Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Korytarz
AutorWiadomość
Korytarz [odnośnik]26.02.16 15:40
First topic message reminder :

Korytarz

"Winda ponownie ruszyła i po chwili drzwi się otworzyły, a głos oznajmił:
- Drugie piętro, Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów z Urzędem Niewłaściwego Użycia Czarów, Kwaterą Główną Aurorów i Służbami Administracyjnymi Wizengamotu."
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Korytarz - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Korytarz [odnośnik]18.08.20 17:52
Robin trafił przed biurko, które zajmowała siwiejąca już miejscami kobieta. Na jej nosie znajdowały się okulary w kształcie dwóch kółek, które zmniejszały jej oczy dając dość absurdalny widok. Można było odnieść mylne wrażenie, że Brunhilda - bo tak miała na imię - nie widzi zbyt wiele. Widziała jednak dostatecznie, potrafiła też czytać z ludzi, dlatego kiedy Hawthorne pojawił się przed nią z kamienną miną wyciągnęła rękę po formularz, na którym skupiła swój wzrok. Przesuwa po nim wzrokiem, a później wraca nim do mężczyzny by rozpocząć lawinę pytań, która nie zdaje się kończy. Słyszy dukanie i to ono jako pierwsze wzbudza jej podejrzenia. Nic jednak nie da wyczytać się z jej twarzy. Pyta o rodziców ojca, a później dziadka, potem o tych należących do matki. By za chwilę zapytać o zawód babki matki. Kluczy i męci, czasem pytając pod rząd dwa razy o tą samą osobę jedynie inaczej ją nazywają; A pański dziadek zajmował się? A syn pana pradziadka co robił? Tutaj napisane jest, że ojciec pana ojca wykonywał ten zawód, czy to prawda? Nie przerywała by finalnie kazać wymienić mu wszystkich od najstarszych do najmłodszych. Kiedy skończyła, poprosiła o różdżkę z którą zniknęła w jednym z korytarzy. Robin nie miał pojęcia co myślała kobieta u której rejestrował różdżkę. Wszystko wyjaśniła się, kiedy wraz z nią wrócił patrol magicznej policji, która właściwie od razu posłała w kierunku Robina udane Esposas, nie dając mu dostatecznie czasu na reakcję.
- Idziemy. - jeden z mężczyzn zwrócił się do Robina, głosem nie znoszącym sprzeciwu.
Jednego z nich, Crabba mętnie mógł kojarzyć Theodore. Znajdowali się na jednym roku w Hogwarcie, a jego twarz musiał czasem widywać w Departamencie Przestrzegania Prawa, kiedy to nie pracował jeszcze z pewnością jako policjant, choć nie mógł przypomnieć sobie co wcześniej robił.

| macie 48h na odpis, waszym Mistrzem Gry jest Justine w razie pytań  zapraszam, Robin został posądzony o podanie nieprawdziwych danych i zostanie odprowadzony do Tower po upływie tego czasu
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Korytarz - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Korytarz [odnośnik]18.08.20 20:27
Uśmiechnął się w duchu, słysząc zdawkową odpowiedź Robina, bynajmniej wcale niedotknięty brakiem wylewności z jego strony. Wprost przeciwnie; doceniał ostrożność i dyskrecję, ludzie chwalący się swoimi dokonaniami i interesami na prawo i lewo z reguły nie pozostawali w biznesie długo, kończąc albo w zatęchłej celi w Tower, albo – jeśli mieli pecha – gdzieś w portowym rynsztoku, podgryzani przez szczury i przerabiani na ingrediencje – dopóki ktoś nie zdecydował się na zabranie ciała. Robin zdawał się do nich nie należeć, co – może trochę paradoksalnie – zagwarantowało mu u Theodore’a kilka dodatkowych punktów w skali zainteresowania. Nie próbował jednak ciągnąć go za język już dłużej, to nie było odpowiednie miejsce na tego typu pertraktacje – skinął więc jedynie głową, w duchu postanawiając zapytać o niego Sintas. Tak samo jak o samą naturę tej znajomości; ciekaw był, co takiego jego przyjaciółka kupowała spod lady, czego nie zapewniano jej w siedzibie wiedźmiej straży – jeszcze nie zdając sobie sprawy, że pod jego nieobecność zdążyła zmienić branżę. Mieli dużo do nadrobienia, nie mógł się doczekać, kiedy już stąd wyjdą, zostawiając za sobą gromadę poddenerwowanych czarodziejów, póki co jednak był uwięziony na tym dusznym korytarzu, skazany na towarzystwo małomównego Robina – który chyba trochę sobie z niego kpił?
Uniósł wyżej brew, nie skomentował jednak pojedynczego słowa w żaden sposób, zamiast tego ograniczając się do milczącego odprowadzenia młodzieńca spojrzeniem. Wrócił po chwili, w samą porę, by na czas wsunąć się za drewniane drzwi. – Niedopuszczalne – skwitował informację o braku mydła, powstrzymując się, żeby nie zapytać, czy nie zabrał ze sobą również różdżki. Zresztą – i tak by nie zdążył, minęła chwila i Robina już nie było, a on został na niewygodnej ławce sam, czując się coraz bardziej nieswojo z tym, że jako jeden z nielicznych nie okazywał żadnych śladów zdenerwowania. Czy powinien był usiąść bardziej sztywno, trochę pospacerować od ściany do ściany, żeby mniej zwracać na siebie uwagę? Rozejrzał się po twarzach otaczających go ludzi, ostatecznie stwierdzając, że szkoda mu było na to zachodu; w budynku ministerstwa czuł się jak u siebie, a czekające na niego przesłuchanie budziło raczej znudzenie obowiązkiem niż niepokój. Na tkwiący na ręce zegarek zerknął jedynie z przyzwyczajenia, gdy już to jednak zrobił, zorientował się, że Robina nie było już dziwnie długo. A może tak tylko mu się wydawało? Która była godzina, kiedy zniknął za drzwiami?
Korytarz szybkim krokiem przemierzyła jakaś kobieta, żeby niedługo później wrócić w towarzystwie dwóch mężczyzn, których mundury Theodore rozpoznał bez mrugnięcia okiem. Nieco dłużej zabrało mu przypisanie nazwiska do jednej z twarzy, początkowo jednak się nie odezwał – obserwując jedynie, jak drzwi do pomieszczenia się otwierają, a w nich na powrót pojawia się Robin. Tym razem z rękami charakterystycznie wyciągniętymi przed sobą, skutymi kajdanami, których pojawienie się mogło spowodować tylko jedno zaklęcie. Zapanowało zamieszanie, a stojący na korytarzu ludzie cofnęli się pod ściany, mimo że już i tak prawie się z nimi stapiali; zupełnie jakby tych kilka centymetrów przestrzeni mogło ich przed czymkolwiek uchronić. Niektórzy odwrócili spojrzenia, inni wprost przeciwnie, choć wszyscy najprawdopodobniej w duchu cieszyli się, że to ktoś inny – że nie padło na nich.
Podjęcie decyzji zajęło mu trzy sekundy, w trakcie których osobliwy pochód zdążył już przesunąć się nieco dalej w stronę wind – wstał z miejsca spokojnie, żeby zrobić parę przyspieszonych kroków, chociaż wcale nie napędzał go altruizm ani świeżo odkryta sympatia do młodzieńca; jego los był mu właściwie obojętny, ale – po pierwsze był znajomym Sintas, a po drugie próba wyciągnięcia go z tarapatów właściwie nic go nie kosztowała, a mogła zaowocować w przyszłości. Niechcianych przysług nikt co prawda nie lubił, wątpił jednak, by Robin miał w tej sytuacji wyjście; bez względu na to, czy przyłapano go właśnie na oszustwie, czy aresztowano wyrywkowo, jeśli trafi do aresztu, to szybko z niego nie wyjdzie. – Crabbe – odezwał się, nie podnosząc głosu – ale mówiąc wystarczająco głośno, by zwrócić na siebie uwagę zarówno policjanta, jak i towarzyszących mu czarodziejów. Przeniósł spojrzenie na mężczyznę, pozwalając, by ich spojrzenia się spotkały i czekając, aż w jego tęczówkach pojawi się błysk rozpoznania. Uśmiechnął się, podciągając jeden kącik ust – nie usłużnie ani przymilnie, a zwyczajnie, jakby witał się z dawno niewidzianym znajomym spotkanym przez przypadek w kolejce po słodką bułkę. – Czy jest jakiś problem? – zapytał, przenosząc wzrok najpierw na Robina, a później na stojącą obok kobietę. Domyślał się, że to ona rozdawała tu karty, patrol magicznej policji wykonywał jedynie rozkazy. Odczekał ułamek sekundy, aż na twarzach wszystkich pojawi się konsternacja wywołana jego zachowaniem – wiedział, że tak się stanie – i dopiero wtedy pospieszył z wyjaśnieniem. – Robin to mój kuzyn, przyszliśmy tu razem. – Kłamstwo spłynęło z jego ust gładko, naturalnie jak wypuszczenie powietrza przy oddychaniu, bez śladów zawahania – a za to z idealnie wymierzoną mieszaniną troski, zdezorientowania i stanowczości, charakterystycznej dla kogoś, kto nie miał powodów, by wątpić w status własnej krwi. Zwrócił się z powrotem w stronę Crabbe’a. – Jeśli nastąpiło jakieś nieporozumienie – bo nie było przecież innej możliwości – to na pewno uda się je wyjaśnić – dodał, wpatrując się w funkcjonariusza magicznej policji. Towarzysząca mu urzędniczka była tą, którą musiał przekonać, ale to Crabbe stanowił jego jedyny z nią łącznik – i to on musiał potwierdzić wiarygodność jego słów. Sam Theodore miał niewielkie wątpliwości co do tego, że to zrobi, jedyną niewiadomą w rozgrywającej się właśnie scence pozostawał więc Robin.

| kłamstwo (?) IV


it's a small crime
and i've got no excuse
Theodore Wilkes
Zawód : wiedźmi strażnik; podróżnik; przemytnik
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler

count my cards
watch them fall
blood on a marble wall

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t8204-theodore-wilkes https://www.morsmordre.net/t8449-aurora https://www.morsmordre.net/t8384-zapiski-z-bezsennych-nocy https://www.morsmordre.net/f164-old-woolwich-road-55 https://www.morsmordre.net/t8383-skrytka-bankowa-nr-1979#243577 https://www.morsmordre.net/t8450-theodore-wilkes
Re: Korytarz [odnośnik]18.08.20 22:24
Nerwowo przysiada na brzegu krzesła, popatrując na czarownicę usadowioną po drugiej stronie szerokiego biurka. Dzieli ich blat pozastawiany zwojami pergaminów oraz licznymi bibelotami, tu pęk piór, tam przycisk do papieru, obok ozdobny model miotły z kilkoma ułamanymi witkami w ogonie. Na jasnoniebieskich ścianach wiszą obrazki przedstawiające kwiatki, Robin odnotowuje, że kobieta musi spędzać tu masę czasu. Inaczej by go nie marnowała, tylko po to, żeby ozdobić i tak dość przytłaczający gabinet. Czy łapówki przechodzą pod stołem, czy złoto przesuwa się na widoku? Wierci się, gorąco mu: mimo że jest ciepło i duszno, okna pozostają zamknięte. Na plecach ma już pewnie wielką plamę potu, ręce stara się dyskretnie wytrzeć o spodnie. Zdradza się z niepokojem, ale temu przecież służy podgrzewana atmosfera. Rozgryzł to, sprytny ruch ze strony ministerialnych pluskiew, ale jego przecież nie dostaną. Zadbał o to. W siebie nie wierzy, wzięty na spytki poplątałby się już w pierwszym wezwaniu do tablicy, lecz eliksir zrobi swoje. Jego wywary jeszcze nigdy nie zawiodły, tak będzie i tym razem. Pytanie-odpowiedź. Trzykrotne mrugnięcie lewą powieką. Zagięcie kołnierza koszuli. Beznamiętna recytacja i kilka potknięć. Niedobrze. Zaczyna się mylić. Okulary czarownicy zsuwają się jej na nos, karykaturalnie powiększając oczy, a on mimo że wcześniej grzał brzeg krzesła, teraz wciska się w nie jak najgłębiej. Buduje niezdrowy dystans, na początku: fizyczny. Drażnią go te wielkie oczy i zrzędliwy ton wiedźmy. Musi mówić, mówić i cały czas mówić, a ona na zadowoloną wcale nie wygląda. A przecież wymienia po kolei rodziców, dziadków i pradziadków, trochę tylko odbiegając od rzeczywistości, to jest, w przypadku ojca. Sam nie wie, kiedy zaczyna się plątać. Razem z jąkaniem, palcami wybija prosty rytm na drewnianej poręczy krzesła. Tam-tamtam.Tam-tamtam. Tam-tamtam. Uderzenia wyciszają, Robin liczy i choć dalej zlany jest potem, to nerwówka umyka. Stały rytm pomaga utrzymać konwersację płynnie lecz to już chyba wszystko na dziś? Bez szemrania podaje kobiecie różdżkę i czeka sztywno na krześle, czekając na jej powrót. Właściwie ani drgnie, zastygnąwszy jak posąg, wyzbyty ludzkich odruchów do tego stopnia, ze gdy słyszy ciężkie kroki zamiast stukania pary szpilek, nie odwraca głowy. Daje się wziąć z zaskoczenia, nie stawia oporu. Jak? Różdżki brak, eliksirów żadnych przy sobie już nie ma, a nawet gdyby, to i tak by odpuścił. Na jego nadgarstkach pojawia się magiczny łańcuch i zaciska się z cichym sykiem, a Robin popychany przez funkcjonariuszy wychodzi z gabinetu. Nie protestuje, zbyt zszokowany tak nagłym niepowodzeniem - co zrobił źle? - i zamiast negocjować zwolnienie, analizuje możliwy błąd przy warzeniu eliksiru wężowych ust. Głowę spuszcza w dół i pokornie daje się kierować, na chwilę obecną - całkiem bezrefleksyjnie. Zatrzymuje się jednak jak wryty, gdy pochód wstrzymuje głos Theodore'a. Chłopak prawie krztusi się ze zdumienia, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami, ale przyjmuję tą pomoc. Na pewno nie bezinteresowną, i tutaj Robin stawia sobie pytanie, czy gest mężczyzny nie będzie kosztować go drożej od nocy w areszcie?
Jeśli go tam nie wsadzą oczywiście - lub nie wsadzą ich.
Zapomniawszy języka w gębie, kiwa skwapliwie głową, na znak, że to prawda, że jest tak, jak on mówi. Wilkes. Musi mieć tu plecy.
A on, bez względu, jak to się potoczy, ma dług u niebezpiecznego człowieka.
Robin Hawthorne
Zawód : Alchemik z powołania
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I have seen the moment of my greatness flicker,
And I have seen the eternal Footman hold my coat, and snicker
And in short, I was afraid.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5744-robin-hawthorne https://www.morsmordre.net/t5766-paracelsus#136059 https://www.morsmordre.net/t5767-alchemik-do-wynajecia#136061 https://www.morsmordre.net/f188-smiertelny-nokturn-18-13 https://www.morsmordre.net/t5765-skrytka-bankowa-nr-1417 https://www.morsmordre.net/t6217-robin-hawthorne
Re: Korytarz [odnośnik]19.08.20 16:14
- Wilkes. - przywitał się bez większego entuzjazmu policjant, zatrzymując i zwracając w stronę mężczyzny. Wraz z nim zatrzymała się pozostała dwójka. Brunhilda Lyon odwróciła się na pięcie, ze swoim niewysokim wzrostem zadzierała teraz brodę ku górze, by zmierzyć spojrzeniem zza okrągłych okularów mężczyznę, który postanowił im przerwać.
- A i owszem. - odezwała się trochę piskliwym głosem, unosząc palec wskazujący, by nim poprawić okulary na nosie. - Panu - uniosła jego formularz przed nos - Robinowi Hawthorne zostanie postawiony zarzut podjęcia się próby oszustwa Ministerstwa Magii. Jeśli to oczywiście jego właściwe dane. - wyjaśniła, specjalnie podnosząc głos, by każdy na korytarzu mógł usłyszeć go wyraźnie jako ostrzeżenie tych, którzy zamierzali też spróbować podjąć się tego. Słowa, które wypadły z ust Theodore uniosły jej brwi ku górze w zdziwieniu. Zaraz je zmarszczyła.
- Crabbe. Znasz go? - zapytała odwracając głowę w kierunku policjanta. Ten skinął głowę.
- Theodore Wilkes, byliśmy w jednym domu w Hogwarcie. - wyjaśnił lakonicznie nie zainteresowany bardziej tym, co się właśnie działo. Widocznym było, że jedyną osobą która w tej sprawie podejmowała decyzje, była niewysoka kobieta. Spojrzała na skruszałego Robina, a później przeniosła wzrok na wiedźmiego strażnika.
- Dobrze, panie Wilkes. - powiedziała kierując się energicznie na powrót na swoje miejsce, machając kilka razy własną różdżką, by przywołać dokumenty. Zasiadła za biurkiem, łapiąc w locie kartki, które przejrzała szybko spojrzeniem, by ułożyć je w jego stronę. Formularz który złożył wiedźmi strażnik i ten o który chwilę wcześniej wypytywała Robin. Jeden z policjantów popchnął Robina by i on ruszył w tym samym kierunku co kobieta. - Proszę wyjaśniać. - spojrzenie Brunhildy oczekiwało na informacje.

| 48h na odpis
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Korytarz - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Korytarz [odnośnik]19.08.20 20:43
Nie lubił pracować w ten sposób – chaotyczny, niezorganizowany; zadania, które na co dzień wykonywał w terenie, wymagały na ogół tygodni przygotowań, dokładnych obserwacji, sporządzania notatek, układania złożonych i wyposażonych w wyjścia awaryjne planów działań. Rozłożenie infiltrowanego środowiska na czynniki pierwsze było podstawą, która zapewniała później swobodne się w nim poruszanie, czyniąc jego zachowanie przekonującym. Był w tym dobry – w tym planowaniu – jednak sytuacja, w którą przed chwilą własnoręcznie się wpakował, nie miała nic wspólnego ze starannym wykonaniem ułożonego wcześniej planu, stanowiąc – co tu dużo mówić – czystą improwizację. Z aktorami, których nie znał, i według scenariusza, którego nie miał okazji przeczytać; musiał jakoś wpasować się w tę scenę, zaczął jednak od próby rozwikłania, kto grał w niej jaką rolę. Crabbe i jego kolega z magicznej policji zdawali się być statystami, na tyle niezainteresowanymi całą sprawą, że równie dobrze mogliby pełnić funkcję elementów scenografii; główne skrzypce grała, rzecz jasna, kobieta – mówiła dużo i głośno, w widoczny sposób podkreślając, że to ona rozdawała tutaj karty. Musiała lubić, gdy się z nią liczono; prawdopodobnie zajmowała wysokie stanowisko lub do takowego aspirowała, w każdym razie: domagała się szacunku, Theodore sporządził więc naprędce mentalną notatkę, by przy najbliższej okazji ją o nim zapewnić. No i był jeszcze Robin, nagle nawet bardziej milczący niż przed chwilą, co miało swoje plusy i minusy. – Na jakiej podstawie? – zapytał, odpowiadając na rzucone w przestrzeń oskarżenie; nienachalnie, ale nie pozwalając, by w jego głosie pojawił się chociażby gram zawahania. Nie żądał, prosił o wyjaśnienie. – Musiała zajść pomyłka – dodał, wciąż z tym samym niezbitym przekonaniem. To, czy Hawthorne rzeczywiście próbował przed chwilą oszukać ministerstwo, czy stał się jedynie przypadkową ofiarą urzędniczej skrupulatności, nie miało żadnego znaczenia; w przedstawieniu, które postanowił odegrać Theodore, intencje Robina były czyste jak łza – tego więc się trzymał, mierząc kobietę uprzejmym spojrzeniem, zakropionym odmierzoną starannie dawką zdezorientowania.
Kiwnął głową, kiedy Crabbe potwierdził jego tożsamość, a gdy kobieta ruszyła w stronę swojego biurka, podążył za nią bez zawahania, traktując podjętą przez nią decyzję jako małe zwycięstwo. Fakt, że postanowiła go wysłuchać, świadczył o tym, że udało mu się zasiać w niej ziarno wątpliwości: gdyby była stuprocentowo pewna winy alchemika, nie zawracałaby sobie głowy proszeniem o wyjaśnienia. Zaczekał, aż usiądzie, zatrzymując się przed blatem; nie poprosiła go, by zrobił to samo, nie opadł więc na ustawione po drugiej stronie biurka krzesło, zamiast tego spoglądając w dół – na podsunięte mu pod nos formularze. Spodziewał się jakiegoś doprecyzowania, jeśli nie wytknięcia błędu palcem – ale urzędniczka zwyczajnie milczała, zostawiając go sam na sam z rzuconą na stół zagadką. Której stał się częścią; dotknął krawędzi własnego formularza, tylko pozornie go prostując, ale przy tym również odsuwając go nieco na bok, dalej od zasięgu wzroku Robina, by wiedźmia straż wpisana w rubryczce odpowiadającej za zawód nie zwróciła jego uwagi. Siedząca naprzeciwko nich kobieta wiedziała, że był jednym z nich, Hawthorne nie musiał. – Czy zechciałaby pani wyjaśnić, gdzie tkwi problem? – zapytał, przenosząc spojrzenie na formularz wypełniony przez Robina; nie oczekiwał jasnej odpowiedzi, zwyczajnie – kupował dla siebie czas, potrzebny mu do przeanalizowania tego, na co patrzył. Między jego brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka, gdy studiował skrócone drzewo genealogiczne człowieka, którego spotkał po raz pierwszy w życiu, szukając w nim słabych punktów; stronę matki odrzucił z miejsca, nazwisko Blythe nie budziło jego wątpliwości; musiało więc chodzić o ojca. – Ach – mruknął, nie czekając na odpowiedź kobiety, jakby nagle coś zrozumiał – i po części właśnie tak było. Dziadkowie od strony ojca, nie za blisko ani nie za daleko, ale co najważniejsze – z punktem wspólnym, który aż prosił się, żeby go wykorzystać do skonstruowania kłamstwa wystarczająco przekonującego, by obaj wyszli stąd bez kajdan na nadgarstkach. – Wpisałeś u babci nazwisko po pierwszym mężu – zwrócił się do Robina, po raz pierwszy od momentu znalezienia się w pomieszczeniu przenosząc na niego spojrzenie – i zaklinając go w duchu, żeby nie wybrał właśnie tej chwili, żeby się odezwać. Nie wpatrywał się jednak w niego zbyt długo, niemal od razu na powrót przenosząc uwagę na kobietę; dając jej do zrozumienia, że wciąż uważał ją za najważniejszą osobę w pokoju. – Widzi pani, tutaj? Porpentyna Wilkes i Porpentyna Hawthorne to ta sama kobieta. Nasza babcia. – Stuknął palcem najpierw w jedno imię na własnym formularzu, później w to samo – wypisane na formularzu Robina. – Po śmierci pierwszego męża wyszła za mąż za mojego dziadka, stąd inne nazwisko. Oboje od lat nie mieszkają w Anglii, nie przyjeżdżają nawet na święta. Hodowla testrali zabiera im cały czas. – To ostatnie nie leżało daleko od prawdy, dziadkowie od strony ojca rzeczywiście od nie mieszkali już na Wyspach, ale co najważniejsze – blef był niemożliwy do szybkiego zweryfikowania. – Ledwie ich pamiętam, Robin zapewne w ogóle – dodał, kontrolnie sprawdzając jeszcze datę urodzenia na formularzu alchemika; osiem lat różnicy, wystarczająco, by miało to znaczenie. Jeżeli miało się krewnych, których nigdy się nie widziało, łatwo było pogubić się w ich prywatnych zawiłościach; Theodore miał jednak zamiar wyciągnąć z rękawa jeszcze jedną kartę. Odrobinę ryzykowną, bo dodającą do równania jeszcze jedną osobę – ale wierzył, że w razie potrzeby jego ojciec wybrnąłby z tego z twarzą. – W razie, gdyby trzeba to było zweryfikować, mój ojciec – Tiberius Wilkes – może to potwierdzić, zdaje się, że jest dzisiaj w pracy. Na dziesiątym poziomie – dodał, spoglądając prosto na urzędniczkę. Nie musiał precyzować, że chodziło o Wizengamot, na dziesiątym nie było niczego innego; pytaniem otwartym pozostawało, czy Brunhilda Lyon uzna sprawę prostej rejestracji za tyle istotną, żeby wybrać się w długą podróż osiem pięter w dół. Theodore miał nadzieję, że nie – ale kości, którymi rzucił, póki co kręciły się dookoła własnej osi na blacie biurka, a jemu pozostawało jedynie czekać na wynik.


it's a small crime
and i've got no excuse
Theodore Wilkes
Zawód : wiedźmi strażnik; podróżnik; przemytnik
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler

count my cards
watch them fall
blood on a marble wall

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t8204-theodore-wilkes https://www.morsmordre.net/t8449-aurora https://www.morsmordre.net/t8384-zapiski-z-bezsennych-nocy https://www.morsmordre.net/f164-old-woolwich-road-55 https://www.morsmordre.net/t8383-skrytka-bankowa-nr-1979#243577 https://www.morsmordre.net/t8450-theodore-wilkes
Re: Korytarz [odnośnik]19.08.20 23:52
Spina ramiona, taktowny gest na zmniejszenie, zminimalizowanie swojej powierzchni. Z kajdanami dźwięczącymi przy nadgarstkach nic już nie zrobi, nie zdołał nawet spiąć mięśni, by kupić sobie dodatkową przestrzeń między uciążliwym żelastwem. Metal drażni, nieprzyjemnie ociera skórę - ma boleć, ale nie zostawiać śladów. Ktoś sprytnie to wymyślił, lecz Robin wie, że gdy mu je zdejmą i tak będzie drapać się jak szalony i zaznaczy miejsca, gdzie zacisnęły się kajdany. Czerwone placki powstaną w okolicach krępych nadgarstków, a on będzie orać je do krwi. Doskonale zdaje sobie sprawę, że tak nie można, ale kiepsko sobie radzi z takimi rzeczami. Większość strupów się przy nim nie uchowa. Idzie za kobietą i mężczyznami zupełnie jak skazaniec, brakuje mu jeszcze kuli u nogi lub worka na głowie. Nie pyta o nic, zachować milczenie to jego prawo, z którego korzysta skwapliwie, przynajmniej dopóki nie odprowadzą go do aresztu. Tutaj już z tego nie wybrnie. Gdyby mógł sięgnąć, wyłamywałby sobie palce ze stawów, ale nie może, więc tylko dzwoni jednostajnie łańcuchem. Zapewne irytująco, lecz potrzebuje jakiegoś bodźca, który sprawi, że zapanuje nad paniką. Szczęk go uspokaja, tak samo jak liczenie wszystkich brązowych butów. Dwa, cztery, sześć... o nie. O nie. Siedem.
Dokładnie siedem brązowych butów. Czarodziej stojący pod ścianą zamiast stopy ma kikuta, nogę obciętą już w kolanie. Nieparzysta cyfra, niedobrze. Robin rzuca nerwowym spojrzeniem po ścianach i usiłuje wrócić. Przestać myśleć o brązowych butach i mężczyźnie bez jednej nogi. Pobrzękuje łańcuchami i zaciska kurczowo oczy. Tym razem w pamięci rozwiązuje równanie kwadratowe. Matematyka pomoże. Jest przewidywalna.
Ale on nie.
Theodore. Sprawa się jakby komplikuje, następuje w tył zwrot i z powrotem maszerują do gabinetu siwowłosej wiedźmy. Jej nieznoszący sprzeciwu ton właściwie nie ulega ociepleniu, ale to chyba już są negocjacje. Theodore mówi, a Robin ledwie oddycha, napompowany okropną wizją, że to wszystko się wyda i obaj będą mieli kłopoty. Stoi na sztywnych nogach, patrząc na biurko czarownicy, lecz wzrokiem pustym i właściwie - niewidzącym. Cały czas ciągnie tą przeklętą arytmetykę i liczy równania z dwiema niewiadomymi. W pamięci: to trudne, ale angażujące. Czoło przestaje mu się marszczyć, odzyskuje nawet równowagę i przestaje chwiać się na czubkach palców. Już uważnie przysłuchuje się wymianie zdań, a właściwie: słowotokowi Theodora i jego matactwu. Wyważonemu, a zatem tak się kłamie. Nie sztywno, z domieszką funkcji fatycznej, zresztą - wnioski mu niepotrzebne, o n nigdy tak nie będzie potrafić. Klecenie zdań przy pierwszym kontakcie napawa go niemalże odrazą, co tu marzyć o lotnej konwersacji. Dlatego nie bierze udziału w tym przedstawieniu, za punkt honoru biorąc sobie, by tego nie zepsuć. Tym razem wygląd niemalże sieroty działa na jego korzyść, Theodore z łatwością przedstawiłby Robina jako chłopca skrzywdzonego i nie będącego w pełni władz umysłowych. Nerwowe tiki, nadmierna potliwość, jąkanie, ofiara jak znalazł. Milczy więc jak zaklęty i w odpowiednich momentach zwyczajnie kiwa głową, coby bierność nie została jednak orzeczona na jego niekorzyść. Obchodzi go to. Powinno.
Nie chce wracać do więzienia, więc i owszem. I czuje narastającą wdzięczność do Wilkesa, który własną skórę naraża dla niego - nieznajomego. Za co, nasuwa mu się pytanie, ale tego jeszcze nie wie. Dość, że przez te słowne manipulacje istnieje realna szansa, że wyjdzie stąd bez kajdan. Póki co się nie nastawia, dopóki ręce ma skute, a jego różdżka znajduje się w rękach urzędniczki, nie ma nawet co marzyć o podrapaniu się po nosie. Mógłby o to poprosić, ale...
-AAApsik - kicha głośno, głowę gwałtownie chyląc w przód - przepraszam, to alergia - mamrocze cicho i psika po raz drugi, równie donośnie. W cichym gabinecie ten dźwięk to niemal dźwięk górskiej lawiny zwielokrotnionej przez echo.
-Tylko ze zdjęć - zbiera się na odwagę i decyduje się bąknąć. Może tego pożałuje, lecz póki co, głos się go słucha i nie załamuje się w najmniej odpowiednim momencie. Pewnie dlatego, że zdanie wypada krótkie. Zbyt krótkie, by się na nim wyłożyć. Szura butem po drewnianym parkiecie, zagina róg niebieskiego dywanu, a gdy pada oświadczenie Theodore'a, z wolna spogląda na niego i zastanawia się, czy ten nie oszalał. Pięćdziesiąt procent szans. On może próbował mu pomóc, ale Wilkes Senior? Czuje już pętlę na szyi, jeszcze tylko wykopać stołek. Pięćdziesiąt procent szans.
Robin Hawthorne
Zawód : Alchemik z powołania
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I have seen the moment of my greatness flicker,
And I have seen the eternal Footman hold my coat, and snicker
And in short, I was afraid.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5744-robin-hawthorne https://www.morsmordre.net/t5766-paracelsus#136059 https://www.morsmordre.net/t5767-alchemik-do-wynajecia#136061 https://www.morsmordre.net/f188-smiertelny-nokturn-18-13 https://www.morsmordre.net/t5765-skrytka-bankowa-nr-1417 https://www.morsmordre.net/t6217-robin-hawthorne
Re: Korytarz [odnośnik]20.08.20 2:59
Brunhilda zasiadała na swoim miejscu dumnie, z podniesioną brodą wpatrując się teraz swoimi szklanymi oczami w wiedźmiego strażnika. Podejrzliwie, to na pewno też. Nie lubiła żadnego matactwa, a gdy jakieś dostrzegała, reagowała natychmiast. Kiedy Theodore podsunął w jej stronę papier, nachyliła się, by wskazać o co dokładnie chodzi, jednak nim zdążyła choćby zdążyć złożyć usta do odpowiedzi, Wilkes odezwał się ponownie. Uniosła jedną z cienkich brwi i spojrzała na niego. A po padających słowach kontrolnie zerknęła na Robina, oczekując po nim jakiejś reakcji. Mierne kiwnięcie głową. Choć tyle. Jej spojrzenie znów wraca do formularzy. Patrzy na wpisane dane i imiona. Jej brwi marszczą się, gdy słucha tłumaczeń, a usta wydymają się. Podnosi w końcu formularz Robina wpatrując się w niego w drugą rękę łapiąc ten, należący do Theodora. Kiedy ten wspomina o ojcu, zagląda w jego rubrykę.
- Tiberius to twój ojciec? - pyta retorycznie, bo przecież widzi wpisane dane. Widocznie ten argument, przechyla szalę. Cmoka, wydyma usta, myśli. - To wiele wyjaśnia. - w końcu zwraca swoje ślepia na Robina. Mierzy go spojrzeniem jeszcze kilka długich chwil by ostatecznie skinąć głową na Crabba, a sama robi kilka skreśleń i zmian na formularzu. Kajdany zostają zdjęte.
- Powinieneś się wstydzić, młody człowieku. Tak nazwiska pokręcić. - zwróciła się do Robina, formularz wyciągnęła jednak w stronę Theodora. - Proszę mu pomóc sprawdzić poprawność, panie Wilkes. - kilka minut, tyle zajmuje reszta formalności. A kiedy dwójka mężczyzn oddala się, na odchodne kobieta rzuca. - Pozdrowi pan ojca, od Brunhildy. - Dwójka magicznych policjantów wychodzi razem z nimi. Crabbe żegna się krótkim “na razie”.

| gratulacje, staliście się rodziną!
Robin, wysokie umiejętności Theodora pozwoliły ci nie tylko uniknąć więzienia, ale i dokonać zmian w formularzu. Brunhilda uwierzyła, że jesteście spokrewnieni poprzez czystokrwistych dziadków, a pomoc przy poprawie formularza przekonała ją na tyle, by zadać kilka lżejszych pytań, które nie wzbudziły już jej podejrzeń.
Mistrz Gry nie kontynuuje z wami rozgrywki.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Korytarz - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Korytarz [odnośnik]28.12.20 16:33
14 września 1957 r., po wyjściu z Tower

To ujma. To złość widoczna w najdrobniejszym kroku, w najmniejszym drżeniu dłoni obejmującej zbyt kurczowo różdżkę. Tę samą różdżkę, którą ledwie wczoraj wymacano, zbadano – tak jak i ją, barmankę z portu przyłapaną na atakowaniu służb ministerialnych. Chaos, brednie, kłamstwa, przez które skończyła w zimnej celi jak podła wiedźma, jak największe zło, zakała czarodziejskiej społeczności. Na nic tłumaczenia, wściekłe głoski wyrzucane z jadem, bez pokory, z głośnym manifestem, na nic jasne, wyraźne tłumaczenia, że oto stoi przed nimi zupełnie niewinna kobieta, która próbowała się bronić, kiedy obcy faceci podnieśli przeciwko niej różdżki. Moss i Hagrid wykonywali tylko swoją pracę, nie kradli, nie wszczynali burdy, nie łamali prawa – wędrowali portową ulicą. Tymczasem koleżkowie ministra posiadali jakieś święte prawa, przed którymi klękać mieli wszyscy czarodzieje, każda z istot, każde stworzenie.  
Drażnił ją widok ministerstwa, rzesze fałszywych ocząt, ławy dolepianych uśmiechów. Ci ludzi dewastowali port, dusili społeczność magiczną pod pretekstem obrony. Ci ludzie rozwieszali na ulicach twarze Hanny i Kierana, wkraczali pod dach tawerny przekonani o tym, że mogą zrobić z nią wszystko. Cokolwiek zechcą. Stąpała więc coraz śmielej, bladły ślady po wczorajszym pojedynku, zakamuflowane długą, prostą suknią i odpowiednią fryzurą. Chociaż tę bitwę przegrała, zamierzała poddać się ich woli przynajmniej w tej dość powabnej odsłonie. Nie była robakiem, nie była nędzarką ani byle dziewuchą zapędzoną pod łapę sędziego. Wciąż myślała o półolbrzymie, którego przetrzymywali w obskurnej celi. Obawiała się, że jego odmienna genetyka, że jego obca czarodziejom natura zostanie wystawiona na próbę, poddana bolesnym nożom i oczom szalonych naukowców. Czekało go zło. Nie bez powodu wciąż tak tkwił, samotny, wciąż ranny i pozbawiony przyjaznych oczu. Chciałaby tam wrócić, przesiedzieć z nim kolejne dni, przeczekać szorstkie, chłodne tygodnie, pocieszyć. Wyrzucono ją. A teraz, parę godzin później stała w kolejce do rejestracji. W papierach pewnie jeszcze nie wysechł atrament z wczorajszych raportów. Philippa Moss, sierota, barmanka, buntowniczka. Na nadgarstkach wciąż nosiła ślady zbyt ciasnych kajdan, ale o wiele więcej złości tliło się w głębi serca. Fizyczne ciosy okazały się bowiem żadnym bólem przy konieczności stawienia się tutaj i pozostawienia za sobą wiernego druha. Wciąż myślała o nim i o poniżeniu. Nigdy nie chciała tutaj przychodzić i podawać im swojej magii i swojej tożsamości na tacy. Jej papiery i tak były niepewne, nikt tak naprawdę nie znał prawdziwej historii porzuconej na ulicach Londynu Annie Scott. Co miała mówić? Wystarczająco dużo wycisnęli z niej podczas upiornego przesłuchania.
Zbliżyła się do wymuskanych biurek urzędników i odważnie popatrzyła w oczy tym przekupnym pachołkom. Oni dziś zwyciężyli, ale wcale nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Wiedzieli za dużo, nie mogła kłamać, nie mogła też zjawiać się tu jako osoba zupełnie niezwiązana z wczorajszą awanturą, jako kobieta posłuszna, z czystą kartą i nieskażonym sercem. Wiedzieli już jednak wszystko. Czego potrzebowali jeszcze?
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Korytarz [odnośnik]03.01.21 13:03
15 września 1957 r.

Wróciła znów. Kolejnego dnia. Wcale jednak nie czuła ulgi. Frustracja rozkwitała bezczelnie, niszcząc jej święte poczucie niezależności. Wczorajszy wieczór spędziła w robocie i choć zdawało się, że rozmowa z Keatem stanowiła pocieszenie – wątłe, bo wątłe, ale jednak – to jednak wciąż zgromadzona gęsto w myślach złość gotowa była wybuchnąć w każdej chwili i przy okazji rozsadzić też całe ministerstwo. Dawno nie czuła aż takiego przymusu.
O Hagridzie wieści brak, a ona chodziła tutaj dzień po dniu i chyba przez całe swoje dotychczasowe życie nie bywała w tym budynku tak często. Odesłali ją z kwitkiem, wołali od pokoju do pokoju, robiąc problem z nie wiadomo czego, choć przecież nie przyszła tutaj dla własnej uciechy. Ich wymysł, ich nakaz, więc dlaczego do cholery jeszcze to utrudniali? Przestała się łudzić, że kiedykolwiek ogarnie tok rozumowania mdłych urzędasów w tych przyklepanych tupecikach. Wąskie usta otwierały się tak ciężko, jakby co najmniej ważyły z tonę, bo przecież udzielenie informacji kosztowało miliony. A myślała, że londyński cyrk mieści się pod zupełnie innym adresem. Ściągnęli ją tu, po morderczych przesłuchaniach, po chamsko wysuwanych teoriach, po masie brudu wylewanego prosto na nią, a teraz grali w kulki, zamiast zająć się faktyczną pracą. Jak niby miała dokonać tej rejestracji, skoro nikt nie chciał jej przyjąć? Dokąd powinna pójść? W które drzwi zapukać? Psidwacza mać, labirynty identycznych korytarzy i nieskończona ilość przejść to jedno, ale jak do tego dochodziły bliźniacze twarze – tak samo senne i pozbawione wyrazistej mimiki – to zaczynała czuć się jak w jakimś abstrakcyjnym śnie. W ostatnim czasie zbyt często ją ignorowano, zbyt często zamykano przed nią drzwi, nie pozwalając jej wyjść lub nie pozwalając jej wejść. Tym razem miało być inaczej.
Znów mijała kolejki, tony zestresowanych czarodziejów, którzy nerwowo sięgali po najwyższy guziczek szaty, a potem wycierali pot z czoła lub machali bezwiednie plikami świętych dokumentów. A ona? Ona nie miała nic. Żadnych obszernych metryk i życiorysu honorowych przodków. Po prostu sierota, pracownica speluny w porcie. No, może papiery z aresztowania wyglądały w tym wszystkim najbardziej podniecająco, ale czy ktoś się w ogóle dziwił? Myśli strażników administracyjnych podążały przewidywalną, prostą drogą. Skoro sierota i z portu, to prędzej czy później i tak skończy w ponurej celi. Wiedziała, co Londyn myśli o porcie. Bywali i tacy, którzy bardziej bali się doków niż Nokturna. Syf, hałas, patologia i kołyska największej deprawacji. Jej dom.
Gdy przyszła jej kolej, zbliżyła się do biurka, które wyglądało identycznie jak to wczorajsze. Może teraz dadzą już spokój i wszystko pójdzie jak z płatka, ale chyba sama w to nie wierzyła.
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Korytarz [odnośnik]01.02.21 15:11
| 7 października '57 |

Pamiętając rozmowę z 19 września odnośnie do rejestracji różdżki, rudzielec nie był pewien, czy aby podejmuje dobrą decyzję. Nawet pisząc list do Frances, był w stanie lekkiego niepokoju, już nie mówiąc o moment otrzymania eliksiru do rąk, który determinował jego decyzję dotyczącą rejestracji. Skoro miał wszystkie elementy, nie istniało więcej przeciwwskazań. Z pewnością będzie musiał odwdzięczyć się Frances, która ponownie potwierdzała tylko, jak niesamowitą jest warzycielką. Dla Weasleya samo dodanie dwóch składników bywało problematyczne, a co dopiero większej ilości i to w tak szybkim czasie! Przecież nawet nie musiała poświęcać mu choćby odrobiny swojego czasu. Miło było myśleć, że pomimo minionego czasu wciąż mógł na nią liczyć. Dobrze, że zeszły miesiąc potraktował go łagodnie i pomimo przeraźliwych plotek, które często wspominały o zastraszającej liczbie dóbr, których przypływało coraz to mniej, mógł pozwolić sobie na pewne wydatki. Nieświadomie oplótł zimną fiolkę palcami, zaciskając nieco mocniej, niż było to potrzebne. Czekało na niego spore wyzwanie, jednakże z pewnością gwarantowaną ze strony gorzkiego płynu był pełen nadziei, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Długo zastanawiał się nad personą, której zarówno różdżka, jak i lico powinny figurować w spisie Ministerstwa, finalnie decydując się na Małego Jima. Jako portowy chłystek nie był przecież mocno związany z samym portem, bo przecież z nikim nie podpisywał żadnej umowy. Człowiek do najmu był najprostszym ze wszystkich możliwych wyborów, więc również odhaczoną już miał samą historię. Pozostawało jedynie skupić się na odpowiedniej prezencji, gibkim kroku i wyjątkowym odorze portu, które zapewniały jego szmaty, w których kieszeń włożył eliksir od Frances. Wiedząc, że za kolejnym zakrętem znajduje się czarodziejskie wejście do Ministerstwa, nawet nie zwolnił kroku, kiedy eliksir wężowych ust pojawił się w jego zaciśniętej dłoni. Bez zawahania się przyłożył buteleczkę do ust i jednym, porządnym haustem wypił wszystko na raz. Przez twarz przemknął mu grymas spowodowany goryczą smaku napoju, jednakże podekscytowanie przejmowało jego kontrolę na tyle, żeby ani na chwilę nie próbować zwolnić. Dobrze znał te ściany, wspaniałą przestrzeń, która wypełniona była jakąś nieuchwytną magią. Jakby cała esencja ich społeczności mieściła się w tym jednym, konkretnym miejscu. Jego przeszłości. Piętro Drugie. Dawno już nie miał okazji delektować się możliwością ponownego przejścia po korytarzach swojej byłej pracy. Idąc w kierunku kolejki do Komisji, rozglądał się po drodze, pozwalając dziecięcym przebłyskom wyrazić swoją fascynację w iskrzących oczach. Tak bardzo za tym tęsknił i gdyby nie to przeklęte wezwanie – następny, z pewnością nogi poprowadziłyby go do dawnego biura, które współdzielił z innymi strażnikami! - James Asport, kłaniam się uniżenie. – zaczął mocnym tonem, ściągając z głowy typowy dla portowca kaszkiet – Półkrwi czarodziejem jestem, matula i papo też byli półkrwi, mieli taki tam sklep z rybami, co jakieś chuligany napadły i zabiły ich dwójkę, dziadek z kolei był marynarzem i on to już był nie byle chłystkiem, bo samym bękartem pana z dużego rodu, Goyle się nazywali, a krwi był takiej prawie czystej, ale jednak nie, za to babuszka to półkrwi naukowiec była, w eliksirach się specjalizowała, w Świętym Mungu pracowała. Drudzy dziadkowie to podróżniki takie, tu Ameryka, tam Kanada. W głowie się nie mieści, żeby dwójka emerytów tak się dorobiła, ale co dziwota, przecież nie każdy potrafi tworzyć magiczne zegary jak ich dwójka. Krwi to też byli takiej po trochu na jedną nóżkę, że półkrwi. No i niech im Merlin da, żeby się nacieszyli starością staruszki. – gęba mu się nie zamykała, wydawało się, że był stworzony do takich monologów, jak to dziwacy z portu, którym ciężko było przetłumaczyć, że mało interesujące są ich słowa. Weasley zdawał się natchniony całą tą historią, jakby faktycznie wszystko, co mówił, było prawdą, aż mu się oczy na chwilę zaświeciły przy wspominku o zmarłych rodzicach. – Zatrudniony na stałe to nie jestem, ale mam ćwierć etatu jako pomocnik portowy i jeszcze trochę w dystrybucji towarów, to przynieś tu, to przekaż tam. No wiedzą Państwo, trzeba sobie jakoś w życiu radzić, co by na dobrą rybę starczyło i może jakąś pannę na potańcówkę zabrać. – dokończył raźno, uśmiechając się półgębkiem, jak typowy pijaczyna, któremu zarówno w życiu, jak i miłości nic nie idzie, ale grunt to starania! Koniec przedstawienia był bliski, a metamorfomag nie miał ochoty stać tam dłużej, niż było to potrzebne. Po odpowiednim wypełnieniu formułek i wszystkich tych spisów i pomiarów poszedł w swoją stronę. Oby ten namiar nie był zbyt upierdliwy!

| Przemiana w Małego Jima, ST 61-30=31 (przemiana całej postaci, poza oczami)
| Kłamstwo ST 50; II (30) + wężowe usta (59) = 89
| zt.


[bylobrzydkobedzieladnie]


Serce mnie bije
Dusza zapije

Żyję



Ostatnio zmieniony przez Reggie Weasley dnia 15.02.21 21:05, w całości zmieniany 2 razy
Reggie Weasley
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 28/29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
... here we go again
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8733-regi-weasley https://www.morsmordre.net/t9176-poczta-uriena#278014 https://www.morsmordre.net/t9054-moze-mnie-kojarzysz#272989 https://www.morsmordre.net/f378-devon-okolice-plymouth-krecia-nora https://www.morsmordre.net/t9072-skrytka-bankowa-2069#273565 https://www.morsmordre.net/t9055-u-r-weasley#273095
Re: Korytarz [odnośnik]01.02.21 15:11
The member 'Regi Weasley' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 94
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Korytarz - Page 7 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Korytarz [odnośnik]05.02.21 2:56
Szczęście zdawało się tego dnia uśmiechać do ciebie od samego rana: najpierw zmiana rysów twarzy nie przysporzyła ci właściwie żadnych trudności (miałeś wrażenie, że poszło ci nawet lepiej niż zamierzałeś, a oprócz wyglądu zmienił się również twój głos, stając się niższy i bardziej zachrypnięty), a później bez kolejki trafiłeś prosto przed komisję. Wypity eliksir rozszedł się po twoim organizmie błyskawicznie, dodając ci wiarygodności i animuszu; przesłuchująca cię para: przysadzista kobieta w okularach w rogowych oprawkach i jej chorobliwie szczupły asystent, nie wyglądali na specjalnie podejrzliwych ani zainteresowanych wykładaną przez ciebie historią; mogłeś odnieść wrażenie, że chcieli się ciebie pozbyć jak najszybciej, a czarownica kilka razy zmarszczyła nos - być może odrzucona charakterystycznym, rybim zapachem portu, którym przesiąkło twoje ubranie. Po wypełnieniu formularzy wydano ci różdżkę i dokumenty, nie był to jednak koniec niespodzianek: kiedy wchodziłeś do windy, tuż za tobą wsunął się jeden z urzędników, uśmiechając się do ciebie konspiracyjnie i witając się po imieniu (Jim, sto lat się nie widzieliśmy! Gdzie cię wywiało?). Po krótkiej wymianie zdań poprosił cię, żebyś spotkał się z nim za piętnaście minut przy wejściu dla interesantów, bo ma dla ciebie to, na co się umawialiście - a jeśli to zrobiłeś, to tuż pod czerwoną budką telefoniczną podszedł do ciebie ponownie, tym razem bez słowa wyjaśnień wciskając ci w ręce papierową torbę. W środku znalazłeś zapakowaną solidnie paczkę dobrej jakości tytoniu i butelkę alkoholu.

| Reggie, nieznajomy urzędnik wręczył ci paczkę tytoniu bardzo dobrej jakości (100 g) oraz butelkę brandy (0,75 l); możesz dopisać je do swojego zaopatrzenia. W wolnej chwili podeślij do mnie (tu William) zdjęcie Małego Jima, żebym mogła umieścić je w potwierdzeniu rejestracji.

To tylko konsekwencje krytycznego sukcesu, mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Korytarz - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Korytarz [odnośnik]05.02.21 21:59
20 października

Odkładał to w czasie, obserwując ciemne sylwetki funkcjonariuszy czarodziejskiej policji patrolujących stolicę, usuwając im się z oczu, byle tylko nie postanowili go wylegitymować. Czasem w pośpiechu, zostawiając wszystko to, co miał pod ręką, czasem mając czas, by zwinąć choć skrzypce, jeśli akurat miał je ze sobą. Szybko biegał, ale nie zakładał naiwnie, by to wystarczyło w starciu z wprawionymi funkcjonariuszami. Z góry uznał więc, że do spotkania dojść nie mogło pod żadnym pozorem, a teraz, kiedy ludzi w Londynie było coraz mniej, musiał uważać jeszcze bardziej. Cenił sobie wolność. Cenił swobodę, którą nakaz rejestracji całkowicie odbierał. Jeśli miał tu zostać musiał się zdecydować — Tower nie wyglądało przytulnie. Wizja zamknięcia przerażała go tak bardzo, że wybór szybko okazał się prosty, a decyzja dawno podjęta. Przygnany przykrą i przytłaczającą koniecznością pojawił się w Ministerstwie Magii po raz pierwszy w życiu, z zapartym tchem przyglądając się bogatym zdobieniom, obrazom, nowym — wedle starych gazet — sfinansowanym przez Malfoyów ścianom, wnękom i wrotom. Przepych, bogactwo były widoczne na każdym kroku, tłum ludzi wydał mu się bezpieczny, podobnie jak panujący wewnątrz gwar i szum. Na te okazję założył skradzione z pralni czyjeś ubranie, elegancką szatę, którą dzięki prostym trans mutacyjnym zaklęciom dopasował na chwilę pod siebie, by stworzyć pozory, których potrzebował. Wiedział bowiem, że nazwisko, które poda przy rejestracji nie będzie należało do niego, potrzebował odpowiedniej otoczki dla kłamstwa, które miał sprzedać urzędnikom.
Szybko otrzymał informację, gdzie powinien udać się w celu rejestracji, a tam, czekała kolejka choć chyba spodziewał się większej. Projekt ministerstwa trwał już wiele miesięcy, większość mieszkańców pewnie już od dawna spełniła swój obowiązek. Po akcencie ludzi stojących przed nim zdał sobie też sprawę, że nie byli stąd. Zerknął na swój formularz, który wypełnił, wpisując fałszywe dane — od imienia nazwiska, poprzez krew, miejsce zamieszkania i pracę włącznie. Drew Macnair — nie znał człowieka, ale Marcel pod wpływem jakiś dziwnych emocji ostrzegał go przed nim. Przed tym nazwiskiem, z którym jego sceniczna partnerka była spokrewniona. Na ulicach szeptano to nazwisko, ale nie dowiedział się niczego konkretnego. Nie widział go na oczy, nie odnalazł żadnej fotografii w gazecie. Kim był, co robił — Merlin jeden wie, ale wierzył, że mógł mu pomóc. Może mógł go wykorzystać w późniejszym czasie. W głębi duszy modlił się gorączkowo, by nie okazało się to paskudnym błędem.
Podszedł do czarownicy, która zbierała formularze i podał jej własny, uśmiechając się spokojnie, grzecznie i nie patrząc na nią zbyt nachalnie, jakby to było tylko formalnością.


| Kłamstwo II
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Korytarz [odnośnik]05.02.21 21:59
The member 'James Doe' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 16
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Korytarz - Page 7 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Korytarz [odnośnik]09.02.21 11:05
Biuro Rejestracji Różdżek nie było tego dnia zatłoczone, choć na korytarzu panował typowy dla urzędów rozgardiasz; przed biurkiem, na którym kandydaci do rejestracji pozostawiali wypełnione formularze, tłoczyła się długa na kilka osób kolejka, przesuwając się w umiarkowanym tempie. Wśród stojących w niej czarodziejów dało się wyczuć lekko nerwową atmosferę, ale reszta ludzi, których dostrzegał James - od urzędników po asystentów - wydawała się znudzona lub poirytowana, być może wyczekując mającej niedługo nadejść przerwy obiadowej.
Kobieta, przed którą się zatrzymał, uniosła na niego spojrzenie znad okularów-połówek, po czym dwukrotnie zastukała paznokciem w blat biurka, sygnalizując, by tam pozostawił wypełnione dokumenty. Wyciągnęła w ich stronę dłoń, ale nim zdążyłaby uchwycić brzeg kartki, gdzieś po lewej rozległy się przyspieszone kroki, nerwowe sapnięcie - a później ponad cichy szmer korytarza podniósł się donośny głos.
- TY!
Dwóch mężczyzn noszących charakterystyczne plakietki z nazwiskiem i nazwą stanowiska przypięte do szat, zatrzymało się jakiś metr od Jamesa, wpatrując się prosto w niego. Jeden z nich, niższy, krępy, z brzuchem wyraźnie odznaczającym się pod elegancką, wyszywaną w gwiazdki szatą, spoglądał to na młodzieńca, to na swojego towarzysza z wyraźną dezorientacją wymalowaną na twarzy; drugi wydawał się od niego starszy: włosy miał przyprószone siwizną, ale zaczesane elegancko do tyłu, a na jego głowie tkwił melonik w kolorze soczystego fioletu. Był wyższy, postawniejszy, i jak na swój wiek poruszał się wyjątkowo żwawo; z kieszonki na klatce piersiowej wystawał mu złoty zegarek. Znajdował się o krok bliżej niż drugi z urzędników, a ręką z oskarżycielsko wyprostowanym palcem wskazywał prosto na Jamesa. W jego oczach, jasnych, czujnych, błyszczała złość. - Co, myślałeś, że cię nie rozpoznam? To złodziej! - krzyknął, zwracając na siebie uwagę kolejnych obecnych w Biurze czarodziejów. Część z nich przerwała to, co właśnie robiła, niektórzy wstali z miejsc; inni po prostu wyciągali z ciekawością głowy, żeby móc lepiej obserwować rozgrywającą się właśnie scenę. Kolejka za plecami Jamesa przerzedziła się nieco: ci, którzy do tej pory stali tuż za nim, cofnęli się o krok, jakby obawiając się, że mogliby zostać posądzeni o współudział. - Złodziej, ledwie parę dni temu wyrwał mi stary medalion matki, gdy schodziłem ze statku! Co z nim zrobiłeś, co?! - warknął, robiąc kolejny krok w stronę Jamesa i drugą ręką chwytając go mocno za połę skradzionej szaty. Jego twarz, poznaczona plamami i zmarszczkami, mogła się wydać młodzieńcowi znajoma - mógł też odnieść wrażenie, że widział już gdzieś fioletowy melonik - ale nie był w stanie przypomnieć sobie, gdzie - ani nie był pewien, czy mężczyzna rzeczywiście mówił prawdę. - Na co czekacie? Aresztujcie go! - wykrzyknął, wzrokiem szukając kręcących się po korytarzu strażników. Dwóch mężczyzn i kobieta, ubranych w charakterystyczne mundury, przystanęło czujnie z boku, ale jeszcze żadne z nich nie reagowało, jakby nie do końca przekonani, co powinni zrobić.
Kobieta za biurkiem wpatrywała się w Jamesa z miną, która świadczyła głównie o jej niezadowoleniu z tej dodatkowej atrakcji; wypełniony fałszywymi danymi dokument wciąż spoczywał na blacie tuż przed nią.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Korytarz - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 7 z 8 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next

Korytarz
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach