Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Skrzacie drzewo

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Skrzacie drzewo   11.04.16 15:57

First topic message reminder :

Skrzacie drzewo

Na obrzeżach Londynu znajduje się spore drzewo, wokół którego krążą przedziwne legendy. Dzieci wierzą, że w środku mieszka starzec, którego broda jest z waty cukrowej, w pniu zaś trzyma najpyszniejsze słodycze świata. Dorośli jednak znają prawdę, lecz nie znaleźli jeszcze sposobu, aby przekazać ją najmłodszym pozwalając im tkwić w słodkiej niewiedzy jak najdłużej. W korycie drzewa swój dom zorganizowały bowiem zwolnione ze służby skrzaty domowe. Nikt jednak nie był w środku drzewa, sami mieszkańcy obrzeży zastanawiają się, ile tych wyrzuconych z domów stworzonek tam mieszka. Podobno między konarami znajdują się rozległe tunele. Aby zarobić na swoje życie, skrzaty zaczęły pędzić wino. Na początku swojej działalności zostawiały na progach domów butelkę z odrobiną trunku i informacją, gdzie można go zdobyć więcej. Taka praca za darmo zagwarantowała im niesamowitą reklamę, a ta z kolei pozwoliła im rozpocząć produkcję wina na większą skalę. Aby kupić butelkę, trzeba zapukać trzy razy w okno. Zrobić to jednak można tylko po zmroku.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Leanne Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5268-leanne-tonks#118087 https://www.morsmordre.net/t5336-cwirek#119683 https://www.morsmordre.net/t5334-szalony-naukowiec https://www.morsmordre.net/f90-manor-road-35 https://www.morsmordre.net/t5574-skrytka-bankowa-nr-1304#130127 https://www.morsmordre.net/t5338-l-tonks#119729
Zawód : historyk
Wiek : 24 lata
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Speak and may the world come undone.
OPCM : 14
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Skrzacie drzewo   21.12.17 18:04

W duchu prosiłam, żeby Skamander zamilknął na wieki - a przynajmniej teraz - i nic więcej nie mówił, bo pogrążał się z każdym słowem. Nie wiedziałam już nawet co mu mam odpowiadać, więc przeszłam do liczenia do dziesięciu w myślach, zaraz obok rozważań na temat kiepskiego doboru partnerów przez Justine. Przy okazji przypomniałam sobie dlaczego niezbyt przepadałam za jego osobą, a raczej on samodzielnie mi o tym przypomniał.
Gdy przeprosił - miałam zamiar dalej trochę poudawać złość, która powoli mi przechodziła, dopóki nie usłyszałam dalszej części wypowiedzi.
- Za to co zrobię? Zrobię co? - Zerwiesz mi resztę sukienki? Usmarujesz błotem po włosach? Zmarszczyłam czoło z niepewnością spoglądając na każdy ruch Samuela, a kiedy ten podszedł do mnie i się pochylił już wiedziałam co planuje. Oczywiście zaczęłam się wierzgać i wrzeszczeć jak mandragora, machając rękoma na oślep, ale przewaga i we wzroście i sile nie dawała mi dużego pola do popisu. Spróbowałam nawet ugryźć go w tę rękę, którą mnie pociągnął, jednak szybciej zawisłam na jego ramieniu. - Na czyrakobulwy świata, POSTAW MNIE Z POWROTEM! - Paliłam się ze wstydu wiedząc, że Skamander na pewno z tak bliskiej odległości zobaczy jakie szkody wyrządził i ujrzy moje kolorowe majtki, a przy okazji uznałam, że wrzaski nic nie dadzą. Uspokoiłam się natychmiastowo, odchrząknęłam głośno i zakryłam twarz rękoma. Wiedziałam, że spojrzał - jak każdy osobnik płci brzydkiej. - No, także tak. Napatrzyłeś się? Coś jeszcze chcesz mi powiedzieć? Może specjalnie sobie sama podarłam sukienkę na zadku? Oświeć mnie, mój mistrzu. - Wyburczałam pod nosem, posyłając mężczyźnie gniewne spojrzenia (które, gdyby tylko mogły, zgromiłyby go na miejscu), kiedy tylko odstawił mnie na ziemię. Jego propozycja, chociaż była w porządku, wywołała mój sprzeciw.
- Mam zrobić marsz wstydu środkiem ulicy? Chyba mocno cię uderzyłam przy upadku. - Marzyłam o powrocie do domu, dlatego też szybko przeszłam do realizacji swojego marzenia - zakrywając tyły rękoma, jak dotychczas, odwróciłam się na pięcie i zaczęłam się oddalać.



Powrót do góry Go down
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t3509-skrytka-bankowa-nr-358#61242 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
Zawód : starszy auror
Wiek : 28
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
OPCM : 50
UROKI : 22
ELIKSIRY : 1
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Skrzacie drzewo   09.01.18 21:51

Świat zwariował. I przeprowadził kiepski już od podstaw żart, zabawny tylko dla samego twórcy. Samuelowi nie było do śmiechu, a już na pewno nie Leanne, która z wielkim prawdopodobieństwem chciałaby go udusić. Sam był zły i gniewna iskra narastała, pulsując napięciem. Starał się rozłożyć kumulujące emocje i frustrację. Chciał w końcu pomóc, a wszystko, czego się dotknął, kończyło się coraz bardziej spektakularna porażką. Próba naprawy, czegokolwiek, jawiło się już tylko, jako kolejna przeszkoda.
Zdawał sobie sprawę, że dziewczyna była w tym wszystkim poszkodowana, ale ognisty charakter i coraz bardziej pretensjonalniej ton nie ułatwiał opanowania ciągu niepowodzeń. Cierpliwość Samuela miała swoje granice, a dziś nadszarpnięta po wielokroć, chwiała się na kilku jeszcze włoskach silnej woli. Pchnięta seria niekontrolowanych wyrazów uderzyła skuteczniej jak pięść. I właściwie zdecydowanie bardziej wolałby fizyczny cios, niż uszczypliwe pretensje Tonksównej. Granica powoli przesuwała się na stronę pęknięcia.
- Wystarczająco - mówił znowu chłodniej, a pierwsze mgnienie rozluźnienia szybko zniknęło. Odstawił kobietę na ziemię, ale od razu pożałował. Nie słuchała go, nic co mówił wcześniej nie docierało - Wystarczy - uciął wrzaski, kończąc kawalkadę win, które mu przypisywała - Widzę, bardzo łatwo przychodzi ci zrzucanie odpowiedzialności na innych. W takim razie biorę wszystko na siebie. Dosłownie - nie zatrzymał gorzkiej nuty, która wkradła się w krótką, chłodną odpowiedź. Już bez słowa chwycił dziewczynę w pasie i pociągnął ją, sadowiąc na ramieniu. Spódnicę bez wahania zarzucił, by kryła wszystko to, czego widzieć nie powinien. Miał dosyć i nie planował przedłużać absurdalnego obrazka, pogarszając sytuację - Niedaleko mieszkam - dodał cicho, poprawiając uchwyt, by szarpiąca się na ramieniu niewiasta, przypadkiem nie fiknęła zamaszystego kozła. Czuł się jak idiota niosąc wierzgającą dziewczynę, ale na szczęście droga była krótka i gdy tylko dostrzegł znajome zabudowania i ścieżkę, odetchnął swobodniej.
Posadził ją w progu na schodach, by po chwili zniknąć, zostawiając ją pod opieką matki. Nie przejął się spojrzeniem, które mu posłała, pokręcił ledwie głową, maskując paskudne zmęczenie. A gdy przyczyna gniewu Leanne (jedna z wielu) została zażegnana, rodzicielka zatrzymała Samuela - Chodź, coś ci pokażę - i nigdy by nie zgadł, co kryło się w matczynym pomyśle, dopóki mała, puchata kulka nie trafiła w jego dłonie - Dziś rano ktoś podrzucił - skwitowała cicho - Myślę, że wiesz co zrobić.
Cisza nie mówiła mu nic. Siedziała na schodach tak, jak ją zostawił na szczęście już w nowej spódnicy - Zanim się na mnie rzucisz... - popiskiwanie maleńkiego, biało-brązowego stworzonka wzmogło się. Puszek pigmiejski. Wydawał się jeszcze bardziej kruchy, niż mu się wydawała. Ciepłe, puchate ciałko zwinęło się w jego szorstkich, poznaczonych bliznami dłoniach - Przepraszam - z głosu zniknęła twarda linia. Usiadł obok i zanim kobieta odskoczyła? wsunął jej na kolana kociaka.






Cause I walk through the valley of the shadow of death

And I fear no evil because
I'm blind.

Powrót do góry Go down
Leanne Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5268-leanne-tonks#118087 https://www.morsmordre.net/t5336-cwirek#119683 https://www.morsmordre.net/t5334-szalony-naukowiec https://www.morsmordre.net/f90-manor-road-35 https://www.morsmordre.net/t5574-skrytka-bankowa-nr-1304#130127 https://www.morsmordre.net/t5338-l-tonks#119729
Zawód : historyk
Wiek : 24 lata
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Speak and may the world come undone.
OPCM : 14
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Skrzacie drzewo   09.01.18 22:40

Niebezpieczne balansowałam po granicy, aż wreszcie ją przekroczyłam - widziałam to doskonale po jego twarzy, potem nawet słyszałam w tonie głosu, ale zdenerwowanie i zażenowanie całą sytuacją było silniejsze ode mnie. Nie potrafiłam ugryźć się w język, uznając, że tym samym może chociaż odwrócę uwagę od swojego półnagiego zadka, jednak wypowiedziane przez Samuela słowa podziałały na mnie jak kubeł lodowatej wody. Spojrzałam nań zdziwiona, uciszając się natychmiastowo, dopiero teraz rzeczywiście powstrzymując się od komentarza. Nie miałam zamiaru dolewać oliwy do ognia, mimo tego, że poczułam się cholernie urażona. W końcu każdy kto znał mnie dłużej wiedział, że umiem przyznać się do błędu - prędzej czy później - i nigdy nie zrzucałam na nikogo odpowiedzialności. Odwróciłam się na pięcie, podejmując próbę ucieczki. Na marne oczywiście; czując szarpnięcie i nagłe przerzucenie przez ramię nie miałam już siły się wierzgać i krzyczeć. Całą drogę przemilczałam, wierząc w to, że Samuel wie co robi.
Widok cioci Skamander przywołał na moje usta słaby uśmiech, po którym nie odwróciłam się nawet za siebie, zajmując się tylko i wyłącznie towarzystwem kobiety. Pozwoliłam sobie pomóc, przy okazji opowiedziałam jej całą historię z mchu i paproci jak to dzisiaj spadłam z drzewa na Samuela, a później podarł mi spódniczkę. Umyłam się powierzchownie z błota, dziękując kobiecie za naprawienie mojego ubrania, a gdy powiedziałam, że powinnam pójść, zatrzymała mnie na schodach aromatyczną herbatą i najlepszą szarlotką jaką jadłam w ostatnim czasie. Liczyłam na to, że zaraz wróci, kiedy jednak obok mnie usiadł Skamander, nie raczyłam nawet na niego spojrzeć. Urazy trzymałam długo; byłam bardzo pamiętliwym Tonksem - każdy miał przecież wady, a te niewątpliwie należały do moich.
- Nie zamierzam się na nikogo rzucać. - Odparłam spokojnie, poważnie, prostując się ostentacyjnie, jakbym właśnie prezentowała swoje mięśnie przed przeciwnikiem, kiedy jednak na moich kolanach pojawiła się mała puchata kulka nie mogłam powstrzymać się od wesołego uśmiechu. Pogłaskałam stworzonko palcem po łebku, ono po chwili wdrapało się po moim rękawie na ramię, wtulając w szyję. - Ja ciebie też przepraszam. - Na znak rozejmu podsunęłam Samuelowi talerzyk z drugim kawałkiem ciasta i swoją rękę, coby rozejm miał fizyczne potwierdzenie.



Powrót do góry Go down
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t3509-skrytka-bankowa-nr-358#61242 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
Zawód : starszy auror
Wiek : 28
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
OPCM : 50
UROKI : 22
ELIKSIRY : 1
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Skrzacie drzewo   09.01.18 23:54

Cisza przecinana ledwie jego własnymi krokami i oddechami dwóch sylwetek. Napięcie, które w końcu odnalazło ujście, powoli opadało. Źródło emocji umknęło, a przeciw ciszy nie chciał walczyć. Na tyle mocno, że gdy docierali do progu domu, czuł się pusty. Ślady mentalnej walki i wcześniejszej, emocjonalnej batalii znaczyły się cieniem w oczach i zmęczonym obliczu. Matka odgadywała go najszybciej. Wyłapywała napięcie bez słowa przyjmując jego obecność w nieoczekiwanym towarzystwie. Wiedział, że mu ufała, niezależnie od niezbyt sensownie i dobrze wyglądającego obrazka, który prezentowali z Leanne.
Zapach w stajni, głosy poruszonych aetonanów, które mijał, nieodmiennie kojarzył mu się z uśmiechem. Z przeszłością przetykaną beztroską. Z czasem, który miał już nie wracać. Ale o tym nie chciał mówić rodzinie. Walczył po to, by nie musieli się bać.
Usiadł na schodach ze świadomością, że wszystko potoczyło się za daleko. Ze słowami, emocjami i...złośliwością losu, który obrał dziś sobie Skamanderową obecność za synonim pecha. Pomoc, którą intencyjnie oferował, mieniła się w nieszczęście - Początkowo wyglądałaś, jakbyś chciała - myślenie, które nie było atakowane przez pęczniejące emocje, dawało o wiele lepszą dedukcyjną odpowiedź. Leanne była żywiołową istotą i bardzo często - o czym zdołał się przekonać - najpierw działa, potem myślała. Przynajmniej w dziedzinie relacji z innymi. Z nauką działa...zupełnie jak nie ona. Metodycznie. Chłodno.
Na uśmiech, który pojawił się na kobiecym obliczu, nie zareagował tym samym. Nie znaczyło to jednak, że nie czuł cichej, spokojnej ulgi, gdy przyjęła kociaka, który bardzo szybko znalazł sobie idealne miejsce do spania. Obserwował profil Leanne, na mieniące sie na nim uczucia i spokój, który nareszcie spływał na nich oboje - Wystarczy - kiwną głową, ostrożnie oplatając palce dziewczyny, by lekko zacisnąć na nich swoje - Nie wiem, czy teraz ci się bardzo spieszy, ale obiecałem pomóc przy jednym z młodych, niezajeżdżonych jeszcze aetonanów. Masz ochotę potowarzyszyć? Jeździłaś kiedyś? - w międzyczasie musiał jeszcze wrócić po zostawiony pod dębem motocykl. Nie sadził jednak, by ktokolwiek pokusiłby się o jego kradzież. Nie działający i tak nie zdawał się na wiele. A dla Samuela, znaczył wiele, przede wszystkich z ukrywanego sentymentu. I wspomnienia - Chodź...cie - rozluźnił uchwyt na drobnej dłoni, pozwalając tym samym, by zdecydowała, czy chce pójść razem z nim, czy też wrócić do siebie, zabierając nowego, puchatego kompana ze sobą. Pechowy dzień się skończył.

| zt?






Cause I walk through the valley of the shadow of death

And I fear no evil because
I'm blind.

Powrót do góry Go down
Leanne Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5268-leanne-tonks#118087 https://www.morsmordre.net/t5336-cwirek#119683 https://www.morsmordre.net/t5334-szalony-naukowiec https://www.morsmordre.net/f90-manor-road-35 https://www.morsmordre.net/t5574-skrytka-bankowa-nr-1304#130127 https://www.morsmordre.net/t5338-l-tonks#119729
Zawód : historyk
Wiek : 24 lata
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Speak and may the world come undone.
OPCM : 14
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Skrzacie drzewo   10.01.18 0:11

Jakoś musiałam przecież nadrabiać godziny spędzane nad starymi księgami i zakurzonymi woluminami. W swojej pracy nie miałam miejsca na gdybanie, wesołość, czy rozwlekanie wszystkiego na kilka godzin - musiałam działać od razu, myśleć i skupiać się na celu, w innym przypadku eksploracje nie miałby najmniejszego sensu. Podczas wypraw również zachowywałam się jak nie ja i podczas pisania zresztą też; w innym przypadku nie pisałabym teraz kolejnej pracy naukowej i nie pomagałabym innym, młodszym ode mnie w ich esejach, nie poznawałabym naukowców, nie zapraszano by mnie na wyprawy badawcze. Prezentowałam dwa zupełnie odmienne oblicza, ale potrafiłam rozdzielać pracę i życie na dwie osobne kategorie, nigdy nie mieszając ich w siebie wzajemnie. Nie rozumiałam czemu niektórych to dziwiło.
Tymczasem odwróciłam nieco głowę, przytulając się policzkiem do swojego puszka, a mój wzrok spoczął na zaciśniętych dłoniach.
- Najpierw zjedź szarlotkę. Na osłodę dnia. - Sama zajęłam się przestudzoną herbatą, podsuwając i ją pod nos chłopaka, zaś na propozycję wzruszyłam ramionami. - Nie jeździłam i chyba wolę nie próbować. - Nie umiałam w sport. Ani trochę. Nie latałam na miotle, nie pływałam, nawet nie tańczyłam, bo nie byłam zabawowym człowiekiem jak mogłoby się wydawać po moim wesołym charakterze. W zasadzie patrząc od strony zabaw, festynów i pochodnych byłam sztywniakiem i ostatnią osobą, która chodziła na nie ze zwykłej chęci, a kiedy jednak już niefortunnym zrządzeniem losu się tam pojawiałam - męczyłam się jak nigdy, prosząc Merlina o szybką śmierć.
- Mogę potowarzyszyć. Absurd też nie wygląda tak jakby chciał robić cokolwiek. - Nazwanie puszka Absurdem wydało mi się niesamowicie zabawne, patrząc na cały dzisiejszy dzień. Co prawda i tak raczej nie wiedział, że to jego imię, nie wspominając o reagowaniu, ale nie mogłam wołać do niego ej ty lub bezosobowo. Wreszcie podniosłam się ze schodów, ruszając wraz z Samuelem w stronę aetonanów, co jakiś czas kontrolując puchatą kulkę.

zt


Powrót do góry Go down
Cecily Hagrid
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6548-cecily-hagrid https://www.morsmordre.net/t6560-slepohulk https://www.morsmordre.net/t6559-piesc-hagrida https://www.morsmordre.net/f211-harley-street-1-2 https://www.morsmordre.net/t6562-skrytka-bankowa-nr-1658#167375 https://www.morsmordre.net/t6561-cecily-fallon-hagrid
Zawód : Ratownik w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
You have not lived today until you have done something for someone who can never repay you
OPCM : 6
UROKI : 11
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 18
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Skrzacie drzewo   03.11.18 20:03

4 września
Oczywiście, że na miejsce spotkania musiały wybrać jakieś wyjątkowe miejsce. Wielokrotnie jako dziecko wysłuchiwała opowieści matki o skrzacim drzewie i mieszkającym w nim starcu o cukrowej brodzie. Cecily dobrze pamiętała moment, w którym zapytała się matki czy dozwolone byłoby podejście do biedaka i zjedzenie, albo chociaż polizanie waty. Wiele wspomnień z dzieciństwa przywodziło na myśl Charlie. Mimo iż dzieliła je różnica dwóch lat, dzięki trwającej praktycznie od zawsze przyjaźni ich matek, czuły się sobie niezwykle bliskie. Kiedy obie trafiły do Hogwartu, dziewczyna znalazła wielkie wsparcie w starszej przyjaciółce. Charlene wielokrotnie pomagała jej w nauce do trudniejszych egzaminów z eliksirów, a dobra ocena z transmutacji na świadectwie Cily, była właściwie tylko zasługą dobrych rad Leighton.
Na pomysł spotkania wpadła przed kilkoma dniami, gdy znalazła w całym stosie swoich rzeczy z domu, album zdjęć. Ojciec lubił używać aparatu do fotografowania zwierząt, a one często wykorzystywały go do robienia zdjęć sobie nawzajem, miejsc, które odwiedzały podczas spacerów, a przede wszystkim do strojenia najgłupszych z możliwych min. Człowiek czasami potrafił zatracić się w codziennych czynnościach do tego stopnia, że zapominają jak bardzo potrzebują bliskości innych. Podobnie chyba stało się z nimi po opuszczeniu murów Hogwartu. Zaabsorbowane ścieżkami własnych karier, rutyną dorosłego życia, urządzały wspólne spotkania coraz rzadziej, aż w końcu nie widziały się od dobrego miesiąca. Nie wspomniawszy już straty przez przyjaciółkę ukochanej siostry i kłopotów rodzinnych Hagridów. Łatwo jest zapomnieć o dobrych relacjach z innymi, gdy masz na głowie tyle zmartwień.
Dlatego właśnie Cecil z radością wysłała poprzez Ślepohułka wiadomość z prośbą o spotkanie. Ostatnimi czasy całkiem nieźle szło jej to całe „bycie przyjaciółką” i poznawanie nowych osób. Chociaż w Pogotowiu udało się dziewczynie zapoznać z kilkoma ciekawymi osobami, to nic nie mogło zastąpić tych, którzy znali ją już od dziecka. Wyglądało na to, że dotarła na miejsce spotkania pierwsza, toteż miała jeszcze chwilkę by rozglądnąć się po miejscu kojarzącym się jej jedynie z wieczornymi baśniami, opowiadanymi do snu przez rodzicielkę. Prawdziwą historię tego miejsca znała dzięki wycinkom z gazet, raz na jakiś czas wspominających o niesamowitym schronieniu dla zwolnionych ze służby skrzatów domowych, niewinnie pędzących bimber w długich, podziemnych tunelach. To dopiero sposób na biznes.




Our hearts
become hearts of flesh when we learn where the outcast weeps
Powrót do góry Go down
Charlene Leighton
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-charlie https://www.morsmordre.net/f98-lavender-hill-48 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Czy to kocimiętka?
OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 23
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/35
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Skrzacie drzewo   04.11.18 12:15

I Charlie słyszała o tym miejscu jako dziecko, opowiadała jej o nim matka. Kiedyś nawet tu były, gdy akurat przebywały w Londynie podczas wizyty u ciotki, w której domku aktualnie mieszkała z Verą już po śmierci starszej krewnej. Od dawna znała też Cecily – poznały się przez to, że ich matki znały się od lat, na długo przed tym zanim dziewczęta pojawiły się na świecie. Dawne szkolne przyjaciółki kontynuowały swoją przyjaźń nawet kiedy już założyły swoje rodziny – Leonia Wright, później Leighton zrobiła to dość wcześnie, ale wydawała się wręcz stworzona do tego, by mieć rodzinę.
Z gromadki dzieci Leonii to Charlie była najbliższa wiekiem do Cecily, więc z czasem, przyzwyczajone do swojego towarzystwa ilekroć ich matki się odwiedzały, zaczęły się przyjaźnić. Kiedy Charlie jako pierwsza wyruszyła do Hogwartu, wysyłała koleżance całkiem obszerne sprawozdania z początków w magicznej szkole. Różniły się charakterami i to było jasne od dawna, nikogo nie dziwiło też to, że trafiły do różnych domów, ale Charlie nie zapominała o przyjaźni z dzieciństwa i kiedy było trzeba, pomagała Cecily z eliksirami i transmutacją, z którymi radziła sobie bardzo dobrze i często udzielała korepetycji mniej uzdolnionym w tej materii kolegom. Później, po tym jak Charlie skończyła Hogwart, nie miały już dla siebie tyle czasu, była zajęta kursem alchemicznym i nauką animagii, długo przeżywała też utratę siostry. Cecily po skończeniu szkoły podjęła się nauki na ratownika. Spotykały się raz na jakiś czas, kiedy obie akurat miały wolną chwilę między swoimi zajęciami. Niestety dorosłość nie rozpieszczała i czasu nie było już tyle co w dzieciństwie, częściej zostawały listy niż spotkania. Ale również pamiętała o dawnych czasach i wciąż darzyła Cecily przyjaznymi uczuciami, często też się o nią martwiła. Jej zajęcie było bardziej ryzykowne niż alchemiczna praca Charlie, trafiała w różne miejsca i na różnych ludzi, a była przecież tak bardzo młoda. I do tego dochodziły anomalie. Charlie unikała czarowania jeśli nie było to niezbędne, a Cecily musiała wciąż używać magii i narażać się na niebezpieczeństwo.
Ale ucieszyła się z listu i propozycji spotkania. Po pracy pojechała Błędnym Rycerzem nie do domu, a w okolice, w których znajdowało się skrzacie drzewo. Resztę drogi pokonała w postaci kota; w ostatnich dniach rzadko miała okazję ku temu, by pobiegać sobie w kocim ciele. A przecież ta część natury była dla niej bardzo ważna odkąd tylko została animagiem i dokonała pełnej przemiany po raz pierwszy. Żałowała wtedy tylko jednego – że Helen nigdy tego nie zobaczy, a tak bardzo kochała koty i nawet potrafiła z nimi rozmawiać.
Czekająca już Cecily początkowo mogła zobaczyć burą kotkę z białym podgardlem zbliżającą się w okolice drzewa. Charlie rozejrzała się i machnęła ogonem, a kiedy upewniła się, że są same, zmieniła się z powrotem w siebie. Uderzająco zielone oczy wciąż bardzo przypominały te kocie, które przed chwilą patrzyły na Hagrid z poziomu podłoża.
- Wybacz, że ostatnio tak rzadko mam czas – odezwała się już po powitaniu. Praca, eliksiry, przygotowania alchemiczne do jutrzejszego spotkania Zakonu, o którym Cecily wiedzieć nie mogła. – Co u ciebie słychać? Zgaduję, że też nie narzekasz na brak zajęć?
Nieopodal drzewa znajdowało się coś w rodzaju ławeczki. To tam Charlie skierowała kroki; pozostało trochę czasu do zmroku, a wiedziała już, że to wtedy skrzaty wydawały swój trunek. Czasem się zastanawiała, jak daleko wiodły podziemne korytarze i czy właśnie teraz gdzieś pod nimi nie przechodziło któreś z tych stworzeń.






Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Powrót do góry Go down
Cecily Hagrid
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6548-cecily-hagrid https://www.morsmordre.net/t6560-slepohulk https://www.morsmordre.net/t6559-piesc-hagrida https://www.morsmordre.net/f211-harley-street-1-2 https://www.morsmordre.net/t6562-skrytka-bankowa-nr-1658#167375 https://www.morsmordre.net/t6561-cecily-fallon-hagrid
Zawód : Ratownik w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
You have not lived today until you have done something for someone who can never repay you
OPCM : 6
UROKI : 11
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 18
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Skrzacie drzewo   08.11.18 19:17

Zawsze podziwiała Charlene za to jak silną osobą była. Po stracie siostry oddaliły się od siebie, ale była w stanie zrozumieć postępowanie przyjaciółki. Cecil sama nie potrafiła sobie wyobrazić utraty kogoś tak drogiemu jej sercu, kogoś z kim związana była od urodzenia. Leighton pochłąnęła nauka animagii, oraz kurs alchemiczny, a sama Cily skoncentrowała swoje siły na ukończeniu nauk ratowniczych. Dopadła je rutyna, pochłonęły obowiązki do tego stopnia, że wstyd przyznać, ale nie poświęcały swojej relacji tyle czasu ile powinny. Mimo tego panna Hagrid wciąż pamiętała jak wiele zawdzięcza Charlie i chociaż minęło kilka dobrych miesięcy od ostatniego spotkania, to cieszyła się na widok burej kotki równie serdecznie, jak gdyby widziały się wczoraj. Po cichu zawsze marzyła iść w ślady koleżanki i również nauczać się tej skomplikowanej magicznej zdolności, ale coś ją powstrzymywało. Być może bała się niepowodzenia albo też zwyczajnie uważała, że brak jej umiejętności do tak skomplikowanych czarów. Często przydarzało się to Hagridom, Cecily podobnie jak Rawdon, bardzo ostrożnie mierzyła możliwości na zamiary i przez panującą powszechnie opinię, oraz rodzinne problemy z koncentracją wolała unikać sytuacji, w których ich wysiłki czy zapał skazane były na porażkę. Nie bała się wprawdzie ośmieszenia, ani reakcji innych ludzi. Znacznie bardziej zabolałaby świadomość własnej, personalnej klęski, a to stanowiło nawet gorszą karę, siedziało bowiem w człowieku przez długi czas, zanim zdołał się pogodzić z faktem.
W niemym zachwycie obserwowała dyskretną przemianę, po której przywitała Charlie szerokim uśmiechem. – Nie przejmuj się, sama mogłam napisać wcześniej, ale chyba faktycznie dałam się pochłąnąć temu i owemu. Skończyłam staż uzdrowicielski i jestem pełnoprawną ratowniczką! Uwierzysz w to? Ja? – Pokręciła z udawanym zdziwieniem głową jakby sama zszokowana własną, dorosłą odpowiedzialnością. – Dużo się dzieje, w sierpniu odwiedziłam dom, a przy okazji wstąpiłam na Festiwal Lata, ale nigdzie cię nie znalazłam. – Festiwal upłynął w tym roku wyjątkowo szybko, Cecil zdążyła tylko odwiedzić kilka obowiązkowych atrakcji, zanim wszystkie większe obchody dobiegły końca. – Przy okazji, przywiozłam mnóstwo powideł od mamy, więc musisz kiedyś wstąpić do mnie i Tangwystl, chętnie się podzielimy. Masz też serdeczne pozdrowienia od mej rodzicielki. Chyba dużo z Leonią rozmawiały na temat wiesz... Tych napięć społecznych. – Poczochrała kręconą czuprynę, pozwalając by niektóre kosmyki spadły jej na twarz. Anomalie stały się już praktycznie rutynową częścią jej obowiązków, kilka razy doznała oparzeń czy odmrożeń, ale wciąż bała się prawdziwego wybuchu niekontrolowanej magii przy wypowiadaniu zaklęcia. Wtedy nie tylko Cily, ale też osoba ratowana miałyby poważne kłopoty. Rodzice bynajmniej nie odciążali jej od problemów, wielokrotnie przysłuchiwała się ich gorliwym przemowom dotyczącej sytuacji politycznej, na szczęście, na razie wygłaszali je w zaciszu własnej kuchni, ale tak czy siak istniało ryzyko, że któremuś z sąsiadów może się to nie spodobać.
- Sama zresztą się tym denerwuję. Mam wrażenie, że nie mogę  nic na to poradzić, tylko biernie przyglądać się jak świat rozłupuje się kawałek po kawałku... – Stwierdziło w przypływie całkowitej szczerości. Zawsze siedziało to gdzieś z tyłu jej głowy. Mogła zajmować się różnymi rzeczami, ale w ogólnym spojrzeniu gra toczyła się o losy wszystkich czarodziejów, a nawet o losy całej ludzkości.
Rozsiadła się wygodniej na ławeczce i przekręciła tak by móc widzieć twarz Charlie. Lubiła nawiązywać kontakt wzrokowy z rozmówcą, pomagało to w ocenie prawdziwości jego słów, ich wydźwięku. Słowa to jedno, ale mowa ciała stanowiła zupełnie inny aspekt komunikacji.
- A co się dzieje u ciebie? Potrzebuję wszystkich detali! Jak praca, znajomi, a może masz kogoś na oku? – Szturchnęła ją delikatnie robiąc mało subtelne ruchy brwiami. Chociaż sama nie wiedziała zbyt dużo o prawach, jakimi rządziło się życie miłosne, to z przyjemnością wysłuchiwała małych dramacików swoich przyjaciółek. Ot dla czystej zabawy i ulgi, że jej przecież takie rzeczy nie dotyczą.




Our hearts
become hearts of flesh when we learn where the outcast weeps
Powrót do góry Go down
Charlene Leighton
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-charlie https://www.morsmordre.net/f98-lavender-hill-48 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Czy to kocimiętka?
OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 23
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/35
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Skrzacie drzewo   08.11.18 23:58

Charlene nigdy nie uważała się za silną. Przy większości członków Zakonu Feniksa czuła się słaba i przeciętna. To byli silni, odważni ludzie. Ona była tylko dobrą duszą, która chciała im pomóc i która najlepiej sprawdzała się w alchemicznej pracowni, ale nie w sytuacjach zagrożenia. Po utracie Helen starała się funkcjonować jak najbardziej normalnie, choć przeprowadziła się do Londynu i skupiła się całkowicie na kursie alchemicznym oraz nauce animagii, odsuwając na dalszy plan większość swoich znajomości. Później, po pewnym czasie tego żałowała, nigdy nie powinna zaniedbywać przyjaciół. Starała się to jakoś im wynagrodzić, choć czasu nie miała tyle co w młodości. Alchemia poza godzinami wykonywanymi w Mungu wymagała też od niej pracy własnej, jeśli chciała się rozwijać. Szczególnie ciężko było w ostatnich miesiącach, począwszy od pierwszego maja, od dnia wybuchu anomalii, kiedy wszystko wywróciło się do góry nogami a Charlie, jak zresztą wszyscy pracownicy Munga, i uzdrowiciele i alchemicy, miała spore urwanie głowy.
Dobrze było choć na krótki czas znaleźć się w kocim ciele, gdzie ludzkie troski i zmartwienia przytłaczały jakby mniej, ustępując miejsca zwierzęcym instynktom. Te nie władały nią całkowicie, nadal przecież pozostawała człowiekiem, ale w ciele kota miała w sobie sporo z tego zwierzęcia. A nawet w ludzkiej powłoce miewała też drobne odruchy kota, jak upodobanie do zapachu kocimiętki. Czasem przyłapywała się też na nagłej chęci drapania mebli czy wchodzenia do pudełek.
- Ja też powinnam to robić częściej. Przepraszam – rzekła. – I gratuluję, cieszę się, że ci się udało. Podejrzewam, że masz dużo pracy. Na myśl o włóczeniu się po Londynie i używaniu niestabilnej magii coraz bardziej doceniam komfort alchemicznej pracowni. – O tak, praca ratowników nie była bezpieczna, nawet pomijając anomalie. – Mam nadzieję, że nie puszczają cię samej? – Jakoś tak niepokoiła ją myśl o młodziutkiej Cecily samej w jakimś niebezpiecznym miejscu, bez kogoś u boku na wypadek niebezpieczeństwa związanego czy to z magią czy z agresywnymi pacjentami lub przypadkowymi osobami.
- Ojej, naprawdę szkoda, że nigdzie na siebie nie trafiłyśmy, byłam na festiwalu w większość dni – westchnęła z żalem. – Byłam i na zbieraniu malin, i na wiankach, i na konkursie alchemicznym, i w labiryncie... Oczywiście pojawiłam się i na jarmarku, tracąc trochę ciężko zarobionych galeonów, ale cały rok czekałam na możliwość kupienia fioletowego kryształu. – Obeszła naprawdę sporo atrakcji, konkurs zbierania malin nawet wygrała, choć udział w tym alchemicznym wolała pominąć milczeniem, bo naprawdę się tam nie popisała, za co było jej wstyd. Spotkała tam trochę znajomych, a po opuszczaniu Weymouth nocowała w rodzinnym domu w Kornwalii, dokąd miała bliżej niż do Londynu; specjalnie na czas festiwalu wzięła sobie urlop, chyba jedyny dłuższy w ostatnich miesiącach. – I na pewno wstąpię, obiecuję że znajdę czas i cię odwiedzę – zapewniła. Naprawdę nie mogła zaniedbywać tej relacji, tak cennej, bo jednej z najdłużej trwających. Jeszcze z czasów dzieciństwa.
Usiadły sobie spokojnie nieopodal skrzaciego drzewa, doskonale je stąd widząc.
- Oczywiście, pozdrów swoich bliskich również ode mnie – dodała. – Cóż... podejrzewam że teraz większość ludzi martwi się tym, co się dzieje. – Martwiła się również Charlie. Może była tylko alchemiczką która większość czasu spędzała nad kociołkiem, ale jako członkini Zakonu musiała być zainteresowana wydarzeniami. Jutro na spotkaniu na pewno dowie się czegoś więcej, oby tragicznych wieści było mniej niż ostatnio. Jej rodzice nie należeli do Zakonu, ale również widzieli co się działo. Jej ojciec mógł zginąć w ministerstwie, gdyby nie to, że tamtego dnia opuścił pracę wcześniej.
Charlene również swego czasu czuła się bierna i bezsilna, póki nie dowiedziała się o Zakonie. Nadal czuła się bezsilna, ale już trochę mniej, bo wiedziała, że są ludzie którzy próbują naprawić świat i pomagała im w tej misji, dostarczając potrzebnych eliksirów. Gdyby tylko mogła, powiedziałaby Cecily bez wahania, znała ją od lat i ufała jej, ale jeszcze nie wolno jej było zdradzać tej tajemnicy. Nie mogła wcielić nawet własnej siostry i długo czuła z tego powodu wyrzuty sumienia, dopóki ktoś inny jej nie wyręczył i nie wprowadził Very do Zakonu. Wtedy przeprosiła ją za swoje milczenie i nieporadne wykręty.
- Rozumiem to uczucie, wiem, jak okropna jest bezsilność. Ale twoja praca jest bardzo potrzebna, niesiesz pomoc poszkodowanym i robisz dla nich wiele dobrego – odezwała się po chwili zawahania. Kiedyś, kiedy będzie mogła, może powie Cecily o Zakonie. Przeczuwała, że była Gryfonka z powołaniem do pomagania innym znalazłaby tam swoje miejsce, a jej lecznicze umiejętności byłyby bardzo przydatne. – To bardzo cenne. Ja też łudzę się, że moje eliksiry pomagają rannym, że praca uzdrowicieli w Mungu jest łatwiejsza dzięki tym specyfikom.
Uśmiechnęła się lekko, ciesząc się z obecności przyjaznej duszy.
- Ostatnio głównie pracuję. Rzadko mam czas na spacery czy czytanie książek. Nawet z własną siostrą ciągle się mijam, nie wspominając o odwiedzinach u rodziców, które następują stanowczo zbyt rzadko. – I z tego powodu również czuła wyrzuty sumienia. – Z tego też powodu nie mam czasu na... no wiesz, na to by mieć kogoś na oku. Ostatnio rzadko gdzieś wychodzę. Poza pracą dla Munga mam sporo zamówień – zarumieniła się. Ostatnio coraz częściej słyszała takie pytania. Wiedziała, że miała już dwadzieścia trzy lata, skończyła je równe dwa miesiące temu. I że coraz bliżej było do staropanieństwa, a ona nigdy się z nikim nie spotykała, wcześniej zajęta nauką, a później pracą, i wiele sposobności do poznania kogoś wyjątkowego mogło jej przejść koło nosa. – A ty? – zapytała po chwili. Cecily również nie wydawała się osobą posiadającą życie miłosne, choć może coś się zmieniło.






Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Powrót do góry Go down
Cecily Hagrid
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6548-cecily-hagrid https://www.morsmordre.net/t6560-slepohulk https://www.morsmordre.net/t6559-piesc-hagrida https://www.morsmordre.net/f211-harley-street-1-2 https://www.morsmordre.net/t6562-skrytka-bankowa-nr-1658#167375 https://www.morsmordre.net/t6561-cecily-fallon-hagrid
Zawód : Ratownik w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
You have not lived today until you have done something for someone who can never repay you
OPCM : 6
UROKI : 11
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 18
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Skrzacie drzewo   12.11.18 23:52

Pocieszne ciepło rozlało się po całym jej ciele, kiedy usłyszała słowa Charlie. Dobrze było porozmawiać z kimś w podobnej sytuacji życiowej, kto zmagał się z takimi samymi problemami. Rozsiadła się wygodniej na ławce i zwróciła twarz w stronę słońca. Najwyżej dostanę jeszcze trochę piegów. Zdawała sobie sprawę, że niektórym kobietom wszelkie znamiona przeszkadzały w dobrym postrzeganiu swego wizerunku, ale Cecily całkiem lubiła te swoje małe niedoskonałości. Zazdrościła dziewczynom kształtnego ciała, ładnego nosa i pięknych blond czy rudych włosów, ale piegów akurat nikomu by nie oddała.
- Och, czasami puszczają. Ale tylko wtedy kiedy kogoś zdenerwuję i chcą się mnie pozbyć. – Szturchnęła żartobliwie towarzyszkę łokciem, uśmiechając się radośnie. Zdarzało się, że Cecily musiała sama podjąć się skierowania do przypadku. Zwłaszcza po uaktywnieniu się anomalii, brakowało im personelu żeby centrala ministerialna mogła bez obaw szafować patrolami. Jeśli tylko ktoś miał ukończony staż, jak ona – to nie widzieli żadnej przeszkody w wykorzystaniu wszystkich swoich zasobów ludzkich do granic możliwości. Czasami się bała, oczywiście. Zwłaszcza podróżując do mniej bezpiecznych zakamarków Londynu, obserwowała nagłe pojawienie się gęsiej skórki i tego nieprzyjemnego wrażenia bycia śledzoną. Nie liczyło się jednak gdzie, ale komu. A wszyscy ci, którym udzielała pomocy, z pewnością jej potrzebowali. Zatem Hagrid robiła to co do niej należało. Smarowała maściami poparzenia pyskatych smarków, łatała cięte rany złodziejaszków, bandażowała pobitych aurorów, a nawet i tych, przeciwko którym stawali do walki. Dla medyków nie liczył się tytuł rannego ani jego stan portfela. O ile tylko podmiot ich starań przeżył, to wszyscy kończyli misję szczęśliwi.
- Festiwal przeleciał mi na tyle szybko, że nie zdążyłam odwiedzić wszystkich rutynowych atrakcji. – Przyznała, kiedy przed oczami przeleciała dziewczynie wizja głębokiej rozmowy z profesorem Vane’em. Dotąd uważnie analizowała przekazane przez mądrego nauczyciela rady odnośnie pójścia pod prąd. Spojrzała z wdzięcznością na Charlene, słysząc pochwałę na posadę Cecily. Czasami dobrze było usłyszeć coś miłego, zwłaszcza od osoby, na którejj ci zależało.
- Dokładnie to samo mogę powiedzieć o twoich umiejętnościach. Ludzie czasami lekceważą pracę alchemików, a prawda jest taka, że bez was żadna służba długo by nie pociągnęła. – Stwierdziła, zupełnie szczerze.  Łatwiej było wysłuchiwać oklasków i pochwał, kiedy ludzie widzieli twoje osiągnięcia  w pełnej krasie, prawdziwa praca odbywała się za kurtynami tych wielkich przedstawień.
- Och, świetnie cię rozumiem, jeśli mówimy już o odwiedzinach domu. Ojciec nawet się ucieszył, kiedy mnie zobaczył, ale matka zmyła mi głowę, według jej mniemania wysyłam Ślepohułka zdecydowanie za rzadko do Gloucestershire. – Zachichotała na wspomnienie pokracznie udawanego niezadowolenia Sabriny. Próbowała być twarda, ale instynkt macierzyński mówił coś innego.
Zupełnie nie przypuszczała, że rozmowa może obrócić się w jej stronę. Zastanowiła się chwilę analizując grono swych męskich znajomych. Może i było ich kilku, ale jakoś nie czuła niczego specjalnego, prócz rozbawienia w ich towarzystwie. Nie chodziło nawet o walory fizyczne, wręcz przeciwnie. Taki Bertie Bott miał całkiem przyjemną twarzyczkę, ale kiedy tylko otwierał usta ze swoim kolejnym zwariowanym pomysłem, cały czar pryskał. W konsekwencji swoich głębokich rozważań pokręciła przecząco głową.
- Nie. Zupełnie nikogo. Chyba podświadomie czekam na kogoś, kto pokocha mnie za to, jaka jestem. – Orzekła z miną mędrca. Brzmiało to trywialnie, ale było najprostszą prawdą. Cecily wiele brakowało aby osiągnąć wymogi kanonów piękna i raczej nieprawdopodobne było, żeby im kiedykolwiek w swym życiu dorównała. Pragnęła poznać kogoś, kto docenia wszystko inne co ma do zaoferowania, jednocześnie przy tym dając coś od siebie.
- Popatrz! Zaczynam mówić jak te wszystkie lady, które pragną rycerza na białym koniu. – Spróbowała zatuszować prawdziwość swoich poprzednich słów, żeby Leighton nie zauważyła, że faktycznie o tym myśli. Mówienie o uczuciach, przynajmniej w wykonaniu panny Hagrid, dalej nie należało do najprzyjemniejszych czynności, które miały angażować do dalszej rozmowy.




Our hearts
become hearts of flesh when we learn where the outcast weeps
Powrót do góry Go down
Charlene Leighton
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-charlie https://www.morsmordre.net/f98-lavender-hill-48 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Czy to kocimiętka?
OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 23
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/35
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Skrzacie drzewo   13.11.18 19:36

Pod wieloma względami ich sytuacja była zbliżona. Z tym, że Cecily prawdopodobnie była od niej odważniejsza, podczas gdy Charlie kryła się za swoim kociołkiem w odmętach alchemicznej pracowni. Rzadko ostatnio oglądała słońce, ale jej blada cera również była lekko nakrapiana piegami na nosku i policzkach. Nigdy się tym nie przejmowała, nie przykładała wielkiej wagi do nienagannej prezencji. Zawsze była typem zwyczajnej szarej myszki, która nie uważała wyglądu za najważniejszą rzecz. Nosiła się skromnie i nie podkreślała swoich walorów. Nie zależało jej na tym.
Również wystawiła buzię w stronę chylącego się powoli ku zachodowi słońca.
- Ja bym się bała – wzdrygnęła się na myśl o zupełnie samotnym przemierzaniu obcych i niekiedy niebezpiecznych miejsc. Była przecież tylko kobietą. Młodą, słabą i pozbawioną umiejętności, które pomogłyby w razie ewentualnego ataku. Jej jedynym ratunkiem w kryzysowej sytuacji była animagia, bo w urokach była beznadziejna, jej znajomość magii obronnej również była nędzna. Ale podejrzewała, że ratowników było na tyle mało, a ofiar anomalii na tyle dużo, że nie mogli sobie pozwolić na wysyłanie większych zespołów, przy których Cecily mogłaby być bezpieczna. – Musisz być bardzo dzielna. To tym bardziej godne podziwu – dodała. Pomyślała sobie w duchu, że Cecily naprawdę mogłaby być dobrym materiałem na członka Zakonu. Odważna, zdolna i pełna zapału do pomagania potrzebującym, gotowa dla nich ryzykować. Niestety to nie od niej zależało, kto otrzyma zaproszenie do organizacji. Nie mogła do niej wprowadzić nawet własnej siostry.
- Szkoda, że się nie udało. Może w przyszłym roku pójdziemy gdzieś razem? – Oby tylko Festiwal w ogóle się odbył. Miała nadzieję, że tak. Jego brak oznaczałby, że wojna nadeszła naprawdę, a nie jedynie tliła się na horyzoncie w postaci ciemnych, burzowych chmur.
Wiedziała, że eliksiry są ważne. Może nie potrafiła walczyć, ale przynajmniej mogła pomagać innym eliksirami. Gdy rzucanie zaklęć było ryzykowne w wielu sytuacjach były na wagę złota. Ale i tak czuła się członkinią Zakonu drugiej kategorii, tym bardziej, że w grupie badawczej również nie była. Dlatego często nie doceniała siebie i czuła, że i tak robi za mało.
- Robię co mogę. W Mungu zawsze jest co robić, zwłaszcza od maja – powiedziała, nie wspominając, że poza Mungiem była jeszcze ta druga, nieoficjalna praca na rzecz tajnej organizacji. – Naprawdę bym chciała spędzać z nimi każdy weekend albo chociaż co drugi, ale nie zawsze mogę sobie na to pozwolić. Raz, że problemy z transportem, a dwa... Nie mam zbyt wiele urlopu. Dlatego cieszyłam się, podczas Festiwalu Lata mogąc przez kilka dni nocować w moim starym pokoju i spędzać poranki i wieczory z rodzicami.
To był przyjemny czas. Nawet pustka po odejściu Helen nie była tak dojmująca, najważniejsze było to, że mogła spędzić kilka dni w rodzinnym domu, przy swoich rodzicach, którzy jednak wydawali się zmartwieni. W końcu obie ich córki mieszkały w pełnym niebezpieczeństw Londynie.
Problem Charlie z mężczyznami być może polegał też na tym, że rówieśnicy zawsze wydawali jej się zbyt dziecinni i niedojrzali, a w mężczyźnie szukała raczej dojrzałej, stabilnej podpory – dlatego siłą rzeczy bardziej interesowaliby ją starsi, ale nie miała zbyt wielu okazji, by zawierać nowe, bliższe znajomości, skoro jej życie kręciło się głównie wokół pracy.
- Może ja też? – zastanowiła się. – Nawet nie wiem, jak to jest być zakochaną. Nigdy tego nie poczułam, nie zauważyłam też, by ktokolwiek interesował się mną. Wokół jest tyle ładniejszych i bardziej śmiałych dziewcząt. – Ale nie wszystkie kobiety musiały być olśniewającymi pięknościami. Chciała wierzyć, że gdzieś istnieli jacyś mądrzy mężczyźni, którzy pokochają ją i Cecily za to, jakie były, a nie jak wyglądały. – To pewnie normalne, że zaczynasz myśleć o takich rzeczach. Ja też powinnam, choć kompletnie nie wiem, jak się za to zabrać. Nie wiem, jak się poznaje odpowiedniego mężczyznę i po czym poznać, że... ze znajomości robi się coś więcej. – Była pod tym względem dość nieporadna. Dlatego mając na karku dwadzieścia trzy lata wciąż była sama, podczas gdy jej matka była już wtedy mężatką i miała jedno dziecko. – Dziwiłam się nawet, że ktoś w ogóle złowił mój wianek na Festiwalu, byłam pewna że robię go tylko po to, by odpłynął na falach. Ale ta znajomość to w sumie trochę dłuższa historia, nawiasem mówiąc pełna wstydliwych, ale i śmiesznych momentów – zarumieniła się, wspominając w myślach dzień, kiedy spotkała Anthony’ego po raz pierwszy. – Jednak wiem, że ta znajomość nigdy nie otrzyma szansy rozwinięcia się w coś głębszego niż koleżeństwo, więc nie przykładam do tego większej wagi. Nie wierzę zresztą, że łowienie wianków naprawdę stanowi wróżbę na przyszłość.
Charlie nie była przesądna, nie wierzyła w gusła. Jak na Krukonkę przystało wierzyła raczej w naukę i zdrowy rozsądek. A ten mówił, że nic z tego nie będzie, więc nie snuła żadnych romantycznych myśli, a traktowała ten dzień po prostu jako miłą przygodę, nad którą przeszła do porządku dziennego i skupiła się na swoich obowiązkach. Tym bardziej, że od tamtego dnia ani razu nie spotkała Macmillana.






Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Powrót do góry Go down
Cecily Hagrid
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6548-cecily-hagrid https://www.morsmordre.net/t6560-slepohulk https://www.morsmordre.net/t6559-piesc-hagrida https://www.morsmordre.net/f211-harley-street-1-2 https://www.morsmordre.net/t6562-skrytka-bankowa-nr-1658#167375 https://www.morsmordre.net/t6561-cecily-fallon-hagrid
Zawód : Ratownik w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
You have not lived today until you have done something for someone who can never repay you
OPCM : 6
UROKI : 11
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 18
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Skrzacie drzewo   17.11.18 19:13

Wyjątkowe było to, że z Charlene się dobrze rozumiały. Tak po prostu, bez ceregieli, ani udawania. Może ich matki przekazały im swoją przyjaźń w genach, jeśli taka była prawda, to faktycznie miały za co dziękować. Mogły nie widzieć się spory kawał czasu, ale łączyło je zbyt wiele by relacja wygasła. Zmagały się z podobnymi problemami, chociaż być może najśmieszniejszy był fakt, iż ich podejścia całkowicie się od siebie różniły. Wystarczyło spojrzeć na twarz Charlie – jej delikatne rysy, spojrzenie pełne spokoju, ale jednocześnie uważnie analizujące każdego rozmówcę, szanującą wszystkich bez wyjątku. Nic zresztą dziwnego, podobnie jak ci Hagrid, rodzice Leighton wpoili córce jeszcze w czasach dzieciństwa tak dobrze znane Cecily zasady. Nigdy nie oceniaj, nie traktuj nikogo z góry i pamiętaj, że wszyscy mają uczucia. Nawet ci uchodzący za złych, nawet, a może zwłaszcza, zwierzęta.
- Racja, czasami atmosfera bywa troszkę... Gęstawa. – Cecil nie widziała sensu w mijaniu się z prawdą. Chociaż mogło to wyglądać z boku jak bajkowe ratowanie świata, prawda znacznie różniła się od jej fantazji, kiedy zaczynała uzdrowicielski kurs. Zero przyklasków, ani zwolnionego tempa, kiedy biegniesz przez ulicę i zdecydowanie więcej opatrywania poparzeń nadgorliwych uczniów Hogwartu, niż prawdziwych wyzwań medycznych.
- Może nie tyle odważna, ile zdesperowana. Co miesiąc musimy z Tangwystl zapłacić rachunki, a dobrze wiesz, że lubię jeszcze porządnie pojeść. – Dodała żartobliwie. Nie zmieniało to jednak faktu, że bywało niebezpiecznie, zwłaszcza dla stosunkowo wątłej kobiety. Chyba jedyną przewagą Hagrid był wzrost, istotnie wyjątkowo wysoki jak na kogoś w jej wieku. Dziękowała wszystkim swoim przodkom, że człowiek rósł tylko do dwudziestego pierwszego roku życia, bo inaczej mogłaby już całkowicie pożegnać się z ewentualnością namierzenie jakiegoś kawalera. W szkole górowała nad większością swoich kolegów, a już w porównaniu z drobniutką Charlie przypominała chudą brzozę o rozczochranych liściach.
- Świetny pomysł, wybornie będzie spędzić z tobą więcej czasu! – Może bawiłaby się na Festiwalu lepiej i nie czuła tak dużej presji przed rzuceniem wianka, jeśli miałaby kogoś znajomego przy sobie. - To jak, paluszkowa obietnica? – Wyciągnęła z zupełnie poważną miną mały palec prawej dłoni w stronę Leighton. Ta tradycja ciągnęła się już za nimi latami i mało powiedziane, że irytowała wszystkich prócz Cecily. Dziewczyna wyraźnie pamiętała, że kiedyś, gdy próbowała zawiązać paluszkową obietnicę z Verą, tamta zamieniła jej palec w żelka, żeby tylko Cily dała jej spokój.
- A jak już mówimy o rodzinie. Co tam u Very? Wciąż tak samo zimna i niewzruszona jak garboróg podczas snu? Tęskno mi nawet do tej góry lodowej, czasami brakuje mi jej pracoholizmu, albo karcącej miny za każdym razem, kiedy próbowałam powiedzieć dobry żart. – Znajomość z Charlie automatycznie pozwoliła pannie Hagrid na poznanie jej starszej siostry i chociaż początkowo sprawiała wrażenie zamkniętego w sobie, dosyć zdystansowanego dziecka, to na dłuższą metę pokazała się jako wierna i odważna przyjaciółka. Nie dziwota zresztą, podobnie jak Tangwystl zajmowała się łamaniem klątw, zatem analizowanie sytuacji, czy poświęcenie dla innych wliczało się w ryzyko zawodowe starszej Leighton.
- Jak zwykle masz rację Charlie, zawsze potrafisz powiedzieć coś mądrego, niezależnie od sytuacji. Jak ty to robisz? I w dodatku nie mówisz żadnych głupot przez przypadek! – Pokręciła z niedowierzaniem głową, jednocześnie przyznając rację w kwestii poszukiwań „tego jedynego”. Podobnie do jej przyjaciółki, Cecily nie zaprzątała raczej swojej głowy takimi sprawami, mimo że większość kobiet  w ich wieku powinny mieć już jasność co do swojej przyszłości. Uśmiechnęła się lekko widząc lekki rumieniec na twarzy rozmówczyni.
- Och, chcesz mi powiedzieć kto to? Nie jest jednym z tych co sprawiają wrażenie, jakby na obiad zjedli kij od miotły, prawda? – Zapytała ze śmiechem. Wiedziała, że ktokolwiek to był, na pewno musiał być dobrym człowiekiem. Tylko takich przyciągała Charlie: o czułym sercu i łagodnej duszy. No i ją, ale Cecily była raczej nieporadnym wyjątkiem od reguły.
- Ja też nie wierzę w te całe wianki. Nie potrzebuję pomocy fal, tylko dobrej wędki. Sama potrafię łowić kawalerów. – Poruszyła brwiami dla zaakcentowania swojej romantyczności. Nie wyobrażam sobie żadnego biedaka, który by ze mną wytrzymał. Dziwiła się właściwie Charlie, że wciąż tu jest, a nie uciekła jeszcze w swej kociej postaci jak najdalej od skrzaciego drzewa.




Our hearts
become hearts of flesh when we learn where the outcast weeps
Powrót do góry Go down
Charlene Leighton
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-charlie https://www.morsmordre.net/f98-lavender-hill-48 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Czy to kocimiętka?
OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 23
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/35
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Skrzacie drzewo   18.11.18 12:24

Chociaż w szkole była tak skupiona na nauce, a później na pracy, zawsze starała się pamiętać o przyjaciołach, nawet jeśli nie zawsze był czas na częste spotkania. Rodzina i przyjaciele stanowili dla niej bardzo wysoką wartość i dobro bliskich osób leżało jej na sercu. Była z natury dobrą, przyjazną osobą starającą się dbać o tych, którzy byli jej drodzy. Miała w sobie dużo ciepła i zrozumienia, nie lubiła kierować się w życiu uprzedzeniami i bolało ją, że tak wielu ludzi oceniało wartość innych przez pryzmat ich pochodzenia czy innych wydumanych kryteriów.
Zdawała sobie sprawę, że nie zawsze było idealnie. W jej pracy również nie. Czasem zdarzało się, że jakiś eliksir nie wyszedł, albo że pracy było tyle że wracała do domu zmęczona i nie pozostawało jej wiele sił – mimo że to było tylko wrzucanie ingrediencji do kociołka w odpowiedniej kolejności, a nie bieganie po mieście i narażanie się na niebezpieczeństwa. Zdarzała się także trudna atmosfera i pretensje oraz presja ze strony uzdrowicieli. Niektórzy potrafili być wyjątkowo przykrzy; nie wszyscy uzdrowiciele wpasowywali się w stereotyp miłych i pomocnych ludzi, choć Mung bez wątpienia byłby przyjemniejszym miejscem, gdyby większość z nich była tak miła i pomocna jak Cecily. Czasem zastanawiała się, czemu Hagrid nie poszła na mungowy kurs uzdrowicielski, ale jako ratowniczka mogła pomagać innym szybciej, bez czekania pięciu lat, aż ukończy trzyletni kurs podstawowy i dwuletnią specjalizację.
- Też czasem tego doświadczam. Mung to specyficzne miejsce, a wśród uzdrowicieli oraz innych alchemików znajdują się bardzo różni ludzie. Nie wszyscy są mili i wyrozumiali – rzekła. Ale tak było chyba wszędzie i doświadczał tego prawie każdy. – No, ale my z Verą też musimy sobie jakoś radzić same w Londynie, choć alchemia zawsze była czymś więcej niż tylko źródłem zarobku.
Dorosłość niestety rządziła się swoimi prawami, i skoro zamieszkały same w Londynie, bez rodziców, musiały same radzić sobie z wieloma rzeczami.
- Byłoby cudownie. Oby festiwal odbył się normalnie – westchnęła z pewną obawą. Po chwili jednak uśmiechnęła się i wyciągnęła w stronę przyjaciółki mały palec, jak za dawnych dziecinnych lat, kiedy to obiecywały sobie różne rzeczy i przypieczętowywały to, łapiąc się za palce. Niestety trudno było powiedzieć, co wydarzy się za miesiąc, a nawet za tydzień, a co dopiero za rok. W takich niepewnych czasach teraz żyły.
Słysząc pytanie o Verę zamyśliła się.
- Jak zwykle bardzo zajęta swoją pracą, wciąż niezmiennie jej oddana. Często się mijamy, obie pochłonięte obowiązkami, ale ogólnie czuje się dobrze – odpowiedziała z żalem. Rozumiała i akceptowała pasję swojej siostry, szanowała jej wybory, ale tęskniła za czasami, kiedy spędzały ze sobą znacznie więcej chwil. Mieszkały razem, a jednak bywały dni, kiedy zamieniały ze sobą nie więcej niż kilka zdań, bo na nic więcej nie starczyło czasu. Very w domu praktycznie nie było. Obie siostry dość mocno różniły się nie tylko zawodami i pasjami, ale też charakterami. To Charlie zawsze była tą bardziej ciepłą, troskliwą i przyjacielską, ale też bardziej wrażliwą oraz ufną, pozbawioną tej gruboskórności i paranoi, które cechowała jej starszą siostrę. Niemniej jednak dobrze się uzupełniały i były sobie bliskie. Charlie bardzo kochała siostrę i często się o nią martwiła w związku z jej niebezpieczną pracą. Bała się, że mogłaby ją stracić, mimo że Vera w pewnym sensie próbowała przygotowywać rodzinę na taką ewentualność. – Czasem mnie to zdumiewa, ale i smuci, że mieszkamy razem, a jednak nie spędzamy ze sobą zbyt wiele czasu. Mimo wszystko cieszę się, że po prostu jest i nie tkwię w Londynie zupełnie sama, bez nikogo z rodziny. Nawet jeśli częściej jej nie ma – dodała.
Charlie potrzebowała obecności bliskich. Nie była stworzona do zupełnej samotności, do odcięcia się od korzeni i ruszenia własną drogą. Nie była typem silnej i niezależnej kobiety. Mogła być dorosła, mieszkać w Londynie i oddawać się swoim pasjom, ale nadal chciała być blisko z rodziną i przyjaciółmi.
- Czy ja wiem? – uniosła brwi. – Zdarza mi się czasem popełnić jakąś gafę. – Chociaż była mądrą i rozsądną osobą, o niektórych sferach życia nie miała zbyt wielkiego pojęcia. I czasem zdarzyło jej się wpaść w tarapaty, mimo że nie szukała guza. Znajomość z Anthonym tak się rozpoczęła – od czyjegoś nieprzyzwoitego żartu i cudzych frywolnych majtek przyklejonych do jej ręki wiodącej, których mężczyzna pomógł jej się pozbyć. Choć była wtedy tak zażenowana, że miała ochotę zapaść się pod ziemię i więcej stamtąd nie wychodzić.
Rzeczywiście, większość kobiet w ich wieku powinna w tym wieku mieć już pewną jasność, choć wiele jej krewniaczek i koleżanek również było samotnych, i często były to kobiety trochę od niej starsze. Może więc była dla nich nadzieja, że jeszcze kogoś znajdą i nie spędzą reszty życia jako stare panny otaczające się coraz większą gromadką kotów?
- Był naprawdę miły i ujmujący. Parę razy mi pomógł, kiedyś ja pomogłam też jemu. Może uznał, że wyłowienie mojego wianka sprawi mi przyjemność? – zastanowiła się. Nie była pewna, czym kierował się mężczyzna. Na pewno były znacznie lepsze kandydatki niż ona do wyławiania wianka. Takie, których nie musiałby się wstydzić przed rodziną. – To był Anthony Macmillan, całkiem sympatyczny facet. Och, doskonale wiem, że to nie moja liga. Ktoś z takiej rodziny nie mógłby poważniej spojrzeć na dziewczynę taką jak ja, o nieczystej krwi. Obawiałam się, żeby nie miał kłopotów za sam fakt złowienia mojego wianka. Ale wychowałam się w Kornwalii, na rodzinnych ziemiach Macmillanów, więc może to po prostu sentyment dwójki Kornwalijczyków... – wyjaśniła z uśmiechem, rumieniąc się lekko. – Nie mam pojęcia, kiedy spotkam miłość, ale kiedy będzie mi pisana zapewne sama pojawi się na mojej drodze i nie będzie miała nic wspólnego z wiankami.
Słysząc kolejne słowa Cecily uniosła wysoko brwi. Cóż, żadna z nich ewidentnie nie potrafiła łowić kawalerów, skoro wciąż były samotne. Mężczyźni nie ustawiali się też do nich w kolejce. Słowa „siedź cicho a znajdą cię” nie zawsze się sprawdzały, choć Charlie do tej pory mimowolnie funkcjonowała w zgodzie z tą zasadą. Nigdy nie próbowała się nikomu podobać ani przyciągać męskiej uwagi. Zawsze była skromna, poukładana i zajęta swoimi pasjami i nauką. Nie próbowała nikogo łowić, to nie leżało w jej naturze. Nie, ona była z tych, które czekały, aż to mężczyzna zrobi pierwszy ruch i okaże swoje zainteresowanie. Dobrze wychowanej kobiecie nie uchodziło w końcu samej biegać za mężczyznami.






Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Powrót do góry Go down
Cecily Hagrid
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6548-cecily-hagrid https://www.morsmordre.net/t6560-slepohulk https://www.morsmordre.net/t6559-piesc-hagrida https://www.morsmordre.net/f211-harley-street-1-2 https://www.morsmordre.net/t6562-skrytka-bankowa-nr-1658#167375 https://www.morsmordre.net/t6561-cecily-fallon-hagrid
Zawód : Ratownik w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
You have not lived today until you have done something for someone who can never repay you
OPCM : 6
UROKI : 11
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 18
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Skrzacie drzewo   30.11.18 18:03

Czasami myślała o sobie i Charlene jako dwóch stronach tego samego medalu. Obie oddały dużo na rzecz realizacji swoich pragnień, przez swoje usposobienie nieco odstawały od reszty, a może przede wszystkim – dla własnej rodziny miały specjalne miejsce w swych sercach. Chociaż przyjaźniły się od długiego czasu, można powiedzieć, że ta relacja została im przeznaczona jeszcze przez ich matki, to wciąż miały przed sobą wiele małych tajemnic. Nie wyjawianie ich nie miało źródła w braku zaufania do drugiej, ale zwyczajnego uznawania, że pewne sprawy przeznaczone są wyłącznie dla konkretnych par uszu. Cecily podchodziła do takich sekretów w wyrozumiały sposób, samej nie lubiąc szczególnie dzielić się własnymi troskami. Należały w końcu tylko do niej i nie widziała potrzeby obarczania swymi problemami osoby postronne. Czasami jednak zapominała o niezwykle ważnych zaletach, które niosły ze sobą zwierzenia, a o których często przypominała jej Tangwystl. Poczuciu zrozumienia i wsparciu.
-  Ech, wiem co masz na myśli. Postanowiłyśmy zamieszkać z Tangie razem żeby mieć siebie nawzajem w razie czego, ale przez to wszystko w zasadzie jedyne co robimy we dwójkę to mijanie się w drzwiach. – Westchnęła potakując ze zrozumieniem głową. – Zabawne jak bardzo przyzwyczajasz się do obecności bliskich ci osób, dopiero kiedy zaczynacie spędzać ze sobą coraz mniej czasu, uświadamiasz sobie jak bardzo ci ich brakuje. – Chyba powinna okazywać kuzynce sympatię nieco częściej. Może zacznie od posprzątania salonu, o co prosiła ją już od dwóch tygodni. O, a potem upiecze placek dyniowy!
- Ejże, pamiętaj, że masz mnie. Teraz kiedy przełamałyśmy złą passę braku spotkań powinno pójść z górki. A nawet jeśli nie znajdziemy czasu na spotkanie, Ślepohułkowi przydałoby się trochę ruchu, ostatnio chyba trochę go spasłam. -  Cily podrapała się w zastanowieniu po głowie, wspominając zaginioną w niewyjaśnionych okolicznościach paczkę zbożowych ciastek.
- Anthony mówisz? – Parsknęła cichym śmiechem, na wspomnienie małego Heatha, tak szalenie zaaferowanego obecnością jednorożców w zagrodzie. – Tak się składa, że ja również poznałam na Festiwalu niezwykle ułożonego młodego czarodzieja z Macmillanów. Niestety, z tego związku również nic nie będzie, dobra partia, ale na oko pięć lat, więc będę musiała obejść się smakiem. – Udała rozczarowanie, wykrzywiając usta w podkówkę. Jak zwykle Charlie mówiła z sensem i Hagrid nie pozostawało nic innego, niż tylko przyznawać jej w duchu rację, podziwiając jasność umysłu, oraz sensowne podejście do życia.
- Ty to masz głowę na karku! I święta racja, co ma być to będzie. Nie zamierzam czekać na mojego księcia z na białym rumaku tuż przy stajni. Niech się wysili trochę.  – Kiedy tak słuchała czasami swojego głosu, nie mogła nic poradzić i nie zastanowić się, co też ów kawaler musiałby  mieć głowie, a raczej czego by mu tam brakowało, że zechciałby spędzić z Hagrid więcej czasu niż zalecane.




Our hearts
become hearts of flesh when we learn where the outcast weeps
Powrót do góry Go down
Charlene Leighton
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-charlie https://www.morsmordre.net/f98-lavender-hill-48 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Czy to kocimiętka?
OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 23
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/35
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Skrzacie drzewo   30.11.18 21:26

Rodzina była dla Charlie bardzo istotną wartością. Przyjaźń również była bardzo ważna – dlatego miała takie wyrzuty sumienia, że przez pracę zaniedbywała zarówno rodzinne, jak i przyjacielskie więzi. Również po zakończeniu tego spotkania miała zamiar wrócić do domu i zabrać się za warzenie eliksirów na jutrzejsze spotkanie Zakonu. Było trochę specyfików, które koniecznie musiała przygotować, ale mimo to znalazła trochę czasu, by tu przybyć i spotkać się z Cecily. Chociaż tyle mogła dla niej zrobić po tych kilku tygodniach nie widywania się.
Niektóre sekrety ją bolały, zwłaszcza kiedy musiała mieć tajemnice przed ludźmi, którym ufała. Najbardziej bolało ją ukrywanie swojej przynależności do Zakonu przed siostrą, zwłaszcza gdy tak naprawdę wiedziała, że Vera przydałaby się organizacji dużo bardziej. Nie mogła jej powiedzieć, ale w końcu znalazł się ktoś, kto to zrobił i uwolnił Charlie od konieczności oszukiwania siostry.
Teraz musiała oszukiwać przyjaciółkę, ale może przyjdzie dzień, kiedy będzie już mogła powiedzieć jej prawdę o tym, że nie tylko praca zajmowała jej czas i utrudniała towarzyskie spotkania.
- Widocznie tak już wygląda codzienność osób, które mają w rodzinie łamaczy klątw – zauważyła. Z pewnością nie tylko Vera była tak zajęta, być może kuzynka Cecily również była osobą bardzo oddaną pracy. Łamanie klątw, podobnie jak bycie aurorem, było niebezpiecznym i angażującym zajęciem. Nic dziwnego, że Vera zawsze starała się dbać o to, by Charlie umiała sobie poradzić, gdyby tak jej nagle zabrakło. Choć Charlene miała nadzieję, że do tego nie dojdzie i obie doczekają spokojnej starości, choć w tych czasach podobna myśl nagle wydała jej się abstrakcyjna i nierzeczywista. Tak trudno było wybiegać myślami w przyszłość, kiedy nie wiedziało się, co przyniesie jutro. Poczuła, jak gdzieś w środku ścisnął ją żal na myśl o tym, że mogła nie doczekać stworzenia własnej rodziny, bo przynależność do Zakonu wiązała się ze zwiększonym ryzykiem.
- Nie mogę nie przyznać ci racji, choć kiedyś nie myślałam, że przyjdzie taki czas, że będziemy mieszkać razem, a jednak rozmawiać równie rzadko, jak gdyby dzieliła nas znacznie większa odległość. Czasem mam wrażenie, że mieszkam sama, i tylko leżące gdzieś jej rzeczy przypominają mi, że wcale tak nie jest, i że nawet jeśli akurat jej nie ma, to nie jestem samotna – przytaknęła ze smutkiem, choć wiedziała, że nie potrafiłaby narzucać się siostrze i zmuszać jej do swojego towarzystwa. Pozostawało wykorzystywanie tych rzadkich chwil, zwykle przypadających wieczorem lub bardzo wczesnym rankiem. Kiedy były dziećmi, a później uczennicami Hogwartu tych chwil było mimo wszystko więcej, nawet mimo faktu, że należały do różnych domów.
- Nie zapominam o tym... wbrew pozorom – dodała, lekko się rumieniąc. – Ale będę pisać częściej, obiecuję. Muszę chyba w końcu sprawić sobie własną sowę. Odkąd zdechła moja stara szkolna sowa nie zakupiłam nowej i zwykle muszę pożyczać od sąsiadki – a to nie była szczególnie praktyczna opcja, biorąc pod uwagę, że w ostatnich miesiącach często rozsyłała zamówienia eliksirowe sowią pocztą, bo nie było czasu z każdym się indywidualnie spotkać. Niemniej jednak starsza czarownica chętnie pomagała miłej i uprzejmej pannie Leighton, która odwdzięczała się jej, warząc dla niej proste medykamenty.
- Tak, właśnie tak – przytaknęła, a rumieniec na jej twarzy zwiększył się, jak zawsze, gdy myślała lub mówiła o Macmillanie, którego zwykle spotykała w niezręcznych okolicznościach. Zachichotała jednak, słysząc słowa Hagrid. – To tak jak i ja, choć tamten ma zdecydowanie więcej niż pięć lat. Niemniej jednak... bliskie znajomości ponad podziałami są możliwe tylko na kartach romantycznych powieści, bo na pewno nie w prawdziwym życiu. – Charlie nigdy nie fantazjowała o takim związku, nie marzyła o tym, by jakiś szlachcic zaszczycił ją uwagą. Była na tyle racjonalna i przyziemna, że nie traciła czasu na podobne czcze rojenia, woląc raczej snuć wyobrażenia czegoś bardziej prawdopodobnego, czyli związku z kimś ze swojej warstwy społecznej. Zwyczajnym czarodziejem takim jak ona, z którym stworzy związek taki jak ten jej rodziców. Byłby to dla niej układ idealny, gdyby mogła być tak szczęśliwa, jak jej rodzice, jednocześnie zachowując swoją pasję do alchemii, którą pewnego dnia mogłaby przybliżyć własnym dzieciom. Może wbrew swoim obawom o przyszłość kiedyś ich doczeka?
- Chyba nie jestem zbyt romantyczna – zauważyła. – Moje marzenia są raczej dość przyziemne, a ja sama nie umiem się komuś podobać. – Choć w tych czasach nawet one zdawały się urastać do rangi nierealistycznych. – Chcę po prostu być szczęśliwa i dzielić swoje szczęście z jakąś miłą pokrewną duszą. Najpierw tylko trzeba ją poznać. Może kiedyś...?
A to wbrew pozorom nie było tak łatwe, gdy się spędzało większość czasu w pracowni alchemicznej – jak nie w mungowej, to w domowej. Nie miała czasu na poszukiwanie miłości i trzymała się tej praktycznej strony życia pozbawionej uniesień.
W czasie, kiedy rozmawiały, słońce zniżało się coraz bardziej, stopniowo znikając za horyzontem, aż w końcu skryło się za nim całkiem. Dopiero wtedy Charlie zwróciła większą uwagę na brak czerwonawych promieni kładących się na trawniku i drzewach, barwiących świat na brązowawy kolor.
- Chyba zaraz będziemy mogły zapukać do skrzaciego drzewa po wino – odezwała się. Byłoby to całkiem przyjemne zwieńczenie tego dnia. Niestety wiedziała, że nie pozostało im już dzisiaj wiele wspólnego czasu, w domu czekało na nią sporo eliksirów, które musiała przygotować.






Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Powrót do góry Go down
 

Skrzacie drzewo

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Okolice :: Przedmieścia Londynu-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18