Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Rezerwat znikaczy
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Rezerwat Znikaczy im. M. Rabnott

Park znajdujący się na południu Somerset, na włościach należących do rodu Abbottów jest pierwszym i jednocześnie największym rezerwatem znikaczy w całej Anglii. Ptaki te, ze względu na ich niewielki rozmiar i niezwykłą szybkość przed wiekami wykorzystywano zamiast zniczy podczas rozgrywek Quidditcha. Dopiero Modesta Rabnott jako pierwsza czarownica zwróciła uwagę na ochronę praw zwierząt i obroniła znikacza wypuszczonego podczas jednego z meczy w 1269 roku. Dziś wielohektarowy park zamieszkują dziesiątki albo nawet setki tych maleńkich stworzeń, błyszczących pomiędzy gałęziami drzew niczym krople żywicy. Pomiędzy drzewami wiją się żwirowe ścieżki, z których można z bliska obserwować niezwykle szybkie stworzenia. Jednak przez wzgląd na ścisłą ochronę ptaków, na teren rezerwatu mogą wejść tylko pracownicy przeszkoleni w opiece, a także członkowie rodu Abbott i ich goście. Co jest oczywiste, zakłócanie spokoju ptaków, próby łapania czy krzywdzenia są surowo zakazane; panujące zasady są ściśle przestrzegane przez wyczulonych na wszelkie odchylenia pracowników.

W tej lokacji obowiązuje bonus do rzutu kością w wysokości +5 dla Zakonników i +10 dla Gwardzistów.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 21.06.18 18:52, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Rezerwat znikaczy - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Znała tę twarz. No oczywiście że znała. Jak mogłaby nie go nie rozpoznać. I nie chodziło wcale o to, że był wujem Heatha, że uczestniczyła w jego ślubie (na Merlina, on był ŻONATY!). Przecież miała jego portret niemal wypalony pod powiekami od pięciu minut kiedy tylko mogła sobie przypomnieć! Gdy dostrzegła, jak nagle wyłania się zza gęstej roślinności, była niemal gotowa zerwać się do biegu - nie zważać na trzymające ją w mocnym uścisku kolce, na własne odzienie, nawet na ewentualne rany, których mogła doznać. Chciała po prostu pobiec i rzucić się mu w ramiona. Gdy przystanął na moment, tak samo zatrzymało się jej serce. Przecież musiał jej pomóc, dlaczego zwlekał? Jak miała okazać mu całą swoją miłość, skoro cały czas tkwiła w tych przeklętych krzewach. Musiała wyglądać niezwykle pokracznie. Przez krótki moment przestraszyła się, że mężczyzna zwyczajnie się roześmieje i odejdzie. A to już by jej złamało serce. Ale na całe szczęście - och, słodki Godryku, co za euforia! - jej rycerz na białym koniu jednak przybył. Im bliżej się znajdował, tym mocniej biło jej serce. Na krótki moment nawet wstrzymała oddech, kiedy kucnął, próbując wyplątać jej spódnicę z zarośli. Widziała, że pomimo jego prób, ani materiał, ani kolce nie dawały za wygraną, jednak gdy polecił ją zrobić krok, bez zawahania go wykonała. Materiał w końcu się poddał, pękł odsłaniając jej kostkę, która jednocześnie została lekko zadrapana przez ciernie. Zabolało, pokazała się także krew. Ale Florence zupełnie nie zwróciła na to uwagi, bo w końcu mogła wpaść w ramiona tego, do którego tak ją ciągnęła.
- Ja... dziękuję. - choć w głowie kotłowało się tyle myśli, przez gardło przedostało się tylko to. Poczuła nagle gorąco na policzkach, czy ona się właśnie zarumieniła? Na Merlina, przecież nie miała pięciu lat, żeby się tak rumienić jak trzpiotka! Ale nic nie mogła poradzić. Jej ciało stało się nagle jakby nad wyraz wrażliwe - każdym kawałeczkiem nieosłoniętej skóry czuła mocniej - chłód powietrza, ale także szorstkość jego szaty oraz bijące od niego ciepło. Tak kuszące i nęcące. Ciepło, którego brakowało jej od tak dawna. Ciężko było być samotną kobietą rzuconą w wir wojennej zawieruchy. Czasami potrzebowała po prostu zapomnieć o tych wszystkich okropnościach, a jaki był lepszy sposób, niż ukryć się w ramionach ukochanego? Florence nie zwlekała więc, wczepiając się w Macmillana, wtulając twarz w jego pierś. Do jej nosa doleciał bardzo intensywny, ostry zapach. Zwykle raczej stroniła od alkoholu, popijając go tylko okazjonalnie, ale w tym momencie... w tym momencie był to najpiękniejszy aromat na świecie - Dziękuję.


What is my life?
Am I doing this right?
I just realized that I might

Not know what the hell is going on!

Florence Fortescue
Florence Fortescue
Zawód : Bezrobotna
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
If you can't see anything beautiful about yourself...
Get a better mirror!
Look a little closer!
Stare a little longer!
THEY WERE WRONG
OPCM : 4
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 10
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
Rezerwat znikaczy - Page 6 Tumblr_p0ebmcr3Ki1wbxqk4o1_540
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t3964-florence-fortescue https://www.morsmordre.net/t3969-hiacynt#76587 https://www.morsmordre.net/t3968-florkowe-o-smaku-czekolady#76586 https://www.morsmordre.net/f278-pokatna-5-2 https://www.morsmordre.net/t3970-florence-fortescue#76622

Powrót do góry Go down

Starał się. Naprawdę bardzo się starał! Starannie pozbywał się kolejnych przeszkód i brnął przez krzaki. Miał ochotę wziąć ją w objęcia natychmiast. Coś poszło jednak nie tak. Nie wiedział gdzie popełnił błąd. Być może było to zawstydzenie tym, że był w stanie dojrzeć jej kolano? To prawie tak, jakby widział ją nago, a przecież była damą! Prawdziwą damą, nawet jeżeli nigdy nie widział jej na salonach! Zdawało mu się, że odsunął wszystkie łodygi z kolcami. Przecież na pewno to zrobił, nawet jeżeli miał sam zacząć krwawić! I chyba nawet ukłuł się kilka razy, ale nie przeszkadzało mu to w dalszym odplątywaniu kolców. Nie dopuściłby do tego, żeby komuś tak drogiemu jak ona stała się krzywda! Nie teraz, kiedy znaleźli się sam na sam. Kiedy wiedział, że spotkał miłość swojego życia, która przesłaniała wszystkie kobiety z przeszłości, nawet własną żonę! A jednak! Naprawdę coś zrobił źle! I nie dopuszczał do siebie myśli, że to może ona chciała czym prędzej pognać w jego stronę! Zaczął obwiniać samego siebie za to, że z jej łydka uległa skaleczeniu i polała się odrobina krwi.
Przepraszam, przepraszam, przepraszam! – Zaczął panicznie powtarzać, pewien że pewnie strasznie ją to zabolało. Złapał ją pewnie w ramionach, jak gdyby w obawie, że mogłaby spaść i znowu się pokaleczyć. Nie chciał poza tym, żeby go opuszczała, nie kiedy w końcu mogli być razem.
Dopiero teraz mógł na spokojnie przyjrzeć się jej twarzy. Delikatna i niewinna, a jej włosy zdawały się przypominać czekoladę, której nie jadł od jakiegoś miesiąca. Znał ją. Skądś ją znał! Widział ją raz albo kilka na dworze, tak mu się zdawało! Ale w czyim towarzystwie? To nie było ważne! Dzisiaj była w jego towarzystwie! Ważne było też to, że tak pięknie dziękowała mu za to, za co żadna dama nie powinna dziękować! To znaczy, że zależało mu jej na nim! Uśmiechnął się szeroko, choć wciąż był zawstydzony tym, że jej łydka uległa skaleczeniu przez niego samego. Za tym poczuł jednak dumę, kiedy wtuliła swoją twarz w jego pierś.
Za chwilę zajmiemy się raną – zaproponował. Był gotów poświęcić dla niej własną koszulę, o ile tylko chciała! Bo czym był jeden głupi materiał przy damie w tarapatach? Niczym! Oczywiście, że niczym!
Ułożył ją łagodnie na trawie, choć wcześniej rozrzucił ziemi swój płaszcz. Nie chciał, żeby zmarzła albo się przeziębiła! Oczywiście, że zamierzał dbać o jej dobro! Szczególnie teraz! Nim jednak zdołał się do niej zwrócić, ujrzał duchy, które zaczęły latać nad ich głowami. Odwróciły jego uwagę, ale tylko na chwilę! Nie spodziewał się ich tutaj. I wtedy też dojrzał znikacza! Wiedział gdzie był! Na Merlina! Był w rezerwacie! To pewnie była jej zasługa! Na pewno go tutaj sprowadziła, żeby mógł podziwiać ptaki ze swojego rodowego herbu! Ile o tym marzył!
Natychmiast rzucił się, żeby wycałować jej policzki w podziękowaniu. Nie chciał jedynie, żeby przez niego wpadła w tarapaty!
To ja dziękuję! – wybąkał pomiędzy kolejnymi całusami po policzkach.
Być może brzmiał jak wariat, ale naprawdę wierzył w to, że ta nagła teleportacja była jej zasługą! I nie żałował!
Uwielbiam znikacze! – dodał, ściskając ją z ogromną miłością i wdzięcznością. I dopiero wtedy zrozumiał, że powinien powiedzieć: – Ale bardziej ciebie – i był tutaj śmiertelnie poważny.

| Niech moja Walentynka rzuci kością Kupidynka fluffy


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 31/32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Обійми мене, обійми мене, обійми
Так лагідно і не пускай,
Обійми мене, обійми мене, обійми
Твоя весна прийде нехай
OPCM : 18
UROKI : 25
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Rezerwat znikaczy - Page 6 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan

Powrót do góry Go down

Rozczuliło ją to, jak bardzo przejął się tą skaleczoną łydką. Przez krótki tylko moment Florence zdała sobie sprawę, że powinna się właściwie czuć zawstydzona. Na Merlina, oglądał w końcu jej gołą nogę. On! Mężczyzna! Nie powinna się tak odsłaniać! Florence była z resztą przecież porządną, skromną kobietą, nigdy nie ubierała się wyzywająco. Tymczasem teraz? Ta golizna nie była może co prawda jej winą, wynikała z tego że zaplątała się w te przeklęte chaszcze, ale jednak nadal... Tylko że... chyba jej to nie przeszkadzało. Nie teraz. Nie z nim. Kiedy więc Anthony zaczął ją tak gorączkowo przepraszać, zasłoniła usta wierzchem dłoni, chichocząc cicho. - Spokojnie, nawet nie boli - uspokoiła go szybko, bo taka też była prawda.
Uścisk jego ramion był niczym kojąca opończa. Florence na co dzień otoczona była mężczyznami - Florean, Keat, Michael... przez Oazę przewijało się ich całe mnóstwo. Żadnemu z nich jednak nigdy nie przyglądała się uważniej. Tym razem zaś wręcz chłonęła widok, który miała przed sobą. A zdecydowanie było na co popatrzeć - Anthony miał przecież tak przystojną twarz. Taki szlachetny profil. Oczy niczym dwie głębokie studnie z kryształową wodą, dzięki którym jego spojrzenie było takie... łagodne. I ten dobrotliwy uśmiech. Jak miałaby mieć mu w jakikolwiek sposób za złe tej drobnej ranki na łydce. Nie potrafiłaby się na niego gniewać. Przeciwnie, roztaczał wokół siebie aurę bezpieczeństwa. A ta ranka... cóż, zaciąć się w palec przy krojeniu warzyw też jej się czasami zdarzało.
Szkoda że to wszystko wydarzyło się tak niespodziewanie. Gdyby wiedziała, że go tu spotka, przygotowałaby jakiś poczęstunek. Nieważne, że nie miała wiele. Piknik z nim wydawał się jej spełnieniem marzeń. Nie mieli jednak ani koszyka z jedzeniem, ani nawet koca. Bardzo chętnie jednak spoczęła na jego płaszczu. Jej serce przepełnione było szczęściem, że mogła po prostu pocieszyć się jego towarzystwem. Była prostą kobietą, zadowalały ją naprawdę proste rzeczy. To była właśnie jedna z nich.
Ona także zauważyła, że właściwie nie byli tutaj sami. Duchy zdawały się jednak nie zwracać na nich uwagi, na co odetchnęła z ulgą. Chciała się teraz cieszyć Anthonym bez przeszkód. Kto wie kiedy nadarzy się kolejna okazja? Albo na to, by otrzymać nagle tyle pocałunków od niego? Zaskoczył ją, w pierwszej chwili nie wiedziała jak zareagować, kiedy nagle wielokrotnie poczuła jego usta na swoich policzkach. Jej własne przybrały kolor dojrzałego pomidora. Drapał ją swoim zarostem, ale to jej nie przeszkadzało. Przyłapała się na tym, że z jej ust wydobywa się śmiech - radosny, szczery, beztroski śmiech. Nie wiedziała właściwie za co Macmillan jej dziękuje, nie domyślała się, że przyszło mu do głowy, jakoby ona specjalnie go tu ściągnęła. W końcu nawet nie wiedziała o tak bliskim powiązaniu jego rodziny z tymi niewielkimi ptaszkami.
- Są aż takie fajne? - uśmiechnęła się. Jeśli sprawiało mu to taką radość, jej również, dlatego postanowiła dopytać. Położyła dłoń na jego policzku, głaszcząc go czule. - Ja także ciebie uwielbiam - odpowiedziała, również bardzo poważnie, głosem mocno ściszonym. Przysunęła się bliżej, tym razem oczekując prawdziwego pocałunku. Jej nie wypadało pokonać dzielącej ich odległości całości samej, choć była gotowa to zrobić, gdyby lord Macmillan nadmiernie zwlekał!


What is my life?
Am I doing this right?
I just realized that I might

Not know what the hell is going on!

Florence Fortescue
Florence Fortescue
Zawód : Bezrobotna
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
If you can't see anything beautiful about yourself...
Get a better mirror!
Look a little closer!
Stare a little longer!
THEY WERE WRONG
OPCM : 4
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 10
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
Rezerwat znikaczy - Page 6 Tumblr_p0ebmcr3Ki1wbxqk4o1_540
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t3964-florence-fortescue https://www.morsmordre.net/t3969-hiacynt#76587 https://www.morsmordre.net/t3968-florkowe-o-smaku-czekolady#76586 https://www.morsmordre.net/f278-pokatna-5-2 https://www.morsmordre.net/t3970-florence-fortescue#76622

Powrót do góry Go down

The member 'Florence Fortescue' has done the following action : Rzut kością


'Kupidynek' :
Rezerwat znikaczy - Page 6 CmFxQql
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Rezerwat znikaczy - Page 6 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Przejmował się dosłownie wszystkim. Musiał uważać na swoją wybrankę, bo była zbyt piękna, żeby cierpieć. Być może dlatego czuł się tak źle, gdy mimo wszystkich jego starań i chęci nie udało mu się jej uchronić od zranienia. Nie zamierzał jednak dopuścić do tego drugi raz. O nie! Był w stanie zrobić niemal wszystko, żeby temu zapobiec. Uśmiechnął się jedynie, kiedy (jak mu się zdawało) udawała, że nic ją nie bolało. Przy okazji uważnie się jej przyglądał i nadal nie potrafił sobie przypomnieć gdzie ją widział (wstyd, Macmillanie, wstyd, jeżeli nie poznajesz swojej randki!)
Spotkałem cię już wcześniej – wyznał, stwierdzając że nie mógł tego tak po prostu ukryć.
Gdyby tylko wiedział jak powinien ją przy sobie zatrzymać, choćby na ten wieczór! Jednak nim był w stanie cokolwiek wymyślić, przerwały mu latające duchy. Spoglądał na nie, od czasu do czasu. Właściwie nie miał nic przeciwko. Ich gonitwa za biednym znikaczem była interesująca. O lepszą atmosferę nie mógł prosić! Spełnienie jego marzeń! Z całą pewnością była to jej zasługa! Spoglądał na swoją damę, którą najwyraźniej jego podziękowania wyraźnie rozbawiły. Aż sam zaraził się jej śmiechem.
To najpiękniejsze stworzenia na świecie – odpowiedział na jej pytanie, a potem machinalnie wskazał na swoje spinki z wygrawerowanymi małymi znikaczami. Duma rodowa, głupio by było się nie pochwalić.
Zaczerwienił się w momencie, kiedy stawiła swoją dłoń na poliku. Nie wiedział jak zareagować, bo nie był jeszcze pewien czy odczuwała to samo, co on. Czy też miała te dziwne motylki w brzuchu? I czy też nie mogła bez niego widzieć świata tak, jak on nie potrafił bez niej? Oby tylko jego żona się o tym nie dowiedziała… oby! Nie miała jak się dowiedzieć, a przynajmniej miał taką nadzieję. A nawet jeżeli… teraz to nie było dla niego ważne.
Jego niepewność szybko została rozwiana. Szatynka się przybliżyła, była niebezpiecznie blisko. Był w stanie poczuć jej oddech na własnych ustach. Nie bała się, więc i on nie musiał. Objął ją delikatnie. Tylko duchy i jeden znikacz byli świadkami całej tej sytuacji… Niewiele brakowało aby ją pocałował, właściwie jakiś kilka milimetrów. Przymknął oczy, chcąc skorzystać w pełni z tego specjalnego momentu.
Ale nie mógł. Dynia, która pojawiła się nagle, zakłóciła ich bliskość. Niechętnie odsunął się od ust swojej wybranki. Natychmiast na jego twarzy pojawiło się niezadowolenie. Tak niewiele brakowało! Gdyby nie przeraźliwy śpiew – pewnie zignorowałby jej obecność i wróciłby do swojego pocałunku, ale fałsz był nie do wytrzymania. Westchnął ciężko i wywrócił oczyma.
I co miał teraz zrobić, żeby jak najszybciej wrócić do swojej wybranki i móc wraz z nią zachwycać się albo sobą, albo duchami? Pierwsze co przychodziło mu do głowy to uciszenie przeklętego tworu. Musiał go jakoś uciszyć.
Quietus! – wyciągnął różdżkę, wycelował w dynię i odpowiednio poruszył drewnem.


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 31/32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Обійми мене, обійми мене, обійми
Так лагідно і не пускай,
Обійми мене, обійми мене, обійми
Твоя весна прийде нехай
OPCM : 18
UROKI : 25
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Rezerwat znikaczy - Page 6 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan

Powrót do góry Go down

The member 'Anthony Macmillan' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 29
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Rezerwat znikaczy - Page 6 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

- Oh, tak, ja... - zaczęła, ale zaraz urwała. Jak miała mu to powiedzieć? Że ostatni raz widzieli się na jego ślubie? Toż to niedorzeczność, nie mogła w ten sposób zepsuć tej chwili! Za nic w świecie nie chciała wspominać jego żony, nie teraz. Miała go tu tylko dla siebie, czy nie mogli pocieszyć się tym momentem dłużej?
Gdy pokazał jej swoje spinki ze znikaczami, zrozumiała skąd ta fascynacja. Cóż, wcześniej Florence nie wiedziała nic o powiązaniach jego rodziny z tymi niewielkimi ptaszkami. Czy to więc były jego ziemie? Gdzie dokładnie się znaleźli? Nie była pewna, z resztą, nie był to w tym momencie temat, który specjalnie zaprzątał jej głowę. O takie rzeczy będzie się martwić później, kiedy noc przeminie i niebo powoli zabarwi się jasnymi kolorami nadchodzącego świtu. - Są prześliczne - skomentowała, wiedząc, że sprawi mu to przyjemność. Poza tym... naprawdę tak myślała.
Naprawdę wyczekiwała tego pocałunku. Odczuła niemal fizyczny ból, kiedy Anthony się odsunął, ale zrozumiała jego decyzję. Fałszowanie dyni faktycznie rujnowało cały klimat - prawdopodobnie nawet gdyby ich usta finalnie się ze sobą zetknęły, nie byłoby to to samo. Klimat siadł totalnie. A to już wywołało we Florence gniew. Nikt i nic nie będzie psuć jej tutaj wymarzonej randki! Obserwowała jak mężczyzna próbuje uciszyć irytujące, śpiewające warzywo. Bardzo liczyła, że mu się uda, ale oczywiście los postanowił być złośliwy. Kobieta wstała więc, niemal ciskała piorunami z oczu, tak bardzo irytowała ją fałszująca dynia. Sama także sięgnęła po swoją różdżkę, decydując się na rzucenie tego samego zaklęcia co Macmillan - mimo że na transmutacji znała się bardzo słabo. - Quietus! - zawołała rozkazująco, a irytujące warzywo natychmiast zamilkło. Florence niemal podskoczyła z radości, jak małe dziecko, któremu udało się jakieś trudne zadanie. W pierwszym odruchu chciała odwrócić się i znów wpaść w ramiona Macmillana, ale coś jej podpowiedziało, że powinna najpierw zbadać dynię, która zaległa na trawie. Tak też uczyniła - i nie pożałowała. Wnętrze warzywa kryło w sobie prawdziwe skarby! Oto i prawdziwy cud Nocy Duchów. Chciała piknik z Macmillanem - ma piknik z Macmillanem! Florence złapała dynię w obie dłonie - chociaż ważyła wcale nie mało - i prędko zaniosła ją do swojego wybranka. Usiadła ponownie na jego płaszczu, pokazując mu łakocie które odkryła - Teraz już będziesz musiał mnie pocałować - powiedziała cicho, uśmiechając się zalotnie. Wzięła jeden z kawałków ananasa z zamiarem nakarmienia nim Anthony'ego.

Kostka


What is my life?
Am I doing this right?
I just realized that I might

Not know what the hell is going on!

Florence Fortescue
Florence Fortescue
Zawód : Bezrobotna
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
If you can't see anything beautiful about yourself...
Get a better mirror!
Look a little closer!
Stare a little longer!
THEY WERE WRONG
OPCM : 4
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 10
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 2
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
Rezerwat znikaczy - Page 6 Tumblr_p0ebmcr3Ki1wbxqk4o1_540
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t3964-florence-fortescue https://www.morsmordre.net/t3969-hiacynt#76587 https://www.morsmordre.net/t3968-florkowe-o-smaku-czekolady#76586 https://www.morsmordre.net/f278-pokatna-5-2 https://www.morsmordre.net/t3970-florence-fortescue#76622

Powrót do góry Go down

Miał już dowiedzieć się, gdzie ją poznał, ale jego urocza kompanka nie dokończyła zdania. Szkoda, wielka szkoda! Wstydziła się? Bała się mu powiedzieć? Nie chciała się zdradzać? Nie chciał jej do niczego zmuszać. Nie był taki. Dopytywanie jej mogłoby okazać się wyjątkowo niegrzeczne! A przecież był porządnym szlachcicem, prawda? Nie chciał, żeby czuła się źle i nieprzyjemnie w jego towarzystwie. Jeżeli się wstydziła lub z jakiegoś innego powodu nie chciała mu zdradzić tajemnicy, niech ich pierwsze spotkanie miało pozostać tajemnicą. Choć… i tak próbował odświeżyć swoją pamięć… niestety nieskutecznie. Natłok ostatnich wydarzeń nie ułatwiał mu zadania.
Ucieszył się, kiedy przyznała mu rację co do piękna znikaczy. Te stworzenia zasługiwały na wszystko co najlepsze, a przede wszystkim na to, żeby znalazły się we właściwych rękach. Powinny mieszkać w Kornwalii. Drobne rodowe konflikty nie były jednak teraz ważne i nie chciał nimi zaśmiecać swojej głowy. Miał wrażenie, że odnalazł kogoś, kto naprawdę podzielał jego fascynację. Mógł jej nie znać, ale jednak – jej obecność i słowa sprawiały, że zwyczajnie czuł się dobrze. Skupiał na niej całą swoją uwagę, podziwiał każde słowo, które płynęło z jej ust. Chciał być blisko niej, a może i nawet… znacznie bliżej.
I udałoby się to, gdyby nie przeklęta i zaczarowana dynia. Przeklęte pół stworzenie – pół roślina nie dawała im spokoju. Dlaczego wybrała akurat ich? I dlaczego pojawiła się akurat teraz? Fałszowała gorzej niż on sam. Jak miał się jej pozbyć? Chciał ją uciszyć, ale nie wyszło mu. Zawstydził się, bo to znaczyło, że zwyczajnie nie posiadał wystarczająco dobrych umiejętności. Ale jak mógł rzucić jakiekolwiek skuteczne zaklęcie, skoro był tak zdenerwowany? Na ratunek przyszła mu właśnie dama. Rzuciła zaklęcie i nagle nastała cisza.
Był pod wrażeniem jej zdolności, podziwiał ją jeszcze bardziej (o ile jeszcze bardziej było w ogóle możliwe). Z zaciekawieniem przyglądał się temu, jak dziewczyna zaczęła zbliżać się do dyni. Może nie powinna? Miał ochotę zawołać ją z powrotem, jak gdyby obawiając się, że jego wybranka za chwilę ucieknie. Kiedy zobaczył łakocie… oniemiał. I to wszystko było w tej dyni? Nie wiedział co powiedzieć. Nie spodziewał się, że przypadek losu da im odrobinę słodyczy… I ta miodówka… czy to był przypadek? Oczy jak gdyby mu zabłysły na widok alkoholu.
Zawstydził się, kiedy na głos powiedziała, że powinien ją pocałować. To nie tak, że nie chciał. Chciał, naprawdę tego chciał. Nieśmiało pochwycił oferowany kawałek ananasa. Orzeźwiający smak i zapach sprawił, że nie potrzebował kolejnego zaproszenia. Coś ukłuło go w żołądek, poczuł dziwną falę ekscytacji, nad którą nie potrafił zapanować. Delikatnie objął kark Florence dłonią i przybliżył w swoja stronę, żeby podzielić się smakiem. Był delikatny, ale też i zdecydowany. Nie było odwrotu. Cały świat mówił, że powinni to zrobić. I duchy, i dynia, i znikacze.
Tak? – Zapytał, choć właściwie pełne pytanie miało brzmieć: „Czy w ten sposób?”. Czuł się jak nastolatek, który nie był pewien siebie.


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 31/32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Обійми мене, обійми мене, обійми
Так лагідно і не пускай,
Обійми мене, обійми мене, обійми
Твоя весна прийде нехай
OPCM : 18
UROKI : 25
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Rezerwat znikaczy - Page 6 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan

Powrót do góry Go down

| wybaczcie, że przybywamy bez zapowiedzi! niech miłość kwitnie, może skończymy przed waszą kontynuacją, moi mili


10 października

Poranek należał do tych chłodnych, szarawych, z surowym słońcem skrytym pod pierzyną ciemniejących chmur, z których jednak, szczęśliwie, nie padał dziś deszcz. Odziana w długą suknię i ciepły płaszcz Livia mogła zatem bez parasolki cieszyć się ciszą panującą w rezerwacie; pośród marznących drzew spacerowała niby to samotnie, z mężczyzną niczym duchem śledzącym każdy jej krok w bezpiecznej oddali. Nie przeszkadzał, był zaledwie cieniem upewniającym się o jej dobrobycie, nawet tu, w miejscu stanowiącym prywatną świątynię młodej arystokratki. Blado rdzawe włosy powiewały za nią delikatnie, spięte z tyłu głowy dużą, błękitną kokardą, a owinięte w rękawiczki dłonie łagodnie dotykały mijanych roślin, w białym, eleganckim koszyku niosąc świeżo zebrane kwiaty. Szklarniane, dorodne, o nektarze słodkim i sycącym, na których widok przesiadujące w swoich kryjówkach złote ptaszki przekręcały główki, w powietrzu niechybnie czując dzierżoną przezeń woń. Były głodne, z pewnością. Październikowa roślinność w rezerwacie była przecież uboższa niż w cieplejszych miesiącach, zaś magicznie wznoszona flora wydawała się nie smakować im tak bardzo, jak ta rozwinięta naturalnie, w kontrolowanych warunkach. Do jej obowiązków - samodzielnie zadeklarowanych - należało także dokarmianie znikaczy. Pieczołowicie dbała o ich zdrową dietę, o samopoczucie, z uśmiechem spoglądając na ciekawie śledzące ją oczęta, ciemne i okrągłe jak małe, czarne perełki. Zatrzymała się dopiero pod daszkiem marmurowej altany, gdzie usiadła na chłodnej ławie i zanuciła pod nosem znaną sobie melodię. Sobie - lecz nie tylko. Stanowiła ona sygnał, znak, że mogły się do niej zbliżyć bez lęku o krzywdę.
- Dzień dobry - Livia odezwała się miękko, gdy kilka złotych ptaszyn zleciało na blat białego stoliczka, z zaufaniem ciesząc się przyniesioną przez nią roślinnością. Spijały nektar ze środka pąków prędko i zwinnie, a kiedy napełniły już brzuszki, odlatywały z wdzięcznością z powrotem na swoje ulubione gałęzie, czyniąc miejsce dla pozostałej części złotej populacji. Takie wspaniałe, takie troskliwe...
- Milady - odezwał się nagle nadchodzący z głównej alejki pracownik rezerwatu, skłoniwszy się przed nią nisko, niemal bez dechu. - Proszę mi wybaczyć, n-nadjechał lord Romulus Abbott - mówił niemal krztusząc się powietrzem. Musiał biec do jednego z jej ulubionych, tajemniczych zakątków, byle tylko dostarczyć córce szlachcica ów informację jak najszybciej, na co Livia skinęła mu z wdzięcznością i podniosła się z miejsca prędziutko. Romulus Abbott, tutaj? W szmaragdowych oczach błysnęło podekscytowanie.
- Dziękuję, Edwardzie, odpocznij - poprosiła, po czym zwinnym krokiem czmychnęła pośród przygaszonej zieleni wprost do wejściowej bramy rezerwatu, gdzie z konnej przejażdżki zatrzymała się znajoma, przepiękna klacz, a w jej siodle równie znajomy, bliski jej sercu mężczyzna. Livia skłoniła się dygnięciem pełnym gracji, nie próbując jednak powstrzymać rozkwitającego na ustach uśmiechu. - Mój panie ojcze, czy wszystko w porządku? Zmęczyła cię podróż? - zapytała dźwięcznie, melodyjnie, dopiero po chwili podnosząc spojrzenie na rodziciela.


slipping out of notice,
the beats of the heart chime, they are unmistakeably a sign of life. painted as far as the heavens reach, the sky is tinted in a shade of blue. endlessly it repeats itself, almost as if it were atop a boxed garden.
Livia Abbott
Livia Abbott
Zawód : działaczka na rzecz rezerwatu znikaczy, młoda dama
Wiek : 16
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
So I won't testify the crimes you're keeping score of. Why don't you throw me to the wolves? I thought you were one.
OPCM : 10
UROKI : 2
ALCHEMIA : 12
UZDRAWIANIE : 3
TRANSMUTACJA : 3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywne dzieci
Nieaktywne dzieci
https://www.morsmordre.net/t9963-livia-abbott#301228 https://www.morsmordre.net/t9971-wenus#301492 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9973-skrytka-nr-2260#301500 https://www.morsmordre.net/t9972-livia-abbott#301494

Powrót do góry Go down

„Celem człowieka jest rozważny wybór rzeczy, które są zgodne z naturą.”
- Zenon z Kition

Jesień szalała pełną parą, roznosząc jesienne liście w malowniczym tańcu ciepłych barw. Wiatr kołysał również kłębiastymi chmurami i tylko sam Akwilon wiedział, ileż jeszcze potrwa północna zawieja, ściągająca chłodny front na Wielką Brytanię. Ciepłe powietrze z końskich chrap igrało z porannym chłodem, wypływając parą odznaczającą się na spowitym cieniem lesie. Mniejsze kłęby wypływały z męskich ust lekko rozchylonych w zmartwieniu nad tym, którą drogę obrać. Wybrał jednak tę prowadzącą przez knieję, aspirując do powrotu przez gospodarstwa, jakim chciał się przyjrzeć. Wojna dotykała każdego, niezależenie gdzie żył, co robił, mieszkał i jakie posiadał poglądy. Stan rzeczy będący trawiącym Anglię kwasem, zapoczątkowany został dawno temu, nim jeszcze odbył się szczyt na Stonehenge. Ile to lat zdołali działać w podziemiu nikczemnicy? Dlaczego aurorzy nie potrafili odnaleźć odpowiedniego tropu, ażeby zgnieść zło w zalążku? Chociaż mogło to być czcze pytanie, wszak sam częstokroć zderzyć się musiał z paskudną rzeczywistością i faktem sądownictwa, niekoniecznie tak sprawiedliwego, jakby tego marzył.
Skóra siodła trzeszczała przy miękkim ruchu klaczy, a wędzidło brzęczało przy przemielaniu go końskim jęzorem. Lord nie ściągał wodzy - pozwolił na to, by zwierzę samoistnie podążało ścieżyną, znając drogę do rezerwatu. Powolny stęp pozwalał na dokładne przyglądanie się mijanej roślinności, zaś śpiew ptaszyn kojąco uspokajał ponury ciąg myśli, zsyłany przez napływające listy i ważkie pisma posępnie zdobiące biurko gabinetu, do którego będzie musiał dziś jeszcze powrócić. Czy jego praca kiedykolwiek się kończyła? Nieustannie analizował w głowie scenariusze, nawet właśnie w wolnym czasie, który winien pozostać nienaruszony troskami. Nie znaczy to jednak, by nie potrafił odnaleźć chwili relaksu w całym tym majdanie. Gdy błękitne spojrzenie opadło na dobrze znany drogowskaz, westchnął cicho i zebrał wodze, poprawiając się w siodle. Ścisnął łydkami końskie boki i pierwej przeszedł do kłusa, wbijając się w rytm końskiego chodu, ażeby z czasem przejść do galopu. Oddech przyspieszył – zwierzęcy i ludzki – z każdym pokonaniem skoku rytmicznego chodu. Serce przyspieszało wraz z prędkością susów, równoważąc się z tętnieniem kopyt rozbijających się po glebie, raz za razem rozbryzgującej przy zamaszystym odbiciu.
Klacz zarżała zatrzymywana przed bramą, a męski kojący ton rozlał się wokół, wraz z dłonią zjeżdżającą powoli po końskiej łopatce w łagodnym geście. – Spokojnie – wyszeptał cicho, lecz na tyle głośno by dźwięk dotarł do uszu stworzenia. Poluźnił lejce i wyjął stopy ze strzemion, rozsiadając się wygodniej w siodle, aby i zwierzę mogło wygodniej stępować przed wejściem do rezerwatu. Posłaniec wysłany po córkę, spełnił swe zadanie wyśmienicie, gdy już po kilku chwilach znajoma twarz zamigotała przy bramie, witając jakże dostojnym tonem. Mężczyzna uśmiechnął się delikatnie i skinął córce głową, delikatnie przytrzymując kaszkiet, aby ten nie osunął się z głowy. – Promieniejesz, Livio – dodał, po czym zwinnie przerzucił nogę przez grzbiet klaczy i zsunął się z siodła, lądując na ziemi. – W porządku, dziękuję za troskę – mówiąc, przełożył lejce przez końską głowę, aby poprowadzić zwierzę za sobą. – Nie jestem jeszcze, aż tak stary, by zmęczyć mnie miała zwykła przejażdżka, Kwiatuszku – zaśmiał się pod nosem, podchodząc bliżej córki. Dla niego wciąż była malutkim pączkiem róży, którego kwitnienie miało nastąpić w bardzo dalekiej przyszłości. – Przywiozłem ci coś – odchrząknął, wyciągając w kierunku dziewczęcia zawiniątko, w którym znajdowały się cztery dorodne herbatniki, bynajmniej pokruszone – spokojnie przeżyły podróż w torbie przytroczonej do siodła. Odnalazłszy wzrokiem sylwetkę mężczyzny – opiekuna jego córki – kiwnął ku niemu głową w porozumiewawczym geście. – Jak kondycja naszych złocistych podopiecznych? Nikt nie zakłóca ich spokoju? – zapytał, przywracając pełną uwagę swojego skupienia młodziutkiej damie.

| herbatniki, 4 sztuki


Kto zatem czyni postępy?
Ten z was, kto machnąwszy z pogardą ręką na rzeczy zewnętrze, wszelkim staraniem otacza swą wolną wolę, tak ją zaprawia, tak ją hartuje i w rezultacie doprowadza ją do stanu takiej doskonałości, iż jest ona zgodna z naturą, prawdziwie wzniosła, wolna, niezależna od wszelkich trudności i przeszkód, wierna i skromna.


Romulus Abbott
Romulus Abbott
Zawód : Radca prawny
Wiek : 39
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
sprawiedliwości musi się stać zadość, choćby niebo miało runąć
OPCM : 26
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t9935-romulus-abbott#300392 https://www.morsmordre.net/t9965-minerva#301345 https://www.morsmordre.net/t9966-quo-vadis#301348 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9968-skrytka-bankowa-nr-2258#301376 https://www.morsmordre.net/t9969-romulus-abbott#301428

Powrót do góry Go down

Przyuważenie jej raptownego rozpromienienia sprawiło, że na poliki dziewczęcia wkradł się rumieniec głęboki jak czerwień róż pnących się do słońca w leniwe letnie popołudnia. Jakżeby śmiała reagować bowiem inaczej na niezapowiedziane niczym nadejście swojego rodzica? W ostatnim czasie lord Abbott z rzadka zaglądał do rezerwatu, podobnie jak i pani matka; oboje zdecydowali się zostawić to miejsce pod pełną zaangażowania pieczą córki, w ten sposób pragnąc nauczyć ją koniecznej samodzielności, a także pozwolić pisklęciu w końcu rozwinąć skrzydła. Mniej złote, mniej upierzone, ale własne i równie w życiu potrzebne. Skinęła więc głową w zgodzie z jego słowami, uśmiechnięta, wyraźnie szczęśliwa, splatając przed sobą chude dłonie.
- To dobry dzień, panie ojcze - odpowiedziała łagodnie, z ulgą odnajdując spojrzenie skąpane w znajomym błękicie. Trosk na męskich ramionach nie brakowało, jednak lord Romulus darował jej zagłębiania się w otaczającą zewsząd makabrę zbrodni Rycerzy Walpurgii i ich popleczników działających na rzecz mrocznego czarodzieja, jaki zapragnął zawładnąć Brytanią, ba, może i całym światem? Dobrych ludzi usiłowano zepchnąć w otchłań wypełnioną lepką mgłą i krwią, ale oni trwali tu nadal, oferując schronienie potrzebującym i pomoc walczącym. Widziała to czasem w ojcowskim licu, to, jak zagłębiał się w świecie swoich rozważań i trudnych do podjęcia decyzji, lecz nie śmiała pytać. Nie śmiała prosić, by wyjaśnił jej, co kryło się za kurtyną wojennej logistyki, zostawiając to braciom. To ją przerażało. - A i cieszę się, że cię tu widzę. Nie spodziewałam się - przyznała szczerze, po czym wyciągnęła dłoń w kierunku końskiego łba, lekko gładząc przestrzeń między nozdrzami pokrytą króciutką, ledwie wyczuwalną szczeciną. - Liberto - wymruczała z radością imię podopiecznej swojego ojca, żałując, że nie miała przy sobie kostki cukru do zaoferowania zwierzęciu - czy nawet dorodnego, czerwonego jabłka, jakim mogłaby uraczyć zmęczone podniebienie. Zarówno ona, jak i lord Abbott wyglądali na smagniętych towarzyszącym ich wiatrem, sugerując, że droga do rezerwatu pokonana została w pośpiechu.
Oczy zabłysły intensywniejszą zielenią ciekawości, gdy mężczyzna wyciągał z przytroczonej do siodła torby świeże herbatniki, jakie odebrała od niego z bijącą z lica wdzięcznością. Wiedział doskonale, że uwielbiała wszelkiego rodzaju słodycze, a takie zaofiarowane z myślą właśnie o niej smakowały najsłodziej! Tuż po odwinięciu białego papieru i przyjrzeniu się fakturze ciasteczek wzrok Livii powrócił do ojcowskiej twarzy, a ona dygnęła raz jeszcze.
- Bardzo dziękuję! Czy uczynisz mi tę radość i zjesz je ze mną? Zostaniesz na chwilkę? - poprosiła z nadzieją. Choć mieszkali w jednej posiadłości przy Norton Avenue, córa nigdy nie miała dosyć towarzystwa swojego rodzica i z dziecięcym pragnieniem odszukiwała jego obecności, rada z każdego współdzielonego z nim momentu. Wyciągnęła zatem dłoń w kierunku lorda Abbotta, jeśli zdecydował się zaoferować jej ramię, by razem z nim ruszyć w dół ścieżki prowadzącej z powrotem do jej ulubionego miejsca. - Znikacze dobrze znoszą jesień. Mimo chłodów wciąż odznaczają się nienagannym apetytem i są zdolne zadbać o swoje kryjówki bez naszej pomocy. Akurat rozpoczęłam ich karmienie zanim nadjechałeś - wyjaśniła z nutką dumy w dziewczęcym głosie. Lord Romulus mógł być pewien, że ich kroki śledzone były przez mnogość czarnych ocząt przyglądających im się z gałęzi wysokich drzew, a także wydrążonych w konarach dziupli. Dopiero kiedy Abbottowie oddalili się od bramy i obecnych nieopodal pracowników rezerwatu, Livia pozwoliła sobie na większą otwartość w tytulaturze, - W altanie zostawiłam trochę świeżych kwiatów. Powiedz, zechcesz nakarmić tutejszych mieszkańców, papo? - zaproponowała z uśmiechem. Roślinność dla znikaczy, a dla nich - herbatniki.


slipping out of notice,
the beats of the heart chime, they are unmistakeably a sign of life. painted as far as the heavens reach, the sky is tinted in a shade of blue. endlessly it repeats itself, almost as if it were atop a boxed garden.
Livia Abbott
Livia Abbott
Zawód : działaczka na rzecz rezerwatu znikaczy, młoda dama
Wiek : 16
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
So I won't testify the crimes you're keeping score of. Why don't you throw me to the wolves? I thought you were one.
OPCM : 10
UROKI : 2
ALCHEMIA : 12
UZDRAWIANIE : 3
TRANSMUTACJA : 3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywne dzieci
Nieaktywne dzieci
https://www.morsmordre.net/t9963-livia-abbott#301228 https://www.morsmordre.net/t9971-wenus#301492 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9973-skrytka-nr-2260#301500 https://www.morsmordre.net/t9972-livia-abbott#301494

Powrót do góry Go down

Obserwowanie radości w pociechach było frapująco relaksującym zjawiskiem. Brak w tym było znamion tortur wieńczących krainę rządzoną przez boga umarłych z dawnych mitów. Nie był to płacz czy magia przepełniona dąsami, mogąca wprawić niejednego rodzica w stan podobny katatonii. Ileż to razy młodszy syn, już zdążył napsuć krwi rodzicom? – Już jadłem, kochanie. Wszystkie są dla ciebie i… tak, zostanę – kiwnął głową, a zaraz potem zaoferował młodej damie ramię. Pomyśleć, że być może za jakiś czas przyjdzie mu wreszcie wystawić ostatni raz ramię do panny i poprowadzić pod ślubny kobierzec, oddając ją temu, który będzie godny jej serca, by stała się panią.
Pokiwał kilkakrotnie głową, słuchając niejako raportu córki, względem rezerwatu oraz podopiecznych. – Doskonale. Koniecznie muszę podzielić się tym z twoją panią matką, będzie zachwycona. Czy wszystkie tegoroczne pisklęta już samodzielnie latają i oddzieliły się od gniazd rodziców? – dopytał, ciesząc się, że Livia tak dobrze radziła sobie z opieką nad drobnymi, żółtymi ptaszętami. Na propozycję wspólnego karmienia, przytaknął powoli, spokojnie, być może bez większego entuzjazmu, lecz z widocznym zaangażowaniem. – Bardzo chętnie, ale będziesz musiała pokazać mi jeszcze raz, jak to się robi – uśmiechnął się delikatnie, pozwalając córce poprowadzić się w kierunku altany. Sam zaś wiódł za sobą klacz, która posłusznie kroczyła za dwójką przedstawicieli rodu Abbott. Świergot ptaków zwiastował, że coś się zadziało wokół, więc jedynie rzucił z lekka pytające spojrzenie córce, wiedząc, że ta z pewnością wie, o czym śpiewają drobne, hałaśliwe niecnoty. Fascynujący był to dar, tylko po kim odziedziczony? Uśmiechnął się ponownie, a potem pomógł córce zająć miejsce w altanie, sam zaś w kilku sprytnych ruchach rozsiodłał klacz i zdjął jej ogłowie, pozwalając, by mogła swobodniej poruszać się po przestrzeni rezerwatu. Uciec nie mogła, a raczej wątpił, by wyrządziła jakiejkolwiek szkody. Zaraz potem usiadł przy córce, biorąc kwiaty w dłonie – próbując naśladować sposób, w jaki Livia przygotowywała się do karmienia ptaszków. – Livio… Chciałbym również z tobą porozmawiać o czymś ważnym – zaczął powoli, rozdzielając kwiaty spoczywające w jego dłoniach. Dzieci były specyficznymi rozmówcami, wrażliwszymi i delikatniejszymi na każde słowo. – W ostatnich tygodniach wiele zmieniło się na krajobrazie naszego świata. Choć już dawno mogliśmy zapomnieć o absolutnym bezpieczeństwie, tak z miesiąca na miesiąc… – zawahał się, zerkając niepewnie na córkę. Nie chciał zaznajamiać jej z tym, z czym oswoił już swojego starszego syna, przynajmniej nie w pełni, lecz musiała zyskać świadomość, że poza granicami hrabstwa mogły spotkać ją straszliwe rzeczy. Już nawet nie chciał myśleć o tym co również działo się wewnątrz, wszak względny sojusz jego drogiego krewnego, ale i przyjaciela, Archibalda zawiązał porządną opozycję przeciwko jarzmowi Cronusa Malfoya, czy raczej Lorda Voldemorta, tak wróg nie spał i próbował burzyć względny spokój, jaki lordowie sojuszu pragnęli utrzymać dla ludzi mieszkających na ich ziemiach. – Z miesiąca na miesiąc Anglia upada. Ludzie zapominają o moralności, sprawiedliwości i tym gdzie kończy się cienka granica tego, na co pozwala prawo – dokończył, wyciągając w kierunku córki dłoń, a kwiaty odkładając na bok. – Posłuchaj mnie, Livio, nie bez kozery śledzą cię oczy. Pragnę twojego bezpieczeństwa i chciałbym upewnić się, że to pojmujesz – przyglądał się delikatnym rysom młodej damy, rozważając, ile jeszcze mógł jej powiedzieć. Ile właściwie wypadało, aby wiedziała, jednocześnie nie chcą jej przerazić, ale jednak przypomnieć, że wszelkie środki bezpieczeństwa, które nakładał, nie miały być żadną karą, ani zawalidrogą w jej postępowaniu. – Proszę cię, córeczko… – westchnął ciężko, utkwiwszy błękitne oczy w drobnej twarzyczce, usłanej licznymi piegami. – Uważaj, z kim się spotykasz i gdzie kierują cię twe kroki – zerknął na gałązkę, która poruszyła się delikatnie, jak gdyby właśnie uciekła z niej jakaś ptaszyna. – Chciałbym również, abyś pozostawiała mi dokładne informacje, gdzie się wybierasz i w jakim celu – jego ton wydał się nieco poważniejszy, lecz wciąż nie było w nim znamion chłodu. Troszczył się o córkę, a miał ją przecież jedyną – delikatny płatek róży, z każdym rokiem przypominający coraz bardziej swoją matkę. – Zwykłą notatkę lub liścik, cokolwiek, abym wiedział, gdzie cię szukać w razie… wypadku. – Pragnął, by potrafiła być odpowiedzialna za samą siebie i w jego mniemaniu tak drobne zadanie, a raczej prośba, mogłaby nauczyć córkę pewnych nawyków. Obawiał się tego co mogliby jej zrobić szmalcownicy, czarnoksiężnicy i inne monstra podobne temu, które rządziło teraz Anglią. Ciężko było dopatrzeć się w jego licu uśmiechu, a jedynie zmartwienie rysowało się w oczach, utkwionych poważnie w córce.


Kto zatem czyni postępy?
Ten z was, kto machnąwszy z pogardą ręką na rzeczy zewnętrze, wszelkim staraniem otacza swą wolną wolę, tak ją zaprawia, tak ją hartuje i w rezultacie doprowadza ją do stanu takiej doskonałości, iż jest ona zgodna z naturą, prawdziwie wzniosła, wolna, niezależna od wszelkich trudności i przeszkód, wierna i skromna.


Romulus Abbott
Romulus Abbott
Zawód : Radca prawny
Wiek : 39
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
sprawiedliwości musi się stać zadość, choćby niebo miało runąć
OPCM : 26
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t9935-romulus-abbott#300392 https://www.morsmordre.net/t9965-minerva#301345 https://www.morsmordre.net/t9966-quo-vadis#301348 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9968-skrytka-bankowa-nr-2258#301376 https://www.morsmordre.net/t9969-romulus-abbott#301428

Powrót do góry Go down

Pałaszowanie łakoci w ojcowskiej obecności, nawet bez jego czynnego udziału, było słodyczą samą w sobie, na co zatem Livia skinęła znów głową, wdzięcznie i leciutko. Podobno w kraju szerzył się głód, a dobroci na targach żywności zaczynało brakować coraz bardziej, szczególnie w widmie nadchodzącej wielkimi krokami zimy, lecz oni mieli wiele, na tyle, by nie odczuła tego sama Abbottówna. Z tego też powodu, za pozwoleniem rodzicielstwa, starała się zabierać ze sobą drobne przekąski podczas wizyt w miasteczku nazwanym Doliną Godryka, byle tylko nakarmić bawiące się na placach dziecięta. Czynić dobro. Bo tego też brakło, prawda? Nastoletnia pannica starała się pozostawać głuchą na wieści dochodzące z Londynu, z odebranej im przemocą stolicy, jednak nawet jej uszy nie mogły wiecznie udawać, że nie dochodziło doń absolutnie nic. Działo się źle. Szerzono bezprawie. Prawdziwego ministra zepchnięto w cień, podczas gdy uzurpator piął się ku słońcu z dumnie wypiętą piersią, zbierając laury za okropieństwa, jak wysiedlenia czy inwigilacje. Livia wiedziała, że wprowadzono obowiązek rejestracji różdżki, z czego nie skorzystała natomiast jej rodzina, głośno opowiadająca się za polityką lorda Harolda Longbottoma, nie zaś brutalnego lorda Malfoya.
- Niektóre rokowały niepewnie, ale jestem rada móc cię zapewnić, że zarówno z lataniem, jak i jedzeniem radzą sobie już sprawnie - odpowiedziała z zadowoleniem. Złote pisklęta napawały ją szczególnym szczęściem, a Livia starała się obserwować za pomocą zaklęcia trzeciego oka ich narodziny, byle tylko skatalogować przy pomocy kronikarzy rezerwatu liczbę piskląt. Musieli mieć pewność, starannie kontrolować populację i przyrównywać zapiski do wcześniejszych lat, by móc także przewidywać przyszłość. - Najliczniejsze potomstwo w tym roku dała nam Vesta - ciągnęła, niepewna, czy lord Romulus pamiętał imię każdego znikacza cieszącego się bezpieczeństwem tego miejsca; dla niej miały bowiem wiele sensu, każde przypisane do konkretnej ptaszyny. - Ojcem najliczniejszych gniazd, natomiast, został Janus. Obserwowanie jego tańca było niezwykłym doświadczeniem. Przypominał mi księcia na sali balowej, błyszczącego najjaśniej, o najpiękniejszym spojrzeniu - rozmarzyła się Livia, przylegająca do rodzicielskiego ramienia. Pewnego dnia i jej przeznaczony będzie taki mężny kawaler, oby tylko mniej rozwiązły, a stały w uczuciach i zapatrzony jedynie w nią; świat ludzi szczęśliwie różnił się od ornitologicznego, zaś przyrzeczona przed ołtarzem wierność winna być wieczna. Nierozerwalna.
Zasiedli razem z Romulusem pod altaną, toteż Abbottówna sięgnęła po kosz z kwieciem i jedno z najpiękniejszych podała ojcu, po czym przyłożyła palec do swych ust i znów zanuciła tę samą melodię, na znak której z dziupli wystawiły główki znikacze. Znały ten dźwięk, zdziwione nieco, że tym razem miała towarzystwo, lecz wcale tym faktem nie zniechęcone - ruszyły więc ze swoich gniazd i kilka z nich zleciało na marmurowy blat. Mniejszych rozmiarów ptaszek przekręcił głowę z ochotą i podskoczył w kierunku lorda, by sięgnąć dziobem w głąb płatków, gdzie oczekiwał go nektar słodki i treściwy jak miód.
- Wciąż cieszysz się ich zaufaniem - zauważyła arystokratka, z uśmiechem oparłszy brodę na wierzchu jednej dłoni, choć za chwilę, na dźwięk powagi w słowach ojca, wyprostowała plecy i opuściła ręce na swoje kolana. Czyżby uczyniła coś nie tak? Uczyniła komuś przykrość, dopuściła się zniewagi? Myśli przecięła setka niedawnych wspomnień, jednak w każdej przywołanej sytuacji na próżno było doszukiwać się nietaktu, jak sądziła... Odetchnęła dopiero głębiej, gdy temat jął oscylować wokół bezpieczeństwa, wokół tego, dokąd zmierzał ich świat i w jak drastycznym tempie zdawał się to czynić. Nie było to wcale łatwiejsze od dziecięcych przewin, lecz w tej jednej chwili Livia odczuła ulgę; zawieść lorda Romulusa równałoby się złamaniem własnego serca. A tego przecież chcieć - nie chciała. - Nie śmiałabym narazić się na szkodę, tatku. Ja... Och, w głębi serca wiem, że nie jest już tak dobrze, ani tak pięknie jak wtedy, gdy ledwie odrosłam od ziemi - zasmuciła się, jednocześnie sięgnąwszy po wysuniętą w jej kierunku dłoń. Wydawać by się mogło, że ignorancja stała się dla niej zbawieniem, ale w rzeczywistości Abbottówna pojmowała z szeptów na Norton Avenue więcej, niż być może by pragnęła. Barki ojca i starszego brata przygniatał ogromny ciężar. Młodszy rozumiał jeszcze niewiele, skupiony wyłącznie na dąsach i kłopotach, a mimo to nie miała wątpliwości, że i na niego przyjdzie pora, prędzej czy później. On także pojmie, że dnie stały się niepewne. Pochmurne. I nie tylko dlatego, że padał z nich jesienny deszcz. - Rozumiem - powiedziała, podczas gdy w oczach błysnęła cienka warstewka łez: wzruszenia. Bo od środka otuliła ją świadomość, jak bardzo jej dobro ważne było dla zapracowanego ojca, choć jednocześnie w swojej głowie musiał pamiętać o dobrobycie całego Somerset. - Przysięgam, że tak właśnie będę robić - dodała zatem z cieniem uśmiechu, obiema dłońmi ściskając już tę należącą do lorda Romulusa. Wiedział, że nigdy nie zwykła kłamać, że to, co wypowiadała w słowach, miało odnaleźć uiszczenie w rzeczywistości, a pieczołowitość w dochowywaniu przyrzeczeń gwarantowała ich spełnienie. I o ile to mogłoby zamknąć klamrę poruszonego tematu, Livia nie ucichła od razu. - Myślisz, tatku, że coś mi grozi? Lub, co gorsza, Cassiusowi? - spytała po chwili. Nieopodal altany niczym cicha rzeźba zatrzymał się były auror, bo o ile w towarzystwie ojca Livia była bezpieczna, on śledził ją swą pieczą zawsze, gotów skoczyć choćby w paszczę lwa, by obronić lorda Remulusa i jego dziecko. Wyobrażenie złoczyńców wysłanych za jej głową sprawiło, że Abbottówna zadrżała i opuściła spojrzenie, rozczulona jedynie, kiedy jeden ze znikaczy lekko dotknął główka ich splecionych dłoni. - Czy twoje słowa wykrzesało coś... Och, czy ktoś spróbował skrzywdzić ciebie, mój ojcze? - zapytała nagle, czując, jak ze strachu drętwieją jej mięśnie.


slipping out of notice,
the beats of the heart chime, they are unmistakeably a sign of life. painted as far as the heavens reach, the sky is tinted in a shade of blue. endlessly it repeats itself, almost as if it were atop a boxed garden.
Livia Abbott
Livia Abbott
Zawód : działaczka na rzecz rezerwatu znikaczy, młoda dama
Wiek : 16
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
So I won't testify the crimes you're keeping score of. Why don't you throw me to the wolves? I thought you were one.
OPCM : 10
UROKI : 2
ALCHEMIA : 12
UZDRAWIANIE : 3
TRANSMUTACJA : 3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywne dzieci
Nieaktywne dzieci
https://www.morsmordre.net/t9963-livia-abbott#301228 https://www.morsmordre.net/t9971-wenus#301492 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9973-skrytka-nr-2260#301500 https://www.morsmordre.net/t9972-livia-abbott#301494

Powrót do góry Go down

Zafascynowanie, którym charakteryzowała się Livia zawsze sprowadzało uśmiech na wargi szlachcica. Lubił gdy dzieci posiadały pasję, coś, czemu mogły się oddać i studiować to z zawziętością, której nie wykrzesałby żaden rodzicielski nakaz. Choć dla niektórych, panny zajmujące się magicznymi stworzeniami wydawały się dosyć specyficzne, tak dla Romulusa, Livia pomimo kontaktu z fauną wciąż pozostawała wybitnie odpowiednią damą. Co więcej, spodziewał się, że delikatność i urok znikaczy odzwierciedlające się w jego córce, przyciągną wielu kandydatów na mężów. Była to niejako dobra i zła wróżba. Nadzieja? Myśl. Szczęściem adekwatnym dla każdej damy na wydaniu, a nieszczęściem zważywszy na okoliczności, w których przyszło im funkcjonować. Antymugolska szlachta miała pod tym względem znacznie łatwiej, nie zdziwiłby się w ogóle gdyby tegoroczny sabat okazał się najbardziej huczną z możliwych uroczystości.
Słuchał córki i nie przerywał jej, pozwalając, by dziewczęcy głos roznosił się pośród czarownej roślinności. Chociaż zapamiętywanie imion malutkich ptaszków nie było jego najmocniejszą stroną, tak przytakiwał niemo, próbując wyłonić obraz znikacza, o którym mówiła Livia. Imiona miały swoistą moc, która charakteryzowała daną personę czy zwierzę, ostatecznie odzwierciedlając niejako osobowość. Rzymskie prawidła stanowiły już o tym od zarania dziejów. – Czyżbyś takiego księcia sobie wymarzyłaś Livio? Opierzonego? – spróbował zażartować, chociaż nigdy nie słynął z podążania humorem za młodzieżą. Zaraz jednak w jego głowie pojawił się obraz jakiegoś młodego lorda, odzianego w garnitur przyozdobiony żółtymi piórami. Wątpił, aby mógł poważnie podejść do takiego kandydata o rękę panny Abbott. Ktoś taki z pewnością musiałby być ekscentrycznym człowiekiem – w dosyć nieprzychylnym znaczeniu tych słów.
Zapach kwiatów nieco ukoił jego nerwy, a melodia, jaka rozbrzmiała wokół wydawała się zachęcać do wspólnego śpiewu. Nieśmiało więc zanucił dźwięk za córką, chociaż nie brzmiał tak pięknie, jak ona oraz zszedł tonację niżej, tak przepadał za wspólnym śpiewaniem. Ileż to razy już zdało się w zaciszu komnat słyszeć, jak śpiewa coś dla żony lub dzieci? Przy nich z tym się nie krył, miał przecież swoją miękką stronę. Zaś gdy zjawiła się drobna ptaszyna, lord z lekka znieruchomiał, nie chcąc żadną gwałtownością przestraszyć malutkiego stworzonka. – Miło mi to słyszeć – zwrócił się do dziewczęcia w odpowiedzi na jej stwierdzenie faktu. Chociaż nie był stałym bywalcem, tak najwidoczniej zwierzęta musiały go wciąż rozpoznawać.  
Ciężar rozmowy zaczął przytłaczać, jednak zrozumienie córki dawało opokę, sprawiało, iż było łatwiej – przynajmniej na chwilę. Uśmiechnął się nieznacznie, słysząc jej odpowiedzi, a dostrzegając łzy, przesunął dłoń ku kieszeni i gdy wyciągnął z niej haftowaną przez żonę chustę, przetarł delikatnie dziewczęcy policzek, ostatecznie wręczając materiał w wolną dłoń Abbottówny. – Dziękuję – odparł z wyraźną ulgą. Rozczulało go, jak wiele cech posiadała młoda lady po swojej matce, szczególnie tę niebywałą wrażliwość. – Nie płacz, Kwiatuszku – mruknął, ściskając delikatnie i pokrzepiająco szczupłą dłoń dziecka. Sądził, że był to koniec drażliwych kwestii, jednak jak się okazało, był w błędzie.
Pytania, którymi zalała go kochana córka, nieco zbiły go z pantałyku. Gdyby wyrzekł to ktoś nieznajomy, najpewniej łatwiej byłoby mu dobrać słowa. Jednak w tej chwili musiał odpowiedzieć jej, a przecież nigdy nie chciał, by musiała obawiać się życia. Owszem, chciał powziąć przeróżne środki ostrożności, w tym oświecenie swej ptaszyny o możliwym niebezpieczeństwie, jednakże koszta zdążył poczuć już dotkliwie, gdzieś w okolicy piersi. Miał swoje słabe punkty, a jednym z nich była – rzecz oczywista – rodzina. On jako osoba, którą znano, był narażony na ataki. Nie dość, że lord to były pracownik ministerstwa! Co więcej, były zastępca szefa departamentu przestrzegania prawa czarodziejów, toteż wiele osób pragnęło dobrać się do jego skóry. Zapłacić pięknym za nadobne, szczególnie teraz, gdy czarnoksiężnicy wypełzli ze swych paskudnych i plugawych nor, aby panoszyć się i wyniszczać. Spuścił spojrzenie i przetarł delikatni czoło, kupując sobie tym odrobinę czasu. Dlaczego rozmawianie z własnym dzieckiem okazywało się trudniejsze od najbardziej zawiłych rozpraw? Gdzie podziewała się ta nuta perswazji, nienaganna stanowczość i pewność siebie? Nie chciał również jej okłamywać, skoro na przestrzeni miesięcy działalności dla Zakonu Feniksa, zdążył zmierzyć się z tymi, którzy faktycznie próbowali go skrzywdzić. – Livio… – westchnął, z bólem serca przypatrując się jej wilgotnym tęczówkom, zielonym niczym zroszona o poranku wiosenna trawa. – Zawsze znajdą się ludzie, którzy będą próbowali mnie skrzywdzić – zaczął, starając się skupić w pełni na swojej latorośli. – I myślę, że zdajesz sobie sprawę, co może sprawić mi największy ból – wyrzekł, możliwe, że nieco zbyt poważnie. Była jeszcze dzieckiem, nie powinna żyć w strachu, ani w niepewności. Nie mogła również być głucha i ślepa na możliwe ciosy od wrogich mieczy nienawiści, które kierowane w lorda, były również niejako skierowane na nią. Westchnął ciężko, po czym po prostu przyciągnął do siebie tę kruchą istotę, o której życie tak bardzo się obawiał, zamykając w delikatnym uścisku.


Kto zatem czyni postępy?
Ten z was, kto machnąwszy z pogardą ręką na rzeczy zewnętrze, wszelkim staraniem otacza swą wolną wolę, tak ją zaprawia, tak ją hartuje i w rezultacie doprowadza ją do stanu takiej doskonałości, iż jest ona zgodna z naturą, prawdziwie wzniosła, wolna, niezależna od wszelkich trudności i przeszkód, wierna i skromna.


Romulus Abbott
Romulus Abbott
Zawód : Radca prawny
Wiek : 39
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
sprawiedliwości musi się stać zadość, choćby niebo miało runąć
OPCM : 26
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t9935-romulus-abbott#300392 https://www.morsmordre.net/t9965-minerva#301345 https://www.morsmordre.net/t9966-quo-vadis#301348 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9968-skrytka-bankowa-nr-2258#301376 https://www.morsmordre.net/t9969-romulus-abbott#301428

Powrót do góry Go down

Niewinny rumieniec pokrył poliki, rozkwitł na zimnym powietrzu i prężył się przed słońcem skrytym za falą szarawych chmur, zaś usta upstrzył rozbawiony uśmiech. Humor ojca był specyficzny, nie rozumiała go zawsze, lecz nawet w tym, co zabawne było wcale, Livia odnajdywała powód do uśmiechu - próbował bowiem ją rozweselić, choć od środka pochłaniała go wojenna burza. Tajfun przeszywał żyły bulgoczące gorącą krwią, wzburzoną oburzeniem i odrazą wobec zła szerzącego się na świecie, w ich świecie. Dziewczątko odchyliło głowę lekko do tyłu, wpatrując się w korony drzew, na gałęziach których raz po raz migały złote ptaszyny.
- Och, tatusiu, książę z moich marzeń wcale nie ma piór, ma za to szacunek wobec życia i dobre serce, a w nim moc miłości do mnie i naszych dzieci... - przyznała, zawstydzona. Dobrze urodzony młodzieniec stawi się pewnego dnia przed surowym lordem Romulusem i poprosi o jej dłoń, zaś ojciec oceni go sprawiedliwie, co do tego nie miała żadnych wątpliwości. Pokocha tego, kogo wybierze jej rodzic - wiedział bowiem co było dla niej najlepsze. Gdzie będzie najbezpieczniejsza. Pod czyim skrzydłem, chciałoby się rzec, jednak Livia wolała nie podsycać płomienia wyobrażenia ptasiego królewicza ubiegającego się o możliwość powitania jej przed ołtarzem. - Czasem zastanawiam się, czy ten książę wie już o moim istnieniu. Czy czeka na mnie gdzieś za lasami, w zamku, który stanie się naszym domem - dodała niepewnie i spojrzała na czarodzieja z niemym pytaniem rozmytym w niezmąconej ciszy. Ktoś już stara się o moją dłoń, lordzie Abbott? Nastoletnie serce drżące niczym skrzydła wrażliwego motyla marzyło o wspaniałej miłości. O romansie na miarę jej rodziców, o uczuciu płomiennym i trwałym pomimo upływu lat.
Ukoić przestrachu nie były w stanie nawet głodne znikacze, które ściągnęły do marmurowego stołu i jęły sączyć nektar z pąków kwiatów. Dziecina trzęsła się delikatnie niczym wyziębiona roślina na surowym wietrze, wpatrzona w ojca, którego za nic w świecie nie chciałaby stracić, nie mogła stracić. Wiedziała, że bez niego nic nie będzie już takie samo - że nie poradzi sobie w samotności, nawet jeśli wokół niej roztańczy się tysiąc innych osób. Na moment pochyliła głowę, odwróciła wzrok, jednak gdy tylko poczuła na swojej dłoni ojcowski dotyk, powróciła do niego spojrzeniem, pociągnąwszy cicho nosem. Nie płacz - ale jak mogła nie płakać, gdy tyle demonów czyhało w cieniach na dobro jej rodziny, najbliższych? I nie tylko. Na wszystkich mieszkańców Somerset, jak Macmillanowie dybali niegdyś na złote ptaszki wykorzystane w ich wulgarnej grze.
- Moje łzy są smutne, ale przyniosą ze sobą ulgę deszczu po gorących, letnich dniach, mój tatku. Pozwól mi na nie - poprosiła cichutko. Byli tu sami, razem, w opoce wzajemnego bezpieczeństwa, zaś Livia potrzebowała zaoferować strachu ujście. Drogę ucieczki, która pozostawi po sobie jedynie ukojenie. Uśmiechnęła się przy tym łagodnie, uniosła ojcowską dłoń do swych ust i na jej wierzchu złożyła pełen miłości pocałunek - jak w czasach dawnych, niemal zapomnianych, gdy dziecię winno było w ten sposób okazać swój szacunek, czy ty dotykając ustami skóry, czy rodowego sygnetu z ciężkiego złota. - Będziemy bezpieczni - odparła więc na dźwięk jego słów, poważnych, przejętych, bo dla żadnego z nich ta rozmowa nie była łatwa. - Kiedyś i znikacze tańczyły na granicy nieistnienia, zagrożone ludzką chciwością i złą intencją, ale spójrz na nie dziś, ojcze. Nie uległy. Nie poddały się. Ja... rozumiem - że musisz walczyć, że sprawiedliwości musi stać się zadość, że nikczemnikom należy się kara. Rozumiem, że to twój obowiązek, a ci, którym zagrażasz swoją praworządnością zareagują buntem. Rozumiem, nawet jeśli łamie mi to serce. Livia nie myślała o tym na co dzień, odpychając od siebie smutne wizje, lecz w chwilach takich jak ta starała się pokazywać swemu rodzicowi, że nie była zauroczoną marzeniami trzpiotką - nie tylko. - Ale śnię o świecie, w którym na zawsze będziesz ze mną. Pozwolisz, bym razem z tobą wróciła do domu? To uczucie - wolną dłonią wskazała na swą pierś, na miejsce, gdzie znajdowało się jej kochające serce, - sprawiło, że zatęskniłam za panią matką, Cassiusem i Hadrianem.


slipping out of notice,
the beats of the heart chime, they are unmistakeably a sign of life. painted as far as the heavens reach, the sky is tinted in a shade of blue. endlessly it repeats itself, almost as if it were atop a boxed garden.
Livia Abbott
Livia Abbott
Zawód : działaczka na rzecz rezerwatu znikaczy, młoda dama
Wiek : 16
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
So I won't testify the crimes you're keeping score of. Why don't you throw me to the wolves? I thought you were one.
OPCM : 10
UROKI : 2
ALCHEMIA : 12
UZDRAWIANIE : 3
TRANSMUTACJA : 3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywne dzieci
Nieaktywne dzieci
https://www.morsmordre.net/t9963-livia-abbott#301228 https://www.morsmordre.net/t9971-wenus#301492 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9973-skrytka-nr-2260#301500 https://www.morsmordre.net/t9972-livia-abbott#301494

Powrót do góry Go down

Strona 6 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

Rezerwat znikaczy

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach