Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Salon
AutorWiadomość
Salon [odnośnik]12.06.16 19:02
First topic message reminder :

Salon

Pomimo odbudowy starej chaty niektóre rzeczy się nie zmieniły: znajdujący się w kwaterze salon nie należy do największych, nie odznacza się też przepychem. Jego wystrój jest skromny, choć przytulny; przywodzi na myśl coś związanego z domem, daje poczucie bezpieczeństwa. Jedną z pokrytych kremową tapetą ścian zajmuje stary zegar, a dookoła niego i na pozostałych ścianach wiszą kolorowe puste ramki, przygotowane do tego, aby zakonnicy włożyli do nich swoje zdjęcia.
W salonie znajdują się dwie sporych rozmiarów brązowe kanapy, do których przystawiony jest niewysoki stolik wykonany z ciemnego dębowego drewna, na którym spoczywa błękitna serweta. Na nim, a także na wszystkich innych powierzchniach w pomieszczeniu, pełno jest przeróżnych drobiazgów, które nie wiadomo kto tu zostawił i które nie wiadomo do czego służą. Koloru pomieszczeniu nadają różnobarwne poduszki i duża, pomarańczowa szafa oraz firany w oknach, których barwa co jakiś czas ulega zmianie. Również tutaj, jak w prawie że całej chacie, można spotkać małe, świetliste leśne stworzonka przypominające patronusy - niewątpliwie ktoś zakupił je na Festiwalu Lata i postanowił wypuścić w kwaterze Zakonu.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 30 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Salon [odnośnik]02.10.19 0:30
Opowieści Zakonników przywodziły mi na myśl wydarzenia z Kruczej Wieży. Od tamtej misji minęło już co najmniej pół roku, ale wspomnienia wciąż pozostawały żywe. Te okropne schody, które imitowały ludzki organizm, wciąż od czasu do czasu śniły mi się po nocach. Chyba już nigdy nie uda mi się ich pozbyć z pamięci, nigdy wcześniej nie widziałem tak drastycznych rzeczy. Chociaż słuchając opowieści Zakonników, wydarzenia z Azkabanu mogły swobodnie konkurować z wydarzeniami z Kruczej Wieży, szczególnie, że umarło wówczas wiele osób. Poczułem nieprzyjemny ścisk w żołądku na wieść o śmierci Pani Profesor – nie miałem pojęcia kto może nas teraz poprowadzić, bo przecież nie mogliśmy tak sobie żyć bez kogoś przewodniczącego, inaczej to nigdy nie zadziała. - Właśnie, a lord Longbottom? - Podchwyciłem temat, bo przecież brał udział w poprzednim spotkaniu, więc wydawało mi się, że pojawi się również na tym. A jednak się nie pojawił – czy coś mu się stało czy po prostu wykonuje inne ważne zadanie? Czułbym się lepiej z myślą, że jednak do nas powróci. Przydałby nam się tak silny sojusznik.
Zgadzałem się również z innymi kwestiami, chociażby z tym, że wypadałoby wyprawić pogrzeb poległym, bez względu czy to była profesor Bagshot czy szeregowy Zakonnik – każdy z nich zasłużył na godny pochówek. Teraz tylko tyle mogliśmy dla nich zrobić, ale z pewnością pamięć o nich nie zaginie. Tak jak o Potterach, Garretcie i wielu innych osobach, które poświęciły swoje życie w imię czegoś lepszego. Nie wiedziałem czy sam byłem gotowy aż tyle poświęcić, czy stając przed śmiercią, faktycznie oddam się w jej ręce dla Zakonu. Teoretycznie powinienem być tego pewien, ale nie potrafię przewidzieć jak bym się zachował w podbramkowej sytuacji. Na szczęście nigdy nie musiałem wybierać, chociaż czułem też żal, że jednak nie wziąłem udziału w tej niezwykle trudnej misji. Powinienem coś robić, działać. Szczególnie po ataku na lodziarnię czułem, że muszę bardziej się zaangażować w działalność Zakonu.


not a perfect soldier
but a good man

Florean Fortescue
Zawód : bezrobotny
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Pijemy z czary istnienia
Z zamkniętymi oczami,
Złote skropiwszy jej brzegi
Własnymi gorzkimi łzami.
OPCM : 34 +2
UROKI : 6 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 30 E89bda95c5344104e5639bbb0172ffa8
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3393-florean-fortescue https://www.morsmordre.net/t3438-laverne#59673 https://www.morsmordre.net/t3432-pan-fortescue#59587 https://www.morsmordre.net/f278-pokatna-5-2 https://www.morsmordre.net/t4591-skrytka-bankowa-nr-854 https://www.morsmordre.net/t3439-florean-fortescue#59674
Re: Salon [odnośnik]02.10.19 1:38
Pojedyncze zdania wybijały się na tle ciszy, lecz to komentarz Benjamina zwrócił największą uwagę. Ollivander zerknął na niego - krótko, bowiem już wcześniej zdążył przyjrzeć się Wrightowi. Zmiany były dostrzegalne na pierwszy rzut oka, lata wcześniej nie powiedziałby nawet, że kiedykolwiek ujrzy przyjaciela w takim wydaniu. Wojna dbała o to, by w każdym pozostał jakiś ślad.
W milczeniu wspominał zmarłych, choć nie miał z nimi zbyt wiele bezpośredniej styczności - może gdyby należał do organizacji dłużej, byłby w stanie przywołać więcej wspomnień i faktów. Każda strata była przykra, lecz osobiście nie był w stanie wyobrazić sobie ostatecznego poświęcenia, oddania życia dla dobra sprawy. Zastanawiał się nad śmiercią profesor Bagshot, przywołując w myślach obraz staruszki z grudniowego spotkania, niestety nienapawający wielką nadzieją na długie życie. Słuchał z uwagą słów Justine, nie powstrzymując się przed zmarszczeniem brwi - ofiara? W jaki sposób? Zaraz - dawać życia? Zmarłym? Nie przerywał, licząc na to, że pojawi się więcej szczegółów, rozwiewających chociaż część wątpliwości, lecz nie doczekał się. Póki co nie mógł wyciągnąć wiele wniosków, mimo tego nie pytał, spodziewając się, że ktoś prędzej czy później poruszy temat - tym bardziej, że Tonks miała więcej do opowiadania i nieelegancko byłoby przerywać jej w trakcie.
Anomalie były zagadką, tym samym były w oczach Ollivandera relacje Zakonników - najprostszym podsumowaniem wyprawy wydawało się określenie ich abstrakcją, najwidoczniej skumulowana w więzieniu moc atakowała śmiałków, wypaczając rzeczywistość - o ile taka w ogóle istniała w Azkabanie - na najróżniejsze sposoby. Słuchał kolejnych elementów z uwagą, nie czując potrzeby komentowania owych opowieści. Wzrok wędrował kolejno po osobach siedzących przy stole, tych zabierających głos, również tych milczących, na dłużej zatrzymał się na Marcelli, siedzącej naprzeciwko, gdy zadała pytanie na temat śmierci przewodniczki Zakonu. Odpowiedź Samuela przyjął ze spokojem, próbując rozgryźć, dlaczego poświęcenie jednego życia zdołało powstrzymać tak potężny żywioł oraz ocalić trójkę dzieci. Rozsądek podpowiadał, że po takim ogromie mocy, kamień - bo to on był przekaźnikiem, jeśli Ulysses dobrze rozumiał - powinien ulec zniszczeniu. Nawet magia miała swoje ograniczenia. Milczał, spodziewając się, że po omówieniu wypraw przejdą do innych spraw, nie było sensu odzywać się bez powodu.


psithurism (n.)
the sound of rustling leaves or wind in the trees
Ulysses Ollivander
Zawód : mistrz różdżkarstwa, numerolog
Wiek : 33
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler

and somehow
the solitude just found me there

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 30 49ef0cf60175f20be70ba8f5ceb218e8
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4176-ulysses-francis-ollivander https://www.morsmordre.net/t4228-nebula#86429 https://www.morsmordre.net/t4213-ufo-z-lasu https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t4227-skrytka-bankowa-nr-1059#86421 https://www.morsmordre.net/t4229-ulysses-francis-ollivander#86432
Re: Salon [odnośnik]02.10.19 17:30
Słuchał wszystkich zgromadzonych z uwagą, pozwalając Justine rozpocząć spotkanie. Miał być dla niej wsparciem, pomocą doświadczonego Gwardzisty, ale czuł, że nie posiada złotych rad dotyczących organizowania rzeczowej dyskusji. Spotkania Zakonu Feniksa w niczym nie przypominały pierwszych, raczej towarzyskich spędów, gdzie każdy pojedynczy sojusznik miał głowę pełną pomysłów a serce - naiwnych nadziei na to, że zdołają ochronić potrzebujących bez ponoszenia. Ben tęsknił za tamtą werwą, lecz spoglądał na nią bez rozczulenia; czasy się zmieniły, wojna rozpętała się na dobre, ludzie ginęli coraz częściej a Czarny Pan objawił się oficjalnie, mianując swoją marionetkę, Malfoya, Ministrem Magii. Nadchodziły trudne czasy.
Westchnął ciężko, słysząc rozpoczętą opowieść Alexandra; kiwnął kilka razy głową, nieco nerwowo poprawiając się na krześle. - Na mojej szyi zacisnął się dziwny naszyjnik. Myślę, że został skażony klątwą...Nie wiem, czy nasi znawcy klątw będą mogli dowiedzieć się, co to było i czy noszenie tego przeklętego cacka ma dalej jakieś konsekwencje - rozejrzał się po sali, na dłużej zatrzymując wzrok na Lucindzie. - Nosząc go nie byłem sobą. Tak jakbym...się rozdwoił. A ten drugi chciał tylko niszczyć, zabijać; żywił się moją energią i powoli stawał się bardziej realny niż ja sam - zawiesił głos, mimowolnie czując dreszcz przebiegający po karku. Budzące grozę więzienie było potwornym miejscem; najgorszym koszmarem, piekłem samym w sobie. - Chciałbym też spytać...jak się czujecie? Zarówno ci, którzy przeszli przez kamienne labirynty, musząc zmierzyć się z tym, co czekało na nas w środku, jak i ci z was, którzy tak bardzo pomogli nam jeszcze przed rozpoczęciem misji - ciągnął, podnosząc wzrok znad dębowego stołu. To wsparcie tych, którzy pozostali w Zakazanym Lesie pozwoliło im przeżyć tę misję. Ich także miał w swej pamięci.
Zamilkł na moment, pozwalając wybrzmieć następnym opowieściom.
- A więc Garrett pojawił się w wielu miejscach - skomentował w zastanowieniu, przenosząc wzrok z Susanne na Kierana. Niczym dobry duch, symbol nadziei; gdyby nie dobra magia,  nie wiadomo, jak zakończyłaby się ta straceńcza misja. - Myślę, że wielu z nas odczuwa brak Garreta. Tak samo, jak wielu dopiero zacznie swoją żałobę po naszej wspaniałej Pani Profesor - zwrócił się ku Jackie, zadającej celne, choć trudne pytanie, poparte chwilę później przez Archibalda.- Sądzę też, że pogrzeb to odpowiednia propozycja. Dziękuj Nie mamy ciała Bathildy - urwał, odkaszlnął i chrypnął jednocześnie; ciągle z trudem mówił o ostatecznym poświęceniu Pani Profesor - ale symboliczna ceremonia dla Jej pamięci...tak, to coś, co wypadałoby przygotować - stwierdził, zerkając na Justine, pewien, że pociągnie ona ten temat. - Odeszła tak, jak żyła, po cichu, ale zostawiając po sobie coś wielkiego. Reszta...no, wydarzyła się tak, jak powiedziała Tonks. Naszyjniki. Pęknięcie. Dusza - odpowiedział trochę chaotycznie Marcelli, puszczając mimo uszu próbę obrony Randalla, którego wszak nie atakował. Dziwił się tylko beztroskiemu podejściu do tego, co spotkało ich wszystkich. - Chłopiec, o którym mówisz...myślę, że miał coś wspólnego z Wyspą Rzeźb, z poprzednią misją, na którą właśnie tam się udaliśmy - dodał, wyraźnie markotniejąc - nie chciał wracać do tamtych wydarzeń, do śmierci, do ofiar, którym nie zdołał pomóc. Nie chciał też wszczynać nerwowej atmosfery; uniósł lekko rękę, gdy Poppy wyraziła swoje oburzenie - uspokajająco, nie przestrzegająco. - To nie czas na wypominania. Skupmy się na konkretach - wtrącił stanowczo, ale delikatnie, powracając do słuchania relacji.
- Jak zwykle po aurorsku, rzeczowo - skinął z uznaniem głową Anthony'emu Skamanderowi, który streścił początek azkabanowych kolei losu następnej grupy. Zmarszczył jednak czoło, słysząc o Arturze. - Nie wiecie, co stało się z Longbottomem? Szukaliście go później? - spytał duet długowłosych aurorów, obawiając się, jaką odpowiedź usłyszy. Czyżby czekało ich jeszcze jedno pożegnanie? Czy liczba ofiar Azkabanu miała się zwiększać, a rany - pozostać niezagojone mimo magii Oazy? - I czy ktoś wie, tak dokładnie, co stało się z Herewardem? - zawiesił głos, obawiając się, że w jego piwnych oczach ciągle widać zaskoczenie i smutek. Jeden z Gwardzistów zginął. Ponosili coraz więcej ofiar. Czy chciał znać szczegóły jednej z nich - a może wziąż tliła się w nim jakaś nadzieja?
- Ten deszcz był...wyjątkowy. Nie tylko leczył - także i mnie - ale również...wraz z nim spadały dziwne kawałki. Meteoryty, może kamienie...Nie wiem dokładnie. Spotkaliście się z takim gradem tej nocy i podczas następnych dni? - rozejrzał się po salonie, powracając do tematu deszczu, ciekaw, czy i inni doświadczyli przedziwnych opadów, pulsujących jasną magią. Nie mogły być czymś złym, wierzył w to z całego serca.
Kątem oka zerknął na Tonks - pytania o Harolda pojawiły się szybko, naturalnie; to był dobry moment, by na nie odpowiedzieć, przekazując ostatnią wolę Bathildy Bagshot.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 30 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Salon [odnośnik]02.10.19 19:43
Drzwi zostały zamknięte. Spotkanie rozpoczęło się i tym razem to ona przemawiała przed resztą. O wiele łatwiejszym zdawało się znajdowanie po drugiej stronie stołu. Ale i ten obowiązek zamierzała udźwignąć, zwłaszcza, że mieli wiele informacji do przekazania. Zawiesiła spojrzenie i zmarszczyła lekko brwi, na słowa Alexandra, jasne tęczówki przesunęły się na Susanne by zawisnąć na Kieranie. Przebłyski, czy załamania? Co je powodowało? Sama widziała coś na zasadzie majaków, ale teraz właśnie okazywało się, że było to bardziej coś na zasadzie lustra dwukierunkowego. Trudno było postawić jakieś konkretne wnioski w obliczu anomalii o sile tak wielkiej z jaką nie spotkali się wcześniej. Nie umiała zlokalizować źródła ani pochodzenia profesora Dumbledora, czy Garretta, ale opowieści drugiej grupy wskazywały na to, że pomogli im oni. Relacja Anthonyego, przesunęła cień po jej twarzy. Nie ze względu na wypowiadane słowa, a wspomnienia. Dłoń mimowolnie powędrowała na brzuch, dotykając koszuli pod którą skrywały się blizny składające się na nierówną gwiazdę. Powinna się spodziewać nawiązań do miejsc z których dzieci zostały uratowane. Ale i tak ją to zaskoczyło. Relacja Rii, była niemniej chaotyczna niż reszty. Z opóźnieniem przeniosła wzrok na Samuela, zatrzymując go jeszcze kilka chwil na Weasley - miała nadzieję, że udało jej się poradzić sobie ze wszystkim przez co przeszła. Uniosła brew na słowa Marcelii, a zadane pytanie nie opuściło jej. Nie odezwała się jednak uprzedzona przez Skamandera. Jeszcze bardziej jednak, zaskoczyła ją reakcja Poppy. Rozdmuchiwanie tego nie miało sensu i znaczenia. Nie, kiedy stali w obliczu nowych wyzwań. Słowa Benjamina sprawiły że przytaknęła lekko głową.
- Pamiętajcie, że wątpliwości należy rozwiać. A o zdrowie dbać. Czarna magia w każdej postaci, potrafi silnie oddziaływać na psychikę. Jeśli potrzebujecie jesteśmy do waszej dyspozycji, tak samo jak nasi uzdrowiciele. - przesunęła po nich spojrzeniem. Znała moc zaklęć czaromagicznych, na własnej skórze doświadczyła aquassus czy crucio. Wielka, czarnomagiczna anomalia z pewnością potrafiła wpływać na umysły, a może bardziej gnębić je odnajdując najgłębiej skrywane lęki. Zamilkła, gdy Ben mówił dalej.
- Doszliśmy do tych samych wniosków. - słowa skierowała do Benjamina. - Julia była z wyspy rzeźb i trudno było oprzeć się wrażeniu że w jakiś sposób anomalia koreluje z tym co ona sama przeszła. Zwłaszcza na końcu. - zamilkła pozwalając na kolejne jego słowa i pytania. Dopiero imię Herewarda sprawiło że odezwała się ponownie. - Brendan mówił, że na początku, kiedy nas rozdzieliło a on został na tyłach zaatakowała anomalia. Porozumiewali się, póki ta nie pociągnęła go w inną stronę. Nie wiemy czy to wtedy... - zatrzymała się na kilka chwil. - Jak Weasley, chcę wierzyć, że przeszedł długą drogę, by z własnego wyboru spotkać nas tam, gdzie go pożegnaliśmy. Jednak to co stało się naprawdę, prawdopodobnie nigdy nie będzie nam wiadome. - zakończyła plinując, by jej głos nie zadrgał. Musiała być silna, nie tylko dla siebie, ale dla Eileen i dla wszystkich zakonników. Jedno jego spojrzenie sprawiło, że skinęła lekko głową. Jasne spojrzenie przeniosło się na Jackie.
- Powinniśmy pożegnać ją ale i zadbać o to, by jej pamięć przetrwała. - stwierdziła pewnie, jasne spojrzenie przesunęło się po zakonnikach. - Doszliśmy tak daleko, dzięki ludziom, którzy poświęcili się naszej sprawie. - Garrett, profesor Baghsot, Potterowie, Hereward i wszyscy ci, których nie dane było jej samej, osobiście poznać. - Ceremonia to dobry pomysł, Jackie. Podejmiesz się organizacji? I czy potrzebujesz pomocy? - spojrzenie zawisło na przyjaciółce, miała rację powinni pożegnać profesor Bagshot właściwie. Tak, jak na to zasługiwała.
- Naszym przewodnikiem będzie Harold Longbottom, zgodnie z wolą profesor Bagshot. - podjęła temat Ministra, którego imię przesunęło się po słowach niektórych z nich. Jasne tęczówki przesunęły się po zakonnikach. - W miejscu Azkabanu powstała Oaza, to bezpieczne miejsce w którym schronienie będzie mógł odnaleźć każdy, kto tego potrzebuje. Każde z was zna miejsce i sposób na przejście do niego. - kolejny wzrok przesuwający się po sylwetkach ludzi siedzących w pomieszczeniu. - Trzeba przygotować Oazę na przybycie lokatorów. Musimy zgromadzić środki niezbędne do życia - żywność, lekarstwa, koce, ubrania. Kto się tego podejmie? - zapytała milknąc ledwie na chwilę. - Kolejne, jeśli nie najważniejsze, to zorganizowanie materiałów, które pozwolą nam zbudować miejsca w których potrzebujących ludzi, czy rodziny będziemy mogli umieścić. Tutaj też potrzebuję deklaracji. - znów chwila przerwy. Zadań było dużo, ale wiedziała, że poradzą sobie z nimi. To nie było wszystko, co pozostawało jeszcze do omówienia, ale trzeba było oddelegować zadania i zająć się tym, by przygotować Oazę odpowiednio. Miała być schronieniem, ale na razie była dzika, niedostosowana do życia dla ludzi. To oni musieli się tym zająć.

standardowo 48h



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +3
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Salon - Page 30 Atomic-blonde-ice-bath
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Salon [odnośnik]02.10.19 21:18
Opowieści pozostałych Zakonników go przerosły. Nigdy nie brał udziału w niebezpiecznych misjach, na które wyruszali jego przyjaciele, bo dobrze wiedział, że jego różdżka bardziej przyda się na miejscu, by wyleczyć rannych. Przez to nie potrafił sobie wyobrazić z jakim złem mieli do czynienia, pomimo szczegółowych opisów ich przeżyć. To nie mieściło się w głowie, że magia może przybierać tak straszne formy. Nawet nie był w stanie tego skomentować, a jego myśli zaprzątały jedynie kolejne zgony ich bliskich. Ilu jeszcze będzie musiało zginąć, żeby wreszcie zapanował ład i spokój? Przesunął spojrzeniem po zebranych, to było silniejsze od niego, chociaż wcale nie chciał się nad tym zastanawiać. Przebudził się dopiero po usłyszeniu słowa uzdrowiciel, jednocześnie czując na sobie spojrzenie Justine. Kiwnął lekko głową, dając znak, że jak zawsze jego magomedyczna wiedza jest do ich dyspozycji.
- Tak, parę takich kamieni spadło mi na głowę. Nie wiem czym dokładnie są, ale na pewno da się je jakoś wykorzystać - stwierdził, odpowiadając Benjaminowi na pytanie. Kilka z nich zostawił na półce w gabinecie, choć ich charakterystyczny wygląd potrafił odciągnąć go od pracy. Mimo wszystko jeszcze bardziej ciekawił go ten leczniczy deszcz. Czy to możliwe, że wciąż da się go wykorzystać do warzenia eliksirów albo przygotowywania maści? Będzie musiał przedyskutować to z innymi uzdrowicielami i alchemikami, może ktoś z nich ma jakiś pomysł.
- Ja mogę się tym zająć. Lekarstwami, kocami, ubraniami - odparł Justine, szybko dochodząc do wniosku, że dla niego to nie będzie żaden problem. Dysponował pieniędzmi i skrzatami domowymi, które wykonywały powierzone im zadania o wiele szybciej niż przeciętny czarodziej. - Mogę też wesprzeć finansowo budowę - dodał, ciesząc się, że może wykorzystać majątek swojej rodziny do tak dobrych celów – nie widział sensu w kurczowym trzymaniu się oszczędności w skrytce u Gringotta dla samego faktu posiadania. Do samej budowy już się nie zgłaszał, kompletnie się na tym nie znał, pewnie więcej by pomieszał niż pomógł.


Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Archibald Prewett
Zawód : nestor toksykolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Britannia,
You’re so vane
You’ve gone insane
OPCM : 7 +3
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 29 +6
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett https://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 https://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4910-skrytka-bankowa-nr-1115#106844 https://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
Re: Salon [odnośnik]02.10.19 22:55
Z każdą mijającą chwilą Lucan coraz bardziej bladł. Wystarczyło wspomnienie jego własnych przeżyć, by czuł się zmęczony, przerażony, zdruzgotany złem, z którym przyszło im walczyć. Tymczasem im dłużej wysłuchiwał opowieści pozostałych zakonników o tym, z czym przyszło im się zmierzyć, tym bardziej był dla nich pełny podziwu.
Spojrzał w stronę Benjamina, gdy z jego ust padło pytanie o samopoczucie. Czy naprawdę musiał pytać? Po minach większości zebranych widać było, jak każdy zniósł te trudy. Czy trzeba było mówić o tym głośno? On sam nie chciał się dzielić swoimi odczuciami. Kieran i Justine dokładnie streścili już co się działo podczas ich wędrówki przez tunele, Lucan nie chciał dokładać do tego opisu własnych wspomnień. I tak odczuwał głównie winę i bezradność - kiedy musiał oglądać spalone, zmasakrowane ciała rozwieszone pod ścianami, gdy pozbawiał głów trójkę nieżywych już dzieci i gdy Hereward zamieniał się w pył. O jego obawach nasłuchała się już Lorraine.
- Mam tylko nadzieję, że nie cierpiał - dodał jeszcze cichym głosem, mając na myśli Bartiusa. To co go spotkało, było okropne. Lucan do dziś zastanawiał się, czy gdyby postąpili na początku jakoś rozważniej, nie dali Julii uciec, czy to wszystko potoczyło by się inaczej. Azkaban koniec końców i tak mógł się domagać jakiejś ofiary.
- Longbottom nie kontaktował się z nikim? - sam zerknął po aurorach, zasiadających przy stole. Zniknięcie ministra było dość tajemnicze i nie napawało raczej optymizmem. Lucan miał tylko nadzieję, że Azkaban nie odcisnął na nim jakiegoś magicznego piętna - jakiejś klątwy, która groziłaby jego życiu. Nie znał się na tym zupełnie, ale to byłby chyba jeden z najgorszych możliwych scenariuszy.
- Ja też znalazłem taki kamyk - przytaknął Archibaldowi - Emanuje ciepłem i spokojem. - dodał. Tylko czym one tak naprawdę były?
- Być może powinniśmy w Oazie zorganizować także jakiś pomnik? - nie wiedział ile w tym sensu, jednak jeśli mieli mieć jakieś miejsce, gdzie mogliby wspominać wszystkich poległych, to najlepsza do tego była właśnie oaza. Miejsce, by zapisać ich imiona. Oczywiście podobna miejscówka była w tym momencie jednym z mniejszych zmartwień. Niemniej sądził, że należałoby to rozważyć. - Także mogę wesprzeć Oazę finansowo - podobnie jak Archie, tak samo Lucan nie za bardzo znał się na budowlance. Mógł jednak wykorzystać jeden z głównych atutów szlachty - bogactwo. Czy raczej to, co mogli kupić za pieniądze przetrzymywane w skarbcu. Nie wątpił, że będą potrzebowali całej masy zapasów, lekarstw, ciepłej odzieży i koców.


We carry on through the stormTired soldiers in this war
Remember what we're fighting for


Lucan Abbott
Zawód : Znawca prawa, pracownik Służb Administracyjnych Wizengamotu
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
If you can't fly, run
If you can't run, walk
If you can't walk, crawl!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6172-lucan-havelock-abbott https://www.morsmordre.net/t6437-loki#164163 https://www.morsmordre.net/t6439-obys-nie-mial-zatargow-z-prawem#164173 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-rezydencja-abbottow https://www.morsmordre.net/t6547-l-h-abbott
Re: Salon [odnośnik]03.10.19 0:02
Przysłuchiwanie się opowieściom z Azkabanu wywoływało solidny dyskomfort i choć Ollivander pozwalał owemu uczuciu uwidocznić się co najwyżej w nieprzesadnie zmarszczonych brwiach oraz chmurnym spojrzeniu, wyraźnie odczuwał niepokój, płynący ze wszystkich historii, mimo odrealnienia - a może wręcz przeciwnie - przez nierzeczywiste, senne, koszmarne wizje, atakujące podświadomość i czułe punkty ludzi, którzy zdecydowali się podjąć ryzyko. Z niechęcią zauważył, że zaczyna zastanawiać się, co sam mógłby zastać w murach więzienia, w jaki sposób skupisko czarnej magii postanowiłoby zaatakować jego umysł, w który obszar życia wyciągnęłoby swoje demoniczne macki i jak długo mógłby się przed owymi atakami bronić za pomocą oklumencji. Wzdrygnął się mimowolnie, na chwilę pozwalając wyobraźni pofolgować, lecz na nieprzyjemnym bodźcu bezkompromisowo urwał przemyślenia, sprowokowane słowami Benjamina o naszyjniku. Nawet bez znajomości znaków runicznych oraz sztuki łamania klątw trudno było przyporządkować działanie artefaktu innemu źródłu - o ile nie była to zwyczajnie jedna z parszywych zagrywek anomalii, a nie konkretny, czarnomagiczny urok. Czujne spojrzenie zatrzymało się na przyjacielu dłuższy moment, w znajomy sposób wyłapując wszelkie zmiany i emocje. A ty? - przebrnęło Ollivanderowi przez myśl, kiedy wypłynęła kwestia samopoczucia, choć odpowiedź przejawiała się w całej postaci olbrzyma, słowa były zupełnie zbędne. Martwił się o niego, nawet jeśli w surowym, twardym i chłodnym spojrzeniu niewiele się z owej troski odbiło.
Na krótko wspomniał Zakazany Las, miejsce kojarzące się już nie tylko z czasami szkolnymi - tam zniknęła Bathilda, trudno było zapomnieć panikę panny Pomfrey, której pomógł w bezskutecznych poszukiwaniach starszej kobiety. Zerknął przelotnie na pielęgniarkę, gdy kierował wzrok na Benjamina, wciąż zastanawiając się, w jaki sposób ciało i dusza znalazły się w naszyjnikach. Z czysto naukowego punktu widzenia - czy tego podziału dokonał portal, czy sama pani profesor, w innych okolicznościach? Ofiarowała się w lesie, tuż obok nich? Nie wiedział, czy wypadało mu pytać, zwłaszcza przy Zakonnikach, skupiających się teraz na żałobie. Szybko przemknął po wszystkich twarzach, decydując się na odezwanie. - Profesor Bagshot zniknęła w Zakazanym Lesie. Ofiara dokonała się w portalu? - zapytał krótko, pewnie. Ta kwestia postawiłaby w innym świetle samo przejście aktywowane patronusami.
Kwestię pogrzebu przemilczał - nie dlatego, że była mu obojętna, jak najbardziej zgadzał się z koniecznością godnego pochowania poległych, nawet jeśli ceremonia miałaby przybrać symboliczny wymiar - był pewien, że Zakonnicy podejmą słuszną decyzję i podniosą się głosy potwierdzające, chętne do organizacji uroczystości. Z zaskoczeniem spojrzał po obecnych, gdy wypłynął temat Longbottoma - nikt do tej pory nie zwrócił uwagi na jego brak? Nie miał pojęcia, czy Artur wrócił do domu, nie utrzymując z nim regularnego kontaktu.
- Wydaje mi się, że deszcz powinien poradzić sobie z pozostałościami anomalii, jakie wynieśliście z Azkabanu - powiedział spokojnie, wysnuwając prosty wniosek, przypuszczenie. - To tylko teoria, najbezpieczniej byłoby to sprawdzić - uzupełnił od razu, nim przeszedł do wyjaśnienia, zerkając znów na Benjamina w niemej sugestii natychmiastowej kontroli, czy przypadkiem coś nie postanowiło doczepić się do jego istnienia. - Deszcz był znakiem dla przebywających w Zakazanym Lesie, wtedy otworzyliśmy portal i znaleźliśmy się w Oazie. Nie mogę wiele powiedzieć z perspektywy magomedycznej - tu zerknął na Archibalda, Poppy i Alexandra, a także na Roselyn, choć z mniejszą pewnością - czy również była uzdrowicielką? - lecz zdaje się, że to po prostu czysta, biała magia - to wyjaśniałoby, dlaczego wyleczyła was z działania anomalii, czarnej magii. Częściowo zbiła się w formę kryształów, mają różne działanie, dosyć losowe, da się je wyczuć intuicyjnie. Jestem prawie pewien, że jeden z moich ma właściwości lecznicze, drugi zmienił się w kamień szlachetny - wzruszył ramionami.
- Również pomogę - dołączył się do słów Lucana i Archibalda. - Postaram się też rozejrzeć w Oazie i zbadać ją. To miejsce skrywa wielki potencjał, prawdopodobnie nie odsłoniło przed nami wszystkiego - nie wątpił, że jednostka badawcza mogłaby wykorzystać ją na przeróżne sposoby. - Dodatkowe zabezpieczenia portalu nie będą potrzebne? Może zwracać uwagę, gdy jest aktywowany oraz używany, to niemała dawka magii, możliwa do wykrycia - zwrócił uwagę, zerkając na prowadzących spotkanie Gwardzistów, chcąc się upewnić.


psithurism (n.)
the sound of rustling leaves or wind in the trees
Ulysses Ollivander
Zawód : mistrz różdżkarstwa, numerolog
Wiek : 33
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler

and somehow
the solitude just found me there

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 30 49ef0cf60175f20be70ba8f5ceb218e8
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4176-ulysses-francis-ollivander https://www.morsmordre.net/t4228-nebula#86429 https://www.morsmordre.net/t4213-ufo-z-lasu https://www.morsmordre.net/f207-lancashire-silverdale-posiadlosc-ollivanderow https://www.morsmordre.net/t4227-skrytka-bankowa-nr-1059#86421 https://www.morsmordre.net/t4229-ulysses-francis-ollivander#86432
Re: Salon [odnośnik]03.10.19 13:33
Słuchała kolejnych wypowiadanych opowieści, które układały w jej głowie przerażający i dość surrealistyczny obraz wydarzeń w Azkabanie. Aż trudno było uwierzyć, że to mogło dziać się naprawdę, ale anomalia rzeczywiście musiała być bardzo potężna, skoro zgotowała Zakonnikom takie przeżycia. Cóż, dobrze że większość z nich wróciła stamtąd w jednym kawałku. Ale Hereward i profesor Bagshot... Charlie przeżyła ich utratę mimo że nie były to osoby bliskie jej w prywatnym życiu. Ale były ważne dla Zakonu, poza tym przykry był sam fakt, że w ogóle ktokolwiek musiał zginąć. Że misja ratowania świata pociągnęła za sobą ofiary, choć pocieszające było to, że udało się uratować dzieci. Profesor Bagshot dokonała ogromnego poświęcenia, oddając za nie życie. Ale podobnie jak niektórzy odzywający się Zakonnicy, i ona obawiała się, jak poradzą sobie bez przewodniczki, bez tak światłej i mądrej czarownicy, w dodatku wtajemniczonej w pewne plany Dumbledore’a? Przecież to dzięki niej wiedzieli jak radzić sobie z anomaliami i wieloma innymi sprawami. Podejrzewała, że Zakon nieprędko podniesie się po tej stracie, ale nadal mieli siebie i musieli być zjednoczeni i silni. Profesor Bagshot na pewno w nich wierzyła, odchodząc, więc nie mogli jej zawieść.
Było jej smutno, ale przypuszczała, że tym, którzy przeszli piekło Azkabanu, było dużo trudniej. Ona nie przeżyła tego co oni, czekała bezpiecznie w Zakazanym Lesie. Nie narażała życia, co najwyżej ryzykowała przeziębieniem od stania w zimnie i deszczu, nie mogła pochwalić się lwim sercem, a co najwyżej gołębim. Albo kocim. Była tylko alchemiczką, mogła zaoferować eliksiry i wiedzę, ale nie była tak dzielna jak oni, ci wszyscy odważni czarodzieje, dzięki którym anomalie dobiegły końca.
- Cieszę się, że to już koniec, przynajmniej anomalii, ale... martwię się, że to wcale nie koniec naszych problemów – odezwała się cichutko i nieśmiało po pytaniu Bena o samopoczucie. Spojrzała na niego przez moment; siedział bardzo blisko i gdyby się przyjrzał mógł dostrzec, że jej oczy wciąż były leciutko zaczerwienione. Utrata profesor Bagshot i Herewarda była nieodżałowana i bardzo smutna, ale pozytywną wiadomością było to, że ich koniec nie poszedł na próżno. Świat pewnego dnia im za to podziękuje, nawet jeśli aktualnie prawdę znali wyłącznie oni, Zakon Feniksa. – I zgadzam się z tym, że należy ich jakoś... pożegnać. Chociaż symbolicznie, ku ich pamięci.
Jednocześnie nie mogła nie pomyśleć o swojej stracie, ale ona nadal mogła mieć nadzieję na powrót siostry. W przypadku Herewarda i profesor Bagshot raczej nadziei już nie było. Martwiło ją to, że znowu kogoś tracili i znów spotykali się w uszczuplonym gronie.
- Też pamiętam ten deszcz. Spadł, kiedy byliśmy w Zakazanym Lesie i czekaliśmy na wasz powrót. Nie był jak ten okropny, zimny deszcz towarzyszący anomaliom, było w nim... coś ciepłego i dobrego, jakby przesyconego białą magią. Najpierw niebo rozjaśniło się, a potem zaczął padać ten deszcz... i kryształy. Zebrałam ich kilka – powiedziała, gdy padły pytania o biały deszcz.
Zainteresowała się wspomnieniem o Longbottomie i Oazie. To dobrze, że będą mieć nowego przewodnika, prawowity minister i wieloletni auror wydawał się ku temu odpowiednią osobą, mogącą godnie zastąpić zmarłą panią profesor. Oaza natomiast mogła być dobrym i bezpiecznym, odizolowanym miejscem, w którym mogliby znaleźć schronienie prześladowani czarodzieje. To aż niewiarygodne, jak bardzo zmienił się Azkaban, z miejsca przepełnionego czarną magią i nieszczęściem stając się czymś zupełnie przeciwnym. Do tej pory zastanawiało ją, jak silna przemiana musiała się tam dokonać, ale widziała to miejsce na własne oczy po przebudzeniu portalu. W którym też brała udział, bo to właśnie tamtego dnia pod koniec grudnia pierwszy raz wyczarowała cielesnego, w pełni zdatnego do użytku patronusa.
- Ja też chętnie pomogę – zgłosiła się, nadal nieśmiało, ale z zapałem. – Jeśli ktoś mający lepsze dojścia do ingrediencji je zorganizuje, mogę regularnie udawać się do Oazy i warzyć potrzebne eliksiry dla jej mieszkańców. Ktoś chciałby wybrać się tam ze mną, gdy nadejdzie odpowiedni czas? Sprawdzę też u siebie i rodziny, czy nie mamy jakichś zbędnych ubrań, koców i tak dalej. Takie rzeczy można by gromadzić w jakimś miejscu w Oazie, gdyby ktoś czegoś potrzebował.
Nie będzie to na pewno dużo rzeczy, Leightonowie żyli raczej skromnie, ale każda chociaż minimalna pomoc, którą mogli zaoferować poszczególni Zakonnicy, na pewno się przyda tym, którzy będą zmuszeni do ucieczki przed obecnym złym ładem. Do budowania jednak się nie zgłaszała, ponieważ na tym się nie znała. Mogła porobić eliksiry czy posortować ubrania, koce i inne rzeczy, które zostaną zgromadzone przez Zakon, ale jej wątłe ramiona nie miały dość sił, by stworzyć odpowiednie lokum dla tych, którzy się w Oazie pojawią.




Best not to look back. Best to believe there will be happily ever afters all the way around - and so there may be; who is to say there
will not be such endings?
Charlene Leighton
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 24/25
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Chciałoby się uciec,
ale nie przed wszystkim się da.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5367-charlene-leighton https://www.morsmordre.net/t5375-listy-do-charlie https://www.morsmordre.net/t5374-alchemiczka-kocia-mama https://www.morsmordre.net/f173-oaza-chata-nr-88 https://www.morsmordre.net/t5388-skrytka-bankowa-nr-1338 https://www.morsmordre.net/t5387-charlene-leighton
Re: Salon [odnośnik]03.10.19 22:53
Samą siebie zawsze stawiała na dalszym planie, na uwadze mając przede wszystkim dobro swoich bliskich i przyjaciół, dlatego dziś także bardziej interesowało ją to, co czuli ci, którzy odwiedzili Azkaban. Po pytaniu Benjamina powiodła po wszystkich spojrzeniem. Ona sama pozostała w Zakazanym Lesie, względnie bezpieczna, cóż mogła czuć? Ogromny niepokój, strach o ich życie i zdrowie, o sukces misji, o profesor Bagshot, przede wszystkim o trójkę dzieci, które musieli tam poprowadzić. To co czuła ona było nieistotne, a i tak odbijało się na jej twarzy. Łzy, płynące gęsto przez wiadomość o śmierci Bathildy, osuszała chusteczką, dotychczas nerwowo zaciskaną w dłoniach. Opowieści o tym, co zdarzyło się w Azkabanie, bynajmniej nie pomagały - nie drżała, nie szlochała już, zapanowała nad nerwami i emocjami, przywołując się do porządku, ale wyraźny smutek wciąż spowijał piegowatą twarz.
- Ja mogę się tego podjąć - zaproponowała nieśmiało, odpowiadając Justine, choć zwróciła się do Jackie. - Bądź pomóc - uściśliła na wszelki wypadek, gdyby aurorka jednak się na to zdecydowała. Profesor Bagshot zasługiwała na upamiętniającą jej ceremonię ponad wszelką miarę - nie niewielką, a ogromną, niewielu ludzi zrobiło aż tyle dla ich świata. Była wybitną jednostką - ale w tej chwili nie mogli przyciągać do siebie dużej uwagi. Zadbają, by pamięć o tej kobiecie przetrwała.
Z ulgą przyjęła wieści o Haroldzie Longbottomie, zgodnie z jej podejrzeniami miał im teraz przewodzić, dopełniając woli profesor Bagshot - potrzebowali go. Jego doświadczenia, mocy i umiejętności.
- Ja także uważam, że ten deszcz, kryształy, emanujące dobrą energią, mają ścisły związek z tym, co wydarzyło się w Azkabanie. Lunął z nieba, niosąc nadzieję, gdy wy niszczyliście anomalię-matkę - wypowiedziała się po lordzie Ollivanderze, dzieląc się z pozostałymi swoimi podejrzeniami. - Wyczuwam w tych kryształach białą moc. Mogą mieć niezwykłe właściwości. Zabrałam ich kilka i pokażę je Henry'emu McKinnon, genialnemu numerologowi, który pragnie nas wesprzeć. - Nie tak dawno temu powierzyła sekret istnienia Zakonu Feniksa wieloletniemu przyjacielowi, czyniąc go tym samym jego sojusznikiem. Będąc tak znakomitym specjalistą z dziedziny numerologii z pewnością lepiej zrozumie istotę tych kryształów od niej samej.
Sprawa kryształów, które dosłownie spadły im z nieba, skupiając w swoje czystą, dobrą magię była jednak mniej pilną od przywołanej przez Tonks oazy. To na niej przede wszystkim powinni się skupić. Potrzebowali bezpiecznego miejsca, kryjówki, w której schronienie znajdą wszyscy potrzebujący - prześladowani i nękani przez obecną władzę, ścigani przez czarnoksiężników, czarodzieje, którzy będą mogli im pomóc, lecz lękali się o bezpieczeństwo swoje i rodziny.
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by pomóc - zadeklarowała od razu - jako uzdrowiciel i alchemik. Znam kilku zaufanych aptekarzy, u których zamawiam składniki do eliksirów. Można na nich polegać. Będą nam potrzebne większe ilości, aby zaopatrzyć oazę w wywary lecznicze i ochronne - zaproponowała, gdy szlachetni lordowie zaproponowali wsparcie finansowe. Chęci chęciami, ale nimi za żywność i składniki, których wyczarować się nie dało, nie zapłacą. To szlachetne z ich strony, że zdecydowali się przeznaczyć rodzinny majątek na pomoc potrzebującym.
Poppy Pomfrey
Zawód : pielęgniarka w Hogwarcie
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
nie prze­czu­łam w głę­bi snu,
że je­że­li gdzieś jest pie­kło,

to tu

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
 Rozważna i romantyczna
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4756-poppy-pomfrey#101735 https://www.morsmordre.net/t4768-listy-do-poppy#102037 https://www.morsmordre.net/t4767-siostra-poppy#101999 https://www.morsmordre.net/f322-woodbourne-avenue-13-7 https://www.morsmordre.net/t4787-skrytka-bankowa-nr-1224#102337 https://www.morsmordre.net/t4784-poppy-pomfrey#102285
Re: Salon [odnośnik]03.10.19 23:23
Wracanie wspomnieniami do tamtego wydarzenia nie było łatwe. Nie chodziło już nawet o to, że niemal była martwa. Wszystko wydawało się być całkowicie odrealnione. Nic tam nie miało ładu. Każde pomieszczenie, każdy korytarz i każde zadanie, które przyszło im wykonać było całkowicie nierealne. Tak jakby znaleźli się nagle w obcym świecie i choć wyglądało to czasem magicznie i upiornie to nie miało to żadnego połączenia z tym co znali. Lucinda spojrzała na Archibalda, któremu samemu jako uzdrowicielowi było trudno pojąć jak wielką moc miał deszcz, który nadszedł po wygranej bitwie. – Myślę, że uzdrowił każdego z nas – odparła mając świadomość, że mówi jedynie o żywych. Miała też świadomość, że nie wszyscy wrócili tak w pełni sił jak Lucinda. Co przecież było abstrakcją. Prawie tam umarła.
Wiele myślała o naszyjniku, który finalnie oplótł szyję Bena. Zastanawiała się czy byli w stanie to przewidzieć. W końcu.. – Na rysunkach Emmy widzieliśmy ten naszyjnik już wcześniej – zaczęła chcąc wrócić jeszcze raz do tego tematu. – Wtedy widziałam tylko runy, które całkowicie sobie przeczyły. Były prawdziwą anomalią i chyba nikt nie spodziewał się, że zaatakują tak dosłownie. – odparła. Naprawdę starała się pomóc Benowi. Starała się  naprowadzić innych i może gdyby miała wtedy więcej czasu bardziej dopasowałaby runy do poszczególnych osób. To jednak już się stało. Nie mogli tego zmienić.
Lucinda także myślała, że pożegnanie poległych było dobrym pomysłem. Nie mogli przechodzić obojętnie obok takich rzeczy. Nadal byli ludźmi i potrzebowali tego by móc wyrażać swój żal. Przeżyć żałobę nawet jeżeli miała być ona tylko krótka.
Słysząc słowa Bena odwróciła się w jego stronę. – A ty jak się czujesz? – zapytała i nie chodziło o całokształt, bo chyba nikt tak finalnie nie czuł się teraz dobrze. Chodziło jej o to czy odczuwał skutki przeklętego naszyjnika. – Będąc szczera nigdy nie spotkałam się z podobną konstrukcją. Runy były całkowicie sprzeczne i dlatego potrzebowaliśmy tak dużo czasu by się tego naszyjnika pozbyć. Owszem deszcz powinien pozbyć się skutków klątwy skoro wyleczył nasze rany, ale jest to także coś wcześniej nam nieznanego. Jeżeli chcesz to po spotkaniu się temu przyjrzę, ale to ty przede wszystkim wiesz co siedzi ci w głowie. – odpowiedziała z lekkim smutkiem malującym się na twarzy. Chciała móc pomóc mu bardziej. Odpowiedzieć na pytania, ale nie znała jednak na nie odpowiedzi.
Lucinda spojrzała na Ulyssesa, którego słowa były wyjęte dosłownie z jej głowy. – Także uważam, że Oaza będzie potrzebowała zaklęć ochronnych i dodatkowych wzmocnień. Chętnie przy tym pomogę. – dodała przenosząc wzrok na Justine.


Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Lucinda Hensley
Zawód : łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
Wiek : 28
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Panna
hope for the best, but prepare for the worst
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 30 Tumblr_on19yxR5PA1tj4hhyo2_500
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-selwyn https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t4137-skrytka-bankowa-nr-806#82308 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
Re: Salon [odnośnik]03.10.19 23:26
Jak się czuła? Od tygodnia zadawała sobie to pytanie - było raz lepiej, raz gorzej, głównie starała się nie myśleć o tym, co przeżyła. Nie tyle ze strachu, co niepewności, ponieważ skoro iluzja może być tak namacalna, to jak odróżnić ją od rzeczywistości? Przecież czuła zapach krwi, widziała plamy na ubraniu, dotyk narzeczonego na skórze wydawał się realniejszy niż kiedykolwiek; to doprowadzało ją do szału. Niewiedza napawała wątpliwościami, wątpliwości naturalnie podkopywały pewność siebie, przez co trudniej było normalnie funkcjonować w codziennym życiu. Pomimo wszelkich przeciwności Ria próbowała zwyczajnie zapomnieć, odeprzeć ataki zwodniczej podświadomości; zastanawianie się nad tym bez końca nie przyniosłoby niczego dobrego. Należało wyjść ze strefy mroku, oddać się codzienności - choć brzmiało to okrutnie. Wiązało się ze znieczuleniem na doznane przez wszystkich krzywdy, utratę cennego, ludzkiego życia. Weasley rozumiała żałobę, tęsknotę, niedowierzanie, to w końcu ludzkie odruchy. Jednak nic już nie zmienią. Żadna łza, żadne złorzeczenie na paskudny los, ponieważ tak, był paskudny odbierając życie tak dzielnej kobiecie. Rhiannon nie zdążyła jej za bardzo poznać, aczkolwiek pamiętała ciepłe przyjęcie w szeregach Zakonu, gdy znalazła się tutaj po raz pierwszy. Wiedziała też, że zrobiłaby dla ludzkości wszystko - śmierć była tego dowodem. Przykrym, ciężko opadającym na sercu, jednocześnie koniecznym. Zobowiązali się ochronić tamte dzieci bez względu na wszystko, dotrzymali słowa.
Powstająca w miejsce Azkabanu Oaza miała być na to żywym dowodem. Kto mógłby przypuszczać, że najpotworniejsze więzienie świata stanie się azylem dla potrzebujących? Z uwagą słuchała teorii na temat krysztaałowego deszczu, przypominając sobie tamte chwile. Przetarła nieco czerwone od emocji policzki rozmyślając nad tym, co dalej. Spojrzała na siedzącego obok Macmillana i zrozumiała, że dostrzegła w nim to samo, co czuła u siebie. Chęć pomocy. Uśmiechnęła się łagodnie, po czym odwróciła wzrok na pozostałych. Nie przerywała nikomu. - My z Tony’m oczywiście także pomożemy jakkolwiek będzie trzeba - zapewniła. - Finansowo niestety nie podołam, ale z chęcią wezmę udział w budowie schronień. To będzie dobry trening - przyznała spokojnie, jedynie z delikatną nutą wesołości gdzieś na końcu. Akurat pieniężnie pewnie będą polegać na arystokratach. - Spróbuję też zorganizować co się da - dodała. Weasleyowie nie mieli dużo, acz zawsze dzielili się z potrzebującymi tym, co posiadali. Jeśli powie mamie o konieczności pomocy, z pewnością nagotuje jedzenia dla małej wioski. Pomoże jej w tym.



Just stay with me, hold you and protect you from the other ones, the evil ones.
Ria Macmillan
Zawód : ścigająca Harpii z Holyhead
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
be brave
especially when you're scared
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6105-ria-weasley https://www.morsmordre.net/t6110-rudy-rydz https://www.morsmordre.net/t6109-rudy-lew https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t6112-skrytka-nr-1520 https://www.morsmordre.net/t6111-ria-weasley
Re: Salon [odnośnik]04.10.19 0:48
Słuchał kolejnych przemawiających osób w ciszy. Jak na codzień Bott lubił być w centrum uwagi, tak w Zakonie rola kogoś kto słucha odpowiadała mu zdecydowanie bardziej. Nie chciał dużych decyzji, chciał działać ale przy kimś kto wie, rozumie i potrafi więcej.
Odezwał się dopiero, kiedy padły konkretne pytania w ich kierunku.
Finansowo nie był jeszcze w stanie znacząco wesprzeć działań Zakonu. Zapewne za jakiś czas, póki co jednak jego działalność pochłaniała zbyt wiele. Rozwijała się jednak energicznie i wierzył, że za jakiś czas przyniesie zysk nie tylko jemu.
- Mogę pomóc z wyżywieniem. - rzucił najbardziej oczywiste chyba, co mógłby powiedzieć i do tej oczywistości lekko się uśmiechnął. - A jeśli nie zależy wam na jakichś najnowszych rzeczach, a pewnie nie jest to najważniejsze to mogę spróbować zrobić zbiórkę ubrań i koców. Wtedy środki jakie niektórzy mogą zaoferować pokryłyby w większej mierze przygotowywanie miejsc noclegowych. No i jeśli przewidujemy przygotowanie wyżywienia i warunków do życia oraz eliksirów dla większej grupy ludzi na czas nieokreślony to chyba lepiej pieniądze gromadzić.
Wzruszył ramionami. Znów nieznacznie się uśmiechnął. Wkład finansowy oferowany przez bogatszych uczestników Zakonu na pewno nie zniknie. Przeciwnie - będzie cholernie potrzebny i Bertie chciał pomóc z tym, żeby nie rozszedł się zbyt szybko.
- Można powiedzieć w jakimś mniejszym gronie, że to dla ofiar po napaściach na tle czystości krwi, czy do jakiegoś miejsca pomocy, a pewnie niejedna osoba znajdzie coś sensownego. - jego własna matka pewnie wyciągnie milion kocy i swetrów, a jak poruszy ciotki i sąsiadki to będą mogli otworzyć olbrzymi sklep dla poszkodowanych. Nie musieliby mówić o Zakonie, ale nie trzeba też kłamać. Pewnie gdyby zagadać kilku znajomych czy przyjaciół, zrobiłoby się tego niemało.
- Podobnie z kocami czy lekami. Nawet szukając poza Zakonem, możnaby bezpiecznie powiedzieć że napaści coraz częściej mają miejsce i eliksiry lecznicze przekażemy we właściwe miejsce. Byle robić to ostrożnie i wśród zaufanych osób oczywiście.
Wiedział, że wspominanie o pomocy poza Zakonem może nie być najbezpieczniejsze, ale wiedział też że jest mnóstwo osób które chętnie dorzuciłyby swoje trzy grosze dla poprawy sytuacji innych, jednocześnie nie są to osoby które mieszałyby się do tak wymagającej organizacji jak Zakon. Z różnych względów które szanował.
- Jeśli chodzi o miejsca, mogę pomóc przy budowaniu tego. - dodał zaraz. Nie był mistrzem, ale dwa remonty w Ruderze i jeden przy Chacie, plus pomoc w Kurniku ostatecznie dały mu pewną wprawę. - Mam z tym jakieśtam doświadczenie.



Po prostu nie pamiętać sytuacji w których kostka pęka, wiem
Nie wyrzucę ST,
Chociaż bardzo chcę,
Mam nadzieję, że to wie MG.
Bertie Bott
Zawód : Pracownik w Urzędzie Patentów Absurdalnych, wlaściciel Cukierni Wszystkich Smaków
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Po co komu rozum, kiedy można mieć szczęście?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Salon - Page 30 Giphy
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3352-bertie-bott https://www.morsmordre.net/t3460-jerry#60106 https://www.morsmordre.net/t3378-zapraszam-bardzo#57355 https://www.morsmordre.net/f304-west-country-dolina-godryka-24 https://www.morsmordre.net/t3537-skrytka-bankowa-nr-844 https://www.morsmordre.net/t3389-bertie-bott
Re: Salon [odnośnik]04.10.19 2:16
Norweg zachmurzył się na powrót, kiedy uśmiech Susanne był niewłaściwy. Był po prostu nie taki, jak być powinien. Wszystko w nim było nie tak, bo tak naprawdę tego uśmiechu nie było. To nie była Sue. Postanowił więc sobie, że spróbuje zaprosić ją na herbatę po spotkaniu - może uda mu się naprawić jego zwykle promienną przyjaciółkę.
Wtedy jednak ktoś go dotknął. Ingisson drgnął, jakby był oparzony, z miejsca popadając w panikę. Jego przestrzeń osobista była jego: nie dopuszczał do siebie kogoś, kogo wpierw dobrze nie poznał i mu nie zaufał. Dlatego kiedy siedząca obok niego czarownica szturchnęła go łokciem, Norweg spanikował. Trochę też dlatego, że z przestrzenią osobistą związana była jedna z jego starych, otorbionych traum. Kiedy ojciec go bił, kiedy dzieci z wioski rzucały w niego tym, co miały tylko pod ręką, zaczął utożsamiać cudzy dotyk z bólem i niebezpieczeństwem. Dlatego odsunął się odrobinę od Marie - a może Macy - woląc już siedzieć bliżej Skamandera niż jej. Przekroczyła granicę komfortu Ingissona o wiele za dużo i nietrudno było to wyczytać z zupełnie nie umiejącego kłamać Skandynawa.
Niestety musiał szybko przejść nad tym do porządku dziennego, kiedy starał się w naukowy sposób wytłumaczyć sobie to, co zadziało się w Azkabanie. Wolał bowiem skupić się na tym, nie mieszając się w kwestie pogrzebu: nie nadawał się do takich rzeczy. Wolał skupić się na podziwianiu zawiłości magii, którą operowała Bathilda, tworząc połączone z kamieniem i jej istnieniem amulety. Jego wrażliwość przejawiała się bowiem zupełnie inaczej. W zamyśleniu słuchał więc relacji, tłumacząc sobie mniej lub bardziej ułomnie wszystkie fakty. Szczególnie ciężko było mu słuchać tego, co wycierpiała panna Lovegood. Czuł się wtedy zupełnie bezradny, a było to uczucie, które otaczało go ze wszystkich stron prawie zawsze. Poza jedną dziedziną, którą były eliksiry. Znał się na nich, uważał się za jednego ze specjalistów w temacie. I nie tylko siebie postrzegał jako profesjonalistę: niedaleko siedziała przecież Charlene. Zdążył się już przekonać, że była szalenie zdolna. I ten odrobinę zbyt entuzjastyczny szlachcic, Prewett. Zajmował się przecież toksykologią. Dlatego kiedy usłyszał to, co mówił Bertie, poczuł dogłębne oburzenie. O nie. Przy nim nie można było prawić takich herezji.
- Genialne. Zwracajmy na siebie uwagę, kiedy mamy dwóch alchemików wyszkolonych w szpitalach do warzenia eliksirów leczniczych - rzucił na głos, a jego ton wskazywał wyraźnie na to, że uważał to za skrajną głupotę. Można się było jednak tego spodziewać po kimś, kto kilka ostatnich lat spędził na ukrywaniu się i nie wpadaniu komukolwiek w oczy. - Bez sensu angażować w to więcej osób. Chyba że za mało ci płonących na Pokątnej lodziarni i cukierni - dodał jeszcze z kwaśną miną. Lubił przychodzić do rodzeństwa Fortescue. Florean nigdy nie narzucał się ze swoją obecnością i z tego powodu zaskarbił sobie sympatię wstrzemięźliwego w rozmowach Norwega. Dlatego smutne spojrzenie Ingissona zostało skierowane właśnie ku niemu.
Asbjorn Ingisson
Zawód : Alchemik na oddziale zatruć w św. Mungu, eks-truciciel
Wiek : 28
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

Wiem dokładnie, Odynie
gdzieś ukrył swe oko

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5694-asbjrn-thorvald-ingisson#133833 https://www.morsmordre.net/t5741-juhani#135532 https://www.morsmordre.net/t5740-norweskie-slowko-dnia-to#135522 https://www.morsmordre.net/f138-little-kingshill-hare-lane-end https://www.morsmordre.net/t5742-skrytka-nr-1399#135537 https://www.morsmordre.net/t5743-a-t-ingisson#135543
Re: Salon [odnośnik]04.10.19 2:53
Szybki ruch roztrzepał lekko włosy Susanne, siejąc jeszcze większy zamęt w przypiętych do nich czarnych piórkach, gdy odwróciła się z zaskoczonym wyrazem twarzy, by spojrzeć na pana Rinehearta. W i d z i e l i ? Azkaban był zagadką, w teorii nic nie powinno jej dziwić, a jednak przytoczony przez aurora szczegół wzbudzał jeszcze więcej wątpliwości. Zamarła na chwilę, powstrzymując się przed pytaniami. To już było, minęło, i choć umysł wracał do tego miejsca stanowczo zbyt często, powinni skupić się na efekcie oraz uczczeniu tych, którzy zginęli, by misja mogła się powieść.
Niepewnie zerknęła na Bertiego, bardzo blado odwzajemniając uśmiech. Znała go, ufała mu, ale coś uparcie podsuwało jej iskrę zwątpienia - iluzja zdołała zranić ją głęboko i nie potrafiła powiedzieć, dlaczego - mimo świadomości - wspomnienie tak ją nachodzi. Uciekła wzrokiem trochę za szybko, próbując skoncentrować się na podejmowanych kwestiach, dalszych opowieściach.
- Koniecznie powinniśmy uczcić ich pamięć - odezwała się, gdy wypłynął temat symbolicznego pogrzebu. - Jeśli będzie potrzebna pomoc w organizacji, mogę się dołączyć - powiedziała, prawie pewna, że Jackie oraz Poppy świetnie sobie z tym poradzą, lecz w razie czego, była gotowa do wsparcia w przygotowaniach. Kompletnie zaś nie interesowała się sposobem, w jaki pani profesor się poświęciła - czy to było ważne? Czy coś zmieniało? Zmarszczyła lekko brwi w rozpaczliwym grymasie, wbijając wzrok w róg stołu, gdy smutek przejął ją do głębi - jak ostatnio miał w zwyczaju. Nie płakała, lecz chwila na uspokojenie dobrze jej zrobiła, pomagając wyłączyć się w trakcie rozmowy na temat szczegółów śmierci pani Bagshot i Herewarda. Nie chciała sobie tego wyobrażać. Chciała zapamiętać ich całych, nie poćwiartowanych, krwawiących.
- Zgadza się - odpowiedziała Archibaldowi, chyba nawet wspomniała mu o utracie i odzyskaniu wzroku, kiedy pojawił się w Oazie, targając za sobą Asbjorna. Nic dziwnego, że zapomniał - albo to jej się nazmyślało - zamieszanie po misji było ogromne, ilość potrzebujących także. Był wtedy bardzo zaaferowany szukaniem Alexandra, rozumiała.
Na pytanie Bena uśmiechnęła się markotnie pod nosem. Nie chciała kłamać, mówić, że jest w porządku, czuje się świetnie, nie chciała też zbyć pytania milczeniem. Jak zwykle, wybawieniem okazała się... prawda. - Niezbyt dobrze, ale wiem, że to kwestia czasu - przyznała szczerze, z lekkim zawstydzeniem spoglądając na Gwardzistę.
- Także chciałabym pomóc. Finansowo mogę nie podołać, ale przyjmę każde zadanie, do którego się nadam - odpowiedziała Justine, gdy kobieta poruszyła temat Oazy.
Najbardziej zdziwiła ją reakcja Asbjorna na wypowiedź Bertiego - otworzyła szerzej oczy z zaskoczenia, lekko zapadając się na krześle, zerkając na Botta, jakby chciała od razu wyczytać z jego twarzy reakcję. Dopiero, kiedy pozwoliła wybrzmieć pierwszemu szokowi, wychyliła się, chcąc dostrzec Norwega. Nie widziała go jeszcze tak poruszonego. - Bertie nie miał nic złego na myśli - odezwała się łagodnie. - Na pewno będziecie mieli z Charlene ręce pełne roboty - zapewniła, z troską w głosie.


through the silence where it hides
let's just hold our hands and not let it drown



and like leaky roof let's cover our holes
let's become the blow of our own woes


Susanne Lovegood
Zawód : opiekunka zwierząt, zaklinacz królików
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna

and like pack of wolves
let's not separate

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Salon - Page 30 0eeef1df769718811325b39738397252
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4789-susanne-echo-lovegood https://www.morsmordre.net/t5182-deszczowa-sowa#113703 https://www.morsmordre.net/t5758-kapelusz-z-niespodzianka#135806 https://www.morsmordre.net/f149-gloucestershire-okolice-little-witcombe-klebek https://www.morsmordre.net/t5129-skrytka-bankowa-nr-1094 https://www.morsmordre.net/t5133-susanne-echo-lovegood#111350
Re: Salon [odnośnik]04.10.19 13:32
Azkaban aż pęczniał od niestabilnej magii, kiedy anomalie trwały i trwały, i nikt nie decydował się na sięgnięcie do źródła. Wyłączanie poszczególnych miejsc zapalnych pozwalało na krótki moment zatrzymać przepływ energii, tak sądziła, kontemplując problem na chłopski rozum, ale wtedy jeszcze nie wiedzieli, do jakiej skali urośnie ich problem. Mnogość korytarzy, które przywitały ich, gdy dotarli do więzienia, zaskoczył każdego z zakonników. Poradzili sobie z nimi, z czarną posoką magii wylewającą się z jątrzących, ale nie bez ofiar.
Nie chciała mówić o swoich bolączkach, bo i tak wydawały jej się maleńkie w porównaniu z problemami innych, nawet ze smutkiem, który spływał po policzkach niektórych zakonniczek w postaci łez. Lekko zmarszczone brwi i skupiony na nowych informacjach wyraz twarzy miał zastąpić chwilowe rozkojarzenie i niepewność związaną z żałobą. Każdy przeżywał ją na swój sposób.
Sądzę, że dam sobie radę – odpowiedziała Just i popatrzyła na zgłaszające się do pomocy. Charlene, Susanne, Poppy. – Ale możecie zorganizować nieduży wieniec i może świece. Albo znicze. Ja zajmę się kamieniem pamięci. – odparła, zaraz wracając myślami do kamieni, które spadał z nieba, gdy Azkaban w końcu został uwolniony i zakwitł zielenią, symbolem życia. Tak, to był chyba najpiękniejszy moment tamtej nocy. Moment, gdy odrodzenie wygrało nad śmiercią. – Wydaje mi się, że ich energia podpowiadała, co mogły znaczyć. Złapany, dawał poczucie ciepła, ale i napełniał pewną… siłą. Przynajmniej mój.
Nie chciała dawać deklaracji pomocy, kiedy wiedziała, jak wiele miała przed sobą pracy. Biuro Aurorów wymagało zaangażowania, zwłaszcza teraz, gdy oczy Malfoya zerkały z głów urzędników, którym wcześniej nie ufała. Posłuchała Bertiego i zaraz po niej następującej odpowiedzi Asbjorna.
Nie powinniśmy angażować w to osób z zewnątrz. Wiadomość o zbiórce dotrze do nieodpowiedniej pary uszu i tajemnica Oazy będzie zagrożona. Trzeba pamiętać, że będą mieszkali tam ludzie potrzebujący ciszy, spokoju i zapewnienia bezpiecznego schronienia, chcący wrócić do zdrowia. Musimy unikać takich niebezpieczeństw – odparła spokojnie, nisko, zerkając w stronę Bena i Just. Dzieliła się swoimi rozważaniami, decyzję podejmą oni.
Wieść o tym, że Harold Longbottom zaopiekuje się Zakonem, wywołała w niej pewną ulgę. Widzieli go przecież w Oazie, słyszeli jego głos, pamiętali czyny, jakich dokonał. Był odważny i rządził pewną ręką, a oni takiego przywódcy w tych czasach potrzebowali.



pora, żebyś ty powstał i biegł, chociaż ty nie wiesz,
gdzie jest cel i brzeg,
ty widzisz tylko, że
ogień świat pali
Jackie H. M. Rineheart
Zawód : zbrodniarz wojenny
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
our souls speak
as loud as
the thunder upon
our heads

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Salon - Page 30 OUREPPN
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5414-jackie-rineheart#122455 https://www.morsmordre.net/t5418-kluska-jackie https://www.morsmordre.net/t5419-jackie-boy https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5423-skrytka-bankowa-nr-1349 https://www.morsmordre.net/t5424-jackie-rineheart

Strona 30 z 47 Previous  1 ... 16 ... 29, 30, 31 ... 38 ... 47  Next

Salon
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach