Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Salon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 9 ... 14, 15, 16  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Salon   12.06.16 19:02

First topic message reminder :

Salon

Znajdujący się w kwaterze salon nie należy do największych, nie odznacza się też przepychem. Jego wystrój jest skromny, choć przytulny; przywodzi na myśl coś związanego z domem, daje poczucie bezpieczeństwa. Jedną z pokrytych kremową tapetą ścian zajmuje stary zegar, a gdzieniegdzie wiszą puste ramki, jakby przygotowane do tego, aby zakonnicy włożyli do nich swoje zdjęcia.
W salonie znajdują się dwie sporych rozmiarów brązowe kanapy, do których przystawiony jest niewysoki stolik wykonany z ciemnego dębowego drewna. Na nim, a także na wszystkich innych powierzchniach w pomieszczeniu, pełno jest przeróżnych drobiazgów, które nie wiadomo kto tu zostawił i które nie wiadomo do czego służą.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Bertie Bott
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3352-bertie-bott https://www.morsmordre.net/t3460-jerry#60106 https://www.morsmordre.net/t3378-zapraszam-bardzo#57355 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t3389-bertie-bott
Cukiernik
21
Półkrwi
Kawaler
Po co komu rozum, kiedy można mieć szczęście?
20
30
0
0
0
0
5
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   07.02.18 14:26

Uśmiechnął się może trochę rozbawiony kiedy nauczyciel mu się przedstawił, choć jasne - przez Hogwart przebiegało kilka setek uczniów, każdego roku pojawiali się nowi i inni odchodzili. Małe grono pedagogiczne było dla uczniów charakterystyczne, jednak nauczyciele mieli prawo zapamiętywać tylko przypadki które jakoś rzuciły im się w oczy, a Bertie cóż... rzucał się w oczy ale bardziej na korytarzach, zajęcia które były mu z grubsza obojętne raczej odbębniając.
- Bertie. Już mi się kiedyś pan przedstawiał Jakieś... pięć lat temu? - zmarszczył brwi. Nauczyciel astronomii odszedł na emeryturę, kiedy on był chyba w piątej klasie? Nie ważne z resztą, za dużo matematyki jak na jeden raz już się tutaj robi. Tak czy inaczej uścisnął wyciągniętą w jego stronę rękę, jakoś nawet nie zauważając że mimo oczywistego skrócenia dystansu chyba z automatu zwrócił się do Vane'a per pan.
- Mhmm. Z resztą watoby się tego w ogóle stąd pozbyć. - stwierdził, podchodząc do głazu. - Choć nie wiem czy damy radę, nie rozwalając go jakimś zaklęciem. - dodał. Faktycznie coś pod wielkim kamieniem połyskiwało, jednak najpewniej dawno już było całkowicie zmiażdżone. Tak czy inaczej zanim zaczną odbudowę, trzeba się tego pozbyć razem z resztą gruzu, bo będzie przeszkadzał i zwyczajnie nie może zostać później w Chacie.
Co prawda Bertie chyba trochę zmądrzał i już nie sięgał po różdżkę aż tak żwawo jak dotychczas, całkowicie ignorując jakiekolwiek anomalie, nadal jednak uważał że magia czasami jest im niezbędna lub mniej szkodliwa niż jej brak.
Warto było jednak chociaż spróbować zamiast tak po prostu się poddawać, stanął więc za kamieniem i zaparł się mocno, przesuwając go... trochę. No, jest szansa, że to zrobią. Do wieczora.
Spojrzał na dół żeby zobaczyć co tam poływkiwało, ale ruch kamienia był jeszcze za mały.
- Razem może go jakoś wyturlamy. - stwierdził. - Spróbuję od dołu, pan niech pcha do przodu, może się go obróci, będzie szybciej. - zasugerował jeszcze, choć zanim zabrał się do roboty zaczął się rozglądać. - Albo nie było tu jakiegoś dywanu? Takiego na który by się ten głaz wciągnęło i potem na tym dywanie wyciągnęło, na pewno byłoby łatwiej...





Po prostu nie pamiętać sytuacji w których kostka pęka, wiem
Nie wyrzucę ST,
Chociaż bardzo chcę,
Mam nadzieję, że to wie MG.
Powrót do góry Go down
Jayden Vane
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4372-molto-bene-workout-budowa#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-jayden-vane#95083 https://www.morsmordre.net/f324-hogsmeade-mieszkanie-nr-17 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane#121095
astronom, profesor w Hogwarcie (ノ◕ヮ◕)ノ*:・゚✧
30
Czysta
Kawaler
Gwiazdy są piękne, ale nie mogą w niczym uczestniczyć. Wiecznie muszą się tylko przyglądać. To jest kara nałożona na nie za coś, co zrobiły tak dawno temu, że żadna gwiazda nie wie już, co to było.
20
20
3
0
0
0
1
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   09.02.18 9:25

To była prawda - przez Wieżę Astronomiczną przetoczyły się dziesiątki dzieci na przełomie ostatnich sześciu lat i niestety nie każde z nich można było zapamiętać. Do tego wszystkiego dochodziło wrodzone roztrzepanie Jaydena, które było tutaj naprawdę przeważającą cechą. Zapamiętywał niezwykle aktywnych uczniów, którzy dobrze sobie radzili z jego przedmiotem, lecz nie oznaczało to, że ich specjalnie wyróżniał. Poświęcał tyle czasu każdemu z młodych czarodziejów i czarownic ile potrzebowali. Gdy widział, że ktoś wyraźnie nie był zainteresowany, starał się podsunąć mu coś, co mogłoby zburzyć ten stan - gdy to nie działało, odchodził. Jego przedmiot nie był jedynym nauczanym w Hogwarcie i wierzył w to, że każdy z uczniów był mistrzem w którymś z nich i niekoniecznie była to astronomia. Jeśli Bertie przyznałby się, że pobierał nauki od młodego, niemal szczenięcego, wtedy Vane'a, ten zapewne zapadłby się pod ziemię ze wstydu. Zależało mu, żeby zapamiętać każdą ze swoich szkolnych pociech; było to wręcz niewykonalne, ale nie docierało to do JJa - i tak wyrzygiwał sobie, że nie kojarzył tej charakterystycznej twarzy. Dlatego też lekko się zdziwił, a oczy otworzyły mu się szerzej, gdy usłyszał słowa swojego nowego towarzysza. Pan?
- Jakie pięć lat temu? - spytał zdekoncentrowany. Mężczyzna przed nim nie wyglądał na dzieciaka, zresztą byli też równi wzrostem. Te fakty nie połączyły się w żadną sensowną całość w umyśle astronoma. Dlatego błogo nieświadomy ciągnął farsę dalej. - Jaki pan? Eh, przestań. Czuję się jakbym miał sto lat. I nawet wtedy nie mów do mnie per pan - zaśmiał się, przechodząc do dalszej części pozostałości po Starej Chacie. To spotkanie poprawiło mu humor. Z niemałym zadowoleniem przyjął również pomoc, a także radę Botta, który również patrzył teraz na dość sporawy kamień. Miał rację - w ostateczności sięgną do magii, ale póki co byli dwójką sprawnych mężczyzn. Mogli sobie z tym poradzić we właściwy sposób. Prawdą było, że czary ułatwiały, niekiedy wręcz uzależniały, im życie, jednak Vane wolał nie ryzykować niczyim zdrowiem. Słyszał o przypadkach zachorować na sinicę od rzucania zbyt dużej liczby zaklęć. Nie chciał, by i młody Bertie tak też skończył. JJ ponownie się uśmiechnął pod nosem, słysząc osławione per pan, ale przeniósł uwagę na towarzysza, skinąwszy głową. - Świetny pomysł. Chyba widziałem jakąś zasłonę... - mruknął, po czym odszedł kawałek, zostawiając byłego ucznia za plecami. Nie trwało to długo, gdy wrócił z dość mocną kotarą, którą rozłożył na ziemi przed kamieniem. Musieli go na nią wtoczyć i mieć nadzieję, że ta się nie zarwie po pierwszym pociągnięciu. - Gotów? - spytał i na trzy popchnął głaz, napierając z całej siły.

|200 na pozbycie się kamienia
doliczana sprawność




The world is a dangerous place to live; not because of the people who are evil, but because of the people

who don't do anything about it

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   09.02.18 9:25

The member 'Jayden Vane' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 26


Powrót do góry Go down
Bertie Bott
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3352-bertie-bott https://www.morsmordre.net/t3460-jerry#60106 https://www.morsmordre.net/t3378-zapraszam-bardzo#57355 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t3389-bertie-bott
Cukiernik
21
Półkrwi
Kawaler
Po co komu rozum, kiedy można mieć szczęście?
20
30
0
0
0
0
5
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   09.02.18 13:01

- Noo... pięć lat temu, w Hogwarcie. Czy coś koło tego, nie pamiętam kiedy poprzedni profesor odszedł. - wzruszył lekko ramionami. - W sumie raz prawie pana zabiłem. Znaczy siebie, pana tylko zawałem. Pamięta pan dzieciaka który zleciał ze wszystkich schodków wieży i nie złamał sobie przy tym ani jednej kości? - do dzisiaj pamiętał bladą jak kreda twarz nauczyciela. Uśmiechnął się szerzej identycznie jak w piątej klasie nadal jakby trochę dumny z tego osiągnięcia. Choć w szkole wypadków nie brakowało, może już inna twarz i inny talent, inny mikro zawał serca zastąpił tę historię. Ostatecznie Bertie miał wielki talent do wypadków, jednak niewątpliwie nie był jedyną osobą na świecie z taką zdolnością.
Kiedy nauczyciel zwrócił mu uwagę, Bertie przez chwilę wyglądał na zdziwionego i chyba sam nie wiedział czy bardziej tym że nie wyczuł jak się odzywa czy tym, że tylko dla niego było to kompletnie naturalne. Może i był łazęgą, jednak jakiś szacunek do profesorów mu wpojono, nawet do tych którzy nie mieli dwustudziesięciu lat, białej brody i mocy samego Merlina.
Przywykł do tego, że Eileen to Eileen, nie profesor Wilde, a jednak nadal chwilami było to odrobinkę dziwne. Dopiero co wlepiała mu szlabany, a teraz wynajmowała od niego pokój?
- Nooo... dobra, choć to strasznie dziwne. - przyznał. Wiadomo, gdyby trafili razem na misję, raczej nie krzyczałby niech się szanowny pan profesor przesunie, a raczej ograniczyłby się do spieprzamy, jednak to całkowicie inna sytuacja. No, ale przywyknie, jest czas.
Póki co jest też praca, więc gdy tylko znalazła się kotara, znów spróbował pchnąć kamień z całej siły. Trzeba przyznać, lekki on nie był, jednak już po chwili drgnął ku górze, jeszcze odrobina i na pewno uda im się go wturlać na kotarę. I później powinno być trochę łatwiej, o ile materiał jest choć w miarę wytrzymały.
Kiedy kamień obrócił się, obrót kończąc głośnym trzaskiem, Bertie wyprostował się na moment i uśmiechnął przy tym z zadowoleniem.
- No i po co komu magia? - wyszczerzył zęby. Nie ważne, że byli zakonnicy, którzy zrobiliby to w pojedynkę, on i tak był dumny.





Po prostu nie pamiętać sytuacji w których kostka pęka, wiem
Nie wyrzucę ST,
Chociaż bardzo chcę,
Mam nadzieję, że to wie MG.
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   09.02.18 13:01

The member 'Bertie Bott' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 99


Powrót do góry Go down
Jayden Vane
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4372-molto-bene-workout-budowa#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-jayden-vane#95083 https://www.morsmordre.net/f324-hogsmeade-mieszkanie-nr-17 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane#121095
astronom, profesor w Hogwarcie (ノ◕ヮ◕)ノ*:・゚✧
30
Czysta
Kawaler
Gwiazdy są piękne, ale nie mogą w niczym uczestniczyć. Wiecznie muszą się tylko przyglądać. To jest kara nałożona na nie za coś, co zrobiły tak dawno temu, że żadna gwiazda nie wie już, co to było.
20
20
3
0
0
0
1
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   06.03.18 13:35

Słuchając słów, które padały z ust młodszego zakonnika, Jayden otwierał coraz szerzej oczy. W końcu początkowo nie miał pojęcia z kim miał do czynienia i nic nie mówiło mu, żeby sobie przypomniał. Jednak własnie to było w pewnym sensie piękne - że chociaż jego pamięć zachodziła, ktoś pamiętał jego i pomagał mu wrócić wspomnieniami. W przyszłości chciałby, żeby to nie zginęło nigdzie w rozeźlonym na wszystkich świecie. Nikt nie mógł przewidzieć co się stanie, jednak musieli się starać z całych sił, by nie dopuścić do pełnego mroku. Mimo wszystko gdy zapadały ciemności, o wiele łatwiej było rozproszyć mrok niż zrobić to przy jaśniejącym wciąż słońcu. Dlatego teraz przez moment trybiki jego naukowego umysłu musiały porządnie się nastarać, żeby poukładać pamięć profesora, który słuchał słów chłopaka przed sobą. I gdy ten skończył, pewna iskra przeskoczyła, fakty i wspomnienia zostały połączone i Jayden nie patrzył już z niezrozumieniem. Wręcz przeciwnie.
- Kapitan Połamaniec! Pamiętam cię! - rzucił, uśmiechając się szeroko. I jak teraz jego twarz ujawniała najbardziej pozytywne emocje, tak obserwowanie spadającego z całych schodów ucznia wcale nie było powodem do śmiechu. Jay pamiętał tamto wydarzenie. Wpierw krzyki i piski uczennic, a później ktoś wyciągnął go z gabinetu i wskazał na kotłującego się studenta. Vane niemal natychmiast znalazł się przy nim i zabrał do Skrzydła Szpitalnego. A pielęgniarka oznajmiła, że wszystko w jak najlepszym porządku! To było równie szalone co nie do uwierzenia. Jednak akurat ktoś taki jak astronom nie wierzył w ograniczenia. Nawet jeśli wszyscy dokoła mówili, że jest inaczej - szedł dalej. Bo przecież wiara czyniła cuda i udowadniał to na każdym kroku. Nawet jeśli Evey mówiła mu, że się nie uda, żeby zszedł na ziemię, nie robił tego. Nic nie mogło go zatrzymać. No, chyba że wielki głaz. Dlatego gdy sam ledwo przesunął kamień, zdał sobie sprawę, że jego dawny uczeń zrobił to sto razy lepiej. Zaraz jednak zaskoczenie zmieniło się w ponowny, radosny uśmiech ekscytacji.
- Wspaniale! - zawołał, po czym przeszedł na przód zasłony, która robiła teraz za coś podobnego do... sanek? Nieważne. Pomagała im się pozbyć tego nowego, niechcianego mieszkańca Starej Chaty. - To, czego potrzebujesz w życiu zawsze do ciebie przyjdzie i do ciebie trafi. Nie zawsze jest to magia jak widać - odparł na słowa Bertiego. Przetrzepał swój garnitur, który teraz wyglądał jakby Jayden pracował na budowie, a nie w prestiżowej szkole.




The world is a dangerous place to live; not because of the people who are evil, but because of the people

who don't do anything about it

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   06.03.18 13:35

The member 'Jayden Vane' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 91


Powrót do góry Go down
Bertie Bott
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3352-bertie-bott https://www.morsmordre.net/t3460-jerry#60106 https://www.morsmordre.net/t3378-zapraszam-bardzo#57355 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t3389-bertie-bott
Cukiernik
21
Półkrwi
Kawaler
Po co komu rozum, kiedy można mieć szczęście?
20
30
0
0
0
0
5
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   07.03.18 16:44

Uśmiechnął się szeroko na wspomnienie bardzo nietrafionego przezwiska. No, bo przecież nic nie złamał! Kompletnie. W sumie to gdyby podliczyć wszystkie jego wypadki, upadki i inne dziwa, złamanych czy skręconych kości było w jego życiu szalenie mało. Chyba może być więc dumny z dość silnego organizmu? Albo po prostu - jak to lubi mówić - ze szczęścia, któremu w jego wypadku ciężko przeczyć.
- Dokładnie.
Przyznał i nawet wykonał względnie zgrabny ukłon, zaraz jednak zabierając się do pracy. Miał dziś całkiem sporo sił, był względnie wypoczęty więc i poszło mu całkiem nieźle. Zaraz z resztą profesor dołączył i wspólnie wyrzucili dość duży głaz na stertę nie nadającego się do niczego gruzowiska.
- Całkiem ładnie poszło. - stwierdził. - Przy kolejnej wizycie można tu już bez problemu budować, możemy tylko pozbierać to co wala się pod nogami i gotowe chyba jak narazie.
Stwierdził jeszcze, bo i tak na prawdę niewiele im już zostało. Rzeczy które by przeszkadzały, nic szczególnie ważnego, często kawałki gruzu które lepiej wywalić i tyle.
- Noo... nie przesadzałbym, ale póki co się udaje. - stwierdził na dalsze słowa nauczyciela, bo i po własnym doświadczeniu sądził bardziej że po wszystko trzeba pójść lub zorganizować, jednak nie jest to tak niewykonalne jak często się wydaje.
Tak czy inaczej szło całkiem dobrze. Bertie omijał wszelkie dziury, potknął się zaledwie dwa razy i nawet nie wylądował przy tym na ziemi więc można chyba uznać że sprzątanie mijało zadziwiająco wręcz sprawnie.
- Dużo osób tu przychodzi. Dobrze widzieć, jak wszyscy się angażują.
Dodał, bo i to była prawda, za każdym razem kiedy sam tu przychodził, widział kolejne osoby pracujące, oczyszczające budynek, niektórzy starali się już jakoś zaczynać budowanie, inni zajmowali się drewnem. Każdy znajdował sobie zajęcie, a efekty cóż - były widoczne.





Po prostu nie pamiętać sytuacji w których kostka pęka, wiem
Nie wyrzucę ST,
Chociaż bardzo chcę,
Mam nadzieję, że to wie MG.
Powrót do góry Go down
Jayden Vane
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4372-molto-bene-workout-budowa#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-jayden-vane#95083 https://www.morsmordre.net/f324-hogsmeade-mieszkanie-nr-17 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane#121095
astronom, profesor w Hogwarcie (ノ◕ヮ◕)ノ*:・゚✧
30
Czysta
Kawaler
Gwiazdy są piękne, ale nie mogą w niczym uczestniczyć. Wiecznie muszą się tylko przyglądać. To jest kara nałożona na nie za coś, co zrobiły tak dawno temu, że żadna gwiazda nie wie już, co to było.
20
20
3
0
0
0
1
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   18.03.18 13:29

Praca zespołowa zawsze sprawiała Jaydenowi dużo radości. I nie chodziło jedynie o ten sam poziom wiedzy o astronomii, a zwykłe przebywanie w swoim towarzystwie. Vane widząc swoich uczniów z szerokimi uśmiechami na twarzach, zawsze czuł, że nie było dla niego lepszej nagrody niż właśnie to. Nie każdy z nich musiał być mistrzem z jego przedmiotu, ale przecież nie o to chodziło. Najważniejsze było samozadowolenie i czerpanie szczęścia z aktualnego stanu rzeczy. Nie trzeba przy tym było mieć niezliczonej ilości pieniędzy czy posiadać urody, za którą odwracałaby się każda osoba na ulicy. Jay czerpał właśnie z kontaktów z przeróżnymi ludźmi, z posiadania wiernych przyjaciół, którzy go potrzebowali i na odwrót. On mógł liczyć na ich pomoc i wsparcie w każdym momencie swojego życia i już niedługo miał się o tym dotkliwie przekonać, chociaż na razie żył w błogiej nieświadomości nadchodzących wydarzeń. Mógł się więc skupić na czymś tak lekkim, przyjemnym i pożytecznym jak zbieranie ostatków ze zdewastowanej siedziby Zakonu Feniksa. Wspomnienie dnia poprzedniego wciąż go onieśmielało i liczył na to, że nie spotka już tej biednej kobiety, która była ofiarą przecudacznego zauroczenia. Jay nie miał pojęcia, co go wtedy opanowało, jednak najwyraźniej nie tylko jego, skoro ciemnowłosa nie uciekła przed nim z krzykiem, a wręcz postanowiła się przyłączyć. Oderwanie się od centrum miasta, Hogwartu i chociażby niewielka próba doczyszczenia spraw w Starej Chacie były przyjemną ucieczką. I chociaż tylko na moment to wciąż była to ucieczka. Mniej lub bardziej skuteczna, lecz najwyraźniej nie musiał się o to specjalnie martwić skoro dołączył do niego ktoś, kto odwrócił uwagę profesora od aktualnych zmartwień.
Uśmiechnął się jedynie na potwierdzenie słów Bertiego i zacisnął rękę na ramieniu torby, która wciąż wisiała mu dzielnie na ramieniu. Przeszedł kilka kroków, by sprawdzić czy nic nie zostało pod głazem, chcąc dołączyć to do zwilgotniałego zdjęcia, guzika i spinki do włosów. Być może nie było to nic, co należało do członków Zakonu, jednak dlaczego nie miałby tego sprawdzić? Ukucnął i z popiołów wyciągnął grubo oprawioną książkę z napisem w innym języku. - Masz rację - odparł na słowa Botta o zaangażowaniu w odbudowę i wstając z nowym nabytkiem w dłoni. - Być może w lipcu już wszystko będzie gotowe? Kto wie. Z taką pomocą - dodał, posyłając chłopakowi wesoły uśmiech. To prawda. JD nie widział tłumów, nie widział tego miejsca co dzień, ale słyszał głosy na ostatnim spotkaniu, które mówiły, że chętnie dołożą swoje trzy grosze w celu wzmocnienia azylu. To w pewnym sensie było bardzo miłe i mobilizujące - złączenie się we wspólnej sprawie. W końcu po ostatnich chwilach pozostał pewien niesmak i każdy mógł wyczuć dziwne spięcie. Jayden liczył na to, że nie miało to trwać zbyt długo. - Przejdę się jeszcze i poszukam czegoś przydatnego. Dołączysz?




The world is a dangerous place to live; not because of the people who are evil, but because of the people

who don't do anything about it

Powrót do góry Go down
Bertie Bott
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3352-bertie-bott https://www.morsmordre.net/t3460-jerry#60106 https://www.morsmordre.net/t3378-zapraszam-bardzo#57355 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t3389-bertie-bott
Cukiernik
21
Półkrwi
Kawaler
Po co komu rozum, kiedy można mieć szczęście?
20
30
0
0
0
0
5
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   20.03.18 2:08

- To całkiem realne. - przyznał na słowa o lipcu. Szło im zadziwiająco dobrze, ale to dzięki ilości ludzi i zapałowi. Mało która budowa byłaby równie sprawna, to jednak miało swoje powody - i to całkiem proste powody. Budowali dla siebie. I nie tylko dla siebie. Mieli niemałą motywację, chcieli tego miejsca. I chyba większość z nich chciała coś robić, chciała działać w jakiś sposób - jakikolwiek. A wiele było jeszcze do zrobienia.
- Jasne. No i można pozbierać co się wala i odrzucić na pozostałą stertę. Ktoś ma się niedługo pozbyć tego co się do niczego już nie nadaje. - dodał zaraz. Ten dzień zleciał szybko. Nawet nie dzień, a wieczór - przychodzili na tyle na ile mogli, dzisiaj z resztą praca też była już na pewien etap niemal gotowa. Odetchnął, zbierając faktycznie pomniejsze kawałki drewna, kamienia, czy dosłownie czegokolwiek, co mogłoby później przeszkadzać. Zbierał i od czasu do czasu wychodził, by rzucić wszystko na stertę. Sprzątali.
- Zobaczymy jak pójdzie budowa. To trudniejsze. - dodał, nie odkrywając przy tym z resztą nowego lądu, odgruzować nie jest tak ciężko, nic sobie przy tym nie zrobić - trochę trudniej. Ale budować na nowo? Szczególnie, że nie mieli raczej między sobą budowlańców. On zrobił kilka remontów w swoim życiu, jednak to nadal tylko kilka remontów, całkowicie inna skala. Śmieszna wręcz.
Obserwował rzeczy jakie podnosił nauczyciel. Czyjeś drobiazgi. Być może ktoś rozpozna pomiędzy nimi swoją rzecz i nawet jeśli nie jest to nic cennego, nie zaszkodzi wyzbierać. On sam zajmował się tym, co należało wyrzucić.
Zajęło to z resztą niewiele czasu.
- Chyba więcej tu dziś nie zrobimy. Teraz trzeba narzędzi i materiałów. - stwierdził, rozglądając się dookoła. - Miło było pana zobaczyć.
Skinął mu więc na pożegnanie, kiedy ruszyli dalej. Nie zwracał uwagi jak się do niego zwraca, być może tkwiło to w nawyku, nie budowało jednak niepotrzebnych barier.
- Do zobaczenia.





Po prostu nie pamiętać sytuacji w których kostka pęka, wiem
Nie wyrzucę ST,
Chociaż bardzo chcę,
Mam nadzieję, że to wie MG.
Powrót do góry Go down
Jayden Vane
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4372-molto-bene-workout-budowa#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-jayden-vane#95083 https://www.morsmordre.net/f324-hogsmeade-mieszkanie-nr-17 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane#121095
astronom, profesor w Hogwarcie (ノ◕ヮ◕)ノ*:・゚✧
30
Czysta
Kawaler
Gwiazdy są piękne, ale nie mogą w niczym uczestniczyć. Wiecznie muszą się tylko przyglądać. To jest kara nałożona na nie za coś, co zrobiły tak dawno temu, że żadna gwiazda nie wie już, co to było.
20
20
3
0
0
0
1
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   07.04.18 14:00

Przejechał dłonią po przydługawych włosach, zastanawiając się nad tematem następnych zajęć z astronomii. Spotkanie dawnego ucznia i to tak spektakularnie zarysowanego w podświadomości profesora, spowodowało, że automatycznie wrócił duchem do wielkiego zamku i znajdujących się tam dzieci. Co prawda część z nich już była niemalże dorosłymi czarodziejami, ale dla niego wciąż pozostawali tymi samymi uroczymi studentami, którzy nie mieli zmartwień ciężkiego życia. A przynajmniej mieć nie powinni. Patrząc na Bertiego, Jay zdawał sobie sprawę, że bardzo wcześnie trzeba było się teraz stawać dorosłym i chronić to, co się kochało. Bo ile on mógł mieć lat? Dziewiętnaście? Gdyby Vane nie usłyszał, że nie było go już w Hogwarcie może strzeliłby, że siedemnaście... Te dzieci tak szybko rosły, a on nie mógł tego powstrzymać. Uśmiechnął się jedynie ciepło, widząc zaangażowanie pojawiające się na twarzy młodego czarodzieja, który był pewny też, że uda im się stanąć na nogi. Zapalczywość młodszego pokolenia była najważniejszym, czego potrzebowali, bo bez zaangażowania rówieśników Bertiego byli jedynie starszymi czarodziejami próbującymi udowodnić swoją rację. Jednak jeśli młodzi rozumieli za co się walczyło i warto było się poświęcać... Sprawa mogła wydawać się przegrana, ale w ciemnościach najłatwiej było wykrzesać chociażby iskierkę nadziei. Dlatego nie odzywał się przez jakiś czas jedynie ciesząc towarzystwem jednego z członków Zakonu Feniksa. Poniekąd Stara Chata była ich drugim domem i azylem, do którego mogli uciekać. JJ oddałby swoje mieszkanie w Hogsmeade, jeśli coś by to dało, chociaż nie znał się na zaklęciach transmutacyjnych. Zapewne nie potrafiłby odpowiednio zaczarować domu na najwyższym piętrze.
- Narzędzia już są i czekają na użycie - odparł, przypominając sobie ciekawą wyprawę z Adrienem. Lord Carrow na pewno miał wszystko zebrane w swoim domu i wystarczyło tylko słowo, a odpowiednie przedmioty miały się pojawić przy budowie Starej Chaty gotowe do użycia. - Ciebie też, Bertie - dodał na pożegnanie, siadając niedaleko gruzów i wyciągając notatnik. Chciał jeszcze nanieść jeszcze kilka zmian w swoje obliczenia, ale co najważniejsze zapisać to, co znaleźli, by nie zapomnieć oddać drobiazgów ich właścicielom. Ktoś taki jak Jayden na pewno był w stanie zapomnieć, co się działo jakieś pięć minut wcześniej. Musiał więc być zapobiegliwy. Wysprzątanie ostatnich większych zniszczeń miało być startem do kolejnego etapu. Mogli więc zacząć powoli zaczynać stawiać szkielet i wbijać gwoźdź za gwoździem. Wspaniale.

|zt x2




The world is a dangerous place to live; not because of the people who are evil, but because of the people

who don't do anything about it

Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
6
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Salon   08.04.18 23:23

6 czerwca?

Odpowiedzialność ciążąca na moich barkach była przytłaczająca. Urządziliśmy piekło tym, których obiecaliśmy chronić. Słowa Bathildy nie pomagały; nie uważałem, aby niewiedza miała być usprawiedliwieniem. Postąpiliśmy lekkomyślnie, zgubiła nas zbytnia pewność siebie. Czy zawód aurora – wszak większość Gwardzistów stanowili moi koledzy po fachu – nie nauczył nas jeszcze pokory? Daliśmy się wywieść w pole staremu, dobrze znanemu mitowi o Puszce Pandory. 
Pozwoliliśmy, aby Grindewald zatriumfował – a długo wyczekiwana klęska Tuft stała się nieistotnym dodatkiem. 
Dostaliśmy nauczkę, choć nie mogłem wiedzieć, czy pozostali czuli podobnie. Przez ostatnie tygodnie miałem ręce pełne roboty. No właśnie – ręce. W tym wszystkim powinienem dziękować Merlinowi, że zapłatą za moją głupotę była tylko utrata wzroku, który bez komplikacji powrócił po zażyciu eliksiru. Brendan nie miał tyle szczęścia. I to wszystko sprawiało, że czułem się jeszcze gorzej, dręczony wyrzutami sumienia. Byłem doskonale świadomy jego wkładu w to, że w ogóle ukończyłem kurs aurorski. Był moim rozsądkiem. Chłodnym i analitycznym głosem, który za każdym razem studził moje gorące zapędy, zmuszając do mniej impulsywnego działania. Trochę podziwiałem cierpliwość, którą miał dla mojego towarzystwa (albo raczej mojego i Jackie, bo nasz duet potrafił być nieznośny z tej trywialnej przyczyny, że większość naszych konwersacji polegała wyłącznie na wzajemnych zaczepkach; niczym para nastolatków, która ma się ku sobie, ale udaje, że jest inaczej – z tą różnicą, że żadne z nas ku sobie się nie miało) i jednocześnie zazdrościłem dyscypliny. Tej na szczęście nauczyłem się z czasem. I Weasley miał w tym sporą zasługę.
Dzisiejszy dzień – podobnie jak ten, który spędziłem z Jamiem w malinowym lesie, a może po prostu jak każdy inny dzień od początku maja, podczas którego czarna magia rozrywała na strzępy istniejące życie - miał mi jeszcze raz dotkliwie przypomnieć o porażce, o odpowiedzialności, o zatajonej prawdzie, która była niczym ciężki kamień rzucony w wodę.
Do tego kamienia, rzecz jasna, byłem przywiązany ja.  
Być może do całej sprawy podchodziłem zbyt osobiście, zbyt emocjonująco, z sercem rozgrzanym do czerwoności, jak to zwykle miałem w zwyczaju. Brendan miał w sobie więcej chłodnego pragmatyzmu – i podczas tego całego majowego chaosu nie miałem szczególnie wiele okazji, by z nim porozmawiać, choć czułem, że potrzebowałem jego surowego słowa bardziej, niż mogłem przypuszczać. Trochę czekałem na moment, aby wspólnie urwać się z biura – a przy okazji dołożyć własną cegiełkę (deskę?) do odbudowy tego, co sami zniszczyliśmy. Niczym feniks z popiołów... tylko czy rzeczywiście był on symbolem tego, w co wszyscy zgromadzeni pod jego skrzydłami chcieliśmy wierzyć? Chciałem ufać profesor Bagshot, ale jej chwiejne i niejasne działania nie skłaniały mnie ku temu, by nadal ślepo podążać za jej głosem. Niemniej, Zakon istniał także i przed pojawieniem się staruszki – i choć mroki pozostawały nieujarzmione, z dnia na dzień rosła liczba tych, którzy nie zamierzali dać się im pochłonąć. A taka grupa zdecydowanie potrzebowała kwatery. Na miejscu chaty czekała na nas jałowa ziemia przysypana perzyną śniegu. Okolica była już uporządkowana, a złożone e jednym miejscu materiały czekały na zużycie. Nikt jeszcze nie zaczął prac - nic dziwnego, pogoda ostatnio nie rozpieszczała, ale korzystając z cieplejszego dnia obaj uznaliśmy, że nie należy zwklekać z wbiciem pierwszej łopaty. Z budową, jakby nie patrzeć, miałem już trochę doświadczenia, a choć pracowałem na krańcu Ziemi oddalonym od Londynu o setki mil, technologie i schematy postępowania nie różniły się aż tak bardzo od siebie.
- Musimy jakoś przebić się przez ten śnieg. - Przyznałem, trzymając w dłoniach plany nowych ścian i powoli rozmierzając ich umiejscowienie. Część fudamentów ocalała, należało jednak zrobić miejsce na nowe, a te, które się ostały, odpowiednio umocnić. - Jak się czujesz? - Dodałem po chwili (ze swoją typową, lisią lekkością w głosie, choć lekko mi wcale nie było), w końcu korzystając z okazji, że wokół nas nie było ani innych aurorów, ani cholernych czarnoksiężników, gotowych w każdej chwili odesłać nas na tamten świat – o ie w ogóle istniał tamten świat. Z jednej strony pytanie mogło wydawać się trywialne, z drugiej - nie pytałem ani jak psychoanalityk, których Bones szturmem wprowadziła nam do biura (jaka szkoda, że szturmem potrafiła wprowadzać tylko najmniej istotne zmiany), nie pytałem też jak ktoś, kto wysługuje się utartymi grzecznościami niczym obsmarkaną chusteczką. Pytałem jak przyjaciel. Po ludzku. Spodziewałem się wręcz, że w odpowiedzi usłyszę: jak gówno.
Chociaż nie – ty, Brendanie, miałeś w sobie za dużo siły woli, żeby w ogóle czuć się jak gówno. A co dopiero się do tego przyznawać.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.


Ostatnio zmieniony przez Frederick Fox dnia 14.04.18 1:22, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Brendan Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t3635-brendan-weasley https://www.morsmordre.net/t3926-victoria#74245 https://www.morsmordre.net/t3921-zmykaj-stad-bo-bede-gryzl#74154 https://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 https://www.morsmordre.net/t3925-brendan-weasley#74242
auror
25
Szlachetna
Kawaler
London calling
to the far away towns:
now war is declared
and battle come down.
29
16
0
0
0
0
10
16
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   13.04.18 0:06

Nie pojawił się w okolicy chaty zbyt wiele razy. Nie potrafił udawać - kłamać - maskowanie emocji przychodziło mu z niezwykłą trudnością, ominął spotkanie Zakonu, nie chcąc spojrzeć w oczy któremukolwiek spośród jego członków i patrząc w oczy, okłamać go, że anomalie w istocie były tajemniczą siłą, która wzięła się znikąd i wziąwszy się znikąd zniszczyła świat, który znali. A nie: wypuszczonym przez nich - świadomie - potworem. Tworzyli gwardię, byli ludźmi odpowiedzialnymi - a przynajmniej tak mu się dotąd wydawało, bo wydarzenia z początku maja zachwiały nie tylko jego prywatnym światem w posadach. Cóż, nadszedł czas, by wziąć za siebie choć część odpowiedzialności - i  naprawić własnymi rękami to, co zniszczyło się samemu.
- Jak gówno - odpowiedział więc Foxowi zgodnie z prawdą, zniósł w życiu wiele i rzadko dał się porywać emocjom, stąpając twardo po ziemi potrafił złapać dystans tak do siebie, jak i swoich niepowodzeń, ale to, co wydarzyło się ostatnio, przebiłoby się przez najtwardsze ściany pragmatyzmu: zdawało się, że oswobodzili z jakiegoś cudacznego więzienia zło w czystej postaci, które wyrządziło więcej zniszczeń, niż Grindelwald osobiście kiedykolwiek wcześniej. Zło, które niszczyło i zabijało - odczuł to na sobie, stracił rękę, ale to miało najmniejsze znaczenie - zawiedli jako gwardziści i aurorzy, zawiedli jako strażnicy białej magii i ludzkiego życia. Nie miał zwyczaju się żalić - i też tego nie robił - Fox był jedną z nielicznych osób, przed którymi nie musiał udawać. Bo Fox - wiedział o wszystkim, co Brendan od dawna pragnął wykrzyczeć światu: błędy należało wziąć na siebie, a nie tuszować ich istnienie, rżnąć głupa - właśnie tego wymagała od nich Bathilda Bagshot. Czasem nachodziły go myśli, że być może otwarte powitanie tej staruszki nie było do końca dobrym pomysłem - a myśl ta przerażała go ilekroć spojrzał na swoją rozpostartą, przeciętą podłużną blizną dłoń. Ironia losu, że została mu akurat ta poraniona.
Spojrzał w górę, tam, gdzie niegdyś znajdował się dach kwatery. Zniszczyli nawet to: siedzibę Zakonu Feniksa. Miejsce, zdawałoby się, nie do ruszenia, dokładnie skryte przez Dumbledore'a przed oczami innych, kwaterę, w której to wszystko się zaczęło. Zaczęło - i skończyło?
- Mam nadzieję, że pamiętasz coś ze swoich podróży - stwierdził z powątpiewaniem, nie w Foxa, a w siebie, nie miał w sobie fałszywej skromności, zwykł oceniać siły na zamiary:  a faktem było, że nigdy w podobnych pracach nie brał udziału. Mógł jedynie posługiwać się wskazówkami pozostawionymi przez innych - przejrzał je, nim umówił się z Foxem - i radami czarodziejów bardziej w tych sprawach obytych. Zdawał sobie sprawę z tego, jak źle będzie spartaczyć tę robotę. Nie mogli na to pozwolić, kwatera musiała odzyskać stabilność - potrzebowali jej. Stałej, silnej i bezpiecznej. Skinął głową, wbijając w śnieg łopatę; wciąż nie miał pomysłu, jak zamierzał z niej korzystać przy pomocy jednej dłoni, ale wierzył, że  czasem się to wyklaruje - wciąż miał całkiem sprawny przegub prawej ręki. Jeśli chwyci ją przy ostrzu, a drugą będzie pchał, powinno to - jako tako - zdać egzamin. Całe szczęście, że wzięli się za robotę stosunkowo prostą - jeśli tylko ktoś go pokieruje gdzie i jak głęboko miał kopać, pewnie temu podoła.
- A ty? Nie masz dosyć? - Przeniósł na niego spojrzenie, kiedy wyprostował się, poprawiając rękawicę na jedynej dłoni. - Ukrywania prawdy. - Nie pozwalał sobie na chwile słabości, ale dla Foxa nie musiał być przecież silny - Fox nie tylko tego nie potrzebował, Fox znał prawdę.




Hey you, don't help them to bury the light,
Don't give in without a fight.

Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
15
0
0
5
1
6
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Salon   14.04.18 2:17

Słowa Brendana opadły na przemarzniętą ziemię z taką siłą, iż mógłbym przysiąc, że mogłby pozostawić w niej wgniecenie. Wszyscy pozostawaliśmy równie beznadziejni w swojej bezradności, ze związanymi dłońmi. Czy też może dłonią, jak to miało w przypadku Weasleya. Parsknąłem niemal bezgłośnie pod nosem na słowa Brendana; bardziej z (nie)trafności swoich założeń, niż rzeczywistego stanu, w jakim się znajdował, choć ta zbiorowa depresja zdawała się być już na tyle powszechna, że nawet zaczynało mnie to bawić.
Cóż, od zarania posiadałem problem ze śmiania się z nieodpowiednich rzeczy. I w nieodpowiednich momentach. Pewnie dlatego słaby był ze mnie Malfoy.
Zamilkłem, kręcąc jedynie głową i przenosząc swoje skupienie na plany, według których zacząłem odmierzać i kreślić na piałym puchu zarys nowych fundamentów, wbijając drewniane kołki w wyznaczoych narożnikach. Nie martwiłem się szczególnie tym, że do machania łopatą potrzeba było dwóch rąk – wiedziałem, że bez względuu na przeciwności losu, Weasley znajdzie swój sposób na obsługę narzędzia. Niejednokrotnie znajdował się już w o wiele gorszych sytuacjach, a pewnie i nawet bez jednej dłoni pozostawał ode mnie silniejszy. Technika to jedno, ale przebicie się przez przemarzniętą ziemię wymagało od nas przede wszystkim siły.
- Zbyt dobrze się wtedy bawiłem, aby zapomnieć. - W istocie, był to złoty okres. Pozbawiony zobowiązań błąkałem się po świecie, a prace zupełnie nieprzystające arystokracie (w skórze którego już od dawna czułem się skrępowany) zwyczajnie mnie ekscytowały. Doskonale pamiętam miesiące spędzone przy budowie mugolskich świątyń czy odnowie domów. Tam nikt nie spoglądał na mój brak doświadczenia, na inne rysy twarzy – choć, gdybym chciał, mogłem je przecież z łatwością zmienić – liczyła się każda para rąk chętna do pracy, często ciężkiej, siłowej, ale dziwnie satysfakcjnującej w swojej prostocie. Choć w przypadku Brendana trudno było mówić o parze rąk... - Myślę, że w kopaniu dołu trudno o filozofowanie. Chyba, że mówimy o metaforycznym dole, który kopiemy pod sobą od jakiegoś miesiąca, wtedy faktycznie sprawy nieco się komplikują. - Najwyraźniej mój czarny humor był jeszcze w powijakach. - Możemy wkopać się na głębokość mniej więcej metra, a następnie z kamieni wykonać podmurówkę. Jeśli starczy nam sił i dnia – wzmocnić te, które się ostały. - Wbrew pozorom czekało nas całkiem sporo pracy, tym cięższej, iż przebicie się przez pierwszą warstwę ziemi wydawało się wręc graniczyć z cudem. I poczułem to dotkliwie w chwili, gdy z trudem przebiłem się przez skorupę, okrytą białą perzyną.
Nie musiałem długo czekać, by Weasley sam pociągnął temat, który wcześniej skwitowałem jedynie zdawkowym uśmiechem. Koszmar kwietniowej nocy dręczył nas wszystkich, przeżerając się przez natrwalsze powłoki, siejąc zniszczenie równie dotkliwe, jak same anomalia.
- Mam. - Odpowiedziałem bez zastanowienia. - Podczas spotkania czułem się, jakbym wszedł w skórę innego człowieka. - Z jednej strony mogłoby się widawać, że powinno być to dla mnie zupełnie naturalne, jednak o ile zmiana zewnętrznej powłoki przychodziła mi bez wysiłku, tak przewartościowanie własnego wnętrza nie było już takie proste. - Musiałem ich wszystkich okłamać. Ale nie tylko to mnie dręczy. Zatajanie prawdy zawsze rodzi nowe teorie, na których wyrastają niezdrowe konflikty. I chyba tych konsekwencji obawiam się najbardziej. Bo Zakonnicy – oni zrozumieją. Ale inni? Ci, w obronie których zdecydowaliśmy się stanąć? Sam już nie wiem, co jest właściwe. - Łatwo było się w tym wszystkim pogubić. - Myślisz, że profesor Bagshot to przewidziała? Myślisz, że wymusiła na nas milczenie, wiedząc, co się stanie? - Zacząłem, a pytanie o to, czy Weasley nadal darzył ją zaufaniem zawisło w powietrzu niewypowiedziane, choć Brendan nie potrzebował tych słów, by wyczuć, dokąd tak naprawdę zaczynała zmierzać ta rozmowa.
Szczerość. Na przestrzeni ostatnich tygodni urosła wręcz do miana towaru luksusowego.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Brendan Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t3635-brendan-weasley https://www.morsmordre.net/t3926-victoria#74245 https://www.morsmordre.net/t3921-zmykaj-stad-bo-bede-gryzl#74154 https://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 https://www.morsmordre.net/t3925-brendan-weasley#74242
auror
25
Szlachetna
Kawaler
London calling
to the far away towns:
now war is declared
and battle come down.
29
16
0
0
0
0
10
16
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Salon   14.04.18 13:16

Parsknięcie Foxa było jak śmiech przez łzy - nie bawiło go, ale musiał przyznać, że tkwiła w tym jakaś metoda; z całą pewnością lepsza, niż użalanie się nad sobą w kącie. Jedyny problem tkwił w tym, że to wszystko cholernie nie było zabawne. Wplątali się w kabałę, nie wiedząc tak naprawdę, dokąd ta prowadzi. Co gorsza - reflektując się dopiero po uwolnieniu demona.
- Lepiej niż teraz? - westchnął, beztroska była mu obca - paradoksalnie do niechęci tak swojej, jak i całej swojej rodziny do arystokratycznych kręgów, miał w sobie ze szlachcica całkiem sporo; nie ze stereotypowego, nie takiego, jakimi byli oni dzisiaj, Brendan miał w sobie silne poczucie obowiązku i misji, odpowiedzialności  za otaczający go świat. Przenigdy nie pozwoliłby sobie na wycieczkę dookoła świata - był potrzebny tutaj i dobrze o tym wiedział. Podobnie jak Fox - o którym również wiedział, że dziś nigdy nie odpuściłby posterunku. Możliwe, że lata temu tutaj potrzebny był mniej niż dzisiaj. Nigdy nie bał się ciężkiej pracy, siła jego ramion nie wzięła się wszak znikąd - ale dziś to kwestie techniczne budziły jego większe lęki. - Początkowo brzmiało jak dobra okazja, żeby na chwilę zapomnieć - odparł na jego słowa, początkowo, zanim Fox zaczął gadać; nieszczególnie radował go fakt, że przynajmniej ich metaforyczny dół miał się dobrze - i bynajmniej nie trzeba było go pogłębiać, chyba, że ktoś miał życzenie dostać się do jądra ziemi. Moment - na metaforyczny sposób tam również dotarli. - Im szybciej zaczniemy, tym dzień będzie dłuższy. Chata poleciała jak domek z kart, wbrew pozorom mieliśmy sporo szczęścia. - Uniósł spojrzenie znad wbitej łopaty na przyjaciela; wśród gruzów nie leżały zwłoki ani jednego gwardzisty. Coś ochroniło ich przed tym wybuchem. Może to była zapobiegawcza Bathilda Bagshot, która wiedziała, do czego to wszystko doprowadzi, może to była moc Zakonu, która wzmacniała ich od dawna, może to był czysty przypadek i szczęście, które od dawna im nie dopisywało.
- Nie potrafiłem przyjść - odparł na jego słowa, choć obok, to jednak w odpowiedzi; czuł się tak samo, ale nie potrafił brylować towarzysko równie sprawnie, co Fox. Wiedział, że i dla niego było to trudne, ale srebrnousty lis potrafił wykaraskać się z tego prościej. W tonie jego głosu pobrzmiewało coś na kształt usprawiedliwienia, co do którego nie chciał przebaczenia -  powinien tam być i ich wesprzeć, ale narobiłby zapewne więcej szkody niż pożytku. Odbiegał zdolnościami krasomówczymi od pozostałych gwardzistów. - Myślisz, że zrozumieją? - Właściwie, dlaczego mieliby? - Mamy teraz jednostkę naukową. Gdyby to wszystko stało się przez nich, ale nie powiedzieliby nam o tym ani słowa, zaufałbyś im kiedykolwiek ponownie? - A gdyby powiedzieli - czy zaufałbyś im wtedy? Brendan z zasady nie wybaczał błędów. I nie potrafił wybaczyć ich również sobie. - Niezdrowe konflikty podczas wojny prowadzą do rozłamów, które budują porażki. Osłabieni - przegramy. Może o to w tym wszystkim chodziło? - Przebił łopatę przez lód, z trzaskiem, dociskając ją kikutem prawej dłoni. Nie powinien wątpić - nigdy - ale nie był w stanie wyzbyć się swoich wątpliwości. Podczas rozmowy z przyjacielem, gwardzistą wyższym pozycją, nie narażał na straty niczyich morali. - Mam nadzieję, że nie - ale nie uważam, że na pewno nie. Co było przerażająco niepokojące. - Oddaliśmy się jej. - Wyciągnął przed siebie dłoń z blizną, zginając i prostując palce, obserwując przecinającą ją bliznę. Czy wypowiedzenie tych słów na głos - wywoła ból?




Hey you, don't help them to bury the light,
Don't give in without a fight.

Powrót do góry Go down
 

Salon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 15 z 16Idź do strony : Previous  1 ... 9 ... 14, 15, 16  Next

 Similar topics

-
» Pokój Dzienny - Salon II - Parter
» Salon z kuchnią
» Bar i salon gier "Chaco Taco"
» Salon
» Bar i salon gier "Chaco Taco"

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Okolice :: Stara chata-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18