Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Lodowa tafla

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Lodowa tafla   20.06.16 0:29

First topic message reminder :

Lodowa tafla

Spory fragment tafli lodowiska został oddzielony od toru przeznaczonego do wyścigu - tutaj już nikt nie pędzi po wygraną, zamiast tego oddając się zabawie, jaką jest beztroskie i niespieszne jeżdżenie w kółko. Co poniektórzy ukochani trzymają się za ręce, małe szkraby próbują utrzymać się na śliskiej powierzchni lodu, a co bardziej utalentowani łyżwiarze kręcą się w eleganckich piruetach na samym środku tafli. Do lodowiska docierają dźwięki skocznej muzyki mającej swoje źródło w okolicy parkietu, co jeszcze bardziej uprzyjemnia zabawę na łyżwach. Choć nie kąsa lodowaty wiatr, płatki śniegu nieprzerwanie padają z ciemnego nieba, rozpuszczając się w kontakcie z zaczerwienionymi od chłodu policzkami.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
20
0
0
5
1
6
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Lodowa tafla   18.07.16 23:50

Stoję tuż obok Florence, puszczając jej perskie oko. Czekam na sygnał startowy, powoli napinając wszystkie mięśnie, choć nie jestem tu dla wygranej. Chcę tylko bawić się świetnie, bo noworoczny szampan szumi mi błogo w głowie, niewidzialnymi sznurkami podciągając kąciki moich ust ku górze. Przy linii startu panuje poruszenie. Rozglądam się to w lewo, to w prawo, wyławiając kolejne znane mi twarze. Pomimo przemowy Minister Magii nastroje są ulotne. Nic nie zwiastuje nadejścia apokalipsy.
I nagle mój żołądek wykonuje podwójne salto, a serce zaczyna wtłaczać w tętnice krew z nieludzką prędkością.  
Musicie wiedzieć, że paraliż rzadko mi towarzyszy. Gdybym dygał na myśl o niebezpieczeństwie, lub tracił głowę za każdym razem, gdy członek zespołu najzwyczajniej rozpływał się w eterze, zapewne zostałbym oddelegowany z biura aurorów do jakiejś innej, mniej stresującej pracy. Paradoksalnie - to nieustanne ryzyko zdawało się jeszcze utrzymywać mnie przy życiu. Poza pracą nie miałem niczego. Rodzina się mnie wyrzekła. A megaupiór, który pożarł moje serce, właśnie pędził w moją stronę. Musiałem przyznać, że jak na marę, zjawę, czy innego krwiopijcę prezentowała się dość żywo i nienagannie. Co ja plotę. Wyglądała tak, że zwykle miękły mi kolana – nawet, kiedy z każdego centymetra jej skóry emanowała frustracja.
Tak, słowo frustracja bardzo dobrze pasowało do Seliny Lovegood.
Ktoś obok podnosi hasło. Gotowi? Niepoważni jacyś. Gotowy to ja byłem piętnaście sekund temu. Teraz moje łyżwy tak jakby przymarzły do tafli, a ja, Fantastyczny Pan Lis, wyjątkowo nie potrafiłem temu zaradzić, wpatrując się w pędzącą prosto na mnie osę. Trybiki w mojej głowie zaczęły pracować na najwyższych obrotach, próbując ustalić logiczny powód tej wściekłości. Stop. Wróć. Żadnej logiki. Ta dziewczyna z pewnością nie kierowała się nią w życiu. Podejrzewałem więc, że mogło chodzić o moją twarz. Strefę bezpieczeństwa opuściłem dobrowolnie, jakieś półtora roku temu. Dwa słowa, wypowiedziane gdzieś między narzekaniem na londyński deszcz, a wielkimi planami na najbliższą podróż, które przyprawiły mi łatkę wroga. Mądre zagranie, Panie Lisie.
Zwiałem i nie-zwiałem. Byłem obok. Na wyciągnięcie ręki. Taki kieszonkowy Lis. Nie podkuliłem ogona. Uniosłem się dumą. Możecie to sobie wyobrazić? JA uniosłem się dumą. No dobra, zawsze byłem dość krnąbrny, cofam te słowa, byłem zresztą mentalny Gryfonem, czasem faktycznie mnie ponosiło. Ale mi przeszło. Tylko wtedy było już jakoś niezręcznie i dziko. Ale najgorsze było to, że nie potrafiłem sobie odpuścić.
Gdybym od tamtego czasu natknął się na bogina, zapewne przemieniłby się w Selinę Lovegood.
Podobno najlepszy lek na strach to stawienie mu czoła. Więc stawiłem. Na wernisażu u ciotki Laidan. Nie do końca jednak była to walka równa, bo pozostając w przebraniu trudno było oderwać metkę tchórza. Konfrontacja miała dopiero nadejść.
Do startu?
Jest coraz bliżej, a ja już nawet nie myślę o tym całym wyścigu. Nie mogę z resztą wykonać żadnego ruchu. Czy tak właśnie wygląda śmierć? Patrzysz jej w oczy i już wiesz, że czeka cię najgorsze, paraliż odbiera ci władzę nad ciałem i umysłem, a ty godzisz się ze swoim losem.
Umieram więc na chwilę.
Następuje zderzenie z rzeczywistością.
- Ja. - Odpowiadam elokwentnie. - Cześć. - Szczerzę się do niej, bo co innego mi pozostało?*
Start!

* Lis mówi:
do 40 – Leżąc na lodzie, bo nie udało mu się złapać równowagi.
41 – 90 – Leżąc na lodzie z Seliną, bo próbując złapać równowagę, pociągnął Osę za sobą.
91 i więcej – Stojąc. In your face, Lovegood!





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Lodowa tafla   18.07.16 23:50

The member 'Frederick Fox' has done the following action : rzut kością


'k100' : 36


Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 https://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 https://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 https://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 https://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Lodowa tafla   19.07.16 21:07

Do kogo on się do cholery tak szczerzył? Co to za miny? Och, przecież nie interesowała ją ta dziewczyna. Nawet nie poświęciła jej choćby ułamka swej cennej uwagi. Drażniło ją jak mógł być tak beztroski do kogoś innego. Z czego się tak cieszył? JAK mógł być zadowolony, podczas gdy ją właśnie zjadało od środka?! Nie miał najmniejszego prawa odczuwać szczęścia, skoro ona ciągle miała w pamięci jak go odrzucała! N i e  p o w i n i e n  być taki wesoły, skoro zmusiła go do zniknięcia ze swojego życia! Jaki niby miał powód?! JAK ŚMIAŁ GO ODNALEŹĆ?!
Przecież była przekonana, że ukierunkowała go w jedną stronę. W kierunku wiecznego nieszczęścia i rozpaczy, a jedyne widmo uśmiechu miałby w jej towarzystwie, czego mieć nie mógł. A cała ta pokuta dlatego, że... przestraszył ją swoją szczerością i sercem na dłoni. Nigdy jednak nie myślała, że zniknie tak n a p r a w d ę. Jasne, dosyć okrutnie go odrzuciła. No, naprawdę bez taktu. Bez żadnej litości. Zrobiła to tak, by bolało. Bardzo. Żeby pamiętał. I  m i a ł  pamiętać!
Och, jakże nie cierpiała go za to, że nic się nie zmienił. Że ciągle dołeczki zapadały mu się, gdy uśmiechał się w ten specjalny sposób. Jego włosy wyglądały tak samo. Twarz. Błysk w oku. Wszystko takie, jak wcześniej. Powinien być naznaczony. Pokazać po sobie, że cierpi. Kompletnie odmieniony tak, by poczuła ukłucie w zimnym sercu, chwilowy wyrzut do samej siebie, że go tak sponiewierała, a nie...
Z a z d r o ś ć ?
Miała zamiar zedrzeć mu ten uśmiech z twarzy. Przypomnieć o swoim istnieniu. Oddać serce, które wyrwała mu z piersi, tylko po to, by wbić w nie coś ostrego. Wszystko, by poczuł choć namiastkę tego, co ona w tej chwili. Wszystko.
Jak śmiał zniknąć na tyle czasu?
Zachował się tak, jak zawsze. Wiecznie zadowolony. Nawet w momencie, gdy szarżowała po jego życie. Tylko ją bardziej rozjuszył. Jeszcze trochę, a wbiłaby mu łyżwę w krocze. Cokolwiek, byleby skutecznie zmienić wyraz jego twarzy. Nie spodziewała się tylko jednego. Że to wszystko obróci się przeciwko niej. Dosłownie. A dlaczego? Bo gdy tylko jego palce objęły jej przedramiona, w próbie utrzymania równowagi, ona gnała ze zbyt dużą prędkością by się tak po prostu zatrzymać. To nie było możliwe. Więc, przytrzymana przez niego, wykonała obrót, by bardzo efektownie wylądować w zaspie. Wraz z powodem tego niefortunnego obrotu wydarzeń.
To nie tak miało być. Nie tak!
Czy ktokolwiek wam mówił, co doprowadza Selinę Lovegood do szału? To, kiedy coś nie idzie po jej myśli. A ona definitywnie sobie tego scenariusza w ten sposób nie wymyśliła!
Chwilę jej zajęło dojście do siebie. Była tak zaskoczona swoją porażką, BA, tą totalną klapą, że mrugała przez moment, gapiąc się bez słowa w gwieździste niebo, oniemiała. To już drugi raz tego wieczoru, gdy znieruchomiała w podobny sposób. Jeszcze trochę, a zacznie podejrzewać u siebie Meduzę. Merlinie.
-Jak ja cię...-wydała z siebie sfrustrowana, dusząc na koniec głos. Zebrała się ze śniegu i zaczęła czynić nieokreślone próby natarcia jego twarzy śniegiem, następnie uduszeniem go nim, potem rękawiczkami, a na koniec pełne złości uderzenia wycelowane w jego klatkę piersiową.
-Co ty sobie wyobrażasz, co?!-siedziała w tym mokrym środowisku, ciało przy ciele, okazjonalnie sypiąc w jego stronę wodą w stanie zamarznięcia bądź też szturchając go groźnie, choć bez większych szkód.-Nagle sobie postanowiłeś tak... co?! Na łyżwach pojeździć?! Zwariowałeś?!-bo to wcale nie tak, że było coś nadzwyczajnego w jeździe na łyżwach. Absolutnie. Po prostu... On był tym niespotykanym elementem. Tak. To o to chodziło, prawda?






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Lodowa tafla   21.07.16 17:36

Nie sądził, że Minnie podejmie temat. Sam nigdy nie przyznałby racji komuś niemalże obcemu, kto próbuje wstrzelić się z prognozą przeszłości. Uważał, że nikt nie ma prawa (ani możliwości) zapoznać się z jego prawdziwą opowieścią, dlatego też żył kłamstwami, ściskającymi go szczególnie boleśnie w chwilach kryzysu. Doskonale pamiętał potworną niemoc, która ogarnęła go tuż przed ukończeniem Hogwartu. Złamane na kawałki serce nie pozwalało mu na normalną egzystencję a przecież musiał egzystować, uśmiechać się, pić przemycony (i mocno rozwodniony) alkohol, całować dziewczęta i emanować pozytywną energią. Wewnętrznie umierając za każdym razem, gdy widział na korytarzu Percivala, nonszalancko poprawiającego grzywkę albo rozmawiającego ze swoimi Ślizgońskimi znajomymi. Nie był wtedy w stanie się z nim ponownie skonfrontować i choć niczego nie pragnął bardziej od przywalenia mu z bara, gdy mijali się w wąskim korytarzyku przed salą eliksirów, to omijał go szerokim łukiem, pewien, że przy najdelikatniejszym kontakcie po prostu rozsypie się w proch. Ewentualnie złamie mu coś więcej niż żuchwę albo popchnie prosto na ścianę, by pocałować go tak, jak kiedyś. Musiał ukrywać każdą szaloną emocję, płonącą pod warstewką ściętej dreszczami skóry. Jedynie Leonardo wiedział o jego małej słabości, lecz był wtedy daleko.
Teraz czuł się podobnie, chociaż jeszcze nie stało się nic złego. Rewelacje Harriett zasiały jednak w Benjaminie ziarno niepewności, kiełkujące coraz szybciej mimo niesprzyjających warunków. Zdecydowanie wolał skupić się na historii Minnie niż pogrążać się w ruchomych piaskach własnych wyobrażeń, dlatego zadowolonym skinieniem głowy przyjął zajęcie przez dziewczynę miejsca tuż obok siebie. Wysłuchał z uwagą kolejnych słów, dość enigmatycznych, ale trafiających w sedno. Szczerze zazdrościł takiej konkretnej odpowiedzi, jednocześnie prostej i pełnej drobnych niuansów, trafiających na podatny grunt. Gdyby tylko mógł wyrzucić z serca paskudny ciężar, przytaknąłby McGonnagal, przyjmując jej wypowiedź z absolutnym zrozumieniem. Też nie mogli być razem, też balansowali pomiędzy światami. Znał to zbyt dobrze, ale pomimo tej bolesnej świadomości nie potrafił przyjąć do wiadomości, że Harriett mogła mówić prawdę. Bronił się przed tym zajadle, gotów wsadzić rękę do ognia, byleby tylko ochronić się od zwątpienia w osobę, którą kochał.
- Mój tata jest mugolem. Mama szlachcianką. To wcale nie jest niemożliwa historia - wyznał ze spokojem, dzieląc się z kimś właściwie po raz pierwszy swoją historią. Nie uważał jej za wyjątkową, podchodził do swojego pochodzenia normalnie, bez większej emfazy, ale chciał pokazać Minnie, że jest nadzieja. I że nawet beznadziejne przypadki mogą okazać się historiami ze szczęśliwym zakończeniem. A może sam próbował to sobie wmówić? Zaciągnął się ponownie i zgasił papierosa w zaspie, zakopując go metodycznie pod nieco brudnawym od popiołu śniegiem. W normalnych warunkach łypnąłby na dziewczę złowrogo, każąc jej w niewybrednych słowach powściągnąć ciekawość, ale Minerwa miała w sobie coś takiego, co łagodziło dzikie obyczaje Benjamina, czyniąc z niego w miarę potulnego łapserdaka. Wzruszył tylko ramionami, chwilę jeszcze wpatrzony w śnieg. Powrócił jednak wzrokiem do zarumienionej z zimna twarzy Minnie i uśmiechnął się trochę sympatycznie a trochę krzywo. - Zjebana historia, mała, nie ma co opowiadać - powiedział po prostu, bez niechęci, starając się nieco oczyścić uśmiech z zgorzkniałej naleciałości człowieka ciężko doświadczonego przez los. - Ale mam nadzieję, że tobie ułoży się wszystko tak, jak zaplanowałaś. Nieważne, czy z książkami czy z jakimś typkiem - dodał szczerze, prostolinijnie, na chwilę powracając do dobrego, poczciwego Bena, chcącego dla ludzi wokół jak najlepiej. O ile nie są zdradzieckimi harpiami. Westchnął ponownie, po czym zerwał się z zaspy, wyciągając rękę ku dziewczęciu. Nie czekając na przyzwolenie ujął jej dłoń i poderwał (dosłownie) z pozycji siedzącej. - Chodź, spóźnimy się na łyżwy - zadecydował, przez dłuższą chwilę nie puszczając dłoni Minnie. Trochę za długo jak na przypadkowy kontakt, lecz nie wstydził się tego zupełnie. Potrzebował tej dziwnej bliskości i wzmocnienia, utrzymującego go w realnym świecie, bez mar i szaleństw, wywołanych sugestiami Lovegood.

zt? <3




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
20
0
0
5
1
6
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Lodowa tafla   09.08.16 14:16

Mogłem zamknąć się sam w skarbcu wszystkich nieszczęść. Przeżywać sromotną porażkę, pławić się w smutku, podkulić ogon, opuścić uszy. Snuć się po smutnym, szarym Londynie podobnie do pozostałych mieszkańców – wpatrując się w czubki własnych butów, od niechcenia szurając podeszwami po chodniku. Wylewać morze łez ja dźwięk j e j imienia. Wylewać morze łez, zachłysnąć się własną rozpaczą.
Zamiast łez był papierosowy dym, wymieszany z zapachem alkoholu i potu, zamiast smutku – donośny śmiech i dźwięki rock'n'rolla. Przyspieszone tętno. Tysiące zapisanych w pamięci przypadkowych uśmiechów. Nie było też miejsca na snucie się z dłońmi wbitymi w kieszenie. Te były zbyt zajęte obracaniem kolejnych i kolejnych partnerek podczas tańca... Bo co innego mi pozostało? Dostanie kosza od Seliny nie było dla mnie niczym przyjemnym. Dało po mordzie jak zła czarownica. Z tym, że ja już nie mogłem dłużej sobie w tego tłumić. Pozostawać przyjacielem. Być obok, nieustannie orbitować gdzieś wokół jej osoby, ale nie zbliżając się nadto.
Wybrałem apokalipsę. Taka szybka śmierć była łagodniejsza od powolnego spijania trucizny, która z dnia na dzień pozbawiała mnie sil witalnych. Jeden dzień, kilka słów za dużo. Szkoda, że zamiast cokolwiek rozwiązać, skomplikowało to moje życie jeszcze bardziej. Oczywiście, że sobie poszedłem do diabła, o to przecież prosiła. Mój diabeł co prawda nie odpowiadał jej wyobrażeniom, ale miałem w nosie to, jak Lovegood widziała ogień piekielny, który mnie będzie trawił. I tak nosił jej imię, i rozrywał najdrobniejsze rany za każdym razem, gdy pojawiała się w pobliżu. Byłem jednak mistrzem maskowania własnego upadku, bo co innego mi pozostawało? A może właśnie tamtego dnia zostałem połknięty przez szaleństwo, stając się nieuleczalnie chorym klaunem, który nie potrafił już płakać, a zamiast smutnego wyrazu twarzy pozostał mi wieczny uśmiech? Nie wiem. I ta snułem się za nią jak cień. Śledziłem każdy jej mecz. Wodziłem wzrokiem za każdym razem, gdy zjawiała się gdzieś na horyzoncie, dla wygody przybierając inną twarz. Przecież m n i e nie chciała oglądać.
Do dziś zastanawia mnie, czym takim zasłużyłem sobie na podobne traktowanie. Czy naprawdę byłem zaślepiony pychą, myśląc, że jesteśmy dobrymi przyjaciółmi? Że bez względu na to, jak ciężkich kłód życie nie rzuci nam pod nogi znam Selinę bardziej i więcej jak ktokolwiek, że jeśli ocierasz się z kimś o śmierć, to nic nie jest w stanie przeciąć nici waszej p r z y j a ź n i? Miałem ją przecież za najlepsza kompankę. Dość nieobliczalną, ale jej towarzystwo całkiem szybko przybliżyło mi zasady matematyki chaosu. Na nic jednak zdała się moja wiedza. Gdybym tylko zgłębił tajniki legilimencji i mógł wedrzeć się do głowy Seliny, poziom absurdalności jej sposobu myślenia z pewnością by mnie zabił. Umarłbym ze śmiechu. Swoją drogą, to zastanawiające, czy wizja kogoś, kto umiera ze śmiechu zalicza się do ponurych, czy też może wesołych przepowiedni? Czy jest na sali wróżbita, aby rozwiać moje wątpliwości?
W ułamku sekundy ląduję na twardej, zimnej tafli, choć próba złapania równowagi nieco amortyzuje mój upadek. Zupełnie nieumyślnie przewracam też Selinę. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Idąc tym tropem, mój zgon wywołany śmiechem wydaje się być przesądzony. Nim udaje mi się podnieść, Selina dość szybko rusza z odsieczą. Ponoć nie kopie się leżącego (choć w zasadzie tylko sypie na mnie śniegiem), ale kto by tam podejrzewał, że Lovegood zechce grać czysto. Przez chwilę pozwalam jej się wyżyć, ale szybko nudzi mi się bycie ofiarą, więc sprawnie łapię ją za nadgarstki, powstrzymując kolejne fale ataku.
I – zgadnijcie co.
Szczerzę się do niej jak głupi.
- Jak ty mnie c o? - Łapię ją za język. Niech powie co. Choćby miała to być najgorsza rzecz, jaką usłyszę z jej ust. Czy naprawdę mnie n i e n a w i d z i? Czy naprawdę dałem jej do tego powód? Przecież oboje wiemy, że nie. Więc śmieję się dalej. Gram jej na nosie. Igram z ogniem. - Dokładnie tak. Jak zwykle masz rację. Postanowiłem pojeździć na łyżwach. I zwariowałem.
Przecież to chciała usłyszeć.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 https://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 https://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 https://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 https://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Lodowa tafla   09.08.16 17:13

Być może warto tą całą historię zacząć od jednego zdania: Selina Lovegood nie była normalną osobą. Jej skrajny neurotyzm nie pozwalał na rozsądek, a przedziwna analogia nie dopuszczała ją do wysławiania własnych uczuć, zamieniając wszystkie emocje w coś, co - według niej - sprawiało, że była silna. Nienawiść. Dopóki coś istniało poza marginesem pewnych określeń, tkwiła w swojej bajce, nie pozwalając umysłowi zauważyć tego, co działo się naprawdę. Nawet nie potrafiła ocenić jaka relacja konkretnie łączyło ją z Lycusem Malfoyem.
On sam mógł zauważyć, że w jego towarzystwie często się śmiała, jakby dawała się zarazić każdemu promykowi radości, który się pojawiał na jego twarzy. Za każdym razem, gdy słyszała jego głos, odszukiwała jego twarz, nie spuszczając z niego wzroku. Był jedyną osobą, do której wysyłała pocztówki, które jednocześnie były zaproszeniem. Zakres tematów, w których czuła się przy nim swobodnie, była zastraszająca. Nie raz ciągnęła go za rękę, wpadając na jakiś genialny pomysł, który okazywał się kompletnym szaleństwem. Z pełną świadomością wrzucała go w ogień pod swoim kierownictwem.
A jednak odmawiała sobie dostrzeżenia jednej rzeczy, a tym bardziej przyznania się do faktów. Bo bardzo żywiołowo zaprzeczyłaby wszystkim przedstawionym sytuacjom. Dyskomfort to ostatnie co lubiła. A był nim wstyd.
To wcale nie tak, że żałowała swojej reakcji tamtego dnia. Prawdopodobnie gdyby nie uniósł się dumą, skończyłoby się to na rękoczynach. Dobrze się stało. Bo naprawdę czuła satysfakcję tego dnia, gdy oglądała jego plecy. Dlatego, że nigdy nie dochodziło do niej, iż weźmie jej słowa aż tak na poważnie (mimo że tego właśnie oczekiwała). Z czasem zaczęło robić się pusto. Obco. Niewygodnie. Duma nie pozwalała jej przerwać ciszy, mimo że mogła udać, że wcale nie usłyszała tego wyznania na głos. Może to przez fakt, iż za dobrze wiedziała, jak to jest być niechcianym nie terroryzowała go swoją osobą? Albo raczej była urażona, że miłość, którą deklarował, zdołała wyparować tak szybko? Och, definitywnie czuła się oszukana. Łatwiej jej było siebie przetransformować w ofiarę aniżeli potwora. Więc to ona była tą, która cierpiała największe katusze. W końcu Lis bawił się tak wybornie bez niej, prawda? A ona właśnie sobie przypomniała co straciła. I nie lubiła innym oddawać czegoś, co było jej!
Gdyby tylko była w stanie przyznać, że się pomyliła. Że lubi go tak ociupinkę. Że wcale nie chciała, by znikał na aż tak długo. Nie. To była jego wina. To on był głupi, on się nie domyślił, on ją porzucił. Dlatego tak łatwo było jej wypowiedzieć te słowa:
-...nienawidzę!-dokończyła prawie z lubością, wysławiając to, co chciał usłyszeć. Ona też chciała to powiedzieć. By zabolało. By choć pojedynczy cień pojawił się na jego twarzy, sugerujący, że jeszcze pamięta o tamtych uczuciach, by jej gniew mógł znaleźć ukojenie i w końcu łaskawie złagodnieć. Nawet nie mrugnęła przy tym słowie. Czekała na jego reakcję.
Oparła ciężar na nadgarstkach, napierając na jego ręce, jakby chcąc ciągle szarżować na jego życie. Wisiała nad nim, nie przestając się wściekać. Jego uśmiech doprowadzał ją do szału. Kpił jawnie z jej gniewu, z niej, ze wszystkiego, co reprezentowała. Gdyby nie była nadczłowiekiem, to odczułaby ukłucie smutku. Jej nadwrażliwość na swoim punkcie nie wpędzała jej przecież w kompleksy, a w złość. Trwała więc w niej namiętnie.
Jego oświadczenie jest dla niej kolejną czerwoną płachtą.
-Po roku pokazujesz mi się na oczy jakby nigdy nic!-prawie ryknęła na niego, zaciskając palce w pięści, by nie pokazać, że zaczyna przejmować nią histeria, a dłonie zaczynają drżeć.
Ty draniu. Ty cholerny, pieprzony, głupi draniu!
Bo wcale nie liczyła. Nawet nie zauważyła, że minęło już tyle czasu. I nie obchodziło ją wcale czy jeszcze żyje i w jakiej norze się schował. Świetnie radziła sobie bez jego głupich komentarzy i beztroski. A nawet postanowiła sama obedrzeć się z tej frywolności. Na znak protestu, ot co! No przecież wcale nie brakowało jej zapalnika ani żadnego czynnika, by zachowywać się znowu w ten sposób. Była suwerenna. I nie potrzebowała nikogo. A zwłaszcza tych, którzy sami od niej odchodzą.
Każde pytanie: gdzie byłeś? zadane na milion sposobów głuchło, zanim zostało wypowiedziane. Być może wyrzut w jej oczach wykrzykiwał je na głos. Zignorowała też wszystkie spostrzeżenia na jego temat, jakie miała po tym czasie. Z tej odległości mogła mu się przyjrzeć aż nazbyt dobrze.
-Dlaczego się ciągle tak szczerzysz?-zapytała z oburzeniem, bo to ją najbardziej kuło. Jego cyniczna wesołość. Jak śmiał cieszyć się z gromów, które na niego spadały?






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
20
0
0
5
1
6
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Lodowa tafla   28.08.16 22:25

To wszystko było absurdalne – choć może powinienem był to przewidzieć, znając Selinę wystarczająco długo. Kilkanaście miesięcy podchodów, skradania się, udawania, że ja-to-nie-ja, bo gryfońska duma (jestem pewien, że był to główny tlący się we mnie zalążek Godryka, przez który Tiara uparcie chciała posłać mnie do jego domu – i, na brodę Merlina, miała rację) nie pozwalała mi na działanie wbrew życzeniu Lovegood. Łatwo było zniknąć z j e j życia, kiedy nie musiałem wcale znikać. Selina natomiast nie musiała wiedzieć, że w c a l e nie trzymałem się kurczowo swojego postanowienia. I pewnie jak zawsze uciekłbym się do magicznej sztuczki stając się Louisem Vuittonem, albo innym przypadkowym przechodniem, gdyby – cóż za ironia – obecność Florence nie uśpiła mojej czujności.
Jedno było pewne – dzień, w którym drzwi naszej znajomości zostały zatrzaśnięte z hukiem, pozostawił więcej pytań niż odpowiedzi. I choć mogło mi się wydawać, że całkiem bystra ze mnie bestia, ogarnięcie umysłem Seliny Lovegood okazało się niemożliwe. Jedyne, czego byłem pewien to to, że choćby miała spaść na nią plaga najgorszych nieszczęść, nie ugnie się przed wagą własnych słów. Nie wierzyłem w cuda. Uwolniłem ją od swojego towarzystwa – i choć mogło wydawać się, że przyszło mi to z łatwością, w każdym uśmiechu innej kobiety, w każdym skradzionym pocałunku i ulotnym tańcu szukałem j e j. Kąśliwego humoru. Szelmowsko zadartego nosa. Irracjonalnych pomysłów. Porywania się na największe szaleństwa. Absurdalnych teorii. Przeżywania wszystkiego na dwieście procent – no, może poza łzami, bo te przecież zawsze tłumiła.
Moje życie było puste, więc pozostało mi tylko udawać, że bawię się świetnie. Nawet sam w to uwierzyłem – i goniłem za Lovegood jak szalony za każdym razem, gdy jej sylwetka materializowała się gdzieś na horyzoncie. Chory głupiec w przebraniu, żebrzący o trzy słowa pogardy. Podobno kocha się tylko to, od czego się cierpi. Jak światło nie istnieje bez cienia, dobro bez zła, no... znacie przecież te oklepane śpiewki o kontrastach. Z tym, że ja najpewniej byłem masochistą.
Gdzieś obok sędzia dał znak do rozpoczęcia wyścigu, a ja nadal tkwiłem z Seliną na lodzie. Nie mogłem uciekać przed nią w nieskończoność, napędzany niewiedzą, co stanie się ze mną, jeśli kiedykolwiek jej bystre tęczówki wypatrzą moją twarz. Teraz d o s ł o w n i e nie mogłem uciec. Trzeba było otworzyć to pudełko z niespodzianką. Istną puszkę Pandory. A w niej czekało zimne niczym grudniowy poranek balneo. Tak mniej więcej poczułem się, kiedy Lovegood wycedziła przez zęby słowo ostateczne, które zawisło nade mną niczym miecz Damoklesa. Nie przypuszczałem, że będzie do tego zdolna – ale najwyraźniej musiała przez pomyłkę uznać, że kroczymy wojenną ścieżką. Nie kroczyliśmy, a przynajmniej ja trzymałem się tej wersji niczym tonący brzytwy. Tylko, że to zabolało. Ukuło gdzieś pod żebrami, tam po lewej stronie, niedaleko mostka. Dokładnie tak, jak to sobie zaplanowała. Zmyła z mojej twarzy uśmiech, który ustąpił miejsca konsternacji.
Choć nie na długo.
- Nie wierzę ci. - Mówię stanowczo, nie puszczając twoich nadgarstków i zmuszając tym samym, byś spojrzała mi prosto w oczy. Przypomniała sobie nietypowe ubarwienie tęczówek. I źrenice, które niebezpiecznie rozszerzały się za każdym razem, gdy pojawiasz się w pobliżu. Czyżbyś zdążyła zapomnieć? Wymazać z pamięci w s z y s t k i e związane ze mną obrazy? - Próbujesz wbijać sztylety w trupa. - Dodaję z rozbawieniem, a kąciki warg mimowolnie zaczynają mi drgać, działając niczym mechanizm obronny.
- Śmiem zauważyć, że zawsze byłem bezczelny. - Wcześniej jakoś ci to nawet imponowało. - Swoją drogą... jesteś pewna? - Sieję ziarno niepokoju, podważając twoje słowa enigmatycznym hasłem.
Patrz na mnie. Patrz na mnie i dobrze się zastanów. Ile razy miałaś wrażenie, że skądś znasz tego faceta, który podbiegł do ciebie po meczu? Zagadał w barze? Na wernisażu? W sklepie? Krzyknął coś z drugiego końca ulicy?
Zabawa w chowanego. Świetnie mi szło przez ostatnie kilkanaście miesięcy, ale w końcu dałem ci się złapać, chociaż mnie nie szukałaś. Nie chciałaś mnie w swoim życiu. Tak łatwo przyszło ci przekreślenie tylu lat przyjaźni... W imię czego? Dumy?
- Dlaczego chcesz ze mną walczyć? - Popatrz, nawet się teraz nie śmieję. Zdejmuję maskę szaleńca dla ciebie, nie oczekując niczego w zamian.
I tak wiem, że nie masz odwagi zdjąć swojej.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 https://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 https://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 https://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 https://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Lodowa tafla   29.08.16 0:18

Absurd. To słowo wcale nie było jej obce, mimo że tak namiętnie je negowała. Mimo to obłapiała się nimi jak głupia, przerzucając się z jednego na drugi, zupełnie tak, jakby od niechcenia zrywała kwiaty i odrzucała je, gdy jej się znudziły. Były po trochu jej tarczą. Utrudniała wszystko jak mogła, choć ten proces nie był do końca świadomy. Musiała się ukryć. A wszystko i tak sprowadzało się do emocji, którą najłatwiej jej było zawsze rozpoznać i do niej skłaniała się instynktownie, odrzucając wszystkie komplikacje, które by tylko sprawiły, że byłoby jej niewygodnie lub trudno. Potrzebowała definitywów. Mocnej pozycji we wszystkim, co robiła. Tak bardzo określona, że była chodzącym kontrastem, dziełem Picasso, gryzącym się ze sobą obrazem, wszystkim naraz i niczym jednocześnie.
Chaos.
Najłatwiejsze słowa to te, które mają w sobie ziarno kłamstwa, by nie dusiło cię jak je wypowiadasz (bo przecież to nie naprawdę, a że inni tego nie wiedzieli to już inna sprawa, prawda?), a jednocześnie niosło za sobą takie przesłanie, by nikt nie brał tego pod wątpliwość, nie próbował kwestionować ani tym bardziej nie zadawał zbędnych pytań. Najbardziej ostatecznym i kategorycznym uczuciem była nienawiść. Uciekała się do niej często, ostatnio nawet nieustannie, nie zauważając krzywd, jakie nimi wyrządziła. Nie miały one znaczenia.
Zupełnie jak fakt, że gdzieś rozległ się gwizd, a ona została właśnie ograbiona z okazji współzawodniczenia, obdarta z adrenaliny, ogołocona z tych cennych emocji. Zdawała się jednak tego nie zauważać ani na to nie skarżyć, skupiona na osobie, która znajdowała się pod nią. Zmarszczone czoło zaczęło się wolno rozluźniać, tak jak zaciśnięte wargi, kiedy ekspresja Fredericka w końcu się odmieniła, a niepokój, jakiś dziwny szok, cień niedowierzania i coś jeszcze, co kazało jej się przyjrzeć bliżej.
Zadziałało. Powinna się cieszyć. Zanim jednak zdołała poczuć ten smak satysfakcji, ten już rzucił pod zwątpienie jej słowa, wysławiając swoją rezerwację w tym temacie. Zamiast bólu, prośby, krztyny błagania o litość i wahania, w jego głosie było słychać tylko stanowczość. Powieki bez jej zezwolenia rozszerzyły się w lekkim szoku, nie spodziewając się takiego obrotu spraw. Nie sądziła, że podejmie rzuconą rękawicę. Była przekonana, że tak, jak ostatnio, uniesie się dumą, zrobi tą zranioną, szczenięcą minę, ale odwróci się na tyle szybko, by sumienie nie zdążyło ją przekonać do cofnięcia wypowiedzianych zdań. Nic z tego. Kazał jej się z nim zmierzyć. Spojrzeć na niego, jakby chciał ocenić czy nie kłamała.
Ale czy nie wiedział, że wolno stawała się w tym temacie specjalistką? Wybitna oszustka, która jest w stanie zrobić głupca nawet z samej siebie. Zapomniała jednak jak to jest stanąć z nim twarzą w twarz, patrzeć w te tęczówki, które w skupieniu śledziły każdy milimetr jej buzi, chłonąc każdy najmniejszy detal.
Przełknęła ślinę.
-Powinnam ci to udowodnić?-zapytała w końcu, zniżając głos. Oderwała oczy od jego własnych, zjeżdżając wzrokiem niżej.-Jaki akt by cię przekonał?-kolejne pytanie, kiedy sama skupiła się na jego dłoniach, które oplatały w ciasnym uścisku jej nadgarstki, pozornie ją unieruchamiając.-Będziesz mnie tak trzymać nieskończoność?-zganiła go, jakby przekonana, że w ten sposób puści ją jak oparzony. Pochyliła się, mrużąc nieco oczy. A chwilę potem uniosła brwi.
-W trupa?-powtórzyła, jednak będąc w trybie niszczyciela, nie zwróciła wielkiej uwagi na przesłanie. Doprowadzała go do takiego stanu, by nie czuł się już żywy? Odbierała mu siły? Znieczuliła na wszystko inne? Zabrała ze sobą jakikolwiek sens?-Całkiem reaktywny ten trup.-zauważyła kwaśno.
Lekceważąca, okrutna i bezwzględna. Jej aktualna kreacja. Odpychająca jak tylko się dało. Musiała się jakoś bronić. Bo gdy podejdzie zbyt blisko to nie będzie w stanie odnaleźć odpowiedzi, których szuka. A niepewność to słabość, którą tak łatwo wykorzystać.
Jej gniew pryskał jak bańka mydlana, by po chwili znów się rozpętać z pełnym szaleństwem. Nie panowała nad tym. Jego odpowiedź ponownie wytrąca ją z równowagi. Ale tylko dlatego, że jest w punkt. Gdyby nie te okoliczności... Ech, gdyby nie one...!
Wystarczyło jedno zdanie, by zamarła, a jej oczy rozszerzyły się w szoku. Nie poruszyła się, nie zdejmując spojrzenia z jego twarzy, nie chcąc przegapić czegokolwiek, co miałoby jej dać podstawy do zwątpienia w jego słowa. Robił to specjalnie. Strącał ją ze znanej ziemi i wypychał na kruchy lód. I kto tutaj był tym złym?
Usta jej zadrżały, by w końcu wygiąć się w nieokreślonym wyrazie.
-Ty popieprzony draniu!-wrzasnęła, wybuchając po chwili kompletnej ciszy, raz jeszcze podejmując próbę rzucenia się na niego z całkiem nową siłą i bez żadnego określonego celu.-Nienawidzę cię! Nienawidzę!-wykrzykiwała, na oślep wymierzając ciosy.
Och, musiał się świetnie bawić, robiąc z niej idiotkę, kiedy ona pozostawała w kompletnej nieświadomości, zupełnie tak, jakby Frederick Fox wcale nie istniał i pozostawał wytworem jej chorej wyobraźni. Jak mógł z nią tak pogrywać?
Histeria.
Ciało jej drżało, ale to pewnie bliski kontakt z zimną powierzchnią. Zatrzymała się na moment ze swoim obłędem, kiedy zadał to poważne pytanie.
-Bo cię nienawidzę.-odpowiedziała cicho, jakby to ona tu była zraniona, a on był agresorem. Powtarzała na okrągło te same słowa, karmiąc siebie i jego nimi zawzięcie. Za jej odpowiedzią kryło się o wiele więcej bo. Bo odszedłeś. Bo nie mogłeś mieć tego na myśli. Bo mnie oszukałeś. Bo brakowało mi ciebie. Bo zepsułeś wszystko. Bo... wcale nie przestałeś być fantastyczny, Lisie.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
20
0
0
5
1
6
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Lodowa tafla   29.08.16 15:16

Uległość stwarza przyjaciół, mówienie prawdy nienawiść.
Może i popełniłem tamtego dnia błąd. Może nie powinienem sobie pójść, kiedy mnie o to prosiłaś - chociaż nie, nie prosiłaś. Ty rozkazałaś mi zniknąć ze swojego życia. Nie jestem entuzjastą ostatecznych rozwiązań. Już raz spaliłem za sobą jeden most i do dzisiaj zastanawiam się, co by było, gdybym jednak te czternaście lat temu okazał się nieco mądrzejszy. Sprytniejszy od wszystkich – na tyle, by przechytrzyć cały ród Malfoyów. Najwyraźniej jednak mechanizm mojej egzystencji polegał na tym, by wszystko zaprzepaszczać, a później gonić za utraconym rajem jak głupiec. Podobno nic nie jest stracone, jeśli ma się wystarczająco odwagi, by powiedzieć, że wszystko jest stracone.
Więc trzymam cię teraz jak żywy ogień, który rozgrzewa do czerwoności wnętrza moich dłoni. Znowu zostawisz mi po sobie blizny. Musi ci się to chyba podobać. Tu cios w serce, tam w plecy, wydrapane oczy, cały jestem już podziurawiony. Wybrakowany. Nikt nie poznał by już we mnie szlachetnego Lycusa Malfoya. Ty natomiast jak zwykle bez skazy, bez cienia zmęczenia, nieustanna tryumfatorka własnego życia. Nigdy nie nauczyłaś się przegrywać, więc to ja musiałem nauczyć się egzystować obok ciebie, pozwalając ci stąpać w blasku chwały. Czy byłaś aż tak zaślepiona własnym ego, że tego nie zauważyłaś? Tych drobnych gestów? Jak pozwalałem ci się wyprzedzać na miotle. Jak krócej wytrzymywałem pod wodą na jednym wdechu. Jak wolniej uciekałem, kiedy nasze życia wisiały na włosku. Pozwalałem ci być numerem jeden, bo przecież z tego płynęła twoja życiodajna energia. Kiedy raz ograłem cię w karty, byłaś na mnie wściekła przed pół dnia. W zasadzie bawiła mnie cała ta sytuacja. Ciskałaś we mnie gromami, a ja ze stoickim spokojem znosiłem każdy przytyk.
Zawsze.
Teraz ci nie pozwolę. Pobłażanie ci jak małemu dziecku okazało się strzałem w kolano. Zapomniałem, że przecież jesteśmy dorośli.
- Powinnaś. - Przyciągam cię mocniej, kiedy próbujesz uciec ode mnie wzrokiem. Powiedz, że jestem obłąkany Wykrzycz to. Sama do tego doprowadziłaś. Powinnaś czuć satysfakcję. Czujesz? Jeśli tak - mogę umrzeć spokojny. - Nie chcę dowodów. Chcę p r a w d y. Stać cię na nią? A może nie zasługuję? - Jeśli znów postanowisz mnie wrzucić w otchłań rozpaczy, to jestem na to gotowy. Nie wiem jednak, czy ty jesteś gotowa na to, by walczyć z moim duchem. Chociaż może jesteś. Przecież uwielbiasz walczyć. - Będę. Będę... dopóki mi nie powiesz. Jakie dałem ci powody do nienawiści. Choćby to miało trwać wieczność. Patrząc na okoliczności, w jakich się znajdujemy oraz panujące temperatury, zapewne nie potrwa ona długo. Więc się lepiej zastanów, czy perspektywa przemiany w zimne truchło ci odpowiada.
Wyciągam do ciebie obie ręce, te pokaleczone ręce, bo nieustannie je odtrącasz. Szczujesz złowrogim syczeniem, ostrzysz pazury, by wbić je w moją cienką skórę. Kolejne zadrapanie nie zrobi większej różnicy. Przez chwilę wydaje mi się nawet, że jestem na ciebie zły, ale szybko rzucasz zabawną uwagę o trupach, a mój wyimaginowany gniew rozchodzi się niczym poranna mgła, choć przecież nie próbujesz mnie rozśmieszyć. Lubię twoje kąśliwe poczucie humoru. Ty pewnie nawet nie wiesz, jak często jesteś zabawna. Zabawna. Nie śmieszna. To zasadnicza różnica. Próbujesz wbijać ludziom szpilki, ale zamiast tego szastasz błyskotliwymi spostrzeżeniami.
Nie boję się ciebie.
Boję się tylko, że pewnego dnia gniew tak bardzo cię zaślepi, i że pójdziesz gdzieś daleko, i że zabłąkasz się w miejscu, w którym już nigdy cię nie znajdę.
Zaciskam mocniej dłonie na twoich nadgarstkach, kiedy znów próbujesz wymierzyć we mnie cios. Płaszcz powoli nasiąka mi wodą, ale ironicznie leżę dalej. Jak przegrany, w każdej chwili gotowy na ostateczne uderzenie – choć żadne mnie nie dosięga.
- Powtórz to jeszcze sto dwa razy. Osiemset osiemdziesiąt osiem. Dwa miliony czterysta. A później drugie tyle. Wiesz co? Nie uwierzę ci. Za żadnym razem.
Wcale nie bawię się wyśmienicie. Stąpam po kruchym lodzie i naginam granice zdrowego rozsądku, bo chyba tylko tak jeszcze mogę się z tobą skomunikować. Popadając w skrajność. Wypowiadając słowa ostateczne. Przypierając cię do muru. Dla ciebie staję się najgorszy. Ale wiesz, to chyba działa. Powoli przestajesz na mnie napierać. Nie wiem, czy opadasz z sił, czy po prostu łagodniejesz na te kilka sekund.
Patrz na mnie.  
- Jeśli tak, to mamy problem... - Reasumuję z powagą, urywając zdanie w połowie.
Bo cię kocham.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 https://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 https://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 https://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 https://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Lodowa tafla   29.08.16 20:09

Względności było zbyt wiele, by jednogłośnie ocenić, że to właśnie prawda budziła w niej gniew, jakby nie mogła jej znieść w swoim zakłamanym świecie, bo burzyło jej to wygodne wizje. Uległość i posłuszeństwo by ją przecież zanudziło na śmierć, prawda? A ona potrzebowała emocji. Ale tylko w określonych dawkach. Tu nie chodziło jednak o dosłowność. Nawet nie o konkretne zdanie, zły moment czy też sytuację.
Frederick Fox, a właściwie Lycus Malfoy był jej szaleństwem. Cząstką wariactwa, która podążała za nią wszędzie, prowokując do śmiechu, do idiotycznych pomysłów. Nawet, jeśli poruszali tematy, którym daleko było do przez wszystkich rozumianej rozrywki, pozwalając sobie na odkrycie kilku kart przed sobą, których nie chcieli pokazywać nikomu innemu, to jednak ciągle wolała się z nim śmiać. Miała swoją ulubioną jego ekspresję. Ten sposób, w jaki zatrzaskiwał ją w swoim spojrzeniu, wyginając kąciki ust do góry. Te dołeczki, które wolno żłobiły się w jego policzkach. Błysk w oku. To był jej najbardziej lubiany uśmiech. Tylko on potrafił robić to tak, by i na jej twarzy odbiło się bliźniacze wyrażenie. Czasem mogła się tak do niego szczerzyć w milczeniu, nie potrzebując zbędnych słów. Ignorowała wtedy cykady, jakie brzmiały w tle, najpiękniejsze zachody i wschody słońca, przecudowne odbicie księżyca w tafli jeziora, zimny wiatr, który szarpał płomieniami ogniska w dzikim tańcu.
Lubiła to, że wystarczyło, by odwróciła głowę, by dostrzec go za sobą. Nawet, jeśli wydawało mu się, że jej zwycięstwa są wynikiem tylko i wyłącznie taryfy ulgowej, jaką jej dawał, a nie jej wybitnej, wypracowanej umiejętności wygrywania, to nie potrzebowała tego specjalnego traktowania. Ale w ten dziwny sposób doceniała jednocześnie przestrzeń, jaką jej tym oddawał, nie próbując się z nią szarpać o rzeczy, które tak zaborczo sobie przywłaszczała. Wtedy, kiedy to jego karta pobiła jej własną, nie chodziło nawet o to, że jej faworyzowane uczucie glorii zostało jej odebrane. Nie cierpiała tej głupiej gry, jaką satysfakcję mogła czuć z przodowania w niej, nawet gdyby to się zdarzyło? To jego wyższość wprowadziła ty największą niestabilność. Bo jeśli on był lepszy, to ona nie była już wystarczająco dobra. Dlaczego ktokolwiek miałby patrzeć na kogoś, kto stoi w cieniu tryumfatora albo zdobywca złotego medalu miałby spojrzeć w dół, na niższe podia z wyrazem innym od pobłażania, litości czy pogardy? Jeśli byłaby słaba, nie pobudzałaby już tego uśmiechu. Czyjeś oczy nie podążałyby za nią uparcie na każdym kroku. Więc musiała udowadniać swoją wartość za każdym razem od nowa, nieustannie.
Nie dostrzegała jednak, że to nie była jej walka o utrzymanie się na powierzchni. Nie potrafiła zrozumieć, że owszem, chodziło tu o nią, ale nie w takim sensie, jakiego by się spodziewała. Zaskoczył ją. Chciał wszystko zniszczyć. Tą beztroskę, to kompletne zaufanie, jakim go darzyła. Dlaczego chciał to nadszarpnąć? Czy nie wiedział jak to wszystko się zawsze kończyło? Dlaczego nie mogło zostać tak, jak było wcześniej? Czy tak nie było dobrze?
Tylko wytrwali przy niej wytrzymywali. A ona przyzwyczajała się do ich obecności. Wbrew własnej woli, nagle nie potrafiła wziąć oddechu bez nich, bo taka była niezależna, kurwa jego mać! Więc to okrutne pożegnanie, to pieprzone wygnanie, ta brutalna banicja nie była niczym innym, jak ciosem wymierzonym w siebie. Rykoszetem. Nie dostrzegał, ile od niego było zależne? Jak wielu rzeczy był źródłem?
Pierwszą reakcją był gniew, och, już zamierzała mu udowodnić, skoro tak bardzo tego chciał! Potrafiła kąsać mocniej, niech w to nie wątpi! Kiedy jednak przyciągnął ją bliżej, zupełnie wbrew jej życzeniu, wzięła szarpany dech, a w oczach zaczaił się niepokój. Na jaki skraj go przyciągnęła, by miał być tak zdesperowany? Nigdy nie widziała go z tej strony. Nie potrafiła w tym rozpoznać ostatnich drygów szaleńca. Konfundował ją każdym zdaniem. Jego spojrzenie było zaborcze. Stanowcze. Srogie. Takie obce. Czuła się zagubiona, nie mogąc odnaleźć w tych oczach znajomej iskry. Prowokowała w nim tak wielką złość, że musiała się bronić, ale jej defensywa zdawała się tylko wszystko zaogniać.
Kolejne słowa były jak grube sople, które przeszyły jej klatkę piersiową. Patrzyła na niego z rosnącym przestrachem. Uderzył jednocześnie w jej ego oraz w samego siebie, krzyżując jej drogę ucieczki. Wykorzystywał wszystko co o niej wiedział, by dostać, to, czego chce. Zostawiał ją w potrzasku. Lisiej pułapce. Tylko to nie on był teraz ofiarą. Jak mógł być taki okrutny, by stawiać ją w tak ciasnym rogu i obnażać na nią kły?
-...nienawidzę cię...-powtórzyła słabo, krucho, przymykając oczy, które zaczęły ją boleśnie szczypać. Zaciskała szczękę, by nie pozwolić ustom na ukazanie grymasu, jaki jej się cisnął. Zdawała się być głucha na jego prośby, na wszystkie błagania, na rozkazy, na te litanie, które miały ją sprowokować do rozwinięcia tej myśli. Jak zacięta katarynka powtarzała tą samą frazę, czując jak coś ciężkiego próbuje jej wybić żebra od wewnątrz.
Jej mantra, która zdawała się ją utrzymać w równowadze. Sens, który trzymał wszystko do kupy. Sznur, który pętał gruby wór, który mógł się rozsupłać w każdej chwili, wysypując całą zawartość, która nie powinna ujrzeć światła dziennego. Ale tego chciał, prawda?
Usta już drżą, mięśnie zmęczone przez wrzask przepuszczają wszystko, co dotychczas miało zostać ukryte. Bezsilność w końcu ją obezwładnia, kiedy wybuch złości nie przynosi ulgi. Oszukiwał ją przez ten cały czas. Obdarł ją z beztroski na jej własne życzenie, jakby nie wiedział lepiej. Jak mógł jej na to pozwolić? Jak mógł patrzeć bezczynnie? Jak mógł uciekać nieustannie, dręcząc ją w snach? I to ją nazywał okrutną?
-Nienawidzę cię.-odpowiedziała mu szeptem, łamanym głosem. Za to, że ją tak obnażał. Że kazał jej na głos przyznać to, czego wcale nie chciała wypowiedzieć.
Nie przywykła być przywierana do ściany i pozostawiona bez wyjścia. Nie robiła nic wbrew swojej woli. Nie cierpiała smaku porażki. Bo to właśnie to uczucie rozdarło jej serce i spowodowało, że ciepła kropla spadła na policzek mężczyzny. Kolejne zostały zatrzymane przez nerwowe ruchy dłoni.
-Nie cierpię.-powtórzyła dobitnie, walcząc z gulą, która zaciskała jej się w gardle.-Jesteś takim idiotą, takim pieprzonym durniem, Fox.-broniła swoją słabość mocnymi słowami. Każde chwyty dozwolone, czyż nie?-Oszukałeś mnie. Nigdy nie zniknąłeś naprawdę.-powiedziała z wyrzutem, odejmując w końcu dłonie od twarzy.-Widziałam cię w snach. Dlaczego nie chcesz mi dać spokoju?-kruszyła się w jego rękach, jakby każde uzewnętrznienie sprawiało, że zamieniała się w proch, który stopniowo rozdmuchuje wiatr. I przemija wraz z wykreowanym obrazem siebie.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
20
0
0
5
1
6
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Lodowa tafla   12.09.16 16:07

Dałaś mi się poznać od najlepszej strony.
Przeszliśmy razem setki kilometrów. Widzieliśmy niezapomniane wschody i zachody Słońca. Bawiliśmy się świetnie, zachłystując się beztroską, którą nawet w Londynie potrafiłem zasiać w twoim życiu. I choć lubiłaś się upierać, że nie jest ci do niczego potrzebna, wchodziłem ze swoimi buciorami do twojego życia, wierząc, że mam do spełnienia jakąś misję. Że beze mnie zapadniesz się w jakąś bezdenną otchłań. Ogon podkuliłem raz. Myślałem, że przekroczyłem nielegalną granicę. Być może tak było. Ale to ty wznieciłaś ogień, który spalił most, skrupulatnie budowany przez lata. Ja tylko pozwoliłem mu płonąć. Przecież tego sobie życzyłaś. Nawet, gdybym to zatrzymał, czy zmieniłoby to cokolwiek?
Nie sądzę.
Obudź się, Selino. Życie to nie bajka. Daje po mordzie jak zła czarownica. Ja upadam bez przerwy. Robię wszystko nie tak, jak trzeba. Bo nie znam odpowiedzi. Bo nie wiem. Bo nigdzie nie znalazłem instrukcji obsługi do życia. Tylko widzisz... różni nas jedna cecha. Każda przegrana, każde poniżenie, każda zła decyzja i rana wysyłają mnie na samo dno, a kiedy się podnoszę, jestem dziesięć razy silniejszy niż wcześniej. Może dlatego usłyszałem pieśń feniksa. Nieustannie odradzam się z popiołów. Dlaczego porażka jest twoim megaupiorem? Dlaczego nie stajesz z nim do walki, tylko nieustannie przesz do przodu niczym taran, zdobywając kolejne szczyty – tylko po to, by uciec od rzeczywistości? Kolejne zwycięstwa nie przynoszą ci już takiej satysfakcji jak dawniej?
Obudź się.
Nie chciałem niczego niszczyć. Chciałem budować. Wiesz, zamarzyło mi się, żeby być inżynierem. Zaplanować twoją pełną rewaloryzację. Nadal stoję obok i wyciągam ręce w twoją stronę. Ktoś musi cię wyciągnąć ze świata złudzeń. Nikt nie ma na to wystarczająco siły. Może ja też nie. Ale chcę spróbować. Bo mi zależy. Bo może oboje tak naprawdę jesteśmy szaleni.
- Przejdę z tobą przez dziewięć kręgów piekła, jeśli będę musiał. Jeśli to jest pierwszy, później będzie tylko gorzej. - Ty to zaczęłaś. Pchnęłaś pierwszą kostkę domina. Nie będzie odwrotu. Zabawa w chowanego trwała już zbyt długo, ileż można było być dzieckiem...
- Nienawidzisz mnie po raz piąty. Musisz się trochę bardziej postarać, jeśli chcesz mnie znienawidzić naprawdę. Bo widzisz, tak długo, jak będziesz głucha na wszystko, co do ciebie mówię, ja nie będę przyjmował do świadomości twojej nienawiści. Logicznie rzecz biorąc, taka komunikacja jest do chrzanu. Tą drogą daleko nie zajdziemy.
Patrzę na ciebie z bliska, i niemal widzę, jak przez twoje ciało przepływa tysiące impulsów, które słabną z każdą sekundą. Jeszcze na chwilę wydajesz z siebie przeszywający krzyk, jakby widmo ostatniego tchnienia. To nie przyniesie ci ulgi, tylko kolejne kłamstwo. Nie puszczam cię, bo znowu uciekniesz od prawdy. Miotasz się jak ćma zamknięta w słoiku, wpatrzona w blask Księżyca i pozbawiona nadziei na ratunek. Ten widok łamie mi serce, wiesz? Ta cała krzywda, którą sobie wyrządzasz. To powolne zabijanie samej siebie. Nie chcę, żebyś umarła.
Więc się obudź.
- Dokończ tę litanię, no dalej. Ulżyj sobie, skoro ma to pomóc. - Zrzuć na mnie lawinę przekleństw. Żadne nie pozostawi na mnie najmniejszej blizny. Nie mam już miejsca na więcej.
I dopiero twoje ostatnie słowa, wypowiedziane złamanym głosem, dotykają mnie dobitnie, rozdzierając skórę gdzieś pod żebrami, rozpaczliwie chcąc dorwać się do serca. Bo widzisz, Selino... tylko szczerość jest w stanie wyrządzić mi krzywdę. Z łatwością możesz dostrzec, jak łagodnieję, jak moje spojrzenie staje się mniej harde. Jak mimowolnie luzuję dłonie zaciśnięte na twoich nadgarstkach. Jak milknę na dłuższą chwilę, wpatrując się w ciebie tępo.
- Ty wiesz najlepiej, dlaczego...
Znów nie kończę, ale nie dlatego, że brak mi odwagi. Nie kończę dlatego, bo to tobie brak odwagi, by tego słuchać. Widzę przecież, w jakim jesteś stanie. Jak skrajne spustoszenie pozostawiły po sobie wszystkie iluzje, które wykreowałaś. Działają lepiej, niż najsilniejszy narkotyk.
Boisz się, bo jestem twoim antidotum.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 https://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 https://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 https://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 https://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Lodowa tafla   12.09.16 21:47

Z nim mogła zrobić najbardziej szaloną rzecz. Kraść konie, rzucić się w najgłębszą głębinę, pikować w dół z nierozsądnej wysokości i zadzierać miotłę do góry w ostatniej chwili, robić te milion i jedno wyzwanie, bo on był przy niej. I nie chodziło o to, że ją obroni, że zasłoni ją swoją klatką piersiową i uchroni ją przed niebezpieczeństwem. Nie potrzebowała takiego ratunku. Dawał jej ucieczkę, której tak potrzebowała, nie musząc się niczym wiązać. I biegła już za długo beztrosko, bez żadnej refleksji, by móc dostrzec to, co on już dawno zobaczył. A nie cierpiała zmian ani przyznawania się do błędu, a jego poprzednie traktowanie dawało jej się przyzwyczaić do tego, że jednak wcale nie musi. I jak rozwydrzony bachor sprzeciwiała się zmianom. I nawet nie potrafiła dostrzec zniszczenia, jakie siały jej nieprzemyślane akcje. Była impulsywna, kompletnie nierozsądna, niszczycielska nawet dla samej siebie.
Czy da się wrócić do tego, co kiedyś było?
Abstrakcyjnie, doskonale zdawała sobie sprawę z okrucieństwa życia. Dlatego uzbroiła się w tak ostre kolce, nie rozpoznając jednak do końca zagrożenia i uznając za nie każdą nową rzecz. I dlatego Frederick Fox się nadział na jeden z nich, kiedy w końcu odkrył przed nią swoje serce - wcale nie spodziewała się go zobaczyć. Zaskoczył ją i zadziałała instynktownie. Ale mimo tej świadomości, że nie żyła w bajce, potrafiła tą wiedzę zastosować tylko do ograniczonych sytuacji. Bała się sparzenia, a mimo to pozostawała głośna, nastawiona na siebie i ślepa na otoczenie, prąc do przodu, jakby przekonana, że nic nie tknie tarana. Była przekonana, że posiadając tak silną aurę, nikt nie ośmieli się choćby naruszyć jej granicy, bo w końcu w przyrodzie przetrwał najsilniejszy. Była dobrą aktorką. Czy nie wystarczyło, że będzie po prostu udawać?
Potem nie potrafiła już robić nic innego. Glorie przestały mieć znaczenie, robiła to dla samego faktu, że życie w cieniu ją przerażało. Stworzyła własną legendę za swojego życia i musiała pilnować, by nie było na niej żadnej zmarszczki. Więc wygładzała z troską nierówne powierzchnie, skupiając się na perfekcji własnej maski, nie widząc, jak wszystko w niej pęka w międzyczasie. Stawała się pustym naczyniem. A raczej to wieko przestawało wystarczać. Chaos narastający w środku nie dawał się tamować. Świat zewnętrzny był zbyt inwazyjny, by go ignorować. Nie dało się, kiedy dysponował takimi środkami. Kiedy tak kilkoma zdaniami wydzierał całą pewność siebie, jaką zdołała zgromadzić i pozostawiał z tym opustoszeniem, które przerażało do cna.
Zająknęła się, niezdolna do odpowiedzenia mu na te kręgi piekła. Przeżywał to z nią? Piekło? I miał zamiar cierpieć bardziej? Czytała kiedyś Dante, on pisał o tym mugolskim piekle. Nie zrozumiała jego deklaracji. I zaraz obudził się w niej protest.
-Teraz masz zamiar cokolwiek przechodzić?-wybuchnęła, bardziej rozpaczliwie jak gniewnie. A co robił przez ten ostatni rok? W momencie wypowiedzenia tych przeklętych słów? Zmarszczyła czoło, kiedy przyjął ten logiczny, rzeczowy ton, jakby zwracał się do dziecka, którego należy zdyscyplinować. Nie powtórzyła jednak swojego wyznania po raz szósty.
Trzymała się jednak negatywnych emocji jak ostatniej deski ratunku. Bo przecież to była wszystko jego wina. To on zaczął ten rozpad. To od jego kretyńskiego pomysłu się zaczęło. Bo co mu w ogóle strzeliło do głowy?!
-Jesteś cholernym tchórzem. Podwinąłeś tą swoją rudą kitę i uciekłeś, bo...-na początku było nawet łatwo to mówić. Tylko potem głos zaczynał się łamać. Bo co? Bo było za ciężko? Dlaczego miałoby ci być ze mną ciężko, Fredericku? Przecież śmiałeś się w moim towarzystwie. Byłeś na każde zawołanie, odpowiadając chętnie na moje zaproszenia. A ja tak samo reagowałam na twoje. Czy teraz jest ci łatwiej? Nie było lepiej ukrywać te pieprzone mrzonki o miłości i... zostawić wszystko tak, jak było? Bo jej nie było prościej. Wszystko skomplikował.
Instynktownie, gdy puszczał jej nadgarstki, sama przestawała walczyć. Wypuszczała wolno powietrze z klatki piersiowej, patrząc na niego tymi debilnymi jelenimi oczami. Nie mogła jednak nic poradzić na swój wyraz twarzy, nie miała nad nim kontroli. Mięśnie ją puściły. Rozsądek też. Co się stanie, kiedy wszystkie tamy runą?
Uderzył w nią tym stwierdzeniem. Zupełnie tak, jakby coś niewidzialnego przeszyło jej mostek. Wydała z siebie niemy, głuchy krzyk. Usta zadrżały, chcąc wydać jakiś dźwięk, cokolwiek, co by ją upewniło, że dalej jest namacalna w jakiś sposób.
-Bo...-odwróciła od niego wzrok, bo patrzenie na jego twarz tylko wszystko utrudniało. Od razu zrobiło się jakoś lżej.-...ubzdurałeś sobie, że co, postanowisz ulepszyć naszą relację?-w głosie zabrzmiała pretensja, twarz przeciął krzywy grymas.-Po co? Czego ci brakowało?-spojrzała na niego, atakując go własną desperacją. Zaraz uciekła spojrzeniem, niezadowolona widokiem przed sobą.-Myślałeś, że jak powiesz magiczne "ko...-zaczęła, próbując włożyć w słowa kpinę, ale raz jeszcze napotkała jego oczy i nie mogła już odwrócić własnych.-cham cię"...-dokończyła słabiej, wolno drętwiejąc w bezruchu, patrząc na niego z rosnącym przestrachem. Wargi raz jeszcze poruszyły się, powtarzając frazę, jakby nie wierząc, że przed chwilą je wypowiedziały. Jakby dopiero teraz doszło do niej, że usłyszała z jego ust te słowa. Jakby dopiero teraz zrozumiała ich znaczenie. Jakby dopiero teraz rozważyła je po raz pierwszy i jakby... dlaczego musiała na niego akurat w tym momencie spojrzeć?
Tkwiła we własnym szoku, niezdolna choćby do drgnięcia, jakby nagle spetryfikowana. I zdała sobie z innej rzeczy sprawę. Otrząsnęła się nagle.
-Ale ty postawiłeś wszystko na jedną kartę, prawda?-zaczaiła się w niej panika.-To było być albo nie być.-zauważyła z rosnącym przestrachem. Tylko nie rozumiała dlaczego chciał spróbować tylko raz. Dlaczego nawet nie spróbował z nią dyskutować, tylko tak po prostu się obrócił. Nigdy nie poddawał się łatwo. Dlaczego tak szybko sobie ją odpuścił? Była straconą sprawą? Tak to odbierał? Uznał, że zrobił wszystko co mógł? A może... nie dostrzegała tych innych razów? Jak wtedy, kiedy wylegiwali się na plaży w słabym świetle księżyca, pozwalając szumowi fal usypiać swoje zmysły, a on chwycił na kosmyk jej włosów, pochylając się w jej stronę, jakby chciał coś jej szepnąć na ucho. I wtedy zerwała się nagle, wybuchając śmiechem, stawiając mu kolejne wyzwanie w postaci wyścigu na dosięgnięcie morskich fal. I niewrażliwie odpychała każdą próbę. Ile już ich było? I dlaczego nie chciała dostrzec ani jednej? Porzucił ją z pełną premedytacją. Wiedział jak zareaguje - albo przynajmniej przewidywał taką możliwość. Znał ją w końcu lepiej od niej samej. A i tak się na to zdecydował. Dlaczego?
Powinna być wściekła. Wpaść w szał, że był taki egoistyczny. Że nawet nie spróbował. Nie tak naprawdę.
-To jest ta twoja miłość? Kategoryczna? Ostateczna? Okrutna?-zamiast tego wydała z siebie kruche dźwięki, wolno podnosząc na niego wzrok.-Wszystko albo nic, to chciałeś mi wtedy powiedzieć?-przełknęła ślinę.-Nie widzisz jak to... niszczy?-ściszyła głos, pochylając się coraz bardziej nad nim, aż w końcu oparła własne czoło o niego, zamierając w tej pozycji. Złożyła piąstki na jego klatce piersiowej, korzystając z tego, że jego palce ciągle owijały jej nadgarstki, wpasowując własne ramiona między jego, jakby pozorując objęcie. Przymknęła oczy. Nie chciała słuchać ani jednego jego słowa. Upajała się jego zapachem i ciepłem, jakby przez ten moment ignorując wszystko inne - cała ta potyczka nie miała znaczenia. Ani milczenie przez ostatni rok. W końcu serce wybijało regularny rytm, a myśli przestały ją zacięcie atakować. Nie zwracała na własne ciągnięcie nosem ani podejrzanie mokrą twarz. Była spokojna. Albo... zwyczajnie zmęczona tym wszystkim?
-Nie chcę cię takiego srogiego. Wyglądasz obco.-poskarżyła się cichym głosem.-Więc zamknij się choć na chwilę.-dodała, wypowiadając swoją prośbę, kiedy próbowała zaczerpnąć jego bliskości na tyle, by mogła dalej bez tego żyć.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
20
0
0
5
1
6
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Lodowa tafla   13.09.16 14:59

Ty nie potrzebowałaś rycerza, który stanie w twojej obronie i przecież wiesz, że nigdy nie próbowałem nim być. Taka abstrakcja wykraczała daleko poza absurdy, z którymi był w stanie uporać się mój umysł. Świetnie dawałaś sobie radę sama, dorównując mi kroku, a czasami nierozważnie wybiegając w przód, by później niecierpliwie tupać nogą w oczekiwaniu na to, aż nadgonię narzucone przez ciebie tempo. Wiesz, co to znaczyło? Uzupełnialiśmy się. Wspinaliśmy się w górę, przekraczając własne granice. Zmuszaliśmy do tego, co tak bardzo lubisz. Do zdobywania szczytów.
Pocieszam się tym, że musiałem jednak pełnić jakąś bardziej istotną rolę w twoim życiu, bo najwyraźniej pod moją nieobecność zaczęłaś popadać w obłęd. Przynosiłem ci trochę realizmu do tej twojej bajki. Za każdym razem stanowczo odmawiałaś. Więc wpychałem ci go w ręce na siłę, a później już szukałem podstępnych sposobów, byleby tylko zostawić jakiś ślad – a to gdzieś za uchem, a to między palcami, na lewym łokciu i pod nosem. Musiałem się nieźle nagimnastykować. Przypuszczam, że wykonywałem swoją pracę świetnie, bo do dzisiaj niczego nie podejrzewasz. A może po prostu nie chcesz podejrzewać, że byłem ci w pewien sposób p o t r z e b n y.
Ty naprawdę śpisz. Zupełnie jak Królewna w tej mugolskiej bajce. Śpisz, a twój zamek porasta coraz bujniejszą roślinnością, byleby tylko nikt się do ciebie nie przedarł. Wiesz, zrozumiałbym, gdybyś chowała się tak przed dziennikarzami, czy innymi przypadkowymi ludźmi, którzy z racji na twoją... rozpoznawalność, chcieliby obedrzeć cię z tej idealnej otoczki. Ale przede mną? Podobno jesteśmy przyjaciółmi. Czy tam może nimi byliśmy. Nie wiem, jak się plasowałem (czy też plasuję) w twoim osobistym rankingu, choć mniemam, że nadal dość wysoko. Wiesz, kiedy jesteś dla mnie idealna? Kiedy nie udajesz. Tak jak wtedy, gdy rozwaliłaś sobie kostkę i prawie wyłaś z bólu. Nie grałaś, że nic się nie stało, ale zagryzłaś mocno zęby, demonstrując siłę, jaka drzemała w twoim dwudziestoletnim ciele. Czemu tak uparcie trzymasz się słów Szekspira, jakby stanowiły jedyną i niepodważalną prawdę? Ta restrykcja zasad cię kiedyś wykończy.
- Teraz... - Powtarzam za tobą tonem, który ma w sobie więcej prześmiewczości, niż goryczy. - Przechodzę cały czas, odkąd cię poznałem. Nie wiedziałem tylko, że minione dziesięć lat było jedynie rozgrzewką. Nie wiem wielu rzeczy. Jestem zwolennikiem empiryzmu.
Przez ostatni rok próbowałem egzystować bez ciebie. Pogodzić się z myślą, że jesteś moją największą życiową przegraną, bo po tylu latach n a d a l pozostawałaś ślepa na to, że chciałem być dla ciebie n a j w a ż n i e j s z y. Bo widzisz, Selino, nie wystarczało mi bycie kimś z wielu. Dobrym znajomym od weekendowych wypadów, czy sporadycznym towarzyszem do obalenia butelki wina. Chciałem wdrapać się na szczyt. Dorównać ci. Tak, jak ty nieustannie udowadniałaś to innym. Naprawdę cię to dziwi? Że spędzając z tobą tak wiele czasu zaraziłem się tą twoją chorobą bycia numerem jeden? Liczyłem na to, że skoro gesty nie wystarczały, może chociaż słuch cię nie zawiedzie.
Przeliczyłem się, bo zapomniałem, że Malfoyowie zawsze krucho stali z matematyką.
Prawda jest taka, że ja tak samo potrzebuję ciebie. Twoich dobrych i złych emocji, bajkowej otoczki, twojej złości i goryczy, która potrafi zmyć mi z twarzy ten irytujący optymizm. Twojej skrajności i bezwzględności, twoich nie i tak.
Potrzebuję równowagi.
- Nigdy nie uciekłem. Byłem przez cały czas obok. To ty nie chciałaś mnie znaleźć. - Może oboje potrzebowaliśmy tego roku. Czasami dopiero deficyt pewnych rzeczy sprawia, że stają się widoczne. Za to ty nieustannie uciekasz wzrokiem. Dlaczego? Czy już przypomniałaś sobie, że moje nietypowe, stalowe tęczówki nieustannie przenikały cię gdzieś w różnych zakątkach Londynu?
Gdy w końcu zadajesz mi trudne pytania, nie jestem już pewien tego, czy chciałem je usłyszeć. Rozpadam się na kawałki, kiedy cytujesz moje słowa, dopowiadając do nich swoją pokrętną filozofię. Milczę. Zapadam się razem z tobą z każdym postawionym znakiem zapytania. W miarę, jak wciskasz się coraz bardziej w fałdy mojego płaszcza, powoli otaczam cię ramionami. I nadal milczę. Tak jeszcze przez jakiś czas, z tą cała paradoksalną otoczką tafli lodu, z trwającym gdzieś w tle wyścigiem. Przez głowę przebiega mi myśl, że jak na próbę bycia przez moment poważnym, to całe leżenie na lodzie jest sprzeczne z patosem. Może to nawet lepiej. W tej chwili zresztą nie liczy się nic innego, tylko to, że trzymam cię w objęciach. Nie wiem, jak długo trwa ten stan, ale chcę teraz oszukać wszystkich bogów, którzy sprawiają, że czas płynie do przodu. Zatrzymać cię tam. Pasujesz jakoś tak niepokojąco dobrze, jak brakujący element układanki. Po tej całej głuchocie, po zaślepieniu, po nieudanych próbach - zaczynam myśleć, że tylko jeden ze zmysłów może być dla ciebie kluczem do rzeczywistości.
W tej przeciągającej się ciszy uważnie analizuję twoje słowa, poszukując drogi, która wyprowadzi cię z nicości, w którą zabrnęłaś może celowo, a może zupełnie przypadkiem. Przyczyna i motywy nie są teraz ważne. Jestem ci winny wyjaśnień.
- Jeśli ktoś ci powiedział, że miłość jest łatwa, srogo cię oszukał. - Nie wzdycham, nie mówię rozżalonym głosem. Stwierdzam suche fakty. Nawet nie wiem, czy mnie teraz słuchasz. Trudno, najwyżej ominie cię mało fantastyczny monolog. - Nie musiałem niczego ulepszać. Musiałem przestać udawać. Że jesteś t y l k o, kiedy byłaś a ż. - Przerwałem na chwilę. - Brakowało mi prawdy w tym, co robiłem. Oszukiwałem. Nie potrafię żyć w kłamstwie. Ale to chyba wiesz, że nie potrafię. Inaczej prawdopodobnie nadal nazywałbym się Lycus Malfoy. - Przecież jesteś bystra, na pewno wyciągnęłaś wnioski z mojej nie-bajki. Płaciłem najwyższą cenę za bycie żywym. - Nie oczekiwałem niczego w zamian. Nie wiem, może ci to umknęło, ale moje słowa nie były roszczeniowe. Nie postawiłem cię przed żadnym ostatecznym wyborem. Nie czaił się za tym ukryty sens. Tylko prawda. Jeśli ona cię niszczy, to może najwyższy czas się z nią zmierzyć. Przecież masz na to siłę. - Mówię do ciebie głosem spokojnym. I cię nie puszczam.
Nie chcę.
Nie teraz.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Selina Lovegood
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t986-selina-lovegood#5480 https://www.morsmordre.net/t1028-alfred-wlasnosc-seliny-lovegood#5823 https://www.morsmordre.net/t1027-will-you-dare-selina#5821 https://www.morsmordre.net/f133-queen-elisabeth-walk-137-2 https://www.morsmordre.net/t1131-panna-lovegood
ścigająca Os, naczelna zołza, bywalczyni kolumn Czarownicy
30
Czysta
Panna
pride
will be always
the longest distance
between us
5
24
1
0
0
0
36
11
Czarownica

PisanieTemat: Re: Lodowa tafla   14.09.16 0:19

Ciężko było być szczerym wobec innych, kiedy samego siebie się okłamywało, żyjąc w wyimaginowanym świecie. To zabawne, że dla osoby, dla której nie było granic, istniały jednak mury, które stawiała sama, nie mając nawet odwagi za nie wyjrzeć. Nawet nie zbliżała się do ich powierzchni. Ale czasem trzęsły się u podstaw i pojedyncze cegły spadały, dając jej widok tego, co kryły. I nie chciała patrzeć. To nie ona je burzyła. Dlaczego ktoś zakłócał jej spokój i wystawiać się na jej gniew?
Zacisnęła usta, naciskając rękoma na jego klatkę piersiową, jakby chciała w niego uderzyć. Wypuściła jednak ze złością powietrze, odwracając wzrok. Nie chciała rozważać co konkretnie miał na myśli. Przecież właśnie sugerował, że gdy ona kompletnie beztrosko czerpała g a r ś c i a m i z jego obecności, on niemalże był przez nią skórowany z każdą mijającą sekundą. I pozwalał jej na to z tym samym uśmiechem, który tak lubiła. Czy to oznaczało, że podobało jej się jak sprawiała mu ból? Że podobał jej się ten grymas cierpienia? Chciał, by pożałowała każdej chwili?
-...drań...-wydała z siebie przez ściśniętą szczękę, ciągle niezdolna do skierowania na niego swojego spojrzenia. Może nie chciała zobaczyć zbyt wiele? Już i tak jej uszy błagały o litość. Dlaczego jej o tym wszystkim mówił t e r a z?
Czy kogokolwiek potrafiła postawić na miejscu, które sama zajmowała, namiętnie strącając każdego, kto śmiał choćby stanąć na podnóżku jej tronu utkanego ze złudzeń i ułudy? To nie było odpowiednia przestrzeń dla nikogo innego. Jak miałaby pozostać sobą, kiedy widok przysłoniłaby jej ktoś inny? Gdzie równowaga, skoro nawet ten jeden element w postaci samej siebie był zbyt trudny do manipulowania w prawdziwym życiu? Kolejny oznaczałby kompletną katastrofę.
Oskarżenie w jego głosie, wytknięcie ślepoty, zasugerowanie braku potrzeby... Miała ochotę wstać. Odejść, trafić do jednego z tych pustych, ohydnych barów i raz jeszcze o wszystkim zapomnieć. Bo czuła się o wiele silniejsza bez pamięci, słaniająca się na nogach, niezdolna do wypowiedzenia adresu swojego zamieszkania, by użyć kominka, niż tutaj, teraz, kiedy siedziała w tym śniegu, kompletnie przytomna, niezdolna do zakrycia się przed przeciwnikiem, który zbyt dobrze znał jej każdy słaby punkt. Chciała go winić za to, że tak dobrze celował. Sprawić, by pożałował. Powinien za to zapłacić.
Kiedy złość zdążyła odpłynąć z jej twarzy? Zwróciła w końcu oczy w jego stronę, rzucając w niego zranionym zarzutem.-Chciałam, nie chciałam...-parsknęła, ujawniając zirytowanie w głosie. I pewną rezygnację. Przestawała powoli walczyć. Stawała się bezbronna, podatna na najmniejsze tknięcie. A szczerość cięła jak najostrzejsze żyletki.-Byłeś tchórzem i chowałeś się przede mną.-powtórzyła, bardziej zdecydowanie, poprawiając się, skoro twierdził, że nie uciekł tak do końca. To ciągle była jego wina, nie mijała z każdym słowem, które padało, choć czasem traciła tą pewność. Czy to już nie był upiór maniaka?
Czuła się zwyczajnie naga. I z zaskoczeniem zauważała, jak wczepia się w jego ciało jak w drugą skórę, jak szczelnie jego ręce oplatają ją, zmywając wrażenie niepokoju. Dawał złudzenie bezpieczeństwa, mimo że wszystkie ciosy wychodziły właśnie od niego. Nie cierpiała tego, że rozsądek kazał jej się odsunąć, od razu prześwietlając tą głupią, bezsensowną grę, ale mięśnie niezdolne były do choćby pojedynczego drgnięcia. Albo po prostu odmawiały posłuszeństwa. Tkanki zdawały się rozpuszczać, jakby było coś narkotycznego w jego zapachu. Musiał wydzielać coś, co na nią tak działało. Przecież to nie było normalne.
Ubrała się w lisie futro. Czy tak czasem nie wyglądała lepiej? Zaczynała myśleć, że zawsze brakowało jej tego miedzianego blasku, który odbijał się na jej twarzy dzięki kolorowi sierści.
Miała nadzieję, że jeden zmysł zastąpi resztę. Ale usłyszała jego głos. Doszedł do niej sens jego słów. Biernie była przeszywana kolejnymi faktami, a jego ramiona dawały coraz marniejszą otuchę. Mimo to schowała nos w jego kołnierzu, jakby mając nadzieję, że skryje się tam nawet przed nim. Nic z tego. Był okrutny. Bez litości. A jednak ciągle wodził ją delikatnością i nienachalanością ruchów.
-Jesteś więc głupcem, że próbujesz wymieniać cokolwiek na miłość.-wyszeptała od razu, mając zamiar powiedzieć to z przekąsem, ale nic już nie było pod jej kontrolą. Mogła więc tylko słuchać. I zastanawiać się jak z tego wybrnąć. Mówił zagadkami, od których serce dudniło jej niespokojnie w piersi. Wyjaśniał, mimo że nie rozjaśniało się nic. Nie rozumiała co chciał jej przekazać ani czego od niej oczekiwał. I z jakiegoś powodu to ostatnie było dla niej największą zagwozdką. Zupełni tak, jakby nagle ją to zaczęło interesować, podczas gdy nigdy nawet nie przemknęło jej podobna myśl przez głowę.
-Więc kochaj mnie, Fredericku Foxie.-odezwała się w końcu, tak obco, bez emocji.
...skoro musisz.
Jeżeli chciał żeby się z tym pogodziła, dobrze. Nie poszła jednak z tym stwierdzeniem żadna deklaracja ani jakakolwiek refleksja nad jej konsekwencją. Wyparcie w jej najlepszej formie. Ale była zmęczona. Nie zrozumiała. Ale miała nadzieję, że to wystarczy. Chyba nie potrafiła inaczej.
-Ale jeśli znikniesz raz jeszcze, to uwierz mi, że znienawidzę cię naprawdę.-zastrzegła, przełykając gulę, która namiętnie stawała jej w gardle. Dosyć tej słabości.-I piekło będzie twoim ostatnim problemem.-podniosła głowę, by spojrzeć mu w oczy. Hardo. Nawet, jeśli miała dziwnie zaczerwienione policzki, a oczy lśniły zacięcie.






I care for myself.
The more solitary, friendless, unsustained I am,
the more I will respect myself.
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
20
0
0
5
1
6
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Lodowa tafla   14.09.16 16:09

BARDZO okrojona wersja.

Lubiłem słowa. Wyciągać je z najgłębszych zakamarków, oprowadzać pośród ludzi, po szpitalnych korytarzach, barach szybkiej obsługi, czy rock'n'rollowych potańcówkach. Największą przyjemność sprawiały mi te o wydźwięku ironicznym. Lata praktyki zapewne musiały uczynić mnie mistrzem w tej dziedzinie. Osiągnąłem biegłość tak nieznośną, że czasami nawet bliskim ciężko było oszacować, gdzie zakopałem prawdę. Taka już lisia natura. Z jednej strony umiejętność ta bardzo przydawała się w życiu, z drugiej – całkowicie je komplikowała. Zwłaszcza, gdy przekaz kierowany był do ciebie - niekwestionowanego eksperta w dziedzinie nadinterpretacji.
- To nieuleczalna przypadłość. - Kiedy cedzisz kolejne oskarżenia, ja zwalczam je uśmiechem, którego jednak nie możesz dostrzec, próbując schować się gdzieś pod moją brodą. Wiercisz się niesamowicie, wijąc sobie legowisko w moich ramionach. Pasujesz tam, tak samo, jak pasuje ci to lisie futro. Trochę to ironiczne. Trochę też prawdziwe.
- Wobec tego mamy remis. Równość. Coś, czego tak bardzo nie lubisz. - Musisz czuć ogromną ulgę ze świadomością, że nie tylko ty nawaliłaś. Łatwiej rozłożyć jakiś ciężar na cudze barki. Czemu więc nie chcesz dostrzec, że to samo rozwiązanie zadziała na tym twoim nieosiągalnym, ostatecznym szczycie? Wiesz, Selino, łatwiej byłoby ci tam ze mną. Przydałbym się dla lepszego balansu. Chwyciłbym cię za rękę, gdybyś przypadkiem miała spaść w otchłań. I już nigdy nie puścił. Musielibyśmy tak zostać. Na zawsze.
Powinienem znowu ogłuchnąć na twoje protesty.
- A może zwyczajnie... rzeczy łatwe nie przynoszą mi satysfakcji. - Odpowiadam ci prosto do ucha, pozostawiając na nim swój ciepły oddech. Tak bardzo lubię bawić się w doktora, że czasem zapominam o tym, że istnieje choroba, która nie oszczędza ani głupców, ani mądrych. A ja nawet nie zauważyłem, kiedy na nią zapadłem. Niszczycielski wirus noszący twoje imię. I z pewnością śmiertelny.
Boli mnie to, z jaką łatwością upuszczasz to mocne słowo. Jakby nie miało dla ciebie żadnej wartości. Było puste. Aż w końcu sięgasz po broń ostateczną. Ambiwalencja, z jaką – zupełnie nagle, po roku, podczas którego prawdopodobnie ani razu nie poddałaś analizie mojego wyznania - przychodzi ci pogodzenie się z rzeczywistością, przeszywa mnie na wskroś. Przyspiesza tętno, nieprzyjemnie chwyta za gardło. Ściska je wręcz tak mocno, że na chwilę brakuje mi słów. Zupełnie jakbym wpełznął do labiryntu pełnego pułapek, a po dwunastu miesiącach błądzenia wyszedł cało, trafiając do punktu wyjścia. Nie czekała tam żadna nagroda. Nic się nie zmieniło.
- Więc pozwól się kochać, Selino Lovegood. - Odpowiadam po chwili, podobnie beznamiętnym tonem, wpatrując się tępo w migoczące na granatowym nieboskłonie gwiazdy.
I chociaż nadal trzymam cię w objęciach, mam wrażenie, że nagle ulatujesz z moich ramion. Że się rozpływasz. Znikasz.
- Nienawiść bez wzajemności może okazać się kłopotliwa. Za to groźba obojętności... brzmiałaby przeraźliwie nieludzko. - Nie czuję się zagrożony. Nie mam zamiaru popełniać drugi raz tego samego błędu. Ostatni rok był najgorszym w moim życiu.
Choć twoje ostre spojrzenie nie przyprawia mnie o dreszcze, serce nadal chce mi wyskoczyć z żeber, żołądek zaś staje się uciążliwie lekki, powoli podchodząc gdzieś w okolice krtani. Czuję się jakoś osobliwie pogubiony, nie potrafiąc odgadnąć, jakie myśli kryją się za tym obłąkanym wzrokiem. Wszystko wydaje się irracjonalnie głupie, kiedy patrzę ci prosto w oczy. Nie wiem już, dokąd zmierzamy. Przyglądam ci się z podobną zaciekłością w poszukiwaniu odpowiedzi. I nawet nie zauważam, kiedy nasze twarze nagle zaczyna dzielić odległość może jednego cala, a czoła praktycznie się o siebie ocierają. Jedną ręką nadal trzymam cię mocno przy sobie, by na drugiej podtrzymywać oderwane od tafli lodu barki. Gubię się w tych twoich oczach, całkowicie sparaliżowany bliskością. Otwieram powoli usta, trochę jakby nabierając powietrza, a trochę jakby poszukując drogi do twoich.
Tchórzę, zatrzymując się gdzieś w połowie.
Nic już nie wydaje mi się ani proste, ani właściwe.
- Skoro wszystko jest w porządku, to dlaczego płaczesz? - Pytam więc, by zatrzeć wszystkie ślady własnej klęski, podczas gdy w moim ciele powstają zderzenia i wybuchy tak silne, że nie zdziwiłbym się, gdybym właśnie przyczyniał się do powstawania nowych galaktyk.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
 

Lodowa tafla

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Lodowa jaskinia

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia :: Dolina Godryka :: Sylwester w Dolinie Godryka-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18