Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
lipiec, 1940
AutorWiadomość
lipiec, 1940 [odnośnik]05.05.16 23:46
Lipcowe bankiety w posiadłości Nottów cieszyły się wielką popularnością wśród szlachty, nawet tej, która niezbyt przychylnie traktowała słynny z urządzania przyjęć ród. Można było zarzucić im naprawdę wiele, można było nie darzyć szacunkiem wiekowego nestora o zadziwiająco ciemnych (jak na swój matuzalemowy wiek) włosach, ale nie można było odrzucić wykaligrafowanego zaproszenia, otwierającego drzwi do doskonałej, letniej zabawy.
Laidan pamiętała podniosłą atmosferę tych dusznych, przesyconych zapachem ciężkich perfum i wina, jeszcze z lat młodzieńczych, gdy pojawiała się w Nottinghamshire jako cnotliwa panienka, śledząca wielkimi, lazurowymi oczami dziejące się wokół niej cuda. Niezależnie, czy bal rozgrywał się w zachwycających wnętrzach Nottingham czy też pod zielonymi sklepieniami lasu Sherwood, gospodarze zawsze wyczarowywali ozdoby zapierające dech w piersiach. Widma jednorożców, złote fontanny, wirujące zimne ognie, rozświetlone baldachimy, iskrzące się brokatem posadzki - pomimo upływu lat i lekkiego zobojętnienia niegdyś wrażliwej na błyskotki Lai, pozostawała tak samo zachwycona jak wtedy, gdy stąpała niepewnie po marmurach dworu Nottów, po raz pierwszy mając na stopkach buciki na wyższym obcasie.
Podziw dla dokładnie przygotowanego wyrafinowanego przyjęcia pozostawał niezmienny, w odróżnieniu od całej reszty magii czasu. Laidan nie była już podlotkiem, ubranym w biel i tiule. Wątłe magnolie, zasadzone tuż za przestronnym tarasem, stały się pięknymi drzewami. Arystokratyczne rody gubiły swoją nieskazitelność, obyczaje ulegały rozluźnieniu a błękitna krew coraz częściej hańbiła się niegodnymi domieszkami. Tylko mężczyzna, który prowadził Laidan przez mieniące się zmianami życie, pozostawał niezmienny, i choć teraz pojawiała się na salonach u boku męża, to jej serce wyrywało się ku ojcu. Wymieniała z nim krótkie, wręcz zdawkowe uprzejmości, mijając się w tłumie gości...tylko po to, by łamać wszelkie zasady moralności w zaciszu zablokowanej zaklęciem spiżarni.
Z całego wieczoru, przepełnionego pokazami, koncertami i gwiazdami szlacheckiej socjety, błyszczącymi na firmamencie, wyraźnie zapamiętała tylko tych kradzionych kilka minut, odtwarzając je w nieskończoność, gdy wracała do Shropshire, chwiejnie pokonując marmurowe schody posiadłości. Reagan miał wrócić później a ona czekać na niego pokornie w sypialni. Udając sen. Albo śmierć. Cokolwiek, co dałoby jej możliwość uniknięcia dotyku jego szorstkich dłoni na swoim ciele, rozpalonym ojcowską bliskością. Wywołującą także i wzruszenie, na tyle silne, że nie bacząc na późną porę, kierowała swoje kroki ku pokojowi Samaela.
Rzadko kiedy omijała ich wieczorny rytuał opowieści o całym dniu, czytania książek i pocałunków w czoło; tymi drobnymi gestami odsuwała od syna strachy ciemności, upewniając go w przekonaniu o tym, że jest wspaniały i kochany najmocniej na świecie. Może i wyrósł już z wieku dziecięcego, może i przewyższał ją już wzrostem, ale dla Lai pozostawał najsłodszym owocem prawdziwego uczucia; żywym dowodem na to, że szczęście może personifikować się w osobie. Zapewne nie powinna mącić jego snu w środku nocy, ale czuła - instynkt macierzyński? - że Samael nie śpi. Nie pukała do drzwi; przekroczyła próg pewnie i zarazem mało dyskretnie: obcasy wysokich szpilek anonsowały jej przybycie jak co wieczór. I jak co wieczór siadała na brzegu szerokiego łoża, tym razem jednak nieco chwiejnie i po ciemku.
- Śpisz, kochany? - spytała cicho i zupełnie nielogicznie, przesuwając pieszczotliwie dłonią po włosach Samaela i po jego rozgrzanym snem (a może wieczorną tęsknotą?) policzku, a materiał jej wyjściowej sukni szeleścił przy każdym ruchu dłoni. Oczy, nieprzyzwyczajone do półmroku sypialni, nie wyławiały żadnego szczegółu; nie potrafiła stwierdzić, czy wybudziła dziecko z marzeń sennych czy też przerwała w niedawnej lekturze magicznej encyklopedii.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
lipiec, 1940 Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: lipiec, 1940 [odnośnik]07.05.16 11:33
Zawsze wyczekiwał letnich wakacji z oczekiwaniem, jakie prawdopodobnie nie przystawało młodzieńcowi w jego wieku. Samael jednak nie wstydził się tęsknoty za murami rodzinnego zamku, za leniwą atmosferą wspólnych śniadań, za swoją własną sypialnią, której nie musiał z nikim dzielić, za codziennym towarzystwem matki. W Hogwarcie brakowało mu jej okropnie a długie listy, jakie jej wysyłał, drobiazgowo opisując każde dwadzieścia cztery godziny bez niej, nie mogły przecież równać się jej obecności. Którą po tak długiej rozłące nie potrafił się nasycić. Wciąż było mu jej mało i nie przestawał nalegać (bo nie nazwałby tego wymuszaniem) ani proponować kolejnych spacerów po gęstych lasach otaczających ich rezydencję czy wycieczek do galerii matki, gdzie z upodobaniem mógł godzinami przypatrywać się, jak maluje owładnięta twórczym szałem. Równie chętnie towarzyszył jej, gdy udawała się do swego ulubionego projektanta. Nie nudził się zupełnie, kiedy ona przymierzała kolejne wytworne stroje, wręcz z niecierpliwością wyczekując momentu, w którym zaprezentuje mu się w eleganckiej, wieczorowej kreacji, oczekując jego sądu. Widok matki w zapierającej dech w piersiach sukni, podkreślającej jej wdzięki był mu najmilszy - zwłaszcza, iż większość niesamowicie głębokich dekoltów i subtelnych pęknięć, odsłaniających nogę, nie została przeznaczona dla jego oczu. I najpewniej nie powinien wcale oglądać Laidan w tak odważnych kreacjach, zarezerwowanych na najbardziej wystawne bankiety i Sabaty, goszczące jedynie znamienite osobistości.
Wybierając dla niej czerwoną jedwabną suknię z odkrytymi plecami, Samael ledwo nad sobą panował, wybiegając myślami jeszcze dalej - ku dopasowanej kolorem bieliźnie, jaką zapewne nałoży - i prędko przypominał sobie obmierzłe twarze swoich pryszczatych rówieśniczek, by nie zdradzić się przed matką swoimi fantazjami. Nieodpowiednimi, niegodnymi, które nawet w nim samym budziły mimowolne przerażenie. Już od kilku lat. Wcześniej jednak lękał się nawet nazywać swoje... zauroczenie (fascynację? żądzę?) po imieniu, usilnie wypierając ze swej świadomości niezaprzeczalną prawdę. Oszukiwał samego siebie, udając, iż Lai nie wzbudza w nim żadnych uczuć, poza prostą i oczywistą dziecinną miłością. Nie mógł jednak mamić się wiecznie, doskonale znając reakcje swego ciała, interpretując własne myśli, przesycone czułością zgoła nie pasującą do syna i... przetwarzając sygnały, którymi go zachęcała. Rytualne rozmowy tuż przed zaśnięciem, przelotne muśnięcia dłoni, krótkie spięcia ciała, bliski fizyczny kontakt, nieuchylanie się przed pocałunkami i wręcz lgnięcie w kierunku jego ramion - młodzieniec był bardziej niż skonfundowany i oszołomiony. Jej przyzwoleniem. Przychylnością. Zaproszeniem.
Naga sylwetka Laidan odbijająca się w ogromnym lustrze w złoconej ramie, otwarte na oścież drzwi łazienki, ich wzrok krzyżujący się w szklanej tafli, jej delikatny uśmiech - dzieło przypadku? Mógłby w to uwierzyć, ale ona nie pozwoliła mu zapomnieć. Nachylając się nad nim i całując go w czoło (nieświadomie?) eksponowała piersi, a Samael, zamiast spokojnie śnić, przeżywał niespokojną noc, zwalczając własne podniecenie. Boleśnie niepoprawne, grzeszne i straszne.
Uniemożliwiające mu skupienie się na lekturze; linijki tańczyły mu przed oczami, kilkakrotnie wracał do czytania tego samego zdania, nie wynosząc z kolejnych słów żadnej treści. Z rezygnacją odkładał książkę, przygaszając światło i pogrążając się w wyuzdanych fantazjach, przejmujących go dreszczami. Poczucia winy, które jednak okazywało się słabsze od pożądania, dłoń młodzieńca niespokojnie drgała na udzie, kiedy wewnętrzną rozterkę (już rozstrzygniętą?) przerywał znajomy stukot obcasów. Kojący?
Obrócił się na bok, przymykając powieki i z rozkoszą przyjmując ciepłą pieszczotę. Matczyną, której poprawność znikała, kiedy Samael rozchylał oczy, w ciemnościach rozpoznając jej łagodne, piękne rysy i drobną postać w tej sukni. Młodzieniec oblizał spierzchnięte usta, lekko kręcąc głową i podnosząc się nieco na posłaniu.
- Czekałem aż wrócisz - odparł przytomnie, szukając jakichś niepokojących oznak, z powodu których szybciej wymknęła się z bankietu - dobrze się bawiłaś? - spytał lekko, ale badawczo, wyczuwając w oddechu matki alkoholową nutę. Wręcz podsycającą jego n a s t o l e t n i ą żądzę.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.


Ostatnio zmieniony przez Samael Avery dnia 07.05.16 14:04, w całości zmieniany 1 raz
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: lipiec, 1940 [odnośnik]07.05.16 13:42
Wypite wino szumiało jej w głowie, odtwarzając w nieskończoność nie tylko dźwięki leciutkich, ulotnych walców, ale i tembr głosu ojca, gdy pochylał się nad nią wśród tłumu, szeptem nakazując opuszczenie sali balowej. Na samo wspomnienie, jeszcze żywe w jej rozgrzanym ciele, odkryte plecy pokrywały się gęsią skórką. Była wstawiona, była absurdalnie zmęczona, była rozkołysana przyjemnością letniego wieczoru, ale nawet w stanie tak egoistycznego skupienia na swoich odczuciach myślała także i o swoim synu. Ukochanym dziecku, w którym coraz częściej dostrzegała młodzieńca, lecz te krótkie przebłyski ciągle należały do rzadkości. Widziała w nim przecież słodkiego chłopca o jasnych oczach i ciemnych włosach, sięgającego pulchną rączką do jej złotych loków, zaciskającego drobne paluszki na jej dłoni i stawiającego pierwsze kroki na marmurowych schodach tarasu, boleśnie tłukąc sobie kolano. Nie płakał - po prostu podnosił zasmuconą twarz w stronę matki, czekając na jej reakcję, bardziej ciekawy niż zrozpaczony nagłym niepowodzeniem. Te kształtowały charakter, dlatego też pozwalała mu na wiele, nie ograniczając jego wolności. Najchętniej zamknęłaby go pod kloszem, nie pozwalając, by stała mu się jakakolwiek krzywda, ale zdrowy rozsądek Marcolfa nie pozwolił Laidan na uczynienie z Samaela rozpieszczonego książątka. Mimo wszystko starała się jednak łagodzić ostre wychowanie dziadka i gdy tylko mogła, kradła syna dla siebie, obdarzając go matczynymi czułościami. Nieco bardziej dystyngowanymi niż przed laty, krępowały ją przecież obyczaje i wiek niemalże męski, w jaki wchodził Sam. Starała się nie zasypywać go nachalną bliskością, lecz każdy długi list i uścisk po tygodniach szkolnej tęsknoty upewniał ją co do słuszności swojego zachowania.
Nie miała więc oporów, by korzystać z uroków wakacji, próbując nacieszyć się towarzystwem ukochanego dziecka na zapas, na te długie, chłodne jesienne wieczory, zimowe popołudnia i rześkie wiosenne poranki, kiedy to brakowało jej pierworodnego tuż obok, gotowego posłać jej najpiękniejszy uśmiech, zagrać najlepszą sonatę lub po prostu uścisnąć mocną dłonią jej drobne palce. Tylko w czasie lata mogła mieć go tak blisko, jak teraz, gdy siedziała na jego łóżku, nie odsuwając dłoni z jego ciepłego czoła. Z zadowoleniem przyjęła jego pobudzenie.
- Niepotrzebnie, kochany, niepotrzebnie. Musisz się wyspać, jutro Marcolf zabiera cię na polowanie - powiedziała nieco zatroskanym tonem, gładząc go chłodnymi palcami po głowie. W półmroku jego oczy błyszczały niezdrowo, lecz Laidan była zbyt rozkołysana, by zamartwiać się ewentualną chorobą. Uśmiechnęła się tylko szeroko, radośnie, niewidocznie - ciągle nie zapaliła lampki nocnej - i pochyliła się nad Samaelem, w przypływie nagłej czułości całując go w usta. Przelotnie, szybko, ot, matczyny całus na dobranoc; wilgotne od wina wargi muskające te spierzchnięte od snu. - Było wspaniale - wyszeptała, jakby zdradzała mu największy sekret, po czym zachichotała gdzieś w jego szyję, prostując się powoli. - Co nie oznacza, że możesz lubić Nottów. Przynajmniej nie oficjalnie, dziadek byłby niezadowolony - dodała z westchnieniem, sięgając do spinki, podtrzymującej włosy w nienagannym koku. Zdjęła ją płynnym gestem, a przesycone zapachem wina, seksu i letniego wieczoru kosmyki opadły na odsłonięte ramiona. - I na pewno nie pozwoliłby na narzeczeństwo z żadną z ich ślicznych panienek - dodała żartobliwie, wręcz filuternie, schylając się nieco, by zsunąć ze stóp wysokie szpilki.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
lipiec, 1940 Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: lipiec, 1940 [odnośnik]07.05.16 17:25
Nie odczuwał przykrości z powodu swojego stopniowego wkraczania w dorosłość. Inicjacja nie jawiła mu się jako coś przerażającego, była wręcz wyczekiwana z szybkim biciem serca i ogromnymi nadziejami. Każdy kolejny etap swego dojrzewania przyjmował zupełnie naturalnie, nie mając najmniejszych problemów, aby odnaleźć się w nowym świecie i przywyknąć do stawianych przed nim wymagań. Nawet, jeśli zmieniały się prędko i były coraz większe. Nie tracił przecież zupełnie nic a dodatkowe obowiązki uważał za zaszczyt, pomimo tego że wiązały się z ciężką pracą, aby zdołał sprostać oczekiwaniom dziadka. Samaelowi pochlebiało jednak jego zaufanie i robił wszystko, żeby Marcolf był z niego zadowolony. Przejście spod pieczy matki pod protekcję dziadka (nie dziwiło go zupełnie, iż to nie Reagan roztoczył nad nim nadzór) obyło się bez sytuacji dramatycznych. Nie rozpaczał wtedy zupełnie, rozumiejąc konieczność owej zmiany, a ponadto miał dziecinną pewność, że Laidan nigdy nie pozwoli na ich separację. Pomijając oczywiście wyrządzenie jakiejkolwiek trwałej krzywdy; zarówno w matce, jak i w dziadku dostrzegał swoje największe autorytety, i zawierzał im bezwzględnie, bez żadnych zastrzeżeń. Nieważne, czego dotyczyły wątpliwości chłopca. Mimo śmiesznego wewnętrznego buntu, z jakim czasem przyjmował polecenia starszych, pojmował, że i Laidan, i Marcolf chcą dla niego tego, co najlepsze.
Z ulgą jednak przyjmował wakacyjne rozluźnienie, kiedy następowała momentalna dyspensa na wszystkie przyjemności a czas spędzany z matką był czasem dla nich, nie zaś kolejnymi godzinami lekcyjnymi, przemyconymi w przyjemniejszej postaci.
Szczególnie prowokującej zmysły Samaela, kiedy spotykali się wieczorami i powtarzali utarty schemat dobranocnych opowiastek. Chociaż wyrósł już z wieku dziecięcego, uwielbiał jej głos, opowiadający mu historie - niegdyś snuła mu baśnie, wymyślane na poczekaniu specjalnie dla niego, obecnie rozprawiała o renesansowych artystach, unikatowych dziełach sztuki i mecenacie, jaki roztaczała nad obiecującymi artystami. Młodzieniec chłonął każde jej słowo z zadziwiającym zainteresowaniem. Ogniskującym się na jej mlecznobiałych udach, doskonale widocznych spod jedwabnej i bardzo kusej nocnej koszuli. Mimo że jej obecny strój zasłaniał znacznie więcej, Samael był równie (jeśli nie bardziej) rozochocony niż zazwyczaj. Laidan nie zdążyła wprawdzie mu przerwać, jednakowoż emocje jeszcze nie opadły i młodzieniec z sercem w gardle starał się przywoływać obrazy najokropniejsze, najbardziej makabryczne, byle tylko nie myśleć o n i e j. Na próżno: jej złote loki wyrwane z eleganckiego upięcia łaskotały mu twarz, zapach perfum uderzał do głowy, gładkie dłonie czule dotykały jego policzka... a słodkie, smakujące winem wargi całowały jego usta. Niezobowiązująco, z rodzicielską czułością, która krzywdziła go jeszcze bardziej, rozbudzając do granic wszelkich możliwości.
- Nie mógłbym zasnąć - odparł cicho, chcąc odsunąć od niej niepokoje a zarazem... zasygnalizować swoją tęsknotę. Nagie ciało rozpalone pożądaniem pokryło się dreszczami, Samael wstydliwie podciągnął kołdrę wyżej, aby w zasięgu jej wzroku (przyzwyczajonego już do panującego w sypialni mroku?) nie pozostało nic ponad jego klatką piersiową i twarzą, pokrywającą się zdradliwym rumieńcem na samo wspomnienie o - przecież i tak wyimaginowanych - zaręczynach.
- Jesteś zmęczona? - spytał, obserwując, jak zdejmuje niebotycznie wysokie szpilki. Instynktownie przesuwając się w bok wielkiego łoża, jakby sugerując, że może położyć się przy nim i spokojnie zasnąć, a on otoczy ją swoją opieką, jak niegdyś ona otulała go swymi ramionami. Chwilowa panika, zawstydzenie swoją nagością ustąpiły zupełnie: przecież była jego matką, nie mieli przed sobą żadnych tajemnic. Prócz tej jednej.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: lipiec, 1940 [odnośnik]07.05.16 18:45
Pachniał inaczej, niż zwykle, niż kiedyś, przed laty, gdy mieścił się na jej rękach a ona mogła objąć jego główkę dłońmi i całować go po arystokratycznie zmarszczonym nosku. Ktoś mógłby sądzić, że upływ czasu jest dla Laidan niezwykle istotny i zauważalny: w końcu była kobietą, a przedstawicielki słabszej krwi z niepokojem śledziły kolejne ruchy wskazówek, przybliżające je do urodowej śmierci. Avery owszem, zerkała w stronę wyrzeźbionego w magicznym drzewie zegara, ale nie obawiała się kolejnego kuranta, ogłaszającego mijający rok. Szczęśliwi czasu nie liczą, a Lai - mimo ciężaru nieszczęśliwego małżeństwa, spoczywającego na jej szczuplutkich barkach - uważała się za absolutnie szczęśliwą. Miała cudownego, pierworodnego syna, prawowitego dziedzica Averych, miniaturową kopię swojego ojca; miała Marcolfa, zachwycającego ją z każdym dniem coraz bardziej; miała własną galerię, powoli przebijającą się do pierwszej ligi anglosaskiej socjety miłośników sztuki. Nie mogła prosić o więcej. Cieszyła się każdą chwilą, a te, spędzane w towarzystwie Samaela, należały do jej ulubionych. Wiedziała, że dziadkowi niezbyt podobała się ta zażyłość, że zbytnie czułości, jakimi obdarowywała ich syna uznawał za psujące męski charakter i że najchętniej trenowałby Sama jak w starożytnej Sparcie, ale...nie myślała w tej chwili o ojcowskim niezadowoleniu. Liczyło się tylko ciepłe ciało jej chłopca, pachnące już nie dziecięca słodyczą a intensywną, nieco gorzką wonią młodości. Potem, snem, drżącymi mięśniami i jakimś równie niestałym niepokojem, jakby wyrwała go z męczącego koszmaru, oblepiającego go sidłami strachu. Jej serce znów zabiło szybciej z całkowicie platonicznego wzruszenia i ucałowała go ponownie, tłumiąc cichy śmiech tym razem tuż przy jego uchu. Szpilki opadły bezwładnie na podłogę a Laidan wyprostowała bose stopy, z wyraźną rozkoszą wypisaną na twarzy przesuwając obolałymi nogami po miękkim futrze dywanu. Przetańczyła całą noc, ale to utrzymanie równowagi na niebotycznie wysokich obcasach podczas mocnych pchnięć Marcolfa okazało się najtrudniejszym punktem wieczoru - i jednocześnie punktem najrozkoszniejszym. Odruchowo, nieco nieprzytomnie przesunęła dłonią wysoko po swoim udzie, chcąc upewnić się, czy faktycznie założyła ponownie koronkową bieliznę. Nie potrafiła przypomnieć sobie jakim cudem powróciła na salę balową nie przewracając się po drodze i jak mogła tańczyć ze swoim mężem, ciągle mając na języku smak innego mężczyzny. Perfekcyjna maska spisywała się bez zarzutu w każdej ekstremalnej sytuacji; ściągała ją jednak teraz, rozkołysana winem i zmęczeniem, zupełnie nieskrępowana nagością syna.
- Dlaczego nie mógłbyś? Męczą cię koszmary? - spytała troskliwie, wpatrując się w półmroku w jego szyję i klatkę piersiową; umięśnioną, szeroką i obcą. W zamyśleniu przesunęła po niej palcem, zastanawiając się, kiedy z jej drobnego synka o figurze wychudzonego kuguchara zmienił się w młodego mężczyznę. Znów zaśmiała się cicho - naprawdę, nie pamiętała także kiego ostatnio była aż tak wstawiona - nawet nie zauważając przesuwającego się nieco dalej Samaela. - Umieram ze zmęczenia. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak doskonale się bawiłam - wymruczała coraz mniej przytomnie i sensownie, po czym zamarła na chwilę w bezruchu, jakby się nad czymś zastanawiając. Kilka sekund później ściągała z ramion elegancką etolę i wsunęła się na łóżko tuż obok bruneta, opierając głowę na jego ramieniu i ukrywając twarz w zagłębieniu szyi. Tu pachniał intensywniej, ostrzej, prawie jak Marcolf i to porównanie wywołało na jej odkrytych ramionach gęsią skórkę. Przygryzła usta, wtulając się w rozgrzane ciało syna całą wychłodzoną alkoholem i wieczornym spacerem sobą. - Nie podjąłeś tematu narzeczeństwa. Czy mi się wydaje, czy czujesz się nim skrępowany? - spytała z wyraźnym rozbawieniem w głosie, otwierając oczy. Przyzwyczaiły się już do panującego w sypialni półmroku i z tej odległości mogła wyraźnie widzieć ostre rysy jego twarzy i roziskrzone spojrzenie błyszczących oczu. Uśmiechnęła się lekko, nawet nie zastanawiając się nad tym, dlaczego brnęła w kwestie tak prywatne jak posiadanie sympatii. Może dlatego, że pod osłoną wieczoru nikt nie mógłby im przeszkodzić nachalnymi pytaniami i komentarzami? A może dlatego, że mogła ukryć irracjonalną zazdrość, kiełkującą gdzieś w jej sercu na samą myśl o tym, że w Hogwarcie jej syn prowadzi ją z jakąś młodą ślicznotką?



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
lipiec, 1940 Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: lipiec, 1940 [odnośnik]07.05.16 21:27
Wiedział, że jest ważny. Wszyscy krewni darzyli go wręcz niespotykaną uwagą, nigdy nie pozostawiano go wyłącznie pod opieką niańki, zawsze trwał przy nim ktoś, kto rozumiał olbrzymią wagę sprawowania pieczy nad małym paniczątkiem. Był rozkosznym dzieckiem o anielskim uśmiechu i słodkiej buźce, bez trudu zyskując sobie serce nawet najbardziej zatwardziałego lorda, który przybywał w odwiedziny do jego rodziców. Małomówny, lecz roztropny brzdąc z łatwością manipulował wszystkimi domownikami.
Prócz Marcolfa. Dziadek jako jedyny opierał się jego sztuczkom, choć również wykazał nim zainteresowanie jeszcze zanim wyrósł z pieluszek i mógł być kształtowany według jego zasad. Samael pamiętał niewyraźne urywki wspomnień, zatarte klisze i krótkie przebłyski, jak siedział na kolanach dziadka i bez najmniejszego strachu ciągnął go za brodę, a ten zaśmiewał się tubalnie. Rzecz niesłychana, póki dziecko było w kołysce zazwyczaj zostawiano je na wychowanie kobietom, zapominając o nim na kolejne kilka lat, by dopiero po ich upływie zacząć wybudzać z chłopca męskie pierwiastki. Twardym, niemalże wojskowym chowem. Młodzieniec szybko przyzwyczaił się do rygoru i dyscypliny, podporządkowując się Słowu Marcolfa bez najmniejszego sprzeciwu - doskonale świadomy, iż jest pupilem dziadka, który mimo że trzymał go krótko, zrobiłby dla niego wszystko. Oparcie w matce również podtrzymywało Samaela na duchu; rozpieszczała go zawsze (w granicach zdrowego rozsądku i... możliwości, nakreślanych przez swojego ojca), spełniając zachcianki i przekonując, że jest najmądrzejszy, najsilniejszy, najładniejszy. Po prostu: n a j l e p s z y. Chłopiec wierzył matce, przekonany, że nigdy by go nie okłamała - dziadek zresztą potwierdzał jej opinię. Wylewne pochwały zastępując oszczędnymi, lakonicznymi słowami, lecz Avery pojmował przekaz. Był wyjątkowy.
Świadomość własnej wartości (niezmierzonej) zepsuła go bardziej niż rozpuszczanie przez matkę, ale nigdy nie okazał braku szacunku wobec dziadka czy swoich rodziców. Marcolfa traktował jak swego ojca a Laidan była dal niego królową. Obiektem kultu, lecz wcale nie oznaczało to jego zniewieścienia, wręcz przeciwnie, dziadek aprobował jego rycerskie zachowanie względem matki. Na szczęście nie wiedział do końca, czym jest ono podyktowane. Samael obawiał się okropnie, że któregoś dnia prawda wyjdzie na jaw, że nie będzie dostatecznie ostrożny i ktoś odkryje jego... fascynację, po czym wyda go Lai. Lęki nie przeszkadzały jednakże w spędzaniu z nią najrozkoszniejszych godzin, w wyrwanych minutach, kiedy po prostu ją do siebie przytulał, mogąc przez chwilę pooddychać jej cudownym zapachem. Tyle wystarczyło mu do prostego szczęścia, tyle wystarczyło do podniecenia - wraz z delikatną wonią jej perfum wizualizował sobie jej ciało, gładką skórę, falujące loki, przeszywające granatem uwodzicielskie spojrzenie. Tak patrzyła na niego teraz, napierając na niego i znajdując się coraz bliżej. Zupełnie nieświadoma, co właśnie działo się z Samaelem, starającym się za wszelką cenę uspokoić wzburzone myśli i zapanować nad reakcjami własnego ciała.
- Nie - odrzekł powoli, kręcąc lekko głową, w panice usiłując uciec przed dotykającą go dłonią Laidan. Była pijana, ale przecież nie mógł ryzykować, że c o ś się stanie - chciałem się upewnić, że bezpiecznie wrócisz do domu - wyjaśnił, ze ściśniętym gardłem, czując, jak głoski opornie formują się w logiczne wypowiedzenie. Językiem władał jeszcze sprawnie, lecz musiał się już poddać, kapitulując przed młodzieńczym wigorem, rozbuchanym testosteronem i rozbudzonym do reszty. Chwilową pieszczotą, jej ustami tuż przy jego szyi, bliskością niemoralną i zakazaną. Nie protestował jednak wcale, gdy zsuwała etolę i wślizgiwała się do jego łoża, mocno się wtulając - zanieść cię do twojej sypialni? - spytał cicho - czy... wolisz spać tutaj? Będę wtedy czuwał - zaproponował nieśmiało, unikając jej wzroku, jakby mogła z niego wyczytać wszystkie emocje, jakie nim teraz targały. Zaczynające się i kończące na palącej żądzy, domagającej się natychmiastowego spełnienia.
- Poślubię pannę, jaką mi przeznaczycie - wymamrotał, skupiony na unikaniu dotykania jej ciała, co okazywało się piekielnie trudne - albo Lai świetnie niweczyła jego wysiłki, poruszając się za każdym razem, gdy i on zmieniał pozycję, aby się od niej odciąć - ale nie będzie mi droga. Nie mogę kochać dwóch kobiet - dodał, prostolinijnie spoglądając w jej granatowe oczu, uśmiechając się z wyraźnym wysiłkiem i z ulgą przestając tłumić instynkt. Przy jej obecności, czując jej słodki oddech na karku, ciało przy swoim ciele, była to syzyfowa praca.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: lipiec, 1940 [odnośnik]08.05.16 19:01
Urocze słowa Samaela - czyż nie był słodki? - znów sprawiły, że Laidan zachichotała perliście, jeszcze mocniej wtulając twarz w ciepłe zagłębienie szyi. Przez sekundę miała irracjonalną chęć wgryzienia się w jego ciepłą, aksamitną skórę; przesunęła nawet po niej lśniącymi zębami, lecz w ostatniej chwili powstrzymała się od takiej typowo matczynej chęci zjedzenia swojego słodkiego dziecka żywcem. - Och, mój mały dżentelmen. Doskonale cię wychowaliśmy - stwierdziła z wyraźną dumą i jednocześnie leciutkim rozbawieniem, jakby bohaterskie wyznanie Sama mile połechtało jej ego i zarazem wydało się jej odrobinę przesadne w odniesieniu do sytuacji. - Jesteś rozkoszny - dodała, lecz czy taki właśnie komplement chciał usłyszeć od kobiety? Rozkosznymi Lai nazywała przecież dzieci, czasem i rasowe szczenięta, łaszące się do nóg z poddańczym rozkochaniem błyszczących w wielkich ślepiach. Nie obrzucała jednak Samaela wyrafinowanymi komplementami, nie myślała nad tym, jak mogą zostać odebrane jej słowa, nie próbowała przemycić w śpiewnych głoskach drugiego dna. Czuła się przy nim absolutnie swobodnie, pewnie: stanowił przecież nierozerwalną część jej ciała i umysłu. Przez dziewięć długich miesięcy nosiła go pod sercem, z szaleńczą radością przyjmując jego pierwsze ruchy. Wiercił się nieustannie, pełen życia i energii, w końcu zwiastując swoje przybycie na ten świat głośnym krzykiem, milszym umęczonej Laidan od wszelkich arii operowych i najwspanialszych utworów Beethovena. W tej krótkiej chwili, gdy po raz pierwszy trzymała na rękach zakrwawione ciałko, instynktownie uspokajające się po przytuleniu do piersi, zapomniała o cierpieniach porodu, o niepokoju związanym z bliskością genów, mogących uczynić z niemowlęcia potwora, o strachu przed odpowiedzialnością za pierworodnego syna. Umierała, ale umierała ze szczęścia, widząc w tym drobnym człowieczku uosobienie wszystkiego, co kochała. Poruszającej serce muzyki, zachwycającej sztuki, monumentalnej architektury, drżących arii operowych, temperamentu, siły, nadziei a przede wszystkim Marcolfa, którego podobizna odbijała się w każdym calu wizerunku Samaela.
Oprócz oczu, te odziedziczył w pełni po niej. Magnetyzująco niebieskie, w kształcie migdała, w ciemnej oprawie długich, gęstych rzęs, mieniących się na końcach złotem. Próbowała spojrzeć w nie teraz w półmroku, lecz mogła odbierać tylko nikłe ich iskrzenie. Noc nie pozwalała na zachwyt intensywną barwą ani na odczytanie prawdziwych intencji, kryjących się w rozszerzonych źrenicach. W świetle dnia potrafiła jednym spojrzeniem zrozumieć, co kryje się w umyśle syna. Czy jest strapiony, niespokojny czy szczęśliwy. Późna godzina odebrała jej tą możliwość, na równi z winem, pozbawiającym ją jakichkolwiek zachowawczych hamulców. I nie chodziło o przyzwoitość, raczej o przestrzeganie zasad Marcolfa, który zapewne skrzywiłby się z pogardą, wiedząc, jak wielką czułością Laidan obdarza już na wpół dorosłego syna.
Ale...nie widział tego i Lai nie musiała się krygować, pozwalając buzującemu w żyłach winu rozluźnić obyczaje. Ponownie przesunęła dłonią po jego barku i klatce piersiowej, badając ciepłą fakturę mięśni. Chłodne palce zatrzymały się dopiero na brzuchu i drgnęły jakoś dziwnie nerwowo, gdy przytulała się do niego jeszcze mocniej a jej drobnym ciałem wstrząsała kolejna porcja tłumionego śmiechu. - Nie musisz czuwać, nic złego nie może mnie spotkać w naszym domu - odparła po chwili cicho i miękko a dłoń znów zaczęła nieśpiesznie gładzić naprężone mięśnie brzucha. - Wydajesz się spięty. Dlaczego? - spytała zmartwiona, bez udawanej kokieterii, owiewając gorącym oddechem jego szyję. Nie musiała odpowiadać na retoryczne pytanie: chciała zostać tutaj, przy nim, jak wtedy, gdy zasypiała przy nim tuż po tym, kiedy budził się z przerażającego koszmaru, a ona tuliła go do piersi, gładząc uspokajająco po głowie. Teraz wydawało się do odwrócone i wręcz karykaturalne; to ona tuliła się do jego ciała, szukając spokoju i ochrony przed tym, co miał jej zagwarantować Reagan. Miała nadzieję, że pofolguje sobie z dyplomatycznymi przyjaciółmi i nawet nie zauważy jej nieobecności w małżeńskim łożu, gdzie zawsze czuła się nieszczęśliwa. Tutaj, w chłopięcych pościelach swojego syna, oddychała swobodniej, lżej, zupełnie nieskrępowana jego nagością i swoim podchmieleniem.
- Dwóch? Czyżbyś miał na oku jakąś cudowną pannę i nic mi o niej nie powiedział? Żądam naprawienia tego błędu. Opowiedz mi o niej - poprosiła odrobinę poruszona możliwością poznania ewentualnej rywalki. Dłoń Laidan w końcu spoczęła na jego udzie a policzek tuż przy jego obojczyku, natomiast palce wolnej dłoni niewygodnie sięgnęły do tyłu, rozpinając złotą klamrę sukni. Zsunęła się nieco z ramion, pozwalając Lai na wygodniejsze ułożenie się tuż obok syna. Naga skóra tuż obok nagiej skóry.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
lipiec, 1940 Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: lipiec, 1940 [odnośnik]08.05.16 20:23
Nie znał innego rodzaju miłości. Bliskość, jakiej doświadczał od Laidan była dla chłopca zupełnie naturalna, oczywista, normalna. Dziwił się, że jego koledzy separują się od swoich matek, że nie szukają w ich ramionach uspokojenia, że nie spowiadają się im szczerze z każdego najdrobniejszego uczynku. Samael mimo surowego wychowania wymagającego dziadka, pozostawał wrażliwy i ciągle łaknący rodzicielskiej czułości. Tę mogła zapewnić mu wyłącznie matka, stawiająca go w centrum swojego wszechświata, kochająca ponad wszystko, wyrozumiała, najdroższa jego sercu. Nie dbał nawet o zachowanie pozorów wzajemnej obojętności, nie miał żadnych oporów przed przylgnięciem do jej ciała po dziesięciomiesięcznej rozłące, nie wstydził się muśnięcia ustami jej policzka ani trzymania jej za rękę. Zażyłość z Laidan była jego dumą; każdy gest, każda czułostka, przekraczająca pewien zdrowy kontakt sprawiała, iż mężniał coraz bardziej. Nie czuł się chłopaczkiem a młodzianem, a kiedy ściskał jej dłoń i patrzył na nią z góry - jak to się stało, że przerósł ją o głowę? - rozpierała go najczystsza radość. Miał wszystko, czego tylko chciał, miał przeogromne szczęście - miał Laidan. Nie zamieniłby jej nawet na Helenę Trojańską, ale dzięki zadziwiającej analogii, rozumiał już istotę największego konfliktu, jaki wstrząsnął starożytnym światem. Wojny, toczonej o kobietę. Nie była pretekstem, była przyczyną, dokładnie tak, jak Lai stawała się powodem bezsenności Sama.
Jego jednak nikt nie próbował nawet ostrzec, kiedy wraz z upływem kolejnych tygodni i miesięcy, coraz bardziej ulegał jej czarowi. Najprostszemu. Jej łagodny uśmiech wywoływał dzikie wibracje jego serca, a głębokie spojrzenie spod rzęs wystarczyło, by wytrącić go z równowagi na dobre. Wstrzymywał oddech za każdym razem, kiedy przypadkowo go dotykała a gdy jej ciało ocierało się o niego, był diabelnie pewny, że oszaleje i zaraz eksploduje z pożądania. Ekstremalna bliskość podsycała jego zmysły, (czasami) (nie)jednoznaczne słowa Lai potęgowały nakręcenie... Fantastycznym wizjom bliżej było jednak do ohydnych wręcz obrazów fizycznej miłości, brudnej, plugawej, cielesnej. Zero wzniosłego uczucia, choć wynosił matkę na ołtarze, to w takich chwilach potrafił myśleć jedynie o obiecującym spełnieniu, parującej gorącem skórze, ciałach złączonych w ostrych paroksyzmach rozkosznych drgań. Bluźnierczo.
Spotykał się jeszcze z wewnętrznym sprzeciwem, bolesnym, jakby to jego własna dusza rozdzierała się na dwoje. Walka wizjonera z pospolitym prostaczkiem, nie potrafiącym pojąć wielkości doznania. Samael spierał się, wypierał, opierał i toczył zaciekłe boje, niejednokrotnie zmieniając strony i bijąc się przeciwko sobie. Moralna dychotomia przygniatała go i doprowadzała do schizofrenicznego rozdygotania - w odpowiednim momencie nadchodził jednak kojący relatywizm, usprawiedliwiający jego miłość. Bo przecież ją kochał. A to uprawomocniało jego sądy.
Nawet, jeśli uważała go za dziecko. Wyrósł z chłopięctwa, ale doskonale zdawał sobie sprawę, iż w jej oczach wciąż pozostaje malutkim chłopczykiem o wielkich granatowych oczach, ufnie obejmującym ją za szyję. Nie mógł jej za to winić, lecz... chciał to zmienić, udowadniając jej swą męskość. Zmusił się więc do uśmiechu, ale już przekornie - ośmielony jej zachętą, czy wyraźnym alkoholowym otumanieniem? - przytulił się do niej, pozwalając, by poczuła bliżej jego twarde ciało. Zupełnie nagie, ale przecież i ten etap mieli już za sobą. Nowe były jednak pieszczoty, odbiegające od stereotypu matki, usypiającej swego pierworodnego słodką kołysanką i pocałunkiem w czubek noska. Jeszcze nigdy nie doświadczył t a k i e g o dotyku, gwałtownie zachłysnął się powietrzem, które z sykiem wydostało się spomiędzy zaciśniętych warg. Kurczowo, by przypadkiem nie wydobył się z nich również cichy jęk z powstrzymywanej przyjemności.
- Nie, kiedy jesteś ze mną - zapewnił, wdychając zapach jej włosów, przesyconych n i ą oraz dziwną, nieznajomą wonią. Tworzącą kompozycję pozbawiającą go zdrowych zmysłów. Czy już powinien to przerwać? - nieprawda - zaprzeczył, zamykając oczy, gdy poczuł ciepły oddech, pieszczący jego szyję. Doznanie równające się zapewne pocałunkowi, lecz tysiąc razy bardziej dosadne, kiedy jej usta dzieliły zaledwie milimetry od jego skóry, skraplającej się czystym pożądaniem.
- Zna mnie najlepiej - zdradził cicho, zmysłowo, podpowiadając Lai najbardziej, jak tylko mógł. Jej dłoń na jego udzie również udzielała mu wskazówki, ale Samael uparcie ignorował wołanie swojego ciała. Nie mógł, nie teraz, nie tutaj, nie przy niej. Nie, kiedy zsuwała z siebie suknię, pozostawiając odkryte ramiona. Nie, gdy usłużnie pomagał jej całkowicie zdjąć z siebie odzienie.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: lipiec, 1940 [odnośnik]09.05.16 19:26
Bliskość Samaela działała na nią kojąco, kołysząc ją łagodnie do snu. Oddech spowalniał, szkarłatne rumieńce, zalewające jej policzki i odkrytą szyję, bladły, a nerwowe, pijackie ruchy ciała ulegały spowolnieniu. Wystarczyło, by poczuła jego ciepłe ciało obok swojego, by znów poczuła się bezpiecznie i swobodnie. Sztywny gorset równie sztywnych obyczajów rozluźnił się, pozwalając jej w pełni być sobą. Z rozpuszczonymi włosami, nieco rozmazanym makijażem i z całą matczyną czułością, jaka wypełniała jej serce, gdy tuż obok niej, na wyciągnięcie drżącej dłoni, spoczywał ukochany syn. Największe dzieło życia, magnum opus, zachwycający obraz silnej miłości. Cały i zdrowy, silny i mądry, idealny w każdym calu rozgrzanego ciała, parzącego zmarzniętą skórę Laidan.
Intensywne wspomnienia bankietu rozmyły się całkowicie, pozostawiając po sobie jedynie gorzki smak na języku i rozkoszne drżenie zmęczonych mięśni. Gdzieś w tle migotały jej kolorowe suknie panien, pękate kieliszki wina - wiele można było zarzucić szaleńczym Nottom, ale z pewnością nie braku umiejętności sommelierskich - i złoty żyrandol, wiszący nad tańczącym tłumem, ale jedynym obrazem, na stałe wyrytym w umyśle, był ten przedstawiający surową twarz Marcolfa. Nie poruszoną, nie uśmiechniętą, nie łagodną: to ten ostry i poniekąd obojętny wyraz, jakim obdarzał ją wśród wszystkich, gdy występowali na scenie życia przed nieświadomym tłumem, rozpalał Laidan najmocniej. Sekret, tajemnica, jej słodki ciężar tuż przy sercu, osładzający trud pulsującej tęsknotą rozłąki: mogła cierpieć prawdziwe katusze, odseparowana od ojca, ale gdy przychodził czas spotkania, nie wyobrażała sobie rozkoszniejszej nagrody. Jednocześnie zaspokajającej wręcz prymitywny głód jak i nasilającej pragnienie; zaprzeczająca sobie dychotomia, sprawiająca, że oczy Lai lśniły pomimo zmęczenia.
Była przecież szczęśliwa; czuła to w każdym centymetrze swojego ciała, kołysanego powoli do snu ochrypłym szeptem Samaela - kiedyż to jego słodki, dziecięcy głos zmienił się w niski tembr, bliski w pełni męskiemu pomrukowi? - i jego ciepłym oddechem, owiewającym jej twarz. Oddechem dość spazmatycznym, lecz słodkie wino nie pozwalało Lai na połączenie kropek w niepokojąco niemoralny obraz. Pozostawała nieświadoma swego wpływu na syna, bez skrępowania przyjmując oczywistą bliskość. Słowa bruneta nie ociekały przecież dwuznacznością, będąc prostym, szczerym wyznaniem. W ten sposób okazywał jej szacunek, przestrzegając najważniejszej zasady, ustawiającej rodziców ponad innych i nakazującej im niemalże boski szacunek. Laidan źle czuła się jednak na cokole - przynajmniej w kontakcie ze sowim ukochanym chłopcem - i wolała zstąpić na ziemię, do ciepłego łóżka, ciepłego ciała syna, do ciepłego oddechu, łaskoczącego ją w szyję. Powoli przesunęła policzkiem po jego policzku, z lekkim, sennym zdziwieniem przyjmując szorstkość rosnącego zarostu.
- Zawsze jestem z tobą, najdroższy. Jesteś moim ukochanym dzieckiem - miękko wypowiedziała oczywistość, nie protestując, gdy zsunął suknię z jej ciała nieco za nisko. Delikatny materiał przyjemnie drażnił pełne piersi i dopiero gdy poczuła mocny dreszcz, przenikający jej ciało wspomnieniem niedawnego podniecenia, nieco się zreflektowała, ponownie przyciskając przód sukni do swojego ciała. Na sekundę; leżeli przecież w półmroku, a ona marzyła jedynie o wsunięciu się pod ciężką kołdrę i wygodnym śnie z głową wspartą na ramieniu swojego mężczyzny...swojego chłopca. Zaśmiała się więc cicho, chociaż zdecydowanie aprobująco na jego wyznanie i zsunęła z ciała krwistoczerwony jedwab, pozostając jedynie w koronkowej bieliźnie. Bez biustonosza, ten nie pasował do sukni z głęboko wyciętymi plecami, ale...w ogóle nie krępowała się swoją nagością, po chwili znikając pod pachnącą Samaelem kołdrą. Ponownie wtuliła się w bok syna, obejmując dłońmi męskie barki, żebra, biodra i...drgnęła nerwowo, dopiero teraz wyczuwając jego podniecenie. Nie cofnęła jednak chłodnych palców, gładząc go nieśpiesznie. Była zbyt pijana, by czuć, że to coś złego, że przekracza płonącą granicę przyzwoitości, nie będąc nawet świadomą swojego czynu. Pachniał przecież jak Marcolf, brzmiał jak Marcolf i w tej krótkiej, szczęśliwej chwili, skupiała się wyłącznie na tym, że leży obok mężczyzny, którego kochała najmocniej na świecie.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
lipiec, 1940 Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: lipiec, 1940 [odnośnik]10.05.16 16:08
Staroświeckie obyczaje zostały dawno temu zakopane w głębokim grobie. Wyparte przez nowoczesne(?) pożycie, które jednak nie oderwało się całkowicie od tradycji i nadal uświęcało dawne maniery. Hołdując patriarchalnemu porządkowi, jednakowoż złagodzonemu dzięki wstawiennictwu kobiety. Na tyle władczej, by sprzeciwić się męskiej sile i wyraźnie zaznaczyć suwerenność własnych decyzji. Samael nie postrzegał więc wystąpienia swej matki jako degrengolady i degeneracji najwyższych wartości, kierując ją w ramy manifestu na rzecz jej subtelnej, niewieściej mocy sprawczej. Z gruntu nieszkodliwej, nie mogącej zagrozić dominacji mężczyzn, nie wyrywającej z ich rąk najwyższych uprawnień, lecz... równie niepokojącej.
Była niebezpieczna. Bacznie obserwował rozwijającą się relację swoich rodziców, zauważając, iż Reagan podryguje na sznurkach zawieszonych u dłoni matki. Plączącej go w sieć domowych intryg, umacniając w przekonaniu, iż posiada niepodzielną władzę i bezwzględny posłuch, podczas kiedy najważniejsze rozdania toczyły się zakulisowo, bez jego wiedzy. Samael wiedział, czemu uległ ojciec. Komu. Mądrość pięknej kobiety zamiast nagrody dla Reagana, stała się dlań najpaskudniejszą klątwą... zresztą nie tylko dla niego.
Młodzieniec również popadł w destrukcyjne uzależnienie od Laidan, która przecież wcale nie więziła go przy sobie. Nie był ograniczony niczym, poza szlachecką etykietą, ale owa wolność jeszcze bardziej podsycała przywiązanie, jakie czuł do swojej matki. Przy niej czuł się najspokojniejszy i najszczęśliwszy, jakby cicha obecność Lai u jego boku odganiała wszystkie smutki i zmartwienia. Kiedyś jej bajki na dobranoc przepędzały nocne mary z dziecięcych koszmarów, teraz każde jej słowo traktował jak zaklęcie. Chroniące go nie tylko przed całym złem tego świata, nie tylko przed pleniącym się dookoła plugastwem, ale także czyniące go kimś niezwykłym. Wyjątkowym dla niej. Nie chciał niczego więcej; po tysiąckroć wolał spędzać przerwy świąteczne na długich rozmowach, muzykowaniu i czytaniu przed kominkiem (mógł zawłaszczać wtedy matkę tylko dla siebie) niż na wystawnych bankietach, urządzanych rokrocznie na dworze Malfoyów. Od egzotycznych wakacyjnych wycieczek także preferował znane krajobrazy Wysp Brytyjskich, za sprawą matki przemieniających się w transcendentalne, niezapomniane pejzaże. Uwiecznione na płótnie w jej galerii; oboje przesiąkali zapachem farb i terpentyny, oboje zagłębiali się tam w arkana sztuki. Skrajnie różnej: spod pędzla Laidan wyłaniały się wówczas najbardziej zachwycającej i najbardziej kunsztowne obrazy, zaś wyobraźnia Samaela uwieczniała w umyśle młodzieńca kreację matki, jako natchnionej muzy. O n a była sztuką, jej najdoskonalszą syntezą, upersonifikowaniem piękna oraz... ognia? Płonącego w jej granatowych oczach, rozświetlających twarz bez jednej skazy, odbijającego się w każdej pieszczocie, jaką go obdarowywała. Przytomnie?
Lekki materiał powoli opadał z jej ciała, powstrzymany tylko na chwilę - ułamek sekundy, po którym jednak spłynął z niej swobodnie, bezwstydnie ukazując nagość. Białe piersi nie przyciągały go jednak ani nie kusiły bardziej, niż ona sama, niż to, że leżała tuż przy nim, że ocierała się policzkiem o jego policzek, że obejmowała go swoimi dłońmi, że bez skrępowania dotykała jego ciało. Wystawione na ciężką próbę, kiedy wręcz dygotał, udręczony urywanym kontaktem i fantastycznymi wizjami, jakimi szczuła go jego własna podświadomość. Zamieniającymi się w rzeczywistość; mógł tylko zamknąć oczy i c h ł o n ą ć nieziemskie doznanie, z jakim jeszcze dotąd nie przyszło mu się mierzyć. Z jego gardła dobył się cichy jęk, pośpiesznie stłumiony, kiedy zagryzał język do krwi, czując ostry, przeszywając ból, otrzeźwiający go całkiem z niedorzecznego pożądania. Którego jednak nie potrafił opanować. Z lekko rozchylonymi ustami poddawał się pieszczotom matki, kompletnie wyzuty z myśli i pragnień, szukając ukojenia w r y t m i e. Nie mówił nic, oddychał tylko spazmatycznie i patrzył na nią roziskrzonym wzrokiem, jakby nie rozumiejąc, co właściwie się dzieje. I jednocześnie bluźniąc i dziękując, za przerwanie tego osobliwego preludium - snem. Nie wyplątał się z jej objęć, biernie pozwalając na to, by przylgnęła do niego jak najbliżej, masochistycznie skazując się na długie, nieprzespane godziny. Crescendo podniecenia, na jakie nie reagował, jedynie modląc się bezgłośnie, aby emocje opadły. Gładząc przy tym jej złote włosy, skazywał się na porażkę w konfrontacji z rozbuchanym testosteronem, odczuwając jednak przyjemną satysfakcję, gdy przez kilka godzin, mając ją tak blisko, nawet nie musnął dłonią jej piersi, nawet nie zsunął ręki wzdłuż wewnętrznej strony uda.
Zaledwie jednak słońce przebiło się przez okienną taflę, delikatnie, aby nie zbudzić matki, wstał z łoża i przywdział jedwabne spodnie od piżamy, które wczoraj niedbale rzucił na mahoniowe krzesło. Tęsknie zerknął na jej śpiącą postać - złociste włosy rozsypały się na poduszce, okalając jej twarzy niczym aureola, zaróżowione od snu policzki odmłodziły ją jeszcze bardziej - i nawet smugi makijażu nie odebrały jej urody, cucącej Samaela z chwilowego letargu. Młodzieniec wciąż myślał logicznie (mimo wydarzeń ubiegłej nocy), przywołując skrzata i nakazując mu przynieść dzbanek z chłodną wodą. Akurat w chwili, gdy nalewał ją do wysokiej szklanki, spostrzegł, iż matka się obudziła i obserwuje go spod półprzymkniętych powiek.
-Przygotuję ci kąpiel- rzekł cicho, podając jej wodę. Nie wspomniał ani słowem, co między nimi zaszło, nie wiedział, czy Laidan pamięta pieszczoty, jakimi go obdarzała... Czy chce je pamiętać.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: lipiec, 1940 [odnośnik]10.05.16 21:24
Gdyby wiedziała, co roi się w umyśle Samaela i jak toksyczna staje się ich relacja, zapewne postępowałaby inaczej i pomimo matczynej potrzeby bliskości absolutnej, zwiększyłaby nerwowy dystans. Nie tylko między ich ciałami, choć rozłąka fizyczna z pewnością ukoiłaby drżące z pożądania mięśnie chłopca. Musiała chronić go przed własnymi, niezdrowymi pragnieniami, naprostować go na jedyną słuszną ścieżkę, na której miłość do rodzicielki nie wiązała się bezpośrednio z zakazanym głodem, błyszczącym w jego intensywnym spojrzeniu. Czy byłaby największą w historii hipokrytką, zakazując mu fascynacji, jaka sama spalała jej ciało ostrym ogniem za każdym razem, gdy napotykała ostry wzrok Marcolfa? Historia zataczała błędne koło a rozpoczęta przez Avery'ego świętokradcza tradycja miała okazać się brzemienna w skutkach. Już niedługo, już za kilka miesięcy, Laidan będzie próbowała wyrwać się swojemu przeznaczeniu, ze łzami w oczach hamując rozchwianego syna, dopiero wtedy zdając sobie sprawę ze swojego zaniedbania.
Mogła zareagować wcześniej, mogła zaniechać intensywniejszych pieszczot, mogła oddać go całkowicie we władanie ojca, niepozwalającego na czulsze kontakty dziecka z matką. Mogła powstrzymać nagłą chęć przytulenia syna, obdarowania go setką pocałunków, przytulenia mocno do siebie i wsłuchania się w głośne bicie jego serca, do niedawna bijącego tuż pod jej własnym. W końcu mogła udzielić mu surowej reprymendy, gdy zorientowała się, że staje w drzwiach łazienki, obserwując jej nagość z jakąś rozgorączkowaną fascynacją. Nie zrobiła jednak żadnej z tych rzeczy, pozwalając sobie na zdecydowanie zbyt wiele: robiła to wszystko przecież dla siebie, dla własnej przyjemności, dla chęci utrwalenia swojego obrazu w oczach syna. By nigdy o niej nie zapomniał. Zbyt wiele nasłuchała się o dziedzicach, porzucających rodzinny dom dla jakiejś panny, zajmującej najważniejsze miejsce u boku mężczyzny. Egoistycznie chciała mieć Samaela na wyłączność i choć w nieśmiałych marzeniach widziała wystawny ślub i huczne wesele, to w wizjach nigdy nie pojawiała się twarz podłej konkurentki. Tylko Samael, w eleganckim garniturze, trzymający niedługo później na rękach swojego syna. Jej wnuka, którego to ona całowała w główkę i bawiła złotą grzechotką. Słodkie marzenia, typowe dla każdej matki: tak sobie wmawiała, ciesząc się ciepłem męskiego ciała, nawet nie czując, że dotykając go robi coś złego. Wypite wino rozluźniło zarówno pamięć jak i obyczaje, pozwalając jej spokojnie zasnąć, wygodnie wtuloną w jego bok.
Obudził ją chłód i brak. Gdzieś zniknęło podparcie umięśnionego młodzieńca, zastąpione zimną pustką: na krótką sekundę znów poczuła się jak wtedy, gdy przyzwyczajała się do snu bez niemowlęcia, leżącego na wyciągnięcie ręki, jednak ostry ból, przeszywający głowę szybko przywołał ją do czasów obecnych. Wtedy nie mogła być tak potwornie skacowana - cóż za nieeleganckie słowo - i tak wrażliwa na zewnętrzne bodźce. Powoli podniosła dłonie do twarzy, zakrywając ją przed ostrymi promieniami słońca, przeświecającymi przez żaluzje. Wspomnienia wczorajszego wieczoru mieszały się jej jak w rozerotyzowanym kalejdoskopie, lśniącym intensywnymi barwami. Marcolf, Samael, spierzchnięte od pocałunków usta, rozgrzane ciało - może powinna bardziej martwić się połączeniem rozmytych kropek w obraz prawdy, ale w ogóle nie czuła się skrępowana. Odsunęła dłonie i przekręciła się na bok, przytulając policzek do poduszki. Samael już wstał, zerkając na nią wielkimi, jasnogranatowymi oczami. Wydawały się jej zaniepokojone, nieco speszone - uśmiechnęła się do niego słabo, sięgając po szklankę ze zbawienną wodą.
- Nie mam pojęcia jak tutaj dotarłam - wyznała dość bezradnie, choć z rozbawieniem, iskrzącym się gdzieś w brzmieniu lekkich słów. Wiedziała, że była półnago i podejrzewała, że taka bliskość mogła zostać źle odebrana przez syna, ale...przecież nie robili nic złego. Rozpatrywała fizyczną bliskość w wyuczonych przez Marcolfa kategoriach normalności, dlatego bez skrępowania uniosła się nieco na poduszkach, zakrywając jednak piersi. - Nawet cała woda tego hrabstwa nie ukoiłaby mojego bólu głowy, ale kąpiel...możemy spróbować - przyznała rozleniwionym, choć niezwykle słabym głosem, wypijając szklankę praktycznie duszkiem, a następnie chwiejnie wstała z łóżka, owinięta w prześcieradło, ciągnące się za nią jak tren uzurpowanej królowej. Skierowała się ku drzwiom łazienki i w progu zerknęła wyczekująco na Samaela.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
lipiec, 1940 Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: lipiec, 1940 [odnośnik]10.05.16 23:04
Był stracony. Nie wierzył w gusła ani w przepowiednie a demaskację przyszłości uważał za bajdurzenie dla naiwnych, jednakowoż... jednakowoż podświadomie poddawał wątpliwości, iż to on sam kieruje swoim losem. Pozostawał zbytnio rozchwiany, zbyt niekonsekwentny w swych działaniach, zbyt elastyczny w myślach, by czyny dokonywały się wyłącznie z jego woli i inicjatywy. Może to Fatum zdradziecko popychało go w ramiona Laidan, może to okrutny Los uśmiechał się drwiąco, szydząc z każdej próby przeciwstawienia się i opierania przed matczyną bliskością, może to Fortuna naigrawała się z niego, gdy mimo odgórnego (z rozkazu bogów?) wyroku, zaciekle bronił się przed tym, co zostało mu przeznaczone.
Ich ród był przecież święty, wspaniały, wyniesiony na piedestał spośród wszystkich dwudziestu ośmiu szlachetnych familii. I... objęty klątwą, niczym mityczni Labdakidzi? Samael miał mnóstwo wątpliwości, aczkolwiek nie śmiał spytać matki, ojca, a zwłaszcza dziadka, wręcz histerycznie obawiając się wykluczenia i skazania na banicję. Za dobre chęci. Którymi ponoć zostało wybrukowane piekło; młodzieniec nie czułby najmniejszych oporów, aby zstąpić w czeluści i nawet za cenę ofiary złożonej z własnej duszy, zrozumieć ten irracjonalny popęd, jakim motywował wszystko. Gdy budził się rano, myślał o niej. Wstawał z ciepłej pościeli, delektując się pewnością, iż zobaczy Lai, czekającą na niego w jadalni przy dużym, dębowym stole. Dobierał elegancką koszulę, zastanawiając się, czy jej się spodoba. Grywał jej ulubione sonaty, z nadzieją, iż wychyli się ze swojej pracowni, aby posłuchać dźwięków muzyki, jakie dobywał z fortepianu tylko dla niej, wkładając w to swoją pasję, żar, ciało i duszę. Matka nie opuszczała Samaela ani na chwilę, czuwając nad nim i towarzysząc mu zawsze - każda czynność niezmiennie przynosiła mu skojarzenia z Lai, najdrobniejsza błahostka wywoływała widmo jej filigranowej postaci. Popadał w obłęd, kiedy w fasadzie kamienic w jednej z dzielnic Londynu dostrzegał krzywizny smukłego ciała matki, gdy w burzowym niebie dostrzegał niespokojny kolor jej oczu, gdy w locie barwnego motyla odnajdywał zaskakującą analogię do zgrabnych ruchów Laidan, do jej kroków i wirowania w tańcu. Tylko w jego objęciach. Nie pamiętał kiedy właściwie stał się tak chorobliwie zazdrosny, gdy do głowy wpadały mu rozmaite pomysły ukrócenia fizycznego kontaktu z pospolitymi szlachcicami, szczycącymi się wyłącznie głośnym nazwiskiem. Na salonach mógł uchodzić za rozwydrzonego chłopaka, za niewychowanego bachora, ale przecież młodzieniec wyłącznie dbał o to, czego nie potrafił wyegzekwować Reagan. Samael nigdy nie pozwoliłby, żeby matkę spotkała ujma. Nie znosił, kiedy czyjkolwiek wzrok obrysowywał jej twarz i kobiece walory, nie cierpiał, gdy rozmawiała z innymi mężczyznami i nader często unosił się gniewem, porywając się nawet do wyzwań o honorowe pojedynki. Owe wybryki łagodzone przez dziadka powinny być chyba dla Laidan zastanawiające, ale... Przecież wszystko rozumiała doskonale. Każde drgnięcie, każde zaborcze przygarnięcie jej bliżej, każde stęsknione spojrzenie, każdy list przesycony potworną tęsknotą. Wiedziała, że ją kocha. Samael zasypywał matkę nie tylko słowami, wszystkie jego uczynki były przecież wyrafinowaną metaforą uczucia, które ostrożnie przed nią obnażał. Nie skrywał żadnych tajemnic, nawet jego ciało nie stanowiło sekretu, jaki by przed nią taił. Dlatego, gdy otrzymywał w zamian to samo, wariował z podniecenia. Całkowicie pewny, iż matka odwzajemnia jego uczucia?
Już nic nie zdawało mu się oczywiste, nie, kiedy odbywali, zdawałoby się lekką pogawędkę w żartobliwym tonie. Nie umknęło mu jednak ostrożne zakrycie się warstwą materiału (wczoraj nie czyniło to jej różnicy) i... chyba przeżył ogromy zawód, że nie otrzymał kolejnej okazji, zobaczenia jej w pełnej krasie, oświetlonej promieniami rannego słońca, wpadającego przez uchylone okno.
-Powinienem cię zanieść - mruknął, zawstydzony, że nie pomyślał wcześniej o rozwiązaniu równie oczywistym. Pośpiesznie otworzył jej drzwi, przepuszczając przodem, jednakowoż zupełnie nie zwracając uwagi na smukłe nogi i kobiece krągłości, ukryte pod materiałem białego prześcieradła. Odkręcił kurek z gorącą wodą, w milczeniu obserwując, jak duża wanna na nóżkach powoli się napełnia. Z szafki wyciągnął czyste, puchate ręczniki, jeden położył tuż przed Laidan, aby nie musiała dotykać bosymi stopami zimnej, marmurowej podłogi, drugi zaś rozwiesił nieopodal, aby mogła po niego sięgnąć, gdy wyjdzie z kąpieli.
-Poczekam na zewnątrz - wydusił, kiedy wszystko było już przygotowane - jeśli będziesz czegoś potrzebować, zawołaj mnie - poprosił. Bo chciał zrobić dla niej wszystko.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: lipiec, 1940 [odnośnik]12.05.16 10:03
Uwielbiała lato, nie tylko ze względu na piękną pogodę, będącą doskonałym tłem dla jej urody bądż - równie istotne - malarskich ekspresji. Po miękkiej wiośnie, zbyt łagodnej i rozmytej, by mogła w jakikolwiek sposób ją zachwycić, przychodziło ostre słońce, przepalające do cna barwy, przeplatane z intensywnymi burzami, wydobywającymi z rozgrzanego świata intensywne barwy. Wilgotnej zieleni liści, krwistoczerwonych kwiatów, granatowego nieba tuż przed ulewą, mającą zmyć z drzew kurz upalnego dnia. Laidan zauważała to wszystko i chłonęła każdym zmysłem, nie tracąc dziecięcego zachwytu nad najprostszymi urokami natury. Właściwie jako mała dziewczynka stroniła od świata zewnętrznego, doskonale czując się pod kryształowym kloszem, jaki roztoczył nad nią ojciec i liczne guwernantki. Dopiero teraz, paradoksalnie w chwili, w której stawała się dojrzała i stateczna, zachwycała się drobnostkami przyrody. Głównie w towarzystwie Samaela, rozświetlającego dwór w Ludlow swoim powrotem z Hogwartu.
Wyczekiwała końca roku szkolnego z niecierpliwością godną najbardziej niesfornej uczennicy, marzącej o długich tygodniach urlopu od dusznych korytarzy. Odczuwała to przecież już dawniej, znajdując się jednak po drugiej stronie tęsknego równania. Odliczała dni do powrotu do domu, by móc spędzać czas z ukochanym ojcem - teraz zrywała kartki z magicznego kalendarza, by jak najszybciej ujrzeć syna na progu domu. Zawsze zadziwiały ją zmiany, jakie zachodziły w jej dziecku, choć lekceważyła je, ciągle widząc w nim swojego małego chłopca. Jeśli gdzieś w podświadomości roziskrzały się niepokojące myśli, odnajdujące wiele podobieństw w tej chwiejnej moralnie sytuacji, to szybko gasiła je czystą, matczyną miłością. I platonicznymi czułostkami, jakimi obdarzała go poprzedniej nocy. Chcąc być jak najbliżej, nacieszyć się jego obecnością, już na dobre kojarzącą się z rozgrzanym ciałem, pachnącym młodością, słońcem i wilgotną trawą.
Pomimo zmęczenia i dystansu, ciągle czuła na sobie jego zapach: pościeli, ciepła i....dziwnie znajomej wody kolońskiej. Przystanęła w drzwiach łazienki, obserwując spod przymrużonych powiek jego troskliwe poczynania, nie słysząc nawet jego zawstydzonego mruknięcia. - Podkradasz wodę kolońską dziadka? - spytała rozbawiona, kierujac się w stronę wanny dopiero wtedy, gdy pod jej bosymi stopami rozłożono puchaty dywan ręcznika. Zazwyczaj robiły to skrzaty, ale obserwowanie Samaela przygotowującego jej kapiel nie wywoływało w niej niezadowolenia. Raczej nasilone wzruszenie, wzmagane tylko zmęczniem i resztkami wina, krążącymi jeszcze po jej żyłach. Podeszła do stojącego przy wannie młodzieńca i pieszczotliwie pogłaskała go po włosach, stając na palcach, by pocałować go w czoło. Nie dosięgnęła - kiedy stał się taki wysoki? - więc szybki pocałunek wylądował gdzieś w okolicach nosa. Zaśmiała sie cicho, lecz słabo i kiwnęła głową, czekając aż Sam opuści pomieszczenie. Wydawało jej się, że robi to niezbyt spiesznie i z wielkim ociąganiem, ale nie zastanawiała się nad tym, zsuwając z siebie prześcieradło i wchodząc do przyjemnie ciepłej kąpieli.
Zanurzyła się od razu z głową, wytrzymując pod powierzchnią tak długo, jak tylko mogła - rytuał o zapomnianym już początku, gdy próbowała się oczyścić po swojej inicjacji, jednocześnie pięknej i przerażającej - po czym wynurzyła się, łapczywie łapiąc powietrze. Woda nieco ją otrzeźwiła, po pierwszym szoku mogła oddychać swobodniej i ze spokojem sięgać po kolejne mydła. Męskie; łazienka należała do młodzieńca, lecz nie przeszkadzały jej mniej kwiatowe zapachy. Najchętniej spędziłaby tu cały dzień, unikając konfrontacji z Reaganem: z pewnością spojrzy na nią tymi jasnymi oczami pełnymi subtelnego wyrzutu i przy obiedzie nie poda jej kieliszka z winem. Słodkie, małżeńskie gry w opiekuńczość, denerwującą Lai do granic wytrzymałości. Nie miała problemu z alkoholem, ba, w tej chwili nie miała żadnego problemu, oprócz lekkiego bólu głowy.
I lekkiego znudzenia; nie wiedziała, ile czasu minęło, odkąd Samael zniknął za drzwiami pokoju, ale gdy zawołała go ponownie, od razu przekroczył próg, jakby tylko czekał na jej ciche wezwanie. - Mógłbyś podać mi swój szlafrok? - poprosiła miękko, opierając głowę o brzeg wanny. Czuła się dziwnie, z jednej strony niezwykle staro, zmęczonw, sfrustrowana, z drugiej szalenie młodzieńczo, chcąc uciec od nieprzyjemności długiego dnia jeszcze na kilka minut. Zadziwiająca i bardzo nie na miejscu energiczność znalazła swoje ujście, gdy Sam stanął przy brzegu wanny. Uniosła się odrobinę, lecz zamiast wstać i sięgnąć po okrycie, złapała jego ciepłe przedramię i pociągnęła go do wody. Przy akompaniamencie plusku i jej dźwięcznego śmiechu, pasującego raczej do żywiołowej panienki niz statecznej lady. Przy Samaelu czuła się jednak jak przed laty, gdy myła jego jasne włosy i wyczarowywała w wannie różnokolorowe banki mydlane. Beztroska, bezwstydna, szczęsliwa ze spędzenia czasu ze swoim młodszym bratem.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
lipiec, 1940 Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: lipiec, 1940 [odnośnik]12.05.16 20:40
Zamknięcie w murach Hogwartu, tak odległego od rodzinnej rezydencji a nade wszystko niewyobrażalnie daleko od matki, zawsze wywoływało w nim cichy bunt. Nie rozumiał, dlaczego nie mógł uczyć się w domu, dlaczego to nie dziadek miał czuwać nad jego edukacją, dlaczego wzbraniano mu przebywania pod pieczą Lai. Setki dziecięcych pytań zostały jednak stłumione w dniu jedenastych urodzin; decyzja Marcolfa nie podlegała ani dyskusjom, ani odwołaniom i Samael nawet nie odważył wystosować się nieśmiałego sprzeciwu. Matka i tak zrobiła dla nich dużo, wręcz własnym ciałem zasłaniając go przed zesłaniem do jakiegoś dzikiego, zimnego, okrutnego kraju. Zaprzestał wręcz zapierania się przed pójściem do szkoły, doceniając powzięte środki łagodzące. Przyszłe odseparowanie nie miało być równie brutalne: rodzime przełęcze i równiny w wypadkach ekstremalnych nie stanowiłby dla Laidan żadnej przeszkody. Inaczej od zatajonej lokalizacji Durmstrangu, która nawet dla kochającej matki byłaby zaporą nie do ominięcia. Jednakowoż niemożliwie długie tygodnie, jakie spędzał w Hogwarcie i tak zdawały mu się banicją; skazany ostracyzmem na niesamowicie długie wygnanie pośród hołoty, pozbawiony wartościowego towarzystwa, Samael wciąż wybiegał myślami w cudowną wakacyjną przyszłość. Letnią, lekką, okraszoną najczystszą swobodą oraz racjonalnym wariactwem, kiedy byli po prostu dla siebie. Nie dbając o żadne ograniczenia... bo te ich przecież nie dotyczyły. Zwykłe głupstwa, stworzone dla trzymania w ryzach motłochu. Albo usprawiedliwiające niezbyt ciepłe uczucia matek dla swych dzieci, zrodzonych z przykrego małżeńskiego obowiązku (w szlacheckiej terminologii słowo gwałt nie istniało). Oni się z tym nie liczyli, przekraczając niepisane prawa o dystansowania się rodziców od swych potomków. Samael nie zwykł obnażać przed nikim swych uczuć, zachowywał wpojoną mu przez dziadka powściągliwość, lecz stając przed obliczem matki, zawsze w niemalże magiczny sposób o tym zapominał. Tak jakby sama obecność Lai destylowała młodzieńca z każdej myśli, która nie oscylowała dookoła niej. Od matki nauczył się arogancji, ona powtarzała mu, że jest najlepszy, ona otworzyła mu oczy, iż powinien dbać wyłącznie o siebie. Nawet kosztem innych; uznawał jej mądrość, aczkolwiek podważał swój własny egocentryzm na jej korzyść, odnajdując niewysłowioną przyjemność w spełnianiu niewypowiedzianych pragnień i życzeń Laidan. Tych najbardziej prozaicznych, jak i głęboko skrytych - dla niej wyprawiłby się i po złote runo, gdyby tylko choć słowem zająknęła się o jego pożądaniu. Na razie jednak był absolutnie szczęśliwy (i równie zakłopotany), że może zrobić dla niej choć tyle. Przygotowaniem kąpieli zazwyczaj zajmowały się skrzaty, ale dla Samaela stanowiło to wyłącznie kolejny dowód przywiązania i nie dostrzegał w żadnej z służebnych czynności śladu upodlenia.
- Mam taką samą - wymyślił na poczekaniu, w pełnej gotowości stojąc tuż przy wannie, jakby jeszcze miał nadzieję, że matka zażyczy sobie, aby wziął ją na ręce, by nie musiała pokonywać króciutkiej drogi do miękkiego i ciepłego ręcznika. Musiał jednak zadowolić się t y l k o platonicznym pogłaskaniem po włosach (dlaczego tak nagle zadrżał?) i czułym pocałunkiem w czubek nosa. Delikatną aluzją, aby zechciał opuścić łazienkę, co uczynił niemalże niechętnie, opieszale, z jakimś niezidentyfikowanym przeczuciem, iż matka nagle go cofnie i rozkaże mu pozostać wraz z nią. Wyszedł jednak a zamknąwszy za sobą drzwi, odetchnął głęboko, siadając na skraju łóżka. Wciąż rysowały się przed nim sugestywne wizje jej pełnych piersi, ciepłego, miękkiego ciała ocierającego się o niego, gładkiej skóry, delikatnych palców, którymi go pieściła i... jego dłoń nerwowo spoczęła na udzie, gdy przypominał sobie słodki koszmar niezaspokojenia wczorajszej nocy. Objął się powoli, wyobrażając sobie, że to właśnie ręce, usta Lai dopełniają dzieła, kiedy usłyszał jej ciche wołanie, które jednak słyszał doskonale, wyczulony na subtelne tony jej głosu. Teraz powinien je przeklinać, lecz zagryzał wargi, by nie eksplodować z pożądania i błyskawicznie pojawiał się w łazience, nie chcąc kazać jej czekać. Ani minuty.
- Oczywiście - powiedział ochrypłym tonem, obawiając się zerknąć na swoje spodnie, czy nie zdradzają jego stanu. Nie zdążył się przebrać, jego nagi tors pokrył się gęsią skórką, kiedy zdejmował szlafrok z wieszaka, rozkładając go i przygotowując, by mogła od razu się nim okryć i nie wystawiać go więcej na pokuszenie. Dość niefortunnie, ale przecież nie z własnej winy a z inicjatywy Lai, zanurzył się jednak w wannie, która na szczęście zdawała się być wymierzona akurat na dwie osoby. Jakby z myślą o ich wspólnej kąpieli. Mokre, jedwabne spodnie natychmiastowo przylepiły się do wilgotnego ciała; Samael błogosławił otaczającą ich pianę, lecz wiedział, iż nie stanowi ona ochrony dostatecznej. Nie miał jednak żadnej drogi ucieczki, znajdując się w rozkosznej pułapce. Laidan była przy nim, całkowicie naga, zupełnie bezpretensjonalna i wręcz promieniała prostą radością. Czego nie chciał niweczyć, więc w milczeniu sięgał po gąbkę i namoczywszy ją w wodzie z wonnym płynem, namydlił jej plecy i zaczął masować kolistymi ruchami - tak dobrze? - spytał tylko, próbując zwalczyć pragnienie obsypania pocałunkami jej odsłoniętego karku. Pragnienie chore, niemoralne, niestosowne, jakiego nigdy syn nie powinien żywić w stosunku do swej matki.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: lipiec, 1940 [odnośnik]12.05.16 22:22
Perlisty śmiech wypełniał wesołym echem łazienkę przez najbliższych kilka chwil, jakby wciągnięcie do wanny swojego syna było najzabawniejszą rzeczą, jaka przytrafiła się Laidan od dawna. Poniekąd tak było, nie pamiętała już, kiedy ostatnio czuła się tak beztrosko, nie przejmując się niczym, poza własną, szalenie dziecięcą radością. Fala piany przelała się przez brzegi, gdy Samael znalazł się obok niej a puchaty szlafrok opadł na podłogę, pozostając na szczęście poza zasięgiem niszczycielskiej powodzi.
- Ups - wyszeptała z nieświadomą kokieterią, ochlapując zdziwioną - zakłopotaną? - buzię syna wodą, po czym odwróciła się do niego plecami, wyciągając smukłe nogi na obramowanie wanny. Przez chwilę krytycznie przyglądała się swoim dziwnie czerwonym kolanom; schowała je pod pianę, przekręcając się nieco w bok. I napotykając swoje roziskrzone spojrzenie w tafli zwierciadła. Przechyliła głowę w bok i uśmiechnęła się szeroko, zarówno do obserwującego ją zza pleców Samaela jak i do samej siebie.
Wilgotne włosy oblepiały jej szyję abstrakcyjnymi zawijasami, ale nie to zwróciło uwagę Laidan, gdy przyglądała się swojemu odbiciu dokładniej. Pachnące lawendą mydło zmyło z jej twarzy ciemne zacieki makijażu oraz krwistą czerwień szminki, pozostawiając ją nagą. Z siecią drobnych zmarszczek wokół oczu i pogłębiającą się bruzdą na czole. Znaki upływającego czasu, które jednak w ogóle jej nie frustrowały, nie teraz, kiedy czuła się zawieszona w przesłodkiej próżni, w prywatnej bańce mydlanej, utrzymującej się w powietrzu zadziwiająco długo. Była jednocześnie młoda, pełna wigoru i niewinności, jak i dojrzała, szczęśliwie zakochana w swoim jedynym - bliźnięta nie istniały na tej radosnej płaszczyźnie wymiarów - dziecku. O także rozmytym wieku. Miała przed sobą pyzatego chłopca, źrebięco wychudzonego nastolatka i zarazem w pełni rozwiniętego młodego mężczyznę. Wskazówki zegara oszukiwały, lecz Lai w ogóle to nie przeszkadzało. Nie potrzebowała teraz konkretów, potrzebowała po prostu jeszcze jednego beztroskiego oddechu, oddzielającego ją mydlanym tchnieniem od brudnej rzeczywistości. Istniejącą poza wanną, za zamkniętymi drzwiami łazienki, gdzie czyhały pretensje, nudne obowiązki oraz bolesna tęsknota, na nowo zawijająca ją w ciasny kokon niezaspokojenia.
Nie chciała do nich wracać, dalej wpatrzona w oparte o ścianę lustro. Wygodniej oparła się ramionami o chłodny brzeg wanny a na złożonych dłoniach ułożyła policzek. Odsuwając się nieco od parzącego ją ciała Samaela, budując swobodny dystans. Nie, nie uciekała od niego, nie czuła się skrępowana, nie miała powodu: wspólne kąpiele rodzeństwa nie stanowiły przecież nic złego, nie w świecie, w którym została wychowana. Na ojcowskich pocałunkach, kończących się zsuwaniem z jej nastoletniego ciała białej bielizny i przygniataniem jej do jasnoróżowej pościeli ciężkim, spragnionym ciałem. Na platonicznych uściskach, pozostawiających na jej nadgarstkach fioletowe obręcze władczych palców. Na bezgranicznym zaufaniu, przekraczającym śmieszne zasady moralności. Sam był młodszą wersją Marcolfa, wzbogaconą o przejrzystą barwę oczu i delikatność, odziedziczoną po matce. Ta subtelność poruszała ją i sprawiała, że czuła się przy nim bezpieczna, nawet nie przeczuwając, jakie wizje rozrastają się w męskim umyśle, toksycznymi rozgałęzieniami coraz bardziej sięgając po jej ciało.
Na razie będące w zasięgu jego dłoni jedynie platonicznie. Przymknęła oczy, gdy przesuwał szorstką gąbką po jej plecach i uśmiechnęła się z zadowoleniem, palcami wolnej dłoni masując sobie skronie. Ból głowy nie dawał za wygraną, ciągle brzęczał gdzieś na granicach podświadomości, lecz uznawała to za oznakę zmęczenia a nie instynktowy sygnał ostrzegawczy. Bo czegóż miałaby się bać, przeżywając słodką, niewinną sielankę, łaskawe preludium do ciężkiego dnia?
Jedyne, co mogło nieco ją zakłopotać, znajdowało się na jej szyi. Drobne ranki po zbyt namiętnych pocałunkach, sine odciski palców na jej żebrach, ślady ugryzień tuż przy karku. Zauważyła je dopiero po dłuższej chwili kontemplacji pięknego obrazu w złotej ramie lustra, odbijającego rzeczywistość. Zmrużyła oczy, odruchowo przesuwając nieco pomarszczonymi od wody palcami po tych śladach, ale sekundę później opuściła dłoń do wody, uśmiechając się z mieszaniną rozbawienia i lekceważenia. Samael musiał myśleć, że to ślady małżeńskiego, upojnego wieczoru, satysfakcji rodziców z udanego pożycia, udanego bankietu i udanej nocy....spędzonej osobno.
- Pamiętasz jak nie znosiłeś wieczornych kąpieli? Krzyczałeś, rzucałeś zabawkami, próbowałeś nawet słodko wymamrotać zaklęcia niewybaczalne w kierunku tych prostych nianiek - zaczęła nagle w matczynym roztkliwieniu, chcąc nieco złagodzić napiętą atmosferę - wyczuwała ją chyba instynktownie, nawet jeśli ich spojrzenia spotykały się tylko w stojącym nieopodal lustrze. - Uspokajałeś się dopiero przy mnie - dodała nie bez irracjonalnej dumy, przesuwając się nagle tak, by móc oprzeć plecy o jego klatkę piersiową. Poruszyła się w poszukiwaniu ciepła, gorąca woda schłodniała, lecz zamiast odnaleźć w jego ramionach ukojenie, drgnęła dość nieoczekiwanie. Czym innym były troskliwe pieszczoty na granicy snu i jawy a czym innym tak bezpośredni dotyk twardej erekcji na swoim nagim, wilgotnym ciele. Nie zarumieniła się jednak, nie wstała z oburzeniem ani nie pisnęła niczym zaskoczona dziewczynka. Po prostu niezwykle powoli odwróciła głowę w jego stronę, przeszywając go bez słowa spojrzeniem jasnogranatowych oczu.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
lipiec, 1940 Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery

Strona 1 z 2 1, 2  Next

lipiec, 1940
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach