Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Sabat 1941, rezydencja Malfoy'ów
AutorWiadomość
Sabat 1941, rezydencja Malfoy'ów [odnośnik]09.05.16 20:29
Takty muzyki cichły wraz z kolejnymi krokami stawianymi na błyszczącej posadzce korytarza rezydencji Malfoy'ów; prowadzącego - no właśnie, gdzie? Skrzaty, które witały gości przy wejściu, odbierając ich płaszcze i okrycia, nie wychylały zza rogów nawet połowy swoich paskudnych uszu, aby wskazać właściwą drogę, ale mrok i cisza otulająca Marcolfa i Laidan zdawała się sama kierować ich w odpowiednie miejsce. Dłoń ojca spoczywająca na talii córki - może nieco niżej niż nakazywała to etykieta, ale któż mógł ich tutaj zobaczyć, gdy stapiali się w jedno ciało skryte w półmroku oświetlanym mdłym blaskiem gasnącej z tyłu świecy? - prowadząc ją pewnie i zdecydowanie ku drzwiom majaczącym w oddali. Intuicyjnie wybierał ścieżkę i intuicyjnie kierował się tam, gdzie było jeszcze ciszej, jeszcze ciemniej i jeszcze d a l e j od bawiącej się wyższej sfery świata czarodziejów. Męczyło go już to przyjęcie, najważniejsze w sezonie, kulminacyjne dla wielu młodych dam i paniczów, ale przecież bywał na takich niejednokrotnie, rok rocznie niemalże zaszczycając swoją obecnością progi kolejnych szlacheckich rezydencji. Niekiedy z wymuszonym entuzjazmem, innym razem ze szczerą radością, szczególnie wtedy, gdy po raz pierwszy towarzyszył Laidan. Jej debiut był wydarzeniem wspaniałym, a sam Marcolf zadbał o to, aby czarodziejski świat przez naprawdę długi czas nie zapomniał, czyja córka opromieniała swoją urodą, skromnością i talentem tamten sabat.
- Tu będzie dobrze - szepnął, otwierając upragnione drzwi, które nie zadźwięczały nawet najmniejszym skrzypnięciem. Wnętrze pomieszczenia, na kilka sekund rozświetlone światłem korzytarza, od razu rzucało się w oczy swoim wyjątkowym charakterem i było nie do pomylenia z żadnym innym; podobnie prezentował się pokój Samaela, w którym gościł podczas wakacyjnego i świątecznego pobytu w domu. Niewątpliwie należało do dorastającego młodzieńca i mogło sugerować tylko jedno - byli w sypialni jednego z dwojga młodych Malfoy'ów, a sądząc po braku zabawek i leżących na stoliku książkach, znajdowali się w pokoju starszego z braci. Świadomość ta nie zajęła jednak długo myśli Marcolfa; drzwi zatrzasnęły się równie cicho, pogrążając ich w jeszcze głębszym mroku, a dłoń mężczyzny nie czekając na żadną zachętę powędrowała po plecach Laidan, zanurzając się palcami w rozpuszczone włosy. Opadały łagodnie na ramiona córki, przykrywając je delikatną kurtyną, ale kilka wprawnych ruchów Marcolfa wystarczyło, by zebrać je w całość, owinąć wokół dłoni i pociągnąć - wcale nie delikatnie i wcale nie subtelnie. Łakome spojrzenia, którymi przez ostatnie godziny cieszyła się Laidan; spojrzenia innych arystokratów, różnego wieku i różnego rodowego pochodzenia; spojrzenia jej własnego męża, plugawej kreatury kalającej nazwisko Averych budziły w Marcolfie złość i zazdrość wywołaną niemocą; wywołaną brakiem możliwości zareagowania, przyciągnięcia córki do siebie władczym gestem posiadania, aby pokazać wszystkim zebranym wokół nieukrywaną już prawdę. Ilekroć spojrzał na Laidan, wyszukując ją nawet w odległych kątach sali, zgrzytał zębami z irytacji, gdy dostrzegł rękę Reagana na jej talii; rękę, której n i e odtrąciła, ani nawet nie odsunęła się od męża na milimetr. I choć wiedział, że nie mogła tego zrobić bez wywoływania zdziwienia czy skandalu - drżał z tłumionej niemocy, a złość i gniew kierował się irracjonalnie w stronę ukochanej córki. To wszystko zniknęło jednak niepamięci wściekłych, zazdrosnych szarpnięciach Marcolfa, gdy odsłaniał jej szyję i gdy wpijał się w nią ustami. Ciszę wypełniły sekundy jęków, pomruków i sapnięć, którymi po raz kolejny u d o w a d n i a ł, do kogo należy Laidan; czyje są jest ciało, jej umysł i serce, które biło teraz szalonym, zaburzonym rytmem. Wyczuwał jej niepokój, a może to wcale nie był niepokój, lecz ta sama gorączka, która paliła jego ciało od chwili, gdy na moment ją z o s t a w i ł na parkiecie, odciągnięty przez grupkę wpływowych magnatów?
- Dobrze się dziś bawiłaś? - zapytał niemalże pieszczotliwie, szepcząc kolejne zgłoski do jej ucha, ale Lai znała go zbyt dobrze, aby nie dostrzec pod tą czułością ukrytego gniewu. Wymierzonego w nią samą, w tych wszystkich desperatów, którzy pozostali w balowej sali, a może jeszcze w kogoś... w coś innego, niezidentyfikowanego, ale boleśnie raniącego dumę i poczucie własności Marcolfa?
Gość
Anonymous
Gość
Re: Sabat 1941, rezydencja Malfoy'ów [odnośnik]10.05.16 19:29
Niecierpliwie czekała na ten moment przez cały wieczór, w myślach odliczając kolejne przykre obowiązki, dzielące ją od głównej atrakcji zachwycającego Sabatu. Złote wskazówki zegara w sali balowej, wypełnionej po brzegi tańczącymi parami, nie ulegały jednak nerwowej mantrze odtwarzanej w umyśle Laidan - przesuwały się po tarczy z kości słoniowej niezwykle leniwie, więżąc lady Avery w okowach nieznośnych powinności. Musiała uśmiechać się szeroko do puszystych szlachcianek i rozmawiać z nimi na błahe tematy, głównie dotyczące towarzyskich plotek i opinii na temat eliksirów odchudzających - znosiła te upadlające pogawędki z idealnie odegranym zainteresowaniem, równie perfekcyjnie przywołując rumieniec zawstydzenia, gdy kolejna arystokratka wychwalała jej smukłą figurę. Głupie, potwornie głupie kobiety, potrafiące jedynie pełzać u stóp swoich równie spuchniętych mężów. Laidan nie czuła żadnej litości ani współczucia: cierpiały na własne życzenie, dając zapędzić się w kierat swojej marnej egzystencji. Przed ślubem może i emanowały urokiem, ale zaraz po nim osiadały na laurach, rodząc, tyjąc i pochłaniając niedorzeczne ilości małych czekoladek, mających dać im chociaż namiastkę przyjemności.
Avery była przekonana, że ich małe móżdżki nie byłyby w stanie pojąć rozkoszy prawdziwej, obezwładniającej, wręcz monumentalnej, jednocześnie przerażającej i nakręcającej od nowa pulsujące pragnienie. Zamknięte w ramionach swych mężów, spełniających z niechęcią swój obowiązek wobec rodu, mogły co najwyżej poczuć miłe łaskotanie, jedną tysięczną tego, co opanowywało Laidan, gdy chociażby przelotnie widziała po drugiej stronie sali barczystą sylwetkę Marcolfa.
Swojego ojca. Jedynego mężczyzny w jej życiu - Reagan nie zasługiwał na to miano - fascynującego ją coraz mocniej mimo upływu lat; pociągającego i w dalszym ciągu obecnego. Nie znudził się nią, nie odtrącił jej, nie zobojętniał: kiedyś takie możliwości napawały Lai absolutnym przerażeniem. Obawiała się, że lord Avery ponownie stanie na ślubnym kobiercu, że znajdzie inną kochankę, że przestanie patrzeć na nią jak na kobietę, że sam fakt, że ciała Laidan dotykał ktoś inny, przekreśli ją w jego oczach. Dziewczęce koszmary okazały się jednak naiwne, nieistotne, nieprawdziwe. Pomimo upływu lat więź, łącząca ją z ojcem, uległa utrwaleniu. Im rzadziej się widywali, im trudniej było wykraść się spod czujnej obserwacji konserwatywnych prymitywów, tym bardziej pragnęła bliskości ojca a gdy w końcu ją otrzymywała - zazwyczaj śpiesznie i mocno - umierała ze szczęścia. I nie było to pretensjonalne porównanie a momentami bolesna prawda: Marcolf opętał ją do tego stopnia, że nawet przelotny dotyk w trakcie przyzwoitego tańca ponownie zamieniał ją w nieokrzesaną młódkę, gotową wsunąć drżącą dłoń za materiał atłasowego pasa smokingu. Bez względu na konsekwencje.
Na szczęście to nie ona dominowała w tej relacji; zdrowy rozsądek ojca ochładzał jej niedorzeczne zapędy i chociaż skazywał ją na cierpienia - ile godzin spędziła dzisiaj w objęciach Reagana, na głupich rozmowach i wytrzymywaniu dwuznacznych komentarzy innych szlachciców? - to wiedziała, że zostanie jej to wynagrodzone.
Już za chwilę zegar miał wybić kolejną godzinę, lecz Laidan nie mogła usłyszeć jego dźwięku, posłusznie dając prowadzić się Marcolfowi po opustoszałych korytarzach dworu. Nie skupiała się na tym, gdzie się znajdują, nie wypatrywała szczegółów przestronnego pomieszczenia, otumaniona perspektywą posmakowania ust ojca po tak długiej rozłące. Ostatni raz widzieli się przed dwoma miesiącami. Powrót Reagana z misji dyplomatycznej zawsze oznaczał zamknięcie Lai w murach Ludlow - nie rozpamiętywała jednak przykrych doświadczeń, uśmiechając się z zadowoleniem, gdy ciężkie drzwi ciemnego pomieszczenia zatrzasnęły się za ich plecami, oddzielając ich od rzeczywistości i jej żałosnych praw.
Chciała coś powiedzieć, zwerbalizować chaos myśli, ale zamiast słów spomiędzy jej krwistoczerwonych warg wydobył się tylko drżący jęk. Gorące usta Marcolfa przesuwały się po wrażliwej skórze szyi, mocna dłoń zaciskała się na jej włosach tuż przy karku i w pierwszej chwili była przekonana, że mężczyzna szarpnie ją za nie prosto na kolana, na podłogę, by mogła zaspokoić jego pragnienie, wzmagając przy tym swoje. Tak się jednak nie stało; ostre zęby znaczyły wilgotną ścieżkę od jej ucha do obojczyka a zdecydowany chwyt przytrzymywał ją w pozycji pionowej. W lekkiej separacji od ciała mężczyzny, którego pożądała wręcz do szaleństwa, nie dbając o to, czy potrafi pohamować westchnienia przyjemności. Nie musiała jej ukrywać i kokietować Marcolfa swoją nieśmiałością, której już dawno ją oduczył.
- Doskonale, przystojni szlachcice zapewnili mi dziś wiele rozrywki swoim natrętnym towarzystwem- odparła drżącym głosem, zagryzając wargi, by choć trochę przywołać się do przytomnego porządku. Chłodnymi dłońmi przesunęła po szczęce ojca, mimo nieokiełznania nie próbując wyrwać się z władczego uścisku. Nie, kiedy w jego głosie przebrzmiewało niezadowolenie. - Tak bardzo chciałabym, żeby wiedzieli do kogo naprawdę należę - wyszeptała, przekręcając nieco głowę by móc wyszeptać te słowa prosto w jego usta. Na razie bez pocałunku, bez ostrej pieszczoty, choć całe ciało krzyczało o otrzymanie spełnienia tutaj, teraz, natychmiast.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sabat 1941, rezydencja Malfoy'ów Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: Sabat 1941, rezydencja Malfoy'ów [odnośnik]12.05.16 15:43
Długie i męczące przyjęcia, jakkolwiek nie byłyby uświetnione wspaniałymi występami czarodziejskiej socjety wśród każdej z dziedzin sztuki, stawały się coraz częściej dla Marcolfa wyłącznie więzieniem. Nudził się i irytował, spędzając kolejne godziny na rozmowie o niczym lub powtarzając wyświechtane frazesy, które miały być komplementami kierowanymi do całego roju starszych i młodszych szlachcianek. Nienawidził tego ponurego i przesadzonego obowiązku, który nakładało na niego przeznaczenie, jakby celowo drwiąc z niego w chwilach, gdy w oddali widział jedyną kobietę, którą naprawdę chciał komplementować; której pragnął szeptać słowa pełne zachwytu i tłumionej dumy; którą chciał wielbić nie tylko słowem i przenikliwym spojrzeniem błąkającym się po każdej wypukłości i każdej wklęsłości jej cudownego ciała, ale i dotykiem, paląco rozkosznym, powoli znaczącym tę samą ścieżkę, którą niecierpliwie przemierzał wcześniej wzrokiem wzrokiem. Widok Laidan był i rozkoszną nagrodą, i bolesną torturą, subtelnym połączeniem bólu i przyjemności, które sprawiało, że Marcolf drżał z nieopanowanej tęsknoty - z jednej strony za tym, aby ukrócić to nieprzyjemne cierpienie, z której zaś pragnął, aby trwało jak najdłużej, wzburzając mu krew w żyłach i doprowadzając ciało do granicy samokontroli. Prawie przez cały wieczór śledził wzrokiem córkę stęsknionym, troskliwym spojrzeniem, raz za razem wykazując nieznane sobie dotąd roztargnienie, milknąc nagle w środku rozmowy, gubiąc wątek lub w ogóle wyłączając się na kilka długich chwil, póki jego rozmówca nie przywołał go głośno do rzeczywistości. Wyraźnie nie był dzisiaj sobą, znacząc kolejne godziny wieczoru coraz większym rozdrażnieniem i coraz większą chęcią znalezienia się sam na sam Laidan, gdy w końcu będzie mógł opowiedzieć jej wszystko, co przeżył przez ostatnie tygodnie. I przekazać jej r a d o s n ą nowinę o, cóż za przypadek, pilnym wyjeździe Reagana z niezwykle ważną misją... Marcolf doskonale wiedział, za jakie sznurki pociągnąć, komu szepnąć odpowiednie słowo na ucho lub w czyje dłonie wręczyć wypchaną, brzęczącą sakiewkę złota, aby jego wola stała się rzeczywistością.
- A do kogo naprawdę należysz? - zapytał, oddychając jej powietrzem, wypuszczonym z jej ust, które łakomie pochłaniał, kradnąc tę słodką część swojej córki i stając się z nią jednością. Zupełnie inną od zespolenia, które dotąd znali; od fizycznej rozkoszy zażywanej we własnych ramionach, nieznanej nikomu innemu i dostępnej jedynie tym, którzy zasłużyli na wtajemniczenie w ten najwyższy krąg przeżywania miłości. Dla Marcolfa nie było uczucia silniejszego, dosadniejszego i doskonalszego od tego, co czuł do Laidan. Nawet miłość do jedynego syna była czymś rozmyta, wciąż jej brakowało tego, co w przypadku Lai stanowiło kwintesencję prawdziwości najwspanialszego z uczuć - którymi Marcolf przecież nie szafował i nie obnażał się nimi jak prostacy nieznający potęgi samokontroli i opanowania. Obnoszenie się ze swoimi emocjami było oznaką infantylności i nieodpowiedzialności, symbolem braku dojrzałości i prostym zaproszeniem do zranienia, na które nikt r o z s ą d n y nie mógł sobie pozwolić. Teraz jednak, ukryty za ciężkimi drzwiami chłopięcej sypialni, Marcolf mógł odłożyć rozsądek na bok, pozwalając przemówić czystej miłości; bo czy pragnienia i fascynacja, jaką odczuwał względem Laidan, nie była niczym innym niż ojcowskim darem miłości, wyprowadzonym głęboko poza puste standardy i stereotypy rodziny?
Gładził jej włosy i szyję, przesuwał palcami po materiale sukni na jej ramionach, odsłaniając ich nagość, którą ostrożnie muskał opuszkami, wynajdując każde zgięcie i załamanie skóry, ucząc się go na nowo, jakby przez ostatnie dwa miesiące coś mogło się zmienić. A może się zmieniło? Pachniała przecież inaczej, pojąc jego nozdrza subtelnym zapachem kobiecości, zarazem jednak tak ostrym i nieokiełznanym, że tylko ostatkiem świadomości opanował się na tyle, by nie zedrzeć z niej sukni, rozdzierając jej delikatny materiał wpół i nie sprawdzić, czy czy smakuje równie cudownie jak pachnie. Oszałamiała go i doprowadzała do wrzenia samą swoją obecnością; to właśnie w takich chwilach miłość do córki i nienawiść do Reagana, który mu ją niemalże odebrał, przenikały się wzajemnie, czyniąc z Marcolfa szaleńca. - Do kogo należysz, Laidan? - zapytał raz jeszcze, z czułością, odnajdując dłonią zapięcie sukni i zamierając na jedną krótką chwilę, jakby zastanawiał się nad tym, co dalej zrobić. Jakby czekał ze swoim kolejnym ruchem na jej odpowiedź, nagradzając ją lub karząc w zależności od tego, jakie słowa padną z kobiecych ust.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Sabat 1941, rezydencja Malfoy'ów [odnośnik]13.05.16 18:46
Uśmiechnęła się prosto w jego usta, tak, że kąciki jej idealnie pomalowanych warg i tych jego, bladych, nieco spierzchniętych od wypitego alkoholu i wypalonych cygar, zetknęły się. Czuła na sobie jego zapach, ostrą nutę Toujours Pur, opary gorzkiego dymu, dalekie echo ciężkich perfum jakiejś matrony, zbyt wylewnie witającej się z seniorem Averych. Mogła odczytać całą historię jego wieczoru korzystając tylko z jednego zmysłu. W pokoju panował przecież półmrok, do którego jeszcze nie przywykła i jeszcze nie smakowała ust mężczyzny ani nie dotykała ciepłego ciała. Wizualizowała go stojącego z pochmurną miną wśród możnych tego arystokratycznego światka, tańczącego z jakąś niewydarzoną młódką, depczącą mu po stopach – może to okropne wychowanie, może to stres z bliskości z tak poważanym w towarzystwie szlachcicem - i dzielącego się innymi swoimi politycznymi spostrzeżeniami. Jak zawsze trafnie, tonem nie znoszącym sprzeciwu, wznosząc się na wyżyny subtelnego sarkazmu, dającego do zrozumienia rozmówcom, że lord Avery nie traktuje ich na równi z sobą. Nic dziwnego, był przecież wyjątkowy: Lai patrzyła na niego jak na prywatne bóstwo i w tym określeniu nie znajdowała się nawet odrobina przesady. Wielbiła go, kochała bezgranicznie a jednocześnie obdarzała go nieco strachliwym szacunkiem. Wiedziała, że ma nad nią władzę absolutną i jego słowo od razu zamieniało się w czyn. Mógł ją wydziedziczyć, mógł wydać za mąż, mógł zmusić do urodzenia kolejnych dziedziców, mógł wygnać z domu, mógł wszystko, lecz z dostępnego arsenału działań wybierał tylko te sprawiające jej przyjemność. Gdy postępowała zgodnie z wyrytymi w dzieciństwie zasadami, nie musiała obawiać się jego gniewu, po prostu pławiąc się w absolutnym szczęściu. Marcolf zaspokajał każdą jej potrzebę, gwarantował bezpieczeństwo, prowadził za rękę przez chaos niespokojnych czasów, ochraniał ją przed niebezpieczeństwami, słusznie krytykował i równie często wspierał, gdy wątpiła w powodzenie swych artystycznych planów. A przy tej całej ojcowskiej pieczy, jaką nad nią sprawował, potrafił w ciągu sekundy rozpalić w Lai uczucia skrajnie ostre, wręcz bolesne. Miała wrażenie, że w chwili, gdy spalał ją swoim surowym spojrzeniem, nie byłoby rzeczy, której by dla niego nie zrobiła. Nie odmówiłaby żadnej jego prośbie, nie protestowałaby przed najbardziej wymagającym zadaniem, nie sprzeciwiłaby się żadnemu rozkazowi. Mogłaby obciąć swoje długie, złote włosy, będące jej największą ozdobą; mogłaby splunąć w twarz potężnym nestorom; mogłaby wbić złoty widelczyk deserowy głęboko w gardło Regana, upewniając się, że rozrywa życiodajne tętnice; mogłaby poświęcić siebie dla jego satysfakcji, spełnienia najskrytszych fantazji, nawet jeśli równałoby się to obnażeniu przed jego wąskim gronem równie potężnych przyjaciół. Bo należała przecież do niego, choć obrączka błyszcząca na jej dłoni sugerowała naiwną historię o szczęśliwym małżeństwie.
- Przecież wiesz. Nie musisz pytać – wyszeptała miękko, wręcz usłużnie, a jeszcze przed chwilą drżące dłonie teraz pewnie przesuwały się po materiale jego koszuli, błądząc pomiędzy guzikami, pasem hiszpańskim i gładkim materiałem eleganckiego smokingu. Idealne opakowanie idealnego szlachcica, jej ojca, ojca ich dziecka i mężczyzny, który doprowadzał ją do szału najsubtelniejszym dotykiem. Reakcje Laidan wręcz ją zawstydzały. Minęło przecież wiele lat, odkąd po raz pierwszy dłonie Marcolfa przesuwały się badawczo po jej ciele, znacząc ścieżkę podniecenia i dziewiczego strachu, a pomimo upływu czasu spalała się w tak samo mocnym pożądaniu, wciąż patrząc na niego oczami młodziutkiej dziewczyny, spijającej każdy rozkaz z jego wąskich warg. Owszem, stała się odważniejsza, próbując nawet swoich sił w walce o dominacje – zawsze przegrywała z kretesem, lecz nie było przyjemniejszej kary od mocnego szarpnięcia za włosy lub przyciśnięcia do twardej ściany całym ciężarem jego rozpalonego ciała – lecz to dziecięce pragnienie bliskości nie uległo ograniczeniu, wzbogacając się o frustrującą niecierpliwość. Tęskniła całymi tygodniami, więc gdy miała go już na wyciągnięcie ręki, nie chciała czekać, nie chciała delikatnych pieszczot i retorycznych pytań. Szacunek do ojca mieszał się z prymitywną żądzą, jaka kierowała jej dłonią, przyciągającą go za pasek spodni do siebie, by razem cofnęli się o kilka kroków, napotykając w końcu jakąś stabilną powierzchnię. Szafę, ścianę, biurko? Nie koncentrowała się na tym, nerwowo odpinając klamrę spodni Marcolfa.– Weź mnie, o j c z e – wyszeptała, a w tym krótkim, wulgarnym zdaniu czaił się raczej niecierpliwy rozkaz niż błagalna prośba. Lubiła go prowokować, przesuwać granicę, badać, kiedy pozwoli sobie na zbyt wiele. Ceną za buzującą w żyłach adrenalinę mogła być wyłącznie kara, która i tak pociągała ją do szaleństwa. Igrała z ogniem, wiedząc, że nawet jeśli płomienie zaczną boleśnie lizać jej skórę, to cierpienie szybko przerodzi się w obezwładniającą przyjemność.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sabat 1941, rezydencja Malfoy'ów Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: Sabat 1941, rezydencja Malfoy'ów [odnośnik]15.05.16 12:09
Spojrzenie Laidan płonęło spod półprzymkniętych powiek i chociaż Marcolf w panującym mroku mógł jedynie domyślać się jej barwy - czy były niebieskie błękitem oceanu czy zieleniły się jak polne trawy przed sianokosami, a może pogrążone były w przyjemności szarości, schowane za mgłą rozkoszy - ulegał temu spojrzeniu w bezwarunkowym geście kapitulacji; odtrącając precz całą złość i irytację, które narastały w nim przez ostatnie godziny pozwolił, aby ciepłe słowa córki wyszeptane w ciemność objęły go delikatnie i pieściły swoją słodkością. N i g d y nie musiał pytać, lecz czy znaczyło to, że nie c h c i a ł? Przecież słowa wypowiedziane, przebrzmiewające jeszcze w drgającym od pożądania powietrzu, zawieszone gdzieś w próżni między dwoma wyczekującymi ciałami, same niemalże stawały się ciałem. Wiedział, ale chciał to usłyszeć od Laidan, jakby kolejne litery wypowiadane z jej ust, łączące się w głoski z przyjemnym akcentem, były namacalnym i świętym dowodem przynależności córki do ojca. Jedynym dowodem - wszak wyobrażenie może mylić, zanadto ulegając marzeniom i fantazjom, kreując z nich rzeczywistość będącą wyłącznie fantomem. Usłyszeć znaczyło uwierzyć, a Marcolf potrzebował tej wiary o wiele bardziej, im dłużej patrzył na Laidan w ramionach innego, choćby to miał być wyłącznie niewinny, subtelny taniec na parkiecie pełnym szlachetnie urodzonych osób.
- Do kogo należysz, Laidan? - zapytał po raz trzeci, ostrzej, brutalniej, groźniej, w mocnym uścisku rąk zatrzymując jej ciekawskie, niecierpliwie dłonie, które jeszcze zbyt otwarcie poczynały sobie z jego ciałem. Nie dbał o jej wygodę czy komfort, gdy więził drobne kobiecie dłonie w stalowym dotyku swoich własnych; gdy w chłodzie swoich palców zaciskających się na nadgarstkach Laidan gasił jej pożar i poskramiał długie jęzory ognia wyzywająco wyciągające się w stronę Marcolfa, jakby i jego chciałby spopielić w szybkim procesie zniszczenia. Pragnął im ulec i przez chwilę ulegał, krok za krokiem dając się wodzić na pokuszenie; krok za krokiem napierając na wyzywające (wzywające go?) ciało córki; krok za krokiem zmierzając w stronę nieporuszonej ściany z nieporuszoną komodą, która jęknęła tylko głucho w proteście, gdy Laidan oparła się o nią ciężko. Ostre krawędzie musiały ją boleśnie upijać, a twarde drewno musiało wbijać się w miękkość jej bioder tym mocniej, im bardziej Marcolf n a c i s k a ł, słowem myślą i uczynkiem niemalże wtapiając się w kobiece ciało; bez zaniedbania, to zostawił daleko za nimi, z troskliwością zajmując się spalającymi ich pragnieniami. Ze spojrzeniem utkwionym w jej oczach, z myślami dryfującymi już na granicy wewnętrznego spełnienia i z nogą wciśniętą między jej kolana wciąż napierał, wciąż się przysuwał, świadomie podążając ustalonymi od dawna krokami w tym wyjątkowym tanecznym układzie. Ulegał błagalnemu szeptowi Laidan, ulegał dłoniom, które jakimś cudem wyrwały się z jego uścisku (a może właśnie tego chciał?), ulegał jej oczom wpatrującym się w niego z oczekiwaniem i mógłby przysiąc, że takie samo oczekiwanie mogła dostrzec w jego tęczówkach. Ulegał jej, poddając się pożądaniu, ocierając się o nią z nerwowością i niecierpliwością, aby poczuła jeszcze n a sobie jego podniecenie, zanim słodka radość spełnienia zarządzi zasłużony odpoczynek.
Dłonie wprawnie pieściły kobiece ciało, znając je przecież doskonale, pamiętając każdy fragment skóry muskany opuszkami palców, wprawiając Laidan w delikatne drżenie. Zapięcie sukni posłusznie odpuściło walkę, pozwalając materiałowi zsunąć się z ramion; nie do końca jednak i Marcolf z irytacją pociągnął mocniej, aż głuchy trzask rozdarcia przerwał całą symfonię tłumionych oddechów, sapnięć i jęków. Dłoń mężczyzny zacisnęła się na bieli piersi, idealnie pasującej, jakby właśnie tutaj było jej stałe miejsce; miękkiej i delikatnej, a jednocześnie zaskakująco naprężonej, chłonącej każdy dotyk Marcolfa. Zamarł z ustami przy jej uchu, z biodrami przy jej biodrach, z nerwowym wyczekiwaniem w oczach. - Powiedz mi - i z niecierpliwością brzmiącą w każdej głosce. Do kogo należysz, Laidan?
Gość
Anonymous
Gość
Re: Sabat 1941, rezydencja Malfoy'ów [odnośnik]17.05.16 14:57
Nie dbała o to gdzie się znajduje i jakie obowiązki w tej chwili zostają zaniedbane - czyż nie powinna wiernie błyszczeć u boku męża, wysłuchując z zachwytem dyplomatycznych przechwałek? - pozwalając Marcolfowi przejąć kontrolę nad jej całym jestestwem. Poruszał przecież nie tylko ciało, rozpalone, niecierpliwe, trzęsące się na skraju niecierpliwego gniewu, łamiącego nawet idealnie wpojone posłuszeństwo: zajmował najwyższe miejsce także w jej umyśle, opętanym jednym pragnieniem. W tych intensywnych chwilach cały świat tracił na znaczeniu, a zdawałoby się niezłomne podstawy życiowych zasad rozsypywały się w pył. Pokora wobec przodków razem ze szczególną troską o nienaganną reputację rodu roztrzaskiwały się w tym egoistycznym pędzie za spełnieniem, sprawiając, że i tak wybuchowy temperament Laidan niebezpiecznie rozgrzewał się do czerwoności, nie pozwalając jej rozsądnie spojrzeć na to, co robiła. Narażała ich sekret i sprzeciwiała się woli ojca, niczym nieznośne dziecko domagając się natychmiastowego zaspokojenia najważniejszej potrzeby, jednak razem ze zrozumieniem błędu przychodziło jego natychmiastowe usprawiedliwienie. To przecież Marcolf wykradał ją z towarzystwa, ukrywając prawdę za subtelną zasłoną uprzejmości i władzy, i z pewnością nie robił tego po to, by delektować się wyłącznie nieskrępowaną wymianą myśli. Za tym także tęskniła, spijając z ust ojca każde słowo, materializujące się później w jej głowie jako prawda objawiona, ostateczna, ostrząca poglądy, lecz na wartościową rozmowę Laidan była zbyt rozedrgana. Jakże mogłaby skupić się na politycznych wizjach, gdy jedyne, czego pragnęła, to mocniejszy dotyk dłoni mężczyzny?
Niekoniecznie na nadgarstkach, uwięzionych w stalowym, bolesnym uścisku. W stanie ekstremalnego upojenia bliskością Marcolfa mógł on połamać te drobne kostki i wykręcić ręce ze stawu a Lai zapewne nie zgłosiłaby żadnego sprzeciwu - byle tylko być bliżej, intensywniej, byle ich ciał nie oddzielało już nic. Pragnienie wręcz chore; toksycznie dążyła bowiem do całkowitego scalenia się z ojcem, do tej wyjątkowej jedności, jaka wywyższała ich ponad miałkich maluczkich, zaślepionych swoim postrzeganiem miłości. Jeśli kiedykolwiek przeżywała chwile zwątpienia, czy postępują dobrze i czy taki dotyk ojca na dziewiczym ciele córki jest czymś odpowiednim, to najdrobniejsze przebłyski normalności zostały stłumione na dobre a lord Avery mógł cieszyć się ze swojego dzieła. Z pierworodnej idealnej, której myśli nieskażone były żadną rozterką, żadną wątpliwością, żadną zdradą. Wiedział o tym, ale i tak domagał się zwerbalizowania wyznania, pieczętującego ponownie łączącą ich więź.
Gdyby tylko potrafiła choć na chwilę ochłonąć, na pewno uśmiechnęłaby się zwycięsko, po królewsku, czując pewien rodzaj władzy. Marcolf pytał a więc w pewien sposób wątpił, oddając w jej ręce uformowanie jego świata na nowo, przypomnienie zasad i...decydowanie o samej sobie. Nie mógł bardziej okazać zaufania niż tym natarczywym pytaniem, które Laidan naiwnie rozumiała jako poszerzenie jej wolności. Zrzekała się jej bez żadnego żalu na rzecz mężczyzny, który ją stworzył, ukształtował i w końcu posiadł, nie pozostawiając nawet najdrobniejszej cząstki jej jestestwa niepołączonej ze sobą.
- Należę tylko do ciebie, tato - wyszeptała prosto w usta ojca, zagryzając je sekundę później, gdy kant drewnianego mebla wbił się nieprzyjemnie w biodra. Właściwie tego nie zauważyła, bliska jęku rozkoszy, gdy Marcolf gwałtownie rozsuwał jej nogi kolanem. Zacisnęła dłonie na przodzie jasnej koszuli, pogłębiając pocałunek o ostrym posmaku krwi, by stłumić kolejne westchnięcia. - Od zawsze, na zawsze - dodała trochę pretensjonalnie, co na szczęście utraciło przesadnie romantyczny charakter w dusznej atmosferze i szybkich ruchach uwolnionej dłoni, zsuwającej się ponownie w dół, tuż za pas spodni, by w końcu mogła poczuć jego podniecenie. Zadrżała, gdy dotknął jej piersi, kompletnie ignorując fakt zniszczenia sukni: liczyło się tylko to wręcz elektryczne napięcie, sprawiające, że oddychała z trudem, pieszcząc go niecierpliwie palcami i marząc o tym, by poczuć go już w sobie. Zniknęła gdzieś opanowana, chłodna Laidan, pozostawiając po sobie tylko prymitywne instynkty, kierowane niezrozumiałą chucią, zbliżające ją wizerunkowo raczej do niezaspokojonej prostytutki a nie kochającej córki. Choć może te definicje wcale nie były tak odległe, jak mogłoby się wydawać? Całowała przecież jego usta z uwielbieniem, kierowanym ku jedynemu rodzicowi...napierając jednocześnie biodrami na pulsującą erekcję, którą przestała muskać palcami, przenosząc dłoń pod materiał rozdartej sukni, by spróbować odpiąć pas do pończoch i zsunąć z siebie koronkową bieliznę.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sabat 1941, rezydencja Malfoy'ów Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: Sabat 1941, rezydencja Malfoy'ów [odnośnik]23.05.16 14:01
W świecie Marcolfa od zawsze walczyły ze sobą dwie potęgi; odkąd tylko pamiętał stawiał naprzeciw siebie minimalizm i wielkość, ustawione w bojowym szyku, wyczekujące i niecierpliwe, wyszkolone, aby rzucić się do gardła tej drugiej opcji. Czasem pozwalał minimalizmowi zawładnąć swoim życiem, swoimi słowami i wypowiadanymi lakonicznie zdaniami; czasem dopuszczał do władzy wielkość, opiewając zalety i doskonałość swojej córki w pięknych, rozległych słowach, które zastępowały nudne, wyświechtane i zbytnio ckliwe poetyckie frazesy. Czasem jednak sam nie wiedział, której kuszącej propozycji ulec - zdobyć Laidan swoją niedostępnością czy wręcz przeciwnie, posiąść ją bogactwem słów i gestów, bogactwem pieszczot, których jej nie szczędził, przekonany całkowicie o słuszności swojego postępowania. Już dawno temu zaśmiał się w twarz naturze, która okazała się zbyt słaba, aby wyegzekwować swoje prawa; przerażenie, które ogarnęło go w pierwszej chwili na wieść o błogosławionym stanie córki, minęło błyskawicznie, gdy męskie dłonie ujęły kruche, bezbronne ciało noworodka. Idealnego i doskonałego, bez najmniejszej skazy, wybitnego dowodu na to, że nawet złośliwy los i okrutna natura nie są w stanie przełamać potęgi, którą dysponował Marcolf. Mieszając swoją krew z krwią córki zadrwił ze wszystkich zasad i praw natury, jednak gdy kara nie nadchodziła - wręcz przeciwnie, został przecież wspaniale nagrodzony ukochanym synem - zrozumiał, że nie ma już żadnych przeszkód w dążeniu do upragnionego celu. Skoro cały świat ukorzył się przed Marcolfem, uznając jego wielkość i doceniając szaleństwo, z jakim rzucił mu wyzwanie, któż inny mógłby się oprzeć takiej władzy i potędze i stanąć naprzeciw niego? Przypieczętował los i powołanie Averych w chwili, gdy naznaczył Laidan sobą samym, sprzeniewierzając się bez strachu naturze, tradycji i odwiecznym prawom; łamiąc je bezlitośnie, z triumfującym uśmiechem na swoich ustach z każdym razem, gdy to z ust Laidan wydobywał się jęk rozkoszy lub pragnienia.
Dzisiaj dopuścił do głosu swój minimalizm, więc gdy tylko pierwsza niecierpliwość minęła wraz z rozdzieranym materiałem, Marcolf zamarł, całym sobą wtulony w oczekujące, drżące ciało córki; im niżej sięgały jej dłonie, wiedzione ciekawością lub chęcią sprawienia mu przyjemności, tym mocniej i gwałtowniej biodra mężczyzny napierały na kobiecą sylwetkę. W milczeniu, bo wszystko zostało już powiedziane, i w ciszy, bo nie docierał do nich już żaden dźwięk prócz szmeru własnych oddechów i jęków, przyjmował jej wyuczoną pieszczotę dłoni na swoim ciele. Z radością witał szarpnięcia koszuli i pasa, niecierpliwe pociągnięcia materiału, który jako jedyny j e s z c z e stał na straży beznadziejnej moralności, skazanej na śmierć w chwili, gdy już w sali balowej Marcolf sięgnął po dłoń córki. Ujmując ją również teraz, wyciągając spod sukni i kładąc na swoim ramieniu, zanim sam nie sięgnął po rozdarty materiał, by płonącymi z pożądania palcami przesunąć po miękkości ud. Obleczonych ciepłą, delikatną skórą, którą zdobił nieśpiesznym, spokojnym dotykiem, dopiero po kilku długich sekundach odnajdując pas do pończoch; skryty głęboko nie stanowił żadnej przeszkody i odpuścił walkę od razu, wywołując u mężczyzny jęk zadowolenia. Ostre spojrzenie Marcolfa wbiło się w twarz Laidan, oczekujące i zapraszające zarazem, domagające się pochwały i nagrody. Dłonie skupione na kreśleniu wzorów na kolanach przeniosły się wyżej, torując sobie drogę pod materiałem sukni, omijając uda, wabiące i kuszące swoją dostępnością, zatrzymując się dopiero kilkadziesiąt centymetrów wyżej, ściskając mocno kobiece biodra i pewnym ruchem unosząc ją w górę, na komodę. Znów na nią spojrzał, pozwalając zamglonemu, nieobecnemu spojrzeniu zanurzyć się w kobiecość delikatnej doliny między piersiami.
- Lai... - szepnął, przekonany, że nie musi mówić nic więcej. Córka znała go przecież doskonale, znała jego pragnienia i marzenia, jego oczekiwania i wymagania, wiedziała, w jaki sposób sprawić mu przyjemność i uczynić go w pełni usatysfakcjonowanym zarówno w codziennym życiu, by był z niej zawsze dumny, jak i w sypialni, by nigdy nie pożałował swojej decyzji podjętej kilkanaście lat temu.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Sabat 1941, rezydencja Malfoy'ów [odnośnik]28.05.16 18:11
Nigdy nie wątpiła w swojego ojca, nawet w zazwyczaj chwiejnym okresie dorastania widząc w nim kogoś wyjątkowego, postawionego nie tylko ponad niegodnymi ale i ponad szlachtą. I ponad nią samą, drobną i filigranową, choć pełną magicznej energii, domagającej się żywiołowego wykorzystania. Marcolf utrzymywał je w ryzach, roztaczając wokół siebie aurę lodowatego spokoju i stanowczości, co niektórzy nazywali oschłą władczością a Lai: czystą troską. Dzięki twardemu wychowaniu doskonale odnajdywała się w arystokratycznym świecie, wiedząc, jakimi zasadami kierować się w życiu a jakich granic pod żadnym pozorem nie mogła przekroczyć. Nauki, jakie pobierała, znacząco różniły się od tych standardowych, nawet tych przyjętych wśród wyższych sfer, ale nie zdawała sobie z tego sprawy, chłonąc bezkrytycznie słowa ojca, by zawsze postępować zgodnie z jego wytycznymi. Stała się w jego rękach najwrażliwszym materiałem: kształtował ją z absolutną dowolnością, czyniąc z niej oddaną córkę, pewną siebie kobietę, doskonale wychowaną szlachciankę, nieokiełznaną artystkę i...zmysłową kochankę. Prosta, męska potrzeba uosobiła się w jej ciele, przeznaczonym Marcolfowi od zawsze. Znała swoje przeznaczenie i choć był moment, gdy niezmiernie się go obawiała, to jej dziewiczy strach był podyktowany raczej obawą przed niespełnieniem wymagań i odtrąceniem przez ojca, niż przed gniewem Najwyższych Sił, chcących ukarać plugawy występek kazirodztwa. Nigdy zresztą nie myślała o ich relacji w ten sposób: to w ten sposób nauczył ją okazywania miłości, przywiązania i zachwytu. Bliskość duszy zawsze wiązała się ze słodką kontynuacją w rozkoszy ciał, w tym nieco prymitywnym a przez to niezniszczalnym uleganiu pokusie, na stałe drżącej między nimi niewyobrażalnym przyciąganiem. Pomimo upływu lat pragnęła go jeszcze mocniej, wyczuwając to samo w jego spojrzeniu, słowach, gestach; nie wymienił ją na kolejną młódkę, którą mógłby wprowadzić w świat dorosłości i wychować; nie wzgardził nią nawet wtedy, gdy złota obrączka uwięziła ją pod jarzmem innego mężczyzny. Naturalna dominacja ojca została wzbogacona o rodzicielską wierność: wiedziała, że nieważne jak silna magia roztrzaskałaby ich życie na kawałki, to zawsze będzie mogła schronić się w jego ramionach. Idealne potwierdzenie ludowej mądrości, sugerującej, że to poczucie bezpieczeństwa najbardziej rozpala kobiecą zmysłowość, pozwalając jej w nieskrępowanej pełni na czerpanie fizycznej przyjemności.
Nie potrzebowała przecież wiele, ba, nie potrzebowała właściwie niczego. Żadnych romantycznych podchodów, kwiatów sypanych jej u stóp czy też wierszy czytanych drżącym głosem. Wystarczył zapach Marcolfa, jego bliskość, mocny dotyk dłoni, przesuwających się po jej ciele raczej władczo niż subtelnie, by porzuciła kompletnie każdą z wyuczonych ról, pozostając tylko w tej prawdziwej. Oddanej córki i kochanki, emanującej czystym szczęściem, nasilającym się z każdą sekundą pieszczot, na które mogła zareagować dwojako. Posłusznie sprawić mu rozkosz, ulegając niecierpliwemu pragnieniu, albo...nieco ją przedłużyć.
Westchnęła cicho, gdy posadził ją na komodzie, spychając z niej przy okazji jakieś książki i zapomniane bibeloty, opadające niemalże bezgłośnie na puszysty dywan. Znów była od niego zależna, ale tylko na chwilę. - Chcę cię widzieć - wyszeptała prosto w jego usta, po omacku sięgając w tył, by musnąć palcami włącznik starej lampy, chwiejącej się niepewnie na brzegu drewnianego mebla. Pokój skąpała chłodna, ciemnozielona poświata - a więc i do tej sypialni prześlizgnęły się już realia Slytherinu - wydobywająca z półmroku rozpłomienioną twarz Marcolfa. Przesunęła po niej palcami, badając coraz głębsze zmarszczki, obrysowując usta i w końcu wsuwając palce pomiędzy spierzchnięte wargi, by zahaczyć o zęby. Chciała, by już wbiły się w jej szyję, by oznaczał ją jako swoją własność, by mogła obserwować paroksyzm rozkoszy, wykrzywiającej jego idealne rysy w najpiękniejszym z grymasów. Odsunęła dłoń, nieznośnie powoli błądząc ją po jego ciele, rozpinając koszulę, muchę i w końcu aksamitny pas, pozostający w jej dłoni. Wiedziała, że śledzi wzrokiem jej poczynania i że nie może oderwać wzroku od jej coraz mocniej rozchylonych ud. Zbliżała się do niego - na tyle, na ile pozwalała jej niewygoda komody - i ocierała, zastanawiając się, kiedy straci swoje królewskie opanowanie. I czy odtrąci jej rękę, gdy zwinnym gestem zawiązywała jego oczy gładkim materiałem, całując go jednocześnie w usta. Nieznośnie powoli, wręcz od niechcenia, jakby przed chwilą wcale nie błagała o natychmiastowe zaspokojenie. Ta prośba ciągle emanowała z jej ciała, gdy prowadziła jego dłoń przez wilgotne zwieńczenie ud, podwiniętą suknię aż po szorstką koronkę biustonosza, kontrastującą z gładką skórą piersi. Nie mógł jej widzieć, mógł tylko słyszeć przyśpieszony oddech i czuć napierające na niego gorące ciało, pragnące tylko miłosnego zespolenia. I wspaniałego spektaklu przyjemności, widocznego na jego twarzy - w końcu mogła obserwować go bez skrępowania i wręcz zawstydzenia, spowodowanego zerkaniem na prywatne bóstwo, poddane jej woli i jej zasadom.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sabat 1941, rezydencja Malfoy'ów Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: Sabat 1941, rezydencja Malfoy'ów [odnośnik]05.06.16 21:10
W swoim mniemaniu już dawno przekroczył granicę dorosłości. Nie potrzebował namacalnych dowodów, obleczonych w afektowną otoczkę spotkań Sabatu przepełnionych konwenansami, w którym, z racji wiekowego przekroczenia niemal uświęconej przez szlacheckie rody liczby szesnaście, mógł tego roku swobodnie uczestniczyć. Nosił w sobie tak wielkie pokłady wyssanej z mlekiem matki pretensjonalności i przynależnej rodowi Malfoy pewności siebie, że idealnie wtapiał się w tłum szlachciców zgromadzonych w rodzinnej rezydencji, co chwilę pochylając w geście usłużnego szacunku głowę i posyłając powitalne uśmiechy niezliczonej ilości znajomych twarzy. Stał, oparty o marmurowy kominek znajdujący się w jednym z paręnastu salonów, z coraz większym znudzeniem ślizgając się wzrokiem po całym pomieszczeniu, posyłając przepełnione wyższością spojrzenia kolejnym płochliwym niewiastom w wieku nastoletnim, liczącym, że wyniosą z tego wieczoru coś więcej, niż tylko morfeuszowy uśmiech dodany do kolekcji tych innych, podobnych, może z pozoru równie szlacheckich, ale niewątpliwie pozbawionych tego szczególnego magnetyzmu charakterystycznego dla jego rodu. Liczyły na obietnicę zaplanowanej przyszłości. Nie dzisiaj, moje panny, nie dzisiaj. Jeszcze nigdzie mu się nie spieszyło - no, może jedynie do bezpiecznych czterech ścian jego prywatnego pokoju, bo wcale nie bawiła go ta cała szopka, a fakt, że odtąd miał być postrzegany przez arystokrację na równi - w końcu był dorosły! - była wizją, która ani nie grzała, ani nie mroziła i tak już sczerniałego nastoletniego serca. Może odrobina dumy wiła się w jego trzewiach, ale to chyba jedynie ze względu na ojca i matkę, która pierwszy raz od dawna okazała mu tego dnia większe zainteresowanie niż Fabianowi.
W myślach przeklinał fakt, że w szklance dzierżonej w dłoni tego wieczoru nie mogło znaleźć się nic mocniejszego, mimo że ojciec od dłuższego czasu raczył go trunkami z wysokiej półki, od lat nastoletnich ucząc go wyczucia smaku - dobrze miał prezentować się nie tylko zewnętrznie, ale i potrafić oczarować wysublimowaną wrażliwością młodzieńczego podniebienia zarówno tych, z którymi żyć miał w komitywie, jak i przyszłych wrogów. Bezwiednie postukując palcami o gładką powierzchnię kominka, na moment zatrzymał wzrok na tarczy potężnego zegara stojącego nieopodal, wzdychając głęboko i błyskawicznie podejmując decyzję, że musi sobie zapewnić chwilę oddechu. Podziękował w myślach Lady Nott, że to właśnie rezydencję Malfoy'ów obrała sobie na miejsce tegorocznego Sabatu. Nie musiał zachowywać się bezszelestnie, przemykać niemal przyklejony do ścian (nie przystało to w końcu szlachcicowi z krwi i kości), starając się nie przyciągać na siebie uważnego spojrzenia niczyich oczu - było tu tak wielu ludzi, którzy bardziej z przyzwyczajenia, niźli prawdziwych chęci, co chwilę poklepywali go po ramieniu, że jego zniknięcia na tak krótką chwilę zdecydowanie miało pozostać niezauważone. Miało.
Dotarłby do swego pokoju z zamkniętymi oczami, nawet gdyby ktoś wcześniej przewiązał mu oczy i zaprowadził do wybranego na chybił trafił miejsca potężnej rezydencji. Pokonał piętro, zagłębiał się w kolejne korytarze, z każdym krokiem oddalając się od gwaru - cichły dźwięki muzyki, rozmów, śmiechów, zewsząd otaczały go tylko ciche szepty płynące od postaci uwiecznionych na ruchomych portretach. Nie zdziwiła go zielona poświata wydobywająca się spod krawędzi drzwi. Najwyraźniej wychodząc zapomniał zgasić lampkę, a nikt nie odważył się - zwłaszcza domowe Skrzaty - na wtargnięcie do jego pokoju, w godzinach nie przeznaczonych na sprzątanie, w celu tak trywialnym jak wprowadzenie w przestrzeń pomieszczenia zupełnych ciemności. Pewnym ruchem dłoni popchnął drzwi, przekraczając próg pokoju z wzrokiem utkwionym w ziemię, jeszcze nie rozglądając się na boki. Oderwał dłoń od klamki, gdy do jego uszu dotarł dźwięk przyspieszonych oddechów, jeszcze cichych jęków, a wzrok padł prosto na twarz kobiety, w której natychmiast rozpoznał Lady Avery. Przygryzł lekko wargę, przechylając głowę, wcale nie zmieszany - może lekko oszołomiony? zaciekawiony? - dopóki nie dotarło do niego, że sądząc po budowie ciała mężczyzny, którego twarzy wciąż nie był w stanie dostrzec, to zdecydowanie nie Lord Reagana Avery właśnie doprowadzał małżonkę do widocznych w jej oczach - niemal namacalną, aż rozwarł w oczarowaniu usta - ekstazę. Chrząknął głośno, ponownie chwytając za klamkę, w ten sposób dając znać o swojej obecności. Nie zamierzał pozostawać tu dłużej niż to potrzebne, choć zdecydowanie nie był przyzwyczajony do tego, aby z jakichś powodów nie mógł rozsiąść się wygodnie w fotelu ustawionym w jego własnej sypialni, jednak Lady Avery... Prawda nagle uderzyła w niego ze zdwojoną mocą, przyklejając stopy do podłogi i sprawiając, że na dłuższy moment zastygł w pozie kompletnego zaskoczenia, pomieszczanego z uczuciem nienazwanym, z pewnością nie noszącym jednak miana niesmaku - choć coraz wyraźniej zdawał sobie sprawę, że tym razem zdecydowanie postawił swoją stopę w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Sabat 1941, rezydencja Malfoy'ów [odnośnik]16.06.16 21:35
Bliskość, którą obdarzał Laidan, była tak daleka od brudnej, małżeńskiej miłości, którą Marcolf gardził i której się brzydził; nigdy zresztą nie okazał swojej żonie ani krzty ciepła czy czułości, pomijając te nieliczne momenty, gdy mimowolnie podział i szanował jej oddanie względem niego. Wciąż pamiętał jej zadziwiającą i nieuzasadnioną (a może jednak?) wierność wobec poślubionego sobie mężczyzny i to mimo tego, jak szalenie mężczyzna ten jej nienawidził. Być może i w Laidan był ten przedziwny pierwiastek oddania i szacunku, który kazał jej z wiernością i posłuszeństwem wpatrywać się w ojca i który skłaniał ją do swobodnego, nieograniczonego żadnymi wąskimi horyzontami łamania zasad. Każdej jednej reguły, którą narzucał im świat, każdej idiotycznej zasady natury, którą oboje z taką łatwością deptali; z kolejnymi zgliszczami praw moralności rodziło się nowe pokolenie Averych, wykute w ogniu wielkości i boskości, w której pławił się Marcolf. Syn przyprawiał go o dumę nie mniejszą niż córka, stanowiąc najwyraźniejszy dowód miłości Laidan i wobec Laidan - ich wzajemnej bliskości i oddania, szacunku i wierności; był gotów zrobił dla córki niemalże wszystko, uwielbić ją i wynieść na piedestał prawie że równy swojemu; pozwolić jej zasiąść po swojej prawicy i zaborczo objąć ramieniem - chroniąc ją przed całym światem i całemu światu deklarując swoje niepodważalne prawa własności do Laidan. Zawładnął nią całym sobą, duchowo, fizycznie, nie pozwalając zranić swojej ukochanej róży; oszczędzając jej upałów lata i chłodów zimy trzymał ją pod troskliwym kloszem - nie tyle zniewolenia i zawłaszczenia, co ojcowskiej opieki, zazdrośnie strzegąc największego skarbu, którym obdarzył go los. Zazdrośnie i z niechęcią odnosząc się do każdego przypadku choćby przypadkowego spojrzenia; umierając wręcz z niepewności przez długie miesiące, które Laidan spędzała w szkole; pisząc listy przepełnione ojcowską surowością, w których jednak między wierszami dało się wyczytać rozpaczliwą tęsknotę; drżąc z własnej bezsilności, gdy patrzył na nią i n a c z e j, dostrzegając kobiece kształty w młodej i kruchej sylwetce, lekko zarysowane piersi, wciętą talię, kuszące biodra, które zdawały się wodzić go na pokuszenie i skazywały na piekielne męki każdej nocy spędzonej w samotności. Mijały lata, a Marcolf wciąż wyjątkowo ostro pamiętał każdy szczegół ich pierwszej nocy - pierwszego wieczoru, gdy przemienił bezsilność w cnotę, tuląc żal i boleść Laidan w swoich własnych ramionach. Pierw wydał na nią wyrok, oddając ją w ręce Reagana, stawiając przed brutalnym faktem ich zaręczyn, by potem złagodzić ten potężny cios własną czułością i oddaniem, pozwalając Laidan wypłakać swoje cierpienie i wynagradzając jej po stokroć każdą z przykrości, która miała się stać jej udziałem. Nie przewidział wtedy tak wielu rzeczy, widząc ich przyszłość w jasnych barwach; nie przewidział bezczelności Reagana, gdy uzurpował sobie siłą prawo do własnej małżonki; nie przewidział swoich długich służbowych wyjazdów; nie przewidział męczącej obecności bliźniąt, które starał się ignorować, traktując je nierzadko gorzej od domowych skrzatów. Jego wymarzone życie, wspólne życie, było zgoła inne od realności doczesnego istnienia, jednak póki mógł się cieszyć Laidan i z dumą patrzeć na dorastającego Samaela... było to nagrodą potężniejszą od wszelkich niedoskonałości.
Od tamtego wieczoru minęły lata, długie miesiące, w czasie których za każdym razem znów uczył się Laidan od nowa; znał ją doskonale, wiedział gdzie dotykać, j a k dotykać, wiedział kiedy oczekuje czułości i namiętności, a kiedy wymaga zwykłej szorstkiej brutalności. Znał reakcje jej ciała i bezbłędnie odczytywał każdy jęk i drżenie, z upojeniem zapisując je w swojej pamięci jak świętą mantrę, którą odtwarzał i powtarzał za każdym razem, gdy skazany był na samotność, męczony koszmarami o córce w małżeńskim łożu z mężem. Dzisiaj nie było Reagana, nie istniał, pozostawiony daleko, ukryty za kurtyną milczenia, oddzielony od nich tysiącem mil i setkami głosów w sali balowej i jadalnej, gdzie tłoczyli się najznamienitsi arystokraci czarodziejskiego świata. Dzisiaj to ciężkie ciało Marcolfa napierało na Laidan i zmuszało ją do uległości; to twarz Marcolfa była badana przez jej ciekawskie palce i to jego koszula, jego mucha i hiszpański pas ulegały powoli zdolnym kobiecym dłoniom bez najmniejszego słowa protestu. Obserwował ją w ciszy z triumfującym uśmiechem na twarzy - czyż nie tego sam ją nauczył? świadomości własnych pragnień i dążenia do ich realizacji? - póki nie odebrała mu zmysłu wzroku, zasłaniając oczy materiałem. Ujarzmiając go i łagodząc niewolę słodkim pocałunkiem, któremu bez wahania się poddał, pozwalając Laidan zgarnąć wszystko, oddając jej w zaufaniu całego siebie. Nie pamiętał, kiedy zrobił to ostatni raz - a może nigdy? - zbyt dumny, by pozwolić sobie choćby na namiastkę uległości. Nie protestował jednak, wyłącznie ciężkim, głębokim oddechem poświadczając swoje podniecenie, gdy pewnie prowadziła jego dłoń po swoim ciele, a opuszki palców z niecierpliwością muskały koronkę bielizny. Zupełnie niepotrzebnej, co zamierzał jej zasygnalizować głuchym pomrukiem i mocnym zaciśnięciem warg na jej szyi, aby pozostał długo widoczny znak i musiała zasłonić go szalem, wymyślając dziesiątki wymówek, by nie pokazać jej Reaganowi. Zamierzał, bo do jego uszu doszedł podejrzany dźwięk; skrzypnięcie, które najpierw zignorował, zbyt pochłonięty pragnieniem dotykania, pieszczenia i całowania Laidan; jednak gdy później skrzypnięcie zamieniło się w całkiem wyraźne chrząknięcie, Marcolf zamarł, nie odwracając się jednak w stronę dźwięku i nie zdejmując przepaski na oczy.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Sabat 1941, rezydencja Malfoy'ów [odnośnik]02.07.16 11:11
Pomimo konserwatywnego wychowania w skrajnym posłuszeństwie do decyzji starszych nie rozumiała, dlaczego szaleńcza miłość córki do ojca jest czymś, co muszą utrzymywać w sekrecie. Zwłaszcza, że początkowo nic nie zapowiadało wymuszonej separacji na pokaz. Jako dziecko ciągle przebywała przy Marcolfie, wyczekując powrotów z pracy, z Sabatów, z polowań, z typowo dorosłych wydarzeń, na jakie nie miała wstępu, co zawsze wywoływało w złotowłosej dziewczynce wielki żal. Każda chwila spędzona bez ojca wydawała się jej koszmarna: wolała już śnić o potworach, smokach ziejących ogniem i lepkich od brudu mugolach, gładzących jej piękne włosy, niż żegnać odzianego w elegancką szatę mężczyznę, wiedząc, że będzie doskonale bawił się bez niej. Dziecięce rozgoryczenie tylko nasiliło się z upływem czasu, naturalnie zmieniając wyłącznie swoją naturę a nie intensywne natężenie. Im starsza się stawała, tym boleśniej odczuwała odsunięcie od ojca. Nie mogła już wdrapywać się na jego kolana, gdy rozmawiał z przyjaciółmi w gabinecie i nikt nie uznawał przelotnych, niezgrabnych pocałunków muskających szyję ojca, za oznakę uroczego szacunku. Marcolf zwiększał dystans, oddzielając coraz grubszą kreską ich życie prywatne od tego prezentowanego na salonach, jednocześnie przyciągając Lai coraz bliżej siebie podczas długich wieczorów, jakie spędzali tylko we dwoje w Shropshire. Cieszyła się kameralną intymnością a każde zachwycone spojrzenie i twarda reakcja ciała ojca na jej pewniejszy dotyk wynagradzała tęsknotę, szarpiącą nią podczas nieobecności ukochanego. Pierwsze lata zaspokojonych pragnień podkręciły tylko apetyt na więcej, dlatego z megalomańskim acz naiwnym przekonaniem, próbowała przesuwać społeczne granice. W oficjalnym tańcu, na oczach magicznej socjety, szeptała Marcolfowi do ucha bezeceństwa godne panny lekkich obyczajów. Równie często co namiętnie odwiedzała dwór ojca. To ona witała go po zagranicznych podróżach, stała tuż obok niego, gdy świętował dyplomatyczne sukcesy, polewała Toujours Pur podczas długich, zimowych wieczorów, spalana prostym, kobiecym pragnieniem bycia jego. Tak, by każdy wiedział, do kogo należy Laidan Avery, kogo uznaje za swojego mężczyznę i komu jest posłuszna. Mierziły ją zachwyty nad jej idealnym małżeństwem i gratulacje, składane na ręce Reagana, dumnego ze swojej perfekcyjnej żony. To nie jemu powinien przypaść ten zaszczyt, to nie on powinien całować jej usta po upalnych Sabatach i to nie on posiadał jakąkolwiek władzę nad jasnowłosą kobietą.
Dlatego też nie miała oporów, by okazywać swoje uczucia w wręcz skrajny sposób, często ryzykując praktycznie wszystkim, by tylko zaspokoić pragnienie ciała i umysłu. Nie liczyło się miejsce ani czas a bliskość Marcolfa na dobre wyłączała zdrowy rozsądek, podpowiadający bardziej ostrożne prezentowanie przywiązania, plączącego moralność w nierozerwalny supeł. Wystarczył delikatny dotyk, by odrzucała społeczne osądy, koncentrując się tylko na wpojonych w domu zasadach. Skupionych wokół miłości do ojca, jaką okazywała teraz bez skrępowania, niecierpliwie pieszcząc jego ciepłe ciało i w końcu przyjmując go w sobie z cichym jękiem przyjemności i niepowtarzalnej ulgi. Zbyt długo znosiła bolesną rozłąkę, zintensyfikowaną tylko obrzydliwym towarzystwem Reagana, by mogła subtelnie bawić się dalej. Potrzebowała niecierpliwych dłoni, równie gwałtownych pchnięć i całkowitej swobody w wyrażaniu rozkoszy - idealne ukoronowanie wieczoru, pełne pasji, uczucia słodkiej dominacji - bowiem tylko ona mogła obserwować jego rozchylone w pragnieniu usta, chłonąc widok ukochanego mężczyzny z taką, poprzecinaną jękami, pasją, że nie zwracała uwagi na świat dookoła. Gdzieś błysnęło jasne światło, ale równie dobrze mogło być to odbicie księżyca w okiennych szybach, bo przecież nie zabłąkany promień świecy z korytarza. Zamknęli drzwi...a może jednak nie?
W pierwszej chwili w ogóle nie zauważyła stojącego przy drzwiach Morpheusa, zbyt rozkojarzona pieszczotami i ostrymi reakcjami własnego ciała i psychiki, całkowicie odmawiającej przyjęcia do wiadomości popełnionego błędu. Dopiero wyłapanie intensywnego, zszokowanego spojrzenia młodzieńca trafiło Laidan petryfikującym bodźcem - było to najbardziej niekomfortowe doznanie w jej życiu. Odzwierciedlenie szoku Malfoya, niepewności, zdezorientowania a wszystko to podsycone niegasnącym pożądaniem, nakazującym jej pocałować Marcolfa jeszcze mocniej, cichym jękiem zagłuszając inne dźwięki. Być może oszalała, ale przecież od zawsze namiętność górowała nad zdrowym rozsądkiem, słodko zmanipulowanym narcystyczną podświadomością, szepczącą o poradzeniu sobie z tym później. Teraz liczyła się tylko zbliżająca się rozkosz i drżenie ukochanego ciała tuż obok.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sabat 1941, rezydencja Malfoy'ów Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: Sabat 1941, rezydencja Malfoy'ów [odnośnik]02.07.16 21:58
Świadomość władzy nad córką była świadomością oszałamiającą, upajającą, odbierającą zmysły i nadającą umysłowi rozkoszną wolność; nic go już przecież nie ograniczało, ani ludzkie zasady, ani odwieczne boskie prawa, skoro sama Laidan pokornie wyraziła swoją uległość, oddając się mu kilkanaście lat temu po raz pierwszy, a potem raz za razem, dzień za dniem i noc za nocą patrząc na niego z tym samym żarem i pragnieniem. Ukrywanym, oczywiście, pod wachlarzem innych spojrzeń - tęsknoty, dumy, zachwytu nad osobą ojca, posłuszeństwa, które należało mu się z racji jego pozycji, nawet radości i śmiechu, gdy zdarzyło mu się zabawić towarzystwo przy stole jakąś anegdotką z ministerstwa. Każde jej spojrzenie, i to uległe, żarzące się pragnieniem, i to subtelne, pełne niewinności, przyjmował jednak tak samo, odpowiadając własnym spojrzeniem, w którym nie musiał kryć się z pożądaniem i tęsknotą; rozbierał ją niejednokrotnie, szukając jej sylwetki na balach i przyjęciach, śledząc z uwagą jej palce zaciskające się na kieliszku z winem, owijające się delikatnie wokół nóżki i zaciskał szczęki aż do bólu, gdy jej usta stykały się z kruchym szkłem. Laidan doskonale wiedziała, co w takiej chwili Marcolf czuł i co widział; zdawała sobie sprawę z tego, że w jego myślach znikała balowa sala i pretensjonalne wnętrza salonu; kobieca dłoń córki zaciskała się na kieliszku, a na nim; usta pieściły jego ciało, wodząc go językiem na pokuszenie, a czerwony płyn rozlewał się po pościeli, brocząc ją w plamach burgundu jak w dziewiczej ofierze. A mimo to kusiła go nieustannie, nieubłaganie, tocząc z nim swoją własną, odważną grę; pozwalał jej wygrywać, czerpiąc z tej perwersyjnej rozgrywki zachwycającą przyjemność, nawet jeśli zdarzało mu się nagle milknął w połowie zdania lub gdy jego spojrzenie stawało się zamglone, a on sam zapominał o miejscu, w którym się znajdował. Laidan sprawiała, że szanowany, stoicki i dumny urzędnik ministerstwa, dzierżący w swoich rękach olbrzymią władzę, stawał się bezbronnie podatny jednemu widokowi i jednemu marzeniu, w którym jasne włosy córki łagodnie spływały po jej ramionach i plecach, gdy osuwała się na kolana lub zaciskała dłonie na ramie łóżka, poddana jego napierającemu ciału. W takich chwilach przestawała być tylko jego córką; jej rola zaczynała być wręcz zupełnie inna, bardziej wymagająca i bardziej oczekująca - jako córka była mu winna szacunek i posłuszeństwo, lecz jako kochanka otrzymała dodatkowe prawa do przyjemności i rozkoszy, której Marcolf jej nie szczędził i którymi obdarzał ją nader chętnie. Jak teraz, gdy w namiętnym, przesyconym szalonym pożądaniu mocnym pchnięciu zanurzał się w kobiecym ciele; chętnym i oczekującym go jak zawsze, przyjmującym z najwyższą przyjemnością i jękiem, subtelnie pieszczącym jego uszy i łechtającym męskie ego.
Było coś sakralnego w tym szczególnym momencie, gdy Laidan się dla niego otwierała, w poddańczo kobiecej uległości pozwalając mu zdobyć samą sobie i przyjmując pokornie każde jego pragnienie. Nie potrafił zliczyć, ile razy ją miał, jak ją miał i gdzie zdobywał od nowa jej ciało, podporządkowując sobie duszę i wdzierając się w jej umysł; zawsze było to jednak doświadczenie, które wstrząsało nim samym, burząc posady moralności i rozdzierając na pół kurtynę, za którą krył się ich własny, idealny świat, w którym nikt nie patrzyłby na ich związek, ich miłość i ich namiętność potępieńczym, oceniającym wzrokiem. Dłonie zaciskające się na ciele córki były jedynie dodatkiem do lędźwi poruszających się pewnym, wyuczonym ruchem, doskonale znających ścieżkę, którą miały się poruszać, doprowadzając Marcolfa do upragnionego spełnienia.  Odpędził nieprzyjemne uczucie czyjejś obecności, zbyt mocno pochłonięty Laidan i własnym podnieceniem, które nie pozwalało jego zdrowemu rozsądkowi przedrzeć się przez zasłonę pożądania. Wodził palcami po nagich ramionach, szyi i ustach Laidan, zastanawiając się nad tym, czy drżenie jej ciała wywołane było chłodem odsłoniętej skóry, czy jego gwałtownymi, mocnymi ruchami, którymi raz za razem udowadniał, do kogo należy jęcząca mu do ucha kobieta; kto był jej wyłącznym przeznaczeniem i szczęściem, kto ofiarował jej samego siebie, obdarzając ją niewypowiedzianą rozkoszą; i komu powinna wyrazić swoją wdzięczność, gdy z tłumionym jego dłonią na jej ustach krzykiem spełniała się w swojej własnej przyjemności.
Gość
Anonymous
Gość
Sabat 1941, rezydencja Malfoy'ów
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach