Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Galeria nowości
AutorWiadomość
Galeria nowości [odnośnik]21.03.16 13:32

Galeria nowości

★★★★
Galeria nowości to nic innego jak wielka strefa wystaw najnowszych kreacji od projektantów tworzących dla Domu Mody Parkinson. Jeśli nie mogłeś uczestniczyć w pokazie najnowszej kolekcji: nic straconego, tutaj na żywo można zapoznać się z projektami prosto spod igły, w które zostały odziane niezwykle realistyczne manekiny. Niejednokrotnie zdarza się, że wśród galeryjnych wystaw przechadzają się i sami twórcy projektów - jest to idealna okazja, by uszczknąć odrobinę tajemnej wiedzy ze świata projektantów. Często pomieszczenie rozbrzmiewa dźwiękiem ożywionych dyskusji na temat prezentowanych na manekinach kreacji - zarówno pochlebnych, jak i tych całkowicie negatywnych.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 20:46, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Galeria nowości Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Galeria nowości [odnośnik]10.11.16 10:06
-To. Chyba. Jakiś. Żart. - wycedził Marcel, spoglądając na blady manekin wystrojony w kanarkowożółtą suknię. Nie dość, że odzienie odstawało i w ogóle nie pokrywało się z kształtami tej sztucznej pani, że już na pierwszy rzut oka było widać, iż to robota jakiegoś żółtodzioba bez doświadczenia (te odstające szwy, paskudne wykończenia - gdyby Marcel wiedział o istnieniu takiego wynalazku jak mikser, niechybnie by o niego poprosił, aby wydłubać sobie oczy), a na dodatek te okropne kolory. Parkinson wzdrygnął się teatralnie, po czym bezpardonowo zaczął się szarpać ze stroikiem. Szło mu to wcale nieźle i udało mu się oswobodzić manekin z jednego rękawa, ale w tym momencie nieco się zachwiał i... bum. Kilka kolejnych figur również się przewróciło, przygniatając do podłogi nieszczęsnego asystenta Marcela, którego ten imienia nie pamiętał.
Parkinson patrząc na pobojowisko, jakiego zresztą był sprawcą, wzruszył ramionami. Może i dobrze się stało? Na pewno zaoszczędził czasu, a owe stroje nie nadawały się zupełnie do niczego. Nie włożyłby ich na siebie nawet, gdyby alternatywą byłoby paradowanie nago przed całą ludzkością. Zresztą, ktoś taki jak on przecież nie musiał się wstydzić swojego ciała, ba, powinien być z niego niezmiernie dumny i nie unikać możliwości jego prezentacji. Abstrahując od całej sytuacji: problem w postaci owych obrzydliwych sukni został zażegnany w zasadzie samoistnie, pozostawało jeszcze dociec, który z idiotów postanowił narazić dobre imię Domu Mody Parkinson na utratę reputacji. Marce jednak nie był detektywem, więc uchylił sprawę, by zajął się tym ktoś inny, samemu przechodząc do pracy nieco bardziej praktycznej. Mianowicie: do kontaktu z klientem. Tych kręciło się po galerii aż nadto, każdy spragniony nie tylko wiadomości, wieści, nowinek ze świata mody, skomentowania ostatniej kolekcji, czy też wyszarpnięcia informacji tyczących się zbliżającego się pokazu, ale także i fachowej porady, pomocy w dobrze odpowiedniej stylizacji na filiżankę herbaty w towarzystwie nielubianych znajomych, czy też na rodzinną uroczystość, na którą najchętniej by się nie przyszło. Swemu właściwemu zajęciu Marce mógł się oddać dopiero po spacyfikowaniu (i to dosłownym!) tej obrażającej jego estetyczny zmysł wystawy. Czyż nikt z obecnych tu koneserów mody nie zwrócił uwagi na te jakże niepasujące do całości ekspozycji suknie?
Skandal, lecz przynajmniej Parkinson zdołał wyrobić sobie zdanie o przechadzających się spokojnie klientach: ignoranci. Najbardziej mierził go zaś fakt, że przed każdą zaprezentowaną kreacją zatrzymywali się, obchodzili ją dookoła i kiwali głową z aprobatą - dosłownie każdy jedne gość Domu Mody. Parkinson westchnął głęboko i z przejmującym smutkiem pomyślał, że zaczyna tracić wiarę w ludzkość.
I takimi jednak musiał się zająć, więc tanecznym krokiem podbiegł do statecznej lady. Blada, ciemnowłosa - obstawiał Bulstrode'ów, choć rzecz jasna mógł się mylić. Szybka ocena jego stroju pozwoliła mu na instynktowne dobranie podobnych fatałaszków, choć pani była zupełnie pozbawiona gustu - czy raczej miała go tak spaczony, że Marcel walczył z ochotą wybuchnięcia płaczem. Śmiechem. Wszystkim naraz, lecz taka reakcja raczej nie wyszłaby mu na zdrowie.
-Witam szanowną lady, nazywam się Marcel Parkinson i jestem konsultantem Domu Mody - przedstawił się, entuzjastycznie potrząsając ręką kobiety i pośpiesznie muskając wierzch jej dłoni ustami, zupełnie nie przejmując się popełniony faux pas - gdzież tak stratować do starszej niewiasty! Parkinson pozostał jednak słodko tego nieświadomy i skupił się w pełni na tym, na czym znał się najlepiej. Zaczął trajkotać o materiałach, krojach, kolorach, dlaczego absolutnie w tym sezonie nie należy nosić atłasów i lepiej postawić na jedwabie, kiedy pastelowe barwy wrócą z powrotem do łask oraz przekonywać, że wkrótce noszenie spodni przez kobiety wcale nie będzie wiązane z nietaktem.
-Oczywiście, lady, niewiasty powinny nosić suknie. Najlepiej skromne, niezbyt wyzywające, pomijając oczywiście wielkie okazje, gdy należy błyszczeć. Ale to kwestia funkcjonalności. Chociażby z takie czysto behiwarolnego (usłyszał gdzieś to trudne słowo i z całej duszy pragnął się nim z kimś podzielić) punktu widzenia: panienki z dobrych domów coraz częściej podejmują pracę w Ministerstwie, zatem należałoby chronić ich cnotliwość jak najsilniej. Odkryte ramiona, rozkloszowane spódnice, dekolty w serca nie wpływają na zwiększenie produktywności pracowników - perorował, śmiejąc się z własnych spostrzeżeń, dopóki nie zauważył mrożącego wzroku lady Bulstrode - ach, no tak - zreflektował się, plując sobie w brodę, że nie wybrał na swego pierwszego klienta szpakowatego jegomościa w garniturze w jodełkę. Teraz baba wydawała mu się okropnie wredna, ale musiał swoje odbębnić i pomóc jej w znalezieniu tego, czego chciała. A okazała się niezwykle wybredna. Przez dwadzieścia minut wypytywała Marcela o różnicę włókien w dwóch różnych kreacjach, po czym nie wybrała żadnej z nich, choć Parkinson gorąco polecał jej przymierzenie klasycznej, granatowej sukni. Nic z tego, matrona pozostawała nieugięta i zdecydowanym krokiem ruszyła w głąb sklepu, nie pozostawiając mu wyboru - musiał dreptać za nią niczym mały piesek, zatrzymując się jak wryty przed przypadkowymi wieszakami.
-Te są zbyt wyuzdane - bąknął nieśmiało, kiedy kobieta wetknął mu w ramiona całą stertę sukni, jaką rzekomo zamierzała przymierzyć i zajęła się przeglądaniem najświeższych projektów, przeznaczonych raczej dla młodszego pokolenia. Kobieta wyglądała na zadbaną, ale Marcel nie miał odwagi, by jej powiedzieć, że nie wzbudziłaby zachwytu z dekoltem do pępka. Zazwyczaj pełen werwy i animuszu, tutaj, w Domu Mody, gdzie czuł się jak u siebie - nigdy nie pozwoliłby sobie na odebranie sterów. On wiedział lepiej, najlepiej i potrafił dobrać odpowiedni strój na każdą okazję. A teraz? Siedział cicho jak trusia, sparaliżowany apodyktycznością starszej pani, rządzącej się jakby była co najmniej Ministrem Magii. Nagle Marcel gwałtownie pobladł, sparaliżowany tym porównaniem. A co, jeśli rzeczywiście stała przed nim pani Tuft we własnej osobie? Parkinson nie miał zielonego pojęcia, jak ona wygląda - znał jedynie nazwisko, co w tej chwili mocno go niepokoiło. Zmierzył elegancką matronę podejrzliwym wzrokiem, nie chcąc ferować wyroków, ale... Na Merlina! A jeśli przez niestosowne zachowanie zostanie oskarżony o zdradę stanu? Skazany na banicję? Powieszony? Rozerwany przez konie Carrowów? Marce już jął wymyślać sobie coraz to bardziej niedorzeczne kary, by po chwili ciemną chmurę w jego mózgu rozświetliła genialna myśl. Po prostu zrobi ją na bóstwo!
-Raczy pani to zostawić, ja już wiem, co trzeba z panią zrobić - zawołał nagle, odrywając kobietę od kontemplowania eleganckich kapeluszy - proszę jedynie o zaufanie - i niech pani pamięta, że moje rady to jedynie sugestia. Jakże rozsądna, ale jednak - nie silił się na skromność, przemieszczając się między kolejnymi regałami tak szybko, jak gdyby się teleportował. Wybrał całe naręcza ubrań, po czym zaprowadził niewiastę do przymierzalni, dodając, że gdyby z czymkolwiek wystąpił problem, on z radością pomoże w jego rozwiązaniu. Lub wezwie garderobianą, gdyby czuła opór przed jego interwencją.
-Nie powinna się lady obawiać - zapewnił ją (wciąż odczuwając problem z tytulaturą), stojąc za zasłoną i nasłuchując odgłosów, które świadczyłyby o jakichś kłopotach - jestem profesjonalistą w swoim fachu. Bardzo często pomagam dziewczętom ubierać suknie i nikogo to nie gorszy. Gorsety sznuruję z zamkniętymi oczami - pochwalił się, co zostało nagrodzone (och, jak miło) salwą cichego śmiechu. W końcu oczom Marcela ukazała się kobieta w bardzo klasycznej odsłonie. Szary komplet oraz przełamująca stonowany ton pudrowa, różowa, bardzo elegancka bluzka prezentowało się nadzwyczaj dobrze, acz Marce wiedział, że czegoś jeszcze zdecydowanie brakuje.
-Wygląda wspaniale, podoba się pani? - upewnił się jeszcze, chcąc zyskać potwierdzenie, czy powinien jeszcze skakać dookoła niej na jednej nodze proponując dodatki, które uświetniłby ten strój, czy może raczej gimnastykować się w wymyślaniu kolejnego. Na szczęście zyskał potwierdzenie (z ust domniemanej pani Minister!), więc czym prędzej popędził po odpowiednie buty - niezbyt wysokie szpilki, rozmiar 6, jak mu się zdawało - oraz apaszkę pasującą zarówno do nieco chłodnej jeszcze marcowej aury oraz do całego kompletu. Jakież jednak było jego zdziwienie, że gdy przybył na miejsce, nikogo nie zastał w przymierzalni. Ani kobiety, ani ubrań. Marce przystanął na chwilę przed lustrem, podrapał się w głowę, zastanawiając się, co się stało. I dopiero, gdy coś zatrybiło i zrozumiał, że prawdopodobnie został zrobiony w aetonana, głośno zaczął wzywać pomocy i złorzeczyć na przeklętych złodziei, paskudnych wyzyskiwaczy jego cennego czasu. Czy za podszywanie się pod Panią Minister również jest jakiś paragraf?

|zt
Marcel Parkinson
Zawód : Doradca wizerunkowy "he he"
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Na górze wino
na dole dwa
jestem przystojny
soł chapeau bas
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3606-marcel-parkinson https://www.morsmordre.net/t3826-eros https://www.morsmordre.net/t3641-i-m-so-cool-and-totally-awesome https://www.morsmordre.net/f107-egerton-crescent-44 https://www.morsmordre.net/t3989-skrytka-bankowa-nr-916#77266 https://www.morsmordre.net/t3988-pan-ladny
Re: Galeria nowości [odnośnik]13.07.18 0:01
| 11.08?

Trzy dni po osiemnastych urodzinach Elise matka zrobiła jej niespodziankę, zabierając do Londynu, do Domu Mody Parkinsonów. Młoda Nottówna nie przepadała za miastem, ale były w nim miejsca godne uwagi, jak to, dom mody należący do rodu słynnego w magicznym świecie z tworzenia olśniewających kreacji, na jakie nie każdy mógł sobie pozwolić, w przeciwieństwie do tańszych sklepów z Pokątnej. Elise lubiła błyszczeć, lubiła czuć się wyjątkowa i lepsza od innych, więc przykładała wagę do tego, jak wygląda, i nigdy nie było jej za dużo nowych ubrań, tym bardziej, że dopiero teraz tak naprawdę mogła się nimi w pełni cieszyć, bo w Hogwarcie nie było jej to dane, skoro tak jak wszyscy była zmuszona do ujednolicenia.
Dostały się do miasta za pomocą świstoklika. Cassiopeia wydawała się zadowolona z opuszczenia dworu Nottów; Elise wiedziała, że i jej matka mimo upływu lat nadal uwielbiała piękne stroje. Były do siebie bardzo podobne nie tylko z wyglądu, ale i z charakteru. Cassiopeia wychowała ją na swój obraz i podobieństwo, bo choć niestety nie dane jej było dać mężowi zdrowego, żyjącego syna, kochała i rozpieszczała swoje córki.
Dom Mody prawdopodobnie przywołał wspomnienia związane ze zmarłą Rosalind, bo Elise dostrzegła, że matka skrzywiła się lekko, gdy tylko weszły do środka, ale ten wyraz znikł równie szybko, jak się pojawił. To tutaj najstarsza Nottówna zakupiła swoją suknię ślubną, nawet Elise była przy tym obecna, bo były to letnie wakacje i z ożywieniem uczestniczyła w przygotowaniach do bajkowego wesela i rozpływała się z zachwytu nad ukochaną siostrą. Nikt nie wiedział, że rok później będą zmuszone przywdziać żałobne czernie.
Także nawiedziły ją te wspomnienia, ale nie chciała poświęcać czasu na smutki. Nie teraz, kiedy doczekała swojego spóźnionego urodzinowego prezentu i wyprawy po co najmniej jedną nową kreację. Czas największego żalu i złości miała już za sobą. Teraz z niecierpliwością czekała na swoje zaręczyny i przyszły ślub równie bajkowy jak ten jej siostry, zwłaszcza że jej kuzynka rówieśniczka już nosiła na palcu pierścionek.
Zwiedziły z matką salon z konfekcją damską, gdzie Elise upatrzyła sobie kilka sukni, ale przed ostatecznym zakupem skierowały się jeszcze do galerii nowości, gdzie były prezentowane kreacje z najnowszych kolekcji. A właściwie Elise póki co zapoznawała się z nimi sama, bo matka napotkała na jakąś swoją przyjaciółkę i przystanęła z nią, oddając się ploteczkom, podczas gdy młoda Nottówna ruszyła dalej wzdłuż manekinów, uważnie oglądając kreacje i zastanawiając się, które wyglądałyby najpiękniej na jej ciele.
Ale wtedy kilkanaście metrów dalej zauważyła ją. Nie sposób było nie zauważyć półwili, nie, kiedy przez sporą część życia miała do czynienia z półwilimi kuzynkami Lestrange, zazdroszcząc im po cichu urody i czaru. Kilka z nich napotkała też w Hogwarcie, pamiętała też tą konkretną – Rosalie Yaxley, parę lat starsza Ślizgonka, od niedawna zamężna.
- Lady Yaxley – powitała ją uprzejmie, podchodząc bliżej. – Cóż to za spotkanie po latach. Miło cię znowu zobaczyć, droga Rosalie. Czyżbyś też poszukiwała idealnej sukni?
Była ciekawa, czy półwila ją pamięta. Sama była zaciekawiona jej osobą tym bardziej, że wiedziała już, że narzeczonym jej ukochanej kuzynki był właśnie jeden z Yaxleyów. Poza tym młoda, śliczna mężatka wydawała się dobrą towarzyszką rozmów; Elise, która sporą część tegorocznych wakacji z powodu anomalii spędziła w dworze, była spragniona konwersacji i spotkań z damami spoza grona najbliższej rodziny.
Elise Nott
Zawód : Dama, ozdoba salonów
Wiek : 19
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Ty się nazywasz lew, a lwa nie obchodzi zdanie owiec.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6043-elise-nott https://www.morsmordre.net/t6157-poczta-elise https://www.morsmordre.net/t6156-panienka-nott https://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor https://www.morsmordre.net/t6159-skrytka-bankowa-nr-1507 https://www.morsmordre.net/t6158-elise-nott
Re: Galeria nowości [odnośnik]23.07.18 20:08
Gdy już po ślubie wszystkie emocje towarzyszące temu wydarzeniu opadły, mogłam spokojnie powrócić do życia. Już nie jako panna czy kobieta zaręczona, a mężatka, która z dumą prezentowała na palcu obrączkę. Mimo że po ślubie wydarzyło się parę rzeczy, które nie powinny wypłynąć poza mury Yaxley’s Hall, to ja starałam się promieniować szczęściem, radością i spokojem, aby nikt z osób postronnych nie dostrzegł, że czymś się martwię. Oczywiście, mogłam być odrobinę bardziej zamyślona, ale w końcu trzeba było wrócić do normalnego życia i przyzwyczaić się do nowo zaistniałej sytuacji.
Jednym ze sposobów pokazywania, że wszystko jest w jak najlepszym porządku było pokazywanie się publicznie. A gdzie indziej, taka kobieta jak ja, miałaby się pojawić jak nie w perfumerii, butiku czy popołudniowej herbacie w kawiarni. Pojawienie się w domu mody Parkinson, gdzie jeszcze niedawno kupowałam swoją suknię ślubną sprawiało, że bardzo przyjemne wspomnienia powracały. Nadal nie mogłam uwierzyć, że to już. Tak szybko to wszystko minęło, tyle przygotowań i jeden dzień ogromnego szczęścia i radości. A potem żal, że, tak jak mówiła Fantine, to wszystko minęło aż tak szybko. Tęskniłam za przygotowaniami, za przymierzaniem sukni, za dobieraniem dodatków do wystroju sali balowej. Niedługo w mojej rodzinie będzie kolejny ślub, mój ukochany kuzyn zaręczył się z lady Lestrange, moja siostra także niedługo powinna zostać zaręczona. Kobiety się wymienią, na miejsce Liliany przyjdzie Marine, a ja tam zostanę. Ah, i jeszcze Leia, której na szczęście zdrowię się poprawiło. Jeszcze będę miała okazję, aby pobawić się na ślubie. Co prawda nie moim, ale zawsze. A za kilkanaście lat będę przygotowywać śluby własnych córek i synów i tego także nie mogłam się już doczekać.
Póki co jednak byłam tu i teraz, starałam się aż tak bardzo nie wybiegać marzeniami w przyszłość. Zauważyłam, że wraz z nowymi obowiązkami żony i pani domu dorosłam i dojrzałam. Miałam wrażenie, że zaczęłam mocniej stąpać po ziemi, a trochę mniej bujać w obłokach. Chociaż kładąc się w nocy u boku mojego męża zdarzało mi się jeszcze odpłynąć marzeniami w przyszłość, wyobrażając sobie nasze życie i życie naszych dzieci.
Pochłonięta rozmyślaniami przechadzałam się pomiędzy wieszakami w galerii nowości, jakoś jednak nie mogłam się skupić na poznawaniu nowości w modzie i nowych trendów. Na ziemię ściągnął mnie jednak młodziutki głos jakiejś dziewczyny. Zwróciła się do mnie po imieniu, jak do osoby, którą dobrze znała, a ja mimo że miałam wrażenie, że skądś jej twarz kojarzę, to nie potrafiłam sobie przypomnieć jej imienia. Uśmiechnęłam się więc tylko serdecznie i odwiesiłam piękną długą suknię w kolorze ciemnej, butelkowej zieleni z powrotem na stojak. Zwróciłam się do kobiety.
- Tak, szukam czegoś co mogłoby odświeżyć moją garderobę - odpowiedziałam na jej pytanie uprzejmie. - Przepraszam, ale chyba panny nie kojarzę. Panna…?
Zapytałam. Cóż, według mnie lepiej było przyznać się do tego, że jej nie znam lub też jej nie pamiętam, niż udawać, że wiem z kim mam doczynienia. Potem, podczas rozmowy, wyszłoby szydło z worka i uznana bym została za kłamczuchę, a tego bardzo nie chciałam. Dlatego z lekkim uśmiechem stałam i czekałam, aż dziewczyna mi się przedstawi. Przyglądałam się jej uważnie, być może kiedyś mogłam ją spotkać, ale gdzie i kiedy tego nie byłam pewna. Wiedziałam tylko, że na pewno jest dość młoda, bo na taką wyglądała. Ale nic więcej mi jej twarz nie mówiła. Cóż, znałam tyle osób i tyle kobiet, że nie sposób było wszystkich zapamiętać. Za to bardzo schlebiało mi, że ona mnie znała chociaż nie jestem do końca pewna, czy powinna się zwracać do mnie w tak bezpośredni sposób. Jednak na jej i swój także, młody wiek mogłam przymknąć na to oko. W dodatku, wewnętrznie mnie to podbudowało, więc tym bardziej puściłam to mimo uszu.


Za wilczym śladem podążę w zamieć
I twoje serce wytropię uparte
Przez gniew i smutek, stwardniałe w kamień
Rozpalę usta smagane wiatrem
Rosalie Yaxley
Zawód : doradczyni w zarządzie w Rezerwacie jednorożców w Gloucestershire
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Nienawidzę pająków... dlaczego to nie mogły być motyle?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila
Galeria nowości DByCxa2
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t649-rosalie-yaxley https://www.morsmordre.net/t696-smuzka#2194 https://www.morsmordre.net/t695-rosalie https://www.morsmordre.net/f288-fenland-yaxley-s-hall https://www.morsmordre.net/t3552-skrytka-bankowa-nr-174#62683 https://www.morsmordre.net/t955-rosalie-yaxley
Re: Galeria nowości [odnośnik]24.07.18 17:38
Elise na swój ślub musiała jeszcze poczekać, ojciec jeszcze nie przedstawił jej żadnego kandydata na narzeczonego. Żałowała, że przez szkołę ominęło ją tyle ważnych wydarzeń, kilka ślubów członków rodziny oraz znajomych. Cieszyło ją jednak, że teraz już nie ma przed sobą perspektywy kolejnego odcięcia od świata wyższych sfer. Jedynie anomalie i ograniczenia w transporcie zasiewały wątpliwości i stres, ale liczyła, że kryzys zostanie szybko zażegnany i będzie mogła swobodniej podróżować w różne miejsca i uczestniczyć w salonowym życiu w pełni.
Dom mody Parkinson z pewnością był ważnym miejscem dla młodych dam, których życiowe priorytety prezentowały się podobnie jak u Elise. Bale, przyjęcia, piękne suknie, blichtr, godne reprezentowanie swojego rodu. Cieszyło ją bardzo, że matka postanowiła ją tu zabrać, by mogła rozejrzeć się za nowymi kreacjami. To nic, że miała już dużo sukien, długo oczekiwana dorosłość zasługiwała na odpowiednią oprawę. A że inni, zwykli ludzie mieli poważniejsze problemy? Nic a nic ją to nie obchodziło, chciała tylko dobrze się bawić, żyć wygodnie i być szczęśliwa.
Pewnie było kwestią czasu, kiedy i ją miały czekać przygotowania do zaręczyn i ślubu, ale póki co pozostawało jej jeszcze cieszyć się młodością i stanem panieńskim. Zależało jej jednak, żeby się podobać i przyciągać spojrzenia, chciała wydawać się przystojnym kawalerom pożądaną partią.
Ucieszyła się, widząc Rosalie, choć prawdopodobnie kojarzyła półwilę lepiej niż ona ją. Półwil nie było aż tak wiele i rzucały się w oczy, więc trudno było przegapić w Hogwarcie tych kilka, które się tam uczyły. Sama miała ich parę w najbliższej rodzinie. Często zazdrościła im urody i tego, jak łatwo przyciągają zachwycone spojrzenia, ale też je podziwiała. Sama chciałaby być tak piękna, chciałaby mieć w sobie wile geny. Ale musiała radzić sobie bez nich.
Ich świat był na tyle hermetyczny, że kojarzyła przynajmniej z widzenia wysoko urodzonych Ślizgonów którzy byli w Hogwarcie w podobnym czasie do niej, bo zawsze starannie dobierała sobie towarzystwo i nie sposób było ją zobaczyć kolegującą się z mieszańcami, bo zwyczajnie unikała plebsu.
Odniosła się do niej dość bezpośrednio i poufale, jako że była zadowolona z jej widoku i bardzo spragniona towarzystwa damy spoza grona rodziny, w gruncie rzeczy już kiedyś się poznały, nawet jeśli Rosalie najwyraźniej nie pamiętała tych kilku rozmów w pokoju wspólnym Slytherinu, ale była wtedy na siódmym roku, a Elise dopiero na trzecim. I za jakiś czas będą w pewnym sensie rodziną, kiedy jej najbliższa kuzynka i przyjaciółka zamieszka w posiadłości Yaxleyów. Dlatego też tym bardziej dobrze było odświeżyć tę starą znajomość, zwłaszcza że Rosalie sprawiała wrażenie damy idealnej – a więc wydawała się Elise kimś interesującym i wartym poznania. Poczuła się może odrobinkę rozczarowana tym, że nie została zapamiętana, ale nie dała po sobie tego poznać, wciąż miło się uśmiechając. Ich znajomość nie była wówczas bliska, dzieliła je wtedy zbyt duża różnica wieku, by mogły się zaprzyjaźnić bliżej.
- Lady Elise Nott – przedstawiła się z dumą, była przecież z rodu który wydał powszechnie respektowany Skorowidz Czystości Krwi i organizował najlepsze sabaty. Prewettowie ze swoim plebejskim festiwalem nie mogli się z nimi równać, wciąż uważała za skandaliczne to, na co została narażona szukając kwiatów na wianek. – Już się kiedyś poznałyśmy, ale dość dawno. Chodziłyśmy razem do Hogwartu, pamiętam cię ze Slytherinu, lady Yaxley. Byłam parę klas niżej, skończyłam szkołę w tym roku – wyjaśniła; może przywoła w półwili jakieś wspomnienia? – Słyszałam też o twoim ślubie, podobno był piękny – dodała po chwili, zachwycona tym, że ma przed sobą mężatkę, która dzielnie spełniła wolę rodu. – Nie musiałaś zmienić rodowych barw, co pewnie ułatwia wybór sukni. – W pewnym sensie mogła tego Rosalie pozazdrościć. Sama też najchętniej pozostałaby w rodzie Nott, lub wyszła za mężczyznę z rodziny o podobnym podejściu do świata i dworskiego życia. Chłodni, zamknięci Yaxleyowie raczej nie kojarzyli się z dworskością i salonowym obyciem, ale Rosalie z jej urodą i gracją zdawała się przeczyć typowemu wyobrażeniu przedstawicieli tego rodu. – Po skończeniu Hogwartu cudownie jest móc znowu się pięknie ubierać i zadbać o swoją garderobę. – Szkolne szaty były okropne. Czarne, zgrzebne worki, takie same bez względu na status społeczny. Ale to już koniec, teraz nie musiała znosić przymusowego ujednolicania i równania w dół, a mogła pozwolić sobie na kupno kreacji od Parkinsonów, na które byle szlamy nie mogłyby sobie pozwolić.
Elise Nott
Zawód : Dama, ozdoba salonów
Wiek : 19
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Ty się nazywasz lew, a lwa nie obchodzi zdanie owiec.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6043-elise-nott https://www.morsmordre.net/t6157-poczta-elise https://www.morsmordre.net/t6156-panienka-nott https://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor https://www.morsmordre.net/t6159-skrytka-bankowa-nr-1507 https://www.morsmordre.net/t6158-elise-nott
Re: Galeria nowości [odnośnik]30.08.18 11:21
Droga do ślubu często była dość kręta. Nie zawsze było jak z bajki, gdy to od razu po zakończeniu Hogwartu panna stawała przed ślubnym kobiercem. Nie raz trzeba było poczekać i uważać, bo złe decyzje mogły nas bardzo dużo kosztować. Panna przede mną była jeszcze młoda, wesele dopiero przed nią i miałam nadzieję, że los ją oszczędzi i nie ześle na jej drogę umierających na ślubnym kobiercu narzeczonych.
Nie sposób było zapamiętać wszystkich z którymi kiedykolwiek zamieniłam chociaż parę zdań w Hogwarcie. To, że ich nie pamiętałam to nie oznaczało, że nie mam wobec nich szacunku (no, chyba że to czarodzieje mugolskiego pochodzenia, to wtedy nawet lepiej, abym ich nie pamiętała). Wręcz przeciwnie, ten szacunek do odpowiednich osób był, ale ilu było samych Ślizgonów? A ilu innych uczniów? Przez wszystkie lata mojej nauki przewinęło się tyle osób, że szansa na zapamiętanie jakiejś trzecioklasistki była dość nikła, tym bardziej, że na siódmym roku miałam zupełnie inne rzeczy na głowie. Od egzaminów po sprawy rodzinne i sercowe włącznie. Schlebiało mi za to bardzo, że uważana byłam za damę idealną. Może miałam swoje za uszami, ale grunt to zachowywać się tak, aby nikomu nawet przez myśl nie przeszło jakobym za dawnych czasów zachowywała się nieodpowiednio. Było i minęło. Teraz nie można było mi nic zarzucić. Z wysoko uniesioną brodą patrzyłam na wszystkich wzrokiem prawdziwej kobiety, damy, żony i w przyszłości, daj Merlinie jak najszybciej, matki. Natomiast przede mną stał podlotek. Młoda panna, która jeszcze nie do końca orientowała się w tym jak działa życie poza murami Hogwartu i od pierwszych jej słów można było to poczuć. Jej bezpośredniość była co najmniej nie na miejscu chociaż nie miałam jej tego za złe.
- Miło mi poznać, panno Nott - odpowiedziałam na jej przedstawienie, nie zdziwiłam się jednak, że tak jak myślałam była to osoba, którą kiedyś musiałam poznać w Hogwarcie. - Jest pomiędzy nami dość spora różnica wieku, nic więc dziwnego, że panny nie pamiętałam.
Na wspomnienie o ślubie na mojej twarzy pojawił się uroczy rumieniec. Bardzo dobrze wspominałam uroczystość oraz to, co się po niej wydarzyło. Gdybym mogła cofnąć czas z chęcią wróciłabym na parkiet u boku mojego męża, aby znów poczuć tą radość i szczęście. Zaśmiałam się, zakrywając usta dłonią, na stwierdzenie panny Nott o kolor sukni i rodowe barwy. Chociaż zabawnie to brzmiało w ustach innej osoby, tak miała rację.
- Zdecydowanie tak. Nadal mogę nosić suknie w barwach, które uwielbiam - przytaknęłam nie czując, abym powinna dalej ciągnąć ten temat.
Panna Nott chyba jednak zbytnio nie chciała odpuścić tematu sukien, ale cóż poradzić, będąc w Domu Mody Parkinson trudno było rozmawiać o czymś innym. Zmierzyłam dziewczynę wzrokiem, przyjrzałam się jej figurze. Czułam się tak, jak wtedy gdy dobierałam gorset do Lyry Travers. Wyjechała ze swoim mężem i od tamtej pory ród Traversów mocno się zmienił, a szkoda. Ale dla nich to lepiej, z nich poglądami trudno by się żyło z rodziną.
- Szuka panna czegoś konkretnego? - zapytałam z zainteresowaniem
W sumie to miło będzie mieć chociaż przez chwilę towarzystwo podczas przymierzania nowych kreacji. Ostatnio przymierzałam tylko suknie ślubne w towarzystwie swojej siostry, miła odmiana od stałego towarzystwa na pewno mi się przyda. Lepsze to, niż spędzić tu ten czas samej. Byłam w zbyt dobrym nastroju, aby psuć go sobie samotnością i napływem dręczących myśli. Przy rozgadanej lady Nott nic takiego mi nie groziło.


Za wilczym śladem podążę w zamieć
I twoje serce wytropię uparte
Przez gniew i smutek, stwardniałe w kamień
Rozpalę usta smagane wiatrem
Rosalie Yaxley
Zawód : doradczyni w zarządzie w Rezerwacie jednorożców w Gloucestershire
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Nienawidzę pająków... dlaczego to nie mogły być motyle?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila
Galeria nowości DByCxa2
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t649-rosalie-yaxley https://www.morsmordre.net/t696-smuzka#2194 https://www.morsmordre.net/t695-rosalie https://www.morsmordre.net/f288-fenland-yaxley-s-hall https://www.morsmordre.net/t3552-skrytka-bankowa-nr-174#62683 https://www.morsmordre.net/t955-rosalie-yaxley
Re: Galeria nowości [odnośnik]02.09.18 23:15
Elise prawdopodobnie mogła liczyć na rok lub dwa wolności, ale zapewne kwestią czasu było, kiedy ojciec przedstawi jej narzeczonego. Pozostawało jej tylko na to czekać, bo staropanieństwo było w jej oczach czymś uwłaczającym i podającym w pewną wątpliwość wartość panny, której nikt nie zechciał. Jedynym wyjątkiem od tej reguły była lady Adelaide Nott, którą mimo jej staropanieństwa zawsze darzyła szacunkiem. Przez te lata zdążyła sobie zdobyć duży respekt nie tylko wśród innych Nottów.
I Elise nie pamiętała wszystkich uczniów Hogwartu. Na tych nisko urodzonych szkoda jej było marnować miejsca w swej pamięci. Nie pamiętała również dużo starszych i dużo młodszych ludzi, ale Rosalie Yaxley zapamiętała – może właśnie ze względu na bycie półwilą. Wydawała się odbiegać od typowego wyobrażenia Yaxleya, które nosiła w głowie za młodu, wyobrażając sobie członków tego rodu jako ponurych gburów z bagien. Może dla zaręczonej z Yaxleyem Marine była nadzieja, że na bagnach nie zatraci swojej delikatności i nie będzie nieszczęśliwa, choć Elise prawdopodobnie bardzo by płakała, gdyby miała spędzić resztę życia w takim miejscu – choć jak widać wychowana tam Rosalie potrafiła być damą w każdym calu, nie wychodzącą z roli nawet na chwilę i wręcz do przesady pompatyczną wobec młodszej koleżanki. Czyżby czuła się od niej lepsza i zadzierała nosa przez to, że już była dumną żoną, podczas gdy Elise ledwie skończyła Hogwart i zadebiutowała?
- Och, po co ta pompatyczność, droga lady Yaxley? – zapytała z czarującym uśmiechem. Niemniej jednak Rosalie niewątpliwie miała być z czego dumna. Miała też to szczęście, że z chwilą ślubu nie musiała przystosować się do życia w zupełnie innym miejscu, z nową, być może zupełnie jej obcą rodziną. Elise dobrze znała Nottów i Lestrange’ów, a także kilka innych rodzin zaprzyjaźnionych z Nottami, ale były rody, spośród których nie znała blisko nikogo. Co, jeśli trafi w obce środowisko o zupełnie innych życiowych priorytetach? Dla Elise najważniejszy był świat salonów, blichtr, przepych, luksusy, piękne stroje i znakomite towarzystwo. – To na pewno spory atut, tak samo jak to, że nie musiałaś zmieniać nazwiska ani swojego otoczenia. – Niewiele panien mogło na to liczyć, choć bywały przypadki, kiedy zmiana środowiska była przez kobietę wyczekiwana. Choć akurat Elise była zżyta zarówno ze swoją rodziną jak i tą od strony matki i zależało jej na podtrzymaniu relacji nawet po ślubie. – Szukam czegoś, co odświeży moją garderobę, której przez dziesięć długich miesięcy roku szkolnego nie mogłam uzupełniać, a najnowsze szyki zapewne się zmieniły. Chcę dobrze wyglądać na nadchodzących przyjęciach – mówiła wciąż, wyraźnie podekscytowana. Już nie będzie powrotu do Hogwartu, nie będzie nudnych lekcji i workowatych szat. Teraz tylko dorosłość i salony, i nawet anomalie nie mogły całkowicie pozbawić jej radości oczekiwania na upragnione życie damy. – Może mogłabyś mi służyć radą, lady Yaxley? Jako dama o kilka lat dłuższym doświadczeniu na salonach z pewnością doskonale wiesz, co obecnie jest w modzie – zapytała, wciąż próbując zrobić dobre wrażenie, w swoje wypowiedzi wplatając zawoalowane pochlebstwa. Młode panny lubiły sobie czasem słodzić – choć w wielu przypadkach było to fałszywe.
Elise Nott
Zawód : Dama, ozdoba salonów
Wiek : 19
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Ty się nazywasz lew, a lwa nie obchodzi zdanie owiec.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6043-elise-nott https://www.morsmordre.net/t6157-poczta-elise https://www.morsmordre.net/t6156-panienka-nott https://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor https://www.morsmordre.net/t6159-skrytka-bankowa-nr-1507 https://www.morsmordre.net/t6158-elise-nott
Re: Galeria nowości [odnośnik]28.09.18 20:59
Pompatyczność niepompatyczność, ale dorosłe życie rządziło się swoimi prawami. Musiałam być teraz damą w pełnym tego słowa znaczeniu, nietakt i nieodpowiednie zachowanie mogło zostać źle odebrane dlatego wolałam zachowywać się aż nadto “odpowiednio”, niż by ktoś miał zarzucić mi zachowanie niezbyt słuszne do zaistniałej sytuacji, nawet jeśli była to po prostu rozmowa z młodą damą pomiędzy wieszakami z sukniami i wieczorowymi kreacjami. Spojrzałam na nią więc z lekką pobłażliwością i zaraz uśmiechnęłam się uprzejmie. Przecież nie chciałam by poczuła się traktowana gorzej, bardziej z góry przez moją osobę. Co prawda moje mniemanie o sobie było na bardzo wysokim poziomie, pewność siebie i duma zdecydowanie nie znajdowały końca, ale nie powinno się zawierać nowych, nowych dla mnie bo dla panny Nott najwyraźniej nie, znajomości.
- Zdecydowanie. Pozostanie w rodzinnym domu, w miejscu które znam i kocham było dla mnie ogromnym zaszczytem. Nie każda kobieta może tego doświadczyć. I mogę być tylko wdzięczna mojemu mężowi, że nie poprosił nestora o osobną posiadłość dla nas tylko zostaliśmy w siedzibie rodu - wyjaśniłam młodej dziewczynie. - Myślę, że to najodpowiedniejsze dla nas i dla rozwijania naszego rodu.
Bo przecież o to chodziło, o przedłużenie rodu Yaxley’ów, wydanie na świat męskiego potomka, który zadba w przyszłości o chwałę i siłę mojej rodziny. Czekałam mocno na pierwsze objawy brzemienności, przecież to było kolejnym krokiem w wypełnianiu mojego rodzinnego obowiązku. I zawsze powtarzając to nawet nie zdawałam sobie sprawy, że słowo “rodzinnego” nabierze tu nowego znaczenia.
- Oh, szukanie kreacji jest zawsze tak wyczerpujące. Te przymiarki, dopasowania. Faktycznie trendy też mogły się zmienić - przytaknęłam.
Osobiście nie miałam tego problemu, moja garderoba ciągle uzupełniana była o najnowsze kreacje, a te stare i niemodne były wyrzucane albo sprzedawane, kto to tam wie i kogo to interesuje. Ważne, że moja garderoba nie była zawalona sukniami, których już nigdy bym nie założyła. Nie lubiłam marnować miejsca, które mogło być zajęte przez nowe kreacje. Dlatego też rozumiałam intencje panny Nott i to, że chciała poczuć się jak prawdziwa dorosła dama i czucie to chciała zacząć od kupna nowych sukien. Bardzo dobry wybór.
- A bardzo chętnie. Zdecydowanie powinna się panna trzymać swoich rodowych barw. Zielenie i szarości są odpowiednie zawsze, beże są dość trudne bo muszą pasować do karnacji inaczej zleją się z panny kolorem skóry i będzie panna wyglądać jak jedna wielka plama koloru, a tego byśmy na pewno nie chciały - zaczęłam przemierzać wystawy i poruszać się zwinnie wokół wieszaków co rusz zatrzymując się by obejrzeć jakąś suknię, a jako że nie wpadało mi w oko nic ciekawego, to szłam dalej. - Hm, może to. Bardzo ładna sukienka na co dzień. Ładnie zakrywa ramiona, dekolt i plecy, ma odpowiednią długość. W czymś takim bez problemu będzie mogła się panna pojawić na popołudniowej herbacie u przyjaciółki.
Może wile miały po prostu dodatkową umiejętność w dopasowywanie ubioru do innych osób? Nie wiem, ale z wielką łatwością przychodziło mi dobrać coś komuś innemu. Mnie nie, ale komuś tak. Dlatego gdy tylko panna Nott wzięła ode mnie sukienkę ruszyłam w poszukiwaniu czegoś co mogłoby się jej przydać podczas balu.
- Ta suknia jest piękna. Ma zakryty dekolt, ale pięknie odkryte plecy. Też nie za bardzo, jest panna jeszcze dosyć młoda, ale wystarczająco by przyciągnąć wzrok zainteresowanych lordów. I ta objętość na dole. Tylko do tej sukni nie powinna panna przesadzić z biżuterią. To nie przystoi, aby na swoich pierwszych sabatach starać się błyszczeć bardziej od starszych arystokratek. Ale o to chyba zadba panny matka - stwierdziłam spoglądając w jej kierunku.
Zdecydowanie wybieranie kreacji, przymierzanie i dobieranie było przyjemne. Ale jakże męczące!


Za wilczym śladem podążę w zamieć
I twoje serce wytropię uparte
Przez gniew i smutek, stwardniałe w kamień
Rozpalę usta smagane wiatrem
Rosalie Yaxley
Zawód : doradczyni w zarządzie w Rezerwacie jednorożców w Gloucestershire
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Nienawidzę pająków... dlaczego to nie mogły być motyle?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila
Galeria nowości DByCxa2
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t649-rosalie-yaxley https://www.morsmordre.net/t696-smuzka#2194 https://www.morsmordre.net/t695-rosalie https://www.morsmordre.net/f288-fenland-yaxley-s-hall https://www.morsmordre.net/t3552-skrytka-bankowa-nr-174#62683 https://www.morsmordre.net/t955-rosalie-yaxley
Re: Galeria nowości [odnośnik]29.09.18 18:46
Od pierwszego spotkania Rosalie przed laty minęło na tyle czasu, że Elise w zasadzie musiała dopiero wyrobić sobie o niej zdanie. Duża różnica wieku nie sprzyjała szkolnym przyjaźniom, więc o bliższych relacjach mogła mówić raczej w przypadku panien w podobnym jej przedziale wiekowym. Tak więc Rosalie Yaxley była niemal czystą kartą, która dopiero czekała na wypełnienie, na to, by Elise wyrobiła sobie o niej konkretniejszy pogląd poza tym, co stwarzały pozory oraz co wiedziała o jej rodzinie.
Zawsze była ciekawa nowych znajomości, a także tego, jak w dorosłości zmienili się ludzie, których kiedyś widywała w szkole, a którzy mieli więcej od niej czasu, by ułożyć sobie życie na salonach i ugruntować swoją pozycję. Elise dopiero musiała wywalczyć sobie własną, podczas gdy Rosalie zapewne miała to za sobą. Piękna półwila, mężatka... Niejedna panna mogłaby jej pozazdrościć. Tak samo jak tego, że jej życie po ślubie nie zmieniło się drastycznie, bo mogła pozostać u siebie i nosić wciąż to samo nazwisko.
Gdyby Elise miała możliwość po ślubie zostać wśród Nottów lub przejść pod pieczę którejś z dobrze jej znanych rodzin, na pewno by taką opcją nie wzgardziła, bo mogłaby żyć tak jak dotychczas, z tą tylko różnicą, że traktowano by ją poważniej, jako kobietę zamężną. Chciałaby jednak, żeby jej ród mógł być z niej dumny. Rosalie wyglądała na bardzo dumną z siebie i przekonaną o tym, że jej ślub przyczyni się do dobra jej rodziny.
- Rodzina i dla mnie stanowi wysoką wartość, więc rozumiem, jak wielkim szczęściem musi być pozostanie przy najbliższych – rzekła z przekonaniem. – Ja jeszcze nie wiem, czy uda mi się go dostąpić, ale pozostaje ufać wyborom ojca i nestora – przyznała. Nie w głowie jej były tak nowomodne wymysły, jak samodzielne poszukiwanie odpowiedniego kandydata, przecież wiedziała że to nie od niej zależy, a od dobra całego rodu. Może mężczyźni mieli jakiś wybór, ale kobiecie nie wypadało wychodzić z inicjatywą, miała czekać, aż to ktoś upomni się o nią, chociaż Elise była trochę zniecierpliwiona i nie lubiła czekać w napięciu.
Rozglądała się między sukniami, oglądając kreacje z uwagą, szukając czegoś dla siebie.
- Och, tak się cieszę, że lata w szkole już za mną! Żałuję, że nie mogłam uczyć się w Beauxbatons, tam na pewno mają lepszy stosunek do odpowiedniego wychowania oraz do artystycznego rozwoju młodych dziewcząt – zauważyła. Nie od dziś wiadomo było, że jej opinia o Hogwarcie była raczej negatywna i wspominała szkołę bardziej źle niż dobrze. Brakowało jej tam wyjątkowego traktowania i możliwości rozwijania się w sferach, które były dla niej ważniejsze. Na szczęście wszystkie braki mogła nadrabiać w wakacje, ale przez to nie miała wiele czasu na wypoczynek, bo musiała intensywnie ćwiczyć grę na instrumentach oraz inne umiejętności, a miesiące przerwy nie wpływały na nie dobrze. – Nie mogłam nawet być na bieżąco z salonowymi i modowymi nowinkami. Mam więc sporo do nadrobienia, ale tym cudowniejszy jest początek dorosłego życia, że czeka na mnie tyle pięknych perspektyw, jeśli chodzi o życie damy – ale również perspektywę dużej ilości czasu na to. We wrześniu nie powróci już do zmory swoich ostatnich siedmiu lat. – Chętnie jednak poznam lady opinie na temat wystawionych tu kreacji.
Spojrzała w stronę pierwszej sukni zaproponowanej przez Rosalie.
- Ładna, naprawdę ładna – zauważyła, z uwagą oglądając materiał i wykończenia. – Muszę przyznać, że w rodowych barwach czuję się najlepiej i większość moich sukien jest w różnych odcieniach zieleni. Za beżem i tego typu jasnymi odcieniami nie przepadam, jeśli chodzi o kolor sukienek. – Miała też trochę sukien w innych barwach, na przykład niebieskich, ale na ważne wyjścia zawsze ubierała barwy rodowe, by z daleka było widać, kim jest. – Chyba wezmę ją do przymierzenia, muszę sprawdzić, jak będzie wyglądała na mnie – podała suknię młodej kobiecie z obsługi, która pojawiła się obok, i zażyczyła sobie przymiarki, kiedy już obejrzy wszystko, bo może wybierze jeszcze coś. Poważnie wątpiła, żeby matka kazała jej się ograniczyć tylko do jednej kreacji.
- Ta też wygląda dobrze. To naprawdę trudna decyzja – westchnęła, uważnie oglądając drugą suknię. Może taka kreacja, odrobinę wyzywająco, ale nadal w granicach dobrego smaku odsłaniająca jej smukłe plecy, przyciągnęłaby zainteresowanie kawalerów? Lubiła, kiedy mężczyźni ją podziwiali, a inne dziewczęta zazdrościły. Podała więc młodej pracownicy i drugą suknię. Zaraz będzie mogła udać się na przymiarki, a potem wspólnie z matką dokonają wyboru.
- Och, i ta też jest piękna! – zachwyciła się kolejną suknią, którą wypatrzyła sama. Miała kolor dobrze współgrający z niebieskozieloną barwą jej oczu i ładny krój, a także subtelne roślinne hafty na gorsecie.
Elise Nott
Zawód : Dama, ozdoba salonów
Wiek : 19
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Ty się nazywasz lew, a lwa nie obchodzi zdanie owiec.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6043-elise-nott https://www.morsmordre.net/t6157-poczta-elise https://www.morsmordre.net/t6156-panienka-nott https://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor https://www.morsmordre.net/t6159-skrytka-bankowa-nr-1507 https://www.morsmordre.net/t6158-elise-nott
Re: Galeria nowości [odnośnik]07.12.18 19:45
Faktycznie mogłam powiedzieć, że moja pozycja na salonach z dniem ślubu została już ugruntowana. Jeśli nie zajdą drastyczne zmiany to nic nie powinno wpłynąć na mój status społeczny i miejsce, które sobie wywalczyłam. To nie było łatwe, to nigdy nie jest łatwe, ale chyba urodziłam się pod szczęśliwą gwiazdą, bo wszystkie moje niepowodzenia i pomyłki w gruncie rzeczy doprowadziły do bardzo dobrego zakończenia, którego mogły i powinny zazdrościć mi inne panny. Dobrze wyszłam za mąż, mój mąż mnie naprawdę kocha, nie zmieniłam nazwiska, zostałam na swoich rodzinnych włościach. Czego chcieć więcej? Już tylko czekając na pierwsze dziecko, potem kolejne. Jak takie posiądę, to wtedy będę mogła powiedzieć, że jestem już w stu procentach szczęśliwa. Teraz tylko musiałam jeszcze bardziej dbać o to, aby bardzo dobrze o mnie mówiono, bo to jak ja się prezentuje dużo świadczy o moim mężu. A jemu nie chciałam psuć reputacji.
- Twoje słowa bardzo dobrze o tobie świadczą, panno Nott - zauważyłam z delikatnym uśmiechem.
Zdecydowanie brakowało mi takiego luźnego popołudnia, przechadzania się po między wieszakami i wyszukiwania kreacji. Oczywiście, było to męczące, ale w ten pozytywny sposób. Bo możliwość założenia potem nowej sukni i pokazania się w niej na salonach rekompensowało ból nóg po godzinnym staniu przy przymiarkach.
- A ja cieszę się, że jednak mogłam chodzić do Hogwartu. Hogwart to tradycja, przecudowny klimat i jednak jest się tam razem z rodziną, chociaż to zależy, bo niektóre rody mają taką tradycję, że posyłają swoje dzieci do innych szkół. Kiedyś żałowałam, że nie uczyłam się we Francji, ale język poznałam i bez tego i z biegiem czasu wcale się nie czuję pokrzywdzona, że był to akurat Hogwart - odpowiedziałam na jej słowa.
Panna Nott była jeszcze młoda, na pewno z biegiem czasu zauważy korzyści płynące z nauki w Hogwarcie, bo osobiście nie uważam, aby było tam aż tak strasznie. Wręcz przeciwnie, dla mnie to miejsce było idealne. Miałam tam swoją rodzinę, jedynie przyjaciółkę daleko. Ale nie można mieć wszystkiego, niestety. Chociaż niektórym, na przykład mi, zdecydowanie należałoby się mieć wszystko. Na szczęście teraz już prawie miałam.
- Bardzo dobry pomysł, zdecydowanie polecam przymierzyć. Powinna panna wyglądać w niej bardzo ładnie - przytaknęłam.
Wróciłam do przeglądania kreacji, też w między czasie wybierając coś i dla siebie. Musiałam teraz spojrzeć na suknie w trochę inny sposób, tak aby pasowały już do kobiety zamężnej, a nie panny, która czeka na wydanie albo próbuje zwrócić uwagę mężczyzn. Moje suknie powinny mieć teraz klasę, zdecydowanie więcej klasy niż wcześniej. Szukając odpowiedniej wzorowałam się na kreacjach mojej ciotki, lady Rosier, i w tym kierunku starałam się podążać. A także na kreacjach żony mojego wuja, ojca Morgoth’a. To były jedyne kobiety, na których mogłam się wzorować. Inne lady miały od tego matki, a ja musiałam poradzić sobie w inny sposób.
Odwróciłam się w stronę panny Nott, gdy ta zwróciła uwagę na kolejną suknię. Spojrzałam na nią, ale moja twarz nie wyraziła większych odczuć. Bo nie bardzo było czego wyrażać, tak prawdę mówiąc.
- Ładna - stwierdziłam, ale potem zdałam sobie sprawę, że może należałoby powiedzieć coś więcej, dlatego po krótkiej chwili dodałam jeszczę parę słów. - Ładna, ale niestety nie w moim guście. Nie specjalnie przepadam za haftami na gorsecie. Niech ją jednak panna przymierzy, może do twojej urody będzie akurat bardzo ładnie pasować.
Uśmiechnęłam się delikatnie dotykając dłonią materiału sukienki. Był przyjemny, na pewno będzie się dobrze nosić, chociaż jeżeli chciało być się piękną, to nawet niezbyt przyjemny materiał należało znieść, aby dobrze prezentować się podczas sabatu.
- Powinnam poszukać też coś dla siebie, chociaż jakoś nie mogę się chyba zdecydować. Jakoś nic dzisiaj dla siebie nie widzę póki co, mam nadzieję jednak, że ta idealna dla mnie suknia skrywa się gdzieś tu na wystawach - westchnęłam cichutko spoglądając na lady Nott z lekkim uśmiechem.


Za wilczym śladem podążę w zamieć
I twoje serce wytropię uparte
Przez gniew i smutek, stwardniałe w kamień
Rozpalę usta smagane wiatrem
Rosalie Yaxley
Zawód : doradczyni w zarządzie w Rezerwacie jednorożców w Gloucestershire
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Nienawidzę pająków... dlaczego to nie mogły być motyle?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila
Galeria nowości DByCxa2
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t649-rosalie-yaxley https://www.morsmordre.net/t696-smuzka#2194 https://www.morsmordre.net/t695-rosalie https://www.morsmordre.net/f288-fenland-yaxley-s-hall https://www.morsmordre.net/t3552-skrytka-bankowa-nr-174#62683 https://www.morsmordre.net/t955-rosalie-yaxley
Re: Galeria nowości [odnośnik]08.12.18 18:46
Elise dopiero czekała na spełnienie takiego scenariusza, choć nie mogła nazwać się osobą nieszczęśliwą. Niczego jej nie brakowało, miała wszystko, czego tylko mogła pragnąć młoda lady. Jedyne, czego brakowało do idealnego obrazka, to dobry, bogaty mąż, ale na to miała jeszcze trochę czasu. Ojciec i nestor z pewnością szukali odpowiedniej partii, która byłaby godna panny tak znakomicie wychowanej, urodziwej i utalentowanej artystycznie, jak ona. Cenna krew Nottów nie mogłaby pójść na zmarnowanie do kogoś, kto nie zasługiwał na skarb, jakim była Elise. Była wszak Nottówną idealną, uosobieniem cnót, których oczekiwano od panien z jej rodu.
- Bycie z rodziną to jedna z nielicznych zalet, które widzę w edukacji w tej szkole. Spędziłam siedem lat w dormitorium z moją drogą kuzynką i przyjaciółką, co osładzało gorycz rozłąki z rodzinnym domem. Ale nie nazwałabym jej klimatu przecudownym, za dużo panoszyło się tam pospólstwa, którego nie powinni tam w ogóle wpuszczać, no i nie mogłam należycie rozwijać się artystycznie, podczas gdy we francuskiej szkole i ta sfera rozwoju jest należycie zadbana. – Elise często kręciła nosem na Hogwart, dostrzegając w nim więcej wad niż zalet. Może jego klimat faktycznie dużo bardziej przypadłby jej do gustu, gdyby nie wszechobecny gmin i przede wszystkim szlamy, których w ogóle nie powinno się do szkół magii wpuszczać, oraz fakt, że nauczyciele traktowali wszystkich równo, może jedynie profesor Slughorn miał zdrowy stosunek do statusu społecznego i wyróżniał uczniów o dobrych koneksjach. Jak miała kochać te czasy, podczas których nie obchodzono się z nią równie dobrze, jak w rodzinnym dworze, i zamiast pozwolić jej się kształcić w dziedzinach godnych damy, zmuszano do przyswajania nudnych, bezwartościowych regułek? Dobrze, że zawsze obok był ktoś gotowy odrabiać szczególnie niewdzięczne prace domowe za nią, aby miała czas na ploteczki, czesanie włosów i pudrowanie noska. O tak, zdecydowanie wolałaby Beauxbatons lub edukację domową. Z Hogwartu najpierw należałoby wypędzić wszystkie szlamy oraz promugolskich nauczycieli, żeby lady takie jak Elise mogły się tam w spokoju uczyć nie narażone na dyskomfort. Niektórych, jak znienawidzonego Titusa Ollivandera, Hogwart deprawował i sprowadzał na manowce, ale ona wyszła z tej szkoły jeszcze bardziej utwierdzona w przekonaniu o wyższości czystej krwi nad nieczystą. Oraz postanowieniem, że własne dzieci wyśle do Beauxbatons, jeśli tylko pozwoli na to mąż. Dlatego nie mogła się w pełni zgodzić ze słowami Rosalie, która najwyraźniej zamknięcia na dziesięć miesięcy w roku ze szlamami i mieszańcami nie wspominała aż tak traumatycznie, jak młoda Nottówna.
Teraz jednak, szczęśliwa z faktu, że była dorosła i czekał ją już nie Hogwart, a salony, skupiła się na podziwianiu i wybieraniu odpowiednich kreacji. Postanowiła przymierzyć wypatrzone suknie. Najłatwiej w końcu będzie ocenić ich wygląd, kiedy zobaczy się w lustrze i okręci wokół siebie, podziwiając detale. Stroje od Parkinsonów prezentowały naprawdę wysoki poziom i klasę.
- Przymierzę je, a później, wraz z matką, dokonam ostatecznego wyboru – rzekła. Elise mogła wzorować się na swojej matce, oprócz niej miała też kilka ciotek i dość liczne grono kuzynek. Miała rodzinę i wśród Parkinsonów, więc dzięki Elodie również mogła być zapoznawana z modowymi nowinkami.
- Jeśli chcesz, i ja mogę spróbować ci doradzić, lady Yaxley – zaproponowała. W końcu co dwa spojrzenia, to nie jedno, a uroda Rosalie zasługiwała na wyjątkową oprawę, choć z pewnością nawet brzydka suknia nie byłaby w stanie jej zaszkodzić. Elise, nie posiadająca wyjątkowych genów wili, musiała postarać się bardziej przy doborze sukni, ale te, które wybrała, były naprawdę ładne. Jeśli Rosalie tego chciała, Elise dotrzymała jej jeszcze trochę towarzystwa, a później pożegnała się grzecznie i udała się w kierunku przymierzalni. Później dołączyła do niej matka, i po zakończeniu oglądania i przymiarek, lady Cassiopeia zakupiła dla niej parę nowych kreacji do kolekcji. Elise nigdy nie było za wiele pięknych strojów.

| zt. dla Elise
Elise Nott
Zawód : Dama, ozdoba salonów
Wiek : 19
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Ty się nazywasz lew, a lwa nie obchodzi zdanie owiec.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6043-elise-nott https://www.morsmordre.net/t6157-poczta-elise https://www.morsmordre.net/t6156-panienka-nott https://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor https://www.morsmordre.net/t6159-skrytka-bankowa-nr-1507 https://www.morsmordre.net/t6158-elise-nott
Re: Galeria nowości [odnośnik]09.11.20 20:26
5 września 1957

Galeony pozyskane w transakcji nie były w stanie zapewnić jej choćby połowy nowej, wystawionej na modowym piedestale londyńskiej aparycji szaty projektu uzdolnionych, szlachetnie urodzonych twórców. Czarne oczy mogły co najwyżej wodzić po gustownych sylwetkach, po spiętrzonych, bogatych ornamentach wyszywanych złotą nicią, dekorowanych drogocennymi kryształami, zanim godzina odejścia wybije na zegarze wieńczącym kolejny zawodowy sukces. Bo przedostała się i tu, prześlizgnęła od plotki do plotki, zasiała obietnicę w głowach przyzwyczajonych do idealnego piękna panien domu Parkinson, finalnie aranżując spotkanie z jednym z młodych lordów. Nienagannie odzianym, w kwiecie kawalerskiego wieku, czarującego niewiasty szelmowskim uśmiechem i emanującą z każdego gestu klasą. Nie oczekiwał od niej obietnic pokroju tych składanych jeszcze niedawno Traversom. Wiedział, że Chang go nie zdradzi - nie zdradziła wcześniej nikogo z jemu podobnych, przekonana, jak łatwo mogłaby stracić nie tyle pieniądz, co i własną głowę. Życie - na wypadek fałszerstwa czy niedopilnowania wspólnego, obopólnego zadowolenia; zakupił zatem fiolkę specyfiku dla swej ukochanej, młodszej siostry, Nymerii, pozwalając Azjatce następnie nacieszyć oczy nową kolekcją grającą pierwsze skrzypce na deskach artystycznego teatru. I tym właśnie były ich kreacje, wytwory jego rodu - sztuką, jaką bogatsi, wpływowi czarodzieje nosić mogli na co dzień na własnych ciałach, błyszcząc, olśniewając, wzniecając - czy to uwielbienie, zazdrość, czy oba z tych uczuć jednocześnie.
Wren nie przeszkadzała tu nikomu. Mknęła pomiędzy kolejnymi wystawami niczym orientalnej urody cień odziany w skromną, granatową sukienkę zwieńczoną alabastrowym kołnierzem i mankietami, nagle szara, nagle nijaka, nagle biedna pośród obezwładniającego przepychu. Ach, Merlinie, bez zawahania poświęciłaby wszystko, by móc pozwolić sobie na choćby jedną z sukien spod pióra i nici Alcotta Parkinsona, jej zdaniem - najwybitniejszego z wybitnych, najzdolniejszego ze zdolnych. Coś w jego twórczości nęciło ją tajemnicą. Może to kształt wyrysowanej krojem sylwetki, może idealne połączenie przeróżnych faktur gustownej czerni czy choćby wplecenie do projektów motywów przewodnich złożonych z ptasich piór - nie miała pojęcia, zbyt w tym wszystkim nieobeznana do skorygowania kalejdoskopu myśli. Jednemu z takich właśnie wytworów przyglądała się teraz, zatrzymana przed dumnym, śnieżnobiałym manekinem poruszającym się w rytm nieistniejącej melodii; damska figura prezentowała przed oglądającymi - przed Wren, tylko i wyłącznie, tańczyła dla niej - suknię z czarnego, satynowego materiału, udekorowaną peleryną złożoną z kruczych piór, które ku górnemu zwieńczeniu przybierały złoty ton. Arcydzieło. Oczy iskrzyły się jej niczym sroce na widok najcenniejszej biżuterii, przyglądała się kreacji z lekko rozchylonymi ustami, zauroczona, urzeczona, zanim gdzieś z boku dobiegł ją dźwięk przyjaznej rozmowy rozgrywanej na szachownicy pionami męskich głosów; Azjatka z trudem oderwała spojrzenie od nowego marzenia i zerknęła w ich kierunku, wręcz zirytowana, że śmiechem i kurtuazyjną wymianą słów zdecydowali się przerwać jej spektakl.
I równie szybko pojęła, że nigdy nie powinna była patrzeć w tamtym kierunku.
Stał tam. Uśmiechnięty, rozbawiony, trochę starszy, niż pamiętała, lecz mimo wszystko ten sam - okrutny, czarujący kłamca zrodzony z dawnej namiętności jej koszmarów, z serca zmiażdżonego pod ciężarem tępego ostrza rzeczywistości; stał tam, nieświadomy, jak wielką niegdyś uczynił jej krzywdę, jak bezmyślnie przyczynił się do tego, kim była dzisiaj. Stworzył ją taką. Zimną, obojętną, nieufną. Wymodelował z podatnej gliny - a potem zniknął. Rozmył się w nicości, jak gdyby nigdy nie istniał, jak gdyby to ona nigdy dla niego nie istniała. Coś zapłonęło w jej głowie, coś ścisnęło od środka gardło, na moment odbierając powietrze, nogi zaś ugięły się w kolanach. Gazety raz na jakiś czas wspominały jego przeklęte nazwisko, ale to, jego widok tu, teraz, tak blisko, miał wagę zupełnie inną niż anonimowy zlepek liter na cienkim papierze pożółkłej prasy.
Mocnym, zdecydowanym ruchem odwróciła od niego głowę, znów ogniskując wzrok na czarnych połach sukienki; liczyła, że odnajdzie w niej ukojenie, pozwoli myślom dojść do siebie, odzyskać stalową, nienaruszoną przyziemną żałością harmonię, dłonie natomiast ścisnęła w pięści, machinalnie, instynktownie, paznokcie wbijając w delikatną skórę. Prąd bólu był pomocny. Odwracał uwagę. Od niego, od niechcianych wspomnień, od tego, że oszukał ją, że zostawił, że stchórzył, że nie był obok, gdy w bólach i łzach krwawiła do wody wypełniającej wannę, że zniszczył ją prawie tak bardzo, jak zniszczyła ją matka.
Do diabła z tobą, Lestrange.



it was a desert on the moon when we arrived. gathering all of my tears, heartbreak and sighs, jade made a potion ignite and turned the night into a radiant city of light.
Wren Chang
Zawód : handlarz krwią
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
tell her i wasn't scared.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8598-wren-chang#252999 https://www.morsmordre.net/t8601-yue#253113 https://www.morsmordre.net/t8604-punkt-pobran-krwi#253124 https://www.morsmordre.net/f252-pokatna-56-2 https://www.morsmordre.net/t8602-skrytka-bankowa-nr-2037#253118 https://www.morsmordre.net/t8603-wren-chang#253121
Re: Galeria nowości [odnośnik]20.11.20 13:39
Matka mi każe jechać do Londynu i odebrać swoje ubrania od Parkinsonów.
Nosz kurwa, ma służących i domowego skrzata, ale wysyła sobie mnie, bo ma taki kaprys. A tak naprawdę: ma powyżej dziurek w nosie tego, że snuję się po domu z nieszczęśliwą miną albo spalony pokładam się w wysiedzianym fotelu w Salonie Pamięci. Też bym nie chciał oglądać swojego dziecka w takim stanie, więc ostatecznie zgadzam się, taa, jasne mamo. Skoczę do Londynu, żaden problem. Pufam coś tam pod nosem, ale schodzę jej z oczu, chwytając za kwitek, na który wydadzą mi paczki. Wyjdzie tego kilka pudeł, każda kreacja zapakowana osobno, bo przecież jedwab nie gra z muślinem, a nie daj boże, batyst zetknie się z kaszmirem. Matka-półwila, która faktycznie pracuje swym wyglądem - jej wybaczam ten zbytek, mimo że stukot eleganckich czółenek na wypolerowanym parkiecie i chmura ciężkich, słodkawych perfum działa na mnie odurzająco. Zdecydowanie zła faza, jakbym nagle znalazł się w innym świecie. Kolory się intensyfikują, podłoże ucieka spod nóg - dopiero po chwili oddycham spokojniej, pokrzepiony tym, że to najzwyklejsze, ruchome schody. Nie lubiłem ich w Hogwarcie, teraz także kurczowo trzymam się poręczy w obawie, że całkiem odlecę. A mam tylko jedno, proste zadanie. Wymienić papierowy świstek na ubrania, co może pójść nie tak?
Zatnę się kartką albo nadzieję na wieszak, zjarany zacznę gadać do manekina i po kwadransie perorowania zorientuję się, że z nim nic nie załatwię. Kiedyś dramatyzowanie, dziś już czarnowidzenie, po wypiciu herbaty godzinami medytuję nad fusami, zamiast wyrzucić je do śmieci, gdzie ich miejsce. Takie czasy, przyszłość niepewna, więc czepiam się każdego sposobu, by móc wierzyć, że będzie dobrze.
Naiwniak ze mnie, co nie, jak nie zakasam rękawów i nie wezmę się za siebie, to utknę tak na amen w jak najbardziej fizycznym potrzasku. To cholernie męczące, archetyp złotej klatki także nuży, tylko niestety, kruszec jest prawdziwy. Ja marzę o tombaku, a okazuje się, że to najwyższa możliwa próba. U Parkinsonów skaczą dookoła mnie, a sklepowi subiekci wyłażą ze skóry, walcząc o moją satysfakcję. Biedni: gdy nastrój mam nizinny, słaby ze mnie kompan, a jeszcze gorszy klient. Prawie pokładam się na lśniącej ladzie, czekając aż zapakują w paczki sprawunki matki - i nie, jako syn też się nie sprawdzam. Wykluczenie wpędza mnie w paranoję i stany lękowe: właściwie nawet, gdy mijam się ze starym na korytarzu, czuję fantomową kosę pod żebrami. Takich jak ja się usuwa. Znika po cichu. A ja, idiota, czekam na swoją kolej, zamiast wziąć sprawy w swoje ręce, a nogi za pas.
W każdym z dostępnych wymiarów, bo zagadany przez Geoffreya Parkinsona spławić go nie mogę. Słucham więc pieprzenia pięknisia, uśmiecham się nawet, rozluźniony skrętem, lecz wtem czuję nagły paraliż wszystkich mięśni, włącznie z twarzą, zastygłą w wyrazie nieprzyjemnego szoku. Drobna, dziewczęca sylwetka przemknęłaby przez dom towarowy niepostrzeżenie, ale ja ją przecież znam. Czarne kosmyki zatknięte za uszy, zbyt szczupłe ramiona, oliwkowa skóra, bystry błysk ciemnych oczu, wyglądających na wiecznie zmrużone. Wszystkie Azjatki wyglądają tak samo - nie powiedziałem tego nigdy, a ją przecież poznałbym nawet dotykiem, po wypukłościach pieprzyków i zgięciach kości biodrowych. Spaliśmy ze sobą często, lubiłem zostawać z nią na noc i oddychać przy jej uchu, zalewać wrzątkiem kawę i wstawać trochę wcześniej od niej, żeby skoczyć po bułki. Nie obiecywałem niczego. Nawet pożegnania, ale po paru tygodniach, miesiącach - przyznaję, byłem najzwyklejszym chujem. Wstyd mi: widzę, że ona też mnie widzi, więc żeby móc faktycznie nazywać się mężczyzną, zostawiam rozemocjonowanego Parkinsona samemu sobie i podchodzę do kobiety, z ociąganiem, z zakłopotaniem, ale również - z dobrymi intencjami.
-Wren - witam ją, kulawo i straszliwie oficjalnie, nagle tracąc język w gębie. Tak wygląda przeszłość, która niespodziewanie wychyla się z zaułka i bije cię teleskopową pałką. Żołądek kurczy mi się do rozmiarów piłki do krokieta, z dłoni lecą krople potu, a ja liczę się, że zaraz dostanę po ryju - zachowałem się, jak ostatni skurwysyn. Ja... - co się odpierdala? Czy ja ją właśnie przepraszam? Może jeszcze z nadzieją na cudowne wybaczenie i szybki numerek na zgodę? - kurwa - klnę cicho, zbierając się do konfrontacji z jej spojrzeniem, zimnym i nieprzystępnym - zrób coś. Nie wiem, wyzwij mnie od najgorszych, daj w mordę, cokolwiek. Tu, albo jak chcesz, możemy wyjść na ulicę - no jak nic zasługuję na scenę, byłem jej pierwszym, wiedziałem o tym, a mimo wszystko, postąpiłem dokładnie tak, jak zawsze. Śmieć, nie mężczyzna, tyle z mojego szacunku do kobiet. Jej go nie okazałem, a skrucha po fakcie jest nic nie warta. Ale może jeszcze coś ze mnie będzie, biorę tą odpowiedzialność na klatę w pełni świadomie.


Tak, możesz zapalić znicz
Chociaż wiem, że już nic
Mnie nie czyni człowiekiem
Morgan Szalbierz
Zawód : staram się
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
I Tend The Light
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Duch
Galeria nowości 0a8b1-img_1302
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Re: Galeria nowości [odnośnik]21.11.20 23:41
Tak wyglądała przeszłość. Zmierzała do niej powoli, leniwie, w zakłopotaniu skrzącym się gdzieś na dnie szarozielonych tęczówek. W łagodniejących, niepewnych nagle rysach twarzy, którą tak dobrze znała. Pamiętała fakturę jego skóry. Twardość kości policzkowych, zgięcie mostku nosa, rozstaw oczu, kształt ust, po których tak często wodziła palcami, rozanielona, rozkochana. Wtedy zrobiłaby dla niego wszystko - skoczyła w przepaść, w ogień, w rozwarte szeroko paszcze zrodzonego z ciemności monstrum, gdyby tylko zechciał. Ukształtował ją w swych dłoniach, pokazał jej czym jest kobiecość, na czym polega, jak winna ją wykorzystać, by nęcić, oszałamiać, sprowadzać głodne szaleństwo - a gdy w jej wnętrzu urosła przysięga wspólnej wieczności, rozmył się w powietrzu. Znikł z dnia na dzień, bez słowa, zostawiając ją samą w mieszkaniu, które niegdyś dzielili; w mieszkaniu, w którym przygotowywał jej kawę, niczym normalny, szary człowiek przynosił bułki na śniadanie. Widmo jego dotyku czuła na swoich ramionach, gdy krwawiła do nieszczęsnej wanny. Gdy woda mąciła się szkarłatem, a dowód jego krótkotrwałej miłości uleciał w dół odpływu, zapomniany, pogrzebany na zawsze - w jej pamięci, w świecie, który nigdy go nie chciał. To wszystko widziała teraz w twarzy Francisa. Wspomnienia odbijały się w jego oczach, przenikały do czarnych tęczówek, pobudzały niechętną, wzburzoną pamięć: pragnęła ułożyć ręce na jego szyi i po prostu zacisnąć. Patrzeć jak odbiera mu dech, jak na moment sprowadza go na kolana, do łaski, którą tylko ona mogłaby mu zaoferować. Ale - nie zrobiła tego. Zastygła w bezruchu, w beznamiętności, wysłuchując jego paplaniny. Przepraszam, zrób coś, rozgrzesz mnie, bo nagle tak mi ciężko na sercu, gdy cię widzę. Bzdury. Myślał, że jest na tyle głupia, by mu uwierzyć? Gdyby los nie postawił jej na jego drodze, do dziś otrzymałaby wyłącznie ciszę. Zapomnienie pod gruzami szalonej przygody, która w pewnym momencie po prostu przerodziła się w nudę.
Oddychała powoli. Skrupulatnie, na wdechu i wydechu się skupiając, świadoma, że inaczej puściłyby jej nerwy: a tego nie chciała. Nie mogła pozwolić sobie na uszkodzenie cholernego szlachcica, nie w miejscu, w którym otaczali ją jego społeczni pobratymcy. Nie zgniecie jej w ten sposób. Nie pozbawi jej dobrej renomy, wypracowanego szacunku nazwiska, mógł o tym zapomnieć.
I w końcu zareagowała - kiedy wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że już tego nie zrobi. Uniosła dłoń do jego warg, palec wskazujący przykładając lekko do znajomych ust; ich sucha od zdenerwowania tekstura wydawała się palić jej skórę, ale nie odsunęła się, nie poddała. To on zagra wedle jej melodii. To on będzie się płaszczył.
- Nie rób mi wstydu, Francis - upomniała go miękko, głosem słodkim, takim, który mógł pamiętać - a jednak słowa były ostre. Twarde i kwaśne, przepełnione żółcią, zrozumiałą, bo tego od niej oczekiwał, tego się spodziewał. I to właśnie dostawał. Puste, pozbawione wyrazu oczy wpatrywały się w niego nieustannie. Poszukiwały jakichkolwiek śladów szczerości, lecz Wren nie była zdolna ich odnaleźć. Kłamał. Jak zawsze. Jak wąż, który w finalnym akcie prowadzi na manowce, wygania z raju. - Nie będziemy tu o tym rozmawiać. Spoliczkuj się sam, jeśli tego potrzebujesz, lubisz przecież podejmować za mnie decyzje. Wykonywać je - pouczyła, podczas gdy kącik jej ust uniósł się w czymś na kształt uśmiechu. Niby neutralnego, a jednak nieprzyjemnego. Dopiero wówczas jej dłoń powróciła na dół, ułożyła się na czarnej, skórzanej torbie przepasanej przez jej ramię; wciąż czuła go na sobie, czuła go w sobie, odrażona świadomością, że zostanie z nią na zawsze. - Było, minęło - dodała jeszcze; kłamała, było, było i teraz, ta zadra nie minęła, osadzona zbyt głęboko, by można było jej sięgnąć, poruszyć - co dopiero wydobyć na powierzchnię i odrzucić. - Nie martw się, zaraz wychodzę. Chciałam tylko pooglądać sukienki - wzrok powrócił do kruczej kreacji, łapczywie zapamiętywał jej detale, by kiedyś odtworzyć je w obecności prywatnego krawca, jak będzie już niepomiernie bogatą personą. Bo kiedyś taką się stanie. Bez pomocy żadnego mężczyzny, żadnego wyuzdanego arystokraty, patriarchalnego przewodnika po świecie. Nie potrzebowała go już.



it was a desert on the moon when we arrived. gathering all of my tears, heartbreak and sighs, jade made a potion ignite and turned the night into a radiant city of light.
Wren Chang
Zawód : handlarz krwią
Wiek : 25
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
tell her i wasn't scared.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8598-wren-chang#252999 https://www.morsmordre.net/t8601-yue#253113 https://www.morsmordre.net/t8604-punkt-pobran-krwi#253124 https://www.morsmordre.net/f252-pokatna-56-2 https://www.morsmordre.net/t8602-skrytka-bankowa-nr-2037#253118 https://www.morsmordre.net/t8603-wren-chang#253121
Re: Galeria nowości [odnośnik]22.11.20 18:41
Setki przecznic i skrzyżowań, mugolskie tunele, białe pasy wymalowane na ulicy, ludzi trochę mniej, niż zwykle i trach. Grom z jasnego nieba, spersonifikowana niezręczność, jedna z, nie pierwsza i nie ostatnia. Alarmuje mnie profil, nieco płaski, pozbawiony szlacheckiego nosa, znajomy; za nim przez zapach nowych ubrań i materiałów ciągnie do mnie woń wspólnego seksu, jej kobiecości, brudnawego powietrza - gdybym się wysilił, otwierając okno na poddaszu, ręką sięgnąłbym sąsiedniego komina. Przypominam sobie, że zawsze towarzyszył nam jakiś niestandardowy bukiet zapachów, charytatywnie kąpaliśmy psa jej sąsiadów, a później jedliśmy absolutnie nieerotyczne naleśniki z dżemem morelowym, by to wszystko przykryć świeczką, palącą się jak wyrzucone przez morze drewno. Mokre ubrania suszyliśmy przed miniaturowym kominkiem, a zamiast papierosów, dzieliliśmy się skręconymi ziołami: szałwią i miętą, bo cały czas mieliśmy ochotę się całować. I to robiliśmy, bez przerwy. Namiętnie albo zupełnie ckliwie, ledwie muskając uszy wilgotnymi ustami. Gdy stawała przy kuchence i smażyła jajka, podchodziłem do niej i gryzłem ją w ramię, mówiąc, że już nie wytrzymam. Wbijałem zęby na tyle mocno, by zostawić na niej ślad - tak na jakiś kwadrans, nie jestem szczeniakiem, by permanentnie znaczyć teren. Włóczyliśmy się kompletnie bez celu po Londynie i zaznaczaliśmy nasze trasy na magicznej mapie, nanosząc je kolorowymi tuszami. Ona wybrała wtedy soczysty granat, a ja dopasowałem się barwą jaśniejszą o kilka tonów. W Hogwarcie szkolne ławki są dumną pamiątką młodzieńczych uniesień, zaś nasze imiona dostały się ulicom stolicy. Ile to trwało? Brzmi, jak miłość, która już swoje przeżyła, a tak naprawdę ganialiśmy ze sobą, chwila, liczę... Parę tygodni? Miesięcy? Szczęście ciurkiem leci przez palce, więc nie starcza mi ich, by poprowadzić właściwy kalendarz. Otwierając kominiarzom nigdy nie łapię się za guzik i oto są tego skutki: dziewczyna z przeszłości, o której zdążyłem zapomnieć.
To mój bardzo brzydki zwyczaj, jestem a potem znikam. Taki ze mnie brytyjski łotr, co nie odpisuje na listy i wsiąka w eter miejskiego trójkąta Bermudzkiego, ale i tak pojawia się w tych samych miejscach. W St. James Parku co wtorek karmię wiewiórki, a na tym skwerze parę przecznic od Wenus biję rekordy w puszczaniu kaczek, rywalizując z wyrostkami w kaszkietach, wybranych im przez ich matki. Oczywiście, nie jawnie, po prostu w myślach liczę, ile razy mój kamień odbił się na tafli wody i to samo robię, kiedy oni rzucają. Z dwóch stron stawu patrzymy się na siebie i rachujemy po cichu, określając szanse i prawdopodobieństwo.
No i jebię się w tej matematyce, bo przecież zakładam, że już więcej się nie spotkamy. Że zderzenie światów nie nastąpi, bo niby jakim cudem, skoro ona musi latać do warzywniaka, kiedy zamarzy o kobiałce malin, a ja kiwnę dużym palcem u stopy i już śpieszą do mnie na wyścigi Alcia i Becia z koszykami pełnymi owoców. Suprajz, frajerze, nie przecieraj już oczek, tylko daj głos. Zwierzęta odzywają się tylko w Wigilię, więc może to być utrudnione, ale Wren umie - już - rozczytywać język świń. Tych męskich. Mój.
Temperuje mnie dotykiem, jak treser, co nie boi się, że podopiecznemu coś się odwidzi i chapnie go zębami. Jej palec na moich ustach wciąż do nich pasuje, mimo że nie mam czego z niego zlizywać, ale patrzę na Wren dokładnie tak, jak wtedy. Z wzrastającym napięciem poszukuję śladów na jej twarzy, lecz widzę tylko zmęczenie na upudrowanym obliczu. Gdyby była mieszkaniem, byłaby przestronna, pusta i pełna przeciągów, z trzaskającymi okiennicami. Nie lubię takich przestrzeni, są smutne.
Ona jest taka - przeze mnie.
-Przepraszam - odpowiadam jej cicho, ignorując kamienie przewalające się w moim brzuchu. Spadają z serca i siup, prosto do żołądka. Jak to się mówi, z deszczu pod rynnę, co? Ona zachowuje klasę, za to ja przestępuję z nogi na nogę, nie mogąc skupić się ani na niej, ani na tym, co mówi. Myślę - myślę o tym, co ja powinienem zrobić. Co chcę zrobić - ja... - zaczynam i znowu urywam. Otwieram i zamykam usta, nie wydając z nich żadnego dźwięku, no głupek - zniknąć jest dużo łatwiej, niż tłumaczyć, dlaczego - dukam w końcu, oto wyznanie tchórza, nad którym zbiera się właśnie burzowa chmura kwaśnych deszczów. Spadną z niej wyrzuty sumienia, istny grad, który pokaleczy moje ręce i prócz psychiki, poharata też ciało. Każę zasłonić wszystkie lustra, bo - nie będę mógł na siebie patrzeć, wiem to.
-Nie jesteś zła? Już nie jesteś zła? - pytam z niedowierzaniem, było, minęło to żadne podsumowanie historii. To moja linijka - jej rola wiązała się z cierpieniem z mojego powodu. Co dalej? Bo przecież nie romantyczne połączenie kochanków, więc? Cukierkowy finał, w którym sypię złotem i dosłownie płacę za bycie palantem? - ja też - wypalam, a po chwili dociera do mnie, co właśnie powiedziałem - znaczy, też się nie martw, też zaraz wychodzę - dodaję pośpiesznie - podoba ci się? - macham ręką w stronę najbliższej kreacji z czarnym pióropuszem. Znaczy, że jednak wplątuję się w cukrową relację? Nie. Nie. Odwracam uwagę od swojej gafy, a wychodzi jedynie gorzej. Ale już tak na granicy bycia the worst.


Tak, możesz zapalić znicz
Chociaż wiem, że już nic
Mnie nie czyni człowiekiem
Morgan Szalbierz
Zawód : staram się
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
I Tend The Light
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Duch
Galeria nowości 0a8b1-img_1302
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange

Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next

Galeria nowości
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach