Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Labirynt

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Labirynt   03.07.16 23:49

First topic message reminder :

Labirynt

Po wyjściu z sali balowej, schodząc marmurowymi schodkami z niewielkiego tarasu, trafia się do zachodniej części ogrodu. Latem, spacerującym wśród idealnie przyciętych tui umila czas plusk niewielkich fontann z urokliwymi, białymi rzeźbami nimf leśnych. Jednakże to nie niewielke ogrodowe alejki stanowią główną atrakcję tej części posiadłości - tuż za fontannami znajduje się wejście do majestatycznego labiryntu. Równo przycięty, gęsty żywopłot wije się na przestrzeni kilku hektarów. Wąskie ścieżki co kilkadziesiąt metrów rozszerzają się na większe pola, gdzie ulokowano ozdobne posągi lwów i nimf leśnych, krzewy czy ławeczki, na których można odpocząć. Jednakże Lady Adalaide co rusz ostrzega swoich gości, że zapuszczając się zbyt daleko, odnalezienie drogi powrotnej może zakończyć się fiaskiem - bowiem labirynt co chwila zmienia położenie swoich ścieżek, a ponadto kilkumetrowe ściany zieleni skutecznie uniemożliwiają odnalezienie wyjścia.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley https://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 https://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow https://www.morsmordre.net/t3525-skrytka-bankowa-nr-803#61584 https://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#168856
Zawód : opiekun smoków
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Through action,
a man becomes a hero.
Through death,
a hero becomes a legend.
Through time,
a legend becomes a myth.
Through hearing a myth,
a man takes action.
OPCM : 1
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 45
CZARNA MAGIA : 27
ZWINNOŚĆ : 5/25
SPRAWNOŚĆ : 5/72
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Labirynt   08.03.18 18:13

Nie wątpił w to, że tak właśnie było. Że ojciec Nephthys nie miał jej nic do zarzucenia, a nawet jeśli, musiał to być błąd z jego strony. Podczas znajomości, która trwała już tak długo, Morgoth nie zauważył, by dziewczyna robiła coś przeciwko rodzinie czy ogólnie przyjętym zwyczajom. Oczywiście, że nie wszystko przystawało szlachciance, lecz wystarczyło się rozejrzeć. Dzieci, które wciąż były posłuszne woli rodziców, woli nestora, woli rodu było niewiele. Większość bawiących się w Hampton Court szlachciców żyła zbytkami, mając za nich tradycje przodków. Wystarczyłoby spojrzeć na ten okrutny żart, jakim był taniec na lodzie. Wystarczyłoby spojrzeć na zachowanie młodych arystokratek czy lordów, którzy jawnie pluli w twarz konserwatywności, nie bojąc się dźwigać opadającej szali konsekwencji. Najgorsze z tego wszystkiego był brak łajania społeczności, a wręcz sprzyjanie takowym zachowaniom. Mógł być jedynie wdzięczny losowi, który pozwolił mu urodzić się w rodzinie trzymającej się nie tylko tradycji, ale również moralnym podstawom działania. Wychowany na lojalnego dziedzica miał służyć i bronić rodziny - nawet jeśli oznaczało to ochronę przed nią samą. Dlatego mimo że Shafiqowie nie pochodzili z angielskich ziem, Morgoth szanował ich silne tradycje i związanie z własnym krajem. Fakt, że nie dali się zalać obcą kulturą stawiał ich jako twardych i stanowczych czarodziejów ze świadomością wartości, jaką tworzyła pamięć o pochodzeniu. Zauważał to w Nephthys. Widział to Cynericiu. Chciał, żeby to również było widoczne w jego postawie. Żeby ojciec wiedział, że był gotowy. Sam czuł na sobie skazę własnego zachowania, którego dopuścił się wraz z chęcią ratowania matki. Wiedział, że wszystko w tamtych dniach sprzyjało temu, by skierował swoje myśli ku towarzyszącej mu wtedy Lynn i właśnie to spowodowało, że jego osąd był zaburzony emocjami. Był jej wdzięczny za pomoc i na zawsze miał taki pozostać, lecz to, co się stało, nigdy nie powinno mieć miejsca. Wyciągnął jednak bolesną lekcję, która sprawiła, że zdystansował się, dostrzegł ponownie cel, do którego chciał dążyć; odrzucił chłopięcą naiwność, która jeszcze kilka miesięcy temu tak nieuchronnie mu towarzyszyła; stał się tym, kim zawsze zamierzał - synem swojego ojca. Yaxleyowie rodzili się z piętnem, które wyznaczali ich poprzednicy. Im silniejsi byli, tym mocniejszy i wyraźniejszy był ów ślad. Morgoth też nie mógł ukryć się przed tym, kim był, dlatego los boleśnie przypomniał mu o tym. Dostrzegał to, że świat wyostrzał swoje barwy i im mocniej i gwałtowniej światło odrywało się od mroku, tym on musiał więcej poświęcić. Dać z siebie wszystko na co było go stać. Nephthys miała rację - można było uciekać, lecz prawda zawsze ścigała ich wszędzie. Znał wartość błędów, które popełnił w przeszłości i nie mógł pozwolić, by się powtórzyły również i w przyszłości. Dlatego słuchając słów swojej towarzyszki, zamyślił się głęboko, pozwalając sobie na kontemplację nad tym co mówiła. Nie obchodziła tematu dokoła jak on, lecz mówiła wprost co myśli i co czuje w związku z wydarzeniami ostatnich miesięcy. Zostanie tam byłoby tchórzostwem. W takich momentach można było jedynie żałować, że Neph nie posiadała brata bliźniaka, który mógłby w odpowiedni sposób poprzeć ów poglądy i uczynić to bardziej aktywnie. Kobiety nie były aż tak swobodne jak mężczyźni, jednak ich umysły potrafiły czasem znieść znacznie więcej niż drugiej połowy ludzkości.
- Przepraszam - odparł po dłuższej chwili milczenia, czując, że nie powinien był zadawać tego pytania. A przynajmniej nie w sposób w jaki to zrobił. - Moje miejsce jest tutaj. Nie zostawiłbym rodziny i zrobię dla niej wszystko - powiedział spokojnie, chociaż jego ton krył w sobie pewną dozę smutku. Być może miał to być ostatni wieczór, który miał spędzić wraz z nimi wirującymi na parkiecie i cieszącymi się chwilą. Jeśli tak - to właśnie tak chciał ich zapamiętać. Uśmiechniętą Rosalie z Cynericiem u boku, Lilianę, która nie czarowała wszystkich gości dookoła, matkę wraz z ojcem, którzy byli ideałem dla współgrających małżeństw. Idąc pół kroku za Nephthys, zauważył, że część szala zsunęła się szlachciance z ramion i przez moment koniec sunął po puszystym śniegu. Ożywcze kolory odbijały się na tle bieli w pewien mistyczny sposób, lecz nie tego wymagało odpowiednie zachowanie. Yaxley pochwycił więc materiał, by zebrać go z ziemi. Dziewczyna musiała więc na chwilę się zatrzymać, gdy płynnym ruchem wrócił jej ozdobę na miejsce. Przez moment jednak stał dalej, nie ruszając dalej, a jedynie zdając sobie sprawę, że czas, jego czas, się kurczył. Zupełnie jakby czuł na sercu czyjąś dłoń, która z każdym dniem zaciskała się coraz bardziej. Neph również wspominała o nadchodzących zmianach, ale miała zupełnie co innego na myśli niż on. Nie chciał, żeby zapamiętała go w ten sposób - człowieka, który nie był w stanie powiedzieć, czegoś, co przypominałoby dawne czasy. Zabawnym faktem było to, że nie chciał nawet wracać do dawnego siebie. I chyba nie potrafił. - Dobrze było cię zobaczyć - powiedział, podnosząc spojrzenie na piwne oczy towarzyszki. Wstydem było się przyznać, lecz zupełnie o niej zapomniał na przestrzeni ostatnich miesięcy. Nie miał czasu nawet na spotkania z najbliższym kuzynostwem, wliczając w to Yaxleyów z pałacu. Nie oznaczało to jednak, że koniec sabatu był zawodem. Wręcz przeciwnie. Przychylne twarze były wynagrodzeniem.




death before dishonor



Powrót do góry Go down
Nephthys Shafiq
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t5796-nephthys-shafiq#137060 https://www.morsmordre.net/t5820-amara#137531 https://www.morsmordre.net/t5822-zobacz-jak-cudownie-marniejemy#137534 https://www.morsmordre.net/f145-wyspa-man-siedziba-rodu-shafiq https://www.morsmordre.net/t5861-skrytka-bankowa-nr-1433#138716 https://www.morsmordre.net/t5821-nephthys-shafiq#137533
Zawód : Alchemik, arystokratka
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
it's dark in my imagination.
OPCM : 4
UROKI : 2
ELIKSIRY : 24
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 3
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Labirynt   10.03.18 13:36

Fakt, że kobiety nie mogły być tak swobodne jak mężczyźni, czasami Nephthys frustrował, choć w ostatecznym rozrachunku, chyba nawet działał na jej pokrętną korzyść. Miała to do siebie, że nim podjęła jakieś działanie, musiała je gruntownie przemyśleć, tymczasem jej pozycja jako przedstawicielki żeńskiej części społeczeństwa, poniekąd to na niej wymuszała. Nie mogła działać w sposób otwarty, ale nawet jeśli, kłóciłoby się to z jej spokojną naturą obserwatora, który nie opowie się po żadnej ze stron, dopóki nie będzie w stu procentach pewna, że to najlepsza z możliwych do podjęcia decyzji. Tymczasem wymagano od niej tylko posłuszeństwa decyzjom podejmowanym przez mężczyzn i to tutaj wkraczała bardziej problematyczna kwestia: ona nie zawsze uważała, by te były słuszne. Nie jej jednak oceniać, czy głośno to komentować, wszak raczej nikogo to nie obchodziło, a szkoda. Zdarzało jej się dostrzec coś, co zostało przeoczone, głównie dzięki rozwadze i empatii, których zdawała się mieć w sobie całkiem dużo. Mogłaby również założyć się, że jej ojciec miał bardzo podobny pogląd na brak męskiego potomka, nawet jeżeli nie powiedział tego na głos. Jego zachowanie przemówiło za niego, jego spojrzenie również. Nawet gdyby Nephthys chciała mieć do niego o to żal, nie mogła; rozdarta pomiędzy uczuciem odrzucenia, którego zanegować nie mogła, a świadomością, że nie wolno jej tak myśleć. Zadaniem jej ojca było ją wychować, a ten obowiązek, choć wysługując się ciotką, koniec końców spełnił. I była mu wdzięczna. Jej siostry natomiast stanowiły zupełnie osobną kwestię, o której nawet nie chciała rozmyślać, bo kończyło się to tylko i wyłącznie jadem, stopniowo wypełniającym jej żyły.
Pozwalała sobie na to, by mówić wprost, tylko przy nielicznych i gdy wiedziała, że nie zostanie to źle odebrane. I gdy miała pewność, że rozmówca ją zrozumie, a z Morgo tak było, mimo różnić, które ich dzieliły.
- Nie przepraszaj mnie - odparła od razu wesoło. - I wiem, że zrobiłbyś wszystko. Nigdy nie pozostawiłeś co do tego choćby cienia wątpliwości. Czasem miałam wrażenie, że jakoś znosiłeś te wszystkie sabaty tylko po to, żeby zrobić przyjemność swoim bliskim - uśmiechnęła się ciepło. Być może uprościła znacznie słowa lorda Yaxleya, wiedziała przecież, że nie o takie wszystko tu chodzi, a o rzeczy znacznie bardziej szlachetne, lub wręcz przeciwnie. Aczkolwiek było to jakieś, dość zabawne z jej perspektywy poświęcenie ze strony Morgo, który nigdy nie zdawał się odczuwać w tańcu i towarzystwie swojej siły. Przez chwilę jej oczy błyszczały w ciemności, odbijając nikłe światło, które rozświetlało ciemności labiryntu. Każde słowo Yaxleya było na wagę złota, nie chciała, by marnował je na rzeczy tak trywialne jak przeprosiny, które wcale nie musiały paść. Nie uraził jej przecież, w zasadzie chyba nigdy nie udała mu się ta sztuka. O ile chętniej wysłuchałaby więcej na temat tego, co u niego się zmieniło. Wiedziała jednak, że skryty Morgo niechętnie wspomina o takich rzeczach, przez chwilę zatem również milczała, idąc przed siebie powoli, zupełnie jakby chciała przeciągnąć tę chwilę.
W zamyśleniu nie dostrzegła, że skrawek materiału zsunął jej się z ramienia, dopiero gdy Morgo go podniósł, odwróciła się w jego stronę i pozwoliła, by zwrócił ozdobę na jej pierwotne miejsce. Wesołe iskry w jej oczach przygasły, kiedy dostrzegła w nim... Coś. Nie potrafiła tego nazwać, ani konkretnie umiejscowić, ale to straszne, ciążące uczucie, że coś jest nie tak, jak być powinno. To już nawet nie kwestia zmiany w charakterze czy usposobieniu, wszak z biegiem czasu każdy ulega jakimś zmianom. Czuła jakiś podskórny niepokój, coś nie dawało jej spokoju. Może dlatego, że tyle lat się znali? Nie, to nie to. Dopiero jego słowa sprawiły, że z odmętów tych domysłów i niepokojów, wyłoniła się pewna nieśmiała sugestia. Serce zabiło jej szybciej, ale nie odwróciła już wzroku. Z ostrożnością zwierzęcia, które nie rozumie, że stojący przed nim człowiek trzyma je na celowniku, odwzajemniła jego spojrzenie. W ciemności labiryntu wydało jej się nagle mniej zielone.
- Morgo, czy ty się ze mną żegnasz? - Powiedziała w końcu, nie mogąc co prawda wyjaśnić, gdyby ktoś ją o to zapytał, dlaczego tak sądzi. Być może ten czas przeszły ją uderzył i to do stopnia, w którym nie zdążyła nawet wyrazić, jak i ona cieszy się, że go w końcu widzi? Wiedziała, że nie musi nawet tłumaczyć, że nie chodzi jej o pożegnanie tu i teraz, tylko... No właśnie, o co? Dlaczego nie potrafiła nadać słowom i myślom odpowiedniego kształtu? Ilekroć wydawało jej się, że już wie, sens jej umykał, przesypywał się jak piasek między palcami. Ich drogi rozchodziły się już wiele razy. Widywali się w wakacje, by wymienić listy w ciągu roku, a potem zobaczyć znowu, w trakcie kolejnego lata. Z upływem czasu zauważali pewne zmiany, czy to w wyglądzie czy charakterze nie tylko ich samych, ale również ich znajomości. Nawet przed kilkoma miesiącami, gdy Nephthys opuszczała Anglię, zdała sobie sprawę, że się właściwie nigdy nie pożegnali i dopiero kiedy stał tu przed nią zrozumiała, że to może dlatego te słowa wydały jej się tak niewłaściwie.





شاهدني من فوق
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley https://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 https://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow https://www.morsmordre.net/t3525-skrytka-bankowa-nr-803#61584 https://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#168856
Zawód : opiekun smoków
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Through action,
a man becomes a hero.
Through death,
a hero becomes a legend.
Through time,
a legend becomes a myth.
Through hearing a myth,
a man takes action.
OPCM : 1
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 45
CZARNA MAGIA : 27
ZWINNOŚĆ : 5/25
SPRAWNOŚĆ : 5/72
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Labirynt   10.03.18 18:23

Byli kontrolowani i kontrolowani mieli pozostać do końca swojego życia. W międzyczasie mieli stać się małżonkami, rodzicami dzieci, nad którymi sami mieli sprawować opiekę oraz kontrolę. Właśnie na tym polegało bycie częścią szlacheckiej społeczności, a przy okazji być wiernym zasadom, które rządziły nią od dawien dawna. Morgoth nie widział tego jako problem, a coś co sprawiało, że byli wyjątkowi. Bo jeśli ktoś mógł przekazywać tradycje od wielu już pokoleń w niezmienionej formie, nie było możliwości, by nie kultywowano tego jako atut. Yaxleyowie zawsze chodzili twardo po ziemi i tak już im zostało. Co prawda zdarzały się odchylenia, których nie sposób było powstrzymać, ale zaraz tłumiono je w zarodku, a ich reputacja pozostawała nienaruszona. Dlatego tak mu zależało na tym, żeby Liliana postępowała właściwie. Zgodnie z tym czego od niej oczekiwano, jednak wiedział, że Fortinbras nigdy nie zamierzał naprawić jej postępowania. Zredukować i ułożyć w dobrym kierunku. Morgoth unikał ostatnio najbliższych, wiedząc o kuzynce tylko tyle, że miała zrezygnować z pracy w Ministerstwie Magii i trzymał ją za słowo. Zbyt dużo zachodu mu zajęło, by wymusić na niej ten gest. Nie rozumiał, dlaczego nie pojmowała tego, że sama sobie szkodziła takim zachowaniem... Niedługo jednak i główne miejsce pracy poza Świętym Mungiem miało być może zostać zrównane z ziemią. W końcu wizyta Śmierciożerców nie mogła pozostać bez żadnych efektów, prawda? Znał już trochę tę grupę i wiedział, że miało to być niebezpieczne - nie tylko dla nich samych, ale również dla innych w ich otoczeniu. Nad tym już Yaxley kontroli nie miał i nigdy mieć nie mógł. Zresztą to było niemożliwe, by przewidzieć wszystko z takim wyprzedzeniem w takiej sytuacji. Na samą myśl robiło mu się zimniej. Azkaban nie był miejsce, do którego chciałby się udać, ale nie było żadnego wyjścia, jeśli nie właśnie przez więzienie. To, co się miało tam rozegrać, miało zadecydować nie tylko o losie Rycerzy Walpurgii, ale również jego i rodziny. Na tym podłożu również był kontrolowany - związany niemocą i jedynie nieuniknionym oczekiwaniem. Od początku swojego życia wiedział, co miało się wydarzyć i sądził, że tak będzie do ostatniego dnia. Nie wiedział jakim cudem Tristan, którego widział w tłumie, zachowywał spokój, a przynajmniej na takiego wyglądał. Morgoth myślał o tylu rzeczach równocześnie, że ten wieczór nie miał być łagodnym w przebiegu. I nic nie miało iść zgodnie z planem. Uspokoiło się w jakiś sposób dopiero teraz, gdy przypadek zaprowadził go do kolejnej arystokratki, która jednak nie wywoływała w nim niepokoju lub niezręczności. Potrzebował kogoś, kto odsunie od niego wszelkie galopujące myśli, chociażby przez moment. Przy Lynn czy Marine nie było to możliwe. Cyneric trwał przy boku swojej żony, a Leia pozostała w Yaxley's Hall. Napotkanie Nephthys było jakby delikatnym uśmiechem losu, który przypominał o błogich niewinnościach dawnych lat. Słuchając jej słów, zdał sobie sprawę, że brakowało mu tego podejścia. Świeżego, acz równocześnie właściwego i niewykraczającego poza żadne dozwolone granice. Jego towarzyszami wszak byli kuzyni i ojciec, a przebywanie z kobietą, która nie patrzyła na niego przez pryzmat rodzinnego wyobcowania, przełamywało pewien ciężki ton. Wiedział, że był w sporej mierze winny tej atmosferze, lecz nie był w żadnym stanie jej rozładować. A może mógł, lecz nie wiedział jak?
- Sabaty to teraz moje ostatnie zmartwienie - odpowiedział i chociaż w słowach czaiło się pewne zło, nie mógł nie unieść niezauważenie kącika ust. Dopiero po kilku kolejnych krokach zdał sobie sprawę, że chciałby z kimś podzielić się jednym ze zmartwień, które czekały na niego w domu. Wiedział, że Nephthys z chęcią usłyszałaby czegoś więcej, lecz nie dlatego się odezwał. Była osobą, która spoza rodziny znała go najdłużej i najlepiej. Było to dość zabawne, jeśli spojrzało się na historie ich rodów, które były święcie przekonane, że jeden był lepszy od drugiego. Ta znajomość nie powinna mieć miejsca, ale Morgoth zdawał sobie sprawę, że jego relacje z niektórymi przedstawicielami rodzin szlacheckich też nie powinny istnieć, a jednak. Nikt by się nie spodziewał, że kiedyś Flintowie połączą silną więzią kuzynostwo Yaxleyów i Blacków. - Leia choruje - zaczął, wbijając spojrzenie w ścieżkę przed nimi. Być może już by się nie odezwał, ale coś nim poruszyło. Przy Cynericu nie chciał poruszać tych tematów. Nie chciał go obciążać, gdy jego kuzyn zdawał się być szczęśliwy. Tak samo jak Rosalie. To ciemnoskórej szlachciance przypadło wysłuchać wewnętrznego sporu. - Wpierw mama. Teraz ona.
Nie wypowiedział tego, co miał na myśli, ale znająca go lady Shafiq z łatwością mogła się domyślić. Czy to jest kara? Nie mógł pozbyć się tej myśli. Że los odgrywał się na najbliższych mu kobietach, za to wszystko, co zrobił. Gdy zatrzymali się, po tym jak pomógł jej poprawić materiał, nie ruszył już dalej. Coś trzymało go w miejscu i nie pozwoliło wytrzymać spojrzenia Neph. Szczególnie gdy zadała kolejne pytanie, na które nie chciał chyba odpowiedzieć. Nie dlatego, że nie znał odpowiedzi, ale zwyczajnie zbyt dużo razy miało go to czekać. Wpierw Lucinda, później Rosalie. Czy jednak była inna droga? Nie widział jej, a oszukiwanie innych nie leżało w jego naturze. Ci, którzy dobrze go znali, mogli wyczuć, że coś się w tym czaiło. Ale ciężko było powiedzieć dokładnie co - w końcu to był on. Dopiero po dłuższej chwili podniósł spojrzenie ponownie, natrafiając na jej twarz, ale lekko się cofnął i stanął bokiem do kobiety, wpatrując się w oddalony Hampton Court. - Możliwe - mruknął, zerkając na nią na krótki moment. Przesunął się ku wyjściu z labiryntu i przystanął, by zweryfikować czy szła za nim. - Chodź - powiedział w końcu,  wyciągając do niej rękę. - Miejmy coś z naszego być może ostatniego sabatu na wolności - dodał nieco lżej, chcąc zbić zatroskanie z jej twarzy. Zamartwianie nie było wszak upragnionym przez niego efektem. Wiedziała, że miał rację, a przy okazji, że równocześnie zwinnie uciekł przed odpowiedzią.




death before dishonor



Powrót do góry Go down
Nephthys Shafiq
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t5796-nephthys-shafiq#137060 https://www.morsmordre.net/t5820-amara#137531 https://www.morsmordre.net/t5822-zobacz-jak-cudownie-marniejemy#137534 https://www.morsmordre.net/f145-wyspa-man-siedziba-rodu-shafiq https://www.morsmordre.net/t5861-skrytka-bankowa-nr-1433#138716 https://www.morsmordre.net/t5821-nephthys-shafiq#137533
Zawód : Alchemik, arystokratka
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
it's dark in my imagination.
OPCM : 4
UROKI : 2
ELIKSIRY : 24
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 3
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Labirynt   12.03.18 1:19

Mogłaby tylko domyślać się, jak wiedza o nadchodzących zmianach ciążyła Morgo. Właściwie to coraz śmielej poczynające widmo czegoś większego, nawet dla niej wydawało się dostrzegalne. W końcu właśnie z tego powodu wróciła, kładąc tym samym kres swojej chwilowej ucieczce od obowiązków. W obliczu zagrożeń, które pojawiły się w świecie czarodziejów, jej dotychczasowe zmartwienia wydawały się śmiesznie miałkie i nic nieznaczące. Ciężko jednak przemianować całkowicie swój tok myślenia; każdy miał własny świat i swoją perspektywę, a porównywanie się na tym polu nie mogło przynieść nic dobrego, choć właśnie z tego powodu Neph zwykle milczała uparcie zapytana o to, co ją gnębi. Wiedziona przeczuciem, że zawsze ktoś ma gorzej, nigdy się nie uskarżała, nawet jeżeli ktoś w końcu dostrzegał, że za jej uśmiech to w dużej mierze fasada. Nie jednak przy każdej okazji. Można byłoby tu pokusić się o przedyskutowanie, czy jej dobry humor i szczery, ciepły uśmiech w towarzystwie niektórych, wybranych, nie bierze się stąd, że z jakiegoś powodu zrozumiała, że ci akurat mają gorzej niż ona i potrzebowała tego, by wziąć się w garść. Świadomość, że istnieją wszak ludzie, którzy noszą na swoich barkach znacznie większy ciężar, niż niesnaski z rodzeństwem. Ciężar cudzego życia i śmierci, zmian kształtu i granic znanego im świata.
Nephthys zawsze pilnowała granic tego, co jej wolno, w bardzo nielicznych przypadkach pozwalając sobie na drobne, nieszkodliwe odstępstwa. Nie jednak w kontaktach z mężczyznami; tych zawsze traktowała z dziwną ostrożnością. Nie dążyła do niepotrzebnych spoufaleń, bo w ich świecie nie było na nie miejsca. To prowadziło tylko do skomplikowanych sytuacji, których kres nadchodził zawsze wraz z kolejnym, zaaranżowanym małżeństwem. I choć być może lord Yaxley miał dobry obraz takiego małżeństwa, wychowana bez matki Nephthys niekoniecznie. Bała się go. Bała się ograniczenia swojej wolności, utraty tej i tak pozornej i jakże nikłej niezależności. Cressida robiła, co mogła, chcąc ją bardziej przekonać do tego, że małżeństwo nie jest końcem świata, ale Neph od razu stawał przed oczami ojciec, który tak okrutnie usunął z ich rezydencji wszystkie podobizny matki, który nie chciał o niej rozmawiać ani nawet jej wspominać. Jakby nie istniała. Przed laty bardziej cierpiała z tego powodu, obecnie, choć myśli się zatarły, wciąż czasem wyściubiały nieśmiało nos ze swojej kryjówki, przypominając w najmniej odpowiednich momentach, jak teraz.
- Jak chyba każdego - westchnęła, choć gdy Morgo przeszedł do kolejnych słów, od razu pożałowała takiego sformułowania. Zbyt długo się jednak znali, by mogła go tym urazić, przynajmniej tak jej się wydawało. Przez jej twarz przemknął wyraz troski, a uśmiech gdzieś zniknął. Oczy wyrażały jedynie smutek, ale i pewne skupienie. Mogłaby teraz, zgodnie z zasadami, pokręcić smutno głową i powiedzieć, że jej przykro, a potem dodać jeszcze parę słów na pocieszenie. Być może gdyby to był ktokolwiek inny, tak by się właśnie stało, ale to przecież nie był ktokolwiek.
- Nie wiedziałam. Nikt mi nie powiedział - przyznała. Nigdy nie przywiązywała uwagi do plotek krążących wśród elit, świadoma, że należy je sobie podzielić przez dziesięć. Sama nie miała jeszcze okazji stać się ich bohaterką, właśnie dzięki trzymaniu się pewnych sztywnych zasad. Czasem mogłyby się jednak okazać przydatne, gdyby tylko rozmawiano o rzeczach ważniejszych niż to, kto z kim się pokazał na ostatnim sabacie. Na krótką chwilę wyciągnęła rękę i nim zdążył się odsunąć, położyła dłoń na jego przedramieniu, tuż nad łokciem i ścisnęła lekko, jakby tym gestem chciała mu przekazać wszystko to, czego nie mogła w takiej sytuacji powiedzieć, bo cóż znaczą słowa?
- Jeśli będę mogła jakoś wspomóc eliksirem albo porozmawiać z uzdrowicielem... Wiesz, że mamy ich wśród szeregów naszego rodu sporo. Miewają inne metody niż tutejsi, być może warto byłoby spróbować - oświadczyła, wycofując od razu rękę i na powrót zaplątując ją w poły szala, wciąż przyglądała się mężczyźnie. Nie zasługiwał na los, jaki mu zgotowano, przynajmniej chciała w to wierzyć z całego serca. Teraz już nie mogła mu towarzyszyć tak, jak jeszcze parę lat temu, ale to nie zmieniało jej nastawienia. Nie życzyła mu źle i pewnie nie życzyłaby, nawet znając cenę, którą przyszło mu zapłacić za to, kim jest teraz.
- To nie twoja wina - dodała jeszcze, nim zdążył się odwrócić w stronę dworku. W tych słowach kryła się moc; nie były czczym zbyciem tematu, rzuconym, bo tak wypada. Przez chwilę jej wzrok prześlizgnął się po profilu Morgo, by w końcu spocząć na ścianie labiryntu. Ta zgaszona zieleń ją uspokajała. Puszysta, śniegowa pierzyna, która okryła cały świat, jakby tuląc go do snu. Atmosfera, mimo swojej senności i harmonii, zupełnie nagle zrobiła się cięższa, gdy usłyszała to, czego się przecież podświadomie spodziewała. Zatem jej intuicja jej nie zawiodła.
Możliwe. Miała wrażenie, że w tych słowach kryje się coś ostatecznego; co sprawi, że wszystko się zmieni. Nie mogłaby bardziej na niego naciskać i dopytać, gdzie tak naprawdę się wybiera. Postanowiła zaakceptować pierwszą myśl, która przyszła jej do głowy: być może planował zrobić coś, co pomoże jego rodzinie? Tego wolała się trzymać, wierząc w jego zdolność trzeźwego osądu. Dla własnego spokoju myśli pragnęła sądzić, że nie wpakowałby się z własnej woli w nic niebezpiecznego. Niestety nie miała możliwości, by przekonać się, jak bardzo naiwny rodzaj rozumowania może to być.
- W takim razie się nie żegnaj, tylko kiedyś wróć. Cały - rzekła cicho. Wiedziała, że nic nigdy nie jest takie proste, ale wolała chyba postawić sprawę w ten sposób, niż po raz pierwszy usłyszeć definitywne i wiążące „żegnaj”, które nieodmiennie kojarzyło jej się z czymś ostatecznym i nieodwracalnym. Obserwowała go, gdy ruszył do wyjścia pewna już, że to spotkanie dobiegło końca. Pojawili się w swoim życiu na krótką chwilę, by zaraz zniknąć. Chciała mu na to pozwolić; lord Yaxley obrócił się jednak, a ona uniosła kąciki ust w delikatnym uśmiechu, by z jego twarzy przenieść wzrok na wyciągniętą w jej stronę rękę. Sprytna ucieczka przed odpowiedzią. W dalszym ciągu upierałaby się, że doskonale sprawdziłby się w polityce, mimo pozornie milczącego usposobienia. - Tylko zdradź mi, co konkretnie masz na myśli, mówiąc „coś”, bo nie jestem pewna, czy jestem gotowa, żeby tam wrócić - odparła już widocznie rozbawiona, odsłaniając zęby w uśmiechu. Mimo to skróciła dzielący ich dystans i ujęła jego rękę, choćby na chwilę. Jakby chciała odegnać dręczące go myśli i przenieść w czasie kilka lat wstecz, gdy też tak wyciągnął do niej dłoń.





شاهدني من فوق
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley https://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 https://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow https://www.morsmordre.net/t3525-skrytka-bankowa-nr-803#61584 https://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#168856
Zawód : opiekun smoków
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Through action,
a man becomes a hero.
Through death,
a hero becomes a legend.
Through time,
a legend becomes a myth.
Through hearing a myth,
a man takes action.
OPCM : 1
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 45
CZARNA MAGIA : 27
ZWINNOŚĆ : 5/25
SPRAWNOŚĆ : 5/72
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Labirynt   12.03.18 11:45

Każdy miał do odegrania swoją rolę. Nephthys z uwagi na płeć od początku była uczona tego, by stać się kiedyś idealną żoną, której nie można było nic zarzucić, a jej obecność miała przynosić otoczeniu przyjemność. Morgoth za to wychowywany wśród bagiennych terenów, pomiędzy milczącymi Yaxleyami, których celem było chronienie swojego nazwiska i ziem, od zawsze kreowany był do roli głowy rodziny. Nie chodziło wcale o wielkie stanowiska czy zaszczyt bycia seniorem - dla swojej żony i dzieci każdy mężczyzna musiał być opiekunem. Jak przystało potomkom możnych rodów, pobierali nauki u najzdolniejszych pedagogów, których zadaniem było wykształcić kolejne pokolenie szlacheckich dzieci. Zdobywali wiedzę z zakresu nauk mających być kontynuowanymi w Szkole Magii i Czarodziejstwa - już wtedy Morgoth odkrył swoje zainteresowanie historią i opieką nad magicznymi stworzeniami. Pod okiem odpowiednich czarodziejów uczył się języka przodków, by móc samemu doświadczyć tego, kim byli kiedyś. Całe stosy woluminów w bibliotekach czekały na przetłumaczenie i chociaż nie władał starosaksońskim najbieglej tak z jego cierpliwością szło mu coraz lepiej. Dzięki samozaparciu i chęci przyniesienia chluby ojcu, Morgoth regularnie osiągał celujące wyniki. Już wtedy jednak widział w swojej towarzyszce z czasów dzieciństwa potencjał, którym nie bała się dzielić. Obserwując swoje kuzynki, Yaxley mógł stwierdzić, że niezłomny charakter Nephthys, którego głównym rysem była nieskażona chęć bycia idealnym Shafiqiem, wyróżniał ją na tle innych szlachcianek. Większość dziewcząt zdobywała wykształcenie w szkołach dla młodych czarodziejów i czarownic; posyłano je tam, oddając pod opiekę na wiele lat. Nephthys nigdy jednak nie miała się tam znaleźć, a decyzja jej ojca była nieugięta. Tak samo jak Morgoth, wiedziała, że ma poniekąd obowiązek rozwijać swój osobisty czar i te talenty, które podniosą jej wartość na matrymonialnym „rynku”. W przyszłości, poprzez jej małżeństwo, rodzina Shafiq będzie mogła zawiązać korzystne sojusze. Śmierciożercę czekało dokładnie to samo, chociaż obserwowane od drugiej strony. Kobieca część tej społeczności nie miała lekko, lecz nie można było walczyć z tradycją. System działał i nie było lepszego sposobu na lepsze rozwiązanie - nic wszak nie spajało rodzin jak małżeństwo. Każde z nich  musiało się z tym zmierzyć. Nic więc dziwnego, że skoro ojciec stał się nestorem rodu, jego syn miał przejąć część odpowiedzialności. Wraz z nowymi obowiązkami Leon Vasilas odsunął sprawy Rycerzy Walpurgii na dalszy plan, ustępując miejsca opiekunowi smoków. Obaj sprawowali na swój sposób protekcję nad Yaxleyami i robili to najlepiej jak mogli. Czy być może ta świadomość, że wkrótce mogło go zabraknąć, sprawiła, że przekroczył pewną granicę w towarzystwie Neph? Oczywiście, że dostrzegał odstępstwa, na które oboje sobie pozwolili w swojej obecności, jednak czuł się dobrze w jej towarzystwie, a bycie ofiarą plotek w tym momencie obchodziło go najmniej.
Nie wiedział, co czaiło się w głowie dziewczyny, gdy myślała o małżeństwie. Mógł jedynie się domyślać, czytając niektóre emocje z jej twarzy czy spojrzeń. W pewnym kontekście był na o wiele bardziej uprzywilejowanej pozycji, zdając sobie sprawę z tego, że ojciec nigdy nie zgodziłby się na ożenek z kobietą starszą, nieatrakcyjną czy po prostu nieodpowiednią. Gdy chodziło o kobiety, los mógł nie być taki łaskawy. Mogły jedynie liczyć na delikatną przychylność męskich członków rodu, którzy mogli brać pod uwagę odczucia względem potencjalnego kandydata. Nic więc dziwnego, że Nephthys się bała. To było jak podróż w nieznane bez żadnej wskazówki czy wsparcia bliskiej osoby. Sprzedawano dziedziczki jak towar i każdy o tym wiedział. Służenie jednak swojej rodzinie było wielkim zaszczytem, a to wymagało poświęceń. Mógł jedynie mieć nadzieję, że jego towarzyszka, jak już stanie na ślubnym kobiercu, to z człowiekiem, który będzie ją szanował tak jak sobie na to zasługiwała.
Nie uraziła go swoim spostrzeżeniem - oboje nie należeli do osób, które przesadnie pchały się na wszelkie uroczystości, by entuzjastycznie podejść do brylowania na salonach. Wiedzieli jednak, że pomimo silnych represji w świecie, wciąż znajdowały się osoby oderwane od rzeczywistości, którym zależało jedynie na dobrej zabawie i nie przejmowały się czymś takim jak polityka. Żyjący w sztucznej realności, którą sami sobie stworzyli byli wstydem dla szlachetnej krwi, lecz niestety było to zjawisko narastające i nikt nie mógł się temu przeciwstawić. Morgoth liczył, że gdy zacznie się prawdziwe starcie, nie będą mieli innego wyboru jak otrząśnięcie się i dostrzeżenie zagrożenia. Garstka walczyła jedynie o zachowanie czystości krwi, by reszta mogła się pławic w luksusie. Yaxley nie widział tego jako aktywnego przystąpienia w szeregi Rycerzy Walpurgii, bo była to ostateczność skierowana nie do wszystkich. Byli jednak jeszcze czarodzieje, którzy działali politycznie, krzewili w potomkach wiarę w swoje racje. To był ich świat. Nie mugoli. Ich.
Drgnął, czując kobiecy dotyk na swoim ciele. Jego spojrzenie od razu powędrowało ku jej twarzy, gdzie mógł dostrzec współczucie. Doceniał każde z jej słów czy gestów, które nie były jedynie sztuczną grzecznością. Zdawał sobie sprawę, że mówiła prawdę, a szczerość między nimi nosiła znamiona długich lat, których nie sposób było się pozbyć. Mimo wszystko nie spodziewał się tego uścisku, który kiedyś był czymś naturalnym. Z jego ust wydobyło się cisze Dziękuję w tym samym momencie, w którym cofnęła dłoń. Nie były to puste słowa - wiedział, że jeśli nic nie miało pomóc, od razu napisałby do Shafiqów z prośbą o udostępnienie swoich uzdrowicieli. W takich chwilach nie było czegoś takiego jak waśń między kulturami czy członkami poszczególnych rodzin. To nie twoja wina.
- Czasem mam wrażenie, że to wszystko to jest właśnie moja wina - odparł bardziej do siebie niż do Neph, powtarzając zasłyszane słowa. Nie mógł powiedzieć co konkretnie, ale może inaczej by się potoczyły wydarzenia, gdyby jego brat żył. Gdybanie nie leżało w jego naturze, lecz czasami poddawał się pewnym wątpliwościom i poczuciu winy. Ono towarzyszyło mu na każdym kroku. Podobnie jak brak sprecyzowanego kontekstu. W takim razie się nie żegnaj, tylko kiedyś wróć. Cały. Na kolejne słowa szlachcianki przeniósł na nią uwagę i wpatrywał się z pewnym zdumieniem. Zmieszanie, niezrozumienie przemknęło przez jego twarz spowodowane jej bezpośredniością. Zupełnie jakby wiedziała, co się szykowało. Przyzwyczajony do braku pytań od Rosalie i nieodpowiednich ze strony Liliany, ta nagła szczerość trafiła go mocniej niż podejrzewał. Dekoncentracja trwała jednak krótką chwilę, którą sam przerwał. - Nie będziesz musiała wracać - odparł, ujmując jej dłoń i odpowiadając na jej domysły. Bez słowa poprowadził ją kawałek dalej na jedną z szerszych wnęk niedaleko wyjścia z labiryntu i zatrzymał się na jej środku, by przez chwilę się nie odzywać. Nasłuchiwał, a w chwilę potem dało się słyszeć dobiegającą z sali balowej muzykę. Chociaż raz ponad setka okien przydała się, by zza lekko uchylonych szyb doszedł do nich dźwięk każdego z instrumentów, składające się na harmonijną melodię. Zbliżył się do Nephthys, stając bardzo blisko i powoli sięgając do jej rąk, układając jedną z nich na swoim ramieniu, a drugą zamknął w swojej. - Dzisiaj nie obchodzą mnie inni - powiedział, nie odrywając spojrzenia od oczu kobiety i obejmując jej talię. Postąpił krok, by ruszyć z tańcem ten jeden raz. Tak właśnie chciał to zapamiętać. Z przyjemnym zapachem roślinności, jej perfum i wśród śniegu.




death before dishonor



Powrót do góry Go down
Nephthys Shafiq
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t5796-nephthys-shafiq#137060 https://www.morsmordre.net/t5820-amara#137531 https://www.morsmordre.net/t5822-zobacz-jak-cudownie-marniejemy#137534 https://www.morsmordre.net/f145-wyspa-man-siedziba-rodu-shafiq https://www.morsmordre.net/t5861-skrytka-bankowa-nr-1433#138716 https://www.morsmordre.net/t5821-nephthys-shafiq#137533
Zawód : Alchemik, arystokratka
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
it's dark in my imagination.
OPCM : 4
UROKI : 2
ELIKSIRY : 24
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 3
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Labirynt   12.03.18 15:36

Na zagadnienie odpowiedzialności można było spojrzeć dwojako. Z jednej strony szlachcianki, sprzedawane wręcz, gwoli podtrzymania czy nawiązania sojuszy, zwykle nie mając zbyt szerokiego pola do manewru. Z drugiej z kolei szlachcice, którzy nie zawsze gotowi do podejmowania odpowiedzialności, jaką przekazywali im ojcowie, musieli sprostać czasem obowiązkom ponad ich siły. Tak jak nie każda kobieta była na tyle pokorna, by bez szemrania znosić robienie z niej karty przetargowej, tak i nie każdy mężczyzna był gotów na podejmowanie odpowiedzialności, której od niego wymagano. A choć akurat ich dwójka nie kwalifikowała się do tych kategorii, takie przypadki wciąż się przecież zdarzały i nie było sensu udawać, że jest inaczej. Ludzie byli różni, nie można było ich zatem wszystkich oceniać przez pryzmat jednego, prawidłowego wzorca, według którego powinni postępować. Tymczasem trochę tak niestety było i ciężko się temu dziwić. Arystokraci byli hermetycznym środowiskiem, zamkniętym na to, co na zewnątrz. Zazdrośnie strzegli swoich tajemnic, uważając się za lepszych, niż reszta świata. Nephthys lubiła sądzić, że to przez zepsucie toczące całą resztę. Być może gdyby nie to, niektórzy przedstawiciele wyższych sfer nie musieliby postępować tak, jak to miało miejsce. Ponownie jednak, mogła jedynie obserwować. Nie w jej gestii leżało ocenianie słuszności męskiego świata. Łączyłoby się to jedynie z poczuciem krzywdy i niezrozumienia, a tego wolałaby uniknąć. Od czasu do czasu mogła jednak pokusić się o wyrażenie swoich myśli w nadziei, że trafi to na podatny grunt i nie przejdzie bez echa.
W obliczu choroby bliskiej osoby wszystko inne zdawało się blaknąć, tym bardziej trywialne konflikty, bo inaczej Nephthys nie nazwałaby niesnasek pomiędzy rodami. Oczywiście z wyjątkiem tych, które naprawdę miały powody do niechęci. Jednak rody Yaxley i Shafiq nigdy nie żywiły do siebie urazy, to też zapewne zaważyło na tym, że nikt specjalnie nie czynił im wyrzutów, gdy jako dzieci spędzali czas wspólnie. Pozostając w neutralnych stosunkach i tak pozwalali sobie w tej chwili na zbyt dużo, nie było to jednak tak dotkliwe, niż gdyby stosunki między rodami pozostawały negatywne. Nephthys nie myślała o tym jednak w tej chwili. Patrzyła na lorda Yaxleya nie przez pryzmat jego nazwiska, a raczej tego, kim był, nawet jeżeli nie mogła wiedzieć o tym, jak bardzo uległo to zmianie. Bo dla niej to nie zmieniało niczego, choć do głowy co rusz przychodziły jej coraz czarniejsze wizje tego, w co mógł zaplątać się Morgo. Miała jednak świadomość, że jest w obliczu wszystkich tych wydarzeń zupełnie bezradna, przez co z miejsca zaczęła gnębić ją frustracja. Chciała pomóc mu być mniej samotnym, tak jak on kiedyś pomógł jej, gdy siostry zaszczepiły w niej poczucie, że jest na tym świecie całkowicie sama i zdana tylko na siebie. Kto by przypuszczał, że ten nadmiernie odpowiedzialny i małomówny chłopiec, odegra tak ważną rolę w zrozumieniu, że nie jest wcale tak beznadziejna, jak próbowały jej wmówić bliźniaczki. Teraz uczucie niepewności zastąpiła duma, ale Neph chciała się jakoś odwdzięczyć, choć wiedziała, że to niemal niemożliwe.
Chwilowo nic nie odpowiedziała na słowa o winie, tylko pozornie puszczając je mimo uszu. Dostrzegła w jego twarzy zdumienie, spowodowane jej słowami i tylko utwierdziło ją to w przekonaniu, że ma się stać coś złego, co zmieni wszystko i naraża go na niebezpieczeństwo. Jak inaczej wytłumaczyć jego zachowanie? Choć hołdowała trzymaniu się faktów, nigdy nie ignorowała ukłuć intuicji, które czasem dopadały ją w najmniej spodziewanych momentach. Małomówność czy uboga mimika twarzy nie mogła jej oszukać, nie w starciu z kimś, kogo znała od tylu lat. Może faktycznie przed laty łatwiej było jej coś wyczytać z tajemnic, które kryły jego oczy, prawdopodobnie dlatego, że ich waga była nieporównywalnie lżejsza od tych, które skrywały się tam obecnie. Wciąż jednak bez trudu zauważała odmienność w jego zachowaniu.
- Nie możesz brać odpowiedzialności za to, czym los obdarowuje twoich bliskich, niezależnie od tego, jak bardzo nieprzyjemne są to podarki. Nie na wszystko masz wpływ, nie na wszystko możesz mieć wpływ - odparła w końcu cicho, kiedy już stała u jego boku, choć świadoma, że jego wypowiedź rzucona w powietrze mogła być skierowana w zasadzie w którąkolwiek ze stron, niekoniecznie do niej. Po raz kolejny mówiła szczerze, nie strzępiąc języka na sztuczne uprzejmości tylko dlatego, że wymagały tego od niej dobre maniery. Przypuszczała, że prawdopodobnie jej słowa w tym konkretnym wypadku niczego nie zmienią, wszak od najmłodszych lat był wychowywany w duchu odpowiedzialności. Nie była aż tak naiwna; jeśli miał takie poczucie, to żadne zapewnienia tego nie zmienią. Nie przypisywała sobie aż tak dużej roli w jego życiu by miał, chociażby powierzchownie, wziąć jej słowa pod rozwagę. Chciałaby jednak, aby zrozumiał, że musi sobie wybaczyć. To oznaczało wewnętrzny spokój, a ten, niezależnie od tego, co zamierzał, powinien mu się przydać.
Spojrzała na niego z ostrożnym zaciekawieniem, gdy oznajmił, że nie będzie musiała wracać. Wciąż nie do końca rozumiejąc, dała się poprowadzić ten kawałek, zapominając na chwilę o tym, jak bardzo to było nieodpowiednie. Jeśli faktycznie to, co właśnie się działo, miało być swego rodzaju zawoalowanym pożegnaniem, nie chciała, by zapamiętał ją przez pryzmat wymienionych naprędce, zdawkowych uprzejmości, tylko dlatego, że tego właśnie od nich oczekiwano. Nie spodziewała się jednak tego, co nastąpiło, choć przez jej twarz ani na moment nie przemknęło zdumienie. Drgnęła, czując dłoń mężczyzny na talii, jednak bynajmniej nie dlatego, że uważała to za nieprzyjemne. Dystans, który zwykle starała się utrzymywać, na nic się tu nie zdał, a choć jego dotyk palił jak żywy ogień, przypominający o tym, że przekraczali właśnie pewną granicę, nie uciekała przed tym. To właściwie dość zabawne, bo gdyby ta sama scena rozgrywała się te kilkaset metrów dalej, na sali balowej, nie byłoby w tym bynajmniej nic zdrożnego. Wszak wszyscy zabawiali się tańcem. To właśnie kontekst, zasłona ciemnozielonych gałązek budziła skojarzenia niewłaściwości, a jednak sto razy bardziej wolała być tu, niż tam. Przez chwilę w milczeniu odwzajemniała jego spojrzenie, mimo najszczerszych chęci nie potrafiąc go odwrócić. Kołysali się w tym ostatnim tańcu, wbrew regułom i głosom rozsądku, choć Neph, mimo znaków na to wskazujących, wcale nie chciała wierzyć, że ten jest ostatnim.
- Nie powinniśmy... - zaczęła szeptem, choć nie skończyła i najwyraźniej postanowiła nie kontynuować tej myśli. Na krótką chwilę oparła podbródek o ramię Morgo, żeby nie zauważył smutku, który zaczął czaić się w jej oczach z każdą chwilą, z którą docierało do niej z coraz większą mocą, że coś w jej życiu właśnie dobiega końca wraz z jego odejściem, gdziekolwiek się udawał. - Zastanawialiśmy się, co kryje labirynt i paradoksalnie okazuje się właśnie, że chyba nas samych - dodała po krótkiej chwili milczenia. Wyprostowała się, by spojrzeć na Yaxleya, prześlizgnąć wzrokiem po jego ustach, bliźnie, a na końcu zatrzymać je znów na zieleni jego oczu. Smutek z jej własnych gdzieś zniknął, zastąpiony iskrami, których zwykle dało się tam dopatrzyć.
- Kolejny nasz wspólny sekret. Mam nadzieję, że do dochowania tego nie będę musiała cię zmuszać? - Zapytała po dłuższej chwili ciszy, przerywanej odległą muzyką i chrzęstem śniegu pod ich stopami, które poruszały się w rytmie tego przedziwnego tańca. Uśmiechnęła się delikatnie.





شاهدني من فوق
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley https://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 https://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow https://www.morsmordre.net/t3525-skrytka-bankowa-nr-803#61584 https://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#168856
Zawód : opiekun smoków
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Through action,
a man becomes a hero.
Through death,
a hero becomes a legend.
Through time,
a legend becomes a myth.
Through hearing a myth,
a man takes action.
OPCM : 1
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 45
CZARNA MAGIA : 27
ZWINNOŚĆ : 5/25
SPRAWNOŚĆ : 5/72
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Labirynt   12.03.18 23:15

Był częścią tego systemu i wcale nie czuł się z tym faktem źle. Owszem - istniały pewne rzeczy, które mogły działać jeszcze lepiej, jednak nie on podejmował decyzje co do tego. Musiał jedynie zawierzyć starszym, mądrzejszym od siebie, że kiedyś zaczną działać coś w tym kierunku. Jednak szlachta przez swoją tradycję nie była skłonna nawet do najmniejszych zmian. Nic dziwnego - wszak utrzymali się tak długo właśnie dzięki zasadom, które ustanowili ich przodkowie i jeśli chcieli przetrwać kolejne wieki, musieli oprzeć się na czymś, co się sprawdzało. I chociaż ustawione małżeństwa miały za nic uczucia dwójki, najczęściej zupełnie sobie obcych, ludzi, ten stan rzeczy podtrzymywał sojusze i nie pozwalał na chaos, który przejmował resztę świata. Zdarzały się odstępstwa nawet tutaj, lecz szybko się ich pozbawiano wypalając z rodzinnego drzewa genealogicznego i zapominając o hańbie, które przyniosły. Yaxleyowie długo już utrzymywali się w zdrowych relacjach, słynąc ze swojej niezłomności i surowości przy wychowywaniu najmłodszych. Określone przeznaczenie już od najmłodszych lat i zabijanie słabości pomagało wszak zachować odpowiedni stan rzeczy, a początkowo nawet krnąbrne dziecko wyrastało na znającego swoje powinności szlachcica. Żałował, że jego kuzynki nie miały okazji dorastać wraz z matką, która nauczyłaby ich wszystkiego, co odpowiadało damie, a teraz cała rodzina zbierała owoce tego zaniedbania. Na samą myśl o tym, że Liliana spraszała panny wątpliwej reputacji do Yaxley's Hall było oburzające. Ostatnio jednak nie rozmawiał z nią zbyt często - wszak ich relacje uległy wyraźnemu pogorszeniu po tym jak kazał jej zrezygnować z pracy w Ministerstwie Magii. Jednak nie zamierzał popuszczać, a jej rozpasanie musiało dobiec końca czy tego chciała czy nie. Nie uważał się za jej ojca, lecz skoro ten nie znał swoich obowiązków lub nie był w stanie ich dobrze wykonać, trzeba było zareagować. Morgoth wiedział, że tego również wymagał od niego ojciec - opiekowania się najbliższymi nawet w sposób, który wydawał się im okrutny i niesprawiedliwy. Uważająca się jednak za kobietę odpowiedzialną ze znakomitym rodowodem, powinna znać swoje granice. A jeśli nie to on tam był, żeby jej o tym przypomnieć. Mogło się to wydawać bezlitosne z dystansu, jednak nic nie działo się bez przyczyny i gdyby wychowanie młodej półwili przebiegło bez zastrzeżeń, podobne sytuacje nie miałyby zwyczajnie miejsca. Być może Nephthys zanegowałaby podobne postępowanie, lecz męski świat diametralnie różnił się od tego kobiecego. Nie trzeba było się nawet specjalnie w to zagłębiać, by to dostrzec. Wszystko jednak miało swoje wady i zalety.
Właśnie dlatego też wiedza na temat organizacji czy działań odstających od otwartych politycznych debat miała pozostać ukryta przed żeńską częścią rodziny Yaxleyów. To mężczyźni nosili na swoich barkach odpowiedzialność opieki, ochrony, dbania o przyszłość rodu. Jako silniejsi pod względem fizycznym naturalnie przejmowali ów obowiązki, podczas gdy kobiety troszczyły się o dom i jego mieszkańców zarządzając nimi wedle własnej woli. Różnili się jak ogień i woda - męski świat był ostro ciosany z chłodnego kamienia, podczas gdy po drugiej stronie stała delikatność i łagodność. Razem tworzyli idealne połączenie, któremu nic nie było straszne ani nic nie brakło. Wszak Morgoth mając kochającą matkę i surowego ojca, stał się pewną ich mieszanką, chociaż cechy rodzicielki były głęboko ukryte i być może już nigdy nie miały wypłynąć na powierzchnię oschłego, zdystansowanego opiekuna smoków. Kilka miesięcy wcześniej można było dostrzec troskę czy współczucie, lecz od pewnego czasu nosił to wszystko w sobie, nie chcąc ukazywać słabości. One zarówno sprawiały, że stawał się silniejszy, gdy je pokonywał, lecz równocześnie osłabiały. Rodzina była najdelikatniejszym tematem - była zarówno siłą jak i wadą, bo krzywdząc któregoś z nich, łatwo było ukrócić o głowę również i młodego Yaxleya. Przeciwności jednak trzeba było przekraczać i zostawiać za sobą. Dlatego też nie zgadzał się ze słowami Nephthys. Był odpowiedzialny za całą swoją rodzinę i byli silni mocą najsłabszego członka rodziny. Morgoth czuł jak i jego w jakiś sposób opuszczały siły, gdy stał przy łożu Lei i patrzył na jej bladą, pokrytą kropelkami potu twarz. Jeśli nie mógł temu zaradzić, to kim był? Jeśli nie potrafił ochronić nawet najbliższych przed złem? Po ostatnim razie sądził, że będzie bardziej uważny. Że po to przystąpił do Próby Rycerza - po to zabił mugola, czarodzieja i sprowadził na siebie wieczne potępienie, dobierając życie jednorożcowi. By nie dopuścić do tego, by jego bliscy zostali narażeni w jakikolwiek sposób na cierpienie. I poległ. Poniósł sromotną porażkę i chociaż jego młodsza, ukochana siostra wciąż jeszcze żyła, ten czas przelewał się mu drastycznie przez palce, gdy nie wiedział jak jej pomóc. Nigdy nie chciał już czuć bezczynności i bezradności.
Chwila spędzona z Shafiq jednak sprawiła, że uległ złudnemu wrażeniu spokoju i beztroski. I chociaż trwać miało to pół uderzenia serca, ucieczka była mu potrzebna do tego, by nie zwariował. Żyjąc w ciągłym napięciu, nie czuł ostatnio rozluźnienia. Dopiero znajome, miłe towarzystwo sprawiło, że odbiegł myślami od rodzinnych kłopotów, od nadchodzącej, niemalże samobójczej misji, a stał się po prostu kolejnym gościem sabatu, którego obchodził jedynie jeden taniec i nic więcej. Nie był sobą i być może właśnie o to chodziło. O opuszczenie na chwilę Morgotha, którym był i stanie się kimś, kto mógł czerpać przyjemność z sunięcia po zaśnieżonej trawie przy dźwiękach muzyki. Dlatego nie odsunął się, gdy jego towarzyszka chciała coś powiedzieć, a jedynie pozwolił na krótkie oparcie się na jego ramieniu, by w chwilowym milczeniu dać się ponieść chwili. Nie powinniśmy... Nie powinni, ale lista tego, czego robić nie powinni, zaczynała się już na samym rozważaniu wejścia do labiryntu. A jednak naprawdę nie interesowała go w tym momencie opinia innych. Chciał po prostu tu być i nie czuć ciężaru, który wkrótce znów miał opaść na jego barki. Gdy spojrzenie jego i Neph znów się spotkało, muzyka powoli cichła ogłaszając zbliżający się koniec utworu. Uśmiechnął się jedynie delikatnie na jej słowa, nie musząc odpowiadać. Wszak nie musieli o tym wspominać - to, co tu się zadziało, miało też tutaj zostać. - Wracajmy - powiedział w końcu, odsuwając się i zaczynając iść w stronę wyjścia. Tuż za zakrętem czaiły się skryte w półmroku rzeźby przy fontannach, które w porównaniu z driadami przy sadzawce nie mogły nic powiedzieć. Przez całe swoje istnienie milczały, przypatrując się osobom, które je mijały, przechadzając się po ogrodach lady Nott. I chociaż nie znajdowali się zbyt daleko od głównego wyjścia do ogrodów, mogli dostrzec powoli wylewający się na zewnątrz tłum. Najwyraźniej sala balowa miała na chwilę opustoszeć, a ten moment był odpowiedni by zmieszać się z gośćmi, pozostając w miarę niezauważonymi. Dlatego też w pewnym momencie obrócił się do Nephthys. - Życzę dobrego dalszego sabatu, lady Shafiq - mruknął, nie zwracając jednak uwagi na wychodzących ludzi. Musiał wracać do domu i chociaż zdawał sobie sprawę, że złamał wszystkie reguły tej gry, nie czuł się z tym źle. Na wyrzuty sumienia miało przyjść później, jeśli w ogóle miał mieć na nie czas. Chęć zapomnienia o reszcie problemów przeważyła nawet nad jego zdrowym rozsądkiem.

|zt
[bylobrzydkobedzieladnie]




death before dishonor





Ostatnio zmieniony przez Morgoth Yaxley dnia 14.03.18 16:34, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Nephthys Shafiq
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t5796-nephthys-shafiq#137060 https://www.morsmordre.net/t5820-amara#137531 https://www.morsmordre.net/t5822-zobacz-jak-cudownie-marniejemy#137534 https://www.morsmordre.net/f145-wyspa-man-siedziba-rodu-shafiq https://www.morsmordre.net/t5861-skrytka-bankowa-nr-1433#138716 https://www.morsmordre.net/t5821-nephthys-shafiq#137533
Zawód : Alchemik, arystokratka
Wiek : 21
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
it's dark in my imagination.
OPCM : 4
UROKI : 2
ELIKSIRY : 24
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 3
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Labirynt   14.03.18 16:25

Nephthys nie do końca poparłaby działanie Morgo względem Liliany, choć nie będąc go świadomą, nie zaprzątała sobie nim głowy. Ostatnie miesiące spędzone z daleka od rodzinnego kraju, dawały jej chwilowy przywilej niewiedzy o pewnych sprawach, które odbyły się pod jej nieobecność. Choć nie była jedną z osób, które bardzo ceniły postęp i uważały, że mogą dzięki niemu coraz śmielej poluzować okowy konwenansów, nawet jeżeli czasem miałaby na to ochotę, jej charakter do pewnego stopnia był nawet nie tyle łagodny, ile skłonny do pewnych odstępstw, tak długo, gdy nie kłóciły się bezpośrednio z jej osądem. Przynajmniej w tych aspektach, na których nie zależało jej aż tak, by walczyć o nie do upadłego. W większości zachowywała stosunek ambiwalentny, korzystając w takich chwilach z danej jej neutralności. Dlaczego miałaby bowiem potępiać za cokolwiek, kogoś spoza jej rodu? Jej i tak wątpliwa decyzyjność nie sięgała tak daleko. Nie było to jej interesem ani nie powinno jej interesować. Czymś innym była sytuacja, w której ktoś ją z tym bezpośrednio konfrontował. Gdy jednak działo się poza jej zasięgiem, nie widziała powodu, by przykładać do tego dużą wagę, zmartwienia pozostawiając tym, których to niepokoi. Nie przypisywała sobie również tak wielkiego znaczenia, by sądzić, że kogoś obchodzi jej zdanie na czyjś temat.
Nie przeszkadzało jej to surowym okiem spoglądać na siostry, chętnie przyłapując je na odstępstwach od narzuconych im reguł, jakby to był swego rodzaju konkurs, kto więcej razy narazi cierpliwość ojca na szwank. W tej dziedzinie przodowała zwykle Bastet, choć po jej zamążpójściu konkurnecja stała się nudna. Nephthys i Isis pilnowały się znacznie bardziej, choć młodsza z sióstr dokonywała niewątpliwie małego oszustwa. Jej siła tkwiła w unikaniu sabatów w ogóle, a jeśli już, to pozostawaniu w cieniu tak długo, jak tylko mogła, co też właśnie czyniła, choć kwestią dyskusyjna było, czy akurat w tej konkretnej chwili, nie przegrywała całych tych zawodów z kretesem. I w imię czego? Chwilowego opuszczenia muru dystansu, naszpikowanego ostrymi kolcami, wykluczającymi jakikolwiek bliższy kontakt.
Zdaniem Shafiq odpowiedzialność kończyła się tam, gdzie wkraczały wydarzenia, na które nie miało się wpływu. Z jej perspektywy choroba była właśnie takim wydarzeniem, tak długo oczywiście, gdy nie była wynikiem narzuconej klątwy, czy zaklęcia. Losowe zrządzenie losu nie było dla niej jednak czymś, za co mógłby się obwiniać i choć wiedziała, że był tak głęboko zakorzeniony w swoich przekonaniach, to żadne słowa, niezależnie od tego, jak rozsądne, nie będą mogły tego zmienić. Zwykle podziwiała w nim ten brak zachwiania i sprawianie wrażenia, że zawsze wie co robić. Dopiero patrząc na niego teraz, widziała, jak zgubna jest próba kontrolowania czegokolwiek, w tym również bezpieczeństwa swojej rodziny. Czyż niepodobny dylemat dostrzegała u swojego kuzyna? Też z taką mocą obwiniał się o śmierć żony, bo zawsze było coś, co mógł zrobić, by temu zapobiec. Dla Nephthys to było okrutne; zgubne, prowadzącego do obłędu. Nie dostrzegała przy tym, że sama nosi w sercu ten dziwny rodzaj winy za śmierć matki. Czy gdyby urodziła męskiego potomka zamiast niej, żyłaby dzisiaj? Czy mogłaby podzielić się z nią swoimi obawami, nawet w tak miałkich sprawach, jak niedalekie echo zamążpójścia? Pewnie nie, bo wówczas nie zostałaby w ogóle powołana na świat. Za każdą zbrodnię należała się kara. Łatwiej było jednak dostrzegać absurdalność podobnego toku myślenia, kiedy dotyczyło kogoś innego. Być może gdyby kiedykolwiek podzieliła się z kimkolwiek swoim poczuciem winy, wytknięto by jej śmieszność. Przeżywała je zatem wewnętrznie, dzisiaj ulegając wrażeniu, że przy Yaxleyu, przez tę ulotną chwilę, którą trwał ich taniec, wydarty siłą z konwenansów, może sobie pozwolić na to, by się z tym nie kryć, bo nie ona jedna mierzy się z pułapką, w którą sama dała się złapać.
Co wydarzyło się w labiryncie, zostanie w labiryncie. Zamiast strzec dostępu do grobowca, ten tutaj będzie strzegł dostępu do wspomnienia o tej dziwnej rozmowie, której był niemym świadkiem. Nephthys poprawiła szal, który zsunął się z gładkich ramion i ruszyła kilka kroków za Morgothem. Jeszcze nim zdążyli znaleźć się w zasięgu słuchu tłumu, wylewającego się powoli z podwojów rezydencji, zwróciła się do lorda Yaxleya, choć nie patrzyła w jego kierunku, jakby nie chcąc kusić losu.
- Musisz wrócić. Nie dałam ci tej książki. - Jej głos zginął wśród nocy i płatków śniegu, ale była pewna, że adresat usłyszał i zrozumiał, co dokładnie miała na myśli. Spojrzała na Morgo dopiero wówczas, gdy pożyczył jej dobrego sabatu i otoczyły ich odziane elegancko sylwetki. Miała świadomość, że najlepsze chwile dzisiejszego balu właśnie minęły, a jednak zdecydowała się odpowiedzieć:
- I wzajemnie, lordzie Yaxley. - Enigmatyczny uśmiech wrócił na swoje miejsce. - Pokój z tobą - dodała po arabsku, po czym jeszcze na chwilę pozwoliła sobie przeciwstawić swój wzrok jego, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, ale zmieniła zdanie. Dopiero po krótkiej chwili ruszyła z miejsca, a posławszy Morgo ostatni, trochę weselszy uśmiech, zniknęła w tłumie, ciągnąc za sobą nieszczęsny, pomarańczowy szal. Owijał się wokół niej niczym dziwny, egzotyczny wąż. Musiała odszukać bliskich i, jak miała nadzieję, wracać. Miała już dość wrażeń na jeden dzień, wciąż jeszcze lekko ogłuszona tym, że trafiła tu na kogoś, kto swego czasu grał w jej życiu ważną rolę.
    | z/t





شاهدني من فوق
Powrót do góry Go down
 

Labirynt

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Okolice :: Przedmieścia Londynu :: Hampton Court-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18