Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Muzeum Harpii, Walia
AutorWiadomość
Muzeum Harpii, Walia [odnośnik]08.04.16 21:46
First topic message reminder :

Muzeum Harpii

★★
Muzeum walijskiej drużyny Quidditcha, założonej w 1203 roku. Kobiety, wchodzące w skład jedynej w pełni żeńskiej drużyny, zbierały każdą pamiątkę, aby ściągnąć tu swoich fanów. Może tu obejrzeć legendarne znicze czy połamane na treningach miotły. Nie mogło też zabraknąć strojów drużyny aż od początków jej istnienia oraz zdjęć wszystkich trenerów. Podobno w nocy harpie strzegą terytorium muzeum, ale to zapewne plotki zazdrosnych Os. Zainteresowanie przede wszystkim przyciąga zdjęcie zaręczyn kapitana Sokołów, Rudolfa Branda oraz kapitan Harpii, Gwendolyn Morgan. Fani drużyny mówią, że to była najpiękniejsza scena po meczu, który trwał aż siedem dni. Co roku składane są przed muzeum kwiaty upamiętniające to wydarzenie. Oprócz eksponatów znajduje się tu także sklepik z bibelotami. Można kupić sztuczne pazury harpii, szaliki, flagi, książki biograficzne, czasami odbywają się tu licytacje autografów. Ceny jednak znacznie przewyższają standardowe, ale czegóż nie robi się dla swojej pasji?


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 19:27, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Muzeum Harpii, Walia - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Muzeum Harpii, Walia [odnośnik]17.02.20 0:38
- Właściwie to od dawna. Odkąd zaczęłam tak na poważniej zastanawiać się nad przyszłością. Wydawało mi się, że skoro quidditch to moja pasja, to mogę uczynić ją i sposobem na życie – przyznała. Jako dziecko marzyła o zostaniu zawodniczką, ale wtedy jeszcze nie myślała o tym bardzo poważnie, nie różniło się to od normalnych dziecięcych marzeń na tym etapie życia. Ale potem, jako nastolatka, stwierdziła, że może te marzenia z dzieciństwa wcale nie są tak niedorzeczne. I że naprawdę mogłaby grać zawodowo, skoro była bardzo dobra w quidditchu. I właściwie tylko w tym, bo w żadnym z przedmiotów nie przodowała. Nie miała daru do eliksirów, numerologii, zielarstwa i tego typu rzeczy. Nie chciała też być aurorem jak ojciec. Więc naturalnym wydało się zwrócenie w stronę tego, co wychodziło jej najlepiej, choć wiedziała, że w żadnej normalnej pracy jej umiejętności się nie przydadzą.
- No cóż, ja widocznie byłam tak oporna w tej materii, że nigdy nie nauczyłam się tego robić. Fusy w filiżance nadal są tylko garstką rozmokłych herbacianych liści i nawet jeśli od biedy mogłabym zobaczyć w nich kształt, to nie wiem, co miałby znaczyć – rzekła, po czym wzruszyła ramionami. Prawda była też taka, że nigdy się nie przykładała, nie uważając tego przedmiotu za niezbędnego do szczęścia. Wybrała go, bo wydawał się bardziej przystępny i łatwiejszy niż numerologia. Poza tym wybierając dodatkowe przedmioty na trzecim roku wzięła jeszcze runy i opiekę nad magicznymi stworzeniami, ale z tamtych dwóch przynajmniej wyniosła podstawową wiedzę i pożytek. Wróżbiarstwo nie było dla każdego, podobnie jak quidditch. Tylko najwięksi zapaleńcy zostawali zawodowymi graczami.
Jennifer wyglądała na bardzo młodą, taką, która ledwie co skończyła Hogwart. Ciekawe, czy w tak młodym wieku zdążyła już dobrze nauczyć się wróżyć? Nie pasowała do stereotypowego obrazu wieszczki, starej kobiety otulonej mnóstwem powłóczystych szali i wydzielającej intensywną woń kadzidełek. Wyglądała normalnie, jak większość młodych dziewcząt w jej wieku.
Niemniej jednak wyciągnęła i podała jej trzy karty, a Jennifer po chwili zaczęła mówić. I gdy tak jej słuchała, nagle uderzyło ją... że te opisy tak bardzo pasują do niej i jej obecnej życiowej sytuacji. Zawsze bowiem uważała się za kobietę silną i niezależną, i pragnęła wierzyć, że jest odważna i zdolna do stawiania czoła przeciwnościom. Prawdą było też to, że wisiały nad nią nowe wyzwania w związku z czasami, w jakich żyła i przystąpieniem do Zakonu Feniksa. I dopiero nadchodzące tygodnie miały pokazać, jak poważne będą to wyzwania, ale i tak treść słów wróżbitki sprawiła, że Jamie przez moment zamarła. Spodziewała się oderwanego od rzeczywistości bełkotu pokroju przepowiedni o tym, ile będzie mieć dzieci czy coś w tym rodzaju, a tymczasem usłyszała coś, co zdawało się brzmieć zaskakująco realnie. I co rzeczywiście mogło mieć miejsce, i to niekoniecznie w odniesieniu do najbliższego meczu, bo było coś więcej niż ten mecz, bo rzeczywiście od listopada wkroczyła na nową ścieżkę, która mogła ją poprowadzić bardzo różnie, nawet do zguby, ale niewątpliwie miała być trudna, wyboista i pełna wyzwań.
- Muszę przyznać, że to brzmi... intrygująco – przyznała. Podobała jej się myśl, że niezależnie od tego, czy wierzyła we wróżby czy nie, nawet karty widziały w niej tak dobre, ważne dla niej przymioty jak siła, odwaga i wytrwałość. – A mecz na pewno nie będzie łatwy, jednak to kolejne życiowe wyzwanie, któremu trzeba stawić czoła, by wyjść z niego jeszcze silniejszą i bardziej przygotowaną na te, które dopiero nadejdą. – Jej słowa mogły jednak zawierać pewne drugie dno, odniesienie nie tylko do meczu, ale i do życia, bo w nim również starała się wyciągać z wyzwań cenną naukę, by stawać się jeszcze lepszą, coraz silniejszą i wytrzymalszą, popełniającą coraz mniej błędów.
- Niemniej jednak zaciekawiłaś mnie. Naprawdę. Nie myślałam, że ci się to uda – pokiwała głową. Może jednak te karty nie były całkowicie bez sensu? Lub po prostu to zbieg okoliczności sprawił, że usłyszała coś, co okazało się pasujące do jej życiowej sytuacji? To musiał być zbieg okoliczności. – Zastanawia mnie tylko, czy to nie przypadek, że wyciągnęłam akurat te? Chwyciłam je dość przypadkowo, może nawet trochę na odczepnego.






Jamie McKinnon
Zawód : ścigająca Harpii
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Jeśli plan "A" nie działa, pamiętaj, że alfabet ma jeszcze 25 liter!
OPCM : 15
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7499-jamie-mckinnon https://www.morsmordre.net/t7507-listy-do-j https://www.morsmordre.net/t7506-jamie-mckinnon https://www.morsmordre.net/f285-dolina-godryka-popielniczka https://www.morsmordre.net/t7514-skrytka-bankowa-nr-1818 https://www.morsmordre.net/t7508-jamie-mckinnon
Re: Muzeum Harpii, Walia [odnośnik]17.02.20 12:36
We wróżbiarstwie widzę bardziej konieczność, niż pasję - próbę zdobycia kontroli nad trzecim okiem, niedoskonałą i z góry skazaną na porażkę. Lepsze to, niż nic, taka urojona namiastka wpływu na cokolwiek. Nie spodziewałam się z niej żyć, ale niczego innego nie potrafię lepiej. Myślenie o przyszłości, snucie na nią konkretniejszych planów, w tym też nie jestem dobra, ale miło jest przez chwilę poudawać, że może być inaczej, i rozumiem chęć związania z czymś swojego życia w takim stopniu, w jakim zdołała to zrobić Harpia. To wymaga stałości.
- Nie przestają być od tego, jak to pani ładnie ujęła, tą garstką rozmokłych herbacianych liści, ale wcale im to nie ujmuje wartości. Tak naprawdę do wróżenia nadaje się wszystko. Tarot jest po prostu bardziej rozpoznawalny, wzbudza większe zaufanie u odbiorców, bo widzieli te karty przynajmniej parę razy w życiu. Herbatę piją, ze szklaną kulą mogli mieć do czynienia na zajęciach wróżbiarstwa. Znane, czyli bardziej wiarygodne niż kształty w dymie, chmury albo lot ptaków - albo wnętrzności. Zwierzęce, lub jak w książce, którą kiedyś wyniosłam ze szkolnego działu zakazanych, ludzkie. Z resztą, bardziej makabrycznych metod zaglądania w przyszłość było bardzo dużo, niektóre z nich obejmowały palenie żywcem ludzi, zamiast wrzucania do ognia ziół. Nie wierzyłam, żeby w czymkolwiek mogły być skuteczniejsze, skoro wszystko i tak było palcem na wodzie pisane i nawet nie zbliżało się dokładnością do mglistej wizji. Tak, bardzo pięknie mi dziś wychodzi pozytywne myślenie.
- Powinnam teraz otoczyć się mgiełką tajemnicy, podpiąć się trochę pod stereotyp nawiedzonej westalki przeznaczenia i powiedzieć, że nic się nie dzieje przypadkiem - mówię, wpatrując się w Jamie i posługując się swoim najlepszym tonem jarmarcznej wróżbitki, który i tak daleki jest od ideału, w podobnym stopniu, co treść wypowiedzi - ale po przetasowaniu raczej nie grozi pani wyjęcie tych samych, kwestia numerologicznego prawdopodobieństwa. Albo zmiany nastroju i nastawienia przy sięganiu po karty, bo wersja bardziej magiczna chyba trochę ładniej brzmi.
W co uwierzy Jamie McKinnon? Nie bez powodu horoskopy układano w taki sposób, by każdy znalazł w nich coś dla siebie. Z dobrą wróżbą musiało być tak samo.
- Bardzo dziękuję za poświęcony czas, choć pewnie i tak ukradłam go więcej, niż miała pani w planach - uśmiecham się raz jeszcze i zbieram karty, a później chowam je, jak zwykle, w przepastnych kieszeniach. Za chwilę trzeba będzie odszukać znajomych, a później wyjdę na zimno, bo zaczynam już marzyć o zapaleniu kolejnego papierosa.



Fate is a very weighty word to throw around before breakfast.

Jennifer Leach
Zawód : wróżbitka
Wiek : 19 lat
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Take a rest and the world catches up with you. Lesson in life—keep moving.

OPCM : 5
UROKI : 5
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 3
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Jasnowidz
Muzeum Harpii, Walia - Page 2 VWC8X3m
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7551-jennifer-leach https://www.morsmordre.net/t7572-cisza https://www.morsmordre.net/t7573-jenny https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7571-skrytka-bankowa-nr-1808 https://www.morsmordre.net/t7570-jennifer-leach
Re: Muzeum Harpii, Walia [odnośnik]17.02.20 13:06
Czasem bywały momenty, gdy żałowała, że nie była dobra w czymś bardziej użytecznym i życiowym, szczególnie odkąd dołączyła do Zakonu i uświadomiła sobie, że w gruncie rzeczy nie ma przydatnych talentów. Nie była ani utalentowana w walce, ani w żadnej z dziedzin nauki. Potrafiła latać za piłkami i była spostrzegawcza – to były jej główne umiejętności. Wyszłaby więc na hipokrytkę, gdyby próbowała oceniać wróżbitkę przez pryzmat tego, czym się zajmowała, skoro jej talent służył głównie jej własnej pasji oraz uciesze gawiedzi, która przychodziła na mecze, na pewno nie żadnemu wzniosłemu celowi, choć lubiła myśleć, że quidditch daje ludziom radość i rozrywkę nawet w trudnych czasach.
- Jako dziecko czasem lubiłam leżeć na trawie i zastanawiać się nad kształtami chmur, ale nie przyszłoby mi do głowy, że można z nich wróżyć – powiedziała. Ale rzeczywiście, karty, fusy czy kryształowa kula wydawały się bardziej popularnymi atrybutami wróżbity. O tych też najwięcej było mowy na lekcjach, przynajmniej tych, na których była Jamie do czasu rezygnacji z tego przedmiotu. I jeszcze sny. Niemniej jednak zadatków na wieszczkę to zdecydowanie nie miała. Może mimo zamiłowania do latania zbyt twardo stąpała po ziemi, by brać za pewnik tak mało ścisłą, mglistą dziedzinę magii?
Zamyśliła się, jeszcze przez moment patrząc na karty i zastanawiając się, jak to możliwe, że dostały jej się tak trafne. Bo ta obca, nieznajoma dziewczyna raczej nie mogła znać Jamie na tyle, by wiedzieć, co mogłaby chcieć usłyszeć, chyba że tak dobrze by improwizowała.
- No cóż, wróżbiarstwo rzeczywiście jest... bardzo specyficzne. Może lepiej nie zastanawiać się nad tym mocniej, bo co ma być, to i tak będzie – powiedziała. Nie uciekną przed tym, co szykował los, a nawet bez kart i wróżb czuła, że nadchodzące tygodnie i miesiące nie będą dobre i spokojne. Że jeszcze długo nie odzyska sielanki i beztroski życia wiedzionego przed śmiercią ojca. Może nawet nigdy.
Nie skusiła się więc na wzięcie kolejnych kart i sprawdzenie, czy za drugim razem trafi na te same, czy może inne. Chyba wystarczy zabawy we wróżby.
- Ja też dziękuję – powiedziała. – Może jeszcze się kiedyś spotkamy, jeśli oczywiście wpadniesz na jakiś nasz mecz – dodała.
Pożegnała się z dziewczyną i wróciła do swoich spraw, wciąż jednak rozmyślając o tym, co usłyszała i o tym, czy karty rzeczywiście mogły wiedzieć coś o tym, co miały przynieść nadchodzące dni i tygodnie, czy po prostu był to zaskakujący zbieg okoliczności.

| zt. x 2






Jamie McKinnon
Zawód : ścigająca Harpii
Wiek : 25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Jeśli plan "A" nie działa, pamiętaj, że alfabet ma jeszcze 25 liter!
OPCM : 15
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7499-jamie-mckinnon https://www.morsmordre.net/t7507-listy-do-j https://www.morsmordre.net/t7506-jamie-mckinnon https://www.morsmordre.net/f285-dolina-godryka-popielniczka https://www.morsmordre.net/t7514-skrytka-bankowa-nr-1818 https://www.morsmordre.net/t7508-jamie-mckinnon
Re: Muzeum Harpii, Walia [odnośnik]13.09.20 20:21
13 lipca 1957 r.

Trzynaście spraw mogło sprowadzić Philippę do tak absurdalnego miejsca. Trzynaście i jeszcze więcej, ale tylko jedna była właściwa. Nie przybyła do muzeum dla własnego widzimisię. Nie interesowała się latającymi piłkami i rozpędzonymi miotłami. W nosie miała ekscytujące rozgrywki, choć może chętnie poznałaby się bliżej z jakimś wysportowanym zawodnikiem. Niemniej pasji nie było w niej żadnej, może coś tam słyszała, może czasem w Hogwarcie przysiadała na wysokich trybunach. Niespecjalnie wiedziała, o co w tym chodzi i wcale nie zamierzała tej wiedzy uzupełniać. Prośba pani Boyle była jednak świętością i już niejednokrotnie przekonała się o tym, jak daleko sięgały kontakty szefowej. Tym razem padło na Walię i bardzo dziwaczne miejsce. Siedlisko kultury wściekłych tłuczków, dziedzictwo jakiejś tam drużyny. Daleko od Londynu i daleko od zakątków, w których zwykła bywać. Musiała więc nie tylko wydostać się ze stolicy, ale i jeszcze wkroczyć na obce tereny, choć przynajmniej dalekie od wojennej dziczy. Mogła potraktować wyjazd jako wakacyjny wypad, ale niespecjalnie miała czas na podziwianie widoków.
Cel był prosty – spotkać się z konkretnym człowiekiem,  przekazać mu pewne informacje, odebrać jakieś pismo. Facet najwyraźniej był szychą, bo w innym wypadku Dorothea nie wysilałaby się, by wysyłać ludzi taki kawał drogi od stolicy. Wyraźnie zależało jej na jego względach i pewnie chodziło o coś więcej niż dostawy do Parszywego. Zresztą co mógł mieć wspólnego typ z muzeum ze sprawami tawerny? Nie wnikała, nie za to jej płacono. Boyle jej ufała, więc nie zamierzała zawieść swojej mentorki. Mieli się spotkać gdzieś na tyłach tej instytucji. Dziwiło ją to, że nawet dla dobra tajemniczej sprawy nie mógł umówić się poza pracą i daleko od niej. Może jednak miała do czynienia z jakimś pieprzonym pracoholikiem.
Z planów jednak niewiele wyszło. Późnym popołudniem, kiedy zbliżała się do budynku, niebo zaczęło nieprzyjemnie błyskać, a wkrótce przez pokryte materiałem letniej sukienki ramiona Moss przelały się potoki wody. Wkroczyła do środka, mokra, zirytowana i coraz bardziej ciekawa. Nigdy nie była w tych stronach. Facet zaprowadził ją gdzieś do pobocznych zakątków muzeum. Załatwiła sprawę, choć przy okazji musiała też wysłuchać całej litanii anegdotek o niczym, które albo były wyjątkowo nietrafną forma podrywu, albo czyniły z niego największą plotkarę w dziejach Anglii. I to miał być dyskretny gość? Oceniła sobie jednak tylko w myśli, bo dobrze wiedziała, że uwagi powinny zatonąć w milczeniu. Po wszystkim ruszyła wąskim korytarzem, zastanawiając się, jak się stąd teraz wydostać. Minęła pomieszczenia biurowe, prowadził ją jedynie odgłos własnych kroków. Dziwnie ciche labirynty nie miały końca. Typ nie miał na tyle klasy, by ją z tej poplątanej sieci wyprowadzić. Obijał się, gadał jak najęty, a na grzeczność brakowało już mu czasu. Tak, to był właściwy człowiek na właściwym miejscu. Wyzwała go pod nosem i wkroczyła do kolejnego pomieszczenia, mając nadzieję, że tym razem jednak znalazła się bliżej wyjścia. Nic bardziej mylnego. Sala pełna eksponatów, skąpana w świetle zachodzącego słońca, pustawa i jakaś taka… przygaszona. Uniosła wyżej brwi i przeszła się kawałek dalej, czując, że znalazła się w przeklętej pułapce. Jak teraz, u licha, stąd wyjść? Pozatrzaskiwane drzwi do kolejnego pomieszczenia, echo jej własnego oddechu i wszędzie te piłeczki, durnowate piłeczki mnożące jej się w oczach. Warknęła i na widok kolejnej gabloty i odruchowo kopnęła w podest, na którym błyszczał się dumnie kryształowy puchar. Cienka, złota nóżka zachwiała się, a drogocenny eksponat runął z trzaskiem na podłogę. Na oczach Moss szkło roztopiło się na milion ostrych drobinek. Kilka z nich zakuło ją w łydki. – Jasna cholera! – burknęła na cały głos. Przecież to musiało być warte z milion galeonów! Nie mogła wiedzieć, że to tylko replika prawdziwej nagrody. I nie mogła też wiedzieć, że za jej plecami znalazł się jeszcze jeden nieszczęśnik.
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Muzeum Harpii, Walia [odnośnik]17.10.20 23:17
Dawno nie odwiedziłem żadnego muzeum. Nie dlatego, że za nimi nie przepadałem. Nic z tych rzeczy. Lubiłem przecież historię i to bardzo. Uwielbiałem, kiedy ojciec zabierał mnie do najróżniejszych muzeów i opowiadał o eksponatach. Pamiętam dokładnie jak pokazywał mi nieruchomą mumię i spędziliśmy przy tamtym sarkofagu przeszło dwie godziny, bo uparłem się, aby znów opowiedział mi historię o szukaniu skarbów w odnalezionej pod ziemią piramidzie i przeklętych mumiach. Z latach zamiłowanie do historii bynajmniej nie malało. Lubiłem odwiedzać muzea, bo nie mogłem podróżować, a oglądając autentyczne eksponaty czułem się trochę tak, jakbym był w miejscach, gdzie je znaleziono. Robiłem to jednak coraz rzadziej z racji braku czasu.
To, co działo się w Wielkiej Brytanii już od wielu miesięcy nie sprzyjało takim wycieczkom. Teraz nie miałem chwili, aby odwiedzać muzea w celach rozrywkowych. W Walii także nie znalazłem się przez chęć dowiedzenia się więcej o Harpiach z Holyhead, choć byłem fanem quidditcha właściwie od zawsze. Co prawda kibicowałem innej drużynie, lecz walijskie dziewczyny... Cóż, miło było zawiesić na nich oko. Świetnie grały i świetnie wyglądały. Gdyby nie to, że miałem spotkać się tu z innym aurorem, to zdjęciom przyjrzałbym się znacznie dokładniej. Na eksponaty patrzyłem jednak bez większego zrozumienia, gdy przechadzaliśmy się po różnych komnatach, rozmawiając między sobą bardzo cicho. Ludzi było tu niewiele w dniu dzisiejszym i zupełnie to rozumiałem - kto teraz miał ochotę na takie rozywki?
Emmerson zwinął się wcześniej, ja jeszcze zostałem, abyśmy nie wychodzili razem. Było już późno, bardzo późno, słonce zachodziło i niebawem mieli zamknąć Muzeum. Tak oświadczył strażnik, który w pewnym momencie przeszedł obok mnie. Zatrzymałem się jednak przy katedrze z opisem jednego z najważniejszych meczów Harpii z Holyhead i lektura wciągnęła mnie tak bardzo, że zakrzywiła chyba czasoprzestrzeń. Gdy skończyłem, to nikogo już nie było. Ani w tej sali, ani w sąsiedniej. Wędrowałem korytarzami, pogrążonymi w półmroku późnego wieczoru, aż w końcu - zwabiony hałasami - dotarłem do wystawy, gdzie uchowała się jeszcze żywa dusza. Nie wyglądała jednak jak pracownik Muzeum.
- Radziłbym uważać. Te eksponaty mogą być naprawdę cenne, a ich zniszczenia prawdziwi fani Harpii z Holyhead nigdy tego nie wybaczą... - powiedziałem głośno, spokojnym tonem, nie zdając sobie jeszcze sprawy z tego, że stojąca przed mną czarownica nie jest mi zupełnie obca, bo już się widzieliśmy. Zaledwie kilka tygodni wcześniej. w Londynie, kiedy świętowano urodziny Ministra Magii, a mnie udało się wyprowadzić z miasta grupę potrzebujących. Nie było łatwo.
- Potrzebuje pani pomocy? - spytałem uprzejmie, wyciągając różdżkę; skierowałem jej koniec na złote odłamki, aby wypowiedzieć inkantację zaklęcia: - Reparo.
Nie wiedziałem na ile będzie skuteczne. To stary, magiczny przedmiot, jego naprawienie mogło okazać się znacznie trudniejsze.


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Muzeum Harpii, Walia - Page 2 Hss7
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Re: Muzeum Harpii, Walia [odnośnik]29.10.20 0:16
Echem mknęło przekleństwo wzdłuż eleganckiej salki muzealnej, echem stukały jej pantofle, pod którymi dodatkowo roztrzaskiwały się jeszcze bardziej te pomniejsze kawałki szkła. Kolejne paskudne słówka padały już bezgłośnie, ale nie zdążyła przywołać do myśli zbyt wielu. Wkurzone, zirytowane spojrzenie tonęło w bałaganie, pośrodku którego się nagle znalazła – zdecydowanie nie na własną prośbę. Parszywy los, wstrętny psikus, czyjeś żarty? Cokolwiek to było, nie uśmiechało się Moss ani tego szorować, ani kombinować, poruszać niebo i ziemię, by wydostać się z zatrzaśniętego na noc muzeum. Psidwacza mać! Łupnęło jej w klatce piersiowej, zadrżały pięści, a kiedy za plecami wybrzmiał czyjś głos, obróciła się gwałtownie, wywołując pisk przy podłodze. Odłamki wyły pod naciskiem obcasów, a w tym chaosie część twarzy barmanki zasłoniły fale włosów. Kto to był?
– A ty jesteś jednym z nich? Prawdziwym fanem Harpii? Czuwasz tu nawet po zachodzie słońca? – podpytała trochę złośliwie, w pierwszej chwili nie kojarząc go z nikim. Z żadną podejrzaną sytuacją z Pasażera, z żadnym pokerem, z żadnym nalotem. Obawiała się nawet, że mógł być jakimś pracownikiem, choć raczej strój na to nie wskazywał. Wydawał się.,. spokojny, choć ta „złota rada” ugodziła ją. Kontrolnie rozejrzała się dookoła, by się upewnić, że nie było ich więcej – tych obrońców, albo innych typów gotowych ją pouczać. Tak, narobiła bałaganu, zburzyła spokój dostojnych pamiątek miotlarzy, ale przecież to był przypadek. I nie była czarownicą od dziś. Dobrze wiedziała, że sprytna różdżka przyjdzie z pomocą. Tylko nie pomyślała, że mógłby to być właśnie on. Nim zdążyła zareagować na propozycję wsparcia, mężczyzna uniósł drewno i wypowiedział porządkującą formułę. Tym razem jego słowa nie wydały się groźne, nie próbowały jej czegoś zarzucać… może nawet był miły! Czy mogła uznać, że to sojusznik? Albo że obydwoje przegapili moment zatrzaśnięcia się wrót tego miejsca? – Całkiem niezła próba, drogi panie – oświadczyła z uznaniem. Chociaż nie widzieli jeszcze pełnych efektów tej magii, to coś się wyraźnie ruszyło. Aż się cofnęła o krok, może dwa, by nie utrudniać złotym kawałkom połączenia się w całość. Proste, stare i dobre reparo. Tymczasem ta wielka pamiątka zbijała się chętnie, wracała do dawnej formy, choć na oko było widać, że raczej nie będzie to lustrzane odbicie pucharu sprzed upadku. Ale może dało się to jeszcze jakoś magią podrasować. Nie przejmowała się tym, o wiele więcej uwagi poświęciła na te pomocne dłonie. Wystarczyło tylko przyjrzeć się mu bliżej, by wyłapać dziwnie znajomy profil. O cholera.
– Ej, to ty! Ty byłeś wtedy w Parszywym – oceniła szybko, mrużący przy tym oczy. Znała tę twarz. To ten typ tak ją wtedy irytował swoimi jakże mądrymi działaniami. Chaos tamtych wydarzeń do dziś był dla niej niespecjalnie zrozumiały. Dławiła ją myśl o tym, co za kratami przeżyli Morgan i Johnatan. Pamiętała jednak jeszcze o kimś. – Zgubiłeś swojego towarzysza? – podpytała ciekawsko i zmarszczyła czoło, przyglądając się mu przy tym badawczo. –  Masz pomysł, jak się stąd wydostać? – dodała jeszcze. Objęła spojrzeniem ściany, okna, drogę do wyjścia i te rzędy nudnawych eksponatów. Dlaczego to nie mogło być jakieś inne muzeum? Wolałaby podglądać cuda czarodziejskiej techniki, magiczne talizmany, piękne szaty, powozy – cokolwiek, co nie wiązało się z miotłami.
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Muzeum Harpii, Walia [odnośnik]19.12.20 22:29
Jednym z nich? Od razu poczułem zaniepokojenie na myśl, że kobieta mogła nie znaleźć się tu przypadkiem, lecz słowa, które padły zaraz po nich odepchnęły ode mnie to przypuszczenie na bok. Pokręciłem przecząco głową, przypatrując się czarownicy uważnie, bo ja w przeciwieństwie do niej rozpoznałem w niej barmankę Parszywego Pasażera od razu. Miałem dobrą pamięć, do twarzy również, a tamtego feralnego wieczora dość uważnie się jej przyglądałem. Nie byłem jedynie pewien, czy i ona mnie rozpoznała, w pierwszych chwilach na to nie wyglądało - a ja nie miałem zamiaru o tym kobiecie przypominać.
- Nie, droga pani, to czysty przypadek. Mówiąc szczerze o wiele goręcej kibicuję Jastrzębiom z Falmouth, choć na zawodniczki Harpii z Holyhead patrzy się niezwykle miło - odpowiedziałem, bez złośliwości i przekąsu, w przeciwieństwie do brunetki. Ton jej głosu był dla mnie dość niezrozumiały, bo chciałem jej jedynie pomóc. Może niepotrzebnie zachodziłem ją od tyłu i od razu wzbudziłem podejrzliwość.
Zamknięciu w muzeum Jastrzębi z Falmotuh chyba nawet nie miałbym nic przeciwko. W innych okolicznościach i czasie. Dziś mi się śpieszyło. Od dawna nie miałem już czasu na takie przyjemności jak quidditch i zwiedzanie muzeów, choć historia Harpii z Holyhead była niezwykle interesujące i gorąco wierzyłem, że jeszcze kiedyś nadejdzie moment, gdy będzie można cieszyć się tak prozaicznymi przyjemnościami i myśleć o rozegranych przed laty legendarnych meczach, a nie o trupach leżących na ulicach Londynu.
Skupiłem spojrzenie na pucharze, który nieznośnie powoli zaczął się regenerować pod wpływem mojego zaklęcia. Jego pozłacane części łączyły się ze sobą, lecz dość nieporadnie, nie wyglądało na to, aby odzyskał dawny wygląd. Niestety. Może gdybym był bardziej biegły w zaklęciach domowych, byłoby inaczej. Moja żona, Allya, doskonale sobie z nimi radziła. Gdyby ona rzuciła to zaklęcie, pewnie nikt nie poznałby, że puchar miał takie nieszczęście, by wpaść w ręce barmanki Parszywego Pasażera.
Zastygłem na moment, kiedy wreszcie przypomniała sobie, że to nie nasze pierwsze spotkanie i nie omieszkała tego zakomunikować. W dość nieuprzejmy sposób.
- Nie przypominam sobie, byśmy przeszli na ty, szanowna pani - powiedziałem cierpko.
Zostałem wychowany na staromodną modłę i byłem przywiązany do konwenansów, dobrych manier i zwyczajów. Z uprzejmością i szacunkiem traktowałem innych, tego samego oczekiwałem w zamian, a zwracanie się do siebie po imieniu uważałem za poufałość, która między mną, a barmanką nie powinna mieć miejsca. Wciąż byliśmy sobie obcy, niezależnie od tego, że przeżyliśmy razem niełatwy wieczór.
- Owszem, ale nie tu. Nic mu nie jest, jeśli o to pani pyta - odpowiedziałem, mocniej zaciskając palce na różdżce. Więcej nie musiała wiedzieć. Zwłaszcza skąd się znamy i dlaczego wtedy byliśmy w Parszywym razem. - Proponuję, byśmy udali się do drzwi frontowych i sprawdzili, czy nie chronią je zaklęcia ochronne. Być może uda mi się je przełamać - zaproponowałem w odpowiedzi na jej pytanie o wydostanie się z muzeum.


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Muzeum Harpii, Walia - Page 2 Hss7
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Re: Muzeum Harpii, Walia [odnośnik]27.12.20 17:28
O tak, spodziewała się nagany, przyłapania, a w konsekwencji konieczności żarliwych tłumaczeń i wielce szczerych przeprosin za straty, hałas i jej obecność w muzealnej salce po godzinach pracy tej instytucji. Mężczyzna jednak nie był strażnikiem porządku, choć już pierwsze zderzenie z nim pozwoliło jej na pewne, dość wyraźne przypuszczenia. Rozmyły się wraz z pierwszymi słowami. Czy wyczuła nutę żartu? Sama niewiele mogła powiedzieć o miłości do drużyn i życiu zaangażowanego kibica. Dalekie jej były pasje stałych bywalców miejsc takich jak to. – Czy zatem mogę liczyć na to, że moja niezgrabność zostanie zapomniana? Miłośnikom Harpii byłoby bardzo przykro, a ja sama wolałabym wrócić do domu jak najszybciej, w jednym kawałku i najchętniej przedostać się przez drzwi – stwierdziła, wyjątkowo dzisiaj nie mając ochoty na gimnastykę i fruwanie w celu odnalezienia dodatkowego wyjścia. Mioteł tu nie brakowało, ale raczej kiepsko sobie z nimi radziła. Wolała zupełnie inne formy aktywności. I wolała nie zderzać spojrzenia z okiem zażenowanych zawodników, którzy i tak już spoglądali na nią z portretów z wyraźną dezaprobatą. A on? Co z nim? Miał już jakiś plan?
Niespecjalnie przejęła się niedoskonałościami ratowanego pucharu. Kiedy to zauważą, Philippa będzie już daleko stąd, a jeśli znali się na takich zabytkach, będą umieli poskładać je w całość i zniwelować wszystkie niedoskonałości. Lepsze to niż morze odłamków. Wygodna okazała się również wiara w to, że to wcale nie była prawdziwa nagroda, a jeśli już, nie skrywała tak potężnej wartości. Kraj miał też o wiele więcej problemów, niż ściganie wandali. A w razie co, ten tutaj ją widział i mógłby łaskawie potwierdzić, że doszło do przykrego wypadku. Nie nudziło jej się tutaj na tyle, by dewastowała pamiątki.
Wywróciła oczami, kiedy pomarudził. Nie był aż taki stary, by mu to faktycznie przeszkadzało. Czy pominął fakt, że w tawernie wszyscy byli braćmi i siostrami? Był tam, siedział pośród marynarzy, brał czynny udział w jakże wyjątkowych rytuałach. Naprawdę raził go fakt, że pozwoliła sobie na przełamanie upierdliwych formalności? Sztywny, zupełnie tak jak wtedy. Albo jakiś wielki pan, który oddzielał ich dwa światy grubą krechą. Cokolwiek kombinował wtedy w porcie, mógł to być jednorazowy epizod, a świat, który zastał w Parszywym, daleko uciekał od jego wymuskanej codzienności. Szkoda, nie wyglądał na lalusia. – Nie sądzisz, że wokoło jest wystarczająco wiele barier? Potrzebujesz kolejnych… drogi panie? – podpytała ciekawsko, pozwalając sobie na tę dość znaczącą pauzę. Tak wolał? By byli jak obca sobie para? Zupełnie przypadkowi? Nie lubiła tych całych panów i panien, ale widocznie on nie zamierzał ustąpić. – Dobrze wiedzieć – przytaknęła więc, choć tak naprawdę los tamtego niespecjalnie ją interesował. Równie dobrze mógł rozmyć się w powietrzu. – Chodźmy zatem. Poprowadź nas do wybawienia. Nie wątpię w twe zdolności, panie oświadczyła śmiało, nieco prowokująco. Nie zaczekała jednak na niego. Wydawało jej się, że zna właściwy kierunek. – W końcu najlepiej wyjść drzwiami – mruknęła pod nosem, po drodze rozglądając się na boki.
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Muzeum Harpii, Walia [odnośnik]10.01.21 14:45
- Poprzestańmy na tym, że niczego nie widziałem - odpowiedziałem po krótkim zastanowieniu, po czym uśmiechnąłem się porozumiewawczo.
Należałem do osób, które przestrzegały zasad i regulaminów, tego samego oczekiwały od innych i nie wahały się je upomnieć, jeśli tego nie robiły, lecz raczej nie popadałem w skrajności. Nie tolerowałbym wandalizmu i huligaństwa, ale stłuczony puchar był wynikiem przypadku, nieumyślnym potknięciem. Władze Muzeum Harpii z Holyhead na pewno nie podeszłyby do tego podobnie, ale ja miałem na głowie inne zmartwienia i nie zamierzałem się w to angażować - dlatego dla dobra nas obojga zgodziłem się tym samym na ten pakt milczenia.
- Czy dla pani dobre maniery wynikające z odpowiedniego wychowania to bariera? - spytałem ironicznie, unosząc lekko brew, kiedy zrobiła tę teatralną pauzę przed dwoma ostatnimi słowami. Właściwie to nie powinienem czuć się zdziwiony podobnym podejściem tej kobiety, skoro pracowała w Parszywym Pasażerze. W tej podrzędnej spelunie od barmanek na pewno nikt nie oczekiwał dobrych manier, lecz poza dzielnicą wypadałoby zachowywać się tak jak Merlin przykazał, zwłaszcza, jeśli zmieniało się środowisko na porządnych obywateli magicznego społeczeństwa. - W porcie być może, poza niekoniecznie. Raczej są cenione - dodałem z przekąsem.
Byliśmy sobie wszak obcy. To, że znaleźliśmy się w tym samym miejscu, w tym samym czasie podczas szeregu dziwnych zdarzeń nie czyniło z nas przyjaciół. Nawet nie wiedziałem jak się nazywa i ona także nie wiedziała. Naturalnym było dla mnie więc zwracanie się do niej per pani, choć panno byłoby bardziej odpowiednie, bo nie dostrzegałem obrączki na palcu. Ani pierścionka zaręczynowego. Tak mnie wychowano i tego zamierzałem się trzymać. Bez względu na dziwne, liberalne ciągoty niektórych kobiet, mających skłonności do trzymania się nieodpowiednich miejsc, bo że magiczny port i Parszywy Pasażer były dla młodej dziewczyny nieodpowiednie to więcej niż oczywiste.
- Nie ma potrzeby być złośliwym - upomniałem ją tak jak upomina się dziecko. Surowym tonem rodzica, bo drażnił mnie ten jej prowokujący ton, zupełnie niepotrzebny, jakim uraził ją uwagą, że nie jesteśmy na tyle spoufaleni, by mówić sobie na ty. Wywracanie oczami, złośliwości, prowokacje - zachowywała się jak nadąsana nastolatka. - Udajmy może zatem, że zaczniemy od nowa, a ja potraktuję pani słowa jako komplement - stwierdziłem z westchnieniem, po czym gestem zaprosiłem ją, by wyszła przez drzwi na korytarz jako pierwsza.
Muzeum, poświęcone tylko jednej drużynie quidditcha, nie było duże, więc spacer do frontowych drzwi nie zajął nam więcej niż kilka minut. Zatrzymałem czarownicę jednak gestem, aby zatrzymała się kilka metrów przed nimi, jeszcze przed wyjściem do głównego holu.
- Może być objęty działaniem zaklęć ochronnym. Proszę zaczekać - zwróciłem się do niej cicho, po czym machnąłem krótko różdżka, wykonując odpowiedni ruch do wypowiadanej inkantacji: - Carpiene.


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Muzeum Harpii, Walia - Page 2 Hss7
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Re: Muzeum Harpii, Walia [odnośnik]10.01.21 16:58
Z zadowoleniem przytaknęła, dopełniając gest wdzięcznym spojrzeniem. Niczego nie widział, nie musiała zatem się nim martwić – a przynajmniej w to pozwolił jej uwierzyć, bo nie mogła mieć całkowitej pewności, że ostatecznie uda jej się wydostać stąd bez pozostawiana śladów i czynienia jeszcze większych szkód. Wyglądał jej jednak na ważniaka, dość poważnego i przykładnego, więc Merlin jeden wie, co mogło w późniejszym czasie wyniknąć z tego spotkania. Być może ten puchar to jej najmniejszy problem. Póki co jednoczyła ich wspólna troska, poszukiwanie wyjścia. O tym próbowała teraz myśleć, choć trudno było powstrzymać się od pewnych docinek, gdy okazało się, że nie byli sobie aż tak obcy.
– Cenię sobie swobodę. Utknęliśmy tu. Wydaje mi się, że byłoby milej, gdybyśmy porzucili te oficjalne formułki. Ich brak nie sprawi, że poczuję się niezręcznie, wręcz przeciwnie. Najwyraźniej jednak pan ich potrzebuje – zauważyła i lekko zmrużyła oczy, zawieszając na nim spojrzenie na nieco dłuższą chwilę. Nie był zadowolony. Zastanawiała się, czy przez całe życie szedł z tak sztywnym karkiem. Sztywnymi zasadami. Zawsze się kontrolował? Nie wydawało jej się, ale tutaj mógł być sprzymierzeńcem, więc może powinna już zamknąć buzię i porzucić dyskusję. Drażniło ją poddawanie się czyjejś woli, ale dla dobra sprawy potrafiła odpuścić. Znała to spojrzenie. Nietrudno się domyślić, że widział w niej byle dziewuchę. Niegrzeczną i prostą. Może i akurat miał rację, niemniej nie doceniał jej – jak wielu innych. To stawało się jej cichą bronią.
Ukrócał te gierki, odcinał się prostą, szorstką linią. Był nudny w tych swoich zasadach i nie odpowiadał na jej złośliwości. Przynajmniej nie tak, by mogli sobie konwersacją urozmaicić tkwienie w tej pułapce. Żałowała. Może należało go rozdrażnić i nieco pociągnąć za język? Była w tym całkiem niezła, choć wciąż można było łatwo zamknąć jej usta dobrym argumentem. Kusiło ją, by odpyskować, by go przeskoczyć, by wypuścić jeszcze kilka tych słodkich złośliwości. Nie ma potrzeby być złośliwym. A może wręcz przeciwnie? Typ widocznie lubił, kiedy kobiety zachowywały się jak posłuszne damulki z czarodziejskich pałacyków. Ustawianie dziewcząt po kątach mogło być jego tajemną profesją. Powątpiewające oczy zapadały się w nim zbyt długo, natrętnie. A potem poszli dalej, a między nimi zrodziła się całkiem zaskakująca opcja na… sojusz. Trudno uwierzyć, że mówił to on, ten pan, ten wzorzec. – Zacznijmy od nowa… - powtórzyła za nim, szybko rozważając wszystkie za i przeciw. Wiedziała, że odrobina sympatii tam, gdzie niekoniecznie mogła mieć na to ochotę, okazywała się często diabelnie przydatna. – Dobrze więc – już będę grzeczna. Póki co.
Mokre włosy lepiły się wciąż do twarzy, deszcz dudnił w sufity, ściany, okna, próbując za wszelką cenę przedostać się do środka. Muzeum w cieniach i błyskach burzy wydawało się upiorne. Jakby utknęli w straszliwej opowiastce. Albo na rozkołysanej łajbie, pośrodku oceanu, pośrodku niczego. Mimo wszystko cieszyła się, że nie jest tutaj sama. Przystanęła, pozwalając mu na oględziny. Wolała zaraz nie zawisnąć do góry nogami. – I jak? Czysto? – wyrzuciła zaciekawiona, wychylając się nieco w jego stronę. Nie wierzyła w to, że miotlarska świątynia trwała wolna od zabezpieczeń. To w końcu składowisko cennych symboli. Dla kogoś ważnych. Wypatrzył coś?
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Muzeum Harpii, Walia [odnośnik]17.01.21 2:11
To czy uwierzyła w to, że ten nieszczęsny wypadek z pucharem czarownica uwierzy, czy też nie, to była już inna sprawa. Mówiłem jednak szczerze. Naprawdę nie zamierzałem robić jej przez to problemów, donosić na nią do dyrektora Muzeum Harpii z Holyhead, czy kogolwiek innego. Miałem na głowie o wiele poważniejsze problemy niż zniszczony puchar quidditcha. Wydawało mi się, że raczej można mi wierzyć - dotrzymywałem słowa i wydawalo mi się, że sprawiam na innych wrażenie człowieka prawdomównego i honorowego. Przynajmniej tak mi mówiono. Niektórzy, tak jak panna Moss, mówili też, że bywam sztywny, lecz co do tego miałem nieco inne zdanie. Nie czułem się sztywniakiem. Trzymałem się jedynie zasad dobrego wychowania, które wyniosłem z domu.
- Swoboda nie wyklucza stosowania się do zwykłych zasad pożycia społecznego - odparłem znużony tym naciskaniem, byśmy przeszli na ty. - Mnie zawsze jest miło, kiedy rozmówca odnosi się do mnie z szacunkiem - stwierdziłem, a moim tonie głosu zabrzmiała nuta ostrzegająca przed drążeniem tego tematu. Uznawałem go bowiem za zakończony.
Byłem przywiązany do konwenansów i dobrych obyczajów. Uważałem, że zbytnia swoboda niszczy społeczeństwo, pozbawia ich kultury, właściwej Anglikom. Ojca zapamiętałem właśnie jako typowego, angielskiego dżentelmena, a od zawsze go naśladowałem. Mimo upływu lat, mimo tego, że tak wiele czasu minęło od jego śmierci, a ja nie poszedłem w jego ślady tak jak planowałem - wciąż to robiłem. Nie uważałem, aby było w tym coś złego. Wprost przeciwnie. Zwykle robiło to też dobre wrażenie na kobietach. Najwyraźniej jednak nie na tych z portu. Jak dotąd większość tych, które tam poznałem - z wyjątkiem panny Burroughs, sprawiającej wrażenie doskonale wychowanej młodej damy - wydawała się podobna do barmanki Parszywego Pasażera. Dziwnie nowoczesne i źle wychowane. Wykrzywiłem usta w grymasie, gdy patrzyłem wciąż na jej złośliwe uśmieszki i minki. Niby zgodziła się, że zaczniemy od nowa, lecz nie mogłem oprzeć się wrażeniu, ze coś przeciwnego i tak chodziło jej po głowie.
- Nie. Gdybyśmy zrobili parę kroków więcej, to władze Muzeum natychmiast dowiedziałyby się o naszej obecności. Nie zrobiliśmy nic złego, aby się tego bać, lecz nie mam czasu na tego typu przesłuchania i wyjaśnienia, droga pani. Dlatego też pozwolę sobie je przełamać i wysłać im list, by znowu je nałożyli. Proszę się uzbroić się w cierpliwość, panienko, to może chwilę zająć, zanim je przełamię - odparłem na pytanie barmanki.
Nakładanie czarów ochronnych nie było sprawą prostą, a złożoną i czasochłonną. Nie inaczej sprawa miała się z przełamywaniem tychże zabezpieczeń. Mieliśmy szczęście, że wiedziałem jak to zrobić. Bez zbędnej zwłoki przeszedłem do czynów - uniosłem różdżkę, szepcząc pod nosem odpowiednie inkantacje, czemu towarzyszyły machnięcia różdżką.
Problem tkwił jednak w tym, że czary ochronne nałożone na wejście były na tyle silne, że nie udało mi się ich przełamać. Minął jeden kwadrans, potem drugi. Nie patrzyłem na barmankę, czułem jednak, że zaczyna się niecierpliwić. Nie potrafiłem jednak ich zdjąć. Coś mnie blokowało. Po niemal godzinie zdecydowałem się poddać.
- Cóż... - wyrzekłem powoli. - Wygląda na to, droga pani, że musimy poczekać na stróża. Do rana - poinformowałem ją z zawodem, lekko podirytowany. Nie cieszyła mnie wizja spędzenia tutaj nocy z tą sfoszoną panienką. - Czeka nas noc w muzeum.


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Muzeum Harpii, Walia - Page 2 Hss7
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Re: Muzeum Harpii, Walia [odnośnik]17.01.21 17:46
Coś ich jednak łączyło: byli uparci. Tylko że on nie był ani trochę elastyczny, brnął w swoje, nie wyobrażał sobie, że nie każdy musi pojmować świat tak, jak robił to on. Moss nie wydawało się, by miała jakikolwiek problem z nawiązywaniem nowych znajomości, choć faktycznie na wzorowych manierach wcale się nie znała. Tam, skąd pochodziła, nikt nie zwracał na to uwagi. Społeczność portowa była niewymagająca, nikt nie upraszał się o eleganckie półsłówka i przesadne uprzejmości, ale to nie oznaczało od razu kpiny czy braku szacunku. Mężczyzna sugerował coś, co wcale nie miało miejsca, ale widocznie byli zbyt różni, by dało się jakoś te dwa światy połączyć. Philippa jednak uważała, że jest w stanie dogadać się z każdym. Czy teraz zwątpiła? Raczej ugięła się tam, gdzie on ugiąć się nie potrafił. Porzucenie tematu zdecydowanie było dobrym pomysłem, skoro już nic nie dało się w tej kwestii zrobić. Trudno. Posiedzą tu najwyżej w ciszy, ona będzie lawirować między rzeźbami, a on z tą swoją krzywą miną będzie grzecznie siedział w kącie – byleby tylko nie zrobić niczego niezgodne z żelaznymi zasadami. Aż dziwne, że taki gościu miał kumpli w dokach.
Szkoda, że nie usłyszała jego myśli. A może i to lepiej? Zagotowałaby się, zanim ktokolwiek przyszedłby im z pomocą. Noc usłyszałaby jej wściekłość, a on może poznał urok dziewczęcej pięści. Pewnie by się skompromitowała, bo bić potrafiła się tylko na słowa i na wszelkie możliwe rodzaje… uroków. Tylko czasem trudno zapanować nad potrzebą uderzenia. Nie przyjęłaby komentarza o złym wychowaniu. Ciężko pracowała, była samodzielna, zaradna i wytrwała w mdłej godzinie wojennej. Dbała o bliskich i wcale nie czuła się jak społeczna zakała, jak rozpustnica… chociaż może? Zdecydowanie dobrze, że nie poznała tych myśli. – W porządku. Też nie mam ochoty na przesłuchania. Obydwoje chcemy wrócić do domu. Proszę działać, miejmy to z głowy. Widzę, że zna się pan na rzeczy, nie zamierzam przeszkadzać – a mogłabym. Kapryśna myśl zakradła się gdzieś od boku, ale Moss stłumiał ją, wiedząc, że należało żyć w zgodzie z tymi, którzy mogli wybawić ją z opresji. Tym bardziej, że sytuacja między nimi i tak już nie była najlżejsza. Zamknęła się, darowała sobie uwagi. Jedynie przyglądała się czarom mężczyzny, obserwowała ruchy nadgarstka, przysłuchiwała się wymawianym formułom. Umiałaby zrobić coś takiego? Raczej nie, powinna się podszkolić. Rzucanie urokami na prawo i lewo to całkiem coś innego od poważnych zaklęć obronnych. Może w innym życiu mógłby przekazać jej swą wiedzę. Nie traciła jednak czasu na zbyt niemożliwe opcje. Obserwowała jednak w skupieniu, nie mogąc się wprost doczekać, aż będą mogli się stąd wydostać. Trwało to dość długo. Zdążyła przeczytać zaklęte w pięknych ramach wycinki z gazet i dyplomy pozawieszane na ścianach muzeum. Dowiedziała się nawet paru bzdurnych ciekawostek, które nigdy jej się nie przydadzą. Quidditch jej nie fascynował. Przyszła tutaj w interesach.
Niestety. Magia mężczyzny zawiodła. Wypuściła ze świstem powietrze i rzuciła przelotne spojrzenie na sufit. – Przynajmniej pan spróbował – powiedziała powoli. – Trzeba czekać do rana. W końcu nas wypuszczą – dodała jeszcze, obracając się lekko by znaleźć sobie jakieś wygodne miejsce. Podłoga i ściana? Na nic lepszego nie można było liczyć, ale przynajmniej było sucho. Towarzystwo nie będzie pewnie chętne na pogaduszki, więc pozostawało jej porządkowanie myśli albo wycieczki po historycznych korytarzach. Zdecydowanie wolała to pierwsze.
Minęła noc. O świcie zostali wypuszczeni.

zt
Philippa Moss
Zawód : barmanka w "Parszywym Pasażerze", matka niuchaczy
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 11
UROKI : 26
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Czego pragniesz?
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7532-philippa-moss https://www.morsmordre.net/t7541-listy-do-philippy https://www.morsmordre.net/t7540-filipa https://www.morsmordre.net/f26-doki-pont-street-13-5 https://www.morsmordre.net/t7539-skrytka-nr-1834 https://www.morsmordre.net/t7542-phillipa-moss
Re: Muzeum Harpii, Walia [odnośnik]17.01.21 22:09
Nie byłem pewien, czy obarcza mnie winą za nieudaną próbę przełamania zaklęć ochronnych, czy też nie. Bądź co bądź, utknęliśmy w muzeum jednej z najpopularniejszych drużyn quidditcha w całej Wielkiej Brytanii. Musiało być dobrze chronione. Na tyle, by jedna osoba nie mogła sobie z tym poradzić. Czułem lekkie ukłucie zawodu, że nie sprostałem zadaniu, że mnie to przerosło Tym bardziej, że szykowała się naprawdę długa noc. Było bardzo wcześnie. Do rana pozostało mnóstwo czasu. Towarzystwo zaś, na które trafiliśmy wzajemnie, nie należało do najlepszych i była to chyba jedyna rzecz, gdzie byliśmy zgodni.
Barmanka odwróciła się ode mnie i odeszła właściwie bez słowa, szukając dla siebie miejsca. Ja postanowiłem jeszcze sprawdzić, czy może nie udałoby się znaleźć innej drogi wyjścia. Zacząłem więc szukać. Niezabezpieczonych okien, drzwi na zaplecze, jakichś drzwi dla pracowników. Wszędzie jednak trafiałem na te same zabezpieczenia. W końcu byłem zmuszony odpuścić. Wróciłem do głównego korytarza i osunąłem się po ścianie plecami, by usiąść na chłodnej posadzce. Żałowałem, że nie miałem przy sobie żadnej książki, czy wyjątkowo chociażby notesu i pióra, dzięki którym mógłbym wypełnić sobie czas. Miałem jedynie paczkę z dwoma papierosami i różdżkę. Z nudów więc zacząłem ćwiczyć drobne uroki. Około dwudziestej drugi zapaliłem przedostatniego papierosa. Później wierciłem się w miejscu czując chęć, by zapalić drugiego, ale do świtu pozostało sporo czasu. Oparłem głowę o ścianę i czułem, ze powieki stają się ciężkie, walczyłem jednak ze snem. Nie mogłem zasnąć. Nie ufałem tej kobiecie w ogóle. Była dla mnie podejrzana, niewychowana i nawet jeśli nie miała podłych intencji, to mogła być zwyczajnie złośliwa. Brałem ją za kilka lat młodsza, niż miała w rzeczywistości, a w takim wieku ma się pstro w głowie i złośliwe psoty uważa za wielce zabawne.
To była długa i męcząca noc. Żałowałem, że nie znam zaklęcia, które mogłoby przyśpieszyć upływ czasu... Z niecierpliwością wyczekiwałem przybycia stróża.
Zdziwił się, gdy nas zobaczył po otworzeniu drzwi, nie obyło się bez długich wyjaśnień i sprawdzania, czy aby na pewno nic nie zginęło. W końcu jednak udało nam się wydostać z Muzeum - i rozstaliśmy się bez słowa, niczym obcy sobie ludzie.

| zt


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Muzeum Harpii, Walia - Page 2 Hss7
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Re: Muzeum Harpii, Walia [odnośnik]02.02.22 6:17
19.02 przed południem

Obudził się z pustką w głowie, zupełną. Zwykle jego myśli biegły kilkoma torami na raz i sam musiał je uspokajać - przeczytał gdzieś nawet, że świadczy to o wielkiej wrażliwości. Dzisiaj, wręcz przeciwnie. Nie myślał o niczym, nie czuł niczego, tak jakby nic się nie liczyło. Czuł się tak od przedwczoraj i nie pamiętał innego stanu rzeczy, tak, jakby wspomnienia były od niego oddzielone grubą szybą. Pamiętał doskonale kim jest, jak pracuje, z kim się zwykle spotyka i kto należy do jego rodziny. To wszystko stało się jednak dziwnie nieistotne, dawne relacje wyblakłe, przeszłość niebudząca żadnych uczuć. Przyszłość zdawała się pustą plamą - nie czekał na nic, nie pragnął niczego. Nie byłby w stanie zrobić nic bezinteresownie dobrego ani nic wyrachowanie złego, takie czyny wynikały przecież z odruchów serca i ludzkich namiętności. Te zaś zniknęły - ostatnim zaślepiającym uczuciem jakie pamiętał było pragnienie przelania krwi intruza we własnym domu, ale i ta chęć minęła w ciągu nocy. Nie pozostało mu nic.
Od razu otworzył terminarz, jakby pragnąc zakorzenić się w rzeczywistości. Dzisiaj miał się stawić w domu klientów w Walii, niedaleko Muzeum Harpii. Ona była emerytowaną graczką, on przedsiębiorcą. Terapia małżeńska, sam zaproponował im coś takiego. Sięgnął do swojego kajetu, marszcząc lekko brwi. Zwykle nie musiał dwa razy czytać swoich notatek o pacjentach, robił je jedynie dla porządku. Pamiętał twarz każdego z nich, ich lęki, emocje, problemy. Byli mu w jakiś sposób bliscy, troszczył się o nich, umiał jak na zawołanie przywołać wspomnienia z rozmów i spotkań. Teraz było to dziwnie utrudnione - przypominał sobie pana i panią Desmond, ale musiałby się skupić aby opisać sedno problemu w ich relacji. Relacje były przecież nonsensowne, rozumiał to dopiero teraz. Wczytał się we własne notatki i dopiero wtedy, na widok medycznych sformułowań, wszystko mu się uporządkowało. No tak - nie bez powodu czasem rozmawiał z nimi osobno, a czasem razem. Pan Maxwell Desmond pił zbyt wiele i skarżył się na problemy z potencją. Hector zapisał mu eliksiry antydepresyjne, doradził zmianę diety i stylu życia. Pani Regina Desmond, przystojna czterdziestolatka, cierpiała na napady histerii. Te zmniejszyły się ostatnio - a Hector podejrzewał chyba, dlaczego. Regina zaczęła się lepiej ubierać, częściej się uśmiechała. Musiała być jakaś tego przyczyna - a jako mąż kobiety, która uspokajała się w podobny sposób, zbyt dobrze domyślał się jaka. Nie dociskał Reginy na poprzednich spotkaniach, choć zauważył zmianę. Chyba takt kazał mu oszczędzić jej rozmowy - zmarszczył lekko brwi, przypominając to sobie. Nie rozumiał, dlaczego był tak delikatny. Po pierwsze, powinien pytać o wszystko, co posunie terapię do przodu. Bywał już bezpośredni, niektórzy nazwali by go nawet okrutnym - zawsze miał jednak hamulce i wiedział, kiedy przestać. Teraz, pozbawiony empatii, zaczął zastanawiać się, czy w ogóle powinien przestawać. Może dziś porozmawia z Reginą zupełnie szczerze? Przecież - i to drugie sedno jego skołowania - zatrudnił go Maxwell. To z nim rozmawiał jako pierwszym, dopiero później odkryli problem Reginy i włączyli ją do terapii. To wobec niego powinien być lojalny, to on mu płacił. Potarł czoło dłonią, przypominając sobie, że chyba ostatnio czuł się w obecności Desmondów bardzo niezręcznie, chcąc oszczędzić ich małżeństwo. Mając nadzieję, że się pogodzą - bo kochali się, obydwoje. Teraz nie wiedział, skąd ta myśl. Czymże jest miłość? Na pewno niczym, co usprawiedliwia motanie w terapii - czas na bezpośredniość. Z tą myślą ruszył do domu pacjentów - nieświadomych upiornej zmiany, jaka zaszła w ich magipsychiatrze.
Choć nie czuł ani radości ani sympatii, pamiętał wszystkie zasady savoir-vivre'u. Był świadom, że od przedwczoraj zachowuje się nieco nienaturalnie i choć nie pragnął tego zmienić, to spróbował się postarać by pacjenci nie zauważyli nic... zaskakującego. Na jakimś poziomie był świadom, że od tego zależy jego wypłata. Niczym kukułcze pisklę w cudzym gnieździe, postanowił wpasować się do świata, w którym żył i który niegdyś rozumiał - świata emocji i namiętności. Nic go już z tym nie łączyło, ale wciąż musiał zarabiać, musiał przetrwać. Jak zwierzę, jak pasożyt, jak pająki tkające pajęczyny na jego strychu. Powitał pana Desmond szerokim uśmiechem, takim, jakimi Ulyssess zjednywał sobie ludzi. W lustrze mignęło mu własne oblicze - dół twarzy wyglądał prawidłowo, ale oczy pozostawały nieruchome. Wyglądał zupełnie, jak swój własny brat. Zamrugał. To pomagało, jak mrugał. Wyglądał wtedy naturalniej. Powinien był częściej mrugać wczoraj podczas rozmowy z synem, może wtedy Deimos byłby spokojniejszy. Pocałował Reginę w dłoń, odwiesił płaszcz. Zachowywał się nieco jak automat, ale chyba nic nie zauważyli.
Zajął miejsce w fotelu, wiedząc, ze najpierw ma porozmawiać z panią Desmond, sam na sam. Otworzył kajet.
-Jak się pani czuje, czy napięcie emocjonalne ustało? - zaczął, tak jak zwykle.
-Wie pan, doktorze, jest jakoś... lepiej. Nie mam już tak zmiennych nastrojów, mąż aż tak mnie nie denerwuje. Myślę, że jesteśmy na dobrej drodze do poprawy. Ba, czułam się tak świetnie pomiędzy pana ostatnimi wizytami, że nawet nie jestem pewna, czy ich potrzebuję! Naprawdę nam pan pomógł i jesteśmy wdzięczni... - mówiła nieco za szybko, mrugała za często. Kłamała.
Chciała się go pozbyć.
Gdyby naprawdę się u nich polepszyło i gdyby nadal był dawnym Hectorem, poczułby satysfakcję. Nigdy nie naciągał pacjentów na niepotrzebne wizyty, nie był chciwy, pracował uczciwie. Teraz przez głowę przemknęła mu myśl, że wcale nie musiał być tak uczciwym - że tańczyliby, jak im zagrał, a dodatkowe oszczędności by się przydały. Ważniejsza była jednak myśl, że pacjentka kłamie. Jemu i mężowi. Nie odczuł irytacji, ale czuł, że sprawa jest niezamknięta.
-Polepszyło się? Jak pożycie małżeńskie, czy problemy pani męża ustały? - dopytał, w głos zakradł się dziwny chłód.
-Och, nie do końca, ale... prawie... Jest dobrze, naprawdę! - zatrzepotała rzęsami, a coś w tym geście przypomniało mu Beatrice. Mgliste wspomnienie dawnej złości uderzyło w niego nagle i niespodziewanie, jakby obca emocja przedarła się przez jego nowe, grube mury. Zmarszczył lekko brwi, to coś zakłóciło pustkę, a pustka była wygodna i bezpieczna.
-Rozumiem. Rozumiem w takim razie, że skoro histeria ustała, a problemy trwają, to zaspokaja panią ktoś inny? - podsumował, sunąc piórem po pergaminie. Pani Desmond ze zgrozą spojrzała najpierw na pióro, a potem na niego. Pobladła.
-No co pan... panie doktorze, co pan insynuuje?! To oszczerstwa, nie ma pan żadnych dowodów do takiej... takiej... - bladość ustąpiła gniewnym rumieńcom, projekcja, przelewała na niego swój wstyd i gniew.
Bezbarwnie spojrzał jej prosto w oczy.
-Była pani niezadowolona z życia, niezadbana, rozchwiana emocjonalnie i nieustannie zirytowana na męża. Sześć tygodni temu zmieniła pani fryzurę, zawsze przyjmuje mnie pani w nowej sukni, choć w ciągu roku terapii zdążyłem poznać pani garderobę i nie widziałem wcześniej tych kreacji. Zmieniła też pani perfumy. Mąż już pani nie irytuje, bo go pani ignoruje - dzisiaj ani razu nie spojrzała mu pani w oczy, w przedpokoju. Nie prosi mnie pani o nowe recepty na zmienność nastrojów, choć wcześniej co wizytę skarżyła się pani, że przepisane przeze mnie eliksiry działają zbyt wolno. Nie zmieniłem sposobu swojej terapii, nie zmienił się także pani mąż, czynnik musi być zatem zewnętrzny. Z doświadczenia wiem, że zdrada małżeńska wygląda dla postronnych właśnie w ten sposób - a pani daje adrenalinę i radość, niezbędne do spokojnego funkcjonowania w domu. - wyrecytował, metodycznie i rzeczowo, bez śladu emocji, jak robot.
Emocje targały za to panią Desmond, która zaczęła szlochać, głośno. Była zszokowana, oddychała z trudem, -JAK PAN ŚMIE!, zdążyła krzyknąć przez łzy. Nielogicznie, powinna go prosić, aby nikomu nie mówił. Wtedy może by posłuchał.
Ale nie poprosiła.
Pan Desmond usłyszał podniesiony głos - nic takiego nigdy się nie zdarzało. Zaalarmowany, wbiegł do gabinetu.
-Co tu się dzieje?! Co pan zrobił?! - warknął, zdziwiony. Cenił tego magipsychiatrę, nie spodziewał się żadnych... scen.
-Tylko streściłem pańskiej żonie dlaczego wnioskuję, ze ma romans. - odpowiedział spokojnie Hector i wtedy rozpętało się piekło. Maxwell chwycił go za ramiona, Regina zawodziła i próbowała go odciągnąć, a Hector spokojnie patrzył pacjentowi prosto w oczy i równie spokojnie - choć szybko, na jednym wydechu - powtórzył mu wszystko, co przed chwilą powiedział jego żonie.
Maxwell puścił go, pobladł i cofnął się o krok.
-Czy to prawda? Czy ty...? Dlatego, że ja nie mogłem...? - zwrócił się do Reginy, łamiącym się głosem. Regina nie była zdolna do odpowiedzi, opadła ciężko na kanapę, ukryła twarz w dłoniach i płakała. Hector spoglądał na nich wnikliwie, potrafiąc nazwać ich emocje, ale nie czując wobec nich żadnej empatii.
-Niech... niech pan już idzie. Ja i żona musimy... - Maxwell przypomniał sobie o jego obecności po chwili niezręcznej ciszy i wcisnął mu w dłonie sakiewkę, cięższą niż zwykle. Hector pamiętał, że zwykle nosił przy sobie sporo pieniędzy i starannie odliczał je dla magipsychiatry, dziś chyba nie miał do tego głowy i po prostu dał mu wszystko. Ciekawe. Pożegnał się z nimi uprzejmie, ale już go nie słuchali - gdy wychodził, słyszał za plecami ich podniesione głosy, coraz bardziej emocjonalne.
Krzyki nieprzyjemnie dźwięczały mu w uszach, a terapia skończyła się nieco wcześniej, niż się spodziewał. Pójdzie na spacer, potrzebował trochę ciszy.

/zt ~1446 słów


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Muzeum Harpii, Walia
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach