Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Muzeum Quidditcha
AutorWiadomość
Muzeum Quidditcha [odnośnik]26.03.15 20:25
First topic message reminder :

Muzeum Quidditcha

★★
Qudditch traktowany jest przez wielu czarodziejów śmiertelnie poważnie - toteż nic dziwnego, że już wiele wieków temu powstało w Londynie muzeum obrazujące jego historię, rozwój technologiczny mioteł oraz upamiętniające ważniejsze mecze.
Choć wielu postulowało za ulokowaniem go na ulicy Pokątnej, finalnie gmach muzeum znalazł się niedaleko sławetnej londyńskiej biblioteki, pośród licznych czarodziejskich ambasad i niemagicznych galerii sztuki. Obłożony licznymi zaklęciami ochronnymi, na dodatek odwrócony do ulicy tyłem, budynek chroniony jest przez wścibskimi mugolami bez konieczności przenoszenia go do mniej uczęszczanej dzielnicy lub chowaniem pod iluzją rudery. By się do niego dostać, trzeba skręcić w niewielką, opustoszałą uliczkę, która dla mugoli jest ślepym zaułkiem, zaś dla czarodziejów - skrywa w głębi doskonale widoczne, potężne drewniane drzwi.
Tuż za nimi znajduje się kasa, gdzie można zakupić bilety, a tym samym zyskać możliwość przejścia dalej, do licznych sal tematycznych, w których można zobaczyć - między innymi - model średniowiecznej miotły, dziennik mieszkającej na Queerditch Marsh Geertie Keddle czy dwunastowieczny gobelin przedstawiający tradycyjne polowanie na znikacza. Całe wnętrze muzeum jest przestronne i schludne, o wysoko zawieszonych sufitach i dopasowanej do tematyki wystaw kolorystyce. Każdego dnia odwiedzają je dziesiątki czarodziejów, by obejrzeć nowe drogocenne eksponaty lub uczestniczyć w spotkaniach z ekspertami od Qudditcha, czy reprezentantami rodzimych drużyn.
[bylobrzydkobedzieladnie]
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Muzeum Quidditcha - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Muzeum Quidditcha [odnośnik]23.01.20 16:04
Mówią o mnie, że jestem zapominalski. Za plecami, naturalnie, wytykają tak rozliczne wady, choć wszystkie krążące raczej wokół drobnostek. Złożone do kupy dają obraz wielce nieznośnego osobnika, ale - to przecież nie ja! Moje swawole mają wyraźnie wyrysowaną granicę, upokarzające powtarzanie klasy dało mi solidnie do myślenia. Beztroska smakuje dobrze, póki nie zaczyna zgrzytać w ustach cukrem tak słodkim, że zbiera się na wymioty. A i trudno to pogryźć, a i niezdrowe dla zębów, przy czym te zęby są oczywiście metaforą całego człowieczego organizmu. Mamy ich tylko jeden komplet (wracamy do uzębienia), więc trzeba go szanować. Proste? Proste.
Dlatego szkoda mi czasu na zapominanie. Nie robię tego, to głupie. Codziennie rano musiałbym cofać się z Londynu na wyspę Wight po marynarkę, którą notorycznie zostawiam przewieszoną przez oparcie krzesła w jadalni. Wypieram to z pamięci. Nie potrzebuję jej. Nie twierdzę też, że moja metoda jest dobra czy też etyczna. Primo, gram sam ze sobą w kalambury, secundo jedną durną czynność zastępuję drugą, podobnie zresztą niemądrą. Ktoś tu trzyma asy w rękawie, ale - wracamy do początku - to nie ja!
Selinę widzę na klęczkach totalnie rozbitą, jakby psychicznie się wykoleiła, rozbiła, wyrżnęła o ziemię i dodatkowo podczas upadku walnęła rączką miotły w głowę. Urazy fizyczne idą w parze z mentalnymi, błędny wzrok i ślady na przegubach to nie przelewki. Studiuję uważnie jej oczy, łapczywie - z odległej perspektywy mogę zdawać się mężczyzną zakochanym bez pamięci, wypatrującym gwiazd w ślepiach swej łani (tj. dziewczyny), a ja, pragmatycznie kopiuję ten obłęd i zagubienie. Dojrzałe owoce świeżo zebrane z sadu nie mają w sobie więcej soku i miąższu, niż kryje się w tych zamglonych tęczówkach. Coś jest ze mną nie tak, ale nagle Selina staje się Demeter, płodną, obfitą, niosącą kosz pełen plonów, smakołyków przeznaczonych tylko dla mnie. Nieświadom tego, oblizuję usta, nieco nerwowo, już zbity z tropu. Świętujemy Walentynki, niech stanie się chociaż Persefoną, jeśli nie może być Afrodytą.
One wszystkie były szalone w swej pasji, więc uszczknięcie odrobinę nie uczyni ze mnie złodzieja. Za perfidnego gnoja pewnie i tak mnie uważa, gorszym się nie stanę, chociaż de facto mam na to jeszcze trochę czasu. Trudno mi się oprzeć żałości, bijącej z jej postaci: oto krzew gorejący, buchający furią i wstydem, niemocą i ogniem. A jeszcze przed chwilą była moją Demeter. Kobieta wielu twarzy, dokładnie taka, jakie lubię. Szybka - to też atut, bo nic nie nudzi mnie bardziej niż stateczność, więc uśmiecham się od ucha do ucha (o Salazarze, to się dzieje!), kiedy bije wykonuje te wszystkie gwałtowne ruchy, które nie mogą poświadczyć o jej emocjonalnej stabilizacji. Piękny spektakl, daję znak muzealnemu marudzie wleczącemu się za mną, żebyśmy razem bili brawo. Aplauz jest gromki i pięknie rozchodzi się echem - och, należy tu zorganizować jakieś widowisko, zapalam się do tej idei w trzy sekundy, ciekawe za ile mój zapał wygaśnie? - i należy się w całości Selinie, Osie i gwieździe marnotrawnej. Ładnie to tak, Lovegood? i co ci przyszło po twojej części majątku?
-Nie cukruj mi, skarbie. Mam prawo być na ciebie zły - mruczę z delikatnym napomnieniem. Kanapowy kot, który szykuje się do pokazania pazurów. Niemalże czuję współczucie - tak wypada? - ale silniej wybrzmiewa we mnie powinność wskazania Selinie właściwej drogi. Jest mi w końcu coś winna, czyż nie? Nasz dotyk platoniczny, a wręcz męski - ha, nie straciła swojej krzepy - budzi we mnie nostalgię lat dawnych. Poślizgnąłem się na ptasim gównie, a ona choć zaśmiewając się do rozpuku, pozbierała mnie do kupy z tego przeklętego pomostu. Czas na rewanż - w końcu kto u kogo ma dług? - dlatego przybieram wyraz twarzy pełnego zrozumienia. Jestem cierpliwy.
-To było twoje - poprawiam ją jakoś bezrefleksyjnie, obojętnie - własność Muzeum Qudditcha, przekazane aby uczcić pamięć wybitnej zawodniczki - czytam prosto z gabloty, starając się nie wzruszyć ramionami. Jeszcze nie jestem pewny, czy chcę oddawać jej ten używany ręcznik.
- A osy nie trują ludzkim głosem - odparowuję, opierając się o gablotę i zaplatając ręce na piersi. Jak na pół roku w eterze, nic się nie zmieniła - dziś szczególny dzień, skarbie. Spędzam go ze szczególną osobą - mówię z kamienną twarzą. Selino Lovegood, twój ruch.


Tak, możesz zapalić znicz
Chociaż wiem, że już nic
Mnie nie czyni człowiekiem
Morgan Szalbierz
Zawód : staram się
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
I Tend The Light
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Duch
Muzeum Quidditcha - Page 3 0a8b1-img_1302
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Re: Muzeum Quidditcha [odnośnik]05.02.20 0:00
Stojąca przed nim trzydziestokilkoletnia kobieta wyglądała doprawdy niedorzecznie z licami przypieczonymi wewnętrznym gorącem i nieco desperackimi oczami, które sygnowało zaskoczenie i zagubienie - tak żałośnie unikane, a zdawałoby się, że absolutnie nieuchronne. Nijak nie współgrało to z ekspresją, do której przyzwyczaiła nie tylko swoją skórę (która zarysowała lekkie zmarszczki w zwyczajowych miejscach), ale też mięśnie twarzy. Zwykła wyglądać bardziej napięcie, wystudiowanie, zanim doszła do perfekcji w wizualizacji nieustępliwości, zwykła przerysowywać swój wyraz, a teraz, doprawdy, była istną karykaturą samej siebie.
Ktoś przetransmutował cię w rybę, Lovegood?
Selina sama do siebie wzruszyła ramionami, stwierdzając, że w sumie była to rzecz do przemyślenia - kto wie, może ktoś rzucił na nią jakąś obrzydliwą klątwę i ostatni czas pławiła się w Tamizie i stąd ta jej skłonność do składania ust w absolutnie absurdalnym wołaczu: o! W sumie była całkiem wdzięczna za taką podpowiedź, bo kto wie, prawda? Wszystko jest możliwe! Nie wiedziała co prawda kim był ten jakże życzliwy, choć nieco kąśliwy głos, ale nie wydawała się zbyt przejęta, na moment jakby przeskakując w inną rzeczywistość, gdzie emocje były płynniejsze i się niemalże przenikały łagodnie.
Mrugnęła, jakby sekundowe opadnięcie powiek miało ją przywrócić do tego świata i odbiła siebie w oczach, które miały niemal odpowiednią barwę - brakowało głębszej, stalowej szarości, ale mogły być, gdy pożerały ją bez pozwolenia w całości. Z jakiegoś powodu poczuła się komfortowo, gdy czyjeś spojrzenie niemalże otulały ją niczym ciepłe, grube futro. Może i nawet zamruczałaby z rozkoszą, mrużąc z wdzięcznością ślepia, kiedy do jej uszu dotarła przyjemna, jakże rozmiękczająca fonia oklasków. Czy szaleństwem było delektować się - nawet złudnym - urzeczywistnieniem własnej megalomanii? Na moment stała przed nim pełna glorii.
Schlebiał jej nawet kolejnym wyrazem. Rosła. Budzenie emocji, wywoływanie wpływów, ach, żyła chyba na nowo, pełną piersią - wszystko działało jak trzeba, czyż nie?
"Skarbie" puściła mimo uszu. Zadziwiająco, w ciągu kilku chwil, przeszła istną transformację, zmieniając nastrój o 180 stopni. Mogłaby teraz wirować po tych ogromnych salach w bajecznych piruetach, wyrzucając ręce szeroko na boki. Może jednak była tą rybą i brakowało jej jedynie odrobiny wody do oddychania? No, wiecie, niech będzie, chwila na odpowiednią dawkę zadęcia i od razu człowiek prostuje kolana, no! Jeszcze chwila i być może dałaby się nawet ugłaskać.
-Zły.-powtórzyła za nim, zadowolona z siebie, na schyłku złowieszczości, być może nawet rozparłby ją szaleńczy śmiech, gdyby - zupełnie niepotrzebnie - nie postanowiła się podroczyć, nieco niezgrabnie, wszak wciąż stawała na równe nogi.-Czyżby to pominięcie w zawiadomieniach było przyczyną tak skrajnej emocji?-och, jakże była z siebie zadowolona, niemalże pławiła się w pysze, choć wciąż nieco nieśmiało, jakby przymierzała sukienkę starszej siostry pod jej nieobecność i bała się nakrycia.
Nie podoba jej się, gdy Lestrange okazuje się być tutaj stroną, która ma wszystkie dobre karty w ręce i rozdaje warunki. Mina jej wolno tężała pod jego irytująco cierpliwym wyrazem, prawie syczała rozjuszona, gdy zdała sobie sprawę, że ją obserwuje i stoi z boku, jakby była jednym z eksponatów w tym zakurzonym, zapyziałym muzeum. Spokojny, obojętny ton dolewa oliwy do okna, raz jeszcze wyprowadzając ją z równowagi. Szybko, bez ostrzeżenia przechodzi do jednej emocji z drugiej, jakby nie tyczyły się jej żadne ramy.
-Jest.-poprawiła go od razu, wściekle, nagle, bez mała chcąc mu zagrozić, gdy skróciła między nimi dystans, mierząc go bezlitośnie.
Czy to nie było prawie romantyczne, że rozbiła się o niego niczym szalone morze o klify Wight? Rozproszyła się, gdy odwróciła wzrok, by skontrolować, czy na pewno czyta poprawne epitety pod jej adresem. Jej własne zadufanie ją nieco podcięło. No przecież oczywiście, że jest wybitną zawodniczką. Te słowa wcale nie rekompensowały grabieży, choć działały niejako jako okoliczności łagodzące. Pogrążyła się na ułamek sekundy w mikrorozważaniach.
Skrzyżowała z nim ponownie spojrzenie, jakby na moment podając rękę, gdy już wymienili się drobnymi uszczypliwościami.-Ludzkim? Nigdy. Nam to obce.-to było nawet rozkoszne. Zupełnie jak dawniej.
I być może to ta cała atmosfera wokół Francisa sprawiła, że odbiła się od drugiego dna jego kolejnych słów. A może to ponownie pustka zaryczała do niej tęsknie, gdy palce zamrowiły nerwowo.
Selina Lovegood od najmłodszych lat wyrywała pewną datę z kalendarza, namiętnie protestując przeciwko świętu, które miało ją zniewolić. Demonizowała uczucie, o które opierało się to całe bałwochwalstwo.
Niewiele rzeczy ją przerażało. Niepewność na pewno była jedną z nich, ale ta była zaledwie pojedynczym kamyczkiem, które ruszyło lawinę. Bała się, że mogła wyprzeć okropnie straszną, niedorzeczną sprawę. W życiu Osy nigdy nie było nikogo. Nie mogło być. Nie pozwalała na to. Była jej rodzina, adorowane kuzynostwo i nikt poza tym. Dbała o to z nabożną czcią, wycinając bezlitośnie relacje, które zbyt mocno zaburzały jej wizję, choć pozwalała sobie na niewielkie odstępstwa.
Naiwność zdawała się ją toczyć niczym śmiercionośna choroba, zatruwając skutecznie krytyczne myślenie i sugerując scenariusze, które miały w absurdalny sposób wypełnić pustkę w jej pamięci. Na Merlina, czy Francis Lestrange miał być brakującym elementem układanki?
Zaraz zwymiotuję. Zachowujesz się niedorzecznie, Lovegood. Żeby tak żałośnie i głupio...
Infantylność mieszała się z dziwną dojrzałością, niczym dwie potężne siły, ale żadna z nich nie pochodziła od drugiej, jakby miały osobne źródła, a ona miała do obu dostęp.
-Za kogo ty się...-wyrwało jej się z ust, cicho, w odpowiedzi, choć zdawała się nie słyszeć jak szaleńczo to musi brzmieć, gdy prowadzi osobną konwersację ze stroną, której nikt inny nie zdaje się dostrzegać.
Jestem tobą, skarbie.
Świadomość uderzyła ją szybkim, krótkim, niemalże bezbolesnym strzałem. Gdyby nie nabrała już wprawy w poruszaniu się po omacku, na niepewnym gruncie, to pewnie by się przewróciła.
-Tylko nie skarbie, ona tego nie lubi.-powiedziała w końcu, łapiąc za kołnierz płaszcza stojącego przed nią lorda, pod przykrywką wyprostowania materiału, posłużyła się nim jako cielesną kotwicą do utrzymania zmysłów. Skupiła wzrok na gablocie i zmusiła się do wzruszenia ramionami, przechodząc do obojętności wobec - do niedawna pożądanych - własności. Dla lepszego efektu podniosła brodę, sugerując, że było to już poniżej jej.
W jej głowie wrzało. Uszy, od środka, niemalże rozdzierał wrzask. Ścierała się z wewnętrznym głosem, walcząc o dominację. Dosyć tego.-Wygląda na to, że masz dziś szczęście Francis.-jego imię wypowiedziała niemalże miękko, decydując się na figlarność, gdy przenosiła na niego spojrzenie. Dzielnie znosiła sztormy w jej głowie, nie zamierzając się poddawać obcej woli.




I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Selina Lovegood
Zawód : ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
OPCM : 5
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica
Muzeum Quidditcha - Page 3 ANUtJXt
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 https://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 https://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 https://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 https://www.morsmordre.net/t3514-skrytka-bankowa-nr-290#61348 https://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
Re: Muzeum Quidditcha [odnośnik]05.02.20 22:12
Prawdopodobnie pierwszy i ostatni raz autentycznie zachwycam się rzeźbą. Nawet wychuchane cudeńka Valeriana nie przemawiają do mojej wyobraźni; ja po prostu unikam jak mogę tej publicznej przestrzeni, zagospodarowanej przez postacie przeklęte w kamień zaklęte. Budzą we mnie niepokój i to całkiem uzasadniony, chociaż do paranoika mi daleko. Martwe oczy, nieme usta, lodowata skóra i fałdy kamienia zamiast ciepłego materiału - nawet teraz aż wzdrygam się, przytłoczony ciężarem wyimaginowanych marmurowych ramion. Kiedyś moje się takie staną, sztywne i ciężkie, aż w końcu zamrę zupełnie i może moja pomysłowa rodzinka zdecyduje się mnie sobie zostawić - nie przydaję się im za bardzo za życia, więc powinni to odbić sobie po śmierci - i zrobią sobie ze mnie na przykład wieszak na kapelusze. Krztuszę się prawie, to lekka przesada, nawet jak na mnie, więc powracam do kontemplacji wspomnianej rzeźby. Wyjątkowej, bo jej rysy nie są stałe, ale wciąż pozostaje statyczna. Dzieje się tu dużo interesujących rzeczy, przydałby mi się marszand za kompana, aby wycenić tą sztukę, którą łykam zachłannie, milcząco. Jestem tym dziwakiem, którego przyłapujesz, że się na ciebie gapi już od dłuższej chwili, a on nie spuszcza wzroku, tylko spojrzeniem odważnie odwzajemnia twoje oskarżenie. Masz sumienie urządzić rzeź tego niewiniątka? Pamiętaj, nie można umyć rąk.
Odnajduję w Selinie jakąś delikatność. Śmieszną, bo dość niezgrabną, jak mała sarenka, która dopiero uczy się chodzić. Musi jeszcze zaaklimatyzować się na tej twarzy o prawie męskim temperamencie, ale potencjał jej wróżę. Ładnie wygląda, taka błądząca, ciekawe, że to nie zagubienie mnie intryguje - niesamodzielne heroiny wyszły z mody w zeszłym stuleciu - a zadziorny upór, by poukładać się we właściwy sposób. Dlatego jej rzeźba drży, mimika jest poruszona, a do mnie dociera inspirujący kalejdoskop obrazów składających się z bladej cery, zmarszczek, drobnych ruchów brwi i podnoszenia się nasady włosów.
Wcześniej skupiałem się nad tym, jak unosi się jej klatka piersiowa. Durny byłem. To doświadczenie smakuje lepiej, przepełnione umami, syte, pełniejsze. Drgnienia ciała czynią mnie wobec niego bezbronnym, mógłbym godzinami ją obserwować, jak fanatyczny pielgrzym afirmujący życie pod ikoną stetryczałego świętego. Mam dziwne obawy, że mogę ją strzaskać. Niespecjalnie, ale przypadkiem. Potknąć się, zahaczyć i pobić na kawałki. Można je skleić, jasne, ale moje manualne zdolności pewnie kosztowałyby ją kawałek zagubionej łopatki.
-Nie - zaprzeczam, z tym samym wyrozumiałym uśmiechem, choć przed chwilą grzmię o złości, a w głowie mi mi odbieranie długów - przyczyną był brak - tłumaczę, jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, że moje uczucia są kulawe. Jej nie było, a ja byłem zły. Nie smutny, nie przerażony, nie zatroskany. Zły. Dopiero gdy to nazywam, faktycznie czuję resztki gniewu, osiadłe gdzieś na dnie, jak fusy po wypitej herbacie. Egoista ze mnie, ale przecież nigdy nie twierdziłem inaczej. Mam o sobie raczej słabe zdanie, czym zmniejszam ryzyko zawodu własną osobą. Kolejna ucieczka i sprytny wybieg, by nie musieć mierzyć się z pracą. Typowe, ale to ja nie pozwalałem jej umyć rąk.
Opieram się o kolumnę, przechodząc w tryb oszczędzania energii - ważne! - i od niechcenia sięgam po papierosa. Palę tylko Jerella, wyrośnięty dzieciak albo ekscentryk, obojętnie. Rzucam jej paczkę, żeby sprawdzić, czy zachowała refleks. Złapała ją w locie, więc śmieję się zaczepnie, wysuwając szczękę do przodu. Najpierw puszczam z ust kilka pudroworóżowych kółek, a później udaje mi się zrobić koślawe W z wykrzyknikiem. W, jak wybitny.
I nagle stoi tak blisko mnie, że dym rozbija się o jej usta. Zmiana klimatu lekko wstrząsa, ale błysk w oczach Seliny pozwala mi wierzyć, że zaraz nie kopnie mnie w jaja. Jest na to zbyt... Chyba po prostu zbyt.
Raz jeszcze muszę wzruszyć ramionami, oczywiście wiem lepiej, ale nie wypada mi tu wszczynać awantury. Nie, kiedy Selina pod ręką ma co najmniej tuzin pałek, a niedaleko spacerują dzieci.
-Było - zaprzeczam natychmiast - co kurwa - i zezuję na swoje usta, co to uknuły spisek z mym mózgiem bez wyraźnego pozwolenia z mojej strony. No to po zawodach. I po co? A na co? Mogło być przecież całkiem miło!
Westchnienia głośniejszego chyba nie wydano. Godzę się z bólem, ale jednak, na odejście całkowite blondyneczki z językiem jak u żmii, a tu proszę, niespodzianka. Odwraca się napięcie i rzuca to słynne zdanie, którego kończyć wcale nie musi. Znam je aż za dobrze.
-Ajajajajaj - cmokam i kręcę głową, teatralnie zatykając sobie uszy. Nie kończ, proszę, nie kończ. Nie psuj mi się. W tej chwili właśnie oglądam twój rozkład. Padlina Baudelaire'a odgrywana na żywo w stukrotnym przyśpieszeniu. Ile dałby poeta, by na własne oczy to widzieć? Muszę ją odczarować. Muszę? Nie muszę, bo klątwy nie ma. Nie mówi do mnie. Zwraca się do ducha obecnego w przestrzeni, więc cichnę. To w dobrym tonie dać im chwilę intymności. No dobra, ale raz raz. Ja nie mam całego dnia.
Daję się jej poprawić, to kosmetyczna zmarszczka na płaszczu, ale gdyby zechciała, pozwoliłbym na więcej. Niech zszyją mnie jak potwora Frankensteina. Brakuje mi poczucia jedności i właśnie to podświadomie nas łączy. Nie obchodzi mnie, co takiego robiła - jest tutaj. Dla mnie to łatwe, mogłem jej podpowiedzieć, jak zniknąć, jeśli potrzebowała przerwy.
-Chodźmy - uśmiecham się, podaję jej rekę i puszczam się pędem przez długi korytarz, nie honorując innych dzielnych, poległych Os. Zatrzymuję się w kolejnej sali poświęconej brytyjskiej drużynie narodowej z lat 20. Bardzo tu ciemno, wszystkie okna są zasłonięte, pewnie by nie dopuścić do wyblaknięcia szat, tak sądzę. Wystawka mioteł jest także. Za sznureczkiem.
-Ścigamy się? - proponuję i przełażę przez taśmę. Ryzyk-fizyk, łapię za rączkę miotły, a ta zaczyna wibrować. Sprawdzam ręce, nogi, ale wydaje się, że wszystko mam na swoim miejscu. To co robię jest tak idiotyczne, że pewnie nikt przede mną tego nie próbował. Siadam okrakiem na miotle i odpycham się stopami od ziemi.
-Wygrywa ten, kto pierwszy zrobi trzy okrążenia. Chyba, że pękasz - rzucam, a nagle rozlega się przeraźliwie piskliwy jazgot alarmu. No to już nie mamy wyboru, będziemy się ścigać, ale z niebieskimi.[/b]


Tak, możesz zapalić znicz
Chociaż wiem, że już nic
Mnie nie czyni człowiekiem
Morgan Szalbierz
Zawód : staram się
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
I Tend The Light
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Duch
Muzeum Quidditcha - Page 3 0a8b1-img_1302
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Re: Muzeum Quidditcha [odnośnik]17.02.20 12:53
Baczy na niego uważniej, nabierając podejrzeń, gotowa się odsunąć, acz ciągle niechętna do zaprzestania konfrontacji - och, nie, do tego była daleka! Wszak właśnie to było ostatecznym aktem poddania się i obrzydliwej porażki, a tego nie mogła i nie miała zamiaru znosić. Nie była najlepsza w przegrywaniu, nie zanosiło się, by kiedykolwiek zechciała nabyć jakiekolwiek umiejętności w tej wątpliwej sztuce - pozostawiała to pole kompletnie niezdobyte i dawała je innym do zdobycia - najchętniej osobom, które miały czelność stanąć naprzeciw niej.
A teraz miała przed sobą Francisa Lestrange'a, którego swoboda i brak jakiegokolwiek speszenia dodawał jej abstrakcyjnie pewności siebie, trochę jak gorset, który trzymał sylwetkę dumną i wyprostowaną, choć sprawnymi pociągnięciami sznurów zaskakiwał i odbierał na chwilę dech. Mimowolnie, była odrobinę spięta - nie miała pojęcia czy to przez jego obecność czy to też uczucie, które towarzyszyło jej od dłuższego czasu; trochę tak, jakby ubrała za małe buty, uwierające ją przy każdym kroku, pełne dyskomfortu, choć przyzwyczajona była do tanecznej, płynnej gracji i przebywania długich dystansów, teraz najchętniej by je zdjęła, ale przecież bosa byłaby naga i musiała przyznać się do pewnej słabości, pokazując wrażliwe miejsca. Robiła więc co mogła, niezależnie od warunków, w której było jej trwać.
Wyrozumiałość irytuje, choć ta cierpliwość w prowadzeniu wolnej konwersacji zaspokaja jej ciekawość, sycąc ją kawałkami, które dają satysfakcję. Pozostaje więc skłócona, jednocześnie wzburzona jak i kojona myślą, że nie jest obojętna - łatwo było łechtać jej ego, zwłaszcza, gdy było tak cholernie wygłodzone.
Marszczy brwi, ma ochotę wyrzucić z siebie "och", nie może się jednak zdecydować, czy włożyć w nie rozkapryszone niezadowolenie czy też raczej drwiące samozadowolenie, pozostaje więc cicha na tyle długo, że jakakolwiek odpowiedź staje się już niezręczna, co jeszcze bardziej rozwściecza, bo nie może sobie na to pozwolić - zupełnie jakby przez gapiostwo powiedziała "pas" w emocjonującej rozgrywce i narażała się na negatywny wynik. Nurtuje ją wciąż reakcja, którą budzi jej nieobecność. Im dłużej o tym myśli, tym trudniej znaleźć jej słowa, nie mając pojęcia co to właściwie znaczy.
-Irytujące.-mamrocze w końcu, chcąc odwrócić wzrok z dezaprobatą, która go jednak nie dotyczy, więc zanim przesuwa spojrzeniem poza niego, zatrzymuje się, prychając na własną realizację.
Być może wyrzuciłaby z siebie kolejne zdania, zmazując niepotrzebnie niewysłowione tknięcie, ale przerywa jej lecący w jej stronę obiekt. Krótka kalkulacja stwierdza, że miast się uchylić, wystarczy złapać przedmiot w dłoń. Prawie szczeniacki uśmiech w odpowiedzi na jego zadowalającą ocenę jej refleksu zmazuje zaledwie jeden, krótki wyraz. Wyposażona w jego własność, ujmuje ją w palce jak broń, gotowa walczyć o prawa do rzeczy zawartej w gablocie opisanej jej imieniem.
Zaciska usta wściekle, gdy mężczyzna stojący przed nią urasta do miotu goblina i śmie się z nią wykłócać o coś co nie podlegało jakiejkolwiek dyskusji, jakby jego nową modłą było działanie jej na przekór. W oczach Seliny momentalnie postawiło to między nimi gruby mur.
-JEST.-stwierdza w taki sposób, że nie pozostawia jakichkolwiek złudzeń, że mogłoby być inaczej. Zerka na paczkę papierosów ulotnie i unosi złośliwie kąciki ust do góry, jakby znalazła sposób na zemstę - wprost proporcjonalną po poziomu ich dysputy.-A to nie jest już twoje.-mówi nagle, wzruszając z zadowoleniem, od niechcenia, ramionami, chowając Jerelle do kieszeni swojej szaty, jakby właśnie utarła mu nosa. Zbyt zapatrzona jest w głupią kłótnię, by przejmować się własną żenującą odpowiedzią i zachowaniem, które - co najmniej - odejmowało jej 15 lat z karku.
Jest zepsuta. Zawsze była. Teraz jednak w całkiem nowy sposób. Zdaje się jednak, że dla Lestrange te nuty szaleństwa i egocentryzmu były jak szczypta smaku, które dodawały zamiast odejmować. Doprawdy, tylko kulawy i garbaty człowiek mógł dostrzegać w tym jakikolwiek urok. Lovegood była jednak ukontentowana swoim audytorium, ignorując w nim najbardziej oczywiste przywary. Podobnie jak on, widziała świat przez nieco krzywe zwierciadło, pryzmat, którym rządziły zupełnie inne prawa.
Ani mrugnęła, gdy poczuła pociągnięcie. Było coś wyzwalającego w biegu, prawda? Jakieś poczucie wolności, gdy pęd zdmuchiwał z ramion ciężar. Łatwiej było nie słuchać głosu w głowie, kiedy mózg musiał działać na większych obrotach, sterując dynamiczną motoryką.
Nie przyszła tu po to, by biegać beztrosko po salach muzeum, jakby znów miała dwadzieścia lat, a nie dekadę więcej. Jej pobudki miały słabe podstawy. Cokolwiek robiła było na wątłych nogach. Poddanie się chwili było odciążające, miała zbyt wiele czasu, nie mając się gdzie podziać ani do kogo pójść - zastana ją rzeczywistość była pusta, zupełnie jak ona sama. Nie potrafiła nadać sobie kierunku, jakby była duszą, która zabłądziła po drodze. Teraz... teraz jednak mogła o tym na chwilę zapomnieć.
Stoi jak kukła, której ktoś oderwał sznurki, gdy ją w końcu puścił u celu. Patrzy, jak mężczyzna, kapryśny panicz, przechodzi poza wyznaczoną ścieżkę zwiedzania i narusza każdy możliwy regulamin (nie, żeby o to dbała) porywając jeden z pierwszych modeli Zmiatacza. W końcu, jakby ktoś zdjął z niej dziwny urok, wybucha śmiechem. Przeczesuje wzrokiem salę i z zaskoczeniem zauważa coś, co przykuwa jej uwagę. Pozbywa się zupełnie jakichkolwiek wątpliwości, ze śmiałością sięgając po miotłę Plumptona. Lekko drżą jej dłonie, gdy łapie ją w ręce, pozwalając sobie na ekspresję wieloletniej admiracji dla zasłużonego gracza. Można rzec, że ten wygłup spełnił jedno z jej nastoletnich marzeń, toteż odrzuca konsekwencje, które wydają się na ten moment kompletnie nienamacalne.
Alarm ostatecznie motywuje ją do oderwania się od ziemi i przerywa kontemplację balansu miotły i jej wyważenia, ucina też rozważania o błędach w konserwacji Zmiatacza, bo sama zrobiłaby to lepiej.
-Masz zamiar dać popis swoich umiejętności przed ochroną czy też twój plan wybiega poza te mury?-musi krzyczeć, by dobiegł do niego jej głos.
Miotła wibruje lekko pod palcami. Selina nie pogardziłaby takim eksponatem w swojej kolekcji.




I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Selina Lovegood
Zawód : ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
OPCM : 5
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica
Muzeum Quidditcha - Page 3 ANUtJXt
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 https://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 https://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 https://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 https://www.morsmordre.net/t3514-skrytka-bankowa-nr-290#61348 https://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
Re: Muzeum Quidditcha [odnośnik]18.02.20 22:22
Zdumiewa mnie czasem, z jaką łatwością radzę sobie z sytuacjami szalenie abstrakcyjnymi. Nie mniej chyba bym się zdziwił, gdyby nagle się okazało, że mój wystający brzuch to nie żadne zwidy, a jestem w prawdziwej i najprawdziwszej ciąży i za parę miesięcy urodzę bobasa. Później, gdy przyjdzie rozwiązanie, okazuje się, że skóra bachorzątka ma cudownie pomarańczowy odcień, a ono samo żywi się wyłącznie magiczną paprocią Prewettów zbieraną o dwudziestej pierwszej trzydzieści siedem przez czwartą córkę czwartej córki nauczycielki transmutacji mojej babki. Noł szit, takie coś nie ma szans. U bukmacherów nawet zakładów nie przyjmują, bo kto niby by się skusił poza wariatem-Lestrange'em, któremu brak piątej klepki?
No i co, niemożliwe, niemożliwe, a jednak. Selina też podobno nieżywa. Tak jest napisane na gablotce w muzeum. Blablabla, trzy kropki, coś tam coś tam upamiętniające wybitną ścigającą. Jajogłowy może nie jestem, ale takich plakietek nie wystawia się żywym ludziom. Hm. A to ciekawe spostrzeżenie. Dziwne, że nie biorę go wcześniej pod uwagę. Marszczę brwi i dumam, jak rasowy detektyw, szukając dziury w całym. A jeśli ona naprawdę jest martwa? Ktoś się pod nią podszywa? Albo umarła i wróciła jako bardziej materialny duch? Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi. Ale nie. Nie będę wścibski. Zresztą, jakby niby miał wyglądać ten dialog? Ej, Selina, czy ty serio umarłaś? Tak na amen? Thoughts?
Ech, to zbacza w zdecydowanie złym kierunku. Milczę za długo, jakby, dokąd w ogóle zmierza ten wywód? Chłodna kalkulacja to nie ja. Może po prostu przyjmę to na klatę, nieważne, z kim mam do czynienia. Czy z Seliną martwą, czy zmartwychwstałą, czy ze skondensowanym duchem, czy z uzurpatorką. Ostatecznie dobrze sobie radzi z Lovegoodowymi tikami i marszczeniami twarzy. Może powinna popracować nad wibracją, gdy się wkurza, ale nawet ujdzie. Rzekłbym, powyżej oczekiwań, gdyby ktokolwiek pytał mnie o zdanie.
Irytująca jesteś ty - poprawiam i dźgam ją oskarżycielsko w pierś. No niech się zastanowi nad sobą i swoim postępowaniem. Posłałbym jej do pokoju, ale w sumie znajdujemy się w sali jej pamięci, więc niech już będzie. Ja to się nie zmieniam ani na jotę, ja tylko rosnę i chyba siwieję. Muszę się zapytać Giovanny, czy szpakowaty nadal będę seksi. Hołp soł, bo inaczej stracę mój jedyny atut. Wdzięk bez seksapilu to ja kółko bez krzyżyka, pączek bez dżemu, Weasley bez piegów. No nie da rady, mówię wam.
-Na zdrowie - mówię wesoło, odpuszczając już kłótnię o eksponaty, które - i w tym wypadku rację mam bezwzględną - są moje. Dokonała się pewna wymiana, paczka fajek za dziedzictwo, ojejku. Czuję się jak Urszula z Arielki, która dała jej nogi w pakiecie z przeokropnym bólem i niemotą. Muahhahha. Ale jestem zły.
-Twój trener pewnie tego nie pochwali. Zmniejszają wydajność płuc, czy coś tam. Tak słyszałem - dodaję z głupkowatym uśmiechem, wydychając smugę radośnie różowego dymu w kształcie brzoskwinki. Albo pupy, zależnie od perspektywy. Ja widzę dorodną brzoskwinię. Sam też nie powinienem palić, w końcu dużo pływam. Maleją szansę na pobicie mojego rekordu wstrzymywania oddechu pod wodą.
Przynajmniej kondycję mam niezłą, bo sale w tym muzeum to są spore, nawet jakby zmierzyć je, w, powiedzmy, boiskach do quidditcha. Ze dwa przebiegamy jak nic, bo gdy się w końcu zatrzymujemy, moja twarz przyobleka piękna purpura i dyszę jak jeden z tych mugolskich, metalowych smoków. Dziwne, że uszami nie wydzielam pary. Ale beka.
Miotły jeszcze ciągną, sprawdzam swoją, nie gnie się pod mym ciężarem, więc jestem dobrej myśli. Selina pewnie po samym zapachu drewna rączki może odgadnąć, kto wcześniej jej dosiadał, ale niestety brak nam czasu na zabawę w szarady. Alarm ryczy przeraźliwie - oto nasz znak. Musimy spadać, bo będą kłopoty, od których i tak się pewnie nie wymigamy. Ciekawe, jak pachnie dożywotni zakaz wstępu na teren muzeum. Hefner pewno wyjdzie z siebie, jak się dowie. No i nici z naszej współpracy.
-Mniej gadania, więcej eeee uciekania - odkrzykuję, oglądając się za ramię, bo póki co wyprzedzam ją o jakieś dwie stopy. Pochylam się płasko nad rączką miotły, żeby złapać szybkość i poczuć wiatr we włosach, ale idzie to marnie. To jakiś stary rzęch! Jego miejsce jest w muzeum, a nie... no właśnie. No, to mamy przechlapane. Panowie mundurowi zaraz nas dogonią, te charczące relikty przeszłości osiągają jakąś śmieszną prędkość średnio szybko biegnącego psa! Dramat! Na takie coś nigdy się nie pisałem! Biorę ostry zakręt, ale nie przewiduję, że tuż za ścianą spokojnie będzie stać grupa emerytowanych trenerów na obchodach - sądząc po torcie - jakiegoś czterdziestolecia. Jako że lecę niezbyt wysoko nad ziemią, wpadam na staruszków, mimo że usiłuję wykierować i zmienić trajektorię lotu, to miotła reaguje ospale i finalnie rozbijam stetryczałe ludzkie kręgle i ciasto.
-O kurwa! Przepraszam. Jesteście cali? - pytam z głupia frant, samemu zbierając się z podłogi i rozcierając siedzenie. To nie był dobry pomysł. Mam na nim krem. Zezuję w stronę nadciągających z drugiej strony drzwi strażników, no, już po ptakach.
-Kurwa mać... Przepraszam wszystkich. Mam nadzieję... przepraszam, naprawdę -plączę się w tych przeprosinach, ale no jakoś tak głupio wyszło. I Selina to wszystko widzi, pewnie ze śmiechu pęka i prawie już płacze.


Tak, możesz zapalić znicz
Chociaż wiem, że już nic
Mnie nie czyni człowiekiem
Morgan Szalbierz
Zawód : staram się
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
I Tend The Light
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Duch
Muzeum Quidditcha - Page 3 0a8b1-img_1302
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Re: Muzeum Quidditcha [odnośnik]24.02.20 18:15
Gdyby słyszała rozważania Francisa, pewnie uznałaby je za interesujące i podjęłaby nawet dyskusję - niezbyt owocną, rzecz jasna, bo wszystkiemu stanowczo by zaprzeczyła, jednak miałaby sama o czym myśleć. Cóż, może faktycznie wstała z martwych? Była czyimś imperiusem? A może dostała drugie życie zgodnie z buddyjską maksymą? Zaraz... Ale czy wtedy nie powinna reinkarnować się w kogoś innego poza sobą? No, narodzić się na nowo i te inne bzdury? Och, mogłaby być osą i dalej złośliwie wszystkich żądlić! Bo, hmm, w tym całym odrodzeniu chodziło o stanie się wyrazem tego, czym się było za życia czy raczej o możliwość doskonalenia się pod innym przykryciem? Może złośliwy los uwięziłby ją w ciele psa lub innego, równie obrzydliwie poczciwego stworzenia, które skazałoby ją na nudny, żałosny żywot? Cokolwiek to by nie było, dobrze było mieć kompletnie inne rozważania i problemy. Tak, jak ten teraz, stojący przed nią.
Wykrzywiła twarz w drwiącym wyrazie i przewróciła oczami, ubodzona nie tylko jego słowami, ale też palcem. Bezczelny! A przed chwilą jeszcze niemalże ronił łzy z tęsknoty za jej niezastąpionym jestestwem!
-Och, jasne.-sarknęła, prowadząc dalej swój mini teatrzyk na dwóch nogach.-"Och, Selina, było mi tak źle, że cię nie było, łe, łe". Sam jesteś irytujący.-odwróciła się do niego plecami i mówiła pod nosem, pewnie na tyle cicho, by nie usłyszał i mogli urządzić swój mini rajd na miotłach kilka zdań dalej bez zachwiań fabularnych, bo kto wie jak zareaguje na te słowa kruche ego jej rozmówcy?! Lepiej nie wiedzieć!
-Nie bądź głupi. Utopię je. Może twoje syrenki ci je wyłowią.-co za absurdalne oskarżenia, dlaczego miałaby palić? Do tego te śmieszne, kompletnie babskie podpałki? Phi! Takie coś to się paliło za szklarniami szkoły, a nie w tym wieku, Lestrange. Choć, cóż, pasowało to do jego jakże buntowniczego imidżu. Francis wiecznie młody. W końcu istniała duża szansa, że tak się właśnie stanie, prawda? Jego twarz zastygnie nim osiągnie starczy wiek, w sensie. Mogłaby go sobie postawić w salonie. Z nudów udawałaby czasem, że wciąż dzielą młodzieńcze pocałunki na plaży. No ale! To już były raczej makabryczne rozważania. Tymczasem, jej towarzysz, był wciąż raczej ruchliwy i nic nie zapowiadało tego, by w najbliższym czasie miało się to zmienić (ale może powinna z nim porozmawiać o takiej ewentualności? Byłby ciekawym eksponatem w jej mieszkaniu, do tego z pewnością jedyną męską postacią, która miałaby tam zostać na stałe - a to już coś, prawda?).
Wciąż żyjąca ścigająca Os, bytująca w swojej krzywej rzeczywistości, gdzie kompletnie nic do siebie nie pasowało, dwa dodane do dwóch nijak nie dawało cztery ani nawet tej prześmiesznej piąteczki, generalnie była strasznie wymiksowana mamałyga, kaszana, klapa, same takie rzeczy przyprawiające o zawrót głowy i dysfunkcję błędnika, gdy człowiek próbował się jakkolwiek połapać w jakim momencie jest we własnej historii, więc nie miała zbyt wiele do stracenia, gdy postanowiła płynąć z nurtem rzeki (w tym wypadku lecieć za rozkapryszonym lunatykiem - tak, taki był poziom jej zdrowego rozsądku, i o ile nigdy nie osiągał zbyt wysokich wartości, to ostatnio odnotowuje rekordowe wyniki!) i była gotowa na ucieczkę przed funkcjonariuszami (no dobrze, ochroniarzami muzeum, niech będzie) na trzydziestoletniej miotle, która lata swej glorii zakończyła wraz z jej właścicielem (który, na Merlina, był w podobnym wieku, gdy kończył karierę - na szczęście był tylko mężczyzną, a nie Seliną Lovegood, więc to ściśnięcie w żołądku było absolutnie nieuzasadnioną reakcją!)... bez żadnego konkretnego powodu. Tak po prostu, by wypełnić czwartkowe popołudnie. Zaraz, był czwartek? A może wtorek? Och, doprawdy, z kalendarzem była na bakier. Ale czy miało to większe znaczenie? Był dzień. Trwał. Kolejny, taki sam. A miał szansę być inny, prawda?
Wygląda na to, że jednak zbyt wiele oczekiwała od Francisa Lestrange.
Nie wiadomo czy to wybitne umiejętności kobiety czy też nieco lepsza kondycja miotły pozwalała jej na osiągnięcie wyższej wysokości wzlatywania - na co pozwalała wysoka kopuła budynku, na szczęście, ale generalnie raczej przyzwyczajona była do tego, że jeśli lecieć, to raczej nieco wyżej niż zaraz nad ziemią (co to za frajda? Lewitacja dla lewaków?), toteż była zdziwiona-nie zdziwiona wyborem jej kompana do utrzymywania raczej niskich lotów (choć może do tego powinna się przyzwyczaić? Ale, och, wprawdzie to nigdy nie oceniała go aż tak nisko, właściwie to raczej miała o nim dobre mniemanie - cóż mogła poradzić na to, że najwyraźniej miała słabość do szlachciców-czarnych baranów w swych rodach?), które ostatecznie doprowadziły do... raczej żenującego rozwiązania.
Zawisła nad całym zdarzeniem, fundując sobie doprawdy pierwszoklasowe miejsce tego komicznego, totalnie kompromitującego widowiska, którego nie czuła się częścią. Cóż, musiała przyznać, że w pierwszej chwili była raczej zaskoczona i przez moment rozważała interwencję, ale absolutnie niezgrabne i jakże szczere zakłopotanie arystokraty niemalże rozczuliło ją do cna. Starała się nie zwracać uwagi na oficjeli, którzy posłużyli za pionki do bicia, obawiając się (całkiem realnie), że jeszcze któregoś rozpozna, a to mogło do końca zepsuć jej humor. Zamiast tego postanowiła się całkiem nieźle bawić - czyimś kosztem. I śmiech był tu absolutnie uzasadniony! Być może faktycznie, ukradkiem, uroniła nawet łzę, zapewne spełniając tym samym wszystkie mokre sny towarzyszącego jej kawalera.
Wylądowała za Francisem, słusznie zakładając, że to na nim wszyscy się skupią i - zapewne jeszcze nieco skonfundowanemu - wręczyła miotłę Plumptona. -Wygląda na to, że wszystko masz pod kontrolą.-skwitowała z ledwo wyczuwalną drwiną w głosie i klepnęła go niemalże ze współczuciem w ramię, gotowa zostawić go jako całkowicie winnego całej sytuacji, podczas gdy sama miała zamiar rozpłynąć się w powietrzu, szybko czmychając z widoku. Nie spodziewała się jednak, że muzeum będzie mieć aż tak sprawną ochronę, gdy drogę zastąpił jej...
-To ona, ona nie kupiła biletu!-zawołał, wskazując na blondynkę palcem. Cofnęła się, stykając się plecami ze swoim wspólnikiem w zbrodni. Ups, wyglądało na to, że co się odwlecze to się nie uciecze, tak?
-Cóż, chyba żadne z nas w najbliższym czasie nie będzie tu mile widziane.-wypowiedziała oczywiste, wzruszając ramionami, gotowa na los, który ją czekał. Nie była pewna czy było warto, choć finał pościgu w wykonaniu lorda Lestrange'a zostanie na długo w jej pamięci.-Ostatnie życzenie?-zapytała cicho, kiedy krąg wściekłych ludzi zaczął się wokół nich zacieśniać.




I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Selina Lovegood
Zawód : ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
OPCM : 5
UROKI : 21
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 18
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarownica
Muzeum Quidditcha - Page 3 ANUtJXt
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 https://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 https://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 https://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 https://www.morsmordre.net/t3514-skrytka-bankowa-nr-290#61348 https://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
Re: Muzeum Quidditcha [odnośnik]26.02.20 11:24
Selina-aktoreczka przypada mi do gustu. Choć udaje mnie raczej nieudolnie (nie ten tembr głosu, nie to ciut rozmarzone w swym oburzeniu spojrzenie, nie ta chwiejność w wyrażaniu emocji), to przedstawienie mi się podoba i chętnie biorę w nim udział. Żałuję, że w Hogwarcie nie miałem okazji wykazać się na deskach teatru, ale w tej pożal się Merlinie, szkole, większość zajęć dodatkowych opierała się na zbieraniu bęcek w klubie pojedynków albo na boisku qudditcha. Najbezpieczniejsze miejsce na świecie, phi, przechodząc korytarzem można było paść ofiarą ruszających się schodów, zjebać się z nich i wykitować na miejscu, o ile parę pięter niżej nie przechodził czujny nauczyciel gotowy w każdej chwili rzucić Arresto Momentum. Żałowali nam na kulturę.
Kiedy mam jednak lat trzydzieści i mogę robić to, co chcę, nadrabiam wszelkie braki skrzętnie. Podział na role to żadna wymyślna fantazja, taka skromna i raczej popularna, ale za to w moim guście. Lustruję piszczącą Selinę rozbawionym wzrokiem, po czym przyłączam się do tego cyrku. Już na czterech nogach.
-Och, Francis, jestem taka ważna i chcę, żeby wszyscy to widzieli. No dalej, mów, jak mnie uwielbiasz i że wszyscy płakali na moim pogrzebie, że miałam tam tysiąc róż bez kolców a drużyna narodowa zrobiła honorową rundę na miotłach nad mym grobem -  przedrzeźniam ton Seliny, bo jednak słyszę doskonale co mamrocze pod nosem. Wkurzona kręci mnie jakoś bardziej, a że stoi tyłem, bez przeszkód mogę oblukać sobie jej tyłek. Jeden zero dla mnie, sorry Lovegood. Irytuj się częściej, ja chętnie skorzystam.
-Syreny to nie chłopcy na posyłki. Nie są moimi służącymi - poważnieję i zamiast na głupkowaty pomysł - chce mnie ukarać? kupię sobie zaraz drugą paczkę, nie, cały wagon w najbliższym kiosku - reaguję niezwykle żywiołowo na wzmiankę o moich wodnych pannach. Może powinny się poznać, zastanawiam się, odgarniając włosy z czoła - czas już odwiedzić barbera, bawię się nimi zbyt często - to brzmi jak spełnienie wszelkich fantazji. Ciekawe, czy temperament Lovegood podołałby ciężkim charakterom mych ulubienic. Już wiem, co będę dziś śnił. Muszę przygotować duże pudełko chusteczek.
Gdyby tylko znała sztukę legilimencji, dałaby mi w pysk. Co najmniej, a ja bym się nie bronił, bo na to zasługuję. Jak już kiedyś powiedziałem: nie żałuję ani jednej podjętej decyzji, co nie znaczy, że nie żywię do siebie negatywnych uczuć, bo takie mam nieustannie. W tej chwili: obrzydzenia, które później rozmyje się w moim gwałtownym spełnieniu, a po wszystkim będę mieć siłę tylko na to, by leżeć na plecach i przywoływać rozkoszne obrazy. A Selina jest kandydatką szczególną, by w owych obrazach zaistnieć. Nie chodzi tylko o łączącą nas przeszłość, ale o gorzkawą teraźniejszość o posmaku czarnej herbaty i suchych biszkoptów bez cukru. Masz nadzieję na smaczny podwieczorek a dostajesz... to. Ale wystarczy przecież łyżka miodu, truskawkowy dżemor albo malinowa konfitura i już wyżerka jak się patrzy. Wystarczy pokombinować. Cholernie mnie ta baba pociąga - a zdążyłem prawie zapomnieć - i mam ochotę, by wytarła mną podłogę. Głupi jestem, takich życzeń się nie wypowiada, nawet w myślach, nie wiem, że spełni mi się to za, bagatela dziesięć minut.
Ale do rzeczy, goni nas czas, gonią niebiescy, a mamy tylko kilka sekund przewagi i miotły. Stare jak świat rzęchy na wypasie bo należące do jakichś guru sportu sprzed trzech dekad nie dają nam takiego speeda, jakiego się spodziewam, ale oglądam się przez ramię, czy Selina leci za mną - a jakże, lecz dużo wyżej. Pewnie chce popatrzeć sobie na mnie z góry, bo za często okazji do tego nie ma - i dodaję gazu na maksa. Kończy się to wszystko jakże piękną katastrofą.
Bach-bach.
Moja ulubiona fraza dźwiękonaśladowcza i tu znajduje zastosowanie. Żal mi porozbijanych staruszków, żal ciasta, żal poobijanych pośladków. Na sto procent będę mieć tam wielkie sińce, bolące przy każdym spotkania dupy z powierzchnią płaską. Ale do kogo z tym pójdę, hm? Bardzo lubię Archibalda, ale nie do tego stopnia, żeby ściągać przed nim spodnie.
Automatycznie przyjmuję miotłę, którą Selina wciska mi do rąk, dopiero wtedy orientując się, do czego zmierza.
-Ty... - zaczynam, gotów dać tutaj popis wkurzonego paniczyka, ale w ostatniej chwili zmieniam zdanie - watch me - zarządzam, zgrabnie chwytając trzonek miotły i zaczynam zamiatać podłogę z okruchów ciasta. Kremowa była tylko górna warstwa, reszta to najpyszniejsze kruche ciasto - kiedy nikt nie patrzył, porwałem kawałek z podłogi. Zasada pięciu sekund obowiązuje, a tutaj mają jakieś chore standardy czystości. Nawet goście po sobie sprzątają, jak widać.
Ale chyba na niewiele się to zdaje, bo tłum ludzi się zwiększa, odcinają nam drogę ucieczki i wykaraskania się za pomocą zgrabnej motoryki. No dobra, Lestrange wkracza do akcji. Unoszę ręce przed siebie, żeby pokazać, że są czyste - w przenośni, bo dalej jestem upaprany kremem.
-Panie Hefner! - macham radośnie do dyrektora muzeum o pobladłej z wściekłości twarzy - tak sobie pomyślałem, że właściwie te gadżeciki, co to chciałem kupić, może je pan zatrzymać. Uznajmy, że moja wpłata to darowizna na rzecz muzeum. I rekompensata szkód - mrugam do niego znacząco. Kajam się, ale nie do końca. Oby hajs załatwił obiekcje mężczyzny, ale wygląda na rozsądnego i na pewno zdaje sobie sprawę, że oferta jest hojna.
-A co do panów - zwracam się do poszkodowanych staruszków. Jeden z nich wygraża mi laską i pieprzy coś o niewychowanej młodzieży - oto moja wizytówka. Wszyscy panowie przez jedną noc bawią się w Wenus całkowicie na mój koszt - oświadczam głośno, a dookoła zaczyna szumieć. Coś tak sobie myślę, że niedługo ludzie będą sami mi się podkładać pod nogi, żebym ich kopnął, coby dostać taki feedback. Ale nie dla psa kiełbasa.
-Zwijamy stąd - szepczę do Seliny i chwytam ją za rękę. Idziemy ku wyjściu jak niepyszni, ale przynajmniej nie w kajdankach - może następnym razem się uda - żegnam się z nią, kończąc myśl ze swej głowy przez co pewnie zostawiam ją skonfundowaną bardziej niż na początku. Najlepsze walentynki ever!

|Franc out :pwease:


Tak, możesz zapalić znicz
Chociaż wiem, że już nic
Mnie nie czyni człowiekiem
Morgan Szalbierz
Zawód : staram się
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
I Tend The Light
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Duch
Muzeum Quidditcha - Page 3 0a8b1-img_1302
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Re: Muzeum Quidditcha [odnośnik]12.01.21 1:22
Jedna z licznych szarych sów przemierzała tej nocy Londyn. Nie wyróżniała się niczym od innych pocztowych ptaków. Przeciętnej wielkości i szybkości, niosła w dziobie starannie zapieczętowany list. Leciała wysoko, nie zniżając lotu i nie zważając na świszczący dookoła wiatr. Gdy pod nią zaczęły migotać światła latarni, zapikowała w dół. Przez chwilę krążyła nad ulicami miasta, aby ostatecznie otworzyć dziób i wypuścić z niego list, który po chwili tańczenia w powietrzu opadł na ziemię.
Jeśli przechodzisz tu jako pierwszy pomiędzy 30 września a 4 października, możesz dostrzec leżący przed wejściem do klubu list. Jest zapieczętowany i zamknięty, wyraźnie w dobrym stanie. Jeśli go podniesiesz i przyjrzysz się tyłowi korespondencji, dostrzeżesz wypisane ładnym, ozdobnym pismem: Do Ciebie, przechodniu. Gdy otworzysz kopertę zalakowaną pieczęcią w kształcie gwiazdy, ujrzysz list, a w nim:

Przeczytaj Do Ciebie
Mieszkańcu Londynu! Wojna odbiera to, co najcenniejsze.
Ostatnio z powodu działań prowadzonych na terenie Anglii życie stracili:

  • Dylan Chambers – były przedstawiciel Magicznej Policji, zabity w trakcie publicznej egzekucji po przeciwstawieniu się aktualnej władzy.
  • Daniel Wood – pracownik Ministerstwa Magii, który w lipcu sprzeciwił się swojemu przełożonemu, gdy ten rozkazał mu fizycznie ukarać mężczyznę nieposiadającego dokumentów. Jego ciało zostało znalezione dwa dni później, nosiło na sobie ślady czarnomagicznych tortur.
  • Roderick Smith – były pałkarz Jastrzębi z Flamouth. Aresztowany po ataku na funkcjonariuszy Magicznej Policji. Zamordowany za zgodą Wizengamotu w ramach wymierzenia pokazowej kary śmierci.

Łączymy się w żałobie i smutku z rodzinami, nie mogąc jednak powstrzymać się od pytania:

kto będzie następny?




I show not your face but your heart's desire
Ain Eingarp
Zawód : Wielość
Wiek : nieskończoność
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
I show not your face but your heart's desire.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
Genetyka : Metamorfomag
Muzeum Quidditcha - Page 3 3baJg9W
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f47-sowia-poczta http://morsmordre.forumpolish.com/f5-powiazania http://morsmordre.forumpolish.com/f55-mieszkania http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 3 z 3 Previous  1, 2, 3

Muzeum Quidditcha
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach