Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Rezerwat znikaczy
AutorWiadomość
Rezerwat znikaczy [odnośnik]08.05.16 0:35
First topic message reminder :

Rezerwat Znikaczy im. M. Rabnott

Park znajdujący się na południu Somerset, na włościach należących do rodu Abbottów jest pierwszym i jednocześnie największym rezerwatem znikaczy w całej Anglii. Ptaki te, ze względu na ich niewielki rozmiar i niezwykłą szybkość przed wiekami wykorzystywano zamiast zniczy podczas rozgrywek Quidditcha. Dopiero Modesta Rabnott jako pierwsza czarownica zwróciła uwagę na ochronę praw zwierząt i obroniła znikacza wypuszczonego podczas jednego z meczy w 1269 roku. Dziś wielohektarowy park zamieszkują dziesiątki albo nawet setki tych maleńkich stworzeń, błyszczących pomiędzy gałęziami drzew niczym krople żywicy. Pomiędzy drzewami wiją się żwirowe ścieżki, z których można z bliska obserwować niezwykle szybkie stworzenia. Jednak przez wzgląd na ścisłą ochronę ptaków, na teren rezerwatu mogą wejść tylko pracownicy przeszkoleni w opiece, a także członkowie rodu Abbott i ich goście. Co jest oczywiste, zakłócanie spokoju ptaków, próby łapania czy krzywdzenia są surowo zakazane; panujące zasady są ściśle przestrzegane przez wyczulonych na wszelkie odchylenia pracowników.

W tej lokacji obowiązuje bonus do rzutu kością w wysokości +5 dla Zakonników i +10 dla Gwardzistów.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 21.06.18 18:52, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Rezerwat znikaczy - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Rezerwat znikaczy [odnośnik]15.07.21 1:32
Wbijamy się i kończymy!

Jako ekspertka od jedzenia oraz gotowania, Florence nie mogła nie zauważyć, że łakocie znalezione w dyni, były naprawdę wyjątkowej jakości. Jeszcze gdy Anglia prosperowała i wszyscy żyli w spokoju, Florence rzadko miała okazję by pozwolić sobie na takie frykasy. Alkohol również wyglądał na bardzo kosztowny. Przez chwilę przez jej głowę przeszła więc nawet myśl, że być może Anthony był sprawcą tej całej niespodzianki. No bo jak można inaczej wytłumaczyć pojawienie się tajemniczego warzywa? Może pierwotnym celem było, aby dynia zaśpiewała im piękną, miłosną balladę? Ktoś jednak postanowił sprawić arystokracie psikusa, więc zamiast tego warzywo wymyśliło kiepską rymowankę? I do tego fałszowało? Florence nie wyraziła co prawda swoich myśli na głos, ale utwierdziła się w przekonaniu, że tak właśnie było. Anthony musiał się tak postarać, a ktoś zniweczył jego plany! Biedactwo. Ale ona i tak potrafiła docenić jego starania. Szczególnie, że był tak uroczy i kochany, gdy się peszył!
Nakarmiwszy Anthony'ego ananasem uniosła rękę do ust, aby oblizać palce z soku. Pokrojone plastry były niezwykle soczyste i pachniały tak słodko - nie dane jej było jednak poznać smaku owocu w ten sposób. Bo oto w końcu się udało. Jej niewieście serce zadrżało z czystej ekscytacji, policzki oblały się czerwienią niczym u niedoświadczonej, wstydliwej panny. Smakował słodko - nie tylko z powodu ananasa. Zachłysnęła się tą chwilą, instynktownie starając się odwzajemnić ten krótki - zdecydowanie zbyt krótki! - pocałunek. Była dość nieporadna, była samotna tak długo, że zupełnie wyszła z wprawy. Miała tylko nadzieję, że Anthony nie wyśmieje jej braku umiejętności... Bo Anthony całował niesamowicie. W tej krótkiej chwili zrobiło jej się niesamowicie gorąco. Przymknęła oczy - i otworzyła je powoli dopiero wtedy, gdy z ust arystokraty padło pytanie. Przez chwilę jeszcze patrzyła na niego rozmarzonym wzrokiem, dopiero wtedy odpowiedziała: - Tak. Właśnie tak...
Pozwoliła sobie znów złączyć ich usta - było to zaledwie muśnięcie, delikatne niczym dotknięcie skrzydeł motyla - decydując się na moment zapomnieć o odpowiednim zachowaniu i wykazać się śmiałością. Zaraz potem oparła głowę na jego piersi, odwracając się tak, by móc wpatrywać się w gwiazdy. Słyszała wyraźnie bicie jego serca - i był to prawdziwie cudowny i uspokajający dźwięk. Każdy, kto znał Florence, wiedział, że od od pewnego czasu kobieta była bardzo nerwowa, spięta, wiecznie wypatrująca zagrożenia. Tym razem jednak była spokojna. Nad rezerwatem znikaczy rozciągało się niebo upstrzone gwiazdami połyskującymi niczym diamenty, a ona leżała u boku swojego ukochanego. Jak mogłaby pragnąć od życia czegoś więcej?

zt


What is my life?
Am I doing this right?
I just realized that I might

Not know what the hell is going on!

Florence Fortescue
Zawód : Bezrobotna
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
If you can't see anything beautiful about yourself...
Get a better mirror!
Look a little closer!
Stare a little longer!
THEY WERE WRONG
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Rezerwat znikaczy - Page 7 Tumblr_p0ebmcr3Ki1wbxqk4o1_540
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t3964-florence-fortescue https://www.morsmordre.net/t3969-hiacynt#76587 https://www.morsmordre.net/t3968-florkowe-o-smaku-czekolady#76586 https://www.morsmordre.net/f278-pokatna-5-2 https://www.morsmordre.net/t3970-florence-fortescue#76622
Re: Rezerwat znikaczy [odnośnik]15.07.21 11:44
Prawdopodobnie był szalony. Zupełnie szalony, bo przecież spotykał się w nietypowym miejscu, o nietypowej porze z zupełnie obcą mu kobietą, w której nagle się zakochał. W normalnej sytuacji zapytałby samego siebie czy aby na pewno było z nim wszystko w porządku. Przecież nigdy tak by nie zrobił. Bo jak nagle mógłby zmienić swój obiekt uczuć? On, osoba, która była naprawdę wierna? Ale kto by się nie oparł tej nieznanej piękności, jaką była panna Fortesque? Przyjemnie tak było razem wpatrywać się w niebo, obserwować znikacza i duchy. A gdy magiczna dynia została pokonana i można było korzystać z jej zawartości – było tym przyjemniej. Zapomniał o żonie, o problemach, o wszystkim co go dotychczas kłopotało, a takich spraw było wiele, szczególnie teraz, w czasie wojny.
Choć niedawno czuł się onieśmielony obecnością czarownicy, tak teraz zwyczajnie korzystał z tego przyjemnego czasu, jednocześnie będąc nieświadomym, że to uczucie wcale nie będzie trwać wiecznośc. Jego pocałunek także nie był wieczny (a szkoda, jak sobie pomyślał chwilę później), ale dla niego co najmniej wystarczający na początek. Miał dziwne przeczucie, że będzie miał wystarczająco czasu na to, żeby zbliżyć się jeszcze bardziej. Nie chciał się śpieszyć. Wszystko powinno pójść na spokojnie, w swoim czasie.
Nie potrafił zapanować nad swoim głupkowatym uśmiechem. Zupełnie jak gdyby wrócił się do czasów szkoły, gdzie ciągle się uśmiechał. Wciąż był podekscytowany, szczególnie kiedy usłyszał pozytywną odpowiedź ze strony swojej randki.
A potem zwyczajnie położył się na trawie, nie przejmując się chłodną atmosferą późnego października. Położył ręce na klatce piersiowej i zaczął się bawić palcami, zadowolony z samego siebie.
Nawet nie spodziewałem się tego, ile radości może przynieść jedna talaretka – zaczął nagle, uznając że przecież nie zamierza milczeć przez całą noc. Bo przecież nie zamierzała go tak szybko opuścić, prawda?
Wciąż pamięta korzenny zapach ciasta… szkoda tylko, że nie zdołał jej zjeść. Za to teraz mógł się rozkoszować innymi przekąskami. Zajadał się jak dziecko kolejnymi korzennymi ciasteczkami. Te, ku zaskoczeniu, działały dziwnie pobudzająco. Oczywiście, popijał też miodówkę, bo przecież może jakiś abstynent by jej nie spróbował, ale on? Musiał, żeby zobaczyć czy alkohol był dobry, a przy tym ewentualnie ostrzec pannę Fortesque, gdyby nie był.


|zt


Каранфиле, цвијеће моје
да сам Богд'о сјеме твоје.
Ја бих знао гдје бих цвао,
мојој драгој под пенџере.
Кад ми драга иде спати,
каранфил ће мирисати,
моја драга уздисати
Anthony Macmillan
Zawód : Podróżnik i wynalazca nowych magicznych alkoholi dla Macmillan's Firewhisky
Wiek : 32
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Обійми мене, обійми мене, обійми
Так лагідно і не пускай,
Обійми мене, обійми мене, обійми
Твоя весна прийде нехай
OPCM : 17 +1
UROKI : 21 +4
ALCHEMIA : 10
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
Rezerwat znikaczy - Page 7 4d6424bb796c4f2e713915b83cd7690217932357
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5779-anthony-macmillan https://www.morsmordre.net/t5786-bato https://www.morsmordre.net/t5785-dzisiaj-pije-stara-ognista-ogdena https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5790-skrytka-bankowa-nr-1421 https://www.morsmordre.net/t5806-anthony-macmillan
Re: Rezerwat znikaczy [odnośnik]28.07.21 23:50
| w odpowiedzi na post Livii

Chciałby, aby młodzieniec przeznaczony jego córce charakteryzował się szacunkiem do świata, aby miał dobre serce i stanowił opokę miłości oraz bezpieczeństwa, mogąc chronić damę przed wszystkim, co jej zagrażało. Każdym złem – nawet własnym, albowiem pohamowanie gniewu, ogłada i spokój cechowały najszlachetniejsze serca, w to wierzył. Nie zniósłby wieści o zamążpójściu za kogoś, kto, choć broniłby dziewczę od świata, tak doprowadzałby również samym sobą do płaczu. Nie godziłby się na to, dlatego był równie wybredny w kwestii możliwych kandydatów, a przeszło mu przez myśl kilku. Nie mógł jednak przecież zapomnieć o obowiązku szlacheckim, albowiem małżeństwo mogło również stanowić intratną ofertę polepszenia stosunków między rodami. Tylko… w obecnej sytuacji krąg zawęził się, bo nawet po wojnie, gdyby wygrali, wówczas nie wyobrażał sobie oddawać córki w ręce nikogo, kto poparł plugawego czarnoksiężnika, a przecież doskonale wiedział, kto to uczynił.
Słysząc o księciu, zaśmiał się cicho i pokręcił głową. – Jeśli czeka, zamiast działać, to nie jest odpowiednim księciem – zauważył, dając tym samym znać, że przyszły mąż nie mógł być opieszały w swych czynach. Chociaż sam dokładnie zbyt długo zwlekał w młodości, licząc, że to nestor zajmie się jego małżeństwem, wyznaczając odpowiednie panny. Wówczas nie rozumiał, jak wiele szczęścia zyskał, otrzymując wolną rękę w tejże kwestii… Niemniej jednak, po odpowiednich rozmowach, los zadał o odpowiednie okazje, zaś on nie powstrzymywał się przed adoracją pewnej Prewettówny.
Przytaknął niemo, pozwalając jej na płacz. Nie była mężczyzną, nie musiała powstrzymywać się od tego naturalnego odruchu emocji. Gdy usta dotknęły skóry na dłoni, mimowolnie ścisnął palce młodej damy nieco mocniej, okazując tym samym wsparcie. Będzie dobrą żoną, podobnie, jak była wspaniałą córką i przedstawicielką swojego rodu. Duma rozpierała pierś, a serce zadrżało delikatnie poruszone pięknymi słowami wypowiedzianymi przed lady Abbott.
Rozumiała. Uśmiech zrosił jego usta, na słowa córki – tak piękne i oddane, nie wiedział, czym sobie zasłużył na taką radość z pociechy. Wiedział, że nie wszystkie damy w ten sposób się zachowywały, zaś Livia postępowała zgodnie z tradycją, piastowała rodzinne wartości, idąc za duchem wychowawczym własnej matuli. Dobrze ją wspólnie wychowali, wierzył w to dzięki słowom uciekającym z ust rudowłosego dziewczęcia, dzięki jej gestom, tak szlachetnym i delikatnym. Młode serce zaangażowane w ważkie sprawy z należytą dozą wstrzemięźliwości odpowiednią arystokratycznej damie. – Oczywiście, Kwiatuszku. Pojedziesz na Libercie, a ja zapytam w budynku zarządcy o miotłę, dobrze? – zapytał, chociaż to było oczywiste, że dama zgodzi się na taki układ. Była już prawie dorosła, nie przystawało, aby jeździli wspólnie na jednym koniu, chociaż była tak drobna i delikatna, że nie stanowiłaby żadnego ciężaru dla klaczy. Uśmiechnął się delikatnie, a następnie wstał, wzdychając ciężko i zacmokał do konia, starając się być ostrożnym względem drobnych ptaszków, sączących nektar z kwiatów. Chociaż zostawił łodyżki, tak nie chciał spłoszyć żółtych znikaczy gwałtownymi ruchami. Po kilku minutach klacz stała osiodłana, a lord pomógł damie dosiąść Liberty. – Poczekaj na mnie przy bramie – poprosił, po czym prędkim krokiem skierował się do budynku, gdzie zamierzał znaleźć miotłę. Kilkakrotnie zerknął również za siebie, czując dziwny niepokój gdy miał zostawić ją samą, a przecież w rezerwacie nic jej nie zagrażało.


Kto zatem czyni postępy?
Ten z was, kto machnąwszy z pogardą ręką na rzeczy zewnętrze, wszelkim staraniem otacza swą wolną wolę, tak ją zaprawia, tak ją hartuje i w rezultacie doprowadza ją do stanu takiej doskonałości, iż jest ona zgodna z naturą, prawdziwie wzniosła, wolna, niezależna od wszelkich trudności i przeszkód, wierna i skromna.


Romulus Abbott
Zawód : Radca prawny
Wiek : 39
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
sprawiedliwości musi się stać zadość, choćby niebo miało runąć
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9935-romulus-abbott#300392 https://www.morsmordre.net/t9965-minerva#301345 https://www.morsmordre.net/t9966-quo-vadis#301348 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9968-skrytka-bankowa-nr-2258#301376 https://www.morsmordre.net/t9969-romulus-abbott#301428
Re: Rezerwat znikaczy [odnośnik]29.07.21 18:21
Na młodym licu niewyraźnie rozbłysł grymas rozczarowania. Skoro takie słowa padały z ust jej mądrego pana ojca, musiało to oznaczać, że żaden kawaler nie starał się jeszcze o jej dłoń - tak przynajmniej pojmowała to Livia, w myślach dopowiadając, że za takowym stanem rzeczy stała jej niedość interesująca osobowość. Pewnie i nieidealna aparycja. Choć starała się bardzo, kroki w życiowym tańcu wciąż miała niedoskonałe, nieopierzeni książęta musieli to dostrzegać, musieli przez to właśnie rezygnować... Dziewczynka westchnęła smutno, lecz nie kontynuowała tematu z rodzicem, niechętna mocniej podburzać fundamentów swojej wrażliwej samooceny. Łzy popłyną tego wieczora, to pewne, ale nie tu, a w zaciszu jej komnaty, gdy Poppy ułoży ją wreszcie do snu i oddali się, by pozwolić szlachciance odpocząć; znikną w miękkim atłasie poszwy poduszki, nad ranem zapomniane nawet przez nią. Ile przeznaczenie rozkaże jej czekać na męża, którego serce pokocha miłością szczerą i piękną - odwzajemnioną?
Wreszcie otarła gorące kropelki wzruszenia nad posępnym losem świata, z rumianych policzków pokrytych gęstym piegiem ścierając ich lawirujące ścieżki. Uspokoiła się, wylała to, co weń zostało skumulowane, by odetchnąć potem z ulgą, uśmiechnąć się także do lorda Romulusa na znak tego, że było jej już lepiej. Raz jeszcze ścisnęła ojcowską dłoń, po czym dokończyła karmienie znikaczy, resztę kwiatów umieszczając w eleganckim wiklinowym koszu, który zabrała ze sobą, gdy podnieśli się z kamiennych siedzisk pod altaną.
- Dziękuję - odpowiedziała gładko i skinęła głową, po drodze do bram wręczając także jednemu z pracowników pozostałą część roślin do rozdysponowania pomiędzy złote ptaszyny. - Mam nadzieję, że Liberta nie będzie miała mi za złe braku twojej obecności. Cassius jednak na pewno będzie zazdrosny - uśmiechnęła się nieco szerzej, po czym dygnęła z gracją, kiedy arystokrata oddalił się w stronę budynku. Ona natomiast podeszła do klaczy, dumnej, dostojnej, dłonią owiniętą w rękawiczkę gładząc jej szyję; lord podsadził swą córę który do siodła, a potem oddalił się we wskazanym kierunku po miotłę - zaś gdy ona samotnie już usadowiła się na drogiej skórze, coś przebiegło nagle pomiędzy nogami Liberty, płosząc ją skutecznie. Ruda kita, jedna, druga, trzecia - masywne choć smukłe ciało klaczy poderwało się do góry kiedy stawała dęba, ledwie pozwoliwszy zdezorientowanej Livii na pochwycenie lejców i przylgnięcie do jej grzbietu. Echem poniosło się niezadowolone rżenie wierzchowca.
- Lisy, to lisy! Nie powinno ich tu być, złapcie je! - zawołała do pracowników rezerwatu Abbottówna. Musiały przemknąć przez ogrodzenie, ale dlaczego podróżowały w małym stadzie? Czyżby zwęszyły słodką woń ledwie dorosłych piskląt znikaczy, wyczekując momentu, gdy któryś z nich polegnie przy próbie prawdziwego samodzielnego lotu? - Nie krzywdźcie ich, niech wrócą do lasu - mówiła poruszona Livia, oddychając z przestrachem w siodle Liberty, która cofnęła się jakby z niesmakiem, wszystkie cztery kopyta trzymając już na podłożu, na szczęście. W rezerwacie natomiast zapanowało pewne poruszenie; z różdżkami w dłoniach pracownicy rzucili się w pogoń za rudymi stworzeniami.


slipping out of notice,
the beats of the heart chime, they are unmistakeably a sign of life. painted as far as the heavens reach, the sky is tinted in a shade of blue. endlessly it repeats itself, almost as if it were atop a boxed garden.
Livia Abbott
Zawód : działaczka na rzecz rezerwatu znikaczy, młoda dama
Wiek : 16
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
So I won't testify the crimes you're keeping score of. Why don't you throw me to the wolves? I thought you were one.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9963-livia-abbott#301228 https://www.morsmordre.net/t9971-wenus#301492 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9973-skrytka-nr-2260#301500 https://www.morsmordre.net/t9972-livia-abbott#301494
Re: Rezerwat znikaczy [odnośnik]29.07.21 23:58
Zwierzę było zaledwie zwierzęciem, w dodatku na tyle przyzwyczajonym do rodziny, że wątpił, by faktycznie mogło mieć za złe jego nieobecność. – To duża dama, poradzi sobie – zażartował w kierunku córki. Zatrzymał na dłużej spojrzenie, gdzieś w okolicach policzków córki, a następnie przeniósł je na oczy, tak podobne do matczynych. – A Cassius… – pauza była wymowna, podobnie, jak niski śmiech szlachcica, który wydobył nie na wspomnienie syna. Młody i butny, szczególnie gdy przychodziło do jedzenia brukselki, brokułów lub jakichkolwiek warzyw. Nie pojmował skąd w chłopcu taka nienawiść do zieleniny, niemniej jednak sam był uczulony na świńskie mięso, więc może o to się rozchodziło? Uśmiechnął się pozostawiając już słowa bez komentarza.
W budynku zarządcy rezerwatu spotkał się z ciepłym przyjęciem pracowników, wówczas pobieżnie również zerknął na papiery, jakie napłynęły z Ministerstwa Magii. Obiecawszy zająć się wszystkim nazajutrz, schował koperty w kieszeni jeździeckiego płaszcza i wybierając jedną z najzwyklejszych mioteł, udał się w kierunku bramy, gdzie po drodze zdążył również minąć grupę czarodziejów goniących… no właśnie, co? Nie było go przy tym gdy lisy spłoszyły klacz, ani nie słyszał również dyspozycji wydanych przez lady Abbott. Zawisnął w powietrzu, dopytując jednego z mężczyzn, co się wydarzyło, a na wieść o lisach rozkazał złapanie nieproszonych gości i wypuszczenie zwierząt z dala od rezerwatu, zgadzając się w pierwszej chwili z decyzją córki. Chociaż po głowie przeszła mu myśl wykorzystania lisiego futra dla potrzebujących, którzy mogli zostać narażeni na srogi dotyk chłodu w nadchodzącą zimę. Inną myślą było zaś to, że drapieżniki skoro włamały się do rezerwatu, tak równie dobrze, mogły zrobić to samo w mugolskim kurniku czy zwykłym gospodarstwie zabijając cenne ptactwo. – Nie... Odstrzelcie je. Futro i mięso przekażcie potrzebującym. To szkodniki, wypuszczone mogą włamać się do gospodarstw i przysporzyć znacznie więcej problemów, a tych mieszkańcy Somerset mają już nazbyt wiele – zarządził, a potem poleciał w kierunku bramy, gdzie zobaczywszy córkę, uśmiechnął się, pozbawiając powagi, jaka chwilę temu mu towarzyszyła. Wierzył, że Livia nie słyszała jego słów, chociaż wydawała się niebywale poruszona. – Ruszajmy, Livio – skinął do damy głową, a następnie udali się w powrotną drogę do Dunster Castle.

| zt x 2


Kto zatem czyni postępy?
Ten z was, kto machnąwszy z pogardą ręką na rzeczy zewnętrze, wszelkim staraniem otacza swą wolną wolę, tak ją zaprawia, tak ją hartuje i w rezultacie doprowadza ją do stanu takiej doskonałości, iż jest ona zgodna z naturą, prawdziwie wzniosła, wolna, niezależna od wszelkich trudności i przeszkód, wierna i skromna.


Romulus Abbott
Zawód : Radca prawny
Wiek : 39
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
sprawiedliwości musi się stać zadość, choćby niebo miało runąć
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9935-romulus-abbott#300392 https://www.morsmordre.net/t9965-minerva#301345 https://www.morsmordre.net/t9966-quo-vadis#301348 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t9968-skrytka-bankowa-nr-2258#301376 https://www.morsmordre.net/t9969-romulus-abbott#301428
Re: Rezerwat znikaczy [odnośnik]09.08.22 20:56
26 kwietnia
Dobrze czuł się sam w tym lesie. W weekendy zazwyczaj nie było w nim wielu osób, wszyscy chcieli odpocząć, albo wręcz przeciwnie, zająć się rzeczami, na które w tygodniu nie ma czasu. Wiedział, że część pracowników należy do rebelii, że odgrywają w niej większą albo mniejszą rolę, i takie dni jak ten wykorzystują na znacznie szczytniejsze cele niż obserwacja i dbanie o znikacze. A Rhett natomiast... cieszył się, że do kolacji miał właściwie wszystko z głowy. Śniadanie odbyło się znów w niezwykle drażliwej atmosferze, a on nie miał pojęcia, co mógł powiedzieć jeszcze matce, żeby pewnych tematów zwyczajnie przy stole nie poruszała. Dość się z Cecile nasłuchali i nasłuchają się jeszcze, więc niech chociaż teraz im oszczędzi. Nie chciała słuchać. Traciła cierpliwość tak samo, jak oni.
Czuł na sobie wzrok Cece, kiedy ubierał się w to, co przyniosła mu służka - wygodne ubrania, typowo pracownicze, skórzane, wypastowane buty, idealne na długie, piesze wędrówki, i torbę, w której schowane już było jedzenia na czas przerwy i wszelkie przyrządy, jakich potrzebował do obserwacji i obrączkowania ptaków, bo właśnie to miał dzisiaj w planach. Przejrzał wszystko jeszcze raz, żeby upewnić się, że niczego nie zapomniał, pożegnał Cece pocałunkiem i obietnicą, że wróci na kolację. Nie miał zamiaru wrzucać jej drobnej sylwetki do paszczy lwa samotnie.
Chciał się przejść do rezerwatu - znajdował się niedaleko, do tego pogoda, jak na kaprysy natury, była znośna, więc spacer wydawał się być odpowiednią opcją. Najpierw z daleka dotarł do niego szczebiot ptaków - śpiewały między sobą jak na koncercie, wymieniając się partiami tak sprawnie, że czasem potrafił spędzić godzinę na staniu w jednym miejscu i przysłuchiwaniu się im, by rozpoznać każdy z nich. Z rzadka mu się to udawało, ale im częściej robił sobie takie krótkie przerwy, tym więcej ptaków potrafił usłyszeć. Dzisiaj wpadł mu w ucho alarmujący śpiew kosa, popularnego na terenie Wielkiej Brytanii, w rezerwacie czującego się jak u siebie z uwagi na spokój, jaki tutaj mieli; zaraz po nim odezwał się znikacz czerwonobrody, najrzadszy wśród okazów, informujący kosa o obronie swojego terytorium, dającym mu komunikat z rodzaju tych jasno mówiących: „jak ty tu widzisz niebezpieczeństwo, to lepiej nie leć w moją stronę, bo niebezpieczeństw, których się doliczysz, będzie już więcej”. Rhett uśmiechnął się do siebie, znów podejmując się kroku w głębsze strefy lasu, dokładnie w kierunku chatki opiekunów, gdzie trzymali narzędzia i materiały potrzebne mu do pracy. Doskonale wiedział, że wykrytym niebezpieczeństwem był albo on albo drapieżnik, który zaraz przed nim umknie i będzie musiał pożegnać się z obiadem. Szedł dalej, rozglądając się na boki, po krzewach, zaraz zadzierając nos ku górze, by móc dostrzec tych, którzy bytowali wśród koron drzew. Wszystko przed nim umykało, choć zapewne Rhennard był najczęściej widzianym przez nich gościem.
Klucz wszedł luźno do zamka, a drzwi otworzyły się z cichym jękiem. Daniel miał je naoliwić, zapewne zajmie się tym w poniedziałek. Rozejrzał się po wnętrzu izdebki. Pod ścianą stał zgaszony i wyczyszczony kominek, latem do niczego nie wykorzystywany, chyba że ktoś decydował się na nocny dyżur; obok niego opierała się o róg komoda, na tyle obszerna, by pomieścić ubrania na zmianę, gdyby zaskoczył deszcz, koce i ręczniki. Rhettowi zależało najbardziej na starym biurku obrośniętym w szuflady, w którym miał nadzieję odnaleźć szpulę ze srebrnym drucikiem - był tam, dokładnie w najwyższej szufladce. Schował go do torby i zaraz deski zaskrzypiały, gdy podjął krok w stronę składziku z najcięższymi rzeczami - tam odnalazł kilkanaście metrów siatki do łapania ptaków. Zabrał jeszcze tasiemki do obrączkowania, szczypczyki, lniane woreczki.
Pierwsze ciche stęknięcie, a za nim zaraz dość niecenzuralne słowo, wymknęło się, gdy zaczął zawiązywać drut wokół pnia drzewa, na którym wisiał już jeden róg siatki - to samo zrobił z trzema pozostałymi, rozciągając w ten sposób cieniutką pajęczynę na linii najbezpieczniejszego lotu dla znikaczy. Cofnął się, by ocenić efekty swojej pracy, a kiedy stwierdził, że są wystarczające, zabrał swoje rzeczy, opuścił rękawy koszuli i wrócił z powrotem do chatki, licząc na herbatę parzoną pod iglastymi gałęziami jednego z najwyższych, według niego, drzew w rezerwacie.
Wrócił do siatki po godzinie, uśmiechając się z lekka na widok, który zobaczył. Kilka ptaków dało się złapać, na jego szczęście większość z nich to były znikacze, trafił się nawet czerwonobrody. Znów - torba na dół, rękawy koszuli podwinięte, woreczek wagowy, który w ostatniej chwili zabrał z szuflady chatki, drewniana miarka i zeszyt.
- Już, maleńki, wiem - szepnął, czując, jak z góry przyglądają mu się drzewa, jakby chciały osądzić, czy jego ruchy szkodzą, czy jednak pomagają lasu. Znikacz, gdy Rhett wyciągął go bardzo delikatnie spomiędzy linek siatki, szarpnął się jak szalony, łopocząc maleńkimi skrzydełkami obracającymi się z ogromną prędkością. Kiedy jednak Abbott objął go łagodnie palcami, ptaszek ucichł i zastygł. Uśmiechnął się - tyle razy miał przed oczami podobny widok, a mimo to wciąż go w jakiś sposób szokował, fascynował. - Gdybyś tylko miał pojęcie, ile trwa w tobie piękna - ujął jego cieniutkie nóżki między palcami i obrócił, by mu się przyjrzeć. Szmaragdowe ślepka, błyszczące nawet tutaj, w głębi lasu, poruszały się w szybkich mignięciach razem z głową, oglądając nieznaną (albo i znaną) sobie twarz. W końcu Rhett zaczął go mierzyć. Najpierw skrzydła. Rozpiętość mieszcząca się w normie, wyglądał na podlotka, ale bliżej wieku dorosłego niż pisklęcego. Objętość brzuszka - w normie. Waga - w tym celu ostrożnie włożył znikacza do woreczka wagowego i uchwycił wskaźnik, na którym był uchwycony. Strzałka chwilę szalała, ale ostatecznie wskazała wagę około dziewięciu gram. Wszystkie dane zapisywał w zeszycie, a kiedy wszystko się zgadzało, jedną dłonią sięgnął po maleńki paseczek skórzany z wyrytym na nim numerem i oznaczeniem literowym gatunku. Trzymał w dłoni znikacza żółtobrodego, rzadkiego, choć w porównaniu do dawnych lat, kiedy były jeszcze wykorzystywane w meczach quidditcha, populacja zwiększała się w zastraszającym tempie. Ucałował znikacza w żółty łebek i puścił, przez chwilę jeszcze patrząc, jak z siłą orła macha drobnymi skrzydełkami i wzlatuje wyżej, aż ponad korony iglaków. Z siatki wyciągnął kolejnego jegomościa, tym razem znikacza czerwonobrodego. Zaobrączkowany. Szarzejące pióra na ogonie.
- Miałem nadzieję, że cię tu spotkam, stara wyjadaczko - zaśmiał się chrypliwie pod nosem, chwytając tym razem nie za miarkę, a za notes. Przewinął kilka pierwszy stron, by odszukać odpowiednią rubryczkę z jej imieniem. Jedna z pierwszych samic. Jedna z dwóch, najstarsza, którym udało się przeżyć anomalie. To ona odbudowała wątłe stado znikaczy czerwonobrodych, które spotkać można było w rezerwacie Abbottów. A teraz, jak Rhennard ze smutkiem zdołał zauważyć, prędzej jej było odlecieć na zawsze w stronę niebiańskich wrót, niż granic lasu, który zamieszkiwała od zawsze. Nie szarpała się w jego palcach, a kiedy wyjął na dłoń kilka jagód odnalezionych przy chatce, z chęcią zabrała się za ich pałaszowanie. - Wysiedziałaś kilka pokoleń znikaczy, kochana Gryzeldo. - małe pazurki drapały delikatnie o skóry, skrzydełka ocierały się o nią za każdym razem, gdy samiczka dzięki nim zachowywała równowagę. - Obiecaj mi, że to nie będzie nasze ostatnie spotkanie. Obiecasz? - nachylił się ku niej, przyglądając się z uwagą, kiedy pochłaniała ostatnie z jagód. Na jedną krótką chwilę uniosła łebek ozdobiony czerwonym podgardlem, nim odleciała ku wolności. Nie obiecała mu niczego, ale on wiedział, że nawet, gdyby posiadała głos, okłamałaby go. Przylecę, Rhennardzie, mówiłaby. Jeszcze się zobaczymy.
Otrzepał powoli kurz z dłoni i podszedł do siatki, zabierając z niej kolejnego mieszkańca rezerwatu - kosa. Był młody, puch wciąż jeszcze wystawał spomiędzy brązowawych piórek. Ale zdołał już wyskoczyć z gniazda, a to uznawane było za ogromny progres. Nie miał obrączki.
Z pracy wyrwał go cichy śpiew znikacza, poznał go doskonale, krótkie, przerywane dźwięki i za nimi płynna, cicha, ciągła melodia. Rhennard podniósł brodę ku górze i zmrużył oczy, by dostrzec wśród drzew solistę. Siedziała tam. Na jednej z dolnych gałęzi, wśród zielonych igieł, idealnie z nimi kontrastując. Miała czerwone podgardle i brązowawe piórka na ogonku. Uśmiechnął się.
To było pożegnanie.

| zt



gdybym ziarnka
choć nie wszystkie
mocnym zawrzeć mógł uściskiem
gdybym z grzmiącej fali jedno choć ocalił


Rhennard Abbott
Zawód : opiekun w rezerwacie znikaczy
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
who hurt you?
my own
expactations
OPCM : 10 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11085-rhennard-abbott#341563 https://www.morsmordre.net/t11149-remus https://www.morsmordre.net/t11148-opowiem-ci-o-moim-ulubionym-znikaczu#342899 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t11287-skrytka-bankowa-nr-2423#347035 https://www.morsmordre.net/t11286-rhennard-abbott#347022
Re: Rezerwat znikaczy [odnośnik]10.08.22 22:36
28 kwietnia
Wczorajsza ulewa, jaka przeszła nad Dunster Castle, hacząc niespokojnie o Dolinę Godryka, przerażała Rhennarda dogłębnie. Należał do ludzi, którzy nie bali się burz; nie bali się gromów huczących nad sufitami; nie bał się gałęzi drzew uderzających o szyby niemal tak, jakby ze strachu chciały schronić się wśród bezpiecznych, chronionych magią ścian rodowego dworku. A tym razem żywioł burzący się nad jego ziemiami przeraził go do cna. Noc była dla niego bezsenna, tulił do siebie Cece, kiedy tylko usłyszał, jak przebudza się z płytkiego snu, a gdy z powrotem jej oddech stawał się miarowy, wracał do nasłuchiwania dźwięków z zewnątrz. Aż w końcu deszcz zaczął opuszczać Norton Avenue, pędząc dalej, ku innym hrabstwom, by postawić je na nogi; albo wręcz przeciwnie, z tych nóg je zwalić.
Rano nie stawił się na śniadanie, ale poinformował o wyjściu rodziców i Cecylię, by być pewnym, że nie zaalarmują niepotrzebnie służbę, wysyłając na pozbawione sensu poszukiwania. A wiedział, że matka była ostatnio przewrażliwiona na punkcie jego obecności - nie tylko przy swojej synowej. Najpotrzebniejsze rzeczy spakował do torby, założył na siebie ciepły płaszcz, bo okazało się, że rano chłód ciągnął się po mokrej ziemi, i wyszedł, szybkim krokiem przemierzając kolejne metry.
Wszędzie było błoto. Buty grzęzły w nim, jeśli kroki stawiało się nieostrożnie, ziemia rozmiękła do tego stopnia, że bliżej było jej do ruchomych piasków niż jej dawnej struktury twardego fundamentu.
Żałosne nawoływanie. Wysokie dźwięki wplatające się między niskie beczenie. Tam, gdzie stał Rhennard, słychać to było słabo. Ale to wystarczyło, by ostatecznie przyspieszył kroku, by sprawdzić, co się działo. Pewny był, że ktoś potrzebował pomocy. Zwierzę. Może komuś uciekła koza, może zerwała się w ulewie i pobiegła w stronę...
Zaklął pod nosem. Torfowiska. Im bliżej był granicy polany, tym bardziej zdawał sobie z tego sprawę. I w końcu dostał tego dowód - buty, choć nowe, zaczęły zapadać się coraz niżej linii traw, aż wyciąganie ich z ziemi wymagało wydania na ten ruch zasobów energetycznych, których i tak miał niewiele po nieprzespanej nocy. Kiedy nogi przywiodło go w końcu do źródła dźwięku, zaklął szpetnie, natychmiast zrzucając z ramienia torbę i robiąc duży krok w stronę głębiej położonych części torfowiska. W bagnach topiła się sarna, młoda, wnioskując po białych łatkach wciąż obecnych na zadzie i braku parostków wychylając się już spomiędzy spiczastych uszu. Ledwo łeb trzymała nad powierzchnią, co pomogło jej ostatecznie wywołać z daleka pomoc. Podwinął rękawy i wszedł powoli do bagien, ostrożnie, żeby jej nie spłoszyć, nie przestraszyć. Jeden gwałtowny ruch, a sarna zacznie się szarpać bezmyślnie, nie zdając sobie sprawy z tego, jak niewiele trzeba, by finalnie się utopiła.
- Nie zrobię ci krzywdy - wyciągnął w jej stronę dłonie, patrząc, jak panicznie go obserwuje. Zdołał dostrzec, że nie miała siły się rwać do przodu. Dobrze. Bardzo dobrze. - Obiecuję, że po wszystkim wrócisz do swojej mamy i wszystko będzie w porządku.
Gdy do niej dotarł, uchwycił ją na wysokości szyi, drugą ręką asekurując bok. I wtedy zwierzę jakby dostało nowych sił z nie wiadomo jakiego źródła.
- Hej, nie! Na litość Helgi, nie szarp się, bo oboje tu zginiemy! - chrypiał do niej głośno w przestrachu, kompletnie nie myśląc, że ją tym płoszy.
Czuł, jak się zapada w miękkim, nasiąkniętym wodą torfie, i przypomniał sobie anomalie. Wtedy trwająca miesiące ulewa spowodowała podobne straty, w podobnym stopniu podniosła poziom do niedawna jeszcze wysuszonych bagien, które i tak każdy omijał, tak dla świętego spokoju. Ale czasem chodzono tędy, żeby skrócić sobie drogę do Doliny Godryka. Rhennard wyjrzał w stronę tamtej ścieżki między drzewami, szukając tam pomocy. Nie wyciągnie tej sarny sam. Coś mu mignęło.
- HEJ! - krzyknął donośnie, sarna szarpnęła mocniej. - Pomocy!



gdybym ziarnka
choć nie wszystkie
mocnym zawrzeć mógł uściskiem
gdybym z grzmiącej fali jedno choć ocalił


Rhennard Abbott
Zawód : opiekun w rezerwacie znikaczy
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
who hurt you?
my own
expactations
OPCM : 10 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11085-rhennard-abbott#341563 https://www.morsmordre.net/t11149-remus https://www.morsmordre.net/t11148-opowiem-ci-o-moim-ulubionym-znikaczu#342899 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t11287-skrytka-bankowa-nr-2423#347035 https://www.morsmordre.net/t11286-rhennard-abbott#347022

Strona 7 z 7 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Rezerwat znikaczy
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach