Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematuShare
 

 Namiot Harfistki

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
Autor toWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Namiot Harfistki - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Namiot Harfistki - Page 2 Empty
PisanieTemat: Namiot Harfistki [odnośnikNamiot Harfistki - Page 2 I_icon_minitime16.07.16 16:55

First topic message reminder :

Namiot Harfistki

O Harfistce mówią, że jest giętka jak drewno, z którego wykonuję się harfy; daje wyjątkowe pokazy na metalowym podwieszeniu w kształcie wspomnianego instrumentu, na którym wykonuje figury, zdawałoby się, niemożliwe dla człowieka. Metalowa harfa płynie, a ona wraz z nią - tańcząc w powietrzu jak zwinny delikatny motyl. Jej skrzące cekinami ubrania migoczą w blasku świec lewitujących bezpiecznie u wewnętrznych boków namiotu, a grająca w głowach gości muzyka wygrywa od najstarszych walców po współczesne rock'n'rollowe piosenki.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Morsmordre
Morsmordre

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Namiot Harfistki - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500

Namiot Harfistki - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Namiot Harfistki [odnośnikNamiot Harfistki - Page 2 I_icon_minitime06.04.21 17:35

The member 'Konstantyn Kalashnikov' has done the following action : Rzut kością


'k3' : 1


Powrót do góry Go down
Finley Jones
Finley Jones

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Zawód : tancerka ognia; lep na kłopoty
Wiek : 19
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

let's light this up anyway
And live to dance in the flames

OPCM : 3
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Namiot Harfistki - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Namiot Harfistki [odnośnikNamiot Harfistki - Page 2 I_icon_minitime14.04.21 2:02

Chcą widzieć, jak płoniesz. Głodne oczy, łaknące pożywki, odrobiny niezwykłości w i tak niezwykłym przecież, a mimo to okrytym ciężarem okrucieństwa i marazmu życiu, sięgały zgrabnej sylwetki. Podziwiały każdy ruch, niemą batalię zręczności wyćwiczonych mięśni oraz śmiercionośnego żywiołu, gotowego kąsać jasną skórę, zabarwić ją siatką paskudnych pęcherzy, wyrwać przeraźliwy krzyk spomiędzy pełnych warg. Czy rzeczywiście czekały one jakże podstępnie na nawet najdrobniejszy błąd, prawdziwie tragiczne potknięcie, czy też jaśniały niezaprzeczalnym podziwem - nigdy niedane było jej tego poznać, zatracona bowiem w tańcu, w płynącej muzyce, w ruchach miotanego grotu, ograniczała się li jedynie do samej siebie oraz trzymanej w dłoni liny. Nie istniały ciała ją otaczające, przeciągłe westchnienia, strach z oczarowaniem, innym razem z odrazą wyzierającą z twarzy. Podświadomość szeptała miękko kolejność gestów, emocje zaś ścierały się ze sobą, pragnąc wyrazić swą głębię, niemą walkę z losem, a zarazem swoistą psotliwość objawiającą się z każdym podskokiem, przewrotem uczynionym. Czy jednak było to wystarczające? Nie potrafiła do końca przelewać całej siebie w czynionym układzie, od samych koniuszków palców stóp po sztucznie barwione eliksirami cebulki włosów być całkowicie sobą, ukazać światu coś więcej ponad wybudowaną fasadę. Przełamywała się powoli, niczym skały kruszejące pod naciskiem nieustępliwych fal, wsłuchując się w surowe słowa osoby mającej pieczę nad jej rozwojem, przesuwając własne granice w ćwiczeniach z innymi. Czy to było więc wystarczające? Pytała samą siebie, nigdy nie mogąc uzyskać dokładnej odpowiedzi, lecz jak mogła to czynić, nie mogąc nawet nawiązać spojrzenia z własnym odbiciem? Ale to nic, łapała się nad tym i teraz, to nic, bo Finley potrafiła kłamać, a to starczało, mogła wywołać kilka głośnych powietrza wciągnięć, niecierpliwych sapnięć, pustkę w sercach nawołujących o więcej. Jednak ona nie miała nic, dla nich, dla siebie, w sobie. Były już li jedynie zgliszcza, dogasające płomienie, popiół w znużonych tęczówkach. Oddech pozostawał urywany, mięśnie spięte od wysiłku odzyskiwały na nowo równowagę, gdy wpatrywała się w żarzący się grot. Powinna go naprawić, mruga lekko nieprzytomnie, ledwo odbierając bodźce z przestrzeni wokół, nazbyt skupiona na wyrównaniu bicia rozszalałego serca, dłoń kierując ospale po wcześniej zabezpieczoną różdżkę. Przedstawienie musi trwać dalej, chociaż te konkretne miało się ku końcowi, Jones miała bowiem zwabić zainteresowanych, ściągnąć ich uwagę, a następnie skierować do namiotu znajdującego się obok, dzięki czemu Harfistka będzie posiadała pełną widownię, jakby giętkie ciało oraz uroda nie były dlań wystarczającą reklamą. Płacz przerywa szmery tłumu, jakie zepchnęła na dalszy plan w umyśle, muzykę roznoszącą się po cyrku i kiedy unosi buzie, może dostrzec chłopca ledwie paruletniego, na pierwszy rzut oka ubranego w szaty, na które musiałaby wydać wszystkie swoje oszczędności, gdy jego łkanie przeradza się w najprawdziwszy krzyk, kiedy z pociesznego wiercenia się przechodzi w wyrywanie, a kobieta - najpewniej matka - nie jest w stanie utrzymać własnej pociechy w ramionach. Dziecko nie czeka na reakcję rodzicielki, z determinacją biegnie w jej stronę, wyciągając pulchne ręce w stronę wciąż tlącego się grotu, a magia, jaka w nim drzemie, porusza przyrządem tancerki, gotowa wyrwać z dłoni trzymaną linę. Żołądek zaciska się boleśnie, oczami wyobraźni widzi, jak delikatna skóra zachodzi czerwienią, a opiekunowie gorliwie domagają się zadośćuczynienia za wyrządzone szkody, nawet jeśli to nie byłaby jej wina. Czy pan Carrington też mógłby tak uznać? Nie chciała ryzykować, końcówka różdżki skierowała się w stronę dziecka, a nieme finite incantatem powstrzymało czar rzucony na przedmiot. Chłopiec zatrzymuje się w osłupieniu, w oburzeniu, iż przedmiot nie dostał się w jego panowanie, że pląsające iskierki nie są tylko jego. Histeria rozpoczyna się na dobre, chociaż matka wyraźnie zaczerwieniona na twarzy nawet w półmroku, odciąga od miejsca przebywania akrobatki swojego małego potworka, chcąc umknąć przed spojrzeniami przechodzących do namiotu Harfistki gośćmi, wyraźnie niezadowolonymi z działań nieznośnej rodziny. Rytm zbitych sylwetek w ociąganiu się poruszających zostaje naruszony, wijący się potomek nie poprawia swego zachowania pomimo interwencji ojca i wydaje się, że jest już tylko gorzej. Ktoś przepycha się, ktoś inny się potyka, kolejna osoba dostaje cios łokciem i nim powstający Konstantyn się orientuje, a już leży na ziemi, jego towarzysz zaginął gdzieś w tłumie, nikt inny zaś nie kwapi się do pomocy nieszczęsnemu młodzieńcowi. Nos niemal dotyka ubitej ziemi z resztką kępek trawy, lniana koszula się gniecie, zimny wiatr omiata ciało. A potem bezszelestnie pojawia się para półpoint, tancerka ognia kuca nad obcym czarodziejem, policzek podpierając na otwartej dłoni, z łokciem zlokalizowanym na udzie.
- Istnieją lepsze miejsca na gryzienie piachu - pozwala sobie zauważyć cicho, przyjemnym całkiem głosem, choć ton jego przywodzić mógł na myśl zaintrygowane kocie, które jeszcze nie wie, czy powinno się zainteresować danym wydarzeniem, czy też pójść dalej drzemać. Ręka w jego stronę jednak zostaje wyciągnięta, chociaż Finnie nie spodziewa się jej pochwycenia, z jakiegoś powodu u chłopców wydaje się być ujmą na dumie, przyjęcie pomocy od jakiejś dziewczyny, gdy sami powinni być męsko męscy. I dlatego umieracie jako pierwsi, dopowiedziała sobie ironicznie w głowie artystka.

| finite




I'm living in an age
That calls darkness light
Powrót do góry Go down
Konstantyn Kalashnikov
Konstantyn Kalashnikov

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9280-konstantyn-kalashnikov#282606 https://www.morsmordre.net/t9617-konstantyn#292314 https://www.morsmordre.net/t9514-ja-nie-govoryu-po-angliyski#289333 https://www.morsmordre.net/t9857-pokoj-konstantyna#298469 https://www.morsmordre.net/t9539-konstantyn-kalashnikov#290089
Zawód : początkujący zaklinacz
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
ваше движение
OPCM : 14
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 11
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

Namiot Harfistki - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Namiot Harfistki [odnośnikNamiot Harfistki - Page 2 I_icon_minitime26.04.21 20:10

Nikt przecież się nie spodziewał, a przynajmniej nie ja, być może zbyt zauroczył mnie ten ogień, który zauważyłem zaklęty w niby to wątłym ciele tancerki. Posiadała w sobie coś, co z przyjemnością rozkroiłbym na stole, sprawdzając, czy zalega w brzuchu, pod mostkiem, a może gdzieś w głowie. Zwykle starałem się nie spoglądać na ludzi niczym obiekty badań, jednak jej pokaz, ciało współgrające z zapalonymi grotami strzał zapraszały do nieznanej mi, zaciętej i nieco niebezpiecznej wędrówki. Chwilami przeklinał swój wzrok, ponieważ ta czujność zmuszała do przyjmowania wszystkich tych bodźców w bardzo intensywny sposób. Zarejestrowałem ruch spośród tłumu, krzyki dziecka próbującego zagłuszyć pierwszy raz słyszane połączenie akordeonu z muzyką niby rozrywkową, a jednak trzymającą się w pewnych konwenansach; obserwowałem dynamiczny i precyzyjny ruch różdżki i zanim jeszcze zaklęcie wystrzeliło z końcówki drewna, wiedziałem czym było, a może tylko tak fantazjowałem? Widziałem przyspieszający, wirujący grot, którego ostrze przebijało wątłe ciało rozwydrzonego dzieciaka i... nie stało się dokładnie nic. Zamiast większej ilości zniszczenia wszystko zostało zaprzepaszczone na rzecz prostego Finite, które musiała rzucić niewerbalnie. Zdolna czarownica. Przemknęło przez moją myśl dokładnie w tym samym momencie, kiedy zdziczały tłum ruszył przed siebie, próbując staranować każdego na swojej drodze. Zdezorientowany próbowałem podnieść się i ratować skórę, jednak ktoś skutecznie ściągnął mnie na ziemię, zmuszając do wdychania wzbitego w powietrze kurzu. Kaszel próbował opuścić moje gardło, jednak wiedziałem, że drapiące uczucie nijak minie, jeśli zacznę wdychać jeszcze więcej zbitych drobinek nieczystości. Zaczerwienionymi oczami zauważyłem dość charakterystyczne buty, które kojarzyły mi się z tymi baletowymi. Zamrugałem kilkukrotnie, w tym czasie sunąc wzrokiem w górę, aż po opuszki dłoni opierającej się o policzek, potem były już tylko szare tęczówki, które należały do głównej tancerki. Była bardzo drobna, a jej głos w stosunku do wszystkiego przynosił całkiem miłą odmianę. Ująłem wystawioną przez nią dłoń, aczkolwiek cały ciężar ciała podniosłem prostym podparciem, starając się nie sprawić jej kłopotu. Nie rozumiałem, co do mnie mówiła poza poszczególnymi wyrywkami jak miejsca i piach. Domyślałem się, o co chodziło, więc przybierając dobrą minę do złej gry, posłałem w jej kierunku lekki uśmiech, przypominając sobie, że przez cały ten czas wstrzymywałem oddech. Nie byłem w stanie już dłużej wytrzymać, sięgnąłem do kieszeni i sprawnym ruchem wyciągnąłem chusteczkę, w którą zaraz zacząłem kaszleć, odwracając się na drugi bok w próbie złapania oddechu. Kultura wymagała pewnych schematów będących priorytetowymi, cóż z tego, że wychodziłem właśnie za kompletnie nieporadnego panicza, skoro mogłem jeszcze być uznawanym za niewychowanego, a to byłaby zniewaga o wiele gorsza, niż ktokolwiek by przypuszczał!
Uspokoiwszy oddech, odwróciłem głowę do niej, chowając chusteczkę do kieszeni płaszcza. Wyprostowana, sztywna sylwetka zdecydowanie nie pasowała do piasku oplatającego część płaszcza, na który udało mi się upaść, a jednak, pomimo że duma cierpiała potężne katusze, spróbowałem jakoś odwrócić uwagę. - Krasivoye iskusstvo - zacząłem po rosyjsku, dopiero po chwili przypominając sobie, że niekoniecznie było to miejsce, w którym ktokolwiek mógłby mnie rozumieć. Przeklęte brytyjskie gęganie! - Prostite - zreflektowałem się od razu, próbując nie pozwalać sobie na trzecią pomyłkę. - Cześć - podstawowe słowo wymsknęło się, a wraz z nim lekkie skłonienie głowy i pochylenie w jej kierunku całej sylwetki. Gesty szacunku były podstawą, a surowe wychowanie przechodziło na również oschłe zachowanie. Mimo wszystko starał się włożyć w to pewne nuty sympatii. - Bardzo ładna tantsuyete. - starałem się ująć w słowa całe to widowisko, jednak żadne z odpowiednich obcojęzycznych określeń nie przychodziło mi do głowy. Mój towarzysz często powtarzał jedno słowo, jednak bez wystarczającej wiedzy nie mogłem posługiwać się nim na lewo i prawo. - Vy sposobny - wciąż niezrozumiale próbowałem skomplementować tancerkę, aż w końcu zamilkłem i posłałem w jej kierunku przepraszający uśmiech, który nijak objął mocno osadzone w oczodołach oczy. Pozostawiając na bezpiecznej strefie, którą była mimika, złapałem się za ramiona, przecierając rękoma wzdłuż ramion, by finalnie wskazać jedną dłonią na nią z pytaniem czającym się na twarzy. Mogło jej być zimno, a ja w tym czasie mógłbym przebadać straty na płaszczu, które liczyły się w najbardziej. Nie czułem skrępowania. Płynnym ruchem ściągnąłem płaszcz, oferując jej namiastkę ciepła w ten październikowy wieczór, musiałem w końcu dobrze wyjść w jej oczach, szczególnie że mógłbym wtedy zerknąć, w jakich miejscach należało wyczyścić lub naprawić wierzchnie odzienie. Nachalność nie była moją mocną stroną, dlatego grzecznie czekałem na gest z jej strony, gotów w każdej chwili zarzucić sobie wystawiony przed oczami płaszcz na plecy. Mniej-więcej już wiedziałem, że nie będą w tym potrzebne zbyt wielkie umiejętności krawieckie.


Powrót do góry Go down
Finley Jones
Finley Jones

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Zawód : tancerka ognia; lep na kłopoty
Wiek : 19
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

let's light this up anyway
And live to dance in the flames

OPCM : 3
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Namiot Harfistki - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Namiot Harfistki [odnośnikNamiot Harfistki - Page 2 I_icon_minitime10.05.21 16:57

Co przyciągało bardziej? Płomienne języki, czy umykająca między ich żarliwymi pocałunkami tancerka? Granica rzuconego na zgromadzone umysły uroku zacierała się, w jedność splatając ciało oraz ognistą kulę, ich harmonię wspólnego trwania bez ni jednego zetknięcia się. Żywioł osiadły na grocie zdawał się być żywszy, bardziej ludzki im dłużej poddawał się woli pląsającego dziewczęcia, tak jak każde zręczne umknięcie, podskok czy przewrót nadawało drobnej sylwetce swoistej gwałtowności, niezrozumianego nieokiełznania, choć przecież każda figura pozostawała tak artystycznie malownicza, jak tylko się dało. Czy jego pierwiastek mógł rzeczywiście skrzyć się pod pergaminem bladej skóry? Iskrą zalęgnąć się gdzieś we wnętrzu, płonąc jasno tylko, kiedy jego bratni element znajdował się tuż obok? Nazwali ją więc igrającą z ogniem, choć pewnym nie było, czy igrała ze swym własnym, czy tym z którym wirowała dotąd z taką lekkością. Paradoksalnie, obcowanie z magią wydawało się zgoła trudniejsze, nie posiadając większych talentów w tej dziedzinie, opierając się na resztkach wiedzy wyniesionej ze szkoły, wydawało się, iż próba powstrzymania rozwydrzonego dziecka okaże się czystym fiaskiem. Różdżka jednak usłuchała, popielate oczy wzniosły się na moment, zderzając się z zielononiebieskim spojrzeniem, a przecież wzrok wszystkich winien skupić się na niefortunnej rodzinie ściągającej na siebie całą uwagę. Obserwowała spokojnie, w bezruchu jak fala cyrkowych gości porywa niczym morski prąd nieznanego młodzieńca, jak pozbawia go stabilnego gruntu pod stopami, jak pada prosto na ziemię, szczęśliwie niezdeptany przez niepomne nań osoby. Powinna powrócić do pozycji wyjściowej, czekać na kolejny sygnał do rozpoczęcia kolejnego pokazu, nieco zmienionego, ubarwionego, bo przecież artyści winni zaskakiwać, a jednak miast zaskakiwać innych, tak czyni to sobie, wykonując krok. Wpierw jeden, potem drugi. Nie jest to zwykły ludzki odruch, w tych czasach naprawdę wciąż można było się o takowe pokusić? A jednak kuca przed nim, niby od niechcenia, niby w znudzeniu jakby nie miała nic lepszego do roboty, chociaż program ciąży nad nią niby nieruchome spojrzenie pana Carringtona, oceniającego każdego ze swych pracowników. Wyciąga dłoń, nie lubi tego, pozwalając tej większej zacisnąć palce wokół cienkiego nadgarstka, pomaga wstać, ale niewiele w tym jest jej własnej pomocy, chłopak wydaje się doskonale radzić sobie sam. Cofa się, zrywając kontakt skóry ze skórą, naturalnie jak tylko się dało, unosząc zaś buzię, by móc sięgnąć jego własnych lic, może stwierdzić, iż nikt go chyba znacznie nie uszkodził, kilka ciemnych kosmyków pozostało nie na tym miejscu, co trzeba, parę drobinek piachu wciąż trzymało się lewego policzka, jednak chusteczka, którą zasłaniał usta, zdołała przypadkiem się ich pozbyć. Nie wyglądał, jakby tutaj pasował, jakby mógł się cieszyć z tutejszych atrakcji, jednak Arena witała z otwartymi ramionami każdego, kto nie wpisywał się w ustalony kanon, dlatego pełne wargi drgają, odpowiadając uśmiechem na uśmiech, nawet jeśli cisza zdaje się być coraz to bardziej krępująca. Milczenie rozprasza się, zdobione kolejną melodią płynącą między namiotami, lekkością zachęcającą do ujrzenia jeszcze większej ilości cudów, jakie to miejsce mogło oferować. I Finnie nie ma bladego pojęcia, co znaczone akcentem słowa oznaczają, acz ich brzmienie niezmiennie łączy się z obrazem madame Viner. Rosyjski? 
- Aach, sassenach? - pyta, jakby on mógł ją zrozumieć, nawet bez znajomości gaelickiego. Ale był obcy, to mogło wyjaśniać wiele, nawet jeśli nie mówiło praktycznie nic. Tylko dziwiło, iż samotnie przemierzał teren cyrkowy, nie mając nikogo, kto mógłby go poprowadzić poprzez zawiłości lingwistyczne - Cześć - odpowiada, wznosząc ton na pogodne nuty, jakby wszystko było całkowicie w porządku, a żadne bariery językowe nie istniały - I...dziękuję? - zawahanie, niewielkie zmarszczenie brwi. Nie, za knuta nie mogła przypomnieć sobie nic z wiązanki szacownej trenerki, zazwyczaj słowa jej wpuszczając jednym uchem i wypuszczając drugim. Zresztą, nazywanie kogoś krową chyba nie uchodziło za szczyt uprzejmości, chociaż sądząc po częstotliwości, Finley była skłonna uwierzyć, iż może w Rosji była to normalna rzecz, tak nazywać się wzajemnie. Zwłaszcza, iż nieznajomy pełen był sprzeczności. Wąskie usta wyginały się w uśmiechu, lecz ten oczu nie sięgał, linie rysów twarzy próbowały łagodnieć, acz surowość wciąż się przezeń przebijała, nawet głos nieco oschły starał się być przyjemniejszy dla ucha, chociaż sztywna sylwetka górująca nad nią z lekka niweczyła podobne plany. Jednak gestykulacja wskazywała na uprzejmość, nawet jeżeli dla niego miała inne dno, a październik był chłodny, cyrkowe kostiumy wzmocnione zaklęciami nie chroniły całkowicie przed wiatrami. Więc Jones kiwa głową, w ruch wprawiając jasne kosmyki zdobione różem w poszczególnych pasmach, bo dlaczego nie? - Finley - wskazuje na siebie, kiedy materiał opada na wąskie ramiona, a Kalashnikov może ocenić, jak wiele strat poniosło jego bezcenne okrycie. Smukły palec dotyka brody, jakby zastanawiała się przez chwilę co dalej, jak używać najprostszych słów, by móc przebić się przez kompletne zagubienie językowe - Chcesz zobaczyć coś ciekawego? - czy to było wystarczająco zrozumiałe? Nie wiedziała, wyciągając dłoń raz jeszcze, by móc wciągnąć zagubionego młodzieńca do namiotu Harfistki, gdzie artystka już układała się wokół swej harfy w niepowtarzalnych figurach, tak oszałamiających dla oczu niezaznajomionych z jej sztuką. Finnie miała przyciągnąć gości, tak by widownia została zapełniona, ściągnięcie kolejnego obserwatora leżało więc w jej obowiązkach. I pozwalało to na krótką przerwę.




I'm living in an age
That calls darkness light
Powrót do góry Go down
Konstantyn Kalashnikov
Konstantyn Kalashnikov

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9280-konstantyn-kalashnikov#282606 https://www.morsmordre.net/t9617-konstantyn#292314 https://www.morsmordre.net/t9514-ja-nie-govoryu-po-angliyski#289333 https://www.morsmordre.net/t9857-pokoj-konstantyna#298469 https://www.morsmordre.net/t9539-konstantyn-kalashnikov#290089
Zawód : początkujący zaklinacz
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
ваше движение
OPCM : 14
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 11
ZWINNOŚĆ : 13
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

Namiot Harfistki - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Namiot Harfistki [odnośnikNamiot Harfistki - Page 2 I_icon_minitime19.05.21 13:10

Przyjmowanie pomocy było dla słabych, niestety dobrze wiedziałem, że nie było to opłacalne. Ludzie byli przewidywalni i zdecydowanie zbyt łatwi do obrazy. Odpowiednie reagowanie na ich gesty miało to do siebie, że pozwalało na wprowadzenie pozytywnej nuty do początku wszelkich interakcji. Lepiej było przekonywać innych do siebie, niż odwracać się doń bokiem i grać obrażonego panicza. Wykorzystując jej otwartą dłoń, robiłem wszystko dość przemyślanie, bez zbędnego kłopotania się w uprzejmości, którą przecież wyróżniałem się spośród swoich rówieśników. Nikt nie zwracał równie dużej uwagi do zachowania, co ja, może poza wysoko urodzonymi paniczami, których obserwowałem już od czasów szkoły. Zauważyłem zabawną zależność, że robili to oni z wyjątkową nonszalancją, którą starałem się wprowadzić również do swoich gestów, jednak wszystko zdawało się bardzo sztywne. Gwałtowność, nieznajomość języka i nagłość zaskakiwały mnie bardziej, niż śmiałbym to przyznać, odbierając czarującą część, którą w rodzimym kraju operowałem bez wszelkich zastrzeżeń. Na wyspie byliśmy obcy, nic więc dziwnego, że każde wytknięcie przez tubylców było zapamiętywane i wpływało w pewien sposób na moje zachowanie. Wciąż uczyłem się na nowo funkcjonować tam, gdzie zasady były zgoła inne. Starałem się nie pokazywać, jak bardzo nie odpowiadał mi ten układ sił, kiedy wychodziłem na nieporadnego i niechlujnego młodzieńca, a to przecież nie byłem ja. Mimo to ciągnąłem tę partię, kiedy goniec zablokował mój kolejny ruch, zmuszając do kopiowania ruchów, przestawałem obejmować prowadzenie i wiedziałem o tym od momentu, kiedy zauważyła, jak pozostałem jedynym obecnym w okolicach namiotów. Przepłoszona gawiedź już dawno pozostawiła tancerkę samą sobie, a raczej mnie. Patrząc na nią z góry, widziałem ten potencjał, który objawiła we władnym ciele, które jeszcze chwilę temu leżało na podłożu, udając trupa. Chyba wolałem obserwować ją z daleka, wyobraźnia pozwalała myśleć o każdej linii wysportowanej sylwetki, która w pewien sposób wydawała się usposobieniem złapanej w bezruchu gderze, śwarze, płoni, pomocnicy Swarożyca dodającej jego światłu dodatkowego żaru. Nie było w niej ani trochę z godności grecko-rzymskiej mitologii, gdzie bóstwa wydawały się tak odległe, wręcz nieinteresujące w stosunku do żywych wspomnień moich korzeni, które przysuwał nie tylko Żerca w postaci nauczyciela, ale również bohemiści. Towarzystwo ZSSRowskiego życia pozostawiło pewne braki, które starałem się zastąpić choćby tak wielką głupotą, jak skorzystanie z okazji darmowego wejścia na arenę cyrkową zafundowaną przez nieznajomego. Młody mężczyzna czmychnął, pozostawiając mnie samego z nieznajomą. Być może pobiegł po kwiaty? Przecież nieprawdopodobne było, żeby zdołał urwać się od swojej ulubionej tancerki bez słowa. Nie miałem nic przeciwko rozmowie z artystką, jednak zdecydowanie nie byłem w nastroju do ośmieszania się przed kimkolwiek innym poza… nikim. Nawet we własnych oczach miałem być perfekcyjny, z pewnością dlatego mój chłód nie pozwalał wesołości sięgnąć gdzieś bardziej niż poza powierzchowną część mojego jestestwa.
Spojrzałem się dosyć zdezorientowany jej pierwszym słowem, które brzmiało na pytanie. Nie rozumiałem ani odrobiny z tego, co próbowała przekazać.
- Sassnch? – powtórzyłem z akcentem, gubiąc przy tym kilka liter, brzmiało to bardziej na brytyjski szmer przy szczękościsku. Nie musiałem udawać, że otwieranie buzi szeroko przychodziło mi z łatwością, bo przecież rodzimy język działał na nieco innych częściach aparatu mowy, nie wymuszał tak szerokiego roztworu przy wymowie. Pomimo minionych tygodni wciąż odnajdywałem angielski jako mowę gorących kartofli napchanych w poliki. Nijak łączyło się to z gracją i elegancją. – Cóż to? – spytałem już nieco pewniej, bo pierwszy szok i lekko przyspieszone tętno zwolniło na rzecz opanowania, którym musiałem się popisać, aby wyjść z tej sytuacji z twarzą. Tknięty jakimś przeczuciem podniosłem dłoń, przesuwając ją po włosach, które swobodnie przemknęły pomiędzy długimi, szczupłymi palcami. Kosmyki układały się samoistnie, tym razem były wolne od pomady, która przykładnie zmuszała je do ugięcia się w przykładnej fryzurze pasującej jedynie do salonów. Tutaj nikt nie wymuszał na mnie tak wysokiej etykiety, szczególnie że większość z klienteli przypominała tych równych średniozamożnemu stanowi. Ja wyróżniałem się tylko wzrostem i delikatną różnicą w kroju płaszcza oddanego na ramiona stosunkowo niskiej panienki. Dwadzieścia pięć centymetrów mniej sprawiało, że część materiału odzienia wierzchniego wylądowało na podłodze. Nie zareagowałem, choć coś wewnątrz ściągnęło łopatki w nagłym impulsie. Na szczęście równie dobrze mógł to być podmuch wiatru, który przemknął po bawełnianej, bufiastej koszuli przykrytej ciemnozieloną kamizelką opinającą moje wychudzone ciało. Dreszcz przemknął po plecach, jednak skupiłem się na poznawaniu nowej postaci, bo przecież było to pewnego rodzaju wyróżnienie, że indywiduum w postaci tancerki podeszło właśnie do mnie, niezależnie od sytuacji, wciąż widziałem w tym pewien potencjał. Przemknąłem wzrokiem po włosach artystki, które zdawały się świecić w świetle ognia, którego była przyjaciółką, jeśli nawet nie panią. Dziwne, że jej dotyk nie parzył. Zamiast tego przyciągał do postaci, która przedstawiła się jako Finley, wskazując na siebie, jakbym był ułomny. Ściągnąłem brwi w konsternacji i lekko skinąłem głową, nie zauważając potrzeby pełnego dygnięcia, bo przecież pomimo bycia artystką wciąż jawiła się jako ta równa mojej klasie, choć niestety tego nie byłem tak pewien. Czy cyrkowi pracownicy byli dobrze opłacalni? – Konstantyn – odpowiedziałem bez zbędnych zająknięć, bo przecież byłem pewien, szczególnie kiedy nie musiałem przedstawiać swojego nazwiska. Całe imię wybrzmiało w języku rosyjskim, bo też dotychczas nie spotykałem się z brytyjskimi odmianami. W moich ustach miało prosto, dostojnie i zdecydowanie mało wyspiarsko. – Finley, miło poznać. – ponowne kiwnięcie głową i powtórzenie jej imienia w bardziej zaciśniętym akcencie brzmiało dziwnie, szczególnie kiedy ciężko przychodziło wypowiedzieć ostatnie dwie okrągłe litery. Ey, jakbym kogoś wołał? – Proszę bardzo. – przytaknąłem, rozumiejąc pojedyncze słowa w postaci patrzenia i chęci. Nie wiedziałem, co miała na myśli, a jednak w głowie nie kłębiły mi się żadne bezeceństwa, może poza kilkoma nieszczególnie wyszukanymi… w zielononiebieskich oczach rozjaśnionych jedynie przez ogień padający z otoczenia przemknął jakiś nieokreślony błysk. Lubiłem wiedzieć dużo. Krewna Bogini Swara z pewnością oferowała jedynie interesujące rzeczy, a przecież żar nie był straszny, kiedy było się czarodziejem i znało odpowiednie zaklęcia. Ująłem mniejszą dłoń, pozwalając się prowadzić do pobliskiego namiotu, zdecydowanie panienka nie znała etykiety, łamiąc pewne konwenanse. Dobrze, że znałem się na bohemistycznych zasadach, które wyróżniały się w pewnych aspektach brakami wypunktowanych nakazów. Różnica w wysokości sprawiała, że musiałbym się nieco zgarbić, więc równając się z jej krokiem, poprawiłem ręce, opierając tą jej mniejszą o swoją zgiętą w łokciu tak, jak nakazywała etykieta. Wraz z momentem wejścia do namiotu mój wzrok oderwał się od obserwowania jej kątem oka. Pochłaniałem nowe bodźce, a głównym z nich była oczywiście harfistka, której przedstawienie miało dopiero się zacząć. Lekko zszokowany tymi dziwami spróbowałem złapać jej oczy, posyłając pytające spojrzenie oraz podniesioną w zaciekawieniu brew.
- Kolejny występ? - spytałem scenicznym szeptem, tak by nie pogwałcić powoli następującej ciszy w namiocie. Widownia chyba nie miała pojęcia, co przed chwilą stało się tuż obok. Powinni żałować tego przegapionego widowiska.


Powrót do góry Go down
Finley Jones
Finley Jones

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9481-finley-jones https://www.morsmordre.net/t9564-finleyowe https://www.morsmordre.net/t9566-where-are-my-dragons https://www.morsmordre.net/f351-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-9 https://www.morsmordre.net/t9667-skrytka-nr-2188 https://www.morsmordre.net/t9568-finley-jones
Zawód : tancerka ognia; lep na kłopoty
Wiek : 19
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

let's light this up anyway
And live to dance in the flames

OPCM : 3
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Namiot Harfistki - Page 2 Empty
PisanieTemat: Re: Namiot Harfistki [odnośnikNamiot Harfistki - Page 2 I_icon_minitime23.05.21 15:48

Każdy ruch, każdy gest miał skrupulatnie zaplanowany, drgnięcie mięśni, uniesienie wąskich ust wydawało się służyć konkretnemu celowi, zupełnie jakby mierzył się z przeciwnikiem nie tyle potężnym, co nadzwyczaj przebiegłym. I własnym sprytem zdawał się mu odpowiadać, mrok myśli pozostawiając sobie samemu, światu okazując li jedynie nadzwyczaj ułożone oblicze, gładkie, grzeczne, niemal idealne pośród drobinek piachu osiadłych na ciele, kosmyków układających się w sposób odległy od zwyczajowego. Jednak czy naprawdę spotkanie zgoła przypadkowe, chwilowe zetknięcie dwóch obcych sobie światów, wymagało podobnych przygotowań oraz reakcji? A może było to zaledwie praktyka przed natrafieniem na kogoś znacznie istotniejszego, kto otworzy przed młodzieńcem wrota możliwości, jeśli ten zachowa się poprawnie podług zasad panujących na ziemi tak przez rosjanina wzgardzonej? Jeśli zaś to lęk, obawa przed potencjalną porażką, paskudnym ośmieszeniem się w duszy mu grała, tak wydawała się bezpodstawna, tutaj, na terenach szumnie przejętych przez rozrywkę prostą i beztroską, nijak w blasku kolorowych świateł szło się wygłupić, czy przegrać straszliwie, aktorami na tej scenie bowiem byli cyrkowcy i to im przyszło decydować, co dobre a co złe w ich teatrze dziwów było. Upadek czarodzieja plasował się więc na pozycji nader przeciętnej, można nawet ośmielić się rzec, iż był on zwyczajowy wśród tłumów przepychających się między sobą, łapczywie chcących ujrzeć coraz to nowsze atrakcje, zachwycić się na nowo magią codzienności ukazywaną w sposób tak nieprawdopodobny. Jedyna różnica tkwiła w tym, iż zazwyczaj ofiary potknięć pozostawiane były same sobie, ich los nie wpływał w żaden sposób na trwające występy artystów. Dlaczego więc się doń zbliżyła? Ta, która z ogniem igrała, wysłanniczka nieznanego sobie bóstwa, panienka z płomieniami drzemiącymi pod jasną skórą. Oczy, oczy były odpowiedzią. Zielononiebieskie, nieruchome tęczówki, których ciepło się nie imało. Spojrzenie z rodzaju tych, które pragną się werżnąć do wnętrza, poznać sedno, wydrzeć to co się kryje w zakamarkach jestestwa, rozebrać na części i przyjrzeć się z umiarkowaną ciekawością każdemu elementowi, by móc następnie odłożyć go niedbale, nie myśląc o tym, żeby to, co zostało naruszone, na nowo poskładać. Drapieżnik kryjący się pod surową oprawą młodości, pozostawiający swe ofiary na łaskę losu. Czy przyciągały, te oczy? Wydawało się, że nie, że postawa sylwetki zarówno, jak i one odpychały ciekawskie istnienia, tak pogardliwie przez niego określane. Ale pojawiła się tuż obok, wyciągnęła dłoń, po co? Może po to, by przekonać się, czy nieznajomy przejawia równą martwicę, co jego wzrok. A może po prostu nie potrzebowała powodu, skry zwykły żyć własnym życiem, nie opierały się na żadnym skrupulatnym planie, a tych w ostatnim czasie Finley, ku swemu rozczarowaniu, niestety nie posiadała.
- Sassenach - powtórzyła, miękko, delikatnie, niemal z czułością włożoną w gaelickie słowo, uznawane za wyjątkowo pogardliwe w stosunku do angielskich przedstawicieli społeczeństwa - Obcy - wytłumaczyła, śledząc ścieżkę bladych palców sięgających jasnobrązowych włosów, poprawiających ich urokliwy nieład w jakże przeciętne, niemożliwie poprawne ułożenie. Przekręciła głowę na bok, niczym zaintrygowany kolorowy ptak, których mrowie można było ujrzeć w innym namiocie, po czym westchnienie umknęło spomiędzy pełnych warg, gdy jęła krążyć wokół niego, okręcając się na kości śródstopia, wciąż otulona podarowanym płaszczem, przypominająca psotny płomyk niźli godną podziwu tancereczkę - Skąd? - pyta, chociaż sądzi, że przecież wie, że akcent zdradza wiele. Niemniej mówi prosto, łatwo, jasno. Nie sądzi, by był kretynem, uważa, że to język jest barierą, wprowadzającą w zakłopotanie, w niepotrzebne komplikacje. A przecież Arena służyła przyjemności, nietroskaniu się o poprawną wymowę poszczególnych słów - Konstantyn - powtórzyła, dalej krążąc, w tylko sobie znanej grze, do której nikt z zewnątrz nie miał dostępu - Ładnie - długo, uznała w myślach, stając na nowo przed nim, kłaniając się, gdy wspomniał, iż miło ją poznać. Zawsze było ją miło poznać, gdy blask świateł cyrku ją otulał, a przeszłość nie wyciągała w jej stronę lodowatych rąk. Koniec jednak psot, urojonych figli, czyż obowiązkiem akrobatki nie było poprowadzić szanownego gościa dalej, pozwolić mu się zagłębić w świat cudów, jakże niedostępnych na posępnych ulicach Londynu? Palce stykają się z palcami, ciała poszły w ruch, a lekkość kroku dziewczęcia sugerowała, iż gotowa jest pomknąć dalej w taniec, jeśli tylko drobniejsza dłoń zostanie z chwytu uwolniona. I chyba nawet drga, w zaskoczeniu, kiedy jej rękę Konstantyn przenosi na zgięcie swego łokcia, acz młódka poddaje się zaraz wesołości. Nie, nie miała zbyt wiele wspólnego z etykietą, nikt zresztą tego po niej nie oczekiwał, w tej postaci, albo też innej. Czy było to miłą odmianą? Któż raczy wiedzieć, blondynka nie zamierzała tego ujawniać, prowadząc w miejsce mniej zatłoczone, z którego widać było oczekującą na tutejszą gwiazdę wieczoru scenę. Popielate oczy wychodzą na spotkanie rzucanemu spojrzeniu, kącik ust drga, jakby Finnie trzymała kurczowo sekret związany z wydarzeniem i zastanawiała się właśnie, czy winna się nim podzielić.
- Tak - odpowiada wreszcie, niepomna na ciszę przerywaną poszczególnymi szmerami. Nie mówi zresztą głośno, a głos jej zaraz łagodnieje - Gdzie ciało przekracza ludzkie możliwości - dodaje, nie wiedząc, czy towarzysz jest w stanie zrozumieć, o czym mówi. Nie odzywa się, uwagę swą kierując na ogromną harfę. Muzyka płynie, piękna, lekko klasyczna, z romantyczną nutą, gdy obok harfy miga fioletowy materiał, po którym ześlizguje się Harfistka w iście malowniczych obrotach, nim płynnie przejdzie na swój instrument. Ciało wygina się podług melodii, cekiny błyszczą w blasku świec, a wykonywane figury odbierają dech z piersi, kiedy giętka sylwetka zadziwia po raz kolejny, przecząc wszelkim prawom. Finley niezmiennie jest nią zauroczona, ilość własnych treningów bywa przytłaczająca, lecz ilekroć uda się jej natrafić na ćwiczącą kobietę, tak nie potrafi odmówić sobie dołączenia, chociaż Finnie nie potrafi latać, a wysokość nigdy nie była jej królestwem. Może kiedyś, uznaje cichuteńko w duchu, jakby wierzyła, iż faktycznie na Arenie czeka ją jakakolwiek przyszłość, jakby kogokolwiek czekała.
- Wydaje się niemal pozbawiona kości - nie wie, czy pyta, czy stwierdza fakt, lecz zwraca się w stronę młodzieńca, śledząc taniec światła oraz cienia na jego profilu, na prostej linii nosa, na zaciśniętych w wąską linię ustach, na nieruchomych oczach, zastanawiająco żywych w swej martwicy.




I'm living in an age
That calls darkness light
Powrót do góry Go down
 

Namiot Harfistki

Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dzielnica portowa :: Magiczny port :: Arena Carringtonów-
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-21