Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematuShare
 

 Namiot Podniebnego Cwału

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 Empty
PisanieTemat: Namiot Podniebnego Cwału   Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 I_icon_minitime16.07.16 16:57

First topic message reminder :

Namiot Podniebnego Cwału

Po wejściu do pozornie najmniejszego z namiotów, jego wnętrze okazuje się olbrzymie: wysokie, dalekie na przynajmniej kilkaset metrów, doskonałe do końskiej szarży. Wewnątrz namiotu swoje pokazy dają bowiem akrobaci wyspecjalizowani w aetonanach, dwójka najwyżej pięcioletnich dziewczynek, dwoje mężczyzn i jedna kobieta tańczą na wzlatujących ku sklepieniu skrzydlatych koniach. Bez trudu stają na rękach na grzbietach nieosiodłanych koni, na jednej ręce, na jednej nodze, bez trudu przepływają z jednego grzbietu na inny. Większość widzów tłoczy się blisko ścian namiotów, obawiając się oberwać potężnym kopytem.



Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Morsmordre
Morsmordre

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500

Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Namiot Podniebnego Cwału   Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 I_icon_minitime07.10.20 0:41

The member 'Marcelius Sallow' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 17


Powrót do góry Go down
Steffen Cattermole
Steffen Cattermole

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7358-steffen-cattermole https://www.morsmordre.net/t7438-szczury-nie-potrzebuja-sow#203253 https://www.morsmordre.net/t7411-xoxo-gossip-boy https://www.morsmordre.net/f127-dolina-godryka-szczurza-jama https://www.morsmordre.net/t7471-skrytka-bankowa-nr-1777 https://www.morsmordre.net/t7439-steffen-cattermole?highlight=steffen
Zawód : specjalista od klątw i zabezpieczeń w Gringottcie, po godzinach reporter dla "Czarownicy"
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I like to go to places uninvited
OPCM : 26
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 25
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6/56
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Namiot Podniebnego Cwału   Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 I_icon_minitime08.10.20 19:17

-Teraz krytkujesz jak nazywam Pimpusia, poważnie? - żachnął się Steffen, gdy Marcel sięgnął po najniższy z ciosów. Posłał Marcelowi wyzywające spojrzenie, czując, że ten zaraz przegra ich słowny pojedynek. Czepianie się cudzych imion było równią pochyłą, niczym kłótnia o najładniejsze portrety na Czekoladowych Żabach albo o najlepszy przebój Celestyny. -Jego szczurzego imienia nie umiałbyś wymówić, ale jest podobne. - prychnął ze złością, choć nie wiedział dlaczego tak dokładnie tłumaczy się Marcelowi z tego, jak mówi na swojego szczura. No i, oczywiście, sam też nie umiał wypiszczeć prawdziwego imienia Pimpusia jako człowiek.
Urwał by zaczerpnąć oddechu, ale zaraz został pociągnięty do przodu i z przerażenia aż wybałuszył oczy. Był tak zły, że...
-Jakiej Morgany?! - ... że zamiast o Morganie, uczennicy Merlina, pomyślał o upiornej Morganie Selwyn i jej upodobaniu do klątw i krwi dziewic. Ale dlaczego Marcel wzywałby jej imię? Wygiął gniewnie wargi i zmarszczył podejrzliwie brwi. -Co wiesz o Morganie, co?! - syknął, nie wiedząc, że brzmi teraz trochę jak szaleniec.
Zaraz potem wszystko potoczyło się szybko - Marcel odrobinę złagodniał i zaczął mu tłumaczyć coś o kajdankach... - -Zrobimy co? Nie wiem co to są przekładankowe kajdanki! - zniecierpliwił się Steffek...
...ale z niewiadomych powodów, Sallow wcale nie uznał upiorogacka za niewinny i zabawny psikus i jeszcze zaczął się wydzierać żeby nie niszczyć kajdanek (czyli to jednak jego kajdanki i jakiś okrutny dowcip względem Steffena, inaczej by tak nie wrzeszczał!). Cattermole'owi aż zachciało się walnąć w nie przekornie tym Confundusem, ale nie zdążył - Marcelius zamachnął się nogą na jego dłoń! Steffen spróbował odskoczyć, ale przecież był z Marcelem skuty kajdankami - no i gnojek zawsze był od niego szybszy! Syknął z bólu, gdy stopa dawnego przyjaciela trafiła go w nadgarstek - może i lekko, ale na tyle zaskakująco, by upuścił różdżkę.
-Odwaliło ci?! Jeszcze mnie rozbrajasz?! Co ty knujesz?! - fuknął na jednym wydechu. Nie mam różdżki, co to w ogóle za wymówka!
-To miej różdżkę! - warknął Steffek w odpowiedzi na te gorzkie żale Marcela. -Jak możesz nie nosić ze sobą różdżki? Jest… - kontynuował, tonem własnej mamy gdy nie nosił czapki (na szczęście mugolskie mamy nie interesowały się tym, czy ich synowie nie gubili różdżek i nie umiały wysyłać wyjców - Marcel coś o tym wiedział), ale pod koniec zdania stracił impet i przygryzł wargę. -Jest wojna. - dokończył ciszej, spuszczając wzrok.
Zaraz jednak zadarł głowę do góry, dumnie unosząc podbródek i pusząc się niczym największy paw na Arenie Carringtonów.
-Wcale nie takiej niedostępnej. - syknął triumfalnie i wyniośle, bo nie zapomniał Marcelowi tego, jak ten podkopał wtedy jego samoocenę. Nie kopie się człowieka o złamanym sercu! Ale nic więcej mu nie powie - o nie! Zniknął i był niemiły i stracił rangę powiernika w sprawach sercowych. Teraz Steffen zwierzał się Pimpusiowi, który co prawda dawał jeszcze gorsze rady niż Marcel, ale przynajmniej nie był taki... taki złośliwy!
Zamilkł dla lepszego efektu tajemnicy, ale Sallow zmienił temat - a raczej pociągnął dalej temat wojny - a Steffenowi nagle zabrakło słów.
Wyglądał, jakby Marcel go spoliczkował. Otworzył usta, pobladł, zarumienił się, zamknął usta. Merlinie, jeszcze rok temu powiedziałby Marcelowi o Zakonie - od razu, ufnie, z entuzjazmem. Wtedy jeszcze nie był w Zakonie.
Pół roku temu zaczął rozumieć, że mówienie o tym Marcelowi byłoby tylko niechcianym ciężarem, niebezpieczeństwem.
A teraz... teraz nie wiedział nawet, czy cokolwiek mógłby mu powiedzieć. Kto wie, jak radzi sobie teraz Marcel, jak bardzo go znielubił o... o jakąś głupotę? Powinno mu ulżyć, że Sallow posądza go o bezczynność i że nie zna jego twarzy z rozwieszonych w mieście plakatów, ale zamiast tego poczuł się tak jakoś... gorzko.
-Trzy miesiące? - powtórzył tylko bezmyślnie, a głos uwiązł mu w gardle. A potem znów wykrzesał z siebie iskierkę złości i wlepił w Marcela odważne, prowokujące spojrzenie. -Napisałem do Ciebie pierwszego kwietnia! A ty do mnie nigdy, a mieszkałem wtedy w Londynie - ups, według Marcela pewnie nadal tam mieszkał -i zabili moją sąsiadkę z parteru i spędziłem większą część tamtego tygodnia jako szczur i myślisz, cholera jasna, że pierwszy raz tu wpadłem, ty palancie?! Ale nie, ty nawet nie napisałeś ani razu do mnie i byłeś zbyt dumny by mi odpisać bo... bo co, bo obraziłeś się, że na wieść o zaręczynach mojej dziewczyny nie chciało mi się w zimie chodzić na potańcówki?! Jak na kogoś, kto widział już krew, to nadal masz mentalność piętnastolatka! - wyrzucił na jednym wydechu i tupnął z frustracji nogą.
Czy Marcel w ogóle go słuchał...? Steffen obejrzał się przez ramię na Pimpusia.
-To mój kolega, a nie żadne domowe zwierzątko, nie mogę mu nic kazać! A na pewno nie jako człowiek, nie rozumie mnie wtedy! - warknął w odpowiedzi na despotyzm Marcela (nic dziwnego, że nie dało się z nim przyjaźnić - właśnie pokazywał swoje prawdziwe kolory, wszystkimi by dyrygował! A ludzie i szczury to nie aktorzy w cyrku!), aż nagle dotarło do niego, że Pimpuś zbliżył się niebezpiecznie blisko do aetonana. -To ty zabieraj stąd konia, jeszcze mu coś zrobi! - zaniepokoił się.

Pimpuś pałaszował suchy chlebek, aż uniósł łebek i napotkał spojrzenie pięknych, końskich oczu.
-Pipipipi? - to twój kolega? On dawać ci jeść? Czemu on być zły i czemu ten chleb być dziwny? - zapytał Pimpuś aetonana, szczerze ciekaw, czy majestatyczna istota go zrozumie! Odwrócił na moment główkę aby spojrzeć z zażenowaniem na Steffka i jego rozgniewanego znajomego, a potem znów spojrzał na konia. -Pipipi? Pipipipipi? Piiip! - czy twój kolega też czasem być jak Ty? Tak jak mój jak ja? Mój jest mądrzejszy jako szczur, a jako człowiek zapomina o dobrym jedzeniu! - pożalił się.
-Pip? - oni dawać ci tu coś lepszego do jedzenia?

czy koń rozumie Pimpusia?
1. Nie, koń patrzy na niego tępo i nie podoba mu się że Pimpuś je jego chleb
2. Tak, co prawda nie wiadomo czy rozumie, ale porozumiewa się niewerbalnie i pyskiem podsunie Pimpusiowi marchewkę
3. Tak, ale nastrój konia określa Marcel

nieudany odskok




intellectual, journalist
little spy

Powrót do góry Go down
Marcelius Sallow
Marcelius Sallow

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f296-arena-carringtonow https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Zawód : Akrobata
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

I walk the line

OPCM : 4
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Namiot Podniebnego Cwału   Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 I_icon_minitime09.10.20 1:07

Wywrócił oczami, nie chodziło przecież o krytykę, a samopoczucie tego biednego szczura - naprawdę nie powinien mu w ten sposób umniejszać. Może i czepianie się imienia było niskie, ale Marcel najwyraźniej tego nie załapał.
- Co to w ogóle znaczy "Pimpuś"? Mały "pimp"? Nie przeszło ci przez myśl, że to trochę obraźliwe? - Oczywiście, że mu nie przeszło przez myśl, bo nie potrafił szanować swoich przyjaciół. Nie szanował jego, a co dopiero szczura, który nie mógł mu nawet odpowiedzieć na jego żale. Choć pewnie z takim Steffen dogadywał się lepiej. Nie miał pojęcia, jak w szczurzym języku mogła brzmieć transkrypcja Pimpusia, ale był niemal pewien, że szczury w okolicy Steffena nigdy nie wymawiały niczego, co brzmiało jak -uś. Ale Steffen się zaraz znowu przyczepił Morgany, czy jej imię tez miał rozłożyć na czynniki pierwsze? Niewiele wiedział o politycznych roszadach arystokracji, nie interesował się nigdy ich światem - był zły, przesycony nienawiścią i podły, a rozróżnianie w nim poszczególnych sylwetek w zasadzie mijało się z celem. Oni wszyscy byli tacy sami. Wykrzywił twarz w grymasie, wpatrując się w Steffena z całkowitym brakiem zrozumienia, bez krztyny myśli świadczącej o oświeceniu.
- I to mi odwaliło, Steffen? Zamierzasz mi teraz robić test z historii magii? Nie błyszczałeś na lekcjach Binnsa, więc przypuszczam, że nie wiesz o Morganie więcej ode mnie! - Całkiem zwariował. Sens przetłumaczenia mu, o co chodziło w kajdankach-przekładankach, uleciał jak sen, bo tracił do niego cierpliwość chwila za chwilą - czy on naprawdę zamierzał go oskarżać o knucie, kiedy nie wiedział, czy Steffen nie wyskoczy na niego zaraz z poważniejszym zaklęciem?  - Zamknij się wreszcie i rób to, co ja, jeśli chcesz z tego wyjść - zarządził, poganiając go do wstania, samemu powoli zerwał się na nogi - na tyle, by tym razem nie wytrącić z równowagi Steffena. Bez pytania złapał jego prawą rękę własną, a potem lewą - też własną, trzymając je mocno, tak, by nie przyszło mu do głowy się z tego wycofać. Chciał uwolnić się jak najszybciej. - To przekładanka - wyjaśnił, jak gdyby było to coś oczywistego. - Musisz położyć na nasze ręce prawą nogę - o tak... - zaczął, unosząc prawe kolano, powoli, zamierzając pomóc utrzymać równowagę Steffenowi, o ile ten baran zamierzał podążyć za jego wskazówkami, przypominając sobie, jak bardzo nienawidził klaunów - i dlaczego.
- Broniłem się, pajacu! Zaatakowałeś mnie! - To miej różdżkę, co to w ogóle za... co to za... krótka chwila ciszy, jaka była potrzebna Steffenowi do zakończenia tego zdania, zdawała się ciągnąć w jego głowie w nieskończoność. Zamknął oczy - nie, zacisnął powieki - zatrzymując w oczach łzy. W cyrku wszyscy powtarzali, że nie powinien o tym myśleć. Że miał się skupić na ćwiczeniach, na występach, bo przecież nie zatrzyma mocą woli rwącego nurtu rzeki. Robił to, póki nie przyszedł on.
Tak, Steff, jest wojna, a ja kręcę salta na końskim zadzie, bez różdżki, bo mogłaby by mi się przypadkiem wbić w oko, a eliksir odtworzenia ma zbyt gorzki smak. Bo nikt wcześniej nie rzucił mi tematem w twarz tak mocno. Mocno, choć Steff przecież nie powiedział nic takiego. Opuszczone powieki nabiegły krwią. Rozchylił usta, chcąc odpowiedzieć cokolwiek, że przecież wie, że trudno byłoby nie zauważyć, że to wszystko działo się tutaj: ale nie potrafił, głos ugrzązł mu w gardle, a on poczuł, że wygląda tak żałośnie, jak chyba nigdy - przed człowiekiem, którego nie potrafił nazywać już przyjacielem, bo świat nagle postanowił zwariować.
- Co? - zmarszczył brew, zmrużył oczy, ale chyba przeszła mu ochota na rozmowę o niedostępności Isabelli - chociaż Steffen puszył się tak mocno, że zaraz mógł odlecieć pod sam sufit namiotu, pod którym pewnie radził sobie trochę słabiej niż Marcel. - Nie mów, że dalej się za nią uganiasz - rzucił ze zrezygnowaniem, chyba nawet nie miał siły tłumaczyć mu, jak bardzo było to bez sensu. Niech robi co chce, stracił dla niej głowę i oby nie stracił jej dosłownie. Teraz, kiedy trwała wojna, jak słusznie zauważył. Teraz, kiedy ginęło tak wielu ludzi. Podniósł ku niemu wzrok, przeszklony, grymas zdradzał coś pomiędzy przerażeniem a bezradnością. A słowa Steffena nie były już zdolne wykrzesać z niego gniewu. Milczał. Milczał, póki Cattermole nie skończył mówić, a wtedy poczuł przemożną chęć zniknięcia - ale zniknąć nie mógł. Odejść też nie, bo kajdanki nie puszczą ich tak łatwo. I chyba poczuł się podobnie - jak gdyby ktoś uderzył go w twarz.
- Nie dostałem żadnego listu - wyznał w końcu, unikając jego spojrzenia. - Twoja sowa zwykle zostawiała je na parapecie mojej mamy, a mnie tam od dawna nie było. - Umilkł, tylko na chwilę, zbierając myśli. - Ale ty tu przychodziłeś, widziałeś mnie, i nic nie powiedziałeś! Wolałeś uznać, że kieruje mną duma, zamiast zastanowić się, czy twój cholerny list w ogóle do mnie dotarł? Wyprowadziłeś się z Londynu i nic mi nie powiedziałeś?! I jak niby miałem cię znaleźć?! - Czekał na niego. Sam nie pisał, bo po co - miał mu za złe wydarzenia sprzed miesięcy, a po drodze stracił głowę dla dziewczyny, która nigdy nie będzie jego. Stracił zainteresowanie Marcelem wtedy, dlaczego miałby je przejawić później. Coraz trudniej mu się oddychało. - Ja - ja co? Podobno proste słowa zawsze najtrudniej jest zawsze wypowiedzieć. Jego sąsiadka nie żyła, przeszło mu przez myśl, że może jednak powinien odwiedzić mamę. Przecież nikt się nie dowie, jak pojawi się tam tylko raz. - Przepraszam, Steff - wydusił w końcu. Może rzeczywiście był jak piętnastolatek. Może partolił wszystko, za co się brał, zupełnie jak jego ojciec. Ale jak miał zebrać to wszystko do kupy? Nic nie było w porządku i nigdy już nic nie będzie w porządku. - Mogłeś... mogłeś powiedzieć, że tu jesteś  - brnął, wciąż obrażonym tonem, szukając czegokolwiek na swoją obronę. Był zbyt roztrzęsiony, żeby zająć się kwestią szczura i konia. I jedzenia dla tego drugiego.

A koń w tym czasie świetnie dogadywał się za szczurem; rozłożył skrzydła, które wznieciły lekki wiatr, który nieco odrzucił Pimpusia, ale zaraz go spostrzegł - i przesunął w jego stronę - nosem - dorodną marchewkę, trzęsąc grzywą i ogonem, które mową ciała przekazywały Pimpusiowi, że gdzieś dwóch się bije, tam trzeci korzysta - a życie w cyrku nie jest wcale takie złe i mógłby tutaj zostać, gdyby chciał i gdyby nauczył się kilku sztuczek. Prychnął głośno, demonstrując swoją siłę, kolejnym machnięciem ogona przekazując Pimpusiowi, że w razie potrzeby przegoni Marcela, a Steffena tu i tak prawie nie ma... ale nie był pewien, czy Pimpuś rozumiał jego mowę ciała.




jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Powrót do góry Go down
Steffen Cattermole
Steffen Cattermole

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7358-steffen-cattermole https://www.morsmordre.net/t7438-szczury-nie-potrzebuja-sow#203253 https://www.morsmordre.net/t7411-xoxo-gossip-boy https://www.morsmordre.net/f127-dolina-godryka-szczurza-jama https://www.morsmordre.net/t7471-skrytka-bankowa-nr-1777 https://www.morsmordre.net/t7439-steffen-cattermole?highlight=steffen
Zawód : specjalista od klątw i zabezpieczeń w Gringottcie, po godzinach reporter dla "Czarownicy"
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I like to go to places uninvited
OPCM : 26
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 25
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6/56
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Namiot Podniebnego Cwału   Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 I_icon_minitime18.10.20 2:03

-Cooo? Skąd ty masz takie skojarzenia, co? To od sposobu, w jaki wypiskuje swoje prawdziwe imię, jeśli musisz wiedzieć! I zdrabniam, bo jest szczurem, szczury wszystko zdrabniają! - Stefciuś tupnął aż nogą, oburzony tymi niesprawiedliwymi zarzutami. Czy Marcel naprawdę nie miał lepszego hobby niż... -Co się tak uczepiłeś imienia mojego szczura? Jemu się podoba, a wiem, to bo to ja go rozumiem! - wytknął akrobacie ze złośliwą satysfakcją. Mało komu mógł się przechwalać animagią, więc postanowił skorzystać z okazji - skoro już Marcelius zna jego sekret (a szkoda, ten palant chyba jednak nie był godny zaufania!) to może mu nim cisnąć prosto w twarz, z wyższością!
Satysfakcja była jednak krótkotrwała, bo Marcel wyskoczył z Morganą niczym wschodnioeuropejski akrobata z konopi, a zestresowany Steffen nie zrozumiał, że mówił o dwóch innych postaciach historycznych.
-Może i trochę przysypiałem na lekcjach... - przyznał lekko zbity z tropu, bo nie pamiętał aby uczyli się historii współczesnej i że profesor Binns interesował się żonami nestorów, ale przecież... -...ale wiem, że jest plugawa i okrutna i kąpie się w krwi mugolskich dziewic, krytykujesz imię Pimpusia, a wzywasz nadaremno imię... kogoś takiego! - pouczył Marceliusa ze złością, chociaż gniewem starał się zamaskować przestrach.
Przynajmniej Sallow wyraził chęć wyswobodzenia ich z tej opresji. Może tylko udawał, ale Steff postanowił przynajmniej spróbować. Wstał za Marcelem, krzywiąc się i mając problem z utrzymaniem równowagi, ale w końcu oboje znaleźli się na nogach.
-Jaka przekła... Marcel, zwariowałeś, jak ja mam podnieść nogę tak wysoko? - uniósł brwi, widząc jakie akrobacje każe mu wyczyniać ten pajac. Ambitnie zacisnął szczękę, świadom, że tym razem to Sallow wyrzuci mu jego brak kondycji (czy tam rozciągnięcia, jakkolwiek to nazwie). Tak, jakby miał czas na jakieś ćwiczenia! Był przecież zajęty runami, zbieraniem informacji dla "Czarownicy", ratowaniem świata przed Czarnym Panem (o czym akurat Marcel nie wiedział) i oczywiście randkami z Bellą. Determinacja, by nie skompromitować się w oczach Marcela dodała mu chyba sił. Ku własnemu zaskoczeniu, zwinnie uniósł nogę tam gdzie trzeba, kajdanki zgrzytnęły i... oto byli wolni! Przeklęte żelastwo spadło na cyrkową arenę, a Steff spróbował złapać równowagę, odłożył nogę na ziemię i spojrzał na Sallowa ze zdziwieniem.
-Hm, hmpf, no miałeś rację. - przyznał, splatając dłonie i nerwowo wyłamując sobie palce - trach! To chyba czas, by się rozejść...? Marcel pewnie go teraz stąd wyrzuci i...
...Marcel wyglądał jakoś dziwnie i nawet na wolność nie zareagował spodziewanym entuzjazmem.
-Marcel? HEJ, Marcel! - zaniepokoił się, widząc bardzo, bardzo, bardzo dziwną minę byłego przyjaciela. Gdyby znał go lepiej, podejrzewałby nawet, że zbiera mu się na łzy - ale przecież musiał się mylić, już go nie znał, znał go kilka miesięcy temu i sporo mogło się zmienić.
-Słuchaj, przecież... nie zaatakowałbym cię. - wydusił, skołowany. Czy to o to chodziło, Sallow miał mu za złe głupiego upiorogacka? -Nie na poważnie, to był tylko upiorogacek... ale na poważnie to powinieneś mieć tą różdżkę za pasem, czy coś, czasy są szalone, ostatnio zaatakował mnie troll na ulicy... - i lord i jego kochanka, a Steff wygodnie pominął to, że sam ich wszystkich sprowokował (paplaniem do trolla i pokazywaniem się w towarzystwie poszukiwanej Hani).
Temat był poważny, nie wypadało z niego zbaczać, ale... Steffen nie mógł się powstrzymać, nie wtedy gdy Marcel znów próbował mu dawać beznadziejne sercowe rady. Gdyby posłuchał go ostatnim razem, to byłby starym, zgorzkniałym kawalerem! I spędziłby całe życie w bibliotece, a przynajmniej jakieś pięć lat.
-Ja się nie uganiam - przewrócił oczami z rozbawieniem, a na twarzy zamigotał mu uśmiech kogoś szalonego -Ja się jej oświadczę. - zadeklarował dumnie, bo na widok szklistych oczu Marcela zapomniał jakoś, że miał mu się już nie zwierzać i że może nie powinien mu ufać. Zapomniał też, że bez odpowiedniego wprowadzenia (nie było przecież czasu streszczać Marcelowi całej ucieczki Isabelli, a poza tym pewnie nic go to nie obchodziło!) zabrzmiał zapewne jak wariat, albo ktoś kto dostał omamów od wojennej traumy.
Przynajmniej kolejne słowa Marcela też były szalone.
-Nie było cię u mamy...? - powtórzył powoli, nie dowierzając. Przecież Marcel zawsze był u mamy. -Ale... jak to? Co u niej, jest bezpieczna? - dopytał odruchowo, nie przejmując się potencjalnym brakiem taktu. -Nałożyłem Dunę na dom mojej, jeśli potrzebujesz, Duna to moje nowe ulubione zaklęcie i pułapka, jest suuuupeeee - suuuuupeeeeeerrrrrr, ale Marcel wszedł mu w słowo, a Steff umilkł, nagle speszony. -No... nie sądziłem, że chcesz ze mną rozmawiać. A przez pierwsze tygodnie kwietnia byłem jeszcze w Londynie. - bąknął, dłubiąc butem w żwirku na arenie. Fajny ten żwirek. Uparcie skupił na nim wzrok, rysując podeszwą wzorek, aż...
-Och. - na dźwięk słowa przepraszam podniósł spojrzenie na Marcela, z przerażeniem dostrzegł łzy w jego oczach i zmiękł zupełnie -JA TEŻ PRZEPRASZAM PAJACU, nie odzywałem się bo myślałem że to ze złości mi na ten list nie odpisałeś! - wypalił na jednym wydechu i objął Marcela w niedźwiedzim, męskim uścisku (co akurat wyszło średnio, bo był chudszy i z takimi wątłymi mięśniami daleko mu było do niedźwiedzia). -Merlinie - to słowo akurat nie było zakazane, żaden współczesny psychopata tak się nie nazywał. -Nie znikaj tak już więcej, co? I nauczę moją sowę, że ma latać tutaj, bo już nie wypożyczam sów i mam własną, od Belli! - pochwalił się.

-Piiip!- -Dziękuję! - zapiszczał Pimpuś, wgryzając się w marchewkę. Jedząc, lustrował aetonana uważnym spojrzeniem i zdawał się pojmować, co ten chce mu przekazać.
Podniósł pyszczek i z wahaniem pomachał ogonkiem. Panowie zdawali się zostawić ich w spokoju, mógłby zniknąć niepostrzeżenie w stogu siana...
-Piiip pipipipi! - muszę zostać opiekować się Stefciem! On być głupi strasznie. Raz rzucić się na szyję człowieka jako szczur, a ludzi nie da się jeść. - pożalił się z dezaprobatą. Tak się w końcu poznali, pomógł wtedy Steffenowi, a ten pokazał mu w zamian bufet w Dolinie Godryka! -Piiiip! - wrócę tu, jeśli zginie przede mną albo przestanie dawać mi ser! - postanowił lojalnie.




intellectual, journalist
little spy

Powrót do góry Go down
Marcelius Sallow
Marcelius Sallow

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f296-arena-carringtonow https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Zawód : Akrobata
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

I walk the line

OPCM : 4
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Namiot Podniebnego Cwału   Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 I_icon_minitimeYesterday at 3:10

Skrzywił się, jakby ktoś znów dał mu w twarz, czy naprawdę było mu tego wszystkiego mało, czy naprawdę zamierzał się teraz wymądrzać i popisywać, o ile jest od niego zdolniejszy? Potrafił animagię, wielkie rzeczy, zamieniał się w pospolitego szczura, nie lwa Gryffindoru.
- Dobra... dobra! - Nie musiał się przecież tłumaczyć, a Marcel może rzeczywiście nie znał szczurzego języka i niewiele z tego popiskiwania rozumiał i choć wymówka, że szczury wszystko zdrabniają wydała mu się podejrzana i nie był pewny, czy Steffen go nie wkręca, to w zasadzie trudno mu było z tym dyskutować. - Nic mnie to nie obchodzi, nazywaj go jak chcesz  - Pimpuś srimpuś, jakie to miało znaczenie? Nie był jego przyjacielem - tylko Steffa - a Steff nie był już jego przyjacielem. Odwrócił wzrok na bok, by nie dać mu triumfować przepełnionym wyższością spojrzeniem, z irytacją gestem poganiając go do wzięcia udziału w przekładance.
- Morgana jest świetna - rzucił z czystej przekory, bo tak naprawdę historia interesowała go tyle, co inne teoretyczne lekcje, trudno było mu na nich wytrzymać do końca. Nie przeszło mu nawet przez myśl, że Steffen może mówić o innej Morganie - o historycznej legend było tak wiele, że któraś z nich mogła zakładać zarzuty wyrzucone przed chwilą przez Cattermole'a. - Nikt jej nie docenia tylko dlatego, że jest kobietą. - Wszyscy tylko Merlin, Merlin. W cyrku miał do czynienia z tak wieloma wyrzutkami społeczeństwa, że chyba już instynktownie obierał słabszą stronę. - Pewnie mogłaby zmiotnąć tego całego... Sam-wiesz-kogo jednym gestem - Gdyby tylko żyła. Wiedział o niej w zasadzie tyle, ile przeczytał na karcie Czekoladowej Żaby, a tam znajdowała się informacja o tym, że parała się czarnomagiczną sztuką. Może nie było to szczególnie chlubne zajęcie i pewnie dlatego Steff za nią nie przepadał, ale czegoś chwycić się musiał - a bardziej zależało mu na tym, żeby zgasić dawnego przyjaciela, niż na tym, żeby powiedzieć mu coś mądrego.
- Nie bądź cykor - żachnął się, kiedy usłyszał jego obawy. - I nie przeciągaj, na raz - zawołał - dwa - Uniósł i swoją nogę - trzy! - Udało się? Świetnie, miał niepowtarzalną okazję podkreślić swoją wyższość nad Steffenem, ale ten się z tego wymigał... tak łatwo? Ćwiczył, kiedy się nie widzieli? - Zrobiłeś to - wyrzucił z siebie ze szczerym i niemal dziecięcym zdumieniem, unosząc przed siebie wreszcie wolne dłonie. Nie, nie wierzył, że to się uda. Ale się udało, podniósł kajdanki, odrzucając je na kufer, z którego spadły wcześniej - byle z dala od nich, przynajmniej tym razem. Ale sukces nie był w stanie go ucieszyć, nie przyniósł radości ni ulgi, bo Steffen zbyt mocno przypomniał mu o tym, co go otaczało, o brutalnej i szarej, strasznej rzeczywistości. O wojnie. To było znacznie łatwiejsze, kiedy siedział tu otoczony kolorowymi namiotami wśród ludzi, którzy wpierali rzeczywistość równie mocno, co on sam. Bo przedstawienie musiało trwać. Ale to nic, bo skoro już po wszystkim, Steffen mógł sobie po prostu pójść, i... i nie wypowiadać więcej jego imienia w taki sposób.
- Troll? Na ulicy? Sprowadzili tu trolle? Nic ci nie zrobił? - zapytał skołowany, pomijając resztę jego tłumaczeń. Mógł kierować swoją złość na upiorogacka, ale tak naprawdę dobrze wiedział, że nie o to tutaj chodziło. - Widziałem plakaty, Steff - On też je widział, czy na pewno? Może ze szczurzej perspektywy było je trudniej dostrzec. - Listy gończe - Za bandytami. Jedyni bandyci siedzieli teraz u władzy. - Do końca czerwca był na nich Bertie - Nie znał go dobrze, ale przecież był ze Steffenem na roku. Byli razem w Gryffindorze. Pamiętał go, jego beztroskę, śmiech i łajnobombę, po której nie dało się wywietrzyć pokoju wspólnego przez chyba miesiąc. - A potem - urwał, a potem list został przekreślony. Tak po prostu - jakby nic nie znaczył. Gardło go paliło. Oczy też. Podobno chłopcom nie wolno płakać, robił, co mógł. - Wiesz coś o nim, Steff? Czy jego rodzina... zamierza się z nim, no wiesz  - Nie wiedział. Oddali im ciało? - pożegnać - rzucił w przestrzeń, nie miał kontaktu z nikim innym, kogo mógłby o to zapytać. Pytał o to późno, wiedział. Ale chciał zapytać mimo wszystko. Czuł, że tak powinien. - Daj spokój, mam różdżkę pod ręką. Tam gdzieś leży - machnął niedbale na pobliskie kufry, nie było jej widać na pierwszy rzut oka. - Tu... tutaj jest bezpiecznie. Pan Carrington przedstawia mnie teraz jako swojego syna. Uważaj na to, przybrałem jego nazwisko. - Byli czystokrwistą rodziną, o ile nikt nie przedrze się przez fasady, był bezpieczny. Steffen nie mógł lekkomyślnie zdradzić jego nazwiska przy kimś, kto nie znał prawdy. Wcześniejsze nosił po ojcu, którego ledwo pamiętał, nie było mu żal - choć czuł się trochę jak przebieraniec. Jak nie on.
- Zwariowałeś - zmartwił się, ale nie zdziwił. Wydarzyło się tak wiele strasznych rzeczy, że ucieczka przed tym do krainy własnych marzeń wydawała się czasem jedynym rozsądnym wyjściem. Oświadczyny Steffena były dla niego zbyt abstrakcyjną ideą, by w ogóle zaczął rozważać jakikolwiek stopień prawdopodobieństwa zdarzeń. Wystarczającym absurdem był ślub - Marcel jeszcze  nawet nie mógł go wziąć - dobór narzeczonej przypominał wisienkę na torcie złożonym z szaleństwa i przełożonym utraconymi marzeniami. Nie zdążył go jednak pocieszyć, bo Steffen jak na złość przeszedł w kolejny niewygodny temat. Poczuł się trochę, jakby ktoś właśnie przyłapał go na paskudnym kłamstwie. Trochę jak wtedy, kiedy tłumaczył mamie, że Hogwart trwa tylko pięć lat, a ona spojrzała na niego tak, jakby znała prawdę, choć przecież nie miała skąd. Odwrócił wzrok gdzieś w bok, nie chcąc i nie potrafiąc spojrzeć mu w oczy.
- Nie wiem - odpowiedział mu, ledwo słyszalnie, nie wiedział nawet, czy była żywa. To też prostsze było tutaj, tutaj wszyscy wiedzieli, że nie mógł tam pójść. Robił dokładnie to, czego od niego oczekiwali, choć tak naprawdę nigdy im nie wierzył. Miał wrażenie, że kogoś zawiódł. Może Steffena, może siebie samego. - Co? Jaka duna? - Pierwsze słyszał. - Nie, dzięki, to niepotrzebne - rzucił z ociąganiem, zastanawiając się, jak jej wytłumaczy kilkumiesięczne milczenie. Pewnie myślała, że już nie żył. Mógł chociaż napisać. I mógł też napisać do Steffena, zamiast poddać się tej komedii omyłek, ale tego też nie zrobił. Dlaczego - sam nie wiedział. Ostatnio nie był sobą. Uniósł ku niemu spojrzenie dopiero wtedy, kiedy Steffen też go przeprosił - zareagował na uścisk od razu, obejmując przyjaciela, nawet jeśli zamiast dwóch niedźwiedzi przypominali bardziej dwie wychudzone fretki. Marcel był silny, ale jego budowa przypominała bardziej budowę tancerza, niżeli osiłka, jego mięśnie były dobrze rozciągnięte, smukłe - ich siłę mógł jednak Steffen w tym momencie poczuć, bo objął go co sił, odwracając głowę gdzieś w bok, by nie widział jego łez. Świat się rozpadł, rozsypał jak pęknięte lustro, ale może kawałek po kawałku dało się jeszcze odratować choćby jego część, godząc się na nadchodzące siedem lat strasznej grozy. Steffen był dobrym początkiem. Drugim fragmentem będzie mama.
Nie wypuścił go z uścisku, póki nie uspokoił się chociaż pozornie, mógł nie mógł znów oddychać, nie pociągając nosem, póki łzy znów się nie wycofały. A Steff znowu o tej Belli.
- W porządku, Steff - odparł drżącym głosem, nie chcąc go denerwować. Wariatów nie można było denerwować - zresztą, Steffen żył już w swoim świecie. I tak nie przekonałby go, jak wygląda rzeczywistość, a jeśli wydawało mu się, że miał sowę od Belli, to nie wydawało się to jeszcze aż takie szkodliwe. Pewnie niedługo zacznie mu odbijać bardziej. Jeszcze raz uścisnął go mocniej, bo naprawdę szkoda mu było przyjaciela. Ale zawsze był wrażliwy, nic dziwnego, że się załamał. Miał nadzieję, że nie podda się urojeniom tak łatwo. Że zostało mu jeszcze trochę czasu, zanim odpłynie całkiem. - Wszystko będzie dobrze - zapewnił go, choć wiedział, że nic już nigdy nie będzie dobrze. - Ty też nie rób tego więcej. I... PUSZEK - przypomniał sobie, oglądając się na wejście do namiotu, gdzie akurat pojawił się Puszek - czarny kot bez lewego oka i prawego ucha, największy zabijaka w całym cyrku. Nie było sensu tłumaczyć się z tego w tym momencie, przecież wcale nie chciał, żeby przyjaciel Steffena został poddany sadystycznej kociej rozrywce. Byli już wolni, Marcel runął w kierunku konia i szczura, zamierzając złapać Pimpusia... zanim zrobi to Puszek. Ten drań nie słuchał tutaj nikogo, a co dopiero Marcela.

Aetonan wierzgnął ogonem, potrząsając łbem z nonszalancką obojętnością.
- Ale głupi ci ludzie - zwrócił się do Pimpusia, komunikując się z nim strzygnięciem uszu, po czym głośno zarżał ze zrezygnowaniem. - Jak sobie chcesz...

zwinność na złapanie pimpusia??




jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Powrót do góry Go down
Morsmordre
Morsmordre

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500

Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Namiot Podniebnego Cwału   Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 I_icon_minitimeYesterday at 3:10

The member 'Marcelius Sallow' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 51


Powrót do góry Go down
Steffen Cattermole
Steffen Cattermole

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7358-steffen-cattermole https://www.morsmordre.net/t7438-szczury-nie-potrzebuja-sow#203253 https://www.morsmordre.net/t7411-xoxo-gossip-boy https://www.morsmordre.net/f127-dolina-godryka-szczurza-jama https://www.morsmordre.net/t7471-skrytka-bankowa-nr-1777 https://www.morsmordre.net/t7439-steffen-cattermole?highlight=steffen
Zawód : specjalista od klątw i zabezpieczeń w Gringottcie, po godzinach reporter dla "Czarownicy"
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I like to go to places uninvited
OPCM : 26
UROKI : 0
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 25
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6/56
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarodziej

Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Namiot Podniebnego Cwału   Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 I_icon_minitimeYesterday at 4:14

-Dobra! - burknął Steffen, zastanawiając się czy Pimpuś przyjmie "Marceljestgłupi" jako drugie imię. Pewnie nie, reagował tylko na pierwsze, choć Cattermole starał się mu nadawać różne drugie imiona, a nawet nazwisko (na które również nie reagował).
-Suf..fagro...żysta - słowa z mugolskich gazet czytanych przez mamę bywały strasznie trudne -się znalazł. - cisnął w twarz Marcelowi, spoglądając na niego ze złością.
-To wyrachowana tyranka, a fotograf "Czarownicy" ponoć magicznie podretuszował jej zmarszczki! - odwarknął, no bo nie mógł publicznie rozmawiać o tym, że jego znajomy został przeklęty najprawdopodobniej przez Morganę, a retuszowanie sobie zdjęć było pierwszą obelgą, jaka przyszła mu do głowy.
-Dałbym głowę, że ona jest po jego stronie. - szepnął nerwowo, wciąż mówiąc o Morganie w czasie teraźniejszym, ale może Marcel wytłumaczy to sobie jego narastającym obłędem.
Na szczęście przekładanka skutecznie odciągnęła jego uwagę od lady Selwyn.
-Zrobiłem! - potwierdził z równie wielkim zdziwieniem jak Marcel, a usta mimowolnie rozciągnął w triumfalnym uśmiechu. Zrobił, naprawdę to zrobił! Może jednak nie był ostatnią ofermą, a zresztą nie mógł pozostać fajtłapą - pojedynkowanie się w Londynie wymagało nieco lepszej kondycji. Satysfakcja trwała krótko, Marcel skutecznie zaniepokoił go swoją miną - a potem było już tylko gorzej.
-Troll... nie wiem, czy to oni go sprowadzili, ale teraz jest chyba po ich stronie. - nie wiedział, nie miał śmiałości wrócić na tamten most, ale podejrzewał, że lord Black i jego towarzyszka mieli wszelką sposobność by porozmawiać z trollem po tym, jak rozprawili się z nim i Hanią. Może nawet któreś z nich znało trolliński? Lordowie byli podobno wykształceni... -Był na Moście Miłości, lepiej tam nie chodź po zmroku. - poradził Marcelowi. Mógłby mu poradzić jeszcze więcej, ale... no właśnie, nie mógł. Jeszcze by spytał, skąd Steffen to wszystko wie, a Steff nie miał serca łgać w oczy przyjaciół (albo eks-przyjaciół). Zresztą, Marcel całkiem nieźle urządził się w tym cyrku, na pewno zadbał o bezpieczeństwo swoje i mamy i nie zawraca sobie głowy wojną...
...a jednak sobie zawracał. Plakatami. Steffen zbladł nagle i mocno przygryzł dolną wargę, prawie do krwi. A potem Marcel wspomniał Bertiego i nie było już odwrotu, broda Cattermole'a zaczęła drżeć, ramiona też zadygotały, a z oczu natychmiast popłynęły łzy. Minęły niecałe dwa tygodnie, nie było sensu się powstrzymywać. Steff opłakiwał już przyjaciela już przy Belli, przy Alexie, przy śniadaniu, przy Pimpusiu, przy goblinach (o zgrozo! Musiał im naściemniać, że to wyjątkowy przypadek spontanicznego magicznego kataru, ale chyba nie uwierzyły), najwyżej rozklei się jeszcze przy Marcelu.
-O...o...o... - coś ścisnęło mu gardło i tylko zaszlochał, a potem zaczął hiperwentylować i musiał wziąć kilka głębokich wdechów żeby mówić dalej. -...nnn nnnii..e żyje, M...m...marcel. - wyjaśnił z trudem, na wypadek gdyby Sallow jeszcze się tego nie domyślił. -I...i... nie m..mmm...a ciała. P...podobno z...z..ostawili je w p...pp...orcie na p..ppp...rzestrogę. - wydusił z siebie, a z pośpiechem otarł oczy skrawkiem rękawa, ale łzy płynęły nadal.
-P..p...p...omieszkiwał u mnie, w maju najechali mu d...d...om. - wykrztusił nagle, ledwo słyszalnie na wypadek gdyby ściany (a raczej materiał areny) miały uszy, ale łzy w oczach Marcela zdawały się zażegnać jego nieufność. -I...t...to nic nie dało, m...może u mnie b...był bezpieczny, ale nie ustaliliśmy żeby nn...nie wychodził... - nie potrafiłem go ochronić, może oboje wierzyliśmy, że jest niezniszczalny. Zacisnął mocno powieki, a potem spojrzał na Marcela z nagłą determinacją, uspokajając trochę swój oddech. Nie było już sensu kozaczyć i się wymigiwać.
-Więc dlatego tu jestem. Dzisiaj, p...po jego śmierci. I dlatego jako szczur. B...bo chciałem sprawdzić czy ty jesteś b...b...bezpieczny i bo ja sam mogę b...być kiedyś na tych plakatach. - wyjaśnił, nie wdając się w szczegóły. Zadawanie się z Bertiem powinno być wystarczającym uzasadnieniem dla jego niepokoju. Zaś dla Steffa śmierć przyjaciela była swoistym rachunkiem sumienia - przypomniał sobie, że od końca kwietnia nie zaglądał do cyrku, napisał do Jade i innych członków rodziny, a nawet dojrzał do decyzji o oświadczynach, jakkolwiek paradoksalna by nie była. Czasem miał tylko łzy w oczach, gdy wyobrażał sobie wesele, bo Bertie zawsze miał być jego drużbą (bez urazy dla Marcela - tylko jeden z nich wciągnął go do Zakonu Feniksa i tylko jeden z nich nie krytykował zauroczenia Bellą).
Przynajmniej wywrotowa działalność na tyle uwrażliwiła Steffena na kwestie bezpieczeństwa, by natychmiast pojął, o co chodzi z panem Carringtonem i nowym nazwiskiem.
-No proszę, to jednak równy gość, ten pan Carrington. - spróbował zmusić się do bladego uśmiechu, ale jego usta tylko wygięły się w podkówkę. -Marcel Carrington. - powtórzył posłusznie. -To...mądre. Ale jakby... jakby w tym cyrku było jednak krucho, to... pamiętaj, że znam bezpieczne miejsce, dobrze? Dla ciebie i twojej mamy, albo dla was obojga. Moja... moja jest we Francji, z Willem, nałożyłem pułapki na pusty dom rodziców dopóki nie wrócą, ale znam miejsce bliżej niż Francja. - obwieścił nagle, chwytając Marcela za rękaw i spoglądając na niego z nagłym naciskiem. Nie mógł powiedzieć więcej, nie dopóki Marcel lub jego mama nie zdecydują się na podróż w jedną stronę (bo miał na myśli Oazę, oczywiście, choć kanapa w jego Szczurzej Norze też zdałaby egzamin - tej jednak nie rozważał, bo miał lekką traumę, odkąd jego ostatni gość został zamordowany w porcie). -Jak coś... to po prostu napisz. - poprosił stanowczo, nawet nie podejrzewając, że Marcelius właśnie filtruje część jego słów przez pryzmat wyimaginowanego obłędu.
-Spokojnie, Johnny też mi mówił że zwariowałem, bo on chyba będzie wiecznym starym kawalerem - nie pamiętał, czy Marcel był z nim i Bojczukiem na jednej z potańcówek, na których Johnny wyrwał trzy damy na raz. Steffen trochę się wtedy upił i mało pamiętał z tamtego wieczoru, a potem przestał już zapraszać na tańce Bojczuka i chodził z samym Marcelem, wtedy chociaż mieli prawie równe szanse na podryw. -Ale jak się wie że to ta jedyna to nie ma co czekać! Życie jest za krótkie na zwlekanie. - dopiero myśl o Isabelli wyrwała go na moment ze szponów żałoby, nie płakał już, tylko uśmiechnął się przez łzy.
-Duna to pułapka-wydma! - wypalił od razu, uwielbiał przecież gadać o transmutacji... -Moja mama strasznie się martwiła o meble, jak wyjeżdżała do Francji, więc nałożyłem Dunę przed dom i na salon też, i jak jakikolwiek złodziej zbliży się do domu rodziców albo do jej komody to pochłoną go ruchome piaski. Meble chyba też się wtedy zapadną, ale prawdę mówiąc jeszcze tego nie testowałem, ale wiem, że działa. No, a poza tym można tego używać jako zaklęcie, rzuciłem to na trolla i dlatego jeszcze żyję. - pochwalił się, bo Duna została ostatnio jego nowym hobby, rzucał ją na wszystko i wszystkich i wszędzie. Częściowe zawalenie się mostu było co prawda sygnałem ostrzegawczym, ale uratowało mu życie, więc nie zamierzał się przejmować.
-Jeśli twoja mama jest w domu to pewnie potrzeba też innych pułapek, a jak się wyprowadziła to Duna pewnie wystarczy, i... jak to nie wiesz? Nie no, jak nie potrzeba, to nie, ale pamiętaj, że mogę pomóc. - i znowu ten dziwny nacisk, dziwna pauza, umknięcie spojrzeniem. A potem męski uścisk, zapewnienie, że jest w porządku, że wszystko będzie dobrze - w które uwierzył.
-Dobrze, że jakoś się trzymasz. - szepnął, ufając, że Marcel ma jakoś to wszystko ogarnięte. Był pajacem, ale przecież (już) nie był palantem. W ciągu ostatnich miesięcy Steff dojrzał podejrzanie szybko, kupił już dom, może zasadzi jakieś drzewo, a po ślubie z Isabellą może nawet spłodzi syna - nie przewidział więc, że przyjaciel jeszcze za nim nie nadąża, że jest młodszy, a czas w cyrku biegnie wolniej. Na przykład, gdy tak się po męsku ściskali, to czas całkiem zwolnił aż...
-Pimpuś, nieeeeee! - jęknął Steff, z przerażeniem spoglądając na kota. A potem, jak w zwolnionym tempie, obserwował jak czarny potwór zasadza się na jego przyjaciela i jak jego drugi przyjaciel bohatersko biegnie na ratunek...

-PIIIIP! - zostaw mnie, jem! - zaprotestował Pimpuś, rzucając koniowi porozumiewawcze spojrzenie - ci ludzie naprawdę są głupi. Ale wtem zobaczył w wielkich oczach aetonana odbicie równie wielkiego kota, zmartwiał, pisnął już tylko ze strachu i wtem... znalazł się wysoko, na dłoni tego człowieka, o wiele szybszego i zwinniejszego od Stefcia (któremu nie dawał się tak łapać, chyba że akurat chciał dać się złapać).
-Pip? - ty być w porządku? - zapytał nieśmiało Marcela, kuląc się ze strachu na jego dłoni.

Zdyszany Steffen przybiegł do nich, z niedowierzaniem i wdzięcznością wpatrując się w bezpiecznego szczura.
-Uratowałeś go. - wykrztusił, a wzruszenie ścisnęło mu gardło. Obejrzał się przez ramię na kota, który zdawał się wpatrywać w niego (!!!) łakomie. Brrr.




intellectual, journalist
little spy

Powrót do góry Go down
Marcelius Sallow
Marcelius Sallow

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8833-marcelius-sallow#263287 https://www.morsmordre.net/t8838-marcelius-sallow#263482 https://www.morsmordre.net/t8835-marcelius-sallow#263320 https://www.morsmordre.net/f296-arena-carringtonow https://www.morsmordre.net/t8839-skrytka-bankowa-nr-2088#263495 https://www.morsmordre.net/t8841-marcelius-sallow#263502
Zawód : Akrobata
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler

I walk the line

OPCM : 4
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 18
Genetyka : Czarodziej

Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 Empty
PisanieTemat: Re: Namiot Podniebnego Cwału   Namiot Podniebnego Cwału - Page 3 I_icon_minitimeToday at 2:48

- Co? Czy ty mnie obrażasz? - Nigdy nie słyszał o sufrażystkach, nie skojarzył słowa z tym, które wydukał on - może oznaczało tajemnego członka kręgu miłośników Morgany de la Fay, choć naprawdę nie pojmował, dlaczego jej imię wywoływało w nim tak skrajne emocje. - Jakie znowu zmarszczki? Jaki fotograf? Steff, ta baba jest martwa od setek lat! Nie stoi po niczyjej stronie! - Zwariował do reszty? Nawet, jeśli tak, musiał się otrząsnąć - nie mógł odlecieć całkiem. Ale te przytyki powoli traciły na znaczeniu, odchodziły w niepamięć, bo znacznie ważniejsze było tu i teraz. Imię Pimpusia, Morgana, czy nawet tamta dziewczyna, której imienia nie mógł sobie przypomnieć, jakie to wszystko właściwie miało znaczenie? Pokręcił głową z niedowierzaniem, widział już olbrzymów, teraz schodzą się trolle, co będzie następne?
- Jeśli tak dalej pójdzie, z tego miasta za rok nie zostaną nawet popioły - wyrzucił z siebie, z przerażeniem uświadamiając sobie, że naprawdę tak sądził. Że zdolni byli zniszczyć wszystko co kochał i wszystko co miał, dla swojej chyba tylko sadystycznej przyjemności. Nikt chyba nie wierzył w te brednie o budowaniu nowej rzeczywistości, pewnie gdyby prześwietlić wszystkich popleczników tego szaleńca, połowa z nich miałaby mugoli najdalej wśród pradziadków. A mówią, że każda rewolucja pożera w końcu własne dzieci. Ale nie powiedział nic więcej, odwracając wzrok w bok, by nie patrzeć na niego: na jego drżącą brodę i łzy, które smętnie potoczyły się po policzkach. Wciąż czuł własne, piekły. Poczuł je w tej chwili mocniej. Bertie nie żył, tyle Marcel wiedział. Nie znał go nawet w połowie tak dobrze jak Steffen, w zasadzie nie znał go wcale, krótkie wymiany uprzejmości, kilka lat spędzonych w jednej wieży, a jednak, kiedy zobaczył go na tym plakacie, poczuł, jakby znał go od lat i jakby był mu kimś bliższym, niż rzeczywiście był. Było mu go żal. Tak jak żal było mu zranionego Steffena. Nie pośpieszał go w żaden sposób, milcząc, aż ten zbierze oddech i siły, by opowiedzieć mu o tym, co wiedział.
- Przestrogę? - powtórzył po nim z niesmakiem, przestrogę przed czym, przed pieczeniem ciastek? Nie wiedział, że najechali mu dom - musieli polować na niego dłużej. Znów zamknął oczy, biorąc głęboki oddech; rozumiał go, bo jeśli puścili gończe listy za Bertiem Bottem, mogli je puścić za każdym. Bez ciała nie było sensu robić pogrzebu. Są takie chwile, w których słowa to za mało: nie wiedział, co powinien powiedzieć, co zrobić, jak zareagować - co mówiło się w sytuacjach takich jak ta? Sam już nie był pewien, co czuł, najpierw się bał, potem wypierał wszystko, co słyszał i co widział, a teraz znów czuł strach, który mieszał się jednak z zaprzeczeniem i z wolna przeradzał się w gniew. Gniew krążący w żyłach, pompujący serce szybkim rytmem, dzwoniący w uszach przedziwnym piskiem. Kiedy ci psychopaci zdecydowali się ofiarować sobie prawo do zabijania - i dlaczego im się to właściwie udało? Przecież nikt ich tutaj nie chciał - on, Steffen, Bertie, inni; świat należał do młodych, prawo do wzniecania rewolucji też, tymczasem podstarzali arystokracji pod wodzą samozwańczego lorda zdecydowali się nagle obrócić świat do góry nogami.
Chyba się na to nie zgadzał, pech chciał, że nikt go o zdanie nie pytał.
- To nie twoja wina - odparł w końcu, to nie on umieścił go na listach gończych, to nie on pozbawił go tchu. Nie powinien się obwiniać. Ale wiedział, że będzie. Znał go przecież dość dobrze, a mimo wbitych drzazg i zabliźnionych ran, miał przed sobą tego samego Steffena, co przed paroma miesiącami, swojego przyjaciela. - Został bohaterem - oznajmił z całą determinacją, w jaki był w stanie przekuć swój gniew. Tak, bohaterem, poszukiwano go za sprzeniewierzenie się władzy. Cokolwiek zrobił, zrobił to dobrze, zwrócił na siebie uwagę. - Słyszysz mnie, Steff? Bohaterem! Chcieli ukarać go przykładnie i został przykładem, bo wszędzie walają się plakaty, na których on - uśmiechnięty - został skreślony czerwonym atramentem. Tak jak skreślić mogą dzisiaj każdego. Ale przecież nie ma i nie będzie na to nigdy naszej zgody! - Jeśli Bertie nie bał się sprzeciwić, jeśli Bertie nie bał się działać, dlaczego on miałby? Dlaczego Steffen miałby? Dlaczego ktokolwiek miałby? Marcel był bardzo młody, najpierw robił, potem myślał, a jedyne, co naprawdę potrafił, to uciekać przed patrolami policji, ale znalazłszy wtedy ten plakat, prócz goryczy i żalu poczuł też podziw.
W końcu rzucił się na Steffena jeszcze raz, po raz trzeci zamykając w niedźwiedzim - z braku lepszego określenia - uścisku. - Przykro mi - dodał szczerze, nie powstrzymując kolejnej łzy, która nabiegła do oka. Tego też nie chciał: ani śmierci Bertiego ani żałoby Steffena. Bohaterska śmierć nie sprawiała wcale, że była łatwiejsza do przyjęcia. Dla Bertiego pewnie lepiej byłoby nie być bohaterem - i żyć. - Naprawdę bardzo mi przykro - Również dlatego, że nie było go przy nim, kiedy naprawdę go potrzebował. Wobec prawdziwej tragedii tamte zwady zdawały się być błahe i pozbawione znaczenia. Jego głos wciąż drżał, odsunął się od niego po chwili.
- Tak, równy - mruknął zdawkowo, miał niejasne przeczucie, że w jego dobrym geście nie chodziło jednak o współczucie, a pieniądze, jakie niosły za sobą występy Marcela. Wysłuchał Steffena, nie przerywając mu, z jego słów wnioskując, że proponował jego mamie - i jemu samemu - przenosiny jeśli nie do Francji, to gdzieś na obrzeża kraju. Właściwie byłoby to całkiem wygodne, ale nie było ich na to stać. Podróż - jego mama była mugolką, nie mogła ot tak przenieść się teleportem, nie był pewien, czy mogła dotknąć świstoklika, zawsze było to obarczone pewnym stopniem ryzyka - utrzymanie, jego mama nie miała oszczędności, a on zarabiał niewiele, na miejscu nie będzie wcale prościej. Nie widział takiej możliwości, nie w tym momencie.
Chyba też trochę nie chciał zostawiać cyrku.
- Na razie dajemy radę - zapewnił, nie chcąc wyjawiać kryjących się za tym powodów. Jego kąciki uniosły się w górę w niepewnym uśmiechu, kiedy Steffen wrócił do tematu Isabelli. Więc Bojczuk wiedział, że Steff miał problem. Może razem coś wymyślą, powinien z nim o tym porozmawiać. Pokiwał głowa, ze smutnym i nieco zakłopotanym uśmiechem, chcąc wykrzesać z siebie zrozumienie. Na pewno dało się to jakoś... odwrócić. - Martwiła się o meble  - powtórzył za nim, zastanawiając się, czy aby ta przypadłość nie była rodzinna. Było w tym coś bardzo przykrego i bardzo naturalnego, ale Marcel nie potrafił tego zrozumiec. - Dobrze słyszeć, że jest bezpieczna. I że ma kogoś, kto się nią zaopiekuje - Will z pewnością mógł to zrobić. Wielka szkoda, pomyślał z przekorą, ironizując na samego siebie, że jego matka na to liczyć nie mogła. - A co z Willem? Wszystko dobrze? Czekaj, chodzisz po Londynie nie jako szczur? Nie powinieneś, złapią cię - Policja chyba przerażała go jednak bardziej niż troll. Trolle były powolne. A policja brutalna, bezlitosna i zabijała. Katowała, widział na ulicy.
- Może mojej mamie rzeczywiście przydałaby się taka duna - stwierdził, kiedy potok słów Steffena ucichł. Powoli się przekonywał. - Pomożesz mi? Chciałbym... chciałbym, żeby była bezpieczna - Choć chyba nie okazuję tego najlepiej. - Nie wiem, nie rozmawiałem z nią... jeszcze - mruknął, szybko sięgając po kolejne słowa, by Steffen nie przerwał mu w niezręcznym momencie. - Ale odwiedzę ją, dowiem się co i jak i napiszę do ciebie wtedy, w porządku? - Kiedy twój jedyny syn przychodzi po czterech miesiącach milczenia, czterech miesiącach, w trakcie których zdążyła rozpętać się wojna, nie wojna, rzeź, to chyba wolisz, żeby przyszedł sam. Marcel miał poczucie, że był jej winien coś więcej, niż przeprosiny. Ale od tej niewygodnej rozmowy uratował go Puszek, który przyczaił się na Pimpusia, a którego sam tutaj zawołał, nagły heroiczny zryw zakończył się sukcesem. Objął szczura dłońmi delikatnie, wyciągając go - skulonego, chyba załapał, że sprawa była poważna - w kierunku Steffena. Powinien zabrać go jak najszybciej - jemu Pimpuś ufał przecież bardziej.
- On coś do mnie mówi? - zapytał bez przekonania, spoglądając na Steffa. Szczurzy ryjek ewidentnie wyciągnięty był w jego stronę, ale Marcel nie potrafił zrozumieć zamiarów Pimpusia. - Chyba nie myślałeś, że naprawdę zostawię go kotom? - zapytał Steffena z oskarżycielskim wyrzutem w głosie, oglądając się przez ramię na zawiedzionego Puszka. Kot znalazł się blisko i otarł się o spodnie Steffena, licząc na przysmak, konkretniej szczura. Oblizał się z apetytem, nie tracąc nadziei.

Koń - który nazywał się Skoczek - zarżał z zażenowaniem.




jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy, jeszcze się nam ukłonią ci co palcem wygrażali

Powrót do góry Go down
 

Namiot Podniebnego Cwału

Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

Permissions in this forum:Możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dzielnica portowa :: Magiczny port :: Arena Carringtonów-
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-20