Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
kwiecień 1952, dom Weasley'ów
AutorWiadomość
kwiecień 1952, dom Weasley'ów [odnośnik]19.05.16 22:23
Choć w dzisiejszych czasach właściwie trudno było mówić o szczęściu w jakiejkolwiek postaci, Garrett był najzwyczajniej, najpospoliciej i najprościej szczęśliwy. Świat wkoło również starał się zaprzeczyć ponurym politycznym perypetiom; wiosna zastała Kornwalię już dawno, topiąc ostatnie śniegi i przyprószając ją zielenią, piętnując plamami kwiatowych pąków, które wreszcie rozkwitną, mieniąc się wszystkimi barwami tęczy.
Garry w dość specyficzny sposób ukazywał swoje szczęście. Co prawda z chęcią przybył w odwiedziny do rodzinnego domu matki (w końcu każda okazja do spotkania z najbliższymi była dobra), jednak nawet w trakcie wspólnego obiadu zdawał się nieprzytomnie wbijać spojrzenie w nieokreślony punkt na przeciwległej ścianie, błądzić myślami, dołączać do rozmowy tylko i wyłącznie wtedy, gdy ktoś dźwiękiem jego imienia wyrywał go z zamyślenia tak gęstego, że nie rozświetliłoby go najzręczniej rzucone Lumos.
Posiłek minął spędzony na naprzemiennym grzebaniu widelcem w zawartości talerza, przyglądaniu się ze zniecierpliwieniem w nieodległą okiennicę i sporadycznym przysłuchiwaniu się z uwagą słowom brata. Właściwie nie miał pojęcia, o czym Barry rozmawiał z ich matką (już dawno przestał nawet w myślach nazywać się uczestnikiem tej rozmowy), ale od czasu do czasu kontrolnie kiwał głową, nie będąc nawet pewnym, jakim słowom tak ochoczo przytakiwał.
Tkwienie w miejscu powodowało, że czuł się, jakby wkrótce miał zwariować. Usprawiedliwiając się krótkim półsłówkiem i jeszcze krótszymi przeprosinami, zaraz po obiedzie wybrał się na spacer, gdzieś w duchu licząc, że wiatr wiejący po wrzosowiskach wypłoszy z niego natrętne, zniecierpliwione myśli. Nie wypłoszył. Zamiast tego Garry błądził po polach dalej, co jakiś czas przyłapując się na tym, że spogląda w niebo, próbując doszukać się na nim rozpiętych skrzydeł swojej durnej sowy. Co, jeśli zboczyła po drodze z toru, w całej swej głupocie zabłądziła i list nigdy nie odnajdzie swojego adresata?
Gdy doszedł już do wniosku, że nawet spacer nie jest wystarczającym remedium na zniecierpliwienie objawiające się pulsowaniem z tyłu głowy, skapitulował i zarządził natychmiastowy powrót do domu. Zaczynał tęsknić za Londynem, choć wyrwał się z niego dosłownie na jedno popołudnie, ale tam przynajmniej miał tyle do roboty, że żadne głupie myśli nie obijały mu się kaskadami o wnętrze czaszki. Nie było czasu na ciągnące się w nieskończoność dywagacje z własnymi wątpliwościami.
W akcie desperacji rozważał przetrząśnięcie wszystkich szafek w poszukiwaniu czegoś wysokoprocentowego (matka na pewno gdzieś w kuchni przemycała niczego sobie trunki); rozważając wszystkie za i przeciw, poddał się po raz kolejny, ostatecznie dochodząc do wniosku, że być może upicie się było jedynym dobrym sposobem na względnie miłe skrócenie czasu oczekiwania. Problem z tym, że gdy wreszcie dorwał się do jakiejś wieloletniej butelki skrzaciego wina i powolnie wyewakuował się w kierunku ustronnego miejsca, w którym mógłby ją w spokoju opróżnić, wpadł prosto na swojego brata.
Cudownie.
- Barry - palnął z zaskoczeniem, którego nawet nie musiał udawać, po czym popatrzył na piegowatą twarz brata, potem na butelkę, a potem ponownie na niego. - Chcesz się napić? - Gratuluję Ci, Garretcie Weasley'u, osiągnięcia mistrzostwa w wydostawaniu się z niezręcznych sytuacji. - Tak swoją drogą, nie widziałeś gdzieś ostatnio Barney'a? - powiedział odrobinę za szybko, niemalże na jednym tchu, i zreflektował się dopiero kilka sekund później. - Sowy. Mojej. W sensie... no, mojej sowy, czekam na list.
I czekał bardzo intensywnie, co można było zobaczyć w każdym geście i dosłyszeć w każdej wypowiedzianej pospiesznie zgłosce.


a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Garrett Weasley
Zawód : auror
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
kwiecień 1952, dom Weasley'ów Tumblr_o0qetnbY2m1rob81ao9_r1_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley https://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 https://www.morsmordre.net/t630-garrett https://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 https://www.morsmordre.net/t2785-skrytka-bankowa-nr-122#44963 https://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
Re: kwiecień 1952, dom Weasley'ów [odnośnik]19.05.16 22:59
Kwiecień. O tej porze roku natura już się gromkimi brawami budzi się do życia, kasztanowce powoli zaczynają zielenieć, jak i inne okoliczne drzewa w Londynie. Z resztą nie tylko tam, bo też i w domu rodzinnym u Weasley'ów, na górce też się robi zielono. Trawa dostaje porannego blasku z nutą rosy, na drzewach można często spotkać najróżniejsze małe ptaszki, których Barry odróżnia tylko wyłącznie dzięki pomocy Kudłakowi. Kto by się spodziewał, że kuguchar - z natury kot, zamiast polować na małe ćwierćwidełka, które o poranku zastępują najlepsze budziki domowych gospodyń, po prostu ogląda je z ciekawości i może niekiedy podrażni ptaka. Dziwny, ale za to jaką bogatą wiedzę ma na prawie że wszystkie tematy. Nic dziwnego, ze dzięki niemu rudzielec zaliczył eliksiry, które były chyba rodzinną piętą achillesową. No i też dochodziło jego lubustwo w spaniu, najlepiej do południa, aby być wypoczętym na kolejne wypady ze znajomymi. Ale chłopak skończył szkołę z dobrymi notami i czas było pomyśleć o pracy. Na aurora nie chciał się pchać, jakoś tam siebie zbytnio nie widział. Nie miał nic przeciwko pracy swego starszego brata, który opawał się aktualnie w szczęściu, lecz Barry chyba woli zbadać sztukę różdżkarstwa. Katya mu w tym pomagała, póki nagle nie wyjechała nie wiadomo dokąd, więc wpierw sam próbował czegoś się nauczyć, ale koniec końców postanowił udać się do najlepszego fachowca w całym Londynie - do Garlica Ollivandera. Znanego z najlepszych wyrobów różdżek w całym mieście. Więc dlaczego by nie poprosić jego o pomoc?
No właśnie, rudzielec udał się i zapytał, czy nie mógłby Garlic mu pomóc w jego pasji. Ale zamiast jasnej odpowiedzi, dostał coś innego. Coś, czego w ogóle się nie spodziewał. Zaproponował rudzielcowi pracę w jego sklepie. Powiedział, że nauczy jego, lecz wpierw musi poznać wszelkie zasady, aby w ogóle być wpuszczony w najskrytsze tajemnice wyrobów ukrytych przez ród Ollivanderów. Rudzielec przeczuwał, że pewnie potem będzie jakoś wiążąca tajemnica, którą będzie musiał strzec za kilka/kilkanaście lat, jeśli uda mu się osiągnąć swój cel, którym było zrobienie sobie własnej różdżki, dopasowanej do niego i dająca wiele pozytywnej energii.
Spotkanie z Garlickiem odbyło się kilka dni przed zjazdem rodzinnym. Barry nie spodziewał się, że będzie mógł przekazać rodzinie wspaniałe wiadomości, gdyż po usłyszeniu, że nie pójdzie w ślady starszego Garretta, nieco się zawiedli, lecz nic nie mówili. Zachęcali go, by poszukał jakiejś dobrej płatnej pracy, która także dała mu sporo radości. I właśnie taką teraz dostał, bo oczywiście nie odrzucił oferty różdżkarza - no jakby śmiał nawet o tym pomyśleć. Tak więc ubrany przyzwoicie - na ile koszty materialne pozwoliły, zjawił się zaraz witając z bratem, jak i z matką. Zasiadając przy stole pomógł nieco mamie w przynoszeniu potraw, a potem skosztował jej wykonanych samodzielnie dań. Jak zawsze, wszystko smakowało wręcz wybornie. Zaraz po pierwszym posiłku gdy matka spytała się jak idzie z poszukiwaniami o pracę, rudzielec się pochwalił swoim osiągnięciem i żywo zaczął rozmawiać z mamą, niekiedy zerkając na brata i rzucając jemu swe jasnozielone i zaciekawione spojrzenie. Czyżby nadal nie mógł odpędzić się od tej całej Vance? Tak mu zawróciła w głowie? Postanowił później brata wypytać się o jego dziewczynę, bo w końcu był ciekawy, ja tam im się wiedzie. Nie chciał tylko jemu wypominać, ile to może jego kosztować - w końcu ma prawo do szczęścia, a szlachcice są durni, że robią taką piramidę krwi. Doprawdy czysty i egoistyczny idiotyzm zrodzony chyba od Nottów, bo któryś z nich spisał wszystkie rody o statusie szlacheckim. Szkoda tylko, że owi szlachcice gdy nastały ciężkie czasy, zamiast zachować się szlachecku i wspomóc potrzebujących, zachowali się niczym sknerzy i ubodzy i zatrzymali przy sobie swój majątek, a teraz rozmnażają się w bogactwie i w dobrobycie poniżając niekiedy niższe wręcz rody. Czy to ich wina, że tacy się urodzili? Powinno być równouprawnienie, a nie jakieś nie wiadomo co.
Chwilę rudzielec porozmawiał z matką, po czym przeprosił ją mówiąc, że jest nieco zmęczony. Tak naprawdę to chciał wyjść na dwór, pospacerować wśród ciszy, świeżej natury, powdychać czystego powietrza, którego brakuje w Londynie. Udał się w stronę swojego pokoju, gdy nagle spotkał się z Garrettem, który wcześnie opuścił niespodziewanie stół, lecz wtedy młodszy rudzielec tylko na niego zerknął bez żadnego zbędnego słowa. W końcu starszy brat ma prawo iść bez pytania młodszego, dokąd, prawda?
Dziewiętnastolatek zerknął nieco rozbawiony na brata, a chwilę później brwi lekko do góry widząc w jego dłoni butelkę skrzaciego wina. Bo nic innego raczej tutaj nie mógł znaleźć, prawda? Zakochany do pijaństwa, czy może na odwrót? Chyba nie chciał wiedzieć.
- A coś ci jeszcze zostało w tej butelce?- zapytał kierując swój wzrok na butelkę. Nie potrafił ocenić, czy jest cała pełna, czy jest cała pusta. - To on jeszcze żyje?- zadał pytanie na chwilę będąc poważny, lecz zaraz zaśmiał się widząc twarz brata, któremu chyba nie spodobała się taka odpowiedź. - Wyluzuj, nie, nie widziałem listu od Margo. Bo chyba czekasz na jej list, no nie?- powiedział po chwili już weselszym, lecz też i cichszym głosem, jakby właśnie konspirował z własnym bratem. Zaraz jednak znów pojawił się wesoły uśmiech na jego twarzy, a na oczach zagościło zaciekawienie. Co Garrett Weasley czuje wobec Margaux Vance. Bo to chyba na jej list czeka, tak Barry przeczuwa.
Barry Weasley
Zawód : sprzedawca u Ollivandera
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Well someday love is gonna lead you back to me
But 'til it does I'll have an empty heart
So I'll just have to believe
Somewhere out there you thinking of me...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty
kwiecień 1952, dom Weasley'ów Tumblr_n6gnr2EdcK1tq9875o1_400
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1134-barry-weasley#7558 https://www.morsmordre.net/t1142-zjadacz-mebli https://www.morsmordre.net/t1143p9-barry-weasley#7772 https://www.morsmordre.net/f189-smiertelny-nokturn-19-4 https://www.morsmordre.net/t3342-skrytka-bankowa-nr-330#56362 https://www.morsmordre.net/t1144-barry-weasley#7771
Re: kwiecień 1952, dom Weasley'ów [odnośnik]23.05.16 0:27
Wbrew pozorom nie był sztampowym przykładem osoby z problemem alkoholowym, chociaż można by pomyśleć coś zgoła innego, przyłapując Garretta na niemalże godnej kryminalisty ucieczce z miejsca zbrodni z butelką w dłoni. Zdał sobie sprawę z niekorzystnego obrotu sytuacji dopiero po chwili - zawahał się, nieświadomie marszcząc lekko brwi, ale zaraz skapitulował, uznając, że ewentualne próby snucia wymówek i tak mijały się z celem. Był w końcu dorosłym człowiekiem, a dorosłość na tle wszystkich niedogodnych obowiązków miała jeden przywilej: pełne prawo do popełniania tragicznych w swej głupocie błędów. Jedynym warunkiem była obietnica gotowości do zmierzenia się ze wszystkimi konsekwencjami.
Między innymi z zatruciem alkoholowym.
- Jeszcze nie zacząłem - rzucił zaskakująco lekko, unosząc nieco butelkę na dowód, że wcale nie była pusta - ba, nie zdążył jej jeszcze otworzyć, więc ciemnoczerwony trunek zalewał nawet ściany szyjki butelki. Nie widząc sensu w dalszej konspiracji, leniwie powędrował dłonią po różdżkę i jednym ruchem nadgarstka przywołał dwa kieliszki; zwabione niewerbalnym zaklęciem lawirowały w powietrzu, podążając za Garrettem, który skierował swoje kroki do salonu. - Co? - zapytał ze szczerym zaskoczeniem, kiedy siadał na jednej z kanap przy akompaniamencie cichego stuknięcia, jakie rozległo się, gdy oba kieliszki wylądowały na blacie niskiego, drewnianego stolika. Zanim powiedział cokolwiek więcej, kolejnym zaklęciem odkorkował butelkę. - Nie, nie czekam na jej list - sprecyzował, jednocześnie własnoręcznie i w sposób całkiem mugolski napełniając oba naczynia alkoholem; z niewiadomych przyczyn nagle stało się dla niego bardzo ważne upewnienie się, że oba kieliszki skryją w sobie dokładnie taką samą ilość alkoholu. Co do milimetra, co do pojedynczej kropli.
Ostatni raz spojrzał odruchowo w kierunku okna, a potem na powrót skupił się na bracie. To właściwie zabawne, ale nawet nie spostrzegł, kiedy ten wiecznie plątający się pod nogami pięciolatek przemienił się w nieco mniej namolnego dwudziestolatka. Coraz mocniej przerażało go, jak życie pędziło, nie zatrzymując się dla nikogo nawet na ulotne sekundy. Kiedy Garrett skończył szkołę, jego młodszy brat zasilał jeszcze szeregi trzecioklasistów; zbyt zajęty zderzeniem ze światem dorosłych czarodziejów, Garry nie miał czasu na utrzymywanie ciągłego kontaktu z rodziną, a zwłaszcza z rodzeństwem, które i tak cały rok za wyjątkiem wakacji i świąt spędzało w szkolnych murach Hogwartu.
Dość machinalnie wyciągnął rękę po wino i upił jego łyk (gdzieś tam w duszy żałując, że nie pije go w sposób, który pierwotnie zaplanował - żałośnie z gwinta wśród gałęzi któregoś z licznych drzew otaczających dom), przywołując na twarz lekki uśmiech. - To jak tam, Barry, przyzwyczaiłeś się już do dorosłego życia? - Nawet nie krył drobnej nuty typowej braterskiej kpiny, która beztrosko zatańczyła mu w głosie. Wystukał palcami chaotyczny i kompletnie przypadkowy rytm o blat stołu. Nie, nie ze zniecierpliwienia, powodem nie była również nuda; po prostu cisza dawała mu się we znaki, prowokując kolejne myśli, które już w pierwszej chwili zdecydował się uciszyć pierwszym lepszym napojem wyskokowym.


a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Garrett Weasley
Zawód : auror
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
kwiecień 1952, dom Weasley'ów Tumblr_o0qetnbY2m1rob81ao9_r1_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley https://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 https://www.morsmordre.net/t630-garrett https://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 https://www.morsmordre.net/t2785-skrytka-bankowa-nr-122#44963 https://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
Re: kwiecień 1952, dom Weasley'ów [odnośnik]23.05.16 9:10
Barry nie spodziewał się co prawda po bracie, że w czasie rodzinnego spotkania, gdzie powinni razem z trójkę siedzieć przy stole, popijać sobie skrzacie wino i rozmawiać na swobodne tematy, ten będzie chciał od tego uciec i samemu się napić. Co jego motywuje do tego, że tak postępuje? Tak zachowuje się rodzina? Zamiast być razem, ucieka od siebie? To było nieco dziwne dla niego, szczególnie że przywykł do tego, że są razem, a przynajmniej przy stole z matką i nie pozwalają jej myśleć o niemiłej przeszłości. A teraz co się dzieje? Barry chyba dorasta, wkracza w dorosłe życie, które stoi przed nim z otwartymi wrotami, jakby nagle Bank Gringotta został otworzony i rozdawał pieniądze. Naprawdę te dorastanie jest nieco dziwne, jakby próbuje się żyć na własny koszt. Barry chyba dopiero teraz pojmuje samodzielność brata, mimo iż dopiero znalazł pracę. No dobra, zaczyna pojmować, bo jeszcze nie doszedł to etapu pierwszych pieniążków z wypłaty.
Lecz nie potrzebował owych pieniędzy, by napić się alkoholu. Wystarczy, że zjawi się u mamy albo u brata i wspólnie sięgną po kieliszki, choć najlepsze i tak jest picie z gwinta, które nie wypada. Dlatego na widok butelki, którą Garrett nieco podniósł i pokazał rudzielcowi, że jest jeszcze nietknięta, nieco podniósł zdziwiony brwi, lecz nie skomentował tego. Przecież było widać i czuć na kilometr, że chciał się sam upić skrzacim winem, o ile to był możliwe po jednej samotnej butelce. Chociaż, to może być wykonalne zadanie. Posłusznie zaraz udał się z bratem do salonu obserwując chwilę z zainteresowaniem kieliszki do wina, które chwilę temu Garrett przywołał zaklęciem. To teraz we dwójkę będą pić? W sumie lepiej niż w samotności, szkoda tylko, że matkę samą zostawili, lecz jest nadzieja, że ona po prostu poszła spać z uśmiechem na twarzy, że synowie są u niej i wspólnie spędzają razem czas. Jak za dawnych lat, gdy byli jeszcze nieznośnymi urwisami, a Lyra taka mała i drobniutka. Barry'emu czasie brakuje tych starych, minionych czasów, kiedy wspólnie w dwójkę, lub w trójkę rozrabiali po okolicy, albo bawili się wspólnie. Teraz to raczej mogą spędzić wspólnie czas przy alkoholu, bądź przy pojedynkach, tyle że Barry wiedział, że Garrett i tak będzie lepszy od niego w zaklęciach. w końcu jest aurorem, choć może spróbuje kiedyś brata pokonać. Bo to byłoby ciekawe, czy za pierwszym razem Barry straciłby różdżkę, czy chwilę dłużej by powalczyli. Takie walki mogłyby być przydatne w przyszłości.
- Nie? To na czyj w takim razie?- zadał rudzielec szczerze zdziwiony, bo mógłby postawić swoją nową miesięczną pensję, że czeka na list od swej dziewczyny. Bo nic innego jemu nie przychodziło do głowy, dlaczego jest taki niecierpliwy do tej sowy. Może coś z Ministerstwa? Raczej wątpił w to, choć kto wie. Chyba należało poczekać do przybycia sowy i wtedy wszystko się wyjaśni, chyba że Garrett zrobi to pierwszy. Tik, tok.
Barry zajął miejsce przy kanapie naprzeciwko brata i chwilę w ciszy obserwował, jak napełnia kieliszki równo. Aż naszła młodego myśl, skąd u brata wzięła się taka dokładność, z którą tak nalewa po mugolsku wino. Nie łatwiej to byłoby zrobić różdżką, a mieć identyczny efekt? Czy może ta Vance jego tego nauczyła? Chyba te związki są przereklamowane, skoro do większości czynności używa się własnych rak, zamiast różdżki. Sam rudzielec należy nieco do śpiochów, którzy lubią sobie pospać, więc jak rano wstaje, to do niektórych rzeczy z lenistwa używa po prostu różdżki. Bo po co z rana się przemęczać, gdy się ie ogarnia świata. Tak tak, teraz gdy zacznie pracę będzie musiał zmienić nieco swe nawyki, co może nie przyjść z łatwością, ale coś wymyśli. Jak zawsze.
Gdy brat skończył nalewać wino do kieliszków, młodszy sięgnął po swój i wpierw posmakował wina, a potem dopiero wziął łyka. - Nie uprzedziłeś mnie, że jest ono tak skomplikowane, szczególnie w szukaniu pracy.- powiedział może nieco z wyrzutem, lecz zaraz pojawił się uśmiech na twarzy młodszego rudzielca. Definitywnie nie przyzwyczaił się do dorosłego życia, chociaż do tej pory żył bez pracy i utrzymywał się dzięki chyba hojności matki, ale teraz to się zmieni. Lecz nie wie, do czego to doprowadzi. Gdyby chciał być jak starszy brat, aurorem, to już pewnie byłby na stażu pod jego opieką. W sumie to nie byłaby zła wizja, razem przeciwko złu, jakby rudość miała wyplenić ciemne strony z Londynu swoim jasnym blaskiem. Lecz Barry nie był gotowy na taką odpowiedzialność, jak i chciał iść własną drogą, wśród różdżek, ich skrywanych w sobie tajemnic i ich magii. Chciałby kiedyś wytwarzać różdżki, bo to byłaby radość ze swej pasji, którą ma od początków Hogwartu, a nawet i chwilę wcześniej. Bo gdyby nie różdżkarstwo, to pewnie by i został tym aurorem, jak starszy brat. Może lepiej zostawić bratu możliwość bycia lepszym w walce? - Ale ciebie chyba mocniej przytłacza, skoroś chciał wypić całą butelkę w samotności. Coś się stało?- zaraz dopowiedział zerkając tym razem na brata nieco badawczo. Z czym on chce walczyć sam? Z jakimi demonami toczy walkę? Może pozwoli młodszemu dołączyć do walki, by wspomóc? Przecież wie, że Barry gdyby mógł, to by pomógł bratu. W każdej możliwej sytuacji, jeśli Garrett tylko dopuści młodszego do swej walki. Może i jest aurorem, lecz czy nie wsparcie rodziny jest największą siłą?
Barry Weasley
Zawód : sprzedawca u Ollivandera
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Well someday love is gonna lead you back to me
But 'til it does I'll have an empty heart
So I'll just have to believe
Somewhere out there you thinking of me...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty
kwiecień 1952, dom Weasley'ów Tumblr_n6gnr2EdcK1tq9875o1_400
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1134-barry-weasley#7558 https://www.morsmordre.net/t1142-zjadacz-mebli https://www.morsmordre.net/t1143p9-barry-weasley#7772 https://www.morsmordre.net/f189-smiertelny-nokturn-19-4 https://www.morsmordre.net/t3342-skrytka-bankowa-nr-330#56362 https://www.morsmordre.net/t1144-barry-weasley#7771
Re: kwiecień 1952, dom Weasley'ów [odnośnik]26.05.16 0:10
Przez chwilę przyglądał się krytycznie krawędzi kieliszka, dostrzegając na niej uszczerbki tak drobne, że być może były wyłącznie wytworem jego wyobraźni; zdusił własne myśli niespiesznym łykiem półwytrawnego trunku drażniącego w ten przyjemny sposób kubki smakowe.
Ostatnio coraz rzadziej odnajdywał chwile, by w niezmąconym spokoju cieszyć się milczeniem. Łapczywie chwytał te momenty, które spędzali, nie wypowiadając żadnych słów; cisza nie dzwoniła mu w uszach, bo zaburzały ją dźwięki codziennego życia - ptaki śpiewające gdzieś w koronach drzew za otwartym oknem, mechanizm zegara leniwie przesuwający wskazówki. Ta melodia powolnego popołudnia była jednak harmonijna, łagodziła zszargane nerwy, koiła zmysły. - Matka jest w ogrodzie, mówiła, że potrzebuje zaczerpnąć świeżego powietrza - powiedział znikąd, właściwie niepewien, dlaczego w ogóle poruszył ten temat; odłożył kieliszek na blat stołu i obrócił go lekko, wolno, wokół własnej osi. Nieznacznie poruszona powierzchnia wina oblizała ścianki naczynia.
- To nieważne - zbył zaraz pytanie brata, choć oczywiście, że było to ważne; w innym wypadku nie wypatrywałby listu z takim zniecierpliwieniem zawiązującym myśli w węzeł i niepozwalającym skupić się na czymkolwiek innym. Dla podkreślenia swoich słów resztkami silnej woli powstrzymał się od zerknięcia raz jeszcze na nieodległą okiennice; zamiast tego ponownie zawiesił spojrzenie na bracie, próbując wyczytać coś z mimiki twarzy i miodowych piegów układających się w niezbadane konstelacje na jasnych policzkach.
Uśmiechnął się na kolejne jego słowa; cóż, historia Garretta idealnie potwierdzała regułę, że ciężka praca i determinacja potrafią doprowadzić do każdego upragnionego celu. Kiedy był w wieku swojego brata, myślał, że jego świat legł w gruzach; nie potrafił połączyć ciężkiego kursu aurorskiego z utrzymaniem - nie okłamujmy się - niemalże całej rodziny. Skapitulował, gdy na jego barkach spoczął tak wielki ciężar. Przełamał się dopiero lata temu, a zacisnąwszy zęby i przebaczywszy sobie nieprzespanie tak wielu nocy, mógł być tylko wdzięczny Merlinowi i innym wielkim czarodziejom, że udało mu się spełnić wszystkie marzenia, którymi żył, odkąd tylko jako mały szkrab zaczął planować swoją przyszłość.
W końcu zawsze wiedział, kim będzie i nie przewidywał żadnego marginesu błędu.
- Żeby to był jedyny problem dorosłości - mruknął z rozbawieniem, choć śmieszyło go to tylko z perspektywy czasu; teraz, gdy wreszcie do końca ustabilizował swoje życie (nie tylko pod względem finansowym - przeszło mu przez myśl i mimowolnie uśmiechnął się raz jeszcze), mógł z pobłażaniem patrzeć wstecz na wszystkie te sytuacje, które niegdyś zdawały mu się katastrofą i zapowiedzią rychłej apokalipsy. - Dogadałeś się wreszcie z tym Ollivanderem? - dopytał dalej, ponownie sięgając po kieliszek. Ograniczył się do obracania go między palcami, wyjątkowo skutecznie zwalczając pokusę ponownego uniesienia go do ust.
Nie, życie go nie przytłaczało; prawdę mówiąc, pierwszy raz od dłuższego czasu wszystko zdawało się w porządku. I to w pełnym tych słów znaczeniu - choć wiedział, że ukłucia szczęścia w realiach balansujących na pograniczu wojny były więcej niż złudne, nie chciał rezygnować z budzenia się z uśmiechem rozjaśniającym twarz i myślami, że wreszcie jego życie stoczyło się na prawidłowy tor. I że cokolwiek by się nie stało, zawsze da sobie radę. Nie, nie da - dadzą. - Nie, po prostu zobaczyłem tę butelkę i pomyślałem, że jest jakaś samotna - rzucił pół żartem, pół serio, odciągając rozmowę od swoich potencjalnych problemów (zawsze to robił - nie znosił poruszać tematu prywatnych batalii i kryzysów, nie lubił wylewać żali czy marudzić na niesprawiedliwość losu), ale chwilę potem wreszcie się zreflektował. - Ale to jeszcze nie alkoholizm - co podkreślił łykiem wina, tym razem większym, szybkim, bo tuż po odjęciu kieliszka od ust chciał mówić dalej; dalej drążyć życzliwą szyderę, bawić się słowem i zaśmiewać przyjaźnie z młodości brata, która z pewnością niosła za sobą całą paletę emocji. - I zastanawia mnie ta twoja fascynacja różdżkami - zaczął, a w jego głośnie lekko i beztrosko pobrzmiewało coś zaczepnego, nonszalanckiego, niefrasobliwego. - Jesteś pewien, że żadna panna od Ollivanderów nie zawróciła ci po prostu w głowie? - Tym razem też nie potrafił opanować rozbawienia, które wzniecało iskierki tańczące w oczach i układało usta w kształt najszczerszego z uśmiechów.


a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Garrett Weasley
Zawód : auror
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
kwiecień 1952, dom Weasley'ów Tumblr_o0qetnbY2m1rob81ao9_r1_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley https://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 https://www.morsmordre.net/t630-garrett https://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 https://www.morsmordre.net/t2785-skrytka-bankowa-nr-122#44963 https://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
Re: kwiecień 1952, dom Weasley'ów [odnośnik]27.05.16 10:20
Milczenie było ułudą prawdy i jednocześnie fałszu, które tuszowało się wśród cieni pod słońcem, które chcą uniknąć boskiej sprawiedliwości, jeśli takowa istnieje. Mimo iż rudzielec mniej milczał, niżeli powinien, to jednak kiedy należało przemilczeć prawdę - tak też robił. A gdy należało być cichym - kiedy musiał to był cicho. Bo najlepiej jest oczywiście unika takich nieprzyjemnych jak i niekomfortowych sytuacji.
Przyjął całkiem w sumie bezużyteczną wiadomość o matce, która teraz siedzi sobie spokojnie w ogrodzie, jak i jej nie skomentował. W sumie nawet nie wiedział co miałby teraz powiedzieć, że co. Że się cieszy? Czy że może sobie z niego żartuje? Lepiej chyba takie pytania zachować w myślach, mimo iż rudzielec niekiedy mówi zanim pomyśli, jak to on.
- Skoro tak uważasz.- powiedział bez większego przekonania, bo oczywiście nie wierzył w niewinność listu. Oczywiście przypuszczał, że to jest coś ważnego, lecz skoro Garrett nie chce się przyznać, to musi być w cholerę ważne. Coś na tyle ważnego, że nikomu o tym nie wspomniał podczas dzisiejszego posiłku z matką. Co się dzieje z nim, że robi się coraz bardziej tajemniczy. Bo przecież nie powinno się w rodzinie zatrzymywać sekretów w tajemnicy, chyba że to da się jakoś inaczej wytłumaczyć. Ja na razie nic nie miał do ukrycia zarówno przed rodzeństwem, jak i matką i innymi znajomymi.
Upił się zatem kilkoma łykami skrzaciego wina, które nawilżało zarówno jego najedzone gardło, jak i nieco zabarwiły jego wargi na krwistoczerwoną barwę. Sobie poprzesuwał wargami, aby smak wina jak i sam jego kolor rozmasował się po jego wargach i wchłonął si, by po kilku sekundach nie było żadnego dowodu na to, że Barry pił właśnie skrzacie wino. - A jak to u Ciebie wyglądało, skoroś taki zabawny?- zadał pytanie wręcz w odwecie za te niezbyt miłe słowa, które nie chcąco chyba miał rudzielca zniechęcić do snucia planów na przyszłość, czego nie chciał robić oczywiście. Chciał planować, snuć marzeniami, wierzyć w to, że osiągnie to, o czym marzy. o szczęśliwej rodzince z kilkoma rudymi czuprynami, szczęśliwe rodzeństwo z własnymi rodzinami, i rodziców razem. Tęsknił jak diabli za ojcem, mimo iż starał się tego po sobie nie pokazywać. Brał z brata przykład jak i był przez pewny czas jego autorytetem, lecz Garrett nigdy nie zastąpi brakującego wiecznie ojca. Nawet za wszelkie skarby. - Nie było to łatwe, lecz dośliszmy do pewnego kompromisu. To chyba najważniejsze, nieprawdaż? - i jak to bywa z młodszym rodzeństwem - rudzielec podpytał się starszego piegusa ze swej decyzji. Fakt, kompromis zbytnio nie pasował Barry'emu, lecz jeśli to ma jemu w przyszłości pracować przy różdżkach, nie tylko jako sprzedawca, to oczywiście jest gotów ponieść wszelkie ryzyko, jak i wiążące się z tym konsekwencje. - Jeszcze.- złapał jego za słówko, mimo iż jego słowa całkiem nie przypadły jemu do gustu. Zamierza wejść w alkoholizm? Czy po prostu bawi się z nim? Obie te opcje nie były z pozytywnym nastawieniem wobec rudzielca, który mało może zrobić wobec starszego brata. Lecz jeśli popadnie w alkoholizm, to Barry coś wymyśli, by jego z tego wyciągnąć. Szkoda, że Barry nie wie, jaka przyszłość będzie ironią dla samej jego persony. Jego warga drgnęła zmuszając się do szczerego w sumie uśmiechu i skosztował kolejne krople wina z kieliszka. Słysząc pytanie odnośnie Ollivanderów cicho zaśmiał się z jego słów jednocześnie sobie przypominając pewną osóbkę, która jego uczyła potajemnie, a teraz ona wyjechała w nieznane i nie ma z nią żadnego kontaktu. - Nawet jeśli, to jej teraz już od dawna nie ma tutaj. Z resztą przypomnieć ci, że moja pasja zaczęła się od chwili, gdy sam dostałeś swoją różdżkę? Nie pamiętasz, jak ci ciągle w wakacje zabierałem różdżkę?- powiedział przechodząc szybko z nieprzyjemnego tematu na ten weselszy, gdzie wspomina stare, dobre dzieje. Nie chciał rozmawiać o Katyi, bo trochę jego bolał fakt, że wyjechała bez pożegnania oraz bez powiedzenia dokąd ona ucieka. Napisałby do niej list, ale nie wie gdzie jest oraz czy może zmieniła nazwisko. W końcu ona mogła być do tego zdolna. Zaraz odgonił od siebie myśli o Katyi kryjąc to szczerym uśmiechem, który miał wiązać do jego ostatniej wypowiedzi. Bo przecież Barry od dawna próbował zbadać tajemnice różdżki, poczynając chyba od różdżki brata. Chyba, bo nie jest pewny, czy wcześniej kradł rodzicom, czy skutecznie przed nim ukrywali kawałek drewna. Ale na pewno brał różdżkę Garretta, tego on jest pewny na sto procent. Później dostał swoją i tylko wyłącznie nią się zajmował póki nie poszedł do Hogwartu i nie poznał Katyi.
Barry Weasley
Zawód : sprzedawca u Ollivandera
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Well someday love is gonna lead you back to me
But 'til it does I'll have an empty heart
So I'll just have to believe
Somewhere out there you thinking of me...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty
kwiecień 1952, dom Weasley'ów Tumblr_n6gnr2EdcK1tq9875o1_400
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1134-barry-weasley#7558 https://www.morsmordre.net/t1142-zjadacz-mebli https://www.morsmordre.net/t1143p9-barry-weasley#7772 https://www.morsmordre.net/f189-smiertelny-nokturn-19-4 https://www.morsmordre.net/t3342-skrytka-bankowa-nr-330#56362 https://www.morsmordre.net/t1144-barry-weasley#7771
Re: kwiecień 1952, dom Weasley'ów [odnośnik]03.06.16 22:35
W geście ni to zniecierpliwienia, ni to znużenia wybębnił palcami o krawędź blatu nieregularny, tylko sobie znany rytm - jakby przelewał dręczące go myśli w nieokreślone odbicia opuszek. Przez chwilę patrzył na żyłę o barwie intensywnego błękitu, która uwydatniała się na wierzchu jego dłoni, ale zaraz oderwał od niej wzrok; jakby był w jakimś transie, raz jeszcze sięgnął po kieliszek wina, w którym zatopił usta. Smak zabarwiony lekką nutą goryczy kąsał go po ustach - uśmiechnął się lekko, może do własnych rozmyślań, może do słów brata. Kiedy spostrzegł, że trunek nie oblizywał już ścianek, a niebezpiecznie zahaczał o dno, raz jeszcze sięgnął po butelkę.
Uniesione kąciki ust układały się w ten sposób charakterystyczny tylko dla niego; w oczach błyskał lekki cynizm, choć - paradoksalnie? - wcale nienacechowany pejoratywnie.
- Przecież wiesz - rzucił lekko, nawet zakrawając o radość - bo przecież nie raz snuł tę historię, zwłaszcza teraz, kiedy rany zdążyły się zabliźnić, a każde wspomnienie o początkach dorosłości będącej podwalinami marzeń przestało kłuć, drażnić i rozdrapywać jątrzące się strupy. Napełnił kieliszki winem, tym razem również nie wysługując się magią. - Dwuletni przystanek w Esach i Floresach był niezbędny, ktoś wam musiał płacić za nowe podręczniki - ale w jego głosie nie brzmiał wyrzut, raczej rozbawienie; otwarcie hiperbolizował, bo choć stan majątkowy Weasley'ów brutalnie skruszał w porównaniu z pozostałymi rodami arystokratycznymi, nigdy nie zaznali głodu.
Po prostu nie pławili się w zbędnych bogactwach jak przed dekadami.
Choć nie tak znowu wieloma; dawny splendor odebrała im wyłącznie dobra wola, otwarte serca i grasująca wojna - zarówno czarodziejska, jak i ta wyzbyta magii. Ale mimo to nie narzekał. Nie potrzebował blichtru, bo i tak - niemalże na wzór pozytywistycznych uniesień - nie wierzył w definiowanie człowieka na podstawie jego urodzenia. Ani rzekomego rozrzedzenia krwi; nie wątpił w swoje przekonania już od czasów szkoły, kiedy na miano jego przyjaciół zasługiwali głównie ci, których arystokratyczny półświatek najpewniej by potępił.
A potem wszystko stało się jeszcze klarowniejsze, tak oczywiste, że nie wierzył, że kiedykolwiek mógłby mieć wątpliwości - pojawiła się ona, jak świeży powiew odgoniła chmury i pozwoliła słońcu rozświetlić niebo. Rozgonić mroki. I może zgodzi się rozświetlać je aż do końca?
Prowokując się myślami, raz jeszcze powędrował spojrzeniem do okna.
- Kompromisu? - ciągnął go za język, powracając do wybijania palcami o blat rytmu, tym razem nieco mniej chaotycznego, jakby składającego się w nieznaną, zrozumiałą tylko przez niego całość. Upił wina, a rzucone przez brata pojedyncze słowo (tylko mu się zdawało, czy zabrzmiał w nim wyrzut?) sprawiło, że uśmiechnął się jeszcze szerzej, balansując na granicy parsknięcia śmiechem. - Hej, to ja jestem tu starszym bratem; mnie przypada rola prawienia morałów. - Odstawił szkło z akompaniamentem cichego stuknięcia, ale nie zrobił tego z powodu przestrogi brata - o własny domniemany alkoholizm bynajmniej się nie obawiał. Prawdę mówiąc, mało było rzeczy, które w danej chwili były w stanie wytrącić go z poczucia pewności, że wszystko ułoży się po jego myśli, że wszystko będzie w porządku.
Tylko te natrętne wątpliwości, te mimowolne spojrzenia jakby same rzucające się w kierunku drewnianej okiennicy ginącej za niemalże pajęczą nicią firanek...
- Oho, czyli jednak kobieta - zaśmiał się, a w jego oczach błysnęło coś na kształt triumfu; zastanowił się nad wszystkimi Ollivanderównami, choć pamięć zdawała się blaknąć. Nie był na bieżąco, odkąd przestał zaszczycać salony swoją obecnością - nie miał pojęcia, kto ostatnio debiutował, a twarze osób zagubionych wśród splendoru, nierozumiejących, że świat nie ogranicza się do dobrego kroju sukni, przestały go interesować.
W najmniejszym stopniu.
- Tak, pamiętam. I pamiętam też to, że za każdym razem znajdowałem ją zamoczoną w nieokreślonej substancji. Albo oklejoną czymś lepkim. Albo ratowałem ją przed zagładą właśnie w tym momencie, gdy chciałeś ją przepołowić, żeby pooglądać rdzeń - mówił z przekąsem, ale było to wyłącznie widmo dawnej irytacji - aktualnie zabarwiał słowa śmiechem, bo wspomnienie beztroskich lat zawsze uspokajało jak starannie uwarzony eliksir. - Dalej nie rozumiem, co jest aż tak frapującego w rogu garboroga.
Bo różdżka miała być wyłącznie przyjaciółką, przedłużeniem ręki, narzędziem pracy - nie potrzebował nigdy wgłębiać w sposób jej powstania.


a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Garrett Weasley
Zawód : auror
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
kwiecień 1952, dom Weasley'ów Tumblr_o0qetnbY2m1rob81ao9_r1_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley https://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 https://www.morsmordre.net/t630-garrett https://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 https://www.morsmordre.net/t2785-skrytka-bankowa-nr-122#44963 https://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
Re: kwiecień 1952, dom Weasley'ów [odnośnik]05.06.16 11:10
Nie dało się zapomnieć minionych czasów, kiedy to właśnie brat dostarczał niezbędne rzeczy, bo matce nie starczało na zbyt wiele. Może gdyby ojciec z nimi był, byłoby lepiej. Może nie staliby na ziemi niczyjej, tylko odremontowaliby rodzinny dom na wzgórzach, by tam powrócili i próbowaliby na nowo żyć, zgodnie z ich naturą. Teraz w sumie nie jest może źle, lecz na każdym kroku były widać braki, które frustrowały nieraz młodego rudzielca, gdy był jeszcze małym brzdącem.
- A potem z Esów przeniosłeś się na aurorstwo. Aż dziwne, że chce ci się skakać między piedestałami starszych aurorów.- odrzekł z wesołym uśmiechem pozwalając dolać bratu nieco wina, które i tak zaraz ponownie skosztował. Aż dziwne, że jemu chciało się zostawić spokojną Pokątną i stabilne życie na rzecz wiecznego ryzyka i walki ze złem. Niby to jest gryfońskie postępowanie ba, nawet niekiedy w szkole Barry ratował młodszych z opresji, lecz czy by chciał to rozszerzyć na masową skalę? Czy on podołałby się takiej odpowiedzialności za ludzi? Niekoniecznie, choć gdyby się uparł, to by pewnie oczywiście mógłby dać sobie z tym radę. Ale jemu wystarczy widok Lyry, która chce dążyć ścieżką Garretta. Może jej się uda osiągnąć to, co Barry uważa za niekonieczne. W końcu woli żyć między walkami, gdzieś z boku i obserwować wszystko pomagając w sumie każdemu. Bo czy nie lepiej zapobiegać takim walkom poprzez pomoc i rozmowy? Potrzebne są walki różdżkami, które mogą doprowadzić na różne skrajności?
- No raczej na starcie Ollivanderowie nie zechcą się podzielić swoją tajemną i rodową tajemnicą. Póki co, będę sprzedawać różdżki.- powiedział żartobliwie uśmiechając się do samego siebie. Już wyobrażał sobie za kilka lat, jak będzie siedzieć w piwniczce Garlica i pod jego okiem wykona swoją pierwszą, prawdziwą różdżkę. Albo pod okiem Katyi, jeśli wróci oczywiście. Tak czy siak, będzie długo i cierpliwie czekał, dopóki nie dostąpi tego zaszczytu. Zaraz jednak jego myśli zostały rozwiane przez brata, który chyba budzi się, lecz czy aby? Już nie pytając siebie o to w myślach, Barry parsknął śmiechem, lecz nic nie powiedział. No niech mu będzie, niech prawi morały, jeśli będzie musiał. Lecz czy młodszy rudzielec wysłucha tego wszystkiego? Czas pokaże. Upił kolejne łyki skrzaciego wina nie chcąc rozpętać rozmowy na temat prawienia morałów. - Starszy, ale niższy.- jednak dodał po wypiciu łyka wina nie przestając się szczerzyć. Może i jest niewielka różnica między nimi co do wzrostu, lecz jeśli Garrett chce wyciągać różnice między ich wiekiem, to Barry nie będzie jemu dłużny. Oczywiście nie robi to w żaden złośliwy sposób [no może odrobinkę], ale czy to jest aż tak istotne?
- Była- podkreślił wcześniejsze we słowa, lecz nie chciał tego rozwijać. Garrett nei musi wiedzieć o wszystkim no! Szczególnie, która Ollivanderówna zauroczyła jego wtedy, choć może gdy brat wytęży swój siódmy zmysł, to może odgadnie, o kogo chodzi. Ale Barry nie zechce mu jemu ułatwić. I tak już jej nie zobaczy na sabacie, chyba że wróci niespodziewanie, ale czy wtedy Kat nie napisałaby do niego jakiejkolwiek wiadomości? Nie przysłałaby sowy do rudzielca? No właśnie.
- Oj daj spokój, nic by jej wtedy się nie stało, a wtedy nie miałem innej różdżki do dogłębnych badań. Masz pojęcie, jaką wytrzymałą masz różdżkę?- powiedział nieco broniąc się, lecz na koniec poruszył brwiami chcąc dać znać bratu, że od tamtego momentu bardzo wiele się nauczył. Bo większość ludzi myśli - o fajnie, mam cis, jakiś tam głupi rdzeń, małą/dużą różdżkę i twardą/giętką różdżkę, której [nie]da się wygiąć na wszystkie strony świata. A Barry od własnych, dziecinnych wręcz doświadczeń, nauczył się bardzo wiele.
- Skora garboroga jest najtwardszym materiałem, które wykorzystuje się zarówno w eliksirach, jak i jest na jego rogu. Samo uzyskanie rogu garboroda jest trudne do odnalezienia w górach, gdyż one mieszkają wśród trolli. Wiele nie wiem o tych zwierzakach, chociaż obstawiam, że trolle na nich jeżdżą, gdy udają się na jakieś polowania. Ale wracając do tego rogu - jest trudne do odnalezienia, jest odporna na zaklęcia i uroki - czyli doskonała w obronie, jak i jest wierna swemu właścicielowi - jak garboróg trollowi.- młody udzielił krótkiego wykładu na temat rdzenia różdżki jego brata. W sumie powinien wiedzieć, jaką zdolną i wytrzymałą różdżkę ma w posiadaniu, czy raczej jaka różdżka jego wybrała, bo to różdżka wybiera czarodzieja, a nie na odwrót. Barry zna znaczenie swojej różdżki, która doskonale podkreśla jego lubujące ciągle zasypianie jak i przypominające liczne spóźnienia w Hogwarcie. Natomiast różdżka brata pokazuje, że jest mocna w walce, będzie jemu wierna i poniekąd pokazuje, że Garrett wybrał dobrą drogę w przyszłości. Może dużo osiągnie, na co Barry liczy nawet bez pomocy różdżki, bo zna przecież dobrze swojego brata A przynajmniej po części, lecz jego wiara w brata nigdy nie zmaleje. Zawsze będzie tylko większa.
Barry Weasley
Zawód : sprzedawca u Ollivandera
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Well someday love is gonna lead you back to me
But 'til it does I'll have an empty heart
So I'll just have to believe
Somewhere out there you thinking of me...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty
kwiecień 1952, dom Weasley'ów Tumblr_n6gnr2EdcK1tq9875o1_400
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1134-barry-weasley#7558 https://www.morsmordre.net/t1142-zjadacz-mebli https://www.morsmordre.net/t1143p9-barry-weasley#7772 https://www.morsmordre.net/f189-smiertelny-nokturn-19-4 https://www.morsmordre.net/t3342-skrytka-bankowa-nr-330#56362 https://www.morsmordre.net/t1144-barry-weasley#7771
Re: kwiecień 1952, dom Weasley'ów [odnośnik]11.06.16 1:15
Niedbale wzruszył ramionami, ponownie obracając w dłoni kieliszek.
- Kiedyś to wokół mnie będą skakać - powiedział z cieniem uśmiechu, lekko barwiąc słowa nutą niewymuszonego sarkazmu. Bo przecież szczeniackie mrzonki o chwale już dawno wygasły - nie potrzebował poklasku, by czuć się spełnionym, bo satysfakcję dawało mu samo odnalezienie się w zawodzie, o którym marzył tak długo, jak tylko potrafił sobie przypomnieć. Coraz częściej dochodził do wniosku, że z pragnienia sławy i uznania po prostu się wyrasta. On również wyrósł; zachwiał u podstaw życiowe priorytety, obrócił je o równo sto osiemdziesiąt stopni.
Bo niegdyś zależało mu na podziwie jaśniejącym w oczach wielu osób, teraz - w spojrzeniu tylko jednej.
To właściwie zabawne, że wszystko uległo zmianie tak szybko, mrugało niczym kontrastowe szkiełka w wielobarwnym kalejdoskopie. Czas nieubłaganie płynął naprzód, a świat podążał za nim, nie zatrzymując się dla nikogo ani niczego. Nawet na ulotną chwilę.
- Praca sprzedawcy bywa nieznośna - rzucił lekko, raz jeszcze unosząc delikatnie jeden z kącików bladych ust; sam nie wspominał najlepiej dwuletniej udręki, jaką było wieczne użeranie się z klientami księgarni. A może męczyło go to tak bardzo tylko dlatego, że na każdym kroku akompaniował mu dźwięk kruszących się marzeń? Wciskanie książek na piętrzące się do nieba regały bardziej przypominało wyrok, przyklejanie do twarzy radosnego uśmiechu zdawało się zaciskać na jego gardle, utrudniać branie swobodnych oddechów. Dusił się. Dusił się, nie potrafiąc zwyciężyć ze świadomością, że znajdował się kompletnie w innym miejscu niż powinien, nie tam, gdzie należał.
Ale zdawał sobie sprawę z tego, że nie może mierzyć wszystkich swoją miarą.
- Mam nadzieję, że cię to uszczęśliwi - powiedział więc, znów unosząc do ust zabarwione winem szkło - w geście niewypowiedzianego, niewzniesionego nawet toastu?
Bo nie potrafił, po prostu nie potrafił wyobrazić sobie szczęścia budowanego za sklepową ladą, w jakkolwiek znamienitym sklepie by się nie znajdowała.
Przez chwilę patrzył na brata z bliżej nieokreślonym zastanowieniem, prowadząc batalie ze znanymi tylko sobie myślami, a potem coś beztroskiego raz jeszcze rozbłysnęło mu w spojrzeniu. - I bardziej proporcjonalny - podkreślił, starając się brzmieć poważnie, ale przez warstwę stoicyzmu i tak przebijał się cichy pogłos śmiechu, który wyblakł wraz z kolejnym wypowiedzianym przez Barry'ego słowem. - Jeżeli ci zależy, nie powinieneś pozwolić jej odejść - dodał ciepło, nawet nie zdając sobie sprawy, że jeżeli spojrzeć by na jego słowa z perspektywy wydarzeń, które jeszcze nie miały miejsca, nabiorą mocno hipokrytycznego wydźwięku.
Kolejny cyniczny uśmiech przewrotnego losu.
- Gdyby nie była wytrzymała, już dawno pozostałyby z niej wióry - szczególnie po seriach dziecięcych doświadczeń jego brata; Garrett wolał nawet nie zastanawiać się, jaki okrutny los spotykał nieszczęsną różdżkę przez te lata intensywnych eksperymentów. Jak wiele razy była zgięta niemalże w pół? Ile razy włożona do ognia?
- Ale raczej nie wygłaszaj takich wykładów przerażonym jedenastolatkom - zaśmiał się ponownie, kwitując krótko opowieść o garborogu; wino powoli zaczęło rozganiać kłębiące się myśli, sprawiać, że wszystko malowało się w barwach jaśniejszych od tych rzeczywistych - bo przestraszą się jeszcze bardziej.
Ewentualnie zanudzą na śmierć, dodał w myślach, nie kryjąc nawet uśmiechu, który na nowo rozjaśniał mu twarz.


a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Garrett Weasley
Zawód : auror
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
kwiecień 1952, dom Weasley'ów Tumblr_o0qetnbY2m1rob81ao9_r1_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley https://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 https://www.morsmordre.net/t630-garrett https://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 https://www.morsmordre.net/t2785-skrytka-bankowa-nr-122#44963 https://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
Re: kwiecień 1952, dom Weasley'ów [odnośnik]17.06.16 13:13
Może będą skakać - tego Barry życzył swemu bratu. Aby dążył do tego, co chciał osiągnąć. W końcu tak zostali wychowani - ciężka, ale zasłużona praca daje wiele szczęścia w przyszłości. Nawet ta najbrudniejsza może przynieść na koniec coś dobrego podczas ciemności. Może już Garrett przeżył ciemność właśnie w księgarni, a Barry miał wejść w nią, głęboko - co z resztą ukaże przyszłość. Pytanie, czy będzie w stanie wyjść z owego mroku, jak jego starszy brat. Czy wyjdzie z lady z różdżkami, by nawet walczyć o dobro, jak brat? To jest wątpliwe, chociaż młody rudzielec lubował się w pojedynki w Hogwarcie, i gdyby teraz sobie poćwiczył, to kto wie, czy też nie stanie do walki. Może stwierdzi, że to jest po prostu kolejny nielegalny pojedynek, na którym można dokształcać swe umiejętności.
- Może i nie jest przyjemna, ale bezpieczniejsza niż aurorstwo.- westchnął zerkając na swój kieliszek z winem i ostatecznie wziął kolejnego łyka. Aurorstwo było niebezpieczne, a z każdą akcją może być coraz gorzej. Można by zadać ważne pytanie - czy warto ryzykować życie na wszystkich ludzi? A co jak wtedy oberwie się zaklęciem, może nawet niewybaczalnym? Do tego Barry nie przywykł, bo podczas pojedynków po prostu rzucają albo zwykłe zaklęcia, albo te transmutacyjne. Panuje zasada - zero czarnej magii. Aby każdy miał równe szanse. Rudzielec nie wyobraża sobie walki z czarną, paskudną wręcz magią. Jak miałby się przed nią bronić? Czy Protego by wystarczyło, czy może trzeba jakimiś mocniejszymi zaklęciami bronić swych czterech liter?
- A ty tylko wracaj żywy.- dodał rudzielec z uśmiechem na twarzy i wziął kolejnego łyka wina równo z bratem. Póki co nie wyobraża sobie innej pracy niż tej u Ollivandera. Także myśli że tak, będzie tam szczęśliwy.
Lecz już jego ciche parsknięcie rozbiegło się po pokoju słysząc brata, który próbuje mimo wszystko wybić się. W sumie miał do tego prawo, pełne prawo, ale młodszy nie chciał być po prostu gorszy od niego. Może nie są w tych samych dziedzinach dobrzy, ale brak jednego można porównać do wiedzy w całkiem innym zakresie. Jeszcze pokaże, że mimo swojego wieku wcale nie jest gorszy od Garretta.
Lecz zaraz jego myśli dotyczące przyszłości rozeszły się, jak i jego uśmiech, bo doszli do tematu Katyi. - Teraz już nic nie zrobię. Wybyła... bez słowa.- powiedział krótko może nawet z bólem, bo ten brak pożegnania bolał jego najbardziej. Już mniej by jego bolało rozstanie z powiedzeniem, dlaczego ucieka, niż o takie zniknięcie. Puff, niczym kurz z półki zniknęła. Zaraz jednak westchnął i uśmiechnął się chcąc zmienić temat na weselszy, bez żadnych wspominek o lady Ollivander.
- Daj spokój, nie spaliłbym jej przecież.- powiedział wesoło kręcąc jednocześnie oczyma. Barry mimo wszystko przecież by jej nie spalił! No przynajmniej świadomie, bo jako dziecko niekiedy ma się nieświadome przypływy mocy i dzieją się różne rzeczy, najczęściej trudne do wyjaśnienia mugolom. I fakt, w tym okresie mógł robić najróżniejsze rzeczy z różdżką brata, ale czy kiedykolwiek dostał ją połamaną? Do dziś [chyba] ciągle ją ma, to oznacza, że Barry po prostu dbał o różdżkę brata najlepiej, jak umiał [i mógł].
- Nie będę, spokojnie. I tak obstawiam, że szybciej się przestraszą, gdy stłuczą jakiś wazon lub lustro.- powiedział spokojnie, aczkolwiek z uśmiechem na twarzy. Raczej nie chciał rzucać wiór teorii młodym jedenastolatkom, którym może nie zaintrygować opowieści o właściwościach ich różdżek, które dopiero pojmą po kilku latach ich użytkowania. - Ale spokojnie, twoim dzieciom wszystko wyjaśnię, by się nie czuły odrzucone od wujka Barry'ego.- dodał po chwili żartobliwym tonem, po czym dopił resztę skrzaciego wina ze swego kieliszka. To było niespecjalne, lecz po prostu rudzielec rzucił to, co przyszło mu na język, aby nieco żartobliwym tonem kontynuować ową swobodną rozmowę między nimi.
Barry Weasley
Zawód : sprzedawca u Ollivandera
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Well someday love is gonna lead you back to me
But 'til it does I'll have an empty heart
So I'll just have to believe
Somewhere out there you thinking of me...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty
kwiecień 1952, dom Weasley'ów Tumblr_n6gnr2EdcK1tq9875o1_400
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1134-barry-weasley#7558 https://www.morsmordre.net/t1142-zjadacz-mebli https://www.morsmordre.net/t1143p9-barry-weasley#7772 https://www.morsmordre.net/f189-smiertelny-nokturn-19-4 https://www.morsmordre.net/t3342-skrytka-bankowa-nr-330#56362 https://www.morsmordre.net/t1144-barry-weasley#7771
Re: kwiecień 1952, dom Weasley'ów [odnośnik]25.07.16 4:09
Zaśmiał się, a po chwili jego oddech zaparował szkło unoszonego do ust kieliszka; każdy kolejny łyk wina smakował mu coraz lepiej, wchodził coraz łatwiej, coraz intensywniej rozgrzewał gardło. Czuł się lekko, a skoro żyli w czasach, kiedy każdy moment beztroski był na wagę złota, pieczołowicie dokładał go do kolekcji chwil zapomnienia - powracał do nich, gdy przytłaczał go polityczny zamęt, kruszący się ład, gdy uświadamiał sobie, że mimo największych starań nie zdoła powstrzymać całego świata przed runięciem.
- Bezpieczeństwo jest nudne - powiedział swobodnie, żartobliwie, choć pod warstwą satyry kryła się prawda, której nie umiał zaprzeczyć. Bo egoistycznie nie wyobrażał sobie świata bez uderzeń adrenaliny zmuszających go do podejmowania natychmiastowych, niekiedy trudnych decyzji, bez zrywów, pościgów, ucieczek i przerażających walk, kiedy silne, niewybaczalne zaklęcia z trzaskiem przecinały powietrze, przemykały tuż obok policzków.
Codzienne narażanie życia zasługiwało na miano karygodnego absurdu - zaprzeczał sam sobie, bo podczas gdy troska o najbliższych zawsze była jego największym priorytetem, stawał się potencjalną przyczyną ich bólu i niewyobrażalnego smutku. Zupełnie jakby starał się nie dostrzegać, że jego krzywdy ciągnęły za sobą konsekwencje i odbijały się na bliskich.
Może Barry miał rację, własnowolnie wybierając zawód, który nie łączył się z widmem śmierci zawsze czyhającej nad ramieniem, nieopuszczającej nawet na krok.
- Tego nie mogę zagwarantować - wysilił się na kolejny żart, a szczerość zatuszował śmiechem; rzeczywiście, jakkolwiek dramatycznie to brzmiało, nie mógł gwarantować, że zawsze będzie wracał żywy.
W ich braterskie relacje trudno było wpisać otwarte opowiadanie o swoich uczuciach; najpewniej obaj mieli z tym trudności, może obaj uznawali to za słabość, którą w trakcie rozmowy lepiej zbywać milczeniem, przekształcać w żart. Poważne tematy zabijały beztroskę, w której Garrett powoli tonął i wcale nie tęsknił za powierzchnią; opowieść o ukochanej, która zniknęła bez słowa skwitował z początku tak, że machnął różdżką, a butelka z winem uniosła się i raz jeszcze napełniła oba kieliszki.
- Najwidoczniej nie była tego warta - skwitował, nie mając pojęcia, że podobna sytuacja znajdzie odbicie w jego życiu, krusząc je u podstaw i sprawiając, że istnienie przez parę dłużących się miesięcy zacznie przypominać bardziej wegetację.
Ale zanim to nastąpi, będzie długo się uśmiechał.
Jeszcze przez chwilę spoglądał na Barry'ego z uwagą, jakby upewniając się, że wspominki dotyczące dawnych miłostek - lub miłości, nie wiedział, jak bardzo było to poważne, choć zdawało mu się, że nie aż tak, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać - nie odciskają na nim bolesnego piętna uniemożliwiającego normalne funkcjonowanie. Ale rozmowa popłynęła dalej; choć dysputy o rdzeniach różdżek nie należały do jego ulubionych form spędzania wolnego czasu, wypity alkohol rozwiązywał język i sprawiał, że wszystko zdawało się o wiele przyjemniejsze.
I cóż, lepsze to niż bolesne rozmowy o złamanych sercach.
Ale w momencie, w którym Barry wspomniał mimochodem w żartach o jego dzieciach, coś w nim pękło - właśnie to, co jeszcze parę godzin temu zawiązywało się jak supeł na jego gardle i utrudniało bezstresowe oddychanie, swobodne gesty, beztroskę w spojrzeniu.
- Chcę się oświadczyć - powiedział znikąd, kompletnie wyłamując się z dotychczasowego tematu rozmowy. Psia mać, wyrzucił to z siebie na głos; pierwszy raz powiedział to, co kotłowało się w nim od dłuższego czasu, a choć nikomu wcześniej nie zdradził swoich zamiarów, decyzja została już podjęta.
Nie miał najmniejszego zamiaru tego zmieniać.
I nawet wysłał ten żałosny list z prośbą o zgodę jej rodziców, bo inaczej nie potrafił, choć nie miał pojęcia, co zamierzał zrobić w przypadku spotkania się z odmową.


a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Garrett Weasley
Zawód : auror
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
kwiecień 1952, dom Weasley'ów Tumblr_o0qetnbY2m1rob81ao9_r1_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley https://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 https://www.morsmordre.net/t630-garrett https://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 https://www.morsmordre.net/t2785-skrytka-bankowa-nr-122#44963 https://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
Re: kwiecień 1952, dom Weasley'ów [odnośnik]26.07.16 9:14
Niewątpliwe jest to, że alkohol z każdym łykiem, który swoją goryczą drażnił gardło rudzielcowi, wchodził coraz łatwiej. Nawet dało się przyzwyczaić do drapania, które wywoływało uśmiechnięte wargi, od jednego kącika ust, do drugiego. Tak samo wywołują tematy, które chcą wyciągnąć coś z głębi duszy drugiej osoby.
Bo wszystko to iluzją jest i magią i zdarza się raz na milion.
- Nie próbuj namawiać mnie na aurorstwo.- rzucił żartem, śmiejąc się, chociaż w sumie po części mówił to poważnie. Jakoś siebie nie widział w roli pana ratującego cały świat.  Jemu wystarczyło, że w Hogwarcie się nie nudził i ciągle coś robił, czy brał udział w różnych walkach, niekoniecznie w tych legalnych w Klubie Pojedynków. Mógłby iść drogą brata, w kierunku aurorstwa wcześniej nieco zarabiając na kurs, lecz wolał się uspokoić. Czaić gdzieś z boku, by w razie ewentualności dopomóc, czy wyciągnąć nawet ledwo żywe zwłoki brata z bagna, w które mógłby się wpakować. Szkoda, że Barry nie wie, że czeka go całkiem odmienna perspektywa tego, co sobie wyobrażał. Młodzi lubią wszystko idealizować, wymyślają chwile, kiedy to oni są bohaterami, niekoniecznie w dużych bitwach. Barry był skromny pod tą kwestią, mimo iż w szkole mówiono całkiem co innego.
Tak jak i jego związki, czy raczej prawie że ich brak. Wolał trzymać się z dala od nich, przez co był tylko dwa razy w związku. Jakoś nie narzeka, nawet się cieszy, choć teraz pozostanie jemu jeszcze w pamięci lady Ollivander. Ale nie chciał o niej ani myśleć, ani rozpaczać.
- Masz rację.- zgodził się z bratem i zaraz na potwierdzenie swych słów, schwycił szklankę i dopił resztę wina, która tam swobodnie pływała, a teraz wędrowała przed organizm. Niewerbalnie poprosił brata, by dolał ignorując jego badawcze spojrzenie, które nie było w sposób nie poczuć. Wymownie spojrzał jemu mówiąc, aby dał spokój i nie dręczył tego tematu. Nie są przecież babami, aby rozpamiętywać swe dawne miłości, najlepiej je zapić, przetrawić, a potem wrócić do normalnego funkcjonowania. W końcu tak się zamyka sprawy nie mające żadnej wartości.
Zaraz jednak przeszli na wyżyny tego, o czym rozmawiali. Barry jak widział, bez komentarzy wysłuchał tematów dotyczących rdzeni różdżek, lecz nagle i temat różdżek zanikł, gdyż Garrett rzucił wieść, która mogłaby zachwiać nie jedno drzewo rosnące w ich ogrodzie. Chwila, czy Barry dobrze słyszał...?
- Oświadczyć?- powtórzył początkowo zdumiony tym faktem, lecz zaraz ta chwila ulotniła się, gdyż na twarzy młodszego brata ukazał się uśmiech. Prawdziwy, szczęśliwy, zadowolony. - Nie spodziewałem się tego tak szybko, ale ... żywię nadzieję, że ci się powiedzie. Ważne, byś był szczęśliwy. Tylko ... matka wie o tym?- zamiast skrytykować, pochwalił pomysł brata, lecz musiał zadać te pytanie. Chciał wiedzieć, czy tylko on wie, czy już też rozmawiał z matką, że podejmuje taką istotną decyzję. Barry nie wątpił w to, jakim uczuciem obydwoje do siebie pałają. Chwalił to, nawet i nieco zazdrościł, że bratu się udało i gdy teraz dowiedział się o ich kolejnym progresie, to czuł że może on sam może nie dorósł do poważnego związku. - No i kiedy chcesz to uczynić? Od razu zastrzegam rolę świadka na przyszłość i chrzestnego twego syna.- dodał już pół żartem, pół serio, jak to u nich bywało. Że ważne rzeczy przeinacza się żart tak, by towarzysząca im aura wesołości nie opadła. Po co ma się kończyć ten dzień smutkiem i ponurością, skoro obydwoje mogą rozmawiać, weselić się i przede wszystkim pić bez towarzystwa żadnych pań.
- Ale czekaj czekaj, wypijmy wpierw toast za was. Za wasz związek. Dawaj.- widać że i wino zaczęło wchodzić do działań Barry'ego, który to podniósł napełnione już szkło z winem i wyciągnął je w stronę brata, aby po prostu stuknąć się z nim. - Za was- rzucił, po czym upił łyk wina z kłębiącym się uśmiechem na twarzy. Trzeba świętować za dobre chwile, dobre decyzje. Za szczęście, które nie postanowiło ich [na razie] opuścić.

| zt
Barry Weasley
Zawód : sprzedawca u Ollivandera
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Well someday love is gonna lead you back to me
But 'til it does I'll have an empty heart
So I'll just have to believe
Somewhere out there you thinking of me...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty
kwiecień 1952, dom Weasley'ów Tumblr_n6gnr2EdcK1tq9875o1_400
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1134-barry-weasley#7558 https://www.morsmordre.net/t1142-zjadacz-mebli https://www.morsmordre.net/t1143p9-barry-weasley#7772 https://www.morsmordre.net/f189-smiertelny-nokturn-19-4 https://www.morsmordre.net/t3342-skrytka-bankowa-nr-330#56362 https://www.morsmordre.net/t1144-barry-weasley#7771
kwiecień 1952, dom Weasley'ów
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach