Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Skwerek
AutorWiadomość
Skwerek [odnośnik]05.03.16 22:01
First topic message reminder :

Skwerek

Zielone serce miasta z wielką fontanną, która przyciąga wzrok. To idealne miejsce na spędzenie leniwego popołudnia na jednej z ławek, spacery ze znajomymi pośród wijących się ścieżek lub rozłożenie koca na intensywnie zielonej, wiecznie młodej trawie. W tym miejscu tętni życie całej magicznej społeczności doków - tutaj nawiązuje się znajomości, podsłuchuje najgorętsze plotki. W powietrzu unosi się zapach magnolii, które dzięki magii kwitną tutaj o wiele dłużej, a w słoneczne dni, dzieci szaleją w wodzie pomiędzy ustawionymi figurkami łabędzi i syren.

Jak wszędzie w magicznym porcie, znajdzie się tutaj odrobinę magii - mieszkańcy twierdzą, że wrzucenie do wody monety przynosi szczęście - być może to tylko jedna z plotek, jednak gdy próbujesz, coś się dzieje (możesz rzucić kością k100):

1-20 - figura syreny ożywa i spryskuje cię wodą prosto w twarz.
21-30 - śledzisz wzrokiem, jak twoja moneta opada na dno fontanny. Nic się nie dzieje.
31-40 - łabędź ożywa, trzepocze agresywnie skrzydłami, wyciąga swoją długą szyję, próbując cię dziabnąć w rękę. Tracisz 1 pkt OPCM na okres trwającego miesiąca fabularnego.
41-60 - widzisz, że na murku fontanny znajduje się wielka żaba, która wskakuje ci do kieszeni/za dekolt, gdy tylko się zbliżasz. Jeśli nie czujesz obrzydzenia, możesz ją zatrzymać.
61-80 - syrena uraczyła cię swoim śpiewem. Niezależnie czy twój głos jest godny śpiewaka operowego, czujesz nieodpartą potrzebę, by stworzyć duet wraz z nią.
81-90 - śledzisz wzrokiem, jak twoja moneta opada na dno fontanny. Nic się nie dzieje.
91-100 - syrena ożywa, podpływa do ciebie, by dać ci buziaka. Otrzymujesz +1 pkt do OPCM na okres trwającego miesiąca fabularnego.

Lokacja zawiera kości.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 22:31, w całości zmieniany 2 razy
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Skwerek - Page 9 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Skwerek [odnośnik]15.05.21 2:22
The member 'Forsythia Crabbe' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 5
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Skwerek - Page 9 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Skwerek [odnośnik]22.05.21 20:20
4 grudnia 1957
Lubił zimę. Pedantyczną biel spowijającą wszystko, śnieg wyciszający zbędne dźwięki, błogi spokój, gdy przejmujący do kości ziąb sprawiał, że ludzie zamykali się w domach i nie wychylali nosów na zewnątrz, o ile absolutnie nie musieli. Drobne, wielokształtne płatki wirowały w zasięgu wzroku i osiadały na ciemnopurpurowym, ocieplanym płaszczu Maghnusa, a mróz szczypał w policzki, gdy niespiesznym spacerem przemieszczał się wzdłuż linii brzegowej, co jakiś czas przystając w miejscu, by spojrzeniem omieść piętrzący się nieopodal lód. Nie za często bywał w dzielnicy portowej, nie mając za bardzo ku temu powodów ani natury biznesowej, ani prywatnej, wykorzystywał więc luźniejszy dzień na odwiedzenie zimowego jarmarku i sprawdzenie, co oferuje najbliższa okolica ujścia Tamizy. Wyminął największe tłumy kłębiące się przy lodowisku i podążył w kierunku enklawy rozpalonych ognisk, doskonale widocznych nawet przy nie najlepszych warunkach atmosferycznych - płomienie mniejsze i większe tańczyły na wietrze, trzaskając naokoło iskierkami. Patrole Ministerstwa Magii wyróżniały się z tłumu, część ludzi cichła gwałtownie, gdy dostrzegali mundury tuż obok, co nakazywało zastanowić się nad tym, co takiego mieli do powiedzenia, ale tym razem Maghnus nie zamierzał zaprzątać tym sobie głowy. Skierował swe kroki ku jednemu z ognisk, szerokim łukiem omijając kilka hałaśliwych grup, które rozmawiały donośnymi głosami i śmiały się z rubasznością, na jaką nigdy by sobie nie pozwolił dobrze wychowany Anglik; zacisnął usta w wąską linię, święcie oburzony faktem, że chociaż szlamy i mugole zostali przepędzeni z Londynu, tak wciąż pełno tu było hołoty.  
Lord Bulstrode podniósł futrzasty kołnierz i zakrył nim szczelniej szyję, odnajdując zaciszne miejsce na skraju zagajnika. Zsunął z dłoni skórzane rękawiczki i przybliżył dłonie do źródła przyjemnego ciepła. Nie spieszył się, było to dla niego miłą odmianą od codzienności i zamierzał się tym napawać. W blasku żarzących się z charakterystycznym trzaskiem płomieni dostrzegł pojemnik zdobiony drobnymi runami. Pochylił się nad nim i przesunął po żłobieniach wykonanych w chłodnym metalu; nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił, lecz już po chwili porzucił studiowanie nieskomplikowanych znaków i chwycił jedną ze spoczywających w naczyniu wiązek ziół, by cisnąć ją w sam środek ogniska i patrzeć, jak płomienie pochłaniają ją łapczywie.

rzut na kadzidło
[bylobrzydkobedzieladnie]


half gods are worshipped
in wine and flowers
real gods require blood




Ostatnio zmieniony przez Maghnus Bulstrode dnia 03.06.21 22:30, w całości zmieniany 1 raz
Maghnus Bulstrode
Zawód : badacz starożytnych run, były łamacz klątw, cień i ciężka ręka w Piórku Feniksa
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
gore and glory
go hand in hand
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
 death before dishonor
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9868-maghnus-i-bulstrode https://www.morsmordre.net/t9891-helios#299311 https://www.morsmordre.net/t9887-mouth-full-of-white-lies#299287 https://www.morsmordre.net/f377-gerrards-cross-bulstrode-park https://www.morsmordre.net/t9894-skrytka-bankowa-nr-2246#299355 https://www.morsmordre.net/t9896-maghnus-bulstrode#299374
Re: Skwerek [odnośnik]22.05.21 20:20
The member 'Maghnus Bulstrode' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 4
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Skwerek - Page 9 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Skwerek [odnośnik]04.06.21 23:02
Zima, tak znakomicie pasująca do powłoki, którą prezentowała światu. Chłodna, niewrażliwa - zdawać by się mogło, a jednocześnie - tak zachwycająco piękna. Kiedy świat przykrywa kołdrą z białego puchu, trudno było nie dać się całkowicie oddać uroki, który roztaczała wokół. Ale była humorzasta, czasem nie przychodziła wtedy, kiedy wszyscy jej oczekiwali. Innym razem, pojawiała się całkowicie z nienacka. Wybijała się na tle bieli i zimna, choć jednocześnie, tak naturalnie do niej pasowała. Ciemna - czarna suknia, świadcząca o noszonej żałobie przeplatała się z rodowymi kolorami - czerwienią i złotem.
Jarmark. Sama nie wierzyła, że dała się na niego namówić. Wędrowała, bardziej sunąc, niźli rzeczywiście idąc, przesuwając jasne - stalowo niebieskie tęczówki po otoczeniu które mijała. Nie śpieszyła się - nie było takiej potrzeby. Robiła to, właściwie sama nie była pewna dlaczego. Nie wierzyła, że wyjście dobrze jej zrobi - choć właśnie to sugerowała służka, która podążała kilka kroków za nią. Obok niej mężczyzna, który odpowiadał za jej bezpieczeństwo.
Krok i kolejny, powinny tutaj być a jednak nie dostrzegała żadnej ze znajomych twarzy. Zatrzymała się w miejscu, odwracając się, przesuwając spojrzeniem po znajdujących się przy niewielkich ogniskach w końcu wzdychając do samej siebie trochę ciężej. Sytuacja zdawała się inna - a jednak tak bardzo znajoma. Prawdopodobnie pochłonięte atrakcjami jarmarku całkowicie nie baczyły na odpowiednią godzinę. Czasem miała wrażenie, że tylko ona jest prawdziwie punktualna. Ale trudno było winić je za gromkie porywy młodych serc, których nigdy tak naprawdę nie rozumiała. Nic tu było po niej. Zrobiła jeden krok, później drugi i trzeci. Przystając na chwilę, kiedy jasne tęczówki znalazły się na rysach starszego mężczyzny. Patrzyła, jak przesuwa dłońmi po metalu, jak wpatruje się w niego z uwagą i odpowiednim zaangażowaniem. Jak podnosi wiązkę ziół i wkłada ją na środek ogniska. Dwa błękity, przeszywające na wskroś, przyciągające inne spojrzenie, krzyżujące się z nim bez obaw, ale też i żadnych dodatkowych słów, czy gestów.
Bulstrode, już nawet przez myśli nazwisko przechodziło z odpowiednią barwą, znaczeniem, które od lat dzieliło ich dwa rody. Zmrużyła odrobinę oczy, jeszcze przez chwilę wpatrując się w mężczyznę.



the whole new world just behind
one breath.

Melisande Rosier
Zawód : badacz-behawiorysta smoków, przyszły dyplomata rezerwatu Kent
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : n/d
She's wearing a mask of perfection,
but she's broken underneath.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 https://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 https://www.morsmordre.net/t4842-nulla-rosa-sine#104133 https://www.morsmordre.net/f97-dover-posiadlosc-rosierow https://www.morsmordre.net/t5178-skrytka-bankowa-nr-1209 https://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
Re: Skwerek [odnośnik]08.06.21 11:25
Z cichym skwierczeniem płomienie objęły ciśniętą w ognisko wiązkę ziół i trzaskając iskrami na boki, zaczęły ją zwęglać. Maghnus wpatrywał się w ten teatrzyk świateł i dymu, wdychając z wolna bielące się nieznacznie opary wydobywające się z płonących kadzideł. Przymknął lekko oczy, zatapiając zmysły w otulającym go stopniowo zapachu i pogrążał się w niebycie, próbując wydzielić z odczuwanej mieszaniny poszczególne nuty zapachowe. Paczulę czuł wyraźnie, rozlewała się w jego nozdrzach ciężkim, egzotycznym aromatem, przywodząc na myśl upalne noce spędzone na piaskach pustyni nieopodal wioski Beduinów. Zatęsknił za tamtymi czasami, gdy niemalże beztrosko poszukiwał przygód w pradawnych grobowcach na krańcu znanego mu świata, gdy żył z dnia na dzień, z nadzieją wyczekując wschodu słońca, który miał przynieść następną porcję wrażeń, gdy zagłębiał się w ciemnościach zabezpieczonych klątwami katakumb, a jego serce pompowało w żyły coraz większe dawki adrenaliny tak, że krew wręcz szumiała mu w uszach, a ciało stawało się lekkie jak piórko, jakby był w jakimś narkotycznym stane; i poniekąd było w tym coś z prawdy, bo te wyprawy faktycznie uzależniały. Kolejny oddech przyniósł inne wonie, wybijających się ponad drzewne zapachy przypraw i ziół, przenikających wgłąb jego umysłu i przywołujących z pamięci zupełnie inne wspomnienia. Cienka pionowa zmarszczka pojawiła się mimowolnie na czole lorda Bulstrode pomiędzy ciemnymi brwiami, a pod jego powiekami zaczęły się pojawiać obrazy sprzed kilku lat; eteryczna twarz Callisto uśmiechała się do niego ze wspomnień, przywołując najmroczniejsze miesiące jego życia, a on sam otworzył oczy gwałtownie, cofając się odruchowo o krok od ogniska.I dopiero wtedy dostrzegł postać przyglądającą się bacznie jego poczynaniom. Przywołał się do porządku, nakładając na twarz maskę nonszalanckiej obojętności, zupełnie jakby nie oderwał się nagle od przeżywania nieplanowanego katharsis i podłapał spojrzenie jasnych tęczówek, jakim obrzucała go spomiędzy zmrużonych powiek. Czy to właściwie nie on powinien wpatrywać się z pogardą w siostrę tego, który przelał szlachecką krew, krew z jego krwi? Zdusił w sobie teatralne westchnięcie, sytuacja ta naprawdę stawała się niewygodna, choć nie mógł jej się dziwić, rozumiał jej reakcję. Była wszak Różą wierną przekonaniem rodu; była tylko kobietą i mogła nie wiedzieć o delikatnym sojuszu zadzierzgniętym z Tristanem w dniu pośmiertnego wydziedziczenia Isolde, mogła nie być świadoma istnienia tych cienkich nici porozumienia, które w ciszy próbowały scalać rozerwane brutalnym mordem relacje pomiędzy ich rodami.
- Lady Rosier - przywitał ją bez fanfar, schylając głowę nieznacznie w uprzejmym geście, którego nie mógł jej odmówić, skoro stała tam wciąż, uparcie odmawiając wycofania się i udawania, że do spotkania nie doszło, buńczucznie mierząc go od stóp do głów. Nie zamierzał się uginać, zamiast tego przechodząc płynnie do odgrywania kolejnej roli, jakby wcale tego nie zauważał. - Dzień jest wyjątkowo mroźny, podejdź, proszę, do ogniska, lady. Nie gryzę - kontynuował niemalże rozbawionym głosem, wciągając ją w grę; skoro sama podeszła, niech nie myśli, że ucieknie tak łatwo.
- Przykro mi widzieć Różę w żałobnej czerni, choć do twarzy ci, pani, we wszystkich kolorach. Drogi Alphard został nam odebrany zbyt szybko - oznajmił nagle, wciąż czując łaskoczącą mieszaninę paczuli, rozmarynu i pieprzu i sam nie do końca wiedząc dlaczego w ogóle wspominał przy niej swojego bliskiego kuzyna, którego niedawno pogrzebali. On opłakiwał lorda Blacka niczym rodzonego brata, ona - robiła to w imię zasad, nie znając prawdziwie człowieka, który miał jej dać swoje nazwisko.
Maghnus Bulstrode
Zawód : badacz starożytnych run, były łamacz klątw, cień i ciężka ręka w Piórku Feniksa
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
gore and glory
go hand in hand
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
 death before dishonor
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9868-maghnus-i-bulstrode https://www.morsmordre.net/t9891-helios#299311 https://www.morsmordre.net/t9887-mouth-full-of-white-lies#299287 https://www.morsmordre.net/f377-gerrards-cross-bulstrode-park https://www.morsmordre.net/t9894-skrytka-bankowa-nr-2246#299355 https://www.morsmordre.net/t9896-maghnus-bulstrode#299374
Re: Skwerek [odnośnik]14.06.21 14:40
Pierwszy dzień ostatniego miesiąca roku pięćdziesiątego siódmego, wszystko wydawało się powoli układać, bo wiedziałem, że czeka nas tylko coraz jaśniejsza przyszłość. Kontakty zaczynały poszerzać się, tak samo, jak i moja znajomość języka, który dotychczas powinien mi już dawno zbrzydnąć. Na szczęście nigdy nie brałem pod uwagę tego, co należy lubić, czy też nie, robiłem to, co należało w danym momencie. Przebywając w Anglii, logicznym zdawało się poznać język mieszkańców, szczególnie że mało z nich potrafiło odnaleźć się w rosyjskiej mowie. Głupcy, nie wiedzieli, ile tracą, a ja wiedziałem, że Язык до Киева доведëт. Nieliczni z pewnością by się ze mną zgodzili, żeby brać koniec języka za przewodnika, bo to właśnie za pomocą słów najłatwiej pętało się sznury na cudzych szyjach.
Nieco tradycyjny strój przywiódł na myśl zbyt wiele, bym mógł wyciągnąć choćby jedno śmiałe stwierdzenie o jej pochodzeniu. Była Brytyjką. Na pewno? Okrągły akcent potwierdził spostrzeżenie, nie dając mi jakiejś szczególnej przewagi. Lubiłem wiedzę, może nawet więcej – pożądałem jej. Byłem ciekaw, czy nieznajoma wiedziała, czym było tak ogniste uczucie względem jednej z pasji, kto wie, może była interesująca i jej nos wyściubiany był nieco dalej niż tylko za ojcowski, czy też małżeński próg? Kobiety były poważane, jednak wciąż zaganiane były do kąta w kąt, do czasu, kiedy nie nabrały odpowiedniej pewności i siły, z jaką mogły zwojować cały świat. Wierzyłem w nie ze sporym przymrużeniem oka, bo przecież, z jakiej racji mogłyby być w czymkolwiek lepsze? Faktycznie dziedziny naukowe rządziły się własnymi prawami, jednakże dotychczas jeszcze ani razu nie poznałem kobiety godnej przełamania mojego spojrzenia na specjalistki w konkretnych dyscyplinach, a było ono nijakie. Ciotka faktycznie specjalizowała się w zleceniach wymagających większej lub mniejszej dyskrecji, jednakże zarówno jej profesja, jak i postać były wyjątkowe względem całej reszty szarej masy.
Wyłapałem oczy damy, nie będąc w stanie określić ich kolorytu. Pomimo ognia w palenisku nie mogłem rozpoznać czy mam do czynienia z błękitem nieba, ziemistą drobiną brązu, czy też wiosennym horyzontem zbudzonego lasu. Wydawały się czarne; dwa ciemne opale. Może patrzyłem w twarz diabła? Czy wypowiedziane życzenia będą oznaczać podpisanie cyrografu? W jaki sposób oszukać tę powłokę, która próbowała również skusić mnie do zawierzenia siebie w inne ręce. Nigdy.
- Dziękuję. – odpowiedziałem na jej komentarz o kąsaniu, w rzeczywistości nawet go nie zrozumiałem, dlatego chwilę czekałem na ewentualne zaprzeczenie, które nie nadchodziło. Podszedłem kilka kroków, obserwując, jak drobinki wyrzuconych ziół nabierają wysokości. Nie wiedziałem, że były to elementy wpływające na umysł, ale ja nie byłem Iwanem Karamazow, który w obłędzie zaczął być pokarmem dla strachu i ludzkiej obłudy, bo czymże innym były te religijne bełkoty, które próbowano sprzedać nam dzień w dzień na ulicy? Diabeł nie istniał, tak samo Anioły, to my decydowaliśmy kogo nazwać tym przymiotem. Było to złudnie podobne do całej propagandy, która pomimo niezbyt wielkiej powagi pozostawiała zakorzeniona w głowie. Kochałem swój kraj, wciąż kocham, bo Leningrad jest piękny i piękny pozostanie, z czy bez swędu śmierci za rogiem. Zapach, który zaproponowała, był inny, niedługo musiałem czekać, by rozpoznać w nim lekkość tamtych dni, kiedy na polanie czytałem kolejne twory wielkiego prozaika Fiodora Michajłowicza Dostojewskiego, a Kiro gadał coś o mrówkach. Pamiętałem każde zdanie wypowiedziane z jego ust, a jednak czasem pozwalałem sobie na lekkie znieważenie jego spostrzeżeń, bo był przecież ślepy na wszystkie te społeczne machlojki, którymi zajmowałem się ja. Uśmiechnąłem się, bo dobrze było się tak czuć; pewność siebie musiała bić ode mnie z kilometrów, czy też jak to tutaj mówią – mil, ponieważ tak należało. Pytała o pochodzenie, akcent zawsze mnie zdradzał, choć zwykle traktowałem to jako dobry początek do rozmowy. Problematyczne były tylko późniejsze historie, których nie musiałem tłumaczyć, bo mało kto potrafił mi odpowiedzieć w rodzimym języku. Graliśmy więc.
- Союз Советских Социалистических Республик – odpowiedziałem płynnym rosyjskim, pozwalając głosowi na brzmienie bardziej płynne i śpiewne, bo przecież nasze zaśpiewy nie miały sobie równych, praktycznie jak wszystko. – Moim domem jest. – dodałem po chwili, kiedy pomykała palcami po swojej twarzy. Chyba mało diabelskie były te oczy, a może to charakter złudny niczym wiatr próbował jeszcze uspokoić przed propozycją zamoczenia długopisu we krwi? – Ирис. – zwróciłem uwagę na buchający zapach z ogniska. Przyjemny, nie przerażający, choć niby czemu zawsze diabeł musiał być okropny? Sukkuby były wspaniałym tego zaprzeczeniem. – Zapach… ну это? – wskazałem na ognisko, do którego już wyciągałem dłonie, chcąc się nieco ogrzać. Wiedziałem, że nie zrozumie. – cóż to? – spytałem zaciekawiony, czując coraz większe poczucie rozbawienia, jakby powiedziała wspaniały dowcip. Przyglądałem się jej, z początku nieśmiało, dopiero po chwili orientując się, że szukam w jej oczach tego diabelstwa, które wcześniej przeszło mi przez myśl. Ogień był przecież ich narzędziem, czy jej również?
Intensywność, z jaką zacząłem wpatrywać się w jej twarz, nigdy nie była czymś, na co pokusiłbym się przy pierwszym spotkaniu. Powoli zaczynało się we mnie budować jakieś dziwaczne przekonanie, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Ona też jest na wyciągnięcie ręki. Różniło nas lekko ponad dziesięć centymetrów, bardzo szybko mogłem zrobić to, co zawsze wydawało mi się tak niesamowicie nieprawdopodobne. Zaciśnięcie długich, szczupłych palców na jej szyi nie powinno być zbyt trudne. – Я хотел бы, чтобы вы... – urwałem szept, który wyrwał się trochę zbyt szybko i nieadekwatnie do sytuacji, choć przy tym palenisku staliśmy sami, bez żadnej ściany. Moje powieki lekko zmiękły, jakbym tym patrzeniem w poszukiwaniu cech jej twarzy łowił nieco więcej otępienia umysłu. Myśli zaczynały coraz wolniej kształtować się w obrazy, a te rozmazywały się w niebycie. Szkoda, że nie włożyła jeszcze ręki do ognia, może gdyby ją poprosić… ale czy faktycznie to było coś, czego chciałem? Płynnym, choć mozolnym ruchem poprawiłem kołnierz płaszcza, próbując zapanować nad niecodziennym uczuciem opadających powiek.
Kostya Kalashnikov
Zawód : początkujący zaklinacz
Wiek : 19/20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
ваше движение
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9280-konstantyn-kalashnikov#282606 https://www.morsmordre.net/t9617-konstantyn#292314 https://www.morsmordre.net/t9514-ja-nie-govoryu-po-angliyski#289333 https://www.morsmordre.net/t9857-pokoj-konstantyna#298469 https://www.morsmordre.net/t10432-skrytka-bankowa-2144#315296 https://www.morsmordre.net/t9539-konstantyn-kalashnikov#290089
Re: Skwerek [odnośnik]30.06.21 15:48
Syberia powitała ją w zeszłym roku chłodem, zaś na Ukrainie białe smoki pląsały się do rytmu dziwacznych głosek, jakie podobnie brzmiały w ustach nieznajomego. Obcojęzyczna plątanina nie szemrała, jak słowa, a ciąg, z którego tak ciężko wyłowić było jakiekolwiek treści. Nie brzmiało to wszystko jednak, jak wyjęte z innego świata. Była przecież w tamtych regionach, więc skojarzyć musiała, że tam był jego dom.
Jakie pragnienie natomiast rozbrzmiewało w duszy? Zapełniając myślami pustą przestrzeń ciemności niebios, rozmywając się samej przez te wszystkie mijane dni. Zostać? Uciec? Pogrążyć się w chaosie? A czym był ten chaos? Myślami, mową, uczynkiem, grzechem. Zdrożnym mrowieniem biegnącym po ciele, tracącym wymiar i rozkosznie pozbawiającym kierunku, mijając się z celem. I kim właściwie jesteś nieznajomy? Zapach polnych kwiatów otulił przyjemnie zmysły, wyciągając z błota i bagna tonące w syfie Londynu oczy. Nie patrzyły na to, co widziały, a były dalej, tam, gdzie wyobrażeń firmament. Kwieciście spętane pod opoką wdzięcznie kłaniającego się irysa sunącego po trawie niebieskimi płatkami, kosztującego rosy niby na języku, a język delikatnie zwilżył wargi, chłodem ściskając naskórek smakujący zimą. – Pachnie latem – mruknęła, kojąc rozbawienie. Bo cóż to innego? Latem słońce sięgało wyschniętej trawy i gałęzi, podpalając pola i lasy. Czemu zima musiała istnieć w obliczu wiecznego lata? Ten chłód, przeklęty chłód, ściskał ciało, skazując na zimno. Przebrzydłe zimno, które pchało do niebytu. Metalowy pojemnik najpewniej był nagrzany, a widoczne runy tak cudownie go zdobiły. I w imię czego? Tej wojny? Chwyciła ponownie kępkę ziół i rzuciła nimi w płomienie, niebezpiecznie blisko. Chciała kroczyć ku ognistym pomiotom, wołającym o wyzwolenie z metalowej, runicznej klatki. Miały trawić Londyn i zgniliznę, którym porósł. Spalić wszystko, doszczętnie, każdego i wszystkich, aby oczyścić z przelanej krwi, z zasianej zgrozy. Przecież już raz ministerstwo spłonęło, może kolejny żar wyzwoli ich od Malfoya. Może w tym ogniu tkwiło piękno smoków, które tak umiłowało wielu? Niszczycielska siła oczyszczającego płomienia, mogącego przytłoczyć nawet najznamienitszych. Zarysowała się w jej pamięci sylwetka ogniomiota chińskiego, tańczącego na wzgórzach Huang Shan w mglistym locie. Obserwowała je, uczyła się o nich, chociaż zawsze wypierała - przecież wszyscy kochali smoki, więc ona nie chciała. Szukała tych innych. Tylko po co? Bardziej niszczycielskiej i pustoszącej siły nie było. Powiadano, że smoka nie można trzymać na uwięzi, że nigdy nie zostanie wytresowany i ujarzmiony. Lecz czy chciałaby tego poddaństwa? Korzenia się i wykonywania dokładnych poleceń, które przez lata próbowano nakładać i na nią? Szkarłat łusek przemykał w ciemności, sykiem rozbijając się po uszach. Wężowe cielsko z kończynami i skrzydłami, mogące strawić cały Londyn. Ilu potrzebnych byłoby czarodziejów do poskromienia bestii? Rozszalałej bestii. Stała wpatrzona w ogień z rozlewającym się powoli uśmiechem. Cóż narobiłaś dziewucho przebrzydła? Krok w przód, lekki i niezachwiany, chcący zmusić drugą nogę do kopnięcia drewna. Niech zagajnik zapłonie, a zaraz za nim patrol ministerialnych psów. Potem grajkowie. Dalej czarodzieje - czystej, szlachetnej, pół i mugolskiej krwi. Każdy niech płonie, bo każdy zasługuje na potępienie. Niczym Black wydziedziczony – Edwar Teach – abordaż prowadzić w londyńskim morzu magicznymi płomieniami i dymem, przerażając niegodziwców.
Szept przywołał do ciała rezon na chwilę, na momencik. Trzask słów niepodobny do języka, a do paleniska wydmuchującego iskry. – Hm? – uniosła brew, zerkając na młodego obcokrajowca, zatrzymując się za blisko ognia. Czuła to ciepło, przyjemnie łaskoczące policzki. Czy mogło to łaskotać bardziej? Czy zaniosłaby się śmiechem niczym Wendelina Dziwaczna? W końcu mugole palili ich na stosach, tylko przeklęci magią czarodzieje znaleźli sposób, aby to wszystko było zabawne. Tak śmieszne… tak straszliwie, przerażające śmieszne. I zaśmiała się, patrząc na niego, jak gdyby tańczące po jego twarzy cienie, były samym w sobie płomieniem. Oczyściłby go? Strawił do cna, pozwolił odrodzić się z popiołów?
Gdzieś nad ich głowami rozległ się chichot brzękotkowego lotu. Dwie ćmy zwabione ciepłem zatańczyły nad paleniskiem, by w finalnym geście nieświadome nieuchronności śmierci wlecieć w płomienie. Dym buchnął prosto w twarz kobiety, a oczy zaszły natychmiast łzami, płuca zdusiły okowy dymu i kaszel zmusił do cofnięcia się o krok. Zachłysnęła się irysem i polnym kwieciem, dusząc w śmiechu nad żarem. Tak blisko by sparzyć siebie; nadpalić kobalt płaszcza, poczuć smród rozwianych kosmków. Tak blisko by rozwiać płomienie. Byle dalej i przed siebie. W Londyn, w zieleń.
Ile jednak zajęłoby stłumienie tego ognia? Zasępiła się od własnych myśli i cofnęła w tył rozglądając po okolicy. Wykorzystaliby przecież wodę do ugaszenia wszystkiego lub zaklętą mgłę. Na to potrzeba było planu. Znacznie większego i okazalszego. A może jednak tu i teraz? Zdemolować tylko to, co się da, oczyścić, chociaż odrobinę bruk z krwi niewinnych, jacy zginęli w tym mieście. A może spalić tylko jego? Może od niego zacząć? Własna krucjata. Może by pomógł?
Rozszerzone źrenice analizowały sylwetkę nieznajomego, wydając się szacować jego wartość. Nikczemny uśmiech zatańczył gdzieś na policzkach, a westchnienie rozległo się pod nosem w zniecierpliwieniu na brak własnego werdyktu. Nie miała odwagi do radykalizmu, przemocy i kroków, których mogła żałować. Nie miała odwagi do spełniania idei zrodzonych w myślach w przypływie chwili. Nie miała odwagi do większego szaleństwa, nad to, które już zasiało się w jej duszy. A zawsze chciała skosztować tego owocu. Raz już skosztowała, gdy odpłacała okiem za oko i zębem za ząb, gdy brat ją chwytał w jej rozpaczy nad zabitym stworzeniem przez mugoli. Potem żałowała… tak bardzo żałowała. Sumienie było okrutnym narzędziem własnego umysłu, musztrującym postawę i uczucia. Całość osobowości składała się ze zbyt wielu sprzecznych ze sobą elementów, chaotycznie zebranych do całości, bezwiednie zmieszanych przed włożeniem do formy, w jakiej odnaleźć się nie mogły. Każdy z nich wołał o własne zachcianki, podążał przez ciało, wżynając się w mięśnie pytaniami: co by było gdyby? A może jednak? Dlaczego nie? Nie chciałabyś? Może jednak? I gdy zerkała w kierunku nieznajomego, jego osobę utożsamiła z tymi pytaniami. Tymi, które na co dzień zamykała w szkatule, pozostawiając na dnie, byleby pozostać osobą, kreowaną przez te moralnie szlachetne puzzle. I chciała być kryształowa z pomnikiem, jak ze spiżu. Niezachwiany wzór moralności, wznoszący swoje ego ponad butną rodzinę i krewnych – uważała się w ten sposób za lepszą, bardziej empatyczną, doskonalszą w aspektach, które dla reszty wydawały się miałkie i nijakie. Łącząc to wszystko, chciała więc destrukcji starego świata, nietolerancyjnego i fałszywego, złudnie udającego idealny, zmywając krew pieniędzmi po bruku, jednocześnie wymierzając kary pokryte okrucieństwem przekazanym po ojcowskiej linii i czystej szlachetnie po matczynym łonie. Przymknęła powieki, wzdychając ciężko i gdy tylko je podniosła, kopnęła misę z runami, a zioła posypały się po ziemi. Ten cały jarmark należało zniszczyć, niezależnie od ilości patroli, która przemierzała od ogniska do ogniska. Cornelius stworzył to dla uciechy winnych, radości złych ludzi. Powinni zapłacić za to. On też powinien.
A może ta kobieta, która przeszła obok z koszem białych lilii? – Wracaj – mruknęła pod nosem, możliwe, że kwiecista panienka nawet tego nie usłyszała. Zerknęła bez słowa na młodego obcokrajowca. Kiwnęła lekko głową w kierunku odchodzącej w ciemność do kolejnego ogniska - mógł uznać to, jak chciał, a ją to tylko rozbawiło bardziej. Niewiele czasu, ułamki sekund na wymienione spojrzenia, zwiedzione wonią białych lilii - symbolem niewinności, który należało spalić, bo nic w tym mieście niewinnym nie było.

| kobieta z liliami nie dała kwiatów : )


I wciąż nie starczało, i ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak

Forsythia Crabbe
Zawód : Magizoolog w Ministerstwie Magii
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
l'appel du vide
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8816-forsythia-a-crabbe https://www.morsmordre.net/t8824-maypole#262975 https://www.morsmordre.net/t8825-my-awful-tragedy#262980 https://www.morsmordre.net/f299-brook-street-72 https://www.morsmordre.net/t8821-skrytka-bankowa-nr-2082#262964 https://www.morsmordre.net/t8822-forsythia-crabbe#262969
Re: Skwerek [odnośnik]01.07.21 19:50
Była właściwie zła, że pozwoliła namówić siebie na wyjście dzisiaj. To będzie dla ciebie dobre, pani. Świeże powietrze pozwoli odetchnąć, spotkanie ze znajomymi twarzami umili czas. Ale jak na złość, świeże powietrze wcale nie zdawało się pomagać jej w odetchnięciu. Wręcz przeciwnie, mroziło płuca praktycznie nieprzyjemnie, nie przynosząc żadnej ulgi. Nigdzie też nie mogła dostrzec wspomnianych znajomych twarzy. Nikogo z kim mogłaby – a może bardziej chciała – zamienić choć kilka słów, przystanąć na choćby krótką chwilę. A była wymagającą rozmówczynią – co do tego, nawet ona sama nie miała żadnych złudzeń. Nigdy nie interesowały jej czcze rozmowy o niczym, chociaż wiedziała że i one mogły okazać się przydatne czy potrzebne. Umierała, słuchając wywodów na temat najnowszych fasonów koronek i czy sukni. Nie miało to dla niej znaczenia - zawsze miała najlepsze, a filigranowa postura wyćwiczone mięśnie utrzymujące jej ciało w nienagannej kondycji, pozwalało prezentować się pięknie w każdej podsuniętej przez krawca propozycji. Nad ostatecznym wyborem co od niego zabierała głównie czuwała Fantine.
Przystanęła jasne tęczówki przesuwając po otoczeniu, ludziach, którzy zajmowali miejsca przy misach, nie zatrzymując go na nikim szczególnie na dłużej. Nikt znajomy, nikt interesujący, ani trochę ciekawy. Do czasu, aż niebieskie spojrzenie natrafiło na sylwetkę, którą rozpoznała. Obserwowała więc przesuwa dłońmi po zdobieniach, jak sięga po zioła, które wrzuca na palący się nieśmiało ogień. Uważnie, bez żadnej konkretnej emocji malującej się na pięknym obliczu, lekko mrużąc jedynie powieki.
Nie umknęła spojrzeniem, kiedy podniósł głowę, wpatrując się w niego dalej, odrobinę butnie - tej nigdy im nie brakowało. Świadomi własnych wartości nie musieli się kryć z poczuciem.
- Lordzie Bulstrode. - odpowiedziała w tym samym tonie, dygając nienagannie, mimo to niezmiennie obserwując jego kolejne gest i zachowania. Padająca propozycja uniosła odrobinę jej brew. - Zaiste, zima nie rozpieszcza nas w tym roku. - zgodziła się tym krótkim stwierdzeniem, stawiając pierwsze kroki ku niemu. Unosząc odrobinę brodę, mimowolnie, nie na tyle, by prezentować głupią dumę, ale na tyle by zaznaczyć świadomość własnej wiedzy i wartości. Zatrzymała się obok ognia, czując dokładniej mieszankę ziół, która zaczynała mocniej dostawać się do nozdrzy. Jasne tęczówki przeniosły się z ognia ku górze, a niego, kiedy kolejne słowa opuściły jego usta. Brew drgnęła, ostatecznie nie unosząc się ku górze. Zmrużyła odrobinę oczy, czując palące na języku słowa. Powinna je powstrzymać i na razie jeszcze jej się to udawało.
- Przykro? - powtórzyła więc za nim najpierw uważnie obserwując zmiany na twarzy. - Alphard odważył się na krok którego nie każdy mógłby się podjąć. Jego śmierć napawa mnie nie tylko smutkiem. - odezwała się więc, nie do końca zadowolona ze słów, które splotła. Inne miała w myślach, te wydarły się na wierzch same.



the whole new world just behind
one breath.

Melisande Rosier
Zawód : badacz-behawiorysta smoków, przyszły dyplomata rezerwatu Kent
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : n/d
She's wearing a mask of perfection,
but she's broken underneath.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 https://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 https://www.morsmordre.net/t4842-nulla-rosa-sine#104133 https://www.morsmordre.net/f97-dover-posiadlosc-rosierow https://www.morsmordre.net/t5178-skrytka-bankowa-nr-1209 https://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
Re: Skwerek [odnośnik]04.07.21 21:37
Jakaś część jego wciąż liczyła na to, że młoda Rosierówna odpuści, użyje jakiejkolwiek, nawet najbanalniejszej wymówki, by nie uznać jej zachowania za nietakt i wycofa się z całą swoją godnością i dostojeństwem, ale nie - stała uparcie niewielki kawałek dalej i mierzyła go spojrzeniem, które rzucało nieme wyzwanie. Mimo niechęci, nie wypadało mu tego wyzwania odrzucać, nie zwykł ustępować innym na żadnym polu, nie mając ku temu wyraźnych i przekonujących powodów. Przytaknął głową, nie zamierzając rozwodzić się nad pogodą, nigdy nie był typem, który z zafascynowaniem deliberował nad oczywistymi zjawiskami meteorologicznymi takimi jak opad śniegu w grudniu. Przez parę chwil rozważał kurtuazyjne zapytanie jej o samopoczucie, lecz i to nie miało większego sensu; nie wypadało jej odpowiadać szczerze, a uprzejme pustosłowie nic nie wnosiło do konwersacji.
- Żałobna czerń zawsze jest przykrym widokiem, szczególnie jeśli noszona jest po ludziach w kwiecie wieku, którzy mieli przed sobą jeszcze wszystko, a zostali nam nagle i bez zapowiedzi odebrani. Obróceni w pył - mówił tonem pozornie obojętnym, przebrzmiewała w nim jednak jakaś smutna nuta bezradnego buntu przeciwko niezrozumiałym i nieubłaganym mechanizmom rządzącym tym światem, przeciwko jego niesprawiedliwości i nieodwołalności. Śmierć zdawała się go prześladować, ważne dla niego osoby znikały ze sceny jedna po drugiej, a on wciąż nie potrafił się z tym pogodzić, wciąż krzywo patrzył w swej garderobie na żałobne szaty, w barwie w jego oczach tak szalenie odmiennej od klasycznej czerni, będącej domeną jego rodu zaraz obok królewskiej purpury i dumnego złota. To była inna czerń, ale nie mógł tego zrozumieć ktoś, kto na własnej skórze nie odczuł najdotkliwszej straty. Czy Melisande zaliczała się do tego grona? Czy jej smutek był perfekcyjnie wystudiowaną pozą, czy wbrew temu, jak zazwyczaj sprawy wyglądały w ich kręgach udało jej się faktycznie poznać prawdziwego Alpharda jeszcze przed ślubem - mało tego, polubić go takim, jaki był? - Śmierć, nawet ta bohaterska, zawsze pozostawia po sobie pustkę. Duma pomaga stępić nieco ból, ale tak dotkliwa strata wciąż jest stratą - bo czy w ostatecznym, egoistycznym rozrachunku powody, dla których umierała druga osoba, miały jakiekolwiek znaczenie? Liczyło się tylko odrętwienie, w jakim się pozostawało, walcząc o powrót do normalności ponad tragedią. - Ostatecznie, jeśli było to zdarzenie nieuniknione, lepiej dla ciebie, lady Rosier, że miało miejsce teraz - a nie później, nie po ślubie, który zostawiłby ją z metką wdowy, zawieszoną pomiędzy dwoma rodami, ale nie przynależącą do żadnego w całości. Dla młodej szlachcianki wcześnie stracić męża było jak wyrok, wiedzieli to z pewnością oboje - ale Maghnus w życiu nie zasugerowałby nawet niczego podobnego. Dlaczego więc wypowiadał pierwsze lepsze słowa, które ślina przyniosła mu na język? Oczy zaszkliły mu się na chwilę na samo wspomnienie kuzyna, lecz wmawiał sobie, że to gryzący dym zmieniający nagle kierunek wraz z wiatrem, mrugnął kilkakrotnie i ponownie przywołał na twarz maskę obojętności, nim po raz wtóry przeniósł na nią spojrzenie piwnych tęczówek.


half gods are worshipped
in wine and flowers
real gods require blood


Maghnus Bulstrode
Zawód : badacz starożytnych run, były łamacz klątw, cień i ciężka ręka w Piórku Feniksa
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowiec
gore and glory
go hand in hand
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
 death before dishonor
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9868-maghnus-i-bulstrode https://www.morsmordre.net/t9891-helios#299311 https://www.morsmordre.net/t9887-mouth-full-of-white-lies#299287 https://www.morsmordre.net/f377-gerrards-cross-bulstrode-park https://www.morsmordre.net/t9894-skrytka-bankowa-nr-2246#299355 https://www.morsmordre.net/t9896-maghnus-bulstrode#299374
Re: Skwerek [odnośnik]08.07.21 23:42
Kto wyznaczał normę? Ja? Ona? Każdy z zadżumionych bywalców skwerku, którzy snuli się od kawałka trawy po kocie łby ulicy w poszukiwaniu własnego szczęścia? Ministerskie przykazy stawiane przez wielmożnych, wysoko urodzonych panów? Może tylko nasze wyobrażenie o tym, co występowało najczęściej? Szara rzeczywistość pachnącego nie padliną, a rybimi wnętrznościami wyżeranymi przez bezpańskie psy, właśnie to nas otaczało, choć swąd unoszący się nad paleniskiem był inny. Kwieciste nuty docierały gdzieś dalej i głębiej niż kiedykolwiek mógłbym odważyć się pomyśleć, a przecież niejednokrotnie bywałem pod wpływem różnego rodzaju specyfików - ten był inny. Irysy zawładnęły umysłem, a nawet i rękoma. Nieznajoma towarzyszka zdawała się oczarowana, a ja obserwowałem, powoli sycąc się widokiem jej postaci zbliżającej się do ognia. Płomienie powinny parzyć, nigdy nie wątpiłem w prawa nauki. Mogła podejść jeszcze bliżej? Chciałem, żeby w tym zatonęła, chciałem zobaczyć, jak powoli obejmują ją jaśniejące języki, z którymi uciekłaby cała rzeczywistość i historie zarówno te wypowiedziane, jak i wyszeptywane na dobranoc jako płonne marzenia. W te swoje nigdy nie wątpiłem, wiedziałem, że będę kiedyś potężny, było to jedynie kwestią czasu i doświadczenia, które mogła mi zapewnić swoją osobą. Chciałem ją przetestować, jak każdego, czy zatańczy w piekielnym piruecie z żywiołem tak trudnym do opanowania? Miała w sobie wewnętrzny ogień? Coś ewidentnie ją przyciągało do tego żywego koloru, który domagał się uwagi. Nie czekała na moje zachęty. Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, jakbym ją czarował jedynie własną wolą. Podejdź bliżej. Zanurz się w... dwie ćmy już się poddały, a ona zwiększyła dystans od paleniska. Coś zapiekło mnie w gardle z niewypowiedzianego żalu, który szybko zastąpiło rozbawienie. Pierwsze razy zwykle były ciężkie, nie powinna się zniechęcać. Zauważyłem, jak odsuwa się bardziej, rozglądając się po otoczeniu. Mój wzrok był skupiony tylko i wyłącznie na niej. Wydawała się pasować na trupa. Ciekawe co kryła w środku.
Mój szeroki uśmiech spotkał jej jakąś zagwozdkę, którą zaczęła planować w sposób nader widoczny. Nie musiałem wchodzić jej do głowy, wystarczyło, żeby tylko zginęła, tu i teraz, pożarta w płomieniu paleniska, chciałem zobaczyć twarz zatopioną w tak żywym kolorze, a ona? Po dłuższej chwili namysłu kopnęła misę, pozwalając by ogień rozprzestrzenił się gdzieś dalej, choć nie w ucieczce. W tych ciemnych oczach widziałem coś więcej. Przez moje gardło przemknął krótki śmiech, bo już wiedziałem. Niech płonie. Ona i cały ten przeklęty kraj, który nie powitał nas z otwartymi ramionami. Londyn był stracony i mówiono to w ciemnych zaułkach dość odważnie. Szczury chowały się przed prawdziwą siłą. Nie próbowały zrobić niczego dla siebie. Powinny zginąć. Wyciągnąłem w jej kierunku dłoń. Zaprosiłem z uciechą na twarzy, która niebezpiecznie błyszczała w moich oczach.
- Давай потанцуем - bardziej rozkazałem, niż zaproponowałem, choć gestem ewidentnie wykazywałem się ogładą, bo przecież pozwoliłem sobie na elegancki skłon jak za czasów szkolnych, kiedy należało rozpocząć taniec balowy. - Танцуй, пока не умрешь в огне. - mruknąłem z zadowoleniem wymalowanym na licu, gdzieś w międzyczasie wyrwał się kolejny śmiech, jakbym powiedział zabawny dowcip, a to przecież miała być rzeczywistość. Chciałem, żeby wszystko spłonęło, tak samo, jak i ona. Przywodziła na myśl alabaster. Ciekawe, czy ten również mógł zająć się ogniem. Pani z liliami odeszła na kilka kroków pozwalając sobie na bezczelność w postaci odwrócenia się do nas plecami i co więcej, zignorowania naszego zainteresowania kwiatami. Nie chodziło mi o pachnące badyle, jedynie zasadę. Potęgi nie budowało się bez odpowiednich środków. Wyprostowałem się, z wciąż wyciągniętą dłonią w kierunku nieznajomej, w drugiej pojawiła się różdżka.
- Ferveret sagnuis - mruknąłem z szerokim uśmiechem, kierując różdżką w plecy omylnie nieinteresującej się nami sprzedawczyni. Przecież nie moją rolą było pozbawiać się towarzystwa, to świadomość podpowiadała, aby zostawić na koniec. Wszystko wydawało się o wiele lepszym pomysłem... miała rzucić te kwiaty i zapłonąć wraz z nami. Kara wydawała się adekwatna. Mój umysł ponownie omiótł swąd irysów rozrzuconych po coraz to żywszej zimowej ziemi.

| Ferveret sagnuis, ST 65-11=54 & k10 & 3k8
Kostya Kalashnikov
Zawód : początkujący zaklinacz
Wiek : 19/20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
ваше движение
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9280-konstantyn-kalashnikov#282606 https://www.morsmordre.net/t9617-konstantyn#292314 https://www.morsmordre.net/t9514-ja-nie-govoryu-po-angliyski#289333 https://www.morsmordre.net/t9857-pokoj-konstantyna#298469 https://www.morsmordre.net/t10432-skrytka-bankowa-2144#315296 https://www.morsmordre.net/t9539-konstantyn-kalashnikov#290089
Re: Skwerek [odnośnik]08.07.21 23:42
The member 'Kostya Kalashnikov' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 7

--------------------------------

#2 'k10' : 6

--------------------------------

#3 'k8' : 1, 1, 8
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Skwerek - Page 9 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Skwerek [odnośnik]09.07.21 16:23
Światło i cienie wyrysowywały lico nieznanego, malując upiornym szaleństwem oczy zbłąkane na jej bladej skórze. Nie chciała wnikać w myśli jego, może nawet wolała nigdy ich nie poznać, a zaledwie cieszyć się tym, co dawać mogła chwila i płomienisty czar ogniska, wspólnie intrygujący tak niepodobnie do normalności, z którą żyć dane było na co dzień, bez odwagi w postaci kwiecistych pąków zapachów karmiących usidlone moralitetami instynkty, zrywające okowy wraz z każdym kolejnym śmiechem.
Zaproszenie wystosowane w geście, mknące gdzieś między słowami, których znaczenie miało na zawsze pozostać dla niej nieodgadnione. Ukłonił się jak każdy, z którym styczność miała na bankietach, może mniej dostojnie od lordów, lecz znał z pewnością tę ogładę tańca nudnie rozmytego, mdlącego od kroków zaklętych w ramach obyczajów. Zmrużywszy delikatnie powieki, powędrowała błyszczącym podejrzliwością wejrzeniem po dłoni, a potem po ramieniu, aż po łypiące ślepia, odbijające paliczki ognia wdrapujące się w źrenice. Jego oczy, jak same trawiące płomienie – jeszcze chwila a rozsadzi źrenice i wybuchnie rozszalała szatańska pożoga; jeszcze chwila a rozerwie ten trudny kolor strumieni nerwów, uśmiechniętych psotnie, natarczywie niczym potop ognisty. W końcu westchnęła, pozwalając irysowej barwie zawładnąć zmysłami, a dłoń w pełnym gracji geście wylądowała na jego ręce. Równie eleganckie dygnięcie i delikatne, powolne uniesienie rąbka spódnicy, jak gdyby uczestniczyć wreszcie miała w balowej zawierusze z własnej nieprzymuszonej woli. Nie puszczała zaoferowanej dłoni, ściskała ją delikatnie, należycie, gotowa wznieść ją wyżej i zamknąć w ramie tanecznej. Postąpiła więc krok bliżej niego, nim jednak palce prawej ręki zacisnęły się na ramieniu, zatrzymały się gdzieś na połach płaszcza, a wzrok podążył za rzuconym zaklęciem. Grymas niezadowolenia przemknął po twarzy, wszakże jeśli ogień należało zwalczać ogniem, wówczas skuteczniejszym winna być magia, spleciona z finezją oraz precyzją, bez błędów, które ewidentnie objawiły się w nieudanym błyśnięciu. Zdrowy rozsądek i myśli graniczne z trzeźwością krzyczeć chciały, że droga nie mogła być tędy wiedziona, jakaż wówczas różnica była między innymi, a sobą? Między tym co szkaradne i plugawe a postawą moralnie zbudowaną w kwarcowym przeźroczu? Zaklęcie przecisnęło się dźwięcznie między woluminami pamięci, trącając wspomnienia z bratem, jak i ojcem, lecz wolała pozostać przy tych, które kołysały się wówczas znajomym i ukochanym licem bliźniaka. Uczył ją przecież, chciała to znać – błądzić w teorii poznania, bo wiedza dawała wszystko. Finezja uroków była w tej chwili milszą w wyobrażeniu płomieni, w Circo Igni oplatającym nieznajomą z kwiatami. Flagrante, Planta Doleto, Ignitio. Cóż mogło zastąpić, jakiekolwiek z tych zaklęć z parszywej dziedziny, w której topiła się jej rodzina? Czy nie tak ją uczył kochany brat? Teorii, planowania i rozważania skutków zaklęcia? A przecież zdrowy rozsądek chciał przypominać, że obrzydzenie do tego rodzaju magii było w nim równie silne co w niej, a jednak… irys wydawał się tłumić tak wiele, zapachem lata popychając do otwarcia wewnętrznej puszki Pandory. Na krótki moment, zaledwie na chwileczkę. Niczym diabeł na ramieniu, pozwoliła sobie wspiąć się na czubki palców i wyszeptać do nieznajomego ucha inkantację zapamiętaną ze stronic ojcowskich ksiąg powierzonych bratu. – Locomotor Mortis, wtedy nie ucieknie ale też z nami nie zatańczy. A chyba chcieli tańczyć? Chociaż… to oni mieli ulec tanom, nie ci, którzy wystąpili przeciwko nim. Zerknęła na ogień ukradkiem, sycąc oczy płomieniem, a sekundę później znów na młodzieńca, jakby oczekiwała, że postąpi właściwie. Skoro on już dobył różdżki i wymierzył w plecy nieświadomej liliowej damy, wówczas, po co ona miała się ku temu fatygować? Mogła mówić, po prostu prawić. – A potem… Igne Inferiori – dodała z mimowolnym rozbawieniem, nawet jeśli w pełni władz umysłu przeraziłaby się własnym podszeptem niecnoty. Szatańska Pożoga rozbuchana na Skwerku również mogła być rozwiązaniem, jednak małe kroki były równie cenne, a chciała poznać czy byłby w stanie rzucić to zaklęcie. W jakim stopniu był równie splugawiony co reszta londyńskich mrocznych, nocnych bytów? Ona zaś obyta z teoretyczną wiedzą miała się za inną, traktująca praktykę niczym przykry obowiązek, będącą upustem dla największych przejawów agresji, silnie tłumionych przez własne moralne hamulce. Odwaga, by podrzucać kusząco zdradliwe inkantacje, wyłaniała się z pląsających płomieni, okadzających letnią nutą powietrze. Czy to dziś przypadła Noc Walpurgi? Czy to już był maj? Uśmiechając się niczym północnica blada, chciwie zaglądająca do oczu, jak do żłobu, westchnęła przeciągle, nucąc pod nosem cicho melodię z rozbawieniem, opadając znów na obcasy. Wreszcie odsuwając się od nieznajomego, by odwrócić spojrzenie w ciemność stojącej w przestrachu sylwetki i rozsypanych kwiatów. Mimowolne rozbawienie wysnuło się z piersi, dech łapczywie odbierając. Co już bawiło naprawdę, a co stało się śmieszne w kwiecistej oprawie?
Muzyka samoistnie wygrywała takty w głowie, roztańczona irysowym westchnieniem. Musieli znaleźć się bliżej swej ofiary, lecz podejść nie mogli, zaledwie taktem wiedzeni, roztańczeni ku liliom wiedeńskim walcem. Prawa dłoń przesunęła się po płaszczu, wędrując do ramienia, a rytm tańca wyznaczał dalsze kroki, których wymagały pożerające języki ognia. Raz, dwa, trzy. Raz, dwa trzy, aż rąbek spódnicy niebezpiecznie zafalował nad płomieniem. Raz, dwa, trzy. Raz, dwa, trzy, aż przysporzyli zagajnikowi niepokoju. Raz, dwa, trzy. Raz, dwa, trzy, aż się zatracili w błędne tańca koło.
- Czy można żyć z takim piekłem w sercu i w głowie? – cytat, będący pytaniem wyrwanym w wirze z myśli ukradkiem brodzących po stronicach ksiąg, które czytać jej przyszło kilka tygodni temu, dzięki uprzejmości tajemniczego korespondenta. Słowa poddające pod rozważanie każdy gest i czyn, którego dopuścić się odważyła. Dostojewski - czy nie tak, brzmiało nazwisko tego co zrodził to pytanie? Czy znanym było w jej języku dla tego kto prowadził ten taniec? A jak z odpowiedzią? Sama rozważań peany uknuć próbowała z każdym dniem, myśląc o samej sobie, jestestwie i bycie, tym czym los ją ugodził, skazując na tułaczkę bez zrozumienia. Rzucone w niebyt słowa roztańczyły się w powietrzu, gdy gorące powietrze raz za razem buchało od wzbierających płomieni, dymem syczącymi po śnieżnej pościeli, odgradzającej wymysł od rzeczywistości.


I wciąż nie starczało, i ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak

Forsythia Crabbe
Zawód : Magizoolog w Ministerstwie Magii
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
l'appel du vide
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8816-forsythia-a-crabbe https://www.morsmordre.net/t8824-maypole#262975 https://www.morsmordre.net/t8825-my-awful-tragedy#262980 https://www.morsmordre.net/f299-brook-street-72 https://www.morsmordre.net/t8821-skrytka-bankowa-nr-2082#262964 https://www.morsmordre.net/t8822-forsythia-crabbe#262969
Re: Skwerek [odnośnik]11.07.21 17:31
Z rozmysłem pozostawała na swojej pozycji. Miejscu przy którym przystanęła, obserwując. Ze spokojem oczekując dalszego rozwoju zdarzeń. Nie umknęła spojrzeniem, kiedy ich tęczówki się krzyżowały. Nie nawykła do tego - nie sądziła też, by miała ku temu jakikolwiek powód. Czekała, ze skrytą w niej ciekawością odnośnie tego, jaki kolejny krok należeć będzie do lorda, na którego natknęła się dzisiaj. Wystosowanego zaproszenia nie pozostawiła bez odpowiedzi, bez strachu czy nieśmiałości podchodząc bliżej. Odpowiadając na banalne stwierdzenie odnośnie pogody. Typowy, bezpieczny tor, tak często wybierany przez większość.
- La mort n'arrive qu'une fois, et se fait sentir à tous les moments de la vie: il est plus dur de l'appréhender que de la souffrir.* - odpowiedziała po francusku, po te słowa zdawały jej się w orginale, nieść najlepsze znaczenie. Jean de la Bruyere zdawał się poznać smak śmierci kogoś bliskiego wystarczająco dobrze, żeby być w stanie określić to, co i ona już znała. Czy też względem Alpharda? Czas miał dopiero pokazać. Ale brakowało jej ojca niezmiennie. Miała wrażenie - a raczej pewność - że traciła bliskich w ostatnim czasie częściej, niźli przez resztę wcześniejszego życia. Docierający do nozdrzy zapach sprawiał, że coś kotłowało się w jej środku, wzbudzało, rozstroiło, traciła panowanie nad własnym opanowaniem. Słowa składały się inaczej, niźli sama tego chciała. Co się z nią działo? Dlaczego wszystko to, co zakopała głęboko właśnie teraz dobijało się by znaleźć ujście. Walczyła. Ale rozdające się - a może budzące uczucia, rozgrzewały ją w środku. Jeszcze się trzymała, jeszcze się kontrolowała. Ale zaczynała odczuwać pewną niedogodność, której jeszcze nie potrafiła zrozumieć. Znaleźć jej źródła - o które nie podejrzewała ziół wrzuconych do ogniska. Zapatrzyła się w ogień, na kilka chwil milknąc, zapadając się w sobie, oddając swoim własnym przemyśleniom. Kolejne słowa wyrwały ją z nich. Zmarszczyła odrobinę brwi, nie kryjąc się z tym gestem - choć przeważnie to robiła.
- Lepiej dla mnie… - powtórzyła po nim prawie szeptem, unosząc tęczówki ku górze. Czuła wzbierająca się w niej złość. Wiedziała, że miał rację, ale jej egoistyczna część nie potrafiła wybaczyć Alphardowi. Jeszcze nie. - A było - nieuniknione? - zapytała, jej oczy zdawały się innej, mniej pewne niż wcześniej, poszukujące czegoś, choć sama nie wiedziała czego szuka. - Może masz rację, sir. Nie wierzę jednak w przeznaczenie, los i inne fatum. Alphard był silny, może to ja byłam zbyt słaba, by zatrzymać go tutaj obietnicą posiadania mnie przy sobie? - co się z nią działo? Kto wypowiadał te słowa, które nie powinny opuszczać jej ust. Czemu jej oczy szkliły się, choć nie pozwoliła im na to. Powinna stąd odejść, możliwie jak najszybciej. Uciec, póki jeszcze była na to pora.

*śmierć przychodzi tylko raz i jest odczuwalna w każdym momencie życia: trudniej ją pojąć niż cierpieć.



the whole new world just behind
one breath.

Melisande Rosier
Zawód : badacz-behawiorysta smoków, przyszły dyplomata rezerwatu Kent
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : n/d
She's wearing a mask of perfection,
but she's broken underneath.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4704-melisande-rosier#100644 https://www.morsmordre.net/t5050-nulla#108518 https://www.morsmordre.net/t4842-nulla-rosa-sine#104133 https://www.morsmordre.net/f97-dover-posiadlosc-rosierow https://www.morsmordre.net/t5178-skrytka-bankowa-nr-1209 https://www.morsmordre.net/t5098-melisande-rosier#110615
Re: Skwerek [odnośnik]17.07.21 15:31
Dokładnie w ten sposób widziałem całą tę grację czarów połączonych z zaklęciami, choć moje nie wyszło dokładnie tak, jak chciałem. Nie było zawodu, choć gdzieś w krtani coś drgnęło poruszone, bo przecież wiedziałem, że potrafię. Krew pulsowała fascynacją magiczną, bo sam dotyk drewna z figowca pozwalał dreszczom przechodzić wzdłuż ręki. Wydawało mi się, że to kwestia używania czarów, nie - tańczących płomieni, które powoli zaczęły jarzyć się na jesiennej ziemi, podsycając rządzę zrobienia czegoś.
Niższa postać nieznajomej, którą zaprosiłem do powolnego walca, przybliżyła się, proponując inne zaklęcia, potężniejsze niż śmiałbym przypuścić, takie, o którym czytywało się w księgach - nie rzucało na lewo i prawo w środku miasta. Przez myśl przemknęła chęć usłuchania się jej, jednak moje podsycone pragnienie od zapachu irysa było inne. Przecież lubowałem się w czymś całkowicie innym. Zamykając jedną z dłoni na jej, nie trzymałem szczególnie ramy. Jej ruchy wskazywały, że dobrze wiedziała, w jaki sposób należy robić to samemu. Szkoda, że nie potrafiła tego odzwierciedlić w zachowaniu, którym starała się mnie nakłonić do pewnego czynu... występku godnego jedynie nielicznych. Dobrze wiedziałem, że kiedyś osiągnę tak wielką moc, jednak nie to było moim pragnieniem. Pożądałem przecież posłuchu, nie węży szepczących na ucho, niezależnie od tego, jak bardzo podobał mi się ten pomysł. Przez twarz naturalnie przebiegł uśmiech, a w oczach przeskoczyła jakaś iskra, bo jej tok myślenia wydawał się wielce kuszący. Była przebiegła, wyczułem to praktycznie od razu, choć najwięcej powiedział mi fakt, że sama nie wyciągnęła różdżki. Damy Londynu nie lubiły brudzić sobie rąk, a ja nie zamierzałem odstawać, bo każdy przecież dobrze wie, że to sprytem należało zawsze rozwiązywać sytuacje, stąd na niektóre kobiety należało uważać dwukrotnie bardziej. Ona była jedną z takowych. Igne Inferiori o kolorze irysowego fioletu. Potrafiła malować nie tylko słowem, ale również wyobraźnią, a moja pomknęła już daleko do przodu jednak zamiast wizji, które tworzyła, pragnąłem czegoś innego. Władza, posłuszność i posłuch, potrzebowałem, żeby patrzono na mnie z szacunkiem w oczach. Towarzyszka odsunęła się, odwracając głowę w stronę zastygniętej damy z kwiatami. Nie czekając na kolejne zaproszenia, wycelowałem różdżkę w stronę kwiaciarki próbując ponownie i po swojemu rozprawić z tą sytuacją - Servio
Po raz kolejny z różdżki nie wydobyło się nic, a przecież tak bardzo chciałem, żeby przestraszona sprzedawczyni zaklaskała... Uczucie rozradowania ewidentnie wprawiało mnie w dekoncentrację, na jaką nie powinienem sobie pozwalać w obecności obcych, w nikogo obecności. Uśmiech wciąż błąkał się po moich ustach, szczególnie gdy znalazła się okazja do faktycznego poprowadzenia jej w tańcu, po raz kolejny, tym razem z pełną świadomością ruchów. Koścista dłoń uwolniona od różdżki, którą schowałem w rękawie płaszcza, znalazła się na wysokości jej łopatki. Nie czekało na nas nic poza tym walcem, w którego rytmie tworzyliśmy zgodne ślady na jałowej ziemi. Trzaskające płomyki dogasały, choć nie imało się to naszego humoru, który z każdym krokiem utrzymywał się na tym niespotykanym poziomie zadowolenia i pragnienia. Nie chodziło jednak o nas, a ideę, która zaspokajała umysł. Podpalić. Podpalić i zatańczyć. Zatańczyć dla śmierci.
W ułamku minuty z tańca zrodził się rozłam, bo słowa nieznajomej przecięły powietrze, zgłębiając się gdzieś bezpośrednio w pierś. Nie musiałem rozmyślać zbyt wiele by w krokach do tyłu wyciągnąć różdżkę i z precyzją nakreślić odpowiedni ruch - Servio - musiałem wiedzieć, kim była. Przetłumaczone słowa Dostojowskiego nie mogły paść przypadkiem. Widziałem w swoich oczach ją jako szpiega. Chciałem, żeby płonęła i to o wiele bardziej niż na początku. Patrzeć na czerwone plamy pojawiające się na ciele, słyszeć krzyk, któremu nie odpowiedziałby już nikt... zamiast tego z różdżki wydobył się jedynie błysk niczym kilkusekundowe oświecenie sprowadzające na mnie jedynie ból. Wzdłuż dłoni dzierżącej różdżkę przemknął prąd obezwładniającego bólu. Ręka wyprostowała się, pozwalając drewnu upaść, a mi złapać się za ramię, od którego promieniem efekt uderzył jeszcze w tył głowy. Chęć panowania była zbyt wielka, a ja nie miałem sposobności się temu przeciwstawić. Byłem wciąż zbyt zadowolony i rozbawiony. Pomimo bolączek na twarzy wciąż błąkał się uśmiech, choć nie był już tak szeroki, jak z początku. Zamknięte oczy i ciężki oddech sprawiały, że wyglądałem, jakbym myślał i tak też było. - Proszę bardzo... - zacząłem po angielsku, choć oboje dobrze wiedzieliśmy, że nie musiałem. Zrozumiała wszystko, co mówiłem po rosyjsku, była przecież KGB. Zapomnieli tylko o jednym, że ja nie dam się tak łatwo złapać.
Przyłapując jej wzrok, spojrzałem spod byka.
- Да, я убил его, но вы не возьмете меня живым... труп тем более. - wycedziłem z chłodem. Kąciki ust wciąż unosiły się ku górze. Przeklęte irysy. Nigdy wcześniej nie miałem spowiedzi, choć ta wydawała się całkiem przyjazna. Przecież chciałem, żeby się mnie bano. Świadomość faktu, że kogoś zabiłem, powinna ją ustawić trochę do pionu.

| Żywotność: 161/206
Kostya Kalashnikov
Zawód : początkujący zaklinacz
Wiek : 19/20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
ваше движение
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9280-konstantyn-kalashnikov#282606 https://www.morsmordre.net/t9617-konstantyn#292314 https://www.morsmordre.net/t9514-ja-nie-govoryu-po-angliyski#289333 https://www.morsmordre.net/t9857-pokoj-konstantyna#298469 https://www.morsmordre.net/t10432-skrytka-bankowa-2144#315296 https://www.morsmordre.net/t9539-konstantyn-kalashnikov#290089
Re: Skwerek [odnośnik]17.07.21 18:35
Lekko niezadowolona, lecz niepozbawiona humoru podążyła wzrokiem za różdżką, która znów została ośmieszona w nieudanej próbie zastosowania czarnej magii. Chociaż czarownica zaśmiała się krótko, tak wolała puścić już w niepamięć te żałosne próby. Chciała spektaklu, jednak nie zamierzała wylewać łez nad jego brakiem, przynajmniej miała szansę poznać możliwości nieznajomego. – Nic nie szkodzi – wzruszyła delikatnie ramionami, woląc oddać się tańcu. Płomienie i tak pochłaniać mogły przestrzeń, a ich niedoszła ofiara miała najwyraźniej wyznaczony inny los. Wrzaśnięcie kwiecistej damy, która rozrzuciła lilie, rozniosło się po zagajniku i zniknęło w oddali, podobnie, jak wszelkie inne troski, które męczyły duszę w codzienności. Roztańczeni na przepaści umysłu skrajem, powpadać by mogli w otchłań śmierci w tymże finezyjnym wirowaniu. Przymknięte powieki, raz za razem wznosiły się w pierwszym takcie, okręcając głową, by mogły zmysły dostrzec wijące się płomienie. Dawała się prowadzić z lekkością, wygrywając w umyśle melodię, której dłonie porywały w dalsze tany.
Rozłamanie tanecznego wichru było równie niespodziewane co wypowiedziana inkantacja. Jak śmiał? I jak mógł? Zawiedziona chciała już sięgać do różdżki skrytej w prawej kieszeni płaszcza, zamiast tego dostrzegła zaledwie kolejną nieudaną próbę splotu czarnej magii i roześmiała się gorzko, zwinnym ruchem, zgarniając drewno, które upadło. Patrzyła na jego bólu, jakby pragnęła zapamiętać widok tej słonej porażki. Znała cenę czarnej magii za dobrze, a jeśli on sprawdził na siebie tyle bólu, tak prostą inkantacją, musiał nie być w tym wszystkim tak biegły jak, chociażby jej brat czy ojciec. – Musi pan bardziej się postarać – zapewniła go, w rozbawieniu nie czując żalu czy strachu. Przecież to była zabawa, a jego i tak zdążyła spotkać odpowiednia kara. Obróciła jego różdżką kilkakrotnie między palcami, zauważając, że ta będąc nieporównywalnie krótsza, wydawała się poręczniejsza, jednak mniej elegancka. Wylądowała zaraz w lewej kieszeni, którą czarownica zamknęła na guzik zdobiony błyszczącym lapisem lazuli.
Na słowa, uniosła brew, a potem przekrzywiła lekko głowę, z uśmiechem wpatrując się w najpierw w oczy, a potem w usta wyrzekające przedziwne dźwięki, których nie rozumiała. Jedynie mogła czytać z tonu, który nijak nie chciał jej podpowiedzieć czegokolwiek, przysłonięty kwiecistym bukietem zapachów. Schyliła się wówczas po jeden z leżących w śniegu kwiatów, prostując się razem ze zbliżeniem nosa do żółtych pręcików kielicha lilii. Osnuła ją mdląca woń, obrzydliwie wydzierająca zatuszowane wspomnienia pogrzebów, rozpraszająca odrobinę odwagę skrzętnie utkaną w dymie kadzidła. Pokręciła w końcu głową ze współczuciem, nie była w stanie go zrozumieć, nawet jeśli chciała. – Chciałabym wiedzieć, co mówisz, naprawdę – mruknęła z lekkością, ale i pożałowaniem, gdy nuta melancholii zadrgała w źrenicach, przełamując się przez barwę kwiatów polnych wirującą w głowie. Najszczersza prawda, wylana w słowach, pożądających wiedzieć, a wiedzy zawsze była spragniona. – Vlaams? Pǔtōnghuà? Français? – wymieniła każdy ze znanych sobie języków, starając się znaleźć nić porozumienia poza angielskim, którym nieznajomy nie władał najlepiej. Z każdym słowem zbliżała się, pozbawiona strachu, bo w porywie fioletu irysa, nie chciała kończyć tej zabawy. – Tutaj! – ktoś krzyknął w oddali, na co grymas niezadowolenie przebiegł po twarzy, zatrzymując się gdzieś z boku, na wymalowanej nikłym światłem dalszej części portu. Przecież dobrze znała Londyn, nie było to jedyne miejsce do tańca i zabawy. On był za słaby, by stawić czoła tym, którzy nadchodzili i chyba nie chciała oddawać mu jeszcze różdżki, która i tak spoczywała w zapiętej kieszeni. Znów mieli ułamki sekund, na wymienione spojrzenia i podjęcie decyzji, wysunięcie propozycji. – Chodź – wyciągnęła w jego kierunku dłoń, zaś w drugiej obracała wcześniej uniesioną lilię. Mogli przecież zatonąć w kolejnym tańcu. – Bądź pan nie takim jak wszyscy – diabelski płomyk, roztańczył się w spojrzeniu, na powrót unosząc policzki w uśmiechu nikczemnym cytującym nie tak dawno czytane dzieło. Gdzie podążać zamierzała? Chciała iść między duchy, nawet jeśli byli wśród nich żywi, zbiec przed rozsądkiem i wnosić się dalej w czar szaleństwa. Kłopoty z ministerialnymi psami były ostatnim z listy życzeń, choć mogłaby się z nich sprytnie wywinąć nazwiskiem, a ważniejszym od tego wydało jej się dotrzymanie kroku, dalszy taniec, który zyskał górowanie, jako kolejne pragnienie w słabnącym oddechu letniej woni, przecinanej mroźnymi wiatrem wodzącym za nos do odległych wspomnień.  
 
| zapraszam tu


I wciąż nie starczało, i ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak

Forsythia Crabbe
Zawód : Magizoolog w Ministerstwie Magii
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
l'appel du vide
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8816-forsythia-a-crabbe https://www.morsmordre.net/t8824-maypole#262975 https://www.morsmordre.net/t8825-my-awful-tragedy#262980 https://www.morsmordre.net/f299-brook-street-72 https://www.morsmordre.net/t8821-skrytka-bankowa-nr-2082#262964 https://www.morsmordre.net/t8822-forsythia-crabbe#262969

Strona 9 z 13 Previous  1, 2, 3 ... 8, 9, 10, 11, 12, 13  Next

Skwerek
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach