Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Posąg kochanki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Posąg kochanki   08.05.16 0:53

First topic message reminder :

Posąg kochanki

Posąg znajdujący się w samym środku niewielkiego lasu jest tak stary, że nikt nie pamięta już, kogo właściwie przedstawia - za pewnik uznaje się jednak fakt, że upamiętnia pogrążoną w żalu kochankę tęskniącą za swoim lubym. Jak łatwo zgadnąć, miejsce to stało się celem pielgrzymek licznych zakochanych bez pamięci par. Przed laty powstał nawet przesąd: jeżeli ukochani złożą przed posągiem jabłko z jednej strony ugryzione przez kobietę, a z drugiej przez mężczyznę, połączy ich wieczna miłość nierozrywalna nawet przez Śmierć. Ten zwyczaj okazał się sprzyjać osiedlaniu się elfów, które dzięki niemu uzyskały stałe źródło pożywienia. Elfy opanowały całe środowisko, a będąc konkurencją dla lokalnych zwierząt, przyczyniły się do ich migracji bądź nawet wyginięcia. Stąd nieopodal Posągu kochanki nie słychać śpiewu żadnych ptaków; choć przez niektórych cisza jest uważana za przejaw magii i świętości tego miejsca, tak naprawdę ukazuje wyłącznie triumf elfów w walce o terytorium.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Posąg kochanki   16.10.17 0:03

The member 'Tristan Rosier' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 55

--------------------------------

#2 'k10' : 5

--------------------------------

#3 'Anomalie - CZ' :


Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
kochanica króla
25
Czysta
Zamężna


I've tasted blood and I want more


20
10
0
0
0
41
5
0
Czarownica
maybe I have always been more comfortable in chaos

PisanieTemat: Re: Posąg kochanki   16.10.17 12:03

Bohaterskie, żałosne w swej naiwności błagania wcale jej nie wzruszyły, skupiała się wyłącznie na odpowiednio wypowiedzianej inkantacji, drobnym ruchu nadgarstka, rozgrzanej czarną magią różdżce. Złota, niewidoczna nić napięła się pomiędzy nią a Alanem, a Zaklęcie Niewybaczalne spętało świadomość mężczyzny z sukcesem, było bardzo mocne, czuła to w swym umyśle, czuła w drżącym od krwawej mgiełki powietrzu, czuła to nawet w sercu, uspokajającym się finalnie po nieprzewidzianych wypadkach romantycznej nocy. Przynoszenie bólu i sprawiedliwości na tych, którzy zasłużyli na karę, obmywało ją pełnią rozkoszy - zdążyła zapomnieć już innym rodzaju słodkiej przyjemności, o posiadaniu, torturze czystszej od Cruciatusa, dającej więcej długotrwałych możliwości. - Wstań - poleciła, obserwując jak jej drżąca marionetka podnosi się z kolan; żałowała, że żarzący łańcuch powoli rozmywał się w mroku, wolałaby za niego szarpnąć, lecz dyrygowanie człowiekiem bez powrozu i bata było bez wątpienia bardziej eleganckie.
Zgadzali się w tym obydwoje - pomimo różnic w postrzeganiu śmierci i miłości. Deirdre odwróciła się lekko w stronę porzuconej blondynki; krótka zamiana par, wilczy uśmiech Tristana lśniący w półmroku, dłonie wplecione w złote włosy, odchylona szyja, zdecydowany głos. Na sekundę ukłuło ją bolesne podobieństwo, złudne i prawdziwe zarazem - ile razy także i ją traktował w ten sposób, gorący oddech owiewający szyję, palce wczepione w kark, władczy chwyt za podbródek, lśniące groźbą spojrzenie - szybko jednak przebłysk rozsądku i niepokoju zgasł, przykryty krwawym zachwytem. Nad teatrem, nad wątpliwie profesjonalnymi aktorami. Nad marionetkami: doskonale przygotowane, choć mocno potłuczone, obudzone do życia, w końcu spokojne, w ciszy powstające do swojego przeznaczenia: zapewnienia im groteskowej rozrywki. - Poproś ją do tańca - poleciła miękko, powracając spojrzeniem do Bennetta - a spoglądała na nierówny krok z prawdziwym smutkiem. Przesadziła, przesadzili, ponownie dając się porwać krwawej namiętności zbyt szybko, przez co doświadczenia upojnej nocy rozmywały się w słabości ciał ofiar, coraz wyraźniej opadających z sił. Wspólny czas kurczył się z każdym strumieniem krwi, spływającym z aktorów turpistycznego przedstawienia; niedługo padną na wilgotną ziemię bez przytomności i bez życia, nudni i puści, nieprzynoszący już żadnej rozrywki. Gdyby nie czar krwawych bodźców, ciągle utrzymujący ją w dobrym nastroju, Deirdre byłaby sobą naprawdę zawiedziona - frustracja wywołana dodatkowym towarzystwem, przemieniła się w irytację własnym brakiem kontroli. Powstrzymanie się przed kolejnymi klątwami zdawało się trudniejsze: im więcej ich poznawała, im pilniej ćwiczyła, tym większą rozkosz przynosiły, uniemożliwiając chłodną ocenę żywotności swych ofiar, zamieniających się w bezwładne ciała jeszcze zanim obdarzyła je pełnią swej uwagi.
Istniał jeszcze promyk nadziei, ostatnie światło lamp, rzucone na krwawą scenę, finalny śpiew chóru, łagodzący smutek rozstania z bohaterami. Deirdre uśmiechnęła się lekko. - Podziękuj swej partnerce za udany taniec. Pocałunkiem. A potem - dłonie na jej gardle. Uduś ją - powiedziała spokojnie, spoglądając na zatrzymującego się w pół tanecznego ruchu Alana. Krew całkiem przemoczyła jego koszulę, twarz zasklepiała się już odrażającym strupem - urocze, ckliwe danse macabre, ich prywatne przedstawienie, chylące się już ku upadkowi. Dopiero teraz ponownie zerknęła przez ramię na stojącego z tyłu Tristana - trochę jak szczenię, zerkające ku swojemu właścicielowi, by upewnić się, że nie pomknęło tym razem za daleko lub nie wykazało się rażącym nieposłuszeństwem.




x Me and the devil walking side by side - and I'm gonna see my man until I get satisfied
Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Posąg kochanki   16.10.17 18:30

Błagania, choć wymagały od niego tyle wysiłku, choć były tak żałosne i godzące w resztki jego poczucia godności - nie przyniosły rezultatu. Tego mógł się spodziewać, przecież to było tak bardzo oczywiste. A jednak - łapał się wszystkiego jak tonący, który ostatkami sił chciał utrzymać się przy życiu. Był jak ten tonący, boleśnie świadomy faktu, że prawdopodobnie zaraz umrze. I choć czasem, choć nikomu by się do tego nie przyznał, gdy życie zbyt dużo zrzucało na jego barki, zaczynał powątpiewać w sens wszystkiego - teraz sam zdziwiony był faktem jak kurczowo łapał się życia. Śmierć była jedną wielką niewiadomą i chyba tego się bał najbardziej. Jak i cierpienia z nią związanego, którego właśnie doświadczał na własnej skórze. Czy potem miało być lepiej?
Niejaką ulgę, choć głównie otępienie, przyniósł ze sobą imperius. Czuł się jak we śnie na jawie - będąc jednocześnie świadomym i jednocześnie nie mając żadnego wpływu na własne działania. Przerażenie ściskało go, a jednocześnie czuł się boleśnie obojętny na wszystko. Imperius otępiał, pozbawiał możliwości odczuwania różnych rzeczy, podejmowania decyzji, sterowania własnym, choć pozbawionym sił, ciałem. Ta cząstka świadomości, która ciągle gdzieś tam istniała - była przerażona. Wiedziała bowiem bardzo dobrze, że może spodziewać się wszystkiego, ale na pewno niczego dobrego.
Niczym marionetka - mężczyzna podniósł się z ziemi. Nawet jeżeli się nie opierał, posłusznie wykonując rozkazy, zmęczone ciało nie miało sił, by łatwo i żwawo stanąć na nogach. Proces ten był powolny, widać było, że jest u skraju wytrzymania, że nawet imperius, który wiązał go niewidzialnymi nićmi, nie był w stanie tego zmienić. Alan wstał, bardzo powoli. Gdyby był metalową zabawką, z pewnością słychać byłoby skrzypnięcia zmęczonych, osłabionych stawów. A jednak - stał, z kamiennym wyrazem twarzy, który nie wyrażał nic. Nie sprzeciwiał się nowym rozkazom, nie odezwał się też ani słowem, a po prostu podszedł do dziewczyny tylko po to, by zawisnąć nad nią i ukłonić się nisko, podczas gdy zmęczone mięśnie drżały i odmawiały posłuszeństwa. Ona również - więziona przez przerażające, zgubne, a jednocześnie kojące zaklęcie imperiusa - nie mogła mu odmówić. W końcu obydwoje - równie zmęczeni, równie obdarci z sił i z własnej woli - tańczyli niezgrabnie na trawie, drżąc ze zmęczenia, czasem tracąc równowagę i chwiejąc się nieco. Ciemno-szara koszula, którą miał na sobie Alan zmieniała swą barwę stopniowo, aż w końcu coraz mniej pozostało w niej prawdziwego koloru. Dance macabre.
Zakończył taniec w pół kroku, a zamglone oczy zwróciły się ku tej, która miała go teraz w garści. Polecenie zostało przyjęte - więc zwrócił się ku blondynce, którą prawdopodobnie spotykał na korytarzach Munga, którą być może raz czy dwa uczył czegoś. To nie było istotne, bo już nachylał się nad nią, by pocałować ją w tym bezdusznym, pozbawionym jakiejkolwiek namiętnośći pocałunku. Chilę potem już wyciągał dłonie w jej kierunku. Drżące ze zmęczenia, a może dlatego, że jego reszta świadomości próbowała się przeciwstawić, próbowała temu zapobiec.
Nie, nie, nie!
Ta odrobinka świadomości, która tkwiła gdzieś w jego umyśle, ukryta głęboko, przekryta przez silne czary drżała z przerażenia, mając ochotę płakać jak dziecko, krzyczeć. To, co właśnie kazano mu zrobić było najgorszą torturą jaką można było na nim wykonać. Był magomedykiem - miał ratować życia, nie je odbierać.
Ale drżące dłonie zacisnęły się na oblepionej krwią i błotem szyi. Dość zgrabnej, długiej i mimo brudu przyjemnej w dotyku. Palce zacisnęły się i choć nie miał dużo siły - nadal mogły przynieść śmierć.
W tym momencie błagał o nią, prosząc o to, by jego organizm nie wytrzymał tego, by stracił przytomność i odszedł w pustkę, ciemność. Może i na zawsze.





There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
5
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Posąg kochanki   17.10.17 13:23

I znów to samo - potężny ból w skroni, Tristan zachwiał się na nogach, przestąpił z jednej na drugą i odruchowo przetarł wierzchem dłoni bok głowy, wiedział, że jego imperius zadziałał i objął swoim działaniem dziewczynę - to anomalie stroiły sobie z nich żarty, uwypuklając jej mroczną stronę i sprowadzając brutalne skutki uboczne. Nie powinien już czarować, póki ten ból nie minie, z rezygnacją opuścił różdżkę, lekko mrużąc oczy zamierzając skoncentrować się pomimo pulsującego bólu.
- Rób, co mówi - mruknął niemrawo, usuwając się na bok, by przeboleć tę pierwszą falę bólu - nie chciał, by nieznośna migrena okazała się kolejnym dystraktorem, który przerwie przyjemność płynącą z tego wieczoru, dziewczyna nie mogła odmówić tego tańca. Przyglądał się całej tej scenie z dystansu, mniej urzeczony, niż byłby, gdyby nie rozpraszał go ból głowy, a jednak z niemym zachwytem perfekcyjnego danse macabre. Wiedział, ze tak on jak i ona potrzebowaliby nadludzkich zdolności, żeby wydrzeć się z sideł zaklęcia niewybaczalnego rzuconego tak potężnie i oglądając ten koszmarny krajobraz mógł czuć jedynie dumę z siły, jaką posiadła jego protegowana. W pewnym momencie skrzywił się z niesmakiem, wyglądało na to, że tacy jak oni nic nie potrafili.
- Nie tak, dziewczyno - bezduszny pocałunek nie dopełniał tego obrazka, budowali przedstawienie złożone z krwi, egzaltowanej ekscytacji i patosu, namiętne i makabryczne dance macabre okraszone bukietem gwałtownych emocji. Sztywność była nudna, a jego nuda nie cieszyła. - Kochasz go - To nie miało znaczenia, czy to było prawdą, czy też nie, wystarczył rozkaz - by miłość okazała. Może naprawdę podkochiwała się w starszym uzdrowicielu na korytarzach Munga, może naprawdę jego głos wywoływał dziewczęcy rumieniec, może naprawdę szukała go wzrokiem, ilekroć pojawiła się w szpitalu. Może, to bez znaczenia, istniały tylko fasady, kurtyna, na tle której prawdą mogło być wszystko i nic. To oni pisali scenariusz tej nocy. - Powiedz mu to - zażądał, uważnie obserwując palce Bennetta zaciskające się wokół jej smukłej, bladej szyi. Lubił kobiece szyje - zawsze wybierał dziewczęta, które miały je ładne, pociągłe, długie, smukłe. Śmierć brzydkich kobiet nie sprawiała mu radości, był estetą. Nie dosłyszał cichego szeptu dziewczyny, porwał go wiosenny wiatr, nie dosłyszał wyznania miłości, jakie wydobyło się z jej ust wraz z jednym z ostatnich tchnień, podduszona nie mogła już mówić. - Popraw się, niech to zapamięta. - Był uzdrowicielem, tak wiele razy musiał mieć w rękach stygnące kobiece ciało. Uniósł wzrok ponad splecionymi ciałami na Deirdre, wychwytując jej szczenięcy wzrok; początkowo nie odpowiedział na niego żadnym grymasem, dopiero po chwili jego usta wykrzywiły się w silniejszym wilczym uśmiechu.
- Obejmij go i całuj go namiętnie - Choć mówił do dziewczyny, patrzył w oczy Deirdre; niedbale, nonszalancko strzepnął z dłoni krew ofiary zmieszaną z mokrym błotem. - Patrz mu w oczy, jest twoim wszystkim, końcem i początkiem. Jest twoim światem, jest twoim katem i jest wybawieniem. - Jak solista chóru, który poetycką narracją miał dopiąć zakończenia aktu. - Poza nim, nie będzie już niczego. Całuj z pasją, ostatnimi skrawkami siebie, namiętnie tak, jak nie całował go jeszcze nikt nigdy. Kochaj, kochaj ogniem potężniejszym od śmierci - Dopiero teraz, na krótko, odjął spojrzenie od Deirdre, powracając nim do bezokiego uzdrowiciela i drugiej ofiary. - Śmierć i tak cię stąd zabierze - zakończył gorzko, choć bez udawanego smutku, absolutu po prostu nie dało się powstrzymać. Namiętność dziewczyny malała z każdą sekundą, oddając pocałunki jeszcze trudniej było jej wziąć oddech - przyśpieszył jej śmierć. Odeszła, w jego ramionach. Jej ciało opadło bezwładnie.
Szkoda.





the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns
outgrown
Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
kochanica króla
25
Czysta
Zamężna


I've tasted blood and I want more


20
10
0
0
0
41
5
0
Czarownica
maybe I have always been more comfortable in chaos

PisanieTemat: Re: Posąg kochanki   17.10.17 22:21

Reżyserskie wskazówki Tristana, dobiegające gdzieś z tyłu, za jej pleców, początkowo wywołały jedynie cichy, choć szczery, śmiech. Mściwy i perlisty, podobało się jej to przedstawienie, nieporadne, prymitywne, wręcz żenująco słabe, posiadające jednak świeżość debiutanckiego uroku. Nierówne kroki, sztywno błądzące po ciele partnera dłonie, martwe spojrzenia, drżące usta. W pewien sposób przypominało to każdą miłosną inicjację, romantyczną, ckliwą - a głównie wstydliwą; krępującą, a przez to uwznioślającą występ, składany przed ołtarzem bogini fałszywej miłości. Przebłyskujący zza chmur księżyc bez miłosierdzia odsłaniał niedoróbki spektaklu, czyniąc go jeszcze bardziej prostym, magicznym, łapczywym. Wyraźnie widziała napięte mięśnie rąk Bennetta, palce zaciskające się na delikatnej skórze szyi, lśniące zachwytem i miłością oczy dziewczyny, błękitne, wielkie, już na zawsze wpatrzone z szokiem i oddaniem w twarz tego, kogo przed chwilą pokochała. Deirdre z trudem oderwała od pary oczy, kuszona także krwią, ciągle lejącą się z ciała Alana. Ciągle jednak znajdowała się gdzieś pomiędzy zawodem z kończącej się zabawy a najsłodszym zadowoleniem z doskonałego wieczoru, pachnącego rdzą, wolnością, mięsem i ciałami ofiar. Roziskrzony, niepewny wzrok przeniosła na Tristana, dopiero teraz orientując się, że brzmiał dziwnie słabo, lecz nie zaniepokoiło ją to wcale, była zbyt skupiona na innych bodźcach, rozkołysana krwawym szałem, by móc wzbudzić w sobie czułą troskę. Rozkazy niezadowolonego z poczynań swych aktorów artysty ponownie wywołały na jej twarzy uśmiech, trochę wzruszony, bardzo drapieżny - chciała ruszyć w jego stronę, znaleźć się bliżej, spić z ust epilog tego wieczoru, ale następne słowa mężczyzny wbiły ją w ziemię, spetryfikowały, spętały, na nieznośnie długie sekundy zapierając dech w piersiach. W innej sytuacji zbyłaby je ironicznym śmiechem, wymykając się przypadkowej - czy na pewno? - prowokacji, wyślizgując się przypisywanym znaczeniom, kusząc niedostępnością i chłodem, teraz jednak była najbliżej prawdziwej siebie, wolna, zachwycona krwią, silna, z Zaklęciem Niewybaczalnym pętającym umysł uzdrowiciela: taka, jaką pragnęła być od dawna, szczera z własnymi pragnieniami, potrzebami, ambicjami - lecz nie uczuciami, werbalizowanymi tak nonszalancko przez wpatrzonego w nią Tristana. Spoglądał na nią drapieżnie, spokojnie i przeszywająco zarazem; przydługie włosy opadły mu na twarz, ozdobioną kroplami krwi, wąskie usta nieco drżały, wyraźnie zbladł; wystarczyłby ostry wzrok, wilczy i złowieszczy, lecz mówił dalej, dotykając ją mocno, głęboko, do żywego, umiejętnie wciskając mocne palce pomiędzy żebra, miażdżąc kości, chwytając trzepoczące nerwowo serce. Wyraźnie zbladła, uśmiech spłynął z jej pełnych ust i na nieznośnie długą sekundę, być może niemożliwą do wychwycenia, być może wyraźną jak krew spływająca po białej koszuli Alana - jej aura zmieniła się z gniewnej i triumfującej na przerażoną. Wiedział. Musiał wiedzieć. Trafiał przecież w sedno, zwodniczą, groźną narracją przyzywając ją do siebie, przyciągając za nadwrażliwe słabości. Skąd, dlaczego, kiedy; w jej głowie roiło się od pytań, wywołujących nieznośne drżenie. Nie potrafiła odsunąć wzroku, przymknąć oczu, patrzyła wprost na niego, bez najmniejszego drgnięcia, jak zahipnotyzowana, wiedząc, że każda chwila tego kontaktu obnaża ją coraz bardziej. Wiedział - o tym, co ona spychała na brzeg podświadomości, co dławiła, co próbowała zamordować, zmienić w bezduszną kalkulację. Zamiast pomknąć ku niemu - cofnęła się o krok, chwiejny, stopa zapadła się w wilgotnej ziemi, ale utrzymała pion, pomimo złotej bransolety, nagle dziwnie ciężkiej, utrudniającej poruszanie się. Wiedział. Inaczej nie wypowiedziałby tych słów tak swobodnie, tak drapieżnie, tak nonszalancko, z lekkim uśmiechem i zwycięskim mrokiem przeżerającym się przez rozszerzone źrenice. Ciężka, szczera noc wzmacniała wrażliwość, czyniła ją niezwykle podatną na wątpliwości - i na zagrożenie, jakie wyczuwała w Rosierze, zdystansowanym, lecz niezwykle celnym, zawłaszczającym ją nawet bez bezpośredniego kontaktu. Ponownie przywołała na twarzy lekki uśmiech, lecz czuła, że zauważył zbyt wiele, że spostrzegł tą błyskawicę przerażenia, przeszywającą ją zdradliwą blizną.
Odwróciła się tym gwałtowniej, krocząc ku leżącemu pod ciałem kobiety Alanowi, koncentrując całą uwagę na stawianiu stóp prosto i pewnie, bez zawahania, bez rozchwiania, które wibrowało od splotu słonecznego. Co mogła teraz zrobić? Uciec, prosto w noc, rozpłynąć się w czarnej mgle, umknąć prawdzie, tak słodko zaanonsowanej przez Tristana - lecz co potem? Petryfikujące przerażenie powoli ustępowało zdrowemu rozsądkowi, nakazującemu je najpierw uporać się z najbardziej palącym, teraźniejszym problemem, materializującym się w postaci powoli tracącego przytomność uzdrowiciela. Tak, zawsze tak sobie radziła: mocne zaciśnięcie warg, choćby i do krwi, i brnięcie dalej, problem po problemie, koszmar po koszmarze, byle dalej, byle przejść ten tlący się żałosnym skowytem las, niknący w szarych płomieniach. Przyklęknęła przy leniwie uśmiechniętym Bennecie, powoli odgarniając włosy z jego zakrwawionej twarzy. Pusty oczodół z świeżo zasklepioną krwią i ropą, błyszczał odstręczająco w półmroku, odrobinę łagodząc zachwytem prymitywny strach, przeszywający ją ciągle spojrzeniem Tristana - czuła, jak dalej wbija się w jej plecy zdradzieckim ostrzem triumfującej pewności. - Będziesz udawał, że ten wieczór przebiegł normalnie, że nigdy nas nie spotkałeś, że nigdy nie stałeś się ofiarą czarnomagicznych zaklęć, że wybrałeś się po prostu na długi spacer, który został tragicznie zakończony niespodziewanym wybuchem anomalii - zaczęła mówić konkretnie, spokojnie, rzeczowo, spoglądając na Alana. Ciągle trzymała bladą dłoń przy jego czole, ledwie powstrzymując chęć wciśnięcia palca w poraniony oczodół, sprawdzenia miękkości tkanek, obdarcia skóry aż do kości. - To anomalia zadała ci te rany, nie powiesz nic więcej, udając skołowanego i przerażonego. Poza tym, będziesz zachowywał się normalnie, tak jak zawsze, nie wzbudzając niczyich podejrzeń - kontynuowała prawie urzędniczym tonem, ignorując krew spływającą z jego koszuli - barwiła teraz dół i rękaw jej sukni. - Ale...gdy pojawi się u ciebie pacjent o brudnej krwi, szlama, ktoś pochodzenia mugolskiego, udzielisz mu złej, szkodliwej diagnozy, przepiszesz podtruwające eliksiry, wykorzystasz swoją wiedzę w dowolny sposób - nie dopuścisz do tego, by ci pacjenci wyzdrowieli, wręcz przeciwnie, zaczniesz im szkodzić. Doprowadzając do ich śmierci. Zrobisz to dyskretnie i sprytnie, ukrywając swoje intencje, a w razie przyłapania - tłumacząc się niekompetencją. - Dopiero teraz oderwała palce od lodowatego czoła Alana, wykrwawiał się, cóż, być może jej instrukcje nigdy nie ujrzą światła dziennego, musiała jednak spełnić swoją ostatnią wolę. Nie wiedziała, jakie poglądy posiadał Bennett: jeśli słuszne, i tak zrobiłby to, o co go właśnie poprosiła, jeśli zaś błądził: sprowadzi go na słuszną drogę. - Zaczniesz upokarzać też wszystkie szlamy wokół ciebie, wśród znajomych, współpracowników, przyjaciół - zasłużyli na to swoim plugawym urodzeniem, to ono sprowadza na nasz świat przekleństwo. Najpierw łagodnie, potem: zdecydowanie. Nie są ludźmi, są plugawymi zwierzętami, kradnącymi magię, są szkodnikami, są zagrożeniem dla ciebie i innych czarodziejów - szepnęła miękko prawie prosto do jego ucha, zasiewając w nim jedyny słuszny pogląd, mający zakiełkować w jego przejętym Imperiusem umyśle. Powinien być jej za to wdzięczny, dawała mu możliwość prawdziwego zmartwychwstania - jeśli przetrwa tę noc, stanie się - w końcu - godnym, prawdziwym obywatelem o słusznych poglądach. W końcu wyprostowała się znad jego ciała, nie wstając jednak z kolan, z bliska przyglądając się bladej twarzy i krwi, leniwie wypływającej z otwartych ran. Tylko to mogło ją w tej chwili uspokoić.




x Me and the devil walking side by side - and I'm gonna see my man until I get satisfied
Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Posąg kochanki   18.10.17 2:22

Dance macabre dobiegało końca. Zostało tylko macabre. Cicha makabra, która dotyczyła tak naprawdę tylko ich dwojga, pozostała dwójka była tylko widzami, a tak naprawdę osobami, które pociągały za sznurki, dyrygowały marionetkami. Biedne, bezsilne, pozbawione woli marionetki musiały wykonywać ich rozkazy, najpierw wykonując żałosny, koślawy taniec oświetlany jedynie niebieskawymi, słabymi promieniami księżyca; potem natomiast poddając się innym rozkazom - poddając się namiętności, która tak naprawdę z namiętnością nie miała nic wspólnego. Pocałunki, dotyki, spojrzenia. Puste oczy dziewczyny nawet gdy umierała nie wyrażały kompletnie nic, nie było w nich strachu o własne życie, nie było w nich cichego błagania, nie było w nich nawet radości z faktu umierania. A potem były jeszcze bardziej puste, martwe. Oczy oprawcy równieżl, jak gdyby wcale nie odebrał przed chwilą życia. Przecież nic się nie stało, prawda?
Ta mała cząstka jego świadomości właśnie chciała zniknąć. Oddałby bardzo dużo, by odejść w nicość, by po prostu umrzeć, dać się pochłonąć ciemności. Odebrał komuś życie. I choć wiele razy ludzkie życie wymykało mu się między palcami (był magomedykiem, nieprawdaż?), zawsze dawał z siebie wszystko by je złapać i zatrzymać w swojej garści, nie zaś za pomocą tych samych rąk go odebrać. To było dla niego zbyt wiele, a dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że to mógł być dopiero początek. Nie był już dłużej władcą czy właścicielem swojego ciała, nie był władcą nawet własnych myśli.
Dziewczyna leżała martwa, a on sam ledwie utrzymywał przytomność. Było to widoczne, gdy ciało przykryte drugim ciałem, tracące z każdym momentem coraz więcej krwi - nie miało siły się podnieść. Leżało jedynie bezwładnie, wykrwawiało się, lecz owładnietę silnym zaklęciem imperiusa nie miało wyboru innego niż tylko słuchać i przyjmować to, co mówiła do niego Deidre, by w przyszłości, o ile dożyje, bez słowa, bez zastanowienia wykonać nadany rozkaz. Marionetki musiały poruszać się tak, jak kazał im lalkarz. A lalkarz doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Słowa rozmywały się, zlepiały się w jedno, były coraz mniej wyraźne. Nawet ta odrobina prawdziwej świadomości Bennetta miała problem ze zrozumieniem kolejnych słów. A może po prostu nie chciała? Twarz uzdrowiciela, choć oblepiona krwią i błotem, robiła się coraz bledsza, zaś oddech stawał się coraz płytszy. Zagadką było czy wola kobiety zdoła się spełnić, czy zostanie pogrzebana wraz z dwoma martwymi ciałami. Gdy się odsunęła - oczy magomedyka zamykały się coraz bardziej, by w końcu zamknąć się całkiem, gdy ten dał się porwać ciemności, niosącej za sobą błogą nieświadomość. Stracił przytomność.
W tym czasie zza drzew, z mroku nocy wyleciała sowa. Zwykła, nie rzucająca się w oczy sowa wyraźnie trzymająca coś w dziobie. Sowa ta pokrążyła nad nimi, wydała z siebie kilka odgłosów, by nagle dość chaotycznie wykonać kilka okrążeń nad ich głowami, upuścić mysz i odelcieć w pośpiechu.





There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
5
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Posąg kochanki   18.10.17 18:25

-15 mam

Nagły popłoch, niewytłumaczalne cofnięcie się, błyskawica, jaka przecięła jej twarz w ułamek sekundy; kalkulował, nie będąc pewnym podłoża tej reakcji. Bez wątpienia towarzyszył jej strach - strach przed nim? - powinien, minęła ledwie ulotna chwila, pół uderzenia serce, mniej niż jeden wdech, kiedy zakryła twarz całunem zakłamanej obojętności, drapieżnie wygiętego uśmiechu. Patrzył na nią, tylko ona była teraz interesująca. Martwa dziewczyna przestała go ciekawić, choć kusiło, to pulsujący ból głowy i tak nie pozwoliłby mu uczynić z niej godnej pośmiertnej służki, uzdrowiciel zaś nie był nawet w połowie tak interesujący jak ona. Preferował kobiety - w każdym znaczeniu tego słowa, kobiety piękne i wyjątkowe, cierpienie Alana sprawiało jednak przyjemność Deirdre, a to dla niej dzisiaj tutaj byli. Otworzyła się, wpatrując się w Tristana zahipnotyzowanym spojrzeniem, otworzyła się i zdradziła, choć nie miała z czym, bo wszystko, z czym zdradzić się mogła, uczyniła minionej nocy. Wyszeptane w chwilach uniesienia i w narkotycznym szale słowa znalazły swoje potwierdzenie, potwierdzenie, które mogło rozwiać najmniejsze wątpliwości i urealnić senną wizję perfekcyjnej nocy. Nie kłopotał się tym dłużej, w studni uczuć pływał zwinniej, niż ona, obserwował jej kocie kroki z gracją stawiane w nocnych ciemnościach, sylwetkę, która tak dumnie zjawiła się nad dogorywającym uzdrowicielem. Był z niej dumny - miał ku temu powody - choć uścisk w skroniach utrudniał bezbrzeżny zachwyt nad niszczącą żywiołową siłą protegowanej. Nie odezwał się ani słowem, wsłuchując się w wypowiadane przez nią rozkazy, z mentorską manierą nie mogąc wyzbyć cię oceny, szukać w nich słabych punktów, niedociągnięć, niedopowiedzeń, które ofiara imperiusa mogłaby wykorzystać przeciwko niej: nie znajdując ich, Deirdre nie popełniała już błędów - i wzbudzała tym jeszcze większą dumę. Kara dla obrońcy uciśnionej kokietki wydawała się odpowiednia, jeśli ruszył na ratunek jej, jako człowiek świadomy rodzącego się konfliktu, zawsze miał uzdrowicieli za mimo wszystko ludzi inteligentnych, opowiedział się jasno po stronie tego, co brudne i zepsute. Ponoć zawsze nadchodził czas na naprawę swoich błędów, dla niego ten czas nastał teraz: mógł się jeszcze naprostować, pojąć sens tego konfliktu, działać razem z nimi. Z własnej woli lub nie do końca, to nie miało już takiego dużego znaczenia - tacy jak on w mniemaniu Tristana i tak całe życie mogli być jedynie marionetkami. Krótko potem omdlał, postąpił w jego kierunku kilka kroków, obrzucając jego twarz spojrzeniem; nie, nie sądził, żeby mężczyzna udawał, stracił dużo krwi i wiele przeszedł, zastanawiał się jednak, czy pełnia rozkazu Deirdre do niego dotarła. Jeśli nie - powinni go ocucić i przekazać mu to wszystko jeszcze raz. Reakcja kochanki zapewniła mu jednak spokój myśli, zauważyłaby.
- Ictusosio - wymruczał, kierując różdżką na jego lewą nogę; nie było już potrzeby unieruchamiania ręki, w której dzierżył broń, ten człowiek nie był już groźny, ale dodatkowe poturbowanie mężczyzny mogło sprawić, że wytłumaczenie anomalii... będzie nieco wiarygodniejsze. Nogą przesunął dłoń martwej dziewczyny na plecy Alana, niedbale pozorując miejsce zbrodni na wypadek - w tym samym czasie oplatając zimną dłonią kark Deirdre, wciąż klęczącej przy trupach. - Deirdre - szepnął krótko, w połowie czule, delektując się brzmieniem jej imienia, które po dziwnym pokazie strachu smakowało silniejszą słodyczą, w połowie tonem rozkazu. Już mógł wymówić je bezkarnie, nie było tutaj nikogo, kto mógłby je usłyszeć. Nie zauważył ptaka, sowy w nocnych ciemnościach potrafiły być naprawdę dyskretne, ale nie musiał, by wiedzieć, że im prędzej znikną z miejsca zdarzenia, tym większa szansa na dłuższą zabawę - i utrzymaniu w ryzach rozkazu wydanego w takt imperiusa. - Chodźmy. - Zacisnął dłoń na jej karku ponaglająco, wraz nią wycofując się w nocne ciemności, z dala od scenerii majowej makabry.





the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns
outgrown
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Posąg kochanki   18.10.17 18:25

The member 'Tristan Rosier' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 26

--------------------------------

#2 'k10' : 9

--------------------------------

#3 'Anomalie - CZ' :


Powrót do góry Go down
Deirdre Tsagairt
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
kochanica króla
25
Czysta
Zamężna


I've tasted blood and I want more


20
10
0
0
0
41
5
0
Czarownica
maybe I have always been more comfortable in chaos

PisanieTemat: Re: Posąg kochanki   18.10.17 19:32

Czuła chłód wilgotnej od wieczornej rosy trawy i gorąc krwi; obydwie ciesze przesiąkały przez materiał szaty, gęste i aromatyczne, lepkie i orzeźwiające, pozwalające skupić się wyłącznie na tym bodźcu, jeszcze intensywniejszym ze względu na otaczający ją mrok. Przed sobą miała wyłącznie śmiertelnie bladą twarz Alana, tuż obok - siną, odsłoniętą szyję blondynki. Złote kosmyki przykleiły się do kącików jej wygiętych w miłosnym zdziwieniu ust, drażniły otwarte martwo oczy, lśniły przyprószonym bogactwem, tak doskonale komponującym się z twarzą o łagodnych rysach. Oblubieniec i oblubienica; rycerz i jego wybranka, tylko jedno - o ile którekolwiek - mogło przeżyć i szansę otrzymał mężczyzna. Deirdre powinna zmienić bieg historii, wstawić się za przedstawicielką tej samej płci, ale mimowolnie powielała patriarchalne schematy: czyż większość, jeśli nie wszystkie, ich ofiar nie stanowiły kobiety? Niewinne, piękne, o jasnych włosach, oczach i skórze, tak różne od niej i tak podobne. To dlatego omijała wzrokiem twarz uzdrowicielki, wpatrzona wyłącznie w pusty oczodół Alana - nie mogła znieść myśli, że łączy je cokolwiek, ta sama słabość, zależność od mężczyzn, ślepe, zakochane posłuszeństwo, pokora kontynuowana aż do śmierci, szczenięce oddanie, silniejsze nawet od instynktu samozachowawczego, nakazującego ucieczkę. Imperius, to słowo rozbłysnęło nagle w podświadomości, ale Dei nie mogła skupić się na gasnącej szybko flarze zrozumienia - wyznanie, które padło z jej spierzchniętych ust wczorajszej nocy, pozostawało tajemnicą: przyćmiony zbyt dużą dawką narkotyku umysł nie potrafił połączyć urywków wrażeń w sensowną całość, pozostawiając ją ślepą w mroku, poruszającą się po omacku wśród koszmarów własnych skrytych pragnień. Nie powinna panikować, Tristan nie mógł wiedzieć, uciekała od niego, sprzeciwiała się mu, wymykała z mocnych ramion, patrząc w jego oczy śmiało i buntowniczo - dlaczego więc wypowiadał słowa o miłości tak pewnie i władczo, z czarcim błyskiem w ciemnym oku? Lodowaty dreszcz ponownie przeszył jej ciało, wywołując prawie normalną reakcję człowieka, klęczącego nad świeżymi zwłokami - wywołaną jednak strachem zupełnie innego rodzaju. Nie bała się odpowiedzialności, nie bała się kary za zbrodnię: nie popełniła przecież żadnej, jedynie przysługując się sprawiedliwości i nowemu porządkowi. Przerażała ją jedynie zależność od stojącego tuż za nią mężczyzny; słyszała jego kroki, spokojny, głęboki oddech - czuł się panem sytuacji, jak zawsze, nawet zepchnięcie wieczoru w niespodziewane koleiny przypadkowych bohaterów nie wytrąciło go z równowagi. W pewnych kwestiach wykazywał się większym opanowaniem od nieco autystycznej Deirdre, a nawet targany emocjami potrafił czerpać z nich siłę, karmiąc się namiętnościami, wobec których ona sama pozostawała całkowicie bezbronna, reagując na ich pojawienie się petryfikacją.
Musiała zebrać myśli, odetchnąć głębiej, ponownie powrócić myślami do rzeczywistości, bez snucia histerycznych planów o ucieczce, buntowniczym wrogim sprostowaniu sugestii i zerwaniu łączącej ich więzi. Serce wyrywało się do tych samobójczych działań, ale potrafiła je już - chwilowo - uspokoić, ochłodzić, złagodzić zapachem krwi i satysfakcją, mimo wszystko pnącą się wzdłuż jej kręgosłupa równie mocno, co strach. Nie odrywała wzroku od na wpół martwego Alana, przyglądając się drżącym, posklejanym krwią rzęsom - z bliska prezentował się jeszcze rozkoszniej, a ohydna maź, umożliwiająca mu do niedawna widzenie, spływała leniwie wzdłuż podbródka, pozostawiając po sobie zaschniętą ścieżkę krwistych płynów. Wzięła powolny, głęboki oddech, chcąc poczuć na języku najsłodszy posmak śmierci - i drgnęła zauważalnie, gwałtownie, gdy zamiast tego na jej karku spoczęła lodowata dłoń. Skoncentrowana na histerycznych próbach opanowania instynktu samozachowawczego, nakazującego rozmycie się w czarnej mgle, nie zauważyła nawet słabego błysku zaklęcia, nie słyszała inkantacji, powracając z martwych dopiero w chwili, w której szorstkie palce zacisnęły wbiły się w tył szyi, wywołując gęsią skórkę, rozprzestrzeniającą się gwałtownie po ciele. Zacisnęła wargi, przymykając na sekundę oczy - tłumiąc ostatni poryw buntu, nakazujący gwałtowne odwrócenie głowy i wbicie zębów w męski nadgarstek. Nie zrobiła tego, pomimo nerwowości i strachu - i pomimo dziwnego gorąca, emanującego od zaciskającej się niepokojąco ściśle złotej bransolety. Obróciła powoli w palcach różdżkę, zerkając na Bennetta ostatni raz i zgodnie z wolą Tristana - a raczej nasilającym się naciskiem dłoni, szarpiącej ją do góry - wstała z kolan, przemoczonych już całkiem spływającą z ciał ofiar krwią. Zwodniczą, kuszącą, obezwładniającą: nie wyrwała się nawet spod kontrolnego, w pewien sposób czułego, dotyku, nie spoglądając też jednak w oczy Rosiera. Ciągle uśmiechała się lekko, zwycięsko, ukrywając pod maską sadystycznej sytości prawdziwe uczucia, lecz coś w jej ruchach zdradzało niecodzienną sztywność drapieżnika, złapanego w sidła, ostrożnego i nieufnego, gotowego w każdej chwili rzucić się z zębami na trzymające go imadła. - Chodźmy - powtórzyła bezgłośnie, krocząc za mężczyzną w mrok - by finalnie zniknąć w nim całkowicie, pod postacią nieuchwytnej, czarnej mgły.

| deirdre i tristan zt <3




x Me and the devil walking side by side - and I'm gonna see my man until I get satisfied
Powrót do góry Go down
Eileen Bartius
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde https://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 https://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 https://www.morsmordre.net/f294-lord-street-10 https://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
gajowa w Hogwarcie
29
Półkrwi
Zamężna
your worst battle
is between what you know
and what you feel
12
4
10
3
16
0
5/37
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Posąg kochanki   22.10.17 19:14

Często widywała przerażone sowy. Wzlatywały z głuchym hukiem z drzew, gdy jakiś makabrycznie głodny hipogryf szukał swojej kolacji wśród gałęzi – rzadki widok, ale w swojej istocie wyjątkowy. Szelest piór zlewał się z czernią liści pochłoniętych przez mrok późnego wieczoru wchodzącego łagodnie w noc, charakterystyczne huczenie niosło się echem po lesie. Szybko znikały, upatrując sobie inne miejsce na swoje nocne łowy, z dala od terytorium swoich wrogów.
Dzisiaj Sulla była jak jedna z tych sów, które w panice uciekały pod rozgwieżdżonym niebem. Wleciała do jej pokoju, trzepocząc skrzydłami, gubiąc pióra, piszcząc i hucząc na przemian, gardłowymi tonami zalewając jej pokój w Ruderze, w którym próbowała uzupełnić swój osobisty zielnik. Jutrzenka skuliła się na metalowej poręczy łóżka, pusząc swoje jasne pióra i obserwując uważnie towarzyszkę. Znały się. Dopiero gdy Sulla usiadła niespokojnie obok niej, Eileen udało się obejrzeć jej nóżki. Nie miała przypiętego do jednej z nich listu.
Chwyciła za płaszcz i pobiegła w stronę kominka, mając na uwadze fakt, że jak najszybciej musi znaleźć się w domu Alana, kiedy Sulla znów się rozhuczała, uderzając dziobem o okno. Chciała, żeby za nią poleciała?
Prowadź, mała – szepnęła tylko, natychmiast przyjmując swoją ptasią, uskrzydloną postać, by wlecieć za chwilę za nią na wieczorne powietrze.
Niewielkie serce, zmniejszone siłą magicznej woli, biło mocno w piersi, zaniepokojone tak nagłym pojawieniem się sowy Alana w mieszkaniu. Ich kontakt był nieco ograniczony, Eileen nie miała ostatnio czasu na nic, nie miała siły na pisanie długich listów opowiadających o koszmarach, o nieprzespanych nocach, o ciągłych problemach w Zakazanym Lesie. Ale potrafiła poznać ułożoną, ale nieufną wobec obcych sówkę swojego przyjaciela, z którym przecież tak długo się znała. Może to był właśnie moment, kiedy po raz kolejny powinna żałować, że zaniedbała to, co było dla niej tak ważne.
Leciały szybko, kumulując zimne prądy powietrza pod skrzydłami, wzlatując na taką wysokość, która pozwoliła im momentami szybować.
Szybko, Sulla, szybciej.
Miała ogromną nadzieję na to, że to tylko fałszywy alarm, że Alanowi nic się nie stało, ale im dalej leciały, mijając po drodze dzielnicę przyklejoną niemal do miejsca, gdzie mieszkał, tym mniej w to wierzyła. I cóż, nie poczuła rozczarowania, lądując z przerażeniem tuż obok zakończonego spektaklu, popisu czyjejś siły. W pierwszym momencie, gdy oczy przyzwyczajały się do ciemności, nie rozpoznała Alana, ale to nie trwało długo. Natychmiast do niego dopadła, nie kontrolując już emocji, które podpięły się drżeniem pod jej skórę. Czy on… nie, nie, to niemożliwe!
Alan, nie, błagam! Słyszysz mnie? ALAN! – syknęła do niego, łapiąc dłońmi jego policzki, szukając ruchów, choć najmniejszych, charakterystycznych dla żyjącego człowieka. Krew na jego twarzy, krew przy jednym oku, ziemia. Co tu się działo? Poklepała go po policzki, najprawdopodobniej mocniej niż chciała. – Alan!
Spojrzała w bok, na leżącą nieco dalej kobietę. Leżała jak lalka. Oboje porzuceni. Jak wykorzystane, zepsute zabawki, którymi nikt się już nie interesował. Musiała coś zrobić, ale… ale cholera, przecież się nie rozdwoi!
Expecto patronum!
Drżący głos wypowiedział inkantację pewnie, wyobraźnia prędko odnalazła szczęśliwy wieczór przy, całej jeszcze wtedy, kwaterze Zakonu Feniksa, bitwę na śnieżki, ciepły uśmiech. Zatrzymała oddech, w oczekiwaniu wypatrując rosłej postaci niedźwiedzia, który miał zabrać pilną wiadomość prosto do Justine. Potrzebowała jej. Teraz.

| korzystam z przywileju I poziomu biegłości Zakonu Feniksa - Expecto patronum 35 ST




The responsibility of love:
To keep another's heart safe

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Posąg kochanki   22.10.17 19:14

The member 'Eileen Wilde' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 79


Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Posąg kochanki   22.10.17 19:18

The member 'Eileen Wilde' has done the following action : Rzut kością


'Anomalie - CZ' :


Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
20
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Posąg kochanki   26.10.17 23:28

/ z kuchni Skamandera

Lecąc nad budynkami czułam chłodne, majowe powietrze. Czułam jak knykcie, którymi szczelnie obejmowałam trzonek miotły zmarzły i skostniały, ale nie miałam czasu przejmować się nimi teraz. Prawie przytuliłam się do miotły chcąc nadać sobie lepszego, bardziej opływowego kształtu, liczyła się każda sekunda - czułam to po drżącym głosie Eileen, którym przemówił jej patronus.
Patronus. Moje myśli jak zwykle szybowały dwutorowo, co najmniej. Jeden z nich pilnował, bym nie zobaczyła z najkrótszego kursu, jednocześnie wystrzegając się spojrzeń mugoli. Drugi nadal powracał do widoku koziorożca w holu. Nie mogłam pojąć, przynajmniej początkowo, lecąc nad dachami. Dlaczego teraz. Koziorożec zdawał się jasno sygnalizować jednostkę, jednak... dlaczego dopiero teraz? Nie zaczęłam kochać go przed chwilą. Moja miłość była stała, a nawet zdawała mi się rosnąć, choć początkowo wydawało mi się to niemożliwe. Leciałam wiec głupia, nie rozumiejąc, choć próbowałam. Naprawdę i mocno. I gdy pikowałam już nad Waltham prosto w kierunku posągu kochanki, a postać Eileen powiększała się z każdą sekundą - właśnie wtedy zrozumiałam.
Nie słyszałam jeszcze chyba o tym, by patronus mógł zmieniać formę. Zdawało mi się, że jest on niczym znamię z którym człowiek się rodzi - słyszałam, że istnieją takie przypadki, ale nigdy nie miałam żadnego postawionego przed sobą. Teraz byłam sama jednym z nich.
Wylądowałam rzucając się do biegu, pokonując kilka ostatnich metrów i odrzucając miotłę w bok. Rozejrzałam się próbując opanować bicie serca - istne pobojowisko. Dziewczyna była bliżej, wyciągnęłam różdżkę, zbliżając ją do jej klatki piersiowej. Przeciągła linia, która rysowała się na moich ustach od momentu, gdy zobaczyłam ten koszmar, pozostawała niezmienna. Uniosłam się z klęczek, ruszając w stronę mężczyzny z którym kiedyś łączyło nas tak wiele.
Bicie serca, wyczułam je wyraźnie przez drewno, które przytknęłam do jego piersi. Nie rozglądałam się, na Eileen spojrzałam tylko przelotnie, zaciskając na kilka chwil dłoń na jej ramieniu zaraz o tym, jak wylądowałam. Teraz nie było na to czasu, liczyła się każda sekunda. Miałam nadzieję, że jeśli wokół nadal grasuje niebezpieczeństwo moja kuzynka zareaguje dostatecznie szybko. Liczyłam też na Samuela, który z pewnością będzie pomocny. Złamałam prawie każde wytyczne, które zalecali. Rzucanie zaklęć wykrywających klątwy, obecność innych, ujawniająca pułapki i niewidzialność i wiedziałam, że gdy obudzę się rano, albo jeśli coś jeszcze komuś się stanie będę miała moralnego kaca, zwłaszcza w drugim przypadku. Na razie starałam się o tym nie myśleć, układając dłoń przy policzku Alana. Co cię spotkało? Zastanawiałam się, spoglądając na niego. Nie zasłużył sobie, byłam tego więcej niż pewna. Odciągnęłam dłoń, mierząc spojrzeniem rany których doznał. Nie wyglądało to dobrze, najpierw jednak musiałam przywrócić mu świadomość.
- Surgito - spróbowałam drżącą dłonią. Powinnam odciąć się od wszystkiego, każdej jednej emocji, ale zdecydowanie trudniej było, gdy sprawa tyczyła się bliskich.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Posąg kochanki   26.10.17 23:28

The member 'Justine Tonks' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 9

--------------------------------

#2 'Anomalie - CZ' :


Powrót do góry Go down
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
starszy auror
28
Czysta
Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
42
20
1
0
0
1
5
15
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Posąg kochanki   28.10.17 0:47

Odkąd pamiętał, wolał nocne warty aurorskie. zaczynał o północy, idealnie więc zgrywało się z wcześniejszymi planami i na szczęście skutecznej naprawie anomalii w smoczym rezerwacie Peak District. Odesłał Madeline do znajomego uzdrowiciela, a sam z tym samym chmurnym obliczem, powędrował na służbę. Nie spieszył się, miał chwilę czasu, wyciągnął papierosa, odpalając go zapalniczką i zaciągając się mocno drażniącym płuca dymem. Zanim dotarł na wyznaczone miejsce, jak z mgły wyłoniła się przed nim świetlista postać...koziorożca? Czasu na konsternację nie miał, bo chwile później Patronus odezwał się nienaturalnie spokojnym głosem Just. Przestrzeń w piersi Skamandera wywróciła się gwałtownie i chociaż było w tym jakieś okrucieństwo, odetchnął. Sytuacja wciąż nie brzmiała dobrze, ale myśl, że ratowniczka znowu mogła wpakować się w kłopoty, po prostu poruszała niezagojona zadrę. Że to znowu przez niego. Rzucił wciąż żarzący się, niedopalony pet pod ciężkiego buta, a po jego obecności postał tylko błędny, niewiadomego pochodzenia elektryczny trzask.
Nim teleportacją przeniósł się w okolice wskazane przez patronusa, powiadomił dzisiejszego partnera w pracy o zgłoszeniu, które musiał sprawdzić. To co się ostatnimi czasy działo, przechodziło czarodziejskie pojęcie. A Samuel, mimo narzuconego tryby pracoholicznego, nadal wyłapywał momenty ciemności, które zalegały w umyśle i rozlewały się w piersi, niczym trucizna. Nie sądził, by w najbliższym czasie miało się to zmienić, a wiadomość którą otrzymał utwierdzała go niezaprzeczalnie.
Z charakterystycznym trzaskiem pojawił się niedaleko pomnika. Pamiętał go. Z tych czasów, których pamiętać nie mógł. A właściwie nie powinien.
W ciemności uliczki, rozpraszanej jedynie kilkoma latarniami, roztaczał się obraz żywcem wyciągnięty z mugolskich horrorów. Nawet cień nie zakrył szkarłatu, który broczył dwa, karykaturalnie ułożone ciała i dwie, pochylone przy nich sylwetki. Wydawało się nawet, że niewyraźne światło podkreśla przerażające "piękno" sceny. Na twarz wpełzła maska, gdy zbliżył się do sylwetek - Jestem - zakomunikował tylko cicho, prześlizgując się spojrzeniem od jednej kobiety do drugiej. I nie musiał długo przyglądać się obrażeniom dwóch ciał, by wiedzieć z czym miał do czynienie. Ciężka, gniewna iskra przemknęła grymasem przez twarz, by zniknąć. Była w pracy i tego musiał się trzymać. Niezależnie od bliskich mu osób, które znajdowały się obok i strachu, które malowało się w kobiecym spojrzeniu - Hexa Revelio - wyinkantował w pierwszej kolejności. Plaga anomalii była najbardziej oczywistą odpowiedzią o przyczyny zdarzenia. Magia potrafiła wybuchnąć i szaleć w tak odległych i różnych miejscach, że musiał przyjrzeć się krwawemu obrazowi przez jej nieobliczalny pryzmat. Zmarszczył brwi, gdy nachylił się nad kobiecym, martwym już ciałem. Blade, okrwawione lica i sine usta, dziwnie nabrzmiałe - Czarna magia - pytaniem było jednak, czy dało radę wyciągnąć z tego cokolwiek więcej. Oparł kolano na ziemi, omijająca szkarłat, który rozlewał się wokół stygnącego? już ciała - Co z nim? - odwrócił głowę spoglądając na Justine, która z różdżką w reku pochylała się nad ciałem mężczyzny. Alan - Będę musiał zawiadomić Biuro - oczywistość, ciężka, ale koniczna. Przynajmniej na pierwsza chwilę. Podniósł się i spojrzał raz jeszcze, z góry na wszystko. Obrażenia otrzymali oboje, I kobieta i mężczyzna. Co tu robili razem? Pora była późna o świadków będzie ciężko, ale jeśli tylko Bennet przeżyje. Bez zawahania posłał patronusem wiadomość do służbowego partnera, potwierdzając działanie czarnomagiczne. Chociaż pierwsze, powierzchowne dowody sugerowały obecność anomalii. Musiał wziąć pod uwagę inne opcje. To co działo się aktualnie dawało idealną przykrywkę dla ścierw, które na coraz szersza skalę wykorzystywały wyzwolone i chaotycznie ujawniające się pokłady mrocznej mocy.






Cause I walk through the valley of the shadow of death

And I fear no evil because
I'm blind.

Powrót do góry Go down
 

Posąg kochanki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 7Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

 Similar topics

-
» Posąg Anioła
» Posąg Jednookiej Wiedźmy

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Waltham Forest-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18