Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Ogrody Preen Manor
AutorWiadomość
Ogrody Preen Manor [odnośnik]08.05.16 23:52
First topic message reminder :

Ogrody Preen Manor

W obrośniętych prastarym lasem, położonych wysoko nad poziomem morza terenach kryje się okoliczna perła, najstarszy w Europie cis. Według mugolskich podań, został on posadzony w dwunastym wieku przez kluniackich mnichów, lecz czarodziejskie legendy nazywają Preen Manor lokalnym miejscem kultu, którego sercem było ponoć wiekowe drzewo. Cis objęty jest przez ród Averych ścisłą ochroną, jednak raz na jakiś czas któryś z brytyjskich różdżkarzy dostaje zezwolenie na pozyskanie odrobiny drewna do produkcji różdżek. Dookoła odrestaurowanych i udostępnionych do zwiedzania ruin klasztoru, w których mieści się również mała kawiarnia, utworzony został ogród, uformowany w osiemnaście odrębnych stylem części, przechodzących jedna w drugą i skupiający w sobie wyjątkowe rośliny z całego kontynentu - uzdolnieni zielarze z pewnością znajdą tu kilka rzadkich okazów. Z trawiastych tarasów, w które wkomponowane zostały ogrody wodne, rozciąga się świetny widok na Wenlock Edge.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Ogrody Preen Manor - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Ogrody Preen Manor [odnośnik]15.01.22 17:22
— Gdy jestem w Caynham — wtrąciła miękko, bowiem od przeprowadzki do stolicy na stałe, nie mogła już cieszyć się nielimitowanym dostępem do skarbów, które kryło w sobie Shropshire. Jej dni umykały na starannie tkanej sieci powiązań, na występach poruszających serca, na troskliwej opiece nad córką. Ograniczenia teleportacyjne skutecznie utrudniały podróżowanie z małym dzieckiem, w szczególności zaś te dotyczące funkcjonowania sieci Fiuu. Wyjeżdżając z Anglii dekadę temu, zostawiła za sobą zupełnie inny kraj niż ten, do którego powróciła. Dzisiejsza Anglia była zdecydowanie lepsza, choć Valerie wciąż znajdowała rzeczy możliwe do poprawki, choćby jej niezadowolenie z jakiegoś elementu wynikało wyłącznie z nabytych na obczyźnie przyzwyczajeń.
Pewność w słowach Corneliusa przypomniała jej, że w istocie, narzeczony miał rację. Valerie uśmiechnęła się szerzej, przymykając przy tym oczy. Ciemne rzęsy opadły miękko na policzki wzniesione w górę przez ciepły uśmiech malujący się na jej twarzy.
— Masz rację. Głupiutka ja — zaśmiała się cicho, schylając nieco głowę z pokorą. Gdyby była nieco młodsza, lub bardziej rozkojarzona, mogłaby zacząć dopytywać się, czy może chociaż liczyć na lekcję wraz z nadejściem przyszłej zimy. Zamiast tego pokiwała głową ze zrozumieniem, ledwo powstrzymując się od złożenia głowy na jego ramieniu w wyraźnym sygnale komfortu, jaki ogarniał ją w jego obecności.
Bowiem niedługo później zerwał się wiatr, typowy dla hrabstwa. Lodowato zimny pomimo początku marca.
A i słowa ukochanego naznaczone były zimnem tragedii. Słyszała, że Solas zginął nagle; Septimus był wtedy na pogrzebie, Franz nie chciał puścić jej samej, ale to chyba nawet lepiej, bo ona sama nigdy nie była wyjątkowo zżyta z rodziną Sallow, do czasu. Nie znała jednak szczegółów, nie słyszała o procesie. Otworzyła oczy — przyglądała się narzeczonemu, iskrom gniewu odbijającym się w zieleni spojrzenia, gdy wspomniał swą byłą (?) szwagierkę.
— Najdroższy, czy sympozja naukowe są miejscem, w których wdowia obecność jest nieodpowiednia? — spytała wyjątkowo cicho i delikatnie, jakby bała się dosłyszalnej odpowiedzi. Nie znała niestety istoty problemu tegoż spotkania. Może Cornelius miał za złe Jade, że nie była w stanie ochronić Solasa przed śmiercią? Że gdyby zrobiła coś więcej, może i jego szanowna matka pozostałaby przy zdrowych zmysłach? A może sam obwiniał się o tę śmierć, o kłamstwa, które przekazywał matce dla spokoju i tak zmęczonego ducha? Z drugiej zaś strony pytała zupełnie szczerze — sama przecież była wdową, stan cywilny zmieniła ledwie dwa tygodnie wcześniej. Czy jej obecność w niektórych miejscach mogła również stanowić fundamenty wzrastającej złości? Świadczyć o ponurej nieobyczajności?
Ale później wszystko straciło na znaczeniu. Sallow na powrót łagodniał, na wargi mężczyzny wstąpił zdradzający oznaki tkliwości uśmiech, który narzeczona odwzajemniła natychmiast, bez konieczności zachęcania. I chciałaby wtulić policzek w jego dłoń, opowiedzieć o całej wizji ich ślubu, którą pielęgnowała w sobie jeszcze dość nieśmiało, tak jak nieśmiało przyzwyczajała się do myśli, że jedno z jej marzeń wreszcie może się spełnić. Mogłaby zrobić to wszystko, gdyby nie głosy zasłyszane zza jej pleców, gdyby nie stanowczy Cornelius wychodzący naprzeciw zbirom, Cornelius stający w jej obronie.
Postanowiła poczekać, aż sytuacja się wyjaśni; w podobnych scenariuszach złoczyńcy próbowali najpierw zawładnąć słabszą osobą z pary, w tym przypadku nie było wątpliwości, że była nią Valerie. Wierzyła, że narzeczony dobrze wie, co robi, lecz nie można było tego samego powiedzieć o ich natrętnych przeszkadzaczach.
Młodszy towarzysz Bagnolda wodził oczami pomiędzy nim, a Sallowem, na kilka długich sekund zatrzymując się jednak na stojącej za politykiem Vanity. Pociągnął czerwonym od zimna nosem, po czym zwiesił głowę, zupełnie tak, jakby był kilkuletnim chłopcem przepraszającym mamę za porwanie nowych spodni.
— Dobrze pan mówi, nie jesteśmy psami — powiedział, choć w jego głosie nie dźwięczała skrucha. Dobrze wiedział, że ludzie pokroju Rzecznika Ministra Magii byli w posiadaniu znacznie bardziej wypchanej sakiewki, niż przeciętni obywatele. Bagnold wydawał być się zaskoczony słowami swego towarzysza, już gotowy do gorących przeprosin za zakłócenie spokoju Sallowa, najpewniej w trosce o los własnego małżeństwa jak i potencjalnego zarobku matki, która dorabiała sobie w Sallow Coppice. — Ale jesteśmy głodni jak one. Za mało nam, sam pan rozumie, panie Sallow — o czym on, do licha, mówił? Czy zupełnie stracił rozum?
Bagnold zbliżył się do towarzysza, położył dłoń na jego ramieniu i przez kilkanaście sekund szeptał coś podgorączkowany, spoglądając co chwila w kierunku Corneliusa, pragnąc upewnić się, że ten wciąż trzyma nerwy na wodzy i nie zamierza cisnąć w nich jakimś zaklęciem.
— Nie, Carl — odezwał się wreszcie młodszy ze zbirów, póki co anonimowy. Zamaszystym ruchem zsunął z siebie dłoń towarzysza, po czym uniósł spojrzenie wprost w to Sallowa. Przez ułamek sekundy można było dostrzec, że on sam nie jest pewny tego, co robi. Ale postanowił zaryzykować. — Pan Sallow nas zaprasza do rozmowy, brzydko byłoby odmawiać — jadowity uśmiech rozciął twarz mężczyzny równie prędko, jakby zrobił to nóż. Lewa dłoń ściskała różdżkę, prawa zaś wysunęła się w kierunku Corneliusa, otwarta, wewnętrzną stroną do góry. — Tak samo, jak brzydko byłoby odmawiać jałmużny. Albo prezentu dla starych znajomych.
Bagnold zbladł. Cała krew odpłynęla z jego twarzy, pozostawiając jej płótno przeraźliwie białe. Prędko wystąpił przed towarzysza, zastępując mu drogę do Sallowa.
— Przepraszam za niego, panie Sallow. Przez tę wojnę ma koszmary i nie sypia, i nie wie, co robi w ciągu dnia. Pana... Pana narzeczona... Ona mu pewnie przypomniała tę jego, jakieś zbiry uciekały niedawno, mówią, że ze strony Severn, wpadli do wioski, kobiety zbezcześcili, pośmiertnie chyba, on znalazł swoją... i chyba oszalał — faktycznie, szaleństwem było stawianie warunków człowiekowi o pozycji i szacunku, którymi mógł cieszyć się Cornelius. Valerie przełknęła głośno ślinę, samej przezornie sięgając po różdżkę. Coś w tej historii nie było chyba takie, jakie być powinno. Wieść o podobnej reakcji powinna dotrzeć do Corneliusa znacznie wcześniej, ale wiedział on również, że rebelianci, których spotkał przy rzece... Nie byliby w stanie podnieść ręki na jakąkolwiek wioskę w okolicy. Zwłaszcza że Asterley, z którego pochodził Bagnold, leżało prawie sześć godzin marszu od koryta rzeki. — My... my już sobie pójdziemy, panie Sallow. Błagam tylko, niech nic pan nie mówi swojemu szanownemu ojcu i szanownej matce!


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Vanity
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zaręczona
delicate in every way but one
OPCM : 6
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Ogrody Preen Manor [odnośnik]16.01.22 2:46
-Będziemy tu bywać częściej. - zapewnił z miękkim uśmiechem. Powinna choćby poznać rodziców, choć akurat myśl o tym sprawiała, że rysy jego twarzy tężały. Teraz myślał za to o sprawach zgoła przyjemniejszych - o planowanym koncercie w Shrewsbury, o konieczności publicznych wystąpień, o tym, że po wypędzeniu z rebeliantów znad rzeki Severn hrabstwo było na tyle bezpieczne, by spokojnie zabierać tutaj narzeczoną i jej córkę.
Uśmiechnął się ciepło (!). Lubił słyszeć, że ma rację. Próżność sprawiała, że doskonale czuł się w towarzystwie kobiety uległej na tyle, by łechtać jego ego, ale nie na tyle, by potulność zaczęła go drażnić. Valerie znajdowała - czyżby celowo? - i idealny balans.
-Po tym, jak stała przed sądem za jego śmierć... niezależnie od wyroku, jej obecność w Shropshire jest nieodpowiednia. - parsknął, świadom, że Valerie mógł ominąć w Berlinie ten cały skandal, głośny w hermetycznym środowisku ich rodzinnych stron. Przecież rodzice dowiedzą się o sympozjum w Pałacu Zimowym, nie po to ratował przed nimi szwagierkę aby śmiała pokazywać się publicznie w ich stronach i burzyć spokój dawnych teściów. Ba, kłócić się z nim - z nim! - o naukę i politykę! Sama myśl o sympozjum napawała go zimną furią, choć nie wiedział, czy bardziej rozdrażniło go to, jak Sykes brała w obronę datki Vane'a, czy sposób, w jaki odrzuciła jego szczodrą ofertę pomocy. Wprost przyznała się do tego, że nadal mieszka w Lancashire, w ogniu rebelii, lekceważąc zdrowy rozsądek i ostatnie życzenia Solasa (zawsze lubił cholerne Lancashire, ale życzyłby jej bezpieczeństwa, rzecz jasna). Nie mógł jej tego wybaczyć.
Tak, jak nie mógł wybaczyć dwóm intruzom zaburzenia spokoju jego narzeczonej w samym sercu Shropshire. Na własnej skórze doświadczył barbarzyńskich obyczajów Derbyshire czy londyńskiego portu, ale podobne najście byłoby do niedawna nie do pomyślenia w ogrodach Preen Manor. Jeszcze jeden dowód, że wojenne zepuscie obyczajów i braki w zaopatrzeniu skłaniały do desperacji i bezprawia nawet mieszkańców stabilnych hrabstw. Zmarszczył lekko brwi, spoglądając na mężczyzn lodowato. Nie ma mowy. Nie dopuści do chaosu w rodzinnych ziemiach - wiedział, że dziś nie chodzi tylko o obronę Valerie i sakiewki, gdyby narzeczona była naprawdę zagrożona, dałby im zresztą te pieniądze. Musiał upewnić się, że ci mężczyźni przestaną kąsać rękę, która ich karmi i już nigdy nie podniosą ręki ani różdżki na żadnego czytsokrwistego czarodzieja w Shropshire. Sama świadomość, że dopuścili się czegoś takiego, budziła w nim zimną furię - nie wiedział, czy to jednorazowy wyskok, czy regularne działanie, ale oburzało go takie marnowanie własnego potencjału. W innych hrabstwach stało tyle mogolskich chat, które mogliby ograbić, ku przestrodze. Tylu zdrajców, których powinno się nastraszyć. A oni wybierali atrakcję turystyczną w Shropshire, od wybuchu wojny odwiedzaną jedynie przez czarodziejów?! Ukróci te wybryki, raz na zawsze.
Utkwił lodowaty wzrok w młodszym czarodzieju, tym, którego nazwiska nie kojarzył. Nawet jeśli nie znał jego rodziców - choć pewnie znał - to i tak miał go za gówniarza.
Bezczelnego gówniarza, jak się okazało.
Coś lodowatego przemknęło po twarzy Corneliusa - mina, której Valerie jeszcze u niego nie widziała, choć jego oczy iskrzyły podobnie, gdy wspominali jej męża. A potem odezwał się Bagnold i Sallow momentalnie uśmiechnął się - uprzejmie, niemalże łagodnie, choć w jego minie było coś jadowitego.
-Co za smutna historia, panowie. Gdyby nie fakt, że urodziłem i wychowałem się w Shropshire i że tydzień temu osobiście przegnałem znad rzeki Severn rebeliantów, prawie byłbym gotów w nią uwierzyć. - odpowiedział, cedząc każde słowo. -To twój kolega, Bagnold? Z Asberley? Sześć godzin marszu od rzeki, przy której nie ma żadnych będących łupem dla rebeliantów wiosek, straty przy której oszacowałem zabezpieczając teren w mrozie i burzy, po pokonaniu bojowników Longbottoma? - postąpił o krok do przodu, mierząc różdżkę młodszego grabieżcy pogardliwym spojrzeniem. -A wy, drodzy panowie? Jesteście młodsi ode mnie, sprawni i zdrowi. Jak przysłużyliście się ojczyźnie, jak zamierzacie zadbać o bezpieczeństwo swoich rodzin? Napadając na kobiety w ogrodach Preen Manor? - w głos zakradła się jawna kpina, podbródek uniósł do góry. Przed chwilą przedstawił się jako bohater wojenny, chcąc zawstydzić ich własnym wiekiem i pozycją - faktem, że jako starszy od nich o dwie dekady polityk brał udział w czynnej walce, gdy oni oddawali się igraszkom.
-Moim rodzicom? - roześmiał się, szczerze, choć lodowato. -Och, Bagnold, cieszę się, że szanujesz pana Sallow Coppice, ale te ogrody nie należą do mojego ojca, a pod protekcję lorda nestora Juliusa Avery. Niedawno wysłałem mu raport znad rzeki, z pewnością zaciekawiłby go list o grabieżcach na jego ziemiach. Nasz pan rządzi surowo i surowo każe, chyba o tym nie zapomnieliście? - zmrużył oczy, uśmiech spełzł z twarzy. -Chyba nie zapomnieliście o poszanowaniu, jakie nasi lordowie mają dla historii, prawda? Ostatnio, w Markyate, byłem świadkiem wskrzeszenia dawnej tradycji przez Bulstrode'ów - zdrajców ojczyzny ukarano rozpłataniem ich wnętrzności, żywcem. Lordowi Avery spodobałby się ten sposób. Jeszcze nie podnieśliście na nikogo różdżki ani nie zabraliście niczyjej sakiewki, ale przemyślcie swoje zachowanie, panowie. Napadanie na swoich to zdrada, bezczynność w trakcie wojny też można uznać za zdradę. Ministerstwo potrzebuje szmalcowników, lord Avery potrzebuje żołnierzy, a w Lancashire i na zachodnich granicach można znaleźć wiele promugolskich rodzin, które mogłyby podzielić się majątkami i zawartością spiżarni. Jeśli lubicie niezależność, kolejnych ofiar poszukacie tam i uprzejmie napiszecie mi, jak wam poszło. Jeśli nic od was nie usłyszę, chyba będę musiał przypomnieć komu trzeba o mężczyznach w sile wieku, którzy wojnę spędzają w ogrodach. - uśmiechnął się promiennie. Zerknął na Valerie i tonem zupełnie niepasującym do swojej miny wtrącił:
-Valerie, zamknij oczy. A wam, panowie, chciałbym pokazać, jak wyglądała egzekucja w Markyate. Panno. - syknął, wznosząc różdżkę i celując w miejsce, gdzie do niedawna stała iluzja cisu. Teraz zastąpił ją mężczyzna z rozpłatanymi wnętrznościami, jelita wylewały się z brzucha, gdy wciąż żył. Cornelius wziął głęboki wdech, rozpoczynając iluzję od nóg i kreując ludzką sylwetkę aż do głowy - zawahał się jedynie na moment, aż dla większego efektu zdecydował się nadać iluzji rysy twarzy tego młodszego, bezczelnego.
-Owocna rozmowa, nieprawdaż? Nic się nie martwcie, moi panowie, młodości można wybaczyć wiele... głupot. - zwrócił się do mężczyzn, nadal zaciskając palce na różdżce. Podziałało? - zastanawiał się, przywołując na pomoc legilimencję, magię wyczuwania emocji. Chciał być pewien, że przekonał ich do patriotycznego obowiązku względem ojczyzny, albo chociaż do pozostawienia Preen Manor w spokoju.


rzuty
perswazja III


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zaręczony
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Ogrody Preen Manor - Page 3 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Ogrody Preen Manor [odnośnik]19.01.22 20:37
W odpowiedzi na złożoną przez mężczyznę obietnicę, oczy Valerie zalśniły w jasnym, wczesnomarcowym świetle. Kryształki podobne lodowym iskrom odbijającym się w leżącym wciąż wokół śniegu (choć zdecydowana ich większość skupiała się w miejscach zacienionych, na przykład niedaleko cisu, przy którym stali) rozświetliły błękitne tęczówki w asyście przyjemnego dla oka, delikatnego uśmiechu. Lubiła to miejsce; kojarzyło jej się z dzieciństwem, już naznaczonym bólem z połamanych tragicznie palców, a jednak dalej dziwnie beztroskim. Raz nawet była tu z Septimusem, wydawał się jej wtedy taki dorosły i taki pewny siebie... Teraz właściwie też prezentował się w jej oczach w podobny sposób, a chęć opieki, którą czasami w niej wzbudzał, tłumaczyła sobie ot, najszczerszą miłością siostry do brata. Gdy odejdzie ich matka, zostaną tylko w czwórkę. Trzech braci i siostra. Musieli się wzajemnie wspierać, rodzina Vanity miała szansę rozbłysnąć blaskiem najjaśniejszej chwały od wielu wieków.
Wstrzymała na moment oddech, przyglądając się ciepłemu uśmiechowi, który wykwitł na ustach jej wybranka. Choć w krótkim czasie miała okazję przyglądać się jego mimice dość uważnie, obserwować cały szereg przybieranych przez niego min—masek. Miał w arsenale miny poruszające jej serce, miny mrożące krew w żyłach, ale to chyba naprawdę pierwszy raz, gdy usta jego układały się w wyraz prawdziwego, zadowolonego ciepła. Moment wystarczył, by Valerie zapamiętała ten moment na zawsze, by postawiła sobie za cel widywanie Corneliusa właśnie takiego — spokojnego, zadowolonego, swobodnego w jej towarzystwie.
Do tego potrzebowali jednak przetarcia wzajemnych dróg. Stanięcia przed mroźnym wiatrem Shropshire, który po raz pierwszy miał okazję smagać ich drzewa jednocześnie. Cornelius miał rację — Valerie nie słyszała o tym skandalu, a teraz, gdy Cornelius streszczał jej jeden z najgorszych elementów własnej historii, rozchyliła lekko wargi, próbując ułożyć to sobie w głowie. W pierwszym odruchu ścisnęła mocniej jego dłoń, zamykając ją w objęciach obu własnych, gdy jej druga ułożyła się na wierzchu jego.
— Naprawdę to zrobiła...? — spytała cicho, jakby wciąż nie otrząsnęła się z szoku, jaki przyniosła jej ta informacja. Jaka żona byłaby zdolna doprowadzić do śmierci męża...?
Dokładnie taka, jaką była dla Franza.
Gorzka pigułka została przełknięta dość prędko, Valerie nie miała jednak czasu ani szansy na pociągnięcie tematu dalej. Oto dwóch napastników zakłóciło spokój ciężkich zwierzeń, a Vanity, choć zaalarmowana, nie mogła oderwać wzroku od wiecznie zmieniającej się mimiki narzeczonego. Pamiętała te iskry, pamiętała dreszcz, jaki przebiegł w dół jej pleców, gorących od występu, gorących od lata, chłodzonych tylko sznurem pereł w tamtej przymierzalni, gdy patrzył na nią w tamten sposób. Teraz... Teraz też nie mogła nabrać pełnego oddechu. Nie wiedziała tylko, czy ze strachu, czy... z ekscytacji.
Wstrzymała więc oddech, czekając na rozwój sytuacji. Choć był początek marca, a wiosna jeszcze nie przyszła, zaczynało być gorąco.
Poczuł to zapewne i Bagnold, bowiem z niemal sinego stał się nagle całkiem czerwony. Historia, którą opowiadał Cornelius, wypunktowała bowiem dokładnie to, jakich kłamstw używał Bagnold, próbując ratować skórę nie tylko swoją, ale jeszcze swego towarzysza. Wstyd piekł, wstyd wypełzał na policzki, racząc je karminem.
— Z Asterley, panie Sallow. Ja i Vidcund jesteśmy z Asterley... — odezwał się Bagnold, a w tym samym czasie źrenice Valerie rozszerzyły się delikatnie. Na ładnie skrojonych ustach wymalował się wtedy triumfalny uśmiech, bowiem przestąpiła krok do przodu, zatrzymując się zaraz za Corneliusem, by wyszeptać mu właśnie otrzymaną informację do ucha.
— Najdroższy, ten młodszy to Vidcund Morgan. Dzieliłam z jego siostrą dormitorium... — wyszeptała, stając na palcach dla lepszego dostępu do ucha wybranka. Miękkie wargi kilkukrotnie musnęły płatek ucha mężczyzny, lecz gdy skończyła, posłała młodszemu z przeszkadzających bardzo wymowne spojrzenie.
Znamy twój sekret.
Nie bez powodu nie chciał się przedstawić.
— M—My... Panie Sallow, gdybyśmy wiedzieli, że ta śliczna dama to pana narzeczona, to my byśmy nigdy! — coś w słowach Bagnolda mogło zasugerować, że żal, który czuł w tej chwili, nie był do końca szczery. Zupełnie tak, jakby problemem nie było to, że napadał praworządnych, czystokrwistych czarodziejów, a to, że akurat natrafiło na wpływowego polityka i jego narzeczoną.
— Przestań się kompromitować, Carl — syknął wreszcie Vidcund, starając się spiorunować spojrzeniem swego towarzysza. Nie zdało się to na wiele, bowiem młodszy z mężczyzn był, owszem, porywczy, ale nie do końca głupi. Słuchał tego, co mówił do niego Cornelius, a mina zrzedła mu wreszcie, choć zmiany w mimice były naprawdę drobne i wytrzymywał ciężar tak oskarżeń, jak i autorytetu naprawdę dobrze, jak na pierwsze spotkanie z politykiem. — Z Londynu nie widać tego, co dzieje się w Shopshire — powiedział wreszcie, brzmiąc bardziej jak naburmuszone dziecko, niż jako pewny siebie dorosły, którym był jeszcze przed chwilą. Uciekł wzrokiem gdzieś na bok, zagryzając mocno policzek, lecz dłoń — teraz już drżąca — wciąż pozostała wyciągnięta.
Gdy śmiech Corneliusa rozdarł chwilową ciszę, Valerie nabrała głębszy oddech. Był...
Niesamowity.
Z fascynacją oglądała, jak same słowa Corneliusa — przecież nie podnosił na nich różdżki, zachowywał się z nieodmawialną godnością, był ponad to — powodują, że dwóch dorosłych mężczyzn zaczyna kurczyć się w sobie. To, jak Bagnold znów zbladł, na wspomnienie lorda nestora Avery, jak trzymał usta otwarte, jak uciekały z nich kolejne kłęby pary nerwowego oddechu. Cornelius był prawdziwym panem sytuacji.
— A—ale to chyba nie jest... Nie jest nic na tyle poważnego, by angażować samego lorda Avery? Nie możemy... Nie możemy załatwić tego między nami, panie Sallow? — była to ostatnia próba ratowania sytuacji przed tym, co musiało nadejść. Każda zbrodnia ciągnęła za sobą karę, nawet ta, która nie miała okazji wybrzmieć w pełni swego okrucieństwa. A może przede wszystkim takie musiały spotkać się ze stanowczą reakcją? Shropshire nie było krainą leni, bumelantów i przestępców. Shropshire stać musiało silne i zjednoczone, a każda ręka, która uniesie się na dobro rodu Avery, na dobro czystokrwistych rodzin i całej braci czarodziejskiej, musiała zostać odcięta.
Valerie natomiast, odrobinę niechętnie (Cornelius rozbudził jej ciekawość, lecz ufała jego ocenie; jeżeli obrazy były tak okropne, jak brzmiały w jego ustach, lepiej było, by nie przyglądała się odtwarzanej scenie) przymknęła oczy.
Nie zrobili tego ani Bagnold, ani Morgan. Ten ostatni zresztą z widocznym trudem uniósł spojrzenie, siląc się na to wyłącznie z głupiej dumy. Nie chciał wyjść na tchórza, nie po tym wszystkim.
Zbliżył się za to bliżej starszego towarzysza, co kilkanaście chwil spoglądając na niego uważnie, to oglądając się za siebie tak, jakby mimo wszystko pragnął ratować się ucieczką. Aż wreszcie bladzi byli obydwaj.
Morgan zachwiał się na nogach. Nie spodziewał się widzieć tam siebie jako ofiary wymyślnej tortury.
— Ja... Panie Sallow... Tutaj nastąpiło jakieś okropne nieporozumienie... — odezwał się wreszcie, z trudem łapiąc oddech. Bagnold próbował podtrzymać go za ramię, lecz Vidcund wyrwał się mu gwałtownie — Zabieraj te łapy, jak przepraszam szanownego pana! — wrzasnął w kierunku towarzysza, spojrzenie przenosząc znów wprost na Sallowa.
— To... to się więcej nie powtórzy, obiecuję...
Burknął wreszcie, zwieszając głowę niczym kilkuletni, skarcony przez matkę chłopiec.


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Vanity
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zaręczona
delicate in every way but one
OPCM : 6
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Ogrody Preen Manor [odnośnik]23.01.22 4:40
Naprawdę to zrobiła...? Czy Jade zabiła Solasa?
Jak zdefiniować morderstwo? Nie chciała jego śmierci, nie przyczyniła się do niej bezpośrednio, ale nie żył przez nią. Gdyby dała mu dzieci, nie jeździłby już na ryzykowne wyprawy - tak samo, gdyby znalazł odpowiedniejszą małżonkę i osiedlił się w Shropshire. A gdyby nie była tak zuchwała, tak pewna siebie i nierozsądna, to może i Solas podszedłby do Klątwy Stosu z wiekszą ostrożnością. Gdyby była po prostu zdolniejsza, zdołałaby go uratować - i ten ból, ten wyrzut sumienia, czuł w jej wspomnieniach.
-Czymże jest prawda? - westchnął, spoglądając na Valerie dziwnie bezbarwnie. -Wedle moich rodziców, zabiła go. Wedle prawa - nie. Oglądałem w jego śmierć w jej głowie, wiem, że nie wypchnęła go w ogień, ale wiem też, że żyłby gdyby nie tamta wyprawa, gdyby nie ona. - oczy iskrzyły, w głosie grzmiały gromy, mówiłby dalej, gdyby nie niespodziewane towarzystwo.
Ściągnął łopatki, uniósł głowę, wystąpił o krok do przodu, aby Valerie czuła się bezpieczniej i by samemu nie zdradzić przed grabieżcami ani oznaki słabości. Narzeczona, najpierw cicha, zdawała się uspokajać w miarę jego przemowy. Gdy doszła do siebie na tyle, by rozpoznać nazwisko nieznanego Corneliusowi natręta, Sallow uśmiechnął się z jadowitą aprobatą. Miał już dwa nazwiska i miejscowość, pełnię tożsamości obydwu panów.
-No proszę. Przejeżdżam czasem przez Asterley, może kiedyś się tam spotkamy - panie Bagman, panie Morgan. - z pozoru uprzejme słowa brzmiały w jego ustach złowieszczo, niczym groźba. Ile czasu potrzebowaliby ludzie lorda Avery lub policjanci z Miniserstwa aby złożyć im wizytę? Jak szybko by ich znaleziono, gdyby zrobili Corneliusowi i Valerie jakąś krzywdę? Szybko, był zbyt rozpoznawalny. Z jego powodu zamknięto Parszywego Pasażera - wystarczyło, że półolbrzym położył na nim łapy.
Rozponani mężczyźni wyraźnie miękli, kajając się za próbę zastraszenia polityka, ale Cornelius wciąż nie był usatysfakcjonowany. Czy powstrzymał ich jedynie przed napaścią na siebie, czy powstrzyma ich także widok jego pani matki, jednego z braci Valerie, albo uboższej czystokrweistej rodziny ze Shropshire? Wyczuwał ich emocje - wiedział, że Bagmanem kieruje strach, wąski i skoncentrowany na jego własnej osobie. Tchórzostwo, dyktujące pośpieszne zapewnienia. Zmarszczył lekko brwi, spoglądając z uwagą na Vidcunda, brzmiącego bardziej szczerze. W nim wyczuwał mieszankę strachu, arogancji i złości, coś bardziej prawdziwego.
-A co się dzieje w Shropshire? - zażądał odpowiedzi. -Myślisz, że nie wiem? Osobiście przegnałem rebeliantów znad rzeki Severn. Widziałem przeganiane z hrabstwa szlamy, sprowadziłem specjalistkę z Ministerstwa do przegonienia cholernych kołkogonków szkodzących uprawom, walczyłem politycznie o pieniądze przeznaczane dla Shropshire. Podróżowałem po całej Anglii, stykając się z agresywnymi mugolakami w Derbyshire, organizując egzekucję u Bulstrode'ów, którą właśnie wam uprzejmie zademonstruję. Widziałem, co dzieje się w innych hrabstwach i choć Shropshire potrzebuje ostatecznego oczyszczenia, to zapasy żywności są lepsze niż gdzie indziej, sytuacja bardziej stabilna. Wy ją destabilizujecie. A jeśli są jakieś problemy, o których nie wiem, złożycie mi raport - teraz. Przekażę go lordom Shropshire ze słowami uznania dla prawdziwych patriotów... chyba, że mam opowiedzieć mu, jak próbujcie napadać czystokrwistych czardziejów? - przemawiał zdecydowanie i płomiennie, czując na sobie wzrok Valerie. Kątem oka widział, że narzeczona patrzy na niego z podziwem - a to dodawało mu skrzydeł. Sprawiało, że nieprzyjemne spotkanie stawało się wręcz... ekscytujące.
Wreszcie, zgodnie z zapowiedzią, zademonstrował egzekucję. Najpierw tkał w powietrzu płomienne słowa, a teraz iluzję - stojąc na ziemiach, na których jego przodkowie rozwijali talenty oratorstwa i magii kłamstwa.
Strach obydwu grabieżców był niemalże namacalny, nawet bez legilimencji. Machnął różdżką, myśląc Finite incantatem, a upiorna iluzja rozmyła się.
-Spokojnie, panowie. Jeśli leży nam na sercu los Shropshire, to jesteśmy przecież sojusznikami i przyjaciółmi. - uśmiechnął się promiennie. -Zapamiętajcie zatem ten adres. Sackville, dom 7 w Oswestry, niedaleko słynnego mostu bez celu. Znajdziecie tam albo dom do ograbienia, albo żywą rodzinę mugoli i mugolaków. Pozbądźcie się ludzi ze Shropshire, dowolnym sposobem - i weźcie co chcecie. Za tydzień sam odwiedzę Oswestry, do tej pory dom ma być pusty. - zaproponował. Pojedzie tam z Septimusem, to niedaleko jego domu. Grabież wynikała z desperacji i bezczynności - czas zapewnić tym panom trochę rozrywki i trochę pieniędzy.
-Moja droga, udamy się do Shrewsbury? Zrobiło się trochę zimno. - zwrócił się do Valerie, na tyle głośno, by słyszeli go mężczyźni. Znikajcie stąd. -Nawiasem mówiąc, pani Vanity da tam koncert na otwarciu dniu targowego, dwunastego marca. Wpadnijcie, panowie, może przehandlujecie dobra zdobyte od mugoli na coś ciekawego. - zaprosił uprzejmie, tak jakby prowadzili przyjacielską pogawędkę.


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zaręczony
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Ogrody Preen Manor - Page 3 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Ogrody Preen Manor [odnośnik]29.01.22 19:14
Czymże jest prawda?
— Tym, czym chcemy, żeby była — głos Valerie brzmiał cicho, a dla niej samej odrobinę nieswojo, zupełnie tak, jakby nie miał swego źródła w niej samej, ale w czymś znacznie dalszym, w kimś pozostawionym gdzieś daleko, poza cieniem wiekowego cisu, poza Preen Manor, Shropshire, daleko za Anglią. Bo to zdanie przyświecało przede wszystkim chęci przeżycia w Niemczech, stanowiło motto Valerie Krueger. Wypowiedziane w ojczyźnie, przy boku mężczyzny, któremu już ufała, który posiadł wiedzę o jej największych sekretach, brzmiało jakoś niestosownie. Obiecała mu, że nie będą bawić się w kłamstwa i półsłówka, tylko grać w otwarte karty. Dalej trzymała się swej obietnicy, lecz Cornelius miał prawo wywnioskować, że jego narzeczona nie była zupełnie bezbronna. Nie, gdy trzeba było walczyć na słowa i gesty. Niewielkie próbki dawała mu już w obu garderobach, mógł obserwować ją na scenie. Słusznie zauważył, że kobiety potrafiły być znacznie bardziej niebezpieczne, niż chcieliby tego mężczyźni. A Valerie, jako artystka, potrafiła stanowić zaskakująco duże zagrożenie. Tam, gdzie spotyka się kłamstwo i uwodzenie, niewielu mężczyzn potrafi stawić czoła niebezpieczeństwu.
Rozpoznany Vidcund zacisnął mocno usta. Do tego stopnia, że te przypominały teraz wąską, poziomą kreskę, a spojrzenie zalśniło wyjątkowo specyficzną mieszanką gniewu i przestraszenia. Nie skupił go jednak na Corneliusie, o nie. Pomimo porywczości, nie był głupim człowiekiem. Domyślił się, że nagłe rozpoznanie było sprawką Valerie i to w niej upatrywał źródła swej porażki. Gdyby nie obecność Sallowa, pewnie pozwoliłby sobie na zdecydowanie więcej niż pyskówkę, która cisnęła mu się na usta, której nie mógł wygłosić. Jego siostra od dawna była mężatką, przeniosła się pod samą granicę walijską, do Preen Manor nie przyjeżdżała nigdy. Nie dowiedziałaby się, cóż stało się z jej szkolną przyjaciółką.
To wojna nerwów, myślała jednak Vanity, a choć czuła nerwową energię w powietrzu raczej instynktownie, niezaznajomiona z technikami, w których biegły był jej narzeczony, nie spuszczała oczu z Morgana. Nie mogła pokazać mu, że się boi, choć niepokój rósł z każdą mijającą sekundą kontaktu wzrokowego.
Bagnold również zdawał się coraz bardziej uświadamiać sobie własne podłe położenie. Do eskalacji brakowało niewiele, postanowił więc znów wystąpić przed Vidcunda, zasłaniając mu tym samym pole widzenia na śpiewaczkę.
— Ależ serdecznie zapraszamy, panie Sallow. Wie pan, że u nas bieda, ale dla osoby pana pokroju znajdzie się na pewno godny poczęstunek i... i... — czasami lepiej było udawać, że nie czuje się wiszącej w powietrzu groźby. To właśnie, choć raczej nieudolnie, próbował osiągnąć swymi zabiegami Carl Bagnold. Carl Bagnold, który zaczął nawet żywiołowo gestykulować rękami, jakby cała żywotna energia jego ciała została zamknięta właśnie w nich, bo pobladł do tego stopnia, że przezorna Valerie zastanawiała się, czy w razie zbliżającego się niechybnie upadku, nie rozbije sobie głowy o jedną z twardych brył lodu, zalegających wciąż w zacienionych miejscach.
— To wszystko ładnie brzmi — odezwał się wreszcie Morgan, ponownie poświęcając całą uwagę Sallowowi. Gdy iluzja ustała, gdy mógł nabrać spokojniejszego oddechu, udać, że nic go to nie ruszyło, kilka nerwowych tików wciąż zdradzało rozlewającą się w jego sercu niepewność. — Ale skąd mamy wiedzieć, że to nie podstęp? Pan jest tym... no... Rzecznikiem Ministra. Daje pan słowo, że to bezpieczne? On — wskazał brodą na wyraźnie drżącego Bagnolda. — Ma żonę i dzieciaki. My chętnie... Wie pan. Pomożemy w Shropshire — coś w głosie Morgana sugerowało, że tak Cornelius, jak i Vidcund pomoc rozumieli w ten sam sposób. Pomoc przybrała barwę mugolskiej juchy rozlanej na deskach domu, domu, który za tydzień stanie w płomieniach, gdy wyniosą z niego wszystko możliwe do spieniężenia. — Ale nie chcemy iść do paki. Można na pana liczyć jako sojusznika i przyjaciela? — dopytał wreszcie, szukając ostatniej gwarancji. Tym razem w jego tonie nie było nic z wcześniejszej pychy i dumy. Determinacja konieczna do wykonania zadania, do uratowania własnej skóry przebijała się przez zawzięte spojrzenie, przez zaostrzone rysy twarzy. Jeżeli otrzyma od Corneliusa słowo, że na miejscu nie zastanie ich patrol sił ministerialnych, gotowych do aresztowania za próbę napaści na wysoko postawionego urzędnika, Vidcund uśmiechnie się szeroko i zaprosi Sallowa do odwiedzin w Oswestry za równo tydzień. Gdy robota będzie już wykonana.
Na dźwięk swego imienia, Valerie otworzyła trzymane do tej pory zamknięte oczy. Wzniosła wzrok na stojącego przed nią mężczyznę w dokładnie tej samej chwili, w której Bagnold pojął ukrytą sugestię i szturchnął Morgana, by poruszyli się wreszcie z miejsca. Dłoń Valerie raz jeszcze wsunęła się pod zgięcie łokcia Corneliusa, gdy zrównała się z nim, wychodząc zza jego pleców.
— To cudowny pomysł, cała przemarzłam — zaświergotała, choć nawet w połowie nie tak głośno, co Cornelius. Wzniosła na niego zaniepokojone spojrzenie, gdy zupełnie nonszalancko wspomniał o jej nadchodzącym występie. Nie chciała widzieć tych ludzi wśród publiki, miała nadzieję, że nigdy więcej nie będzie musiała się z nimi spotykać. Jednakże coś w postawie prezentowanej przez narzeczonego prosiło, by raz jeszcze mu zaufać. Vanity była kobietą, która w obliczu postępującego uczucia nie racjonowała swego zaufania. Raz uznawszy Sallowa godnym swej lojalności, nie zamierzała go od niej odcinać.
Bagnold i Morgan zatrzymali się jednak w półkroku. Starszy odwrócił się nawet w kierunku pary, jeszcze raz kłaniając się przed nimi ze zdjętą z głowy czapką.
— Bardzo dziękujemy panie Sallow, pani Vanity — powiedział, nim Morgan szarpnął go za ramię i pociągnął w kierunku, z którego nadeszli.
Polityk i śpiewaczka natomiast zostali wreszcie sami.


you tried to change, didn't you?
closed your mouth more, tried to be softer, prettier, less volatile, less awake. you can't make homes out of human beings. someone should have already told you that.
Valerie Vanity
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 29/30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zaręczona
delicate in every way but one
OPCM : 6
UROKI : 11
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Ogrody Preen Manor [odnośnik]04.02.22 15:52
-Tak, dokładnie tym. - w oczach zabłysło uznanie (Valerie nie była delikatnym kwiatem, wiedział to od dawna - była cisem ze Shropshire), a jego głos, choć z pozoru łagodny, brzmiał trochę jadowicie. Przesiąkł tym jadem już w murach rodzinnego dworku, wcześnie dostrzegając, że dzięki autorytetowi i niewzruszonej minie pan ojciec kreuje prawdę o sobie. Autorytet Tiberiusa Sallowa był wszak oparty na masce chłodu, a Cornelius do dziś nie był pewien kim ojciec jest naprawdę. Poza tym, że kimś, kogo należało się bać - choć nigdy nie uciekał się do przemocy. Obserwując ojca, Cornelius również zapragnął kreować własną prawdę i dopiął celu. Kreował ją dla całej Anglii.
Dzisiaj stworzy ją dla Morgana i Bagnolda. Różdżka pulsowała gorącem, gdy wcześniej wyczuwał ich emocje, chcąc przekonać się, czy roztaczana przez niego narracja działa.
-Morgan, doskonale wiem, co w tym momencie myślisz o mojej towarzyszce. - odezwał się z pozoru obojętnie, tym razem nie potrzebując legilimencji do zauważenia gniewu. Skrzyżował z Vidcundem spojrzenia. -Przestań. - syknął, dopiero teraz w głosie pobrzmiała ostrzegawcza groźba. -Stoisz przed Rzecznikiem Ministra Magii i masz okazję udowodnić mu swoją przyjaźń, więc łaskawie nie patrz w ten sposób na damę… - Morgan zamrugał, bo choć nie wiedział, o co chodzi politykowi z tymi myślami (o nic dobrego, z pewnością, coś w twarzy Corneliusa było wyjątkowo jadowite i złośliwe, jakby Sallow znajdował się o krok do przodu - Vidcundowi wcale się to nie podobało, ale zarazem wzbudzało mimowolny respekt), to wiedział, że faktycznie patrzył na Valerie… niepurzejmie. …i skup się na mnie. - dodał Cornelius miękko. Nie wyglądasz na głupca, Vidcundzie, a Ministerstwo potrafi się odwdzięczyć - naprawdę tego nie wykorzystasz? - myślał, mierząc chłopaka nieco rozbawionym spojrzeniem. Bagman był tchórzem, ale w tym aroganckim młodziku… tlił się ogień. Trzeba tylko skierować go w dobrą stronę i rozniecić.
Tymczasem Sallow uśmiechnął się uprzejmie do kajającego się Carla.
-Z przyjemnością skorzystam, ale tylko na herbatę, panie Bagman. Proszę dobrze gospodarować swoimi zapasami - w Londynie, dla pracowników Ministerstwa, faktycznie jest ich nieco więcej. - wplótł w rozmowę, w połowie zdania przenosząc wymowne spojrzenie na młodszego i bardziej wojowniczego Vidcunda o zapadniętych policzkach.
Potrzebowali policji, potrzebowali szmalcowników. Aluzja wcale nie była subtelna.
Gdy Vidcund pękł, wylewając przed Corneliusem swoje wątpliwości i żądając gwarancji własnego bezpieczeństwa, Sallow uśmiechnął się szerzej i roześmiał krótko. Zimno, ale wesoło zarazem - jak człowiek absolutnie bezkarny.
-Faktycznie, w Shropshire nie widać wszystkiego, Vidcundzie. Domyślam się, że opis wydarzeń z Londynu nie robił takiego wrażenia jak Bezksiężycowa Noc, której byłem świadkiem. - przyznał łagodnie, nieco protekcjonalnie.
Wystąpił do przodu, zniżając głos, by Valerie nie słyszała każdego słowa.
-Policja sama podpalała mugolskie domy. Oczywiście tylko niektóre, do tych lepszych wprowadziły się później żony i dzieci lojalnych obywateli. - zerknął wymownie na Carla. -Za okradanie czarodziejów nadal grozi w Londynie odcięcie ręki, a kto wie jak zareaguje lord Avery... - wzruszył lekko ramionami, przeczuwając, że myśli ich wszystkich pomknęły teraz do złowieszczej iluzji. Nie przedstawił jeszcze Juliusowi Avery pomysłu na te spektakularne egzekucje, ale jego rozmówcy nie musieli o tym wiedzieć, musieli tylko wierzyć - że ich lord, przedstawiciel rodziny słynącej z nieokrzesania i nieobliczalności, karał krnąbrnych poddanych surowy.
-…ale za pomoc w zwalczaniu zarazy w naszym hrabstwie, tylko się odwdzięczymy. Pomyślcie, panowie. Moja przyjaźń. I szansa na realizację wszystkich - waszych - fantazji. Bezkarnie. - Vidcund, on nie miał żony, prawda? Wymownie skrzyżował z nim spojrzenia.
Nie znajdzie w Shropshire tak pięknej kobiety jak Valerie, ale niektóre mugolki były przecież naprawdę śliczne.
-Cieszę się, że rozstajemy się jako przyjaciele, panowie. Pielęgnujcie tą przyjaźń, a gdy w Shropshire nie pozostanie już ślad szlamu, szepnę o waszych zasługach dobre słowo w samej stolicy - skłonił się lekko na pożegnanie, tak jakby faktycznie rozmawiali tutaj jako przyjaciele. Liczył na zasiane ziarno lojalności i gotowości do pracy - tacy postawni, czystokrwiści czarodzieje nie powinni kraść skoro mogli znaleźć uczciwą pracę przy wyplenianiu szlamu z Anglii.
Z mugolskich domów mogą wszak wynieść wszystko, co tylko chcą. Bezkarnie, jak właśnie im obiecał.
Gdy uśmiechał się do mężczyzn, oferując Valerie ramię, mogli dostrzec w jego wzroku jakąś iskrę, nietypową dla ważnych polityków. Zdawało się, że teraz - gdy wszystko sobie wyjaśnili - naprawdę traktuje ich jak partnerów. Choć Cornelius Sallow bywał snobistyczny i z pogardą podchodził do aroganckiej biedoty, to cenił intelekt oraz przydatność każdego czarodzieja. Umiał rozmawiać z bandytami, co właśnie udowodnił. Może i nie zapuszczał się przed wojną samotnie na Śmiertelny Nokturn, ale to stamtąd pochodził jego nauczyciel legilimencji i to u tamtejszych zbirów zamawiał swoje pierwsze worki treningowe. Właśnie przeprowadził podobną transakcję, choć teraz miał większy autorytet - i nie chodziło już o legilimencję, a o wojnę. Domyślał się, że Bagman i Morgan mają przyjaciół, podobnie lekkomyślnych czarodziejów z uboższych rodzin. Miał nadzieję, że przekażą im to, co dzisiaj im uświadomił. Mugolskich domów było w całej Anglii sporo, choć w Shropshire coraz mniej. Najpierw mała ojczyzna, potem cała wyspa. Starczy dla wszystkich.
Mocniej ścisnął ramię Valerie, gdy zostali sami, jakby chcąc ją podtrzymać.
-Wybacz, najdroższa, że byłaś tego świadkiem. Moja praca nie zawsze bywa… przyjemna, ale szkoda było nie wykorzystać tego spotkania. To tylko młodzi, zagubieni ludzie - zamiast ich obezwładnić - niech Valerie wierzy, że zrobiłby to w pojedynkę, że by ją ochronił -wolałem ich czegoś nauczyć. Nasz kraj i Shropshire potrzebują teraz różdżek wszystkich czarodziejów zdolnych do walki. - wyjaśnił miękko, przypatrując się jej łagodnym wzrokiem. -Przemarzłaś, najdroższa. Chodźmy, zjemy obiad w Shrewsbury. - zaproponował, podnosząc jej rękę i składając na jej dłoni czuły pocałunek. Dziękował jej w ten sposób za cierpliwość.
I za zdolność ignorowania całego okrucieństwa, które właśnie zasiał w sercach tych grabieżców.
Z każdego człowieka można zrobić narzędzie. A ze złodzieja - mordercę. Miał nadzieję, że się udało i że przekona się o tym za tydzień, w Oswestry.

/zt x 2 charming



I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zaręczony
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Ogrody Preen Manor - Page 3 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Ogrody Preen Manor
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach