czekał na odpowiedź.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Korytarz - Page 8 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Korytarz [odnośnik]12.03.21 0:57
Kiedy ich spojrzenia się zetknęły, po plecach przebiegł mu zimny dreszcz. Ciągnął się aż od ramion, przez łopatki do samych lędźwi. Nie skrzywił się, choć miał na to olbrzymią ochotę. Znosił ciężar tego wzroku na sobie, ze wszystkich sił pragnąc zachować powagę i nie dać po sobie poznać, że się zwyczajnie w świecie bał tego, co się wydarzy, kiedy posunie się o krok za daleko. Ich możliwości, tego co potrafili zrobić z człowiekiem, którego działania były im nie na rękę. Nie miał już złudzeń, co do tego, że źle wybrał. Otworzył usta, chcąc coś odpowiedzieć, ale uznał to za zbyt oczywiste, więc zrezygnował szybko, spuszczając wzrok na blat. Kiedy przysunął się niepokojąco, nie zadarł głowy. W tej pozycji było coś dziwnego — kiedy siedział na stołku, a on przysiadał zdecydowanie wyżej i patrzył na niego z góry, czuł się mały; czuł, że tracił pewność siebie każdym ruchem urzędnika. I właśnie na tym mu zależało. Na wyraźnym zaznaczeniu przewagi jaką miał.
— Pokątna dwadzieścia przez cztery, tak napisałem — powtórzył, dopiero wtedy unosząc na niego wzrok. — Nie mam przy sobie, mieszkanie jest otwarte. W środku mieszka tylko babcia. Ale jakby nie odpowiadała, proszę się nie krępować tylko wejść do środka, jest przygłucha. I niereformowalna. Wydaje jej się, że okolica jest bezpieczna, jak za dawnych czasów, a przecież żaden z sąsiadów jej nie skrzywdzi. Proszę się czuć jak u siebie — odparł bez mrugnięcia okiem. Nie wierzył, że to zrobią. Pofatygują się na miejsce, by sprawdzić. Cień obawy, że mógł narazić dobrych ludzi w ten sposób na grupę sfrustrowanych urzędników przemknął mu przez głowę. Otaksował jego sylwetkę i cofnął się na krześle, rozstawiając przy tym szerzej nogi, zupełnie tak, jakby szykował się do gwałtownego poderwania z siedziska i rzucenia biegiem w którąś stronę.
— Może za chwilę— skłamał od razu, kiedy czarodziej o to spytał. Ich spojrzenie znów się spotkało. Wzbierała w nim złość, ale czuł w trzewiach, że jeśli jej na to pozwoli to skończy marnie, a arogancja ześle go dziś do grobu. Obrócił głowę w bok, dotykając dłonią piersi, tam, gdzie znajdowała się kieszeń, w której schował papierosa. — Dwa tygodnie? — podchwycił temat, zerkając na niego zaskoczony. — Próbował pan kadzideł z majeranku, czosnku, cebuli i mięty? Moja babcia układała wszystko w glinianym naczyniu i podpalała, lub ustawiała na żarze. Opary unosiły się wokół całą noc, kilka takich praktyk i katar magicznie znika. Pamietam, że wspominała też coś o paczuli, ale dawno nie udało mi się tego nigdzie znaleźć. I zapewne olejek jest bardzo drogi — zadumał się na chwilę, łapiąc podobny ton, lekkiej i niezobowiązującej rozmowy, dopóki czarodziej nie przedstawił mu sedna sprawy. Poprawił się na krześle i zamilkł, koncentrując na nim spojrzenie na dłuższą chwilę. Ultimatum, choć wcale mu się nie podobało, było nadzwyczajnym wyrazem jego dobrej woli. A to drań.
Nie widział sensu, by mu odpowiadał na pytania dalej. Doskonale wiedział do czego zmierzał. Szkoda ich wzajemnego czasu.
— Nie, nikt mnie nie skontrolował — odparł powoli, nie zamierzając tym razem kłamać. Nie opuścił spojrzenia także wtedy, kiedy urzędnik przyznał, że personalia, których użył podczas rejestracji są mu dość znane. Psia mać. Wiedział, by nie ufać zasłyszanym w mieście nazwiskom. Chciał powiedzieć, że ryzyko było warte świeczki, ale nie widział w tym ani cienia nadchodzącego sukcesu. Skinął głową na znak, że rozumie. Doskonale rozumie to, co mu przekazał i o co mu chodziło. Nie zamierzał dać się zaprowadzić do celi. Ani teraz, ani później.
— Chyba zrobiłem literówkę. Albo dwie — przypomniał sobie nagle, pocierając otwartą dłonią o żuchwę w zamyśleniu. Wskazał dłonią na formularz, a potem machnął nią w bezradnym geście. — Tytoń ponoć najwyższa klasa, jestem pewien, że będzie pan usatysfakcjonowany. Zabezpieczę go odpowiednio na czas podróży, by dotarł do pana nienaruszony, panie...? — Musiał wiedzieć, gdzie posłać sowę. — Mógłbym też dostarczyć go osobiście, o ile zechce mi pan zanotować swój adres na jakimś świstku papieru — ściszył nieco głos, pochylając głowę niżej.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Korytarz [odnośnik]12.03.21 21:13
Czarodziej przesłuchujący Jamesa uśmiechnął się kwaśno, podciągając wyżej kącik ust, jakby coś w słowach lub zachowaniu młodzieńca go rozbawiło. – Być może powinien pan uważniej słuchać babci, okolica już jest bezpieczna. Nie tak, jak za dawnych czasów – powiedział, naśladując ton młodego czarodzieja, choć brzmiąc przy tym trochę drwiąco, a trochę protekcjonalnie. – Skontaktujemy się z nią – dodał po chwili, już poważniej, przenosząc ciężar ciała z jednej strony na drugą.
Nie próbował nawet udawać zainteresowania przedstawioną przez Jamesa metodą leczenia magicznego kataru; słuchając go, ćmił powoli papierosa, wydmuchując dym na bok, a później strzepując popiół do popielniczki. Gdy już go zgasił, zostawiając w ciężkim naczyniu niedopałek, na powrót przeniósł spojrzenie na młodzieńca, wykonując przy tym gest przypominający wzruszenie ramionami. – Nie próbowałem. Być może pańska babcia podzieli się z nami przepisem na tę metodę – zasugerował, nie ciągnął jednak tematu; krótkie spojrzenie na zegarek sygnalizowało, że jego cierpliwość powoli się kończyła. Na zniecierpliwionego wyglądał również otyły mężczyzna w fantazyjnej szacie, który przez cały ten czas stał po drugiej stronie pomieszczenia, milcząc. Młodszy z mężczyzn, słysząc o tym, że James nie był kontrolowany na granicy, uniósł wyżej brwi, po czym na moment przeniósł wzrok na swojego towarzysza: milczący, może porozumiewawczy. – Tak też myślałem – skomentował jedynie; nie wydawał się zdziwiony odpowiedzią.
Postawiwszy przed Jamesem wybór, przez dłuższą chwilę świdrował go spojrzeniem, milcząc jeszcze parę sekund po tym, jak wybrzmiały ostatnie słowa; wreszcie kiwnął głową, wyciągając rękę, tym razem – nie po papierośnicę, a po leżący na stole formularz. Podniósł go wprawnym ruchem palców, zgiął na pół i schował do wewnętrznej kieszeni szaty – stamtąd też wyciągnął drugi, czysty. Położył go przed Jamesem, po czym wyciągnął też różdżkę; machnął nią krótko, a obok formularza pojawiło się pióro i kałamarz z atramentem. – Proszę uważać, by tym razem nie zrobić żadnej literówki – powiedział powoli. Dłonią wskazał na pióro, wyraźnie ponaglając młodzieńca; sam nie ruszył się do wyjścia, nie zmienił też pozycji, górując ponad siedzącym na krześle Jamesem i patrząc mu na ręce. Zapytany o personalia, przedstawił się. – Gilderoy Dawlish, sowa wystarczy. Nie ma potrzeby, by kłopotał się pan osobiście – powiedział sucho.
Stukając miarowo butem o posadzkę, czekał, aż James wypełni ostatnią rubrykę w formularzu; dopiero później ruszył w stronę drzwi, żeby nacisnąć klamkę i otworzyć je na oścież. – Za panem – powiedział, przenosząc wyczekujące spojrzenie na młodzieńca.

James, po napisaniu posta kończącego, uzupełniony kod wrzuć jeszcze raz do tematu z rejestracją różdżek. Nie musisz już rzucać kością za status półkrwi.

Od teraz, do odwołania, w każdym nowym wątku rozgrywanym na ulicach Londynu (nie wliczają się w to lokale, mieszkania, ani subforum Okolice), w dowolnym momencie trwania wątku powinieneś wykonać rzut kością k10. W przypadku wypadnięcia na kości 1, zgłoś ten fakt mistrzowi gry.

Mistrz gry dziękuje serdecznie za rozgrywkę i jej nie kontynuuje (chyba, że zajdzie taka potrzeba).
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Korytarz - Page 8 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Korytarz [odnośnik]14.03.21 0:21
Nie, okolica nie była wcale bezpieczna. Wojna doprowadziła wielu ludzi do biedy, do skrajnej nędzy. Popchnęła do zbrodni, które nigdy nie powinny mieć miejsca. Wyrwała z czarodziejów najgorsze demony, sprawiając, że niektórzy zapomnieli o swoim człowieczeństwie. Wojna była okrutna i podła, dla wielu, wielu mieszkańców Londynu. Być może w jego świecie poziom bezpieczeńtwa na ulicach wzrósł, wraz ze zniknięciem mugoli. On był innego zdania. I jedni i drudzy potrafili zmieniać się w potwory. I jedni i drudzy potrafili zamienić każdy dzień w istny koszmar. Nie odezwał się jednak słowem, patrząc tylko na urzędnika, czując jak twarz mu tężeje. Skinął mu głową ze spokojem, nie tracąc przy tym już głowy. Użyte personalia może i były felerne, ale z pozostałych kwestii nie mógł się wycofać. Nie był pewien, czy jego rodzeństwo posługiwało się prawdziwym nazwiskiem; czy nie rejestrując na nie różdżki nie sprowadzi na nich kłopotów, jeśli kiedykolwiek go złapią, jeśli postanowią go ukarać. Nie chciał ryzykować, ściągać na siostrę srogie spojrzenia tych wszystkich wymuskanych urzędników, funkcjonariuszy policji. Potrzebowała czystej karty. A jego brat? Co jeśli narobił już sobie wystarczająco dużo wrogów, by to nazwisko wpędziło ich w kłopoty? By ściągnęło niebezpieczeństwo?
— Z pewnością to zrobi – opowiedział spokojnie, spoglądając to na jednego, to na drugiego urzędnika. Przełknął ślinę i spuścił wzrok dopiero, kiedy temat zszedł na kontrolę granicy. Może to czas, by przestał udawać pewnego siebie, odrobina skruchy i żalu nikomu jeszcze nie zaszkodziła — a to mogło dać mu szansę na dokończenie tej papierologii, by nie pojawiać się tu, w Ministerstwie Magii już nigdy więcej. Nie podnosił go wysoko przez dłuższą chwilę, ale dostrzegł, jak gnie papier i chowa go do kieszeni, a później wyjmuje z niej czysty formularz. Liczył na to, że go zniszczy i nie obciąży w najbliższej przyszłości — a jednak nie był na tyle naiwny, by wierzyć, że go nie wykorzysta, kiedy coś pójdzie nie tak.
Chwycił do ręki pióro i przyznał się bliżej stołu. Delikatnie zanurzył końcówkę w atramencie, i pilnując, by nie zrobić przy tym kleksa, bez zastanowienia zaczął kreślić pierwsze litery. Patrin, bo to imię jako drugie nadała mu matka. Imię znaczące dla jej rodziny, imię, które znali jego najbliżsi, i po którym w razie problemów wciąż mogliby go rozpoznać. Wiedział, że zbyt wielu czarodziejów nie mogło nosić cygańskiego imienia. Nazwisko wybrał zupełnie przypadkowe, pierwsze, które nasunęło mu się na myśl. Nie zawahał się, kiedy je pisał. Robił to powoli i starannie, uzupełniając wszystkie pozostałe rubryki bez większego namysłu. Zawahał się tylko przy statusie krwi. Zacisnął zęby, wpisał to, co powinno się pewnie znaleźć na formularzu od razu.
Kiedy skończył, uniósł wzrok na mężczyznę i skinął głową. Gilderoy Dawlish. Zapamiętał. Ciekawe, czy to właśnie te inicjały miał wypisane na złotym zegarku. Wstał i ruszył za mężczyzną wskazanym przez urzędnika, opuszczając pokój przesłuchać. Rozejrzał się dookoła, mniej zainteresowany ewentualnym spotkaniem Ruperta, bardziej w celu rozeznania sytuacji, która mogła ulec zmianie. Uśmiechnął się lekko, kiedy stanął przed kobietą, przyjmującą wnioski i podał jej wypełniony formularz raz jeszcze.

| zt (mam nadzieję) dziękuję pięknie :pwease:


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Korytarz [odnośnik]25.04.21 18:30
1.10

Co za cholerna niesprawiedliwość i parszywe zrządzenie losu, że żeby poruszać się po Wielkiej Brytanii i zachować personalną wolność, trzeba było zarejestrować różdżkę w urzędzie. Tak jakby Ministerstwo już nie dość wciskało się w każdy aspekt ich życia, skazując na okrutną i bezsensowną wojnę, na uprzedzenia, na zrujnowanie dziedzictw magicznej kultury i pogłębiające się ubóstwo. Do tej pory nie chciał stawać po żadnej stronie, gdyż był zwyczajnym wolnym duchem, idącym z prądem dziejów, ale wiadomości o cierpieniu i niesprawiedliwości napływały z każdej strony, naciskając, gniotąc wyczerpane sumienie. Ile jeszcze? Ile jeszcze ludzi będzie musiało umrzeć, żeby świat się opamiętał i przywrócił pokój?
Same ponure myśli zaprzątały mu głowę, gdy przyszedł tego ranka do Ministerstwa, żeby złożyć swój wpis i wyprosić pozwolenie na bycie obywatelem tego cholernego kraju.
Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy, przemknęło mu przez myśl, gdy jakiś biurokrata z krawatem przepchnął się koło niego, posyłając mu nieprzyjazne spojrzenie. Przeszkadzały mu wytarte spodnie i zarzucona na ramię spękana skórzana torba? A może miał zwyczajnie wypisane na czole, że jest półkrwi, że jego babcia od strony matki była mugolaczką? Nie wstydził się tego i chętnie by im wyłożył całe swoje drzewo genealogiczne łącznie z niemagiczną częścią, ale w tych czasach takich rzeczy się po prostu nie robiło, musiał zachować dyskrecję.
Zmęczony i zniechęcony usiadł na ławce pod ścianą, przyglądając się spode łba, jak mężczyzna w czarnej szacie wyprowadza z gabinetu szlochającą kobietę. Myślał o swoich przyjaciołach, tych obecnych i tych dawnych, którzy z różnych powodów nie mogli zarejestrować różdżek i wiedli życie na granicy prawa. Albo o rebeliantach. Nie, o rebeliantach starał się nie myśleć, na wypadek gdyby gdzieś tu skrywał się jakiś pieprzony legilimenta. Do nikogo już w Ministerstwie nie miał zaufania, na znanych korytarzach czuł się przytłoczony, powietrze - jakby gęstsze - mniej gładko wchodziło do płuc. A podłoga śmierdziała tanim lakierem.
Jak długo jeszcze będzie musiał czekać? Przyszedł przecież na swoją godzinę.
- Następny.
I wreszcie przyszedł ten moment. Żeby tylko obyło się bez problemów.

/zt
[bylobrzydkobedzieladnie]



I'm here
I whisper
You can talk to me
or not talk to me
But i'm here
Elric Lovegood
Zawód : Smokolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
A potem świat
znowu zaczął istnieć
ale istniał zupełnie inaczej
OPCM : 12 +3
UROKI : 8 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Jasnowidz
my kind belongs nowhere
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9649-elric-lovegood https://www.morsmordre.net/t9725-vincent#295249 https://www.morsmordre.net/t9722-droga-niewybrana#295200 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9724-skrytka-bankowa-nr-2210#295204 https://www.morsmordre.net/t9723-elric-lovegood#295203
Re: Korytarz [odnośnik]24.05.21 0:22

30 X 1957

Wiedziała o konieczności rejestracji różdżki, usłyszała o tym już parę miesięcy temu, lecz do dziś zwlekała. Przecież nie pojawiała się w większych miastach, ostatnie tygodnie spędziła w Dolinie, gdzie nie słyszała, aby ktokolwiek podejmował się tego śmiesznego obowiązku. Czarownica, u której mieszkała w końcu przekonała ją, żeby udała się do stolicy i Ministerstwa Magii. Przedstawiła najważniejsze informacje, które mogły jej umknąć i faktycznie część brzmiała nowo oraz poradziła, co zrobić. Podobne instrukcje, chociaż bardziej oficjalnie i legalne usłyszała na miejscu. Plik dokumentów spoczywał w jej dłoni, podobnie jak różdżka; dziesięć cali figowca z sierścią mantykory. Specyficzne połączenie, które pozornie nie pasowało do drobnej dziewczyny, jaką była. Rozglądając się dyskretnie po towarzyszących jej osobach, kolejce grzecznie ustawionej do odpowiednich okienek i nie rozumiała ich strachu. Nie bała się, nie obawiała niczego, nawet jeśli wiedziała, że wiele z tego, co wpisała z dokumentów, jest kłamstwem. Mimo to potrafiła nad sobą panować, tłamsić zdradzieckie emocje. Dla wielu była tancerką, delikatnym ptakiem, który wirował w rytm granej muzyki, lecz pod tymi pozorami pozostawała również złodziejką. Przebiegłym dziewczęciem, nauczonym całkiem wprawnie kłamać, a gdy zaczynało brakować umiejętności, sięgała po coś więcej. Dziś musiała mieć pewność, że się nie potknie, że słowa wypowiadane pewnie, nie ściągną na nią podejrzeń. Dlatego przecznice przed Ministerstwem wychyliła fiolkę z eliksirem zwanym wężowe usta.
Tego dnia zamierzała stworzyć sobie tożsamość. Przywłaszczyć cudze nazwisko, obcy status krwi i odegrać się za sytuację sprzed kilku miesięcy. Zagrać na nosie człowiekowi, który okazał się bardziej przebiegły niż ona sama albo po prostu dość spostrzegawczy. Rzadko przyłapywano ją na kradzieży, lecz wtedy dłoń ostrożnie wsunięta w kieszeń płaszcza, mimo że zamknęła się na opasłej sakiewce, nie cieszyła się długo łupem. Musiała wypuścić ją z palców, nieśmiało cofnąć rękę, opierając dłoń na męskim boku i odegrać niezdarną dziewczynę. Kłamała z najbardziej uroczym uśmiechem na jaki było ją stać, tworząc historyjkę, jaka nie miała prawa mieć miejsca i na pewno o tym wiedział. Pamiętała to specyficzne spojrzenie, wyjątkowo przenikliwe, jakby mówiło wprost, że na próżno się stara. Była pewna, że wpadła, lecz wbrew najgorszym myślą puścił ją z obietnicą, wypowiedzianą tak lekko, że tym bardziej nie chciała go już nigdy więcej spotkać. Zapamiętała jego nazwisko, wyryło się we wspomnieniach, wraz z jego przystojną twarzą i całą sylwetką.
Drgnęła i poderwała głowę, gdy zrozumiała, że właśnie nadeszła jej kolej. Podała urzędnikowi dokumenty oraz różdżkę, uśmiechając się lekko, nawet kiedy zaczął na głos czytać zapisane informacje o Niej.
Eveline Mulciber, czysta krew, mieszkająca w Londynie. Dziewczę znikąd.
Nie bała się. Eliksir nadal działał, wszystko było więc po jej stronie.

| Kłamstwo (II) + Wężowe usta (+48)

zt



bałam się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich knutach
Eve Doe
Zawód : Tancerka, sroka łasa na wszystko
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
To, czego chcesz, przychodzi do ciebie zawsze inaczej; wcześniej, później, w niedoborze, w nadmiarze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Korytarz - Page 8 W05eVlm
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9651-eve-doe https://www.morsmordre.net/t9728-raven https://www.morsmordre.net/t9727-magpie https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t10225-skrytka-bankowa-nr-2211#311456 https://www.morsmordre.net/t9729-e-doe
Re: Korytarz [odnośnik]24.05.21 0:22
The member 'Eve Doe' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 35
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Korytarz - Page 8 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Korytarz [odnośnik]17.07.21 22:01
2 października
Źle znosiła urzędy, załatwianie dorosłych spraw, a tym bardziej takich, o których słyszała już wiele dziwnych plotek, historii i bajek z mchu i paproci. Od zamknięć w Tower, przez rzekome egzekucje i donoszenie na innych, po najmniej niebezpieczne pozbawianie różdżek na kilka dni. Jakkolwiek by nie było, fakt był taki, że musiała się zarejestrować, czy tego chciała, czy nie. Jeśli nie dla swojego bezpieczeństwa, to dla Areny, która z pewnością w pewnym momencie stanie na celowniku rządzących, i jeśli ten świstek papieru w jakiś sposób miał ochronić jej bliskich, to nie widziała żadnych przeciwwskazań. Pełna inwigilacja w obliczu krzywdy przybranej rodziny była niską ceną za względny święty spokój.
Na tę cudowną okoliczność zarezerwowała sobie praktycznie cały dzień, bo nie wiedziała ani co się wydarzy, ani ile to potrwa, zaś sam tłum ludzi rozciągnięty po korytarzach Ministerstwa niemal wcale jej nie zaskoczył. Podobne ilości widywała nie raz przecież podczas występów na widowni; choć tu taka ilość osób nie wróżyła nic, poza kilkoma godzinami nudzenia się. Pierwsza minęła jej na obserwacji ludzi – widziała różne reakcje, od spokoju, przez zmieszanie, po totalną panikę, która sugerowała, że ci mieli akurat najmniej na sumieniu i niczego nie powinni się obawiać. Po drugiej godzinie czuła jak zaczynają drętwieć jej nogi od przesuwania się w ślimaczym tempie do przodu. Chociaż była przyzwyczajona do długich godzin "na nogach", tak wizyta w urzędzie była zdecydowanie innym typem aktywności. Męczącym. Trzeciej i czwartej godziny w zasadzie nie pamiętała; chyba spędziła ją na wgapianiu się w pstrokatą posadzkę, a kiedy wreszcie zbliżała się jej kolej, zaczynała czuć wewnętrzny niepokój. Co, jeśli zasłyszane opowieści były prawdą? Co, jeśli nie wróci wolno do domu a do Tower? Usilnie wierzyła, że za prawdę przecież nie da się robić problemów, ale wiedziała, że dzisiaj nic już nie było takie pewne. Nim zdążyła zastanowić się nad tym, co powiedzieć i jak się zachować, było za późno. Usłyszała głośne "następny", po którym zaczął się cały proces.

zt


go alone
my flower, and keep my whole lovely you; wild green stones alone my lover and keep us on my heart.
Nora Fletcher
Zawód : charakteryzatorka
Wiek : 22 lata
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
get ready to unleash hell
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
https://i.pinimg.com/564x/e7/d3/7d/e7d37d08346e18fdd609380ea235b124.jpg
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9477-nora-fletcher#288762 https://www.morsmordre.net/t9895-kiedys-bedzie-sowa#299361 https://www.morsmordre.net/t9892-cute-but-psycho#299346 https://www.morsmordre.net/f370-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-10 https://www.morsmordre.net/t9903-skrytka-bankowa-nr-2170#299562 https://www.morsmordre.net/t9898-n-fletcher#299381

Strona 8 z 8 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8

Korytarz
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach