Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu
Namiot Podniebnego Cwału
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Namiot Podniebnego Cwału

Po wejściu do pozornie najmniejszego z namiotów, jego wnętrze okazuje się olbrzymie: wysokie, dalekie na przynajmniej kilkaset metrów, doskonałe do końskiej szarży. Wewnątrz namiotu swoje pokazy dają bowiem akrobaci wyspecjalizowani w aetonanach, dwójka najwyżej pięcioletnich dziewczynek, dwoje mężczyzn i jedna kobieta tańczą na wzlatujących ku sklepieniu skrzydlatych koniach. Bez trudu stają na rękach na grzbietach nieosiodłanych koni, na jednej ręce, na jednej nodze, bez trudu przepływają z jednego grzbietu na inny. Większość widzów tłoczy się blisko ścian namiotów, obawiając się oberwać potężnym kopytem.

Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Namiot Podniebnego Cwału - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Prawdziwość macierzyństwa pozostawała nieuchwytna, skryta za mgłą braku doświadczeń - i tam też miała na zawsze istnieć. Jedynie w domysłach, labiryncie przypuszczalnych odczuć, możliwych scenariuszy. Nigdy nie ziścić się, nie nabrać kształtów, materialnej formy pulchnego berbecia. Pogodziła się z tym faktem dość dawno temu, chociaż teraz, obcując z nieznajomym niemowlęciem, coś w środku niej samej zatęskniło za nieosiągalnym. Nie pojmowała buzujących w organizmie emocji, instynktów, jakie nakierowały ją na jeden cel: ochronę przed całym światem. Poddawała się im uznając za słuszne, ale jednocześnie tak mocno niezrozumiałe. Dlaczego? Mogła zrobić coś całkowicie przeciwnego; chwycić dziecko w ramiona i po prostu oddać w ręce kogoś wyżej postawionego w hierarchii, pozbyć się niewygodnego przerywnika trwającej próby, jego los zrzucając na barki innych. Nie znała chłopca wcale, nie miała najmniejszego pojęcia czyim był krewnym, zaś ludziom nie ufała od momentu pierwszego spotkania. Może sam maluch nie posiadał w sobie odpowiednich mocy do czynienia zła, ale zawsze mógł być przez kogoś takiego wykorzystywany. Po co? Nie zastanawiała się nad tym, nie poddawała się najróżniejszym scenariuszom wykwitającym w bogatej wyobraźni, ignorując wrodzoną nieufność. To ona szeptała o absurdalnych możliwościach, chociaż jeśli wziąć pod uwagę panującą wszędzie wojnę, to obawy wcale nie musiałyby być bezpodstawne. Z autopsji znała ludzkie okrucieństwo, do czego byli zdolni - wcale nie musieli być przypartymi do muru, wystarczyło zwykłe podążanie za tłumem i człowieczeństwo znikało. Jeśli istniał chociażby cień szansy na paskudną manipulację, to powinna pozostać czujna. Tymczasem przygarnęła drobne ciałko do siebie, z czułością owijając kocem i już snuła plany na przyszłość. Nie mogła mieć dzieci; swoich czy cudzych, byle wagon na skrawku placu nie był odpowiednim miejscem do wychowania. Tak samo jak bieda rozchodząca się pustką po kieszeniach i tak samo jak niebezpieczeństwa czyhające w każdym zakamarku tutejszych terenów. Początkowo nastawiona na znalezienie maleństwu odpowiedniej, kochającej rodziny, później poddająca w wątpliwość każdą ewentualność - aż powrót marnotrawnego ojca okazał się rzeczywistością. Nieprawdopodobną, przeistaczając się stopniowo w nieśmiałą, wieńcząc całą tę niecodzienną scenę brakiem zwątpienia. Pojęcie minionych wydarzeń znajdowało się poza zdolnościami rozumowania, ale ta więź naznaczona została szczerością i głębią, o którą nie podejrzewała zachowawczego nieznajomego. Obserwowała go uważnie, z oczami nieopuszczającymi męskiej sylwetki; nieświadomie zdradzając tym samym podobieństwo do leżącego obok kocura. Milczała w oczekiwaniu na odpowiedź jaka nigdy nie nadeszła - nie miała najmniejszego pojęcia czy oznaczała ona zlekceważenie czy zwyczajny brak słów, ale poczuła na dnie żołądka szarpnięcie lęku. Nie miał nic do wyjaśnienia? Nie odnajdywał argumentów? Nie chciał przyznać, że porzuciłby dziecko? Potrząsnęła głową w nadziei, że wraz z tym gestem spadną wszelkie nieprzyjemne myśli i wzięła głęboki wdech nim powróciła do neutralnego wyrazu twarzy. Dopiero wtedy odważyła się postawić swoje warunki, które prawdopodobnie i tak nie spełniłyby swojej roli, gdyby tajemniczy jegomość po prostu zabrał dziecko i uciekł z nim w popłochu. Może obawiał się gotowego do skoku Qadira, z pewnością nie zdołałby uciec przed jaguarem; mógł się jedynie domyślać, że nie naraziłaby niewinne dziecko na krzywdę, ale nie miałby pewności. Nie, kiedy nie znali się wcale.
Paradoksalnie, kiedy ich biodra zetknęły się na ułamek sekundy i kiedy dłoń przelotnie musnęła drugą, zrelaksowała się nieco. Nie potrafiła wytłumaczyć tego przed samą sobą, ale napięcie związane ze strachem o los chłopca nagle zniknęło, jakby te nic nieznaczące ruchy urosły jednak do tych kojących. Mówiących niewerbalne wszystko będzie dobrze z mocą, o jakiej nie śniła. Po przekazaniu malca w męskie ramiona odwróciła na moment wzrok z zamiarem uspokojenia chaotycznych myśli, niezmiennie napędzanych przez nieznane emocje. Kilka uspokajających oddechów później powróciła wzrokiem do dwuosobowej rodziny, ale tamtejsze uczucia okazały się aż nazbyt silne. Przez moment to ona poczuła się jak intruz, który zaburza intymność tej chwili, pełnej wzruszenia oraz szczęścia. Uśmiechnęła się blado nim odwróciła głowę w stronę szykujących się do wznowienia próby cyrkowców. Oddała im kawałek prywatnej przestrzeni, nie myśląc o tym, że mogła zażądać czegoś innego. Zwyczajnie cieszyła się ze wzajemnego odnalezienia; pod wpływem impulsu zaczęła gładzić miękką sierść Qadira. Zwierzę wydało z siebie głośny pomruk zadowolenia, co Jones skwitowała drżeniem kącików ust. Od czasu do czasu rzucała krótkie spojrzenia na scenkę rozgrywającą się tuż obok, aż odchrząknięcie czarodzieja na stałe przykuło kobiecą uwagę. - Nailah - odparła spokojnie, głosem pozbawionym konkretnej emocji, sugerującym bardziej intensywne myślenie niż odczuwanie czegokolwiek. Uścisnęła dłoń pewnie, ale nie wkładała w ten gest siły, nie zamierzała przemycać w nim groźby ani ostrzeżenia, planowała jedynie zapewnić o pewności siebie. Tego, kim była i że nie wstydziła się żadnego elementu tworzącego jej osobę.
Skinęła głową na podziękowania, nieszczególnie wiedząc jak reagować w takich sytuacjach - rzadko miała do czynienia z jakąkolwiek wdzięcznością, zwykle traktowano ją protekcjonalnie ze względu na kolor skóry oraz profesję, z góry zakładając, że jej pomoc była im zwyczajnie należna. - Po prostu dbaj o tego urwisa. - W tym momencie głos zmienił brzmienie na ciepłe i zdecydowanie lżejsze od poprzedniego, zachowawczego; o ile było to możliwe w przypadku głębokiego tembru jaki posiadała. - Ach, prawie zapomniałam o historii! - wyrzuciła z siebie nagle z zadziwiającą energią. Delikatnie trąciła palcem niewielki, chłopięcy nosek, żeby zwrócić uwagę malca na sobie. Dotąd był przecież zajęty swoją fantastyczną zabawką. - Otóż, Ulubieniec Słońca zgodnie z przykazem stanął w samo południe na skraju pustyni, gdzie miał stanąć naprzeciwko Złego Wezyra. Ten także pojawił się na miejscu, ale z armią najemników, co sprawiło, że wyśmiał samotnego bohatera, który liczył na zwycięstwo w pojedynku. Ale to czarnoksiężnik pomylił się - zza piaszczystych gór przybyli przyjaciele Ulubieńca Słońca, a także mieszkańcy miasteczka, którego mężczyzna dotąd zażarcie bronił. Nie wiedzieli jak walczyć, nie mieli nawet własnej broni, ale w dowód wdzięczności postanowili pomóc swemu wybawicielowi. Widzisz - zaczął Ulubieniec Słońca - Ja mam po swojej stronie lojalność i przyjaźń, miłość i oddanie, szacunek i ciężką pracę, odwagę i determinację, chęć niesienia pomocy i nauki, życzliwość i dobroć, a ty? Nie masz nic prócz najemników, którzy odwrócą się od ciebie, gdy ktoś zapłaci im więcej. Czy takie życie jakie sobie wybrałeś, ta potęga o której marzysz, czy to jest warte tej palącej w środku samotności? - spytał wprost, a na twarzy przeciwnika pojawiło się zaskoczenie, żal, a na koniec wściekłość. Nie patrząc na nic zadał pierwszy cios, ale Ulubieniec Słońca odskoczył w ostatnim momencie. Rozgorzała walka. Niestety, nasz bohater przegrywał, nie dorównując umiejętnościom starszemu mężczyźnie. Gdy runął na gorący piach pomyślał, że to już koniec, ale promień światła z nieboskłonu odbił się od metalu broni oślepiając oponenta, dzięki czemu Ulubieniec Słońca rozbroił go. Chwilę później polecił przyjaciołom związanie Wezyra. - Nie zabijesz mnie? - spytał tamten, na co bohater pokręcił głową. - Wszystkim wydaje się, że Słońce oczekuje krwawych ofiar, że tym się syci, ale to nieprawda. Dość już przelanej krwi, dość brutalności. To nie wojny potrzebuje, to miłosierdzia i ciężkiej pracy. Łatwo jest zakończyć czyjeś życie, ale trudniej jest je zmienić. Nie tylko wskazać dobrą drogę, ale też pomóc mu nią kroczyć - odparł z przekonaniem. I tak się stało, uczył go żyć na nowo. Niektórzy mówią, że zmarnował czas, bo sukces odniósł dopiero pod koniec swych dni, gdy obaj byli leciwymi staruszkami. Jednak Wezyr nie był już złym, gdy przeżył ostatni rok egzystencji poświęcając się drugiemu człowiekowi. Ulubieniec Słońca zmarł tydzień później, podczas snu; powiadają, że zastano go z szerokim uśmiechem na naznaczonej zmarszczkami twarzy. - Zakończyła wreszcie, zamykając ostatni rozdział zaczętej wcześniej opowieści. Wiedziała przecież, że chłopiec nic z tego nie zrozumiał, ale cieszyła się, że ofiarowała sobie w ten sposób parę minut w ich obecności. - A ty? Myślisz, że zmarnował czas? - spytała z ciekawością Jaydena, przenosząc wzrok na jego twarz. Interesowało ją czy słuchał, a jeśli tak to czy miał na ten temat jakieś przemyślenia. Po chwili jednak odjęła spojrzenie, kierując je na unoszące się w niebie aetonany. Nie zamierzała przecież wywierać presji.



czasem patrzył na nia
siedzącą na swoim posłaniu, i niemal słyszał rozpaczliwy zew tęsknoty zamkniętego w klatce drapieżnika.
Nailah Jones
Nailah Jones
Zawód : treserka zwierząt w cyrku, początkująca twórczyni talizmanów
Wiek : 28
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

dzikie to, spazmatyczne
pstrokate jak całe ich życie

OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 10
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Zwierzęcousty

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9527-nailah-jones#289763 https://www.morsmordre.net/t9532-malika#289971 https://www.morsmordre.net/t9531-nailah#289963 https://www.morsmordre.net/f350-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-11 https://www.morsmordre.net/t9535-skrytka-nr-2184#290002 https://www.morsmordre.net/t9533-nailah-jones#289995

Powrót do góry Go down

Będąc z chłopcami, nie doświadczył, nie był świadkiem matczynych odruchów w ich wychowywaniu, zajmowaniu się nimi, próbie zapanowania nad nimi. Owszem - aktualnie pomagała mu co jakiś czas jego własna rodzicielka, wcześniej była to Roselyn i chociaż obie miały za sobą poród, nie miały związku z trójką Vane'ów. Były wsparciem, zewnętrznym czynnikiem próbującym podtrzymać ostały, pierworodny filar, którym był ojciec. I chociaż sylwetki żony nie było u jego boku, skłamałby, twierdząc, iż w ogóle nie dostrzegał kobiecego ciepła podczas trwania życia swoich potomków. Pomona była matką na długo, zanim on został ojcem. Nosiła ich dzieci w sobie przez te wszystkie miesiące, a on mógł jedynie czekać. Być obok, obserwować, lecz cały trud oraz błogosławieństwo ciąży znosiła sama. Kochała dziecko w swoim łonie - wiedział o tym. Tak samo wiedział, że kochała jego. Nie musiał zgadzać się ze wszystkimi jej decyzjami, by to zrozumieć i chociaż rana nigdy nie miała się zabliźnić, wiedział. Nie oznaczało to, że nigdy nie wątpił. Szczególnie na wczesnym etapie zdarzeń, nad rankiem gdy koszmary nie dawały mu spać, gdy zostawał całkowicie sam. Wątpliwości potrafiły niszczyć, zaginać jego wiarę, jednak taka była część bycia człowiekiem - nieustanna walka ze swoimi lękami. Nie przegrał jeszcze, a każdy kolejny dzień wzmacniał pokruszoną nadzieję profesora. Pomału, delikatnie, mało znacząco, lecz nieustanne ciosy, zamiast niszczyć, dodawały sił. Co ciekawe łatwiej było się przed nimi obronić, gdy ataki pochodziły z zewnątrz, od kogoś innego - słabość przychodziła wówczas, gdy odzywało się samo wnętrze Jaydena. Jak wtedy. Jak tego poranka, gdy w niekontrolowanym stanie nie ujarzmił drzemiącej w nim magii i pozwolił na to, by sięgnęła ona jego dzieci. By przeniknęła malutkie ciałka, sprawiając przy okazji, że natrafił na swój własny problem - brak kontroli. Zapomniał o tym, że winien był nie zaprzestawać oklumencji, poszerzania jej, doświadczania. Sądził, iż fakt trzymania wszystkiego w sobie, miał pomóc. Dopiero teraz dostrzegał swój błąd - trzymając w ramionach Ardena, który zniknął z Killarney właśnie z winy swojego ojca. Ojca, który obiecywał go chronić przed wszystkim, ale najwyraźniej nie potrafił ochronić go przed samym sobą. Nie. Vane nie mógł kryć się ze swoimi uczuciami w ten sposób, skoro ryzykował życiem swoich dzieci, a nic nie było tego warte. Musiał więc zwalczyć swoje słabości i ucieszyć emocje. Nie schować głęboko w sobie, a pokonać i być w stanie egzystować ponad nimi. Nikt inny nie mógł tego zrobić za niego. I nikt też nie miał.
Po prostu dbaj o tego urwisa.
Gdy pojawili się na świecie, był już tylko on. On i trójka chłopców, którymi należało się zająć. Nie był na to gotowy. I nie chodziło o mentalne przygotowaniu, bo radość z zostania ojcem była oczywista, lecz wyczekując z Pomoną porodu, spodziewali się tylko jednego dzieciątka. Pojawienie się drugiego było zaskoczeniem. Istnienie trzeciego całkowitym szaleństwem, ale nie było to coś, czego nie zamierzał się podejmować. Wszak był tutaj - w cyrku należącym do Carringtonów starając się spełniać wszelkie obowiązki spadające na jego barki. Było ciężko, wystarczyło na niego spojrzeć, jednak nie był bliski sięgnięcia dna i przegrania. Poddania się. Nie przyjmował nawet takiej opcji pod uwagę, obiecując sobie, zmarłej żonie, samym synom, że miał ich pilnować. Że miał ich wychowywać. Że miał o nich zadbać. Sytuacja, przez którą musiał zapewnić nieznajomą kobietę o swoim człowieczeństwie, wytrąciła go z równowagi, lecz równocześnie uświadomiła, jakim był ignorantem. Magia, która przepływała przez jego żyły, uwalniała się samoistnie wraz z silnymi emocjami, a to oznaczało, że musiał umieć się kontrolować. Tylko od niego zależało też, czy ów wypadek - który na szczęście nie skończył się tragedią - miał równać się z przyswojoną lekcją. Lekcją tkwiącą między innymi w słowach płynących z ust nieznanej mu jak dotąd czarownicy. Słuchając historii, skupił się na reakcjach Ardena. Ten nie wpatrywał się już w ojca, a silnym ruchem główki przekrzywiał się w stronę kobiety, jakby nie zamierzał pozwolić na utracenie chociażby jednego słowa z opowieści. Szeroko otwarte oczy odbijały w sobie nie tylko nikłe światło rozjaśniające wnętrze namiotu, lecz również żywe zainteresowanie. Czy chłopiec rozumiał sens wylewających się zdań z siedzącej obok nieznajomej, zapewne nie, ale podświadomie Jayden wierzył, iż dziecięce zainteresowanie nie wiązało się jedynie ze wcześniejszym pstryczkiem w nos. Sam astronom zresztą złapał się na tym, że słuchał z uwagą opowieści i równocześnie poczuł też przez to wstyd. Kiedy tak naprawdę w spokoju usiadł i przeczytał chłopcom książkę? Lub opowiedział im o Diarmuidzie, od którego zaczęła się historia ich rodziny? Lub zaznajomił z irlandzkimi legendami? Kiedy skupił się na czymś innym od astronomii w swoich monologach do malutkich czarodziejów? Chociaż nie dało się ukryć, że delikatny uśmiech pojawił się na twarzy profesora, gdy usłyszał, iż motywem przewodnim aktualnej historii było słońce. W swych promieniach najsilniejsza z bliskich im gwiazd.
A ty? Myślisz, że zmarnował czas?
Wytrąciła go z zamyślenia swoim pytaniem, jednak na pewno skutecznie przykuła jego uwagę. Wzrok mężczyzny z syna przeniósł się na ciemnoskórą czarownicę, której uważne oczy wpatrywały się w te jasne, należące do niego. Zamiast odpowiedzi w umyśle Jaydena pojawiło się kolejne, inne pytanie zdawać by się mogło w ogóle niezwiązane z poruszonym przez nią tematem, lecz dla niego niezwykle poruszające. - Sama ją wymyśliłaś? - spytał, nie przejmując się, że zbyt długo zawieszał spojrzenie na jej twarzy. Badał jej rysy, chociaż nie z uporem ani naciskiem. Chciał zapamiętać elementy składające się na kogoś, kto nie tylko zajął się jego synem, lecz wpłynął też na jego świadomość. - Jeśli masz ich więcej, powinnaś je spisywać. Są piękne - powiedział, po czym poszedł jej śladem, by odwrócić twarz i skierować ją ku tańczącym pod sufitem latającym stworzeniom. Usadził sobie również Ardena w taki sposób na kolanach, by chłopiec mógł też patrzeć na aetonany, które machając skrzydłami, wywoływały silne podmuchy powietrza co jakiś czas uderzające siedzącą na poduszkach parę czarodziejów. - Lubi dźwięk twojego głosu - przyznał cicho, umiejąc rozpoznać reakcje swojego syna. A ta była aż nadto wyraźna. Przez jakąś chwilę panowała między dorosłymi cisza, gdy po prostu podziwiali spektakl, nie czując skrępowania. Jayden przynajmniej go nie odczuwał, chociaż ciepło bijące od kobiecego ciała promieniowało na jego własne. Dopiero Arden, zrzucając swoją zabawkę, wytrącił ojca z zamyślenia, ściągając go na ziemię i do rzeczywistości. - Musimy wracać - wyrzucił nagle z siebie Vane, łapiąc się na tym, że przecież powinien był być w domu. Zaczął więc się podnosić, uważając przy okazji, by w żaden sposób nie trącić kobiety ani nie stanąć na ogonie jej dzikiego kota. Prawdę powiedziawszy - zapomniał o nim, chociaż wydawać by się to mogło niemożliwe. W splendorze całego zajścia nie było to jednak takie niewiarygodne - cała ta chwila taka wszak była. I chociaż astronom był właściwie gotowy do aktywacji świstoklika i powrotu do domu, zawahał się. Jego spojrzenie znów skrzyżowało się z tym należącym do niej, gdy przygryzł na chwilę dolną wargę w wyraźnym grymasie nieśmiałości. - Mógłbym... - zaczął, wiedząc, że to pytanie miało zabrzmieć głupio. - Mógłbym zabrać ten koc? Nie mam dla niego nic do okrycia. Przysięgam, że go oddam. Koc. Nie chłopca - dodał już o wiele bardziej zmieszany, aniżeli w momencie gdy siedzieli tuż obok siebie i jedyne co ich dzieliło od siebie to cale odległości. Natura ludzka była jednak o wiele bardziej skomplikowana od wyobrażeń...


what survived may not be the same, but it's me
BEAUTIFUL AND KIND,
BUT sad

Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, nauczyciel, głowa domu roweny ravenclaw, ojciec
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Powrót do góry Go down

Nie wiedzieli o sobie nic, nie znali wzajemnych historii, które swym biegiem kształtowały niejedno istnienie. Nie przypuszczałaby, że w domostwie mężczyzny kryło się jeszcze dwóch niemal identycznych młodzieńców, wszyscy jednako gotowi na poznanie otaczającego ich świata. Tak samo nie przypuszczałaby, że czarodziej musiał zmagać się z ich wychowaniem sam, bez wsparcia partnerki. Prawdopodobnie tych parę faktów rzuciłoby nowe światło na jego sylwetkę, oddzieliłoby też mnogość wątpliwości raz po raz pojawiających się w skrytym wnętrzu. Zastanawiała się nieustannie nad obecnymi wydarzeniami, usiłując z każdego gestu oraz spojrzenia wysnuć odpowiednie wnioski. Lubiła stąpać po twardej ziemi, mieć kontrolę nad sytuacją, nie musieć polegać na innych. Czuć się tak potwornie bezsilna i zależna. Niepewna własnych wyborów. Zachodziła w głowę czy postąpiła dobrze, czy jednak nie powinna podążyć inną ścieżką. Może odnalazłaby chociażby skrawek skrywanej prawdy? Intensywnie rozmyślała nad każdą ewentualnością pojmując wreszcie, że niekiedy tak właśnie bywa. Nie istnieje jeden, kompletny obraz rzeczywistości, zwłaszcza jeśli ten zaczął wyłaniać się dopiero na początku znajomości. Nigdy nie zdoła poznać drugiego człowieka w pełni, tak, żeby każdy z elementów pasował do siebie idealnie. Nigdy też nie dostrzeże go dokładnie w ten sam sposób; perspektywa uwielbia płatać ludziom figla. Wystarczy zerknąć na coś pod delikatnie innym kątem, żeby obserwowaną rzecz zinterpretować całkowicie odmiennie niż jeszcze chwilę temu. Zmiany. W świecie, w nich samych. Do tego same zmienne - umiejętność kłamstw oraz manipulacji, strach przed odsłonięciem słabości, nieumiejętność przyznania się do błędu. Musiała spojrzeć na Jaydena jako skomplikowaną układankę, zlepioną z drobinek złożoności, pełną nieodkrytych dróg. Zrozumieć, że cokolwiek zrobi, dopóki nie utwierdzi się w silnym przekonaniu o prawdziwości wypowiadanych przez niego słów, nie zyska pewności w niczym. Musiała przechylić się w jedną ze stroną - zaufać lub nie, podjąć decyzję na ślepo, obserwując jedynie marne strzępy toczącego się przed oczami przedstawienia. To frustrowało, ale też ofiarowywało cenną naukę. Lubiła pozyskiwać wiedzę i chociaż nauka na własnych błędach była bolesna, to najbardziej skuteczna. Jednak co jeśli to nie ona miała stać się ofiarą? Patrzyła na chłopca z trwogą, pewnego rodzaju niepewnością, poddając się niezrozumiałym uczuciom. Nie po raz pierwszy i nie ostatni logika toczyła bój z pragnieniami serca, należało się z tym pogodzić. Nie była już nastolatką zagubioną w ogromnej szkole, naiwność nie przystawała dojrzałej kobiecie. A jednak, trochę podążała jej śladami, gdy podejmowała decyzję o oddaniu malca w obce ręce. Przekonanie, że przedtem wzięła pod uwagę każdy dowód napawała ulgą jedynie na krótki moment. Pocieszała się tym poczuciem, karmiąc się wzniosłymi słowami, usprawiedliwiając tym samym swój czyn. Nie szukała problemów, nieznajomy mógłby je wszcząć w dowolnej chwili. Jednak czy to uspokajało nabytą nieufność? Bijącą teraz na alarm, ale mimo to skrupulatnie ignorowaną?
Wolała myśleć, że tak. Poddać się rozluźnieniu jakie towarzyszyło uśmiechniętemu dziecku. Ufnemu tak bardzo, że bolało samo patrzenie na to. Czy ona też kiedyś taka była? Pomimo kolejnych ran zadawanych przez rówieśników, otoczenie, innych ludzi? Potrząsnęła delikatnie głową wyrywając się z bezsensownego letargu, zmuszając rozedrganą duszę do spokoju. Wybrała dobrze. Trzymała się zaciekle tej myśli, z łatwością prześlizgując się spojrzeniem to ojca z synem, to akrobatów pracujących z aetonanami. Melodia mruczącego, dzikiego kota niemal utuliła do snu zaniepokojoną sylwetkę, przez co zdarzało się przymknąć kilkukrotnie oczy. Lubiła ten stan wyciszenia, odseparowania się od przyziemnych spraw, wreszcie mogąc sięgnąć wyżej. Bez konieczności budowania wokół siebie kolejnych murów.
Wreszcie to ten stan zainspirował kobietę do opowieści, w pewnym sensie starając się zabawić chłopca po raz ostatni. Może tkwiąc w absurdalnej nadziei, że kiedyś podobna historia zostanie mu przypomniana, co pozwoli mu na zastanowienie się nad własnym życiem. Oraz tym, jaką drogą zechce w nim obrać. Kim zapragnie być.
Z ciekawością oczekiwała na odpowiedź, która nigdy nie nadeszła. Nie słuchał? Musiał zastanowić się nad tym, co sam zrobiłby na miejscu bohatera? Nie chciał odpowiadać? Mnogość możliwości rozlała się po ciele, na spółkę z goryczą rozczarowania, gdy wyjaśnienie nie nadeszło. Skinęła krótką głową na znak potwierdzenia, co nie do końca było prawdą. - Kiedyś, moja nastoletnia przyjaciółka z Egiptu opowiadała mi, że chciałaby za męża mężczyznę faworyzowanego przez bogów. To ona zainspirowała tę historię - przyznała ostatecznie, nawet jeśli cała otoczka tej fikcyjnej postaci była wyłącznie wymysłem dzikiego umysłu Nailah. - Mam, ale nie jestem biegła w słowie pisanym. - Uśmiechnęła się krzywo, nieco pobłażliwie w stosunku do samej siebie. Nie było po co udawać wielkiej pisarki, gdy rzeczywistość przedstawiała się inaczej. Poczuła się dziwnie, jakby obnażała najintymniejsze sekrety swego jestestwa. Nie znała rozmówcy, nie powinna zdradzać mu niczego, skoro on sam nie kwapił się do wyjaśnień, gdy Jones zadawała mu pytania wprost. Westchnęła, ale pogłębiła uśmiech, czyniąc go ciepłym w porównaniu do poprzedniego. Nie wiedziała co na to powiedzieć, skoro maluch miał usłyszeć ten głos po raz pierwszy i ostatni w życiu, stąd decyzja o zbyciu uwagi milczeniem.
Na moment zastygła, odwracając wzrok ku próbie na arenie, ale głos Jaydena wkrótce wyrwał ją z zamyślenia nad widowiskiem. Poruszenie gdzieś obok spotęgowało wyostrzenie zmysłów i już po chwili spoglądała na czarodzieja z dołu, mocno zadzierając głowę. - Oczywiście - odparła sucho, rozumiejąc, że przecież nie mógł zostać tutaj na zawsze. Nie wiedziała, co jeszcze mogła dodać - do widzenia? Żegnajcie? Także i ona zawahała się na tyle, żeby czas minął bezlitośnie, urywając tym samym konieczność pożegnania. Przynajmniej tak się wydawało do czasu, aż dźwięk męskiego głosu ponownie przeciął powietrze, wprawiając kobietę w zdziwienie. Najpierw uniosła brwi, później z rozbawienia zadrżały kąciki ust. Nie zamierzał oddawać chłopca, dziwne! - Nie musisz go przynosić z powrotem, to tylko stary koc - rzuciła, chociaż nie było to do końca prawdą. Zimy w wagonach bywały chłodne, ale nie była gotowa przyznać się do swojego niskiego statusu majątkowego. Nie chciała też wprowadzać mężczyzny w jeszcze większe zakłopotanie. - Bezpiecznej drogi - dodała, wreszcie wymyślając w miarę odpowiednie słowa pożegnalne i skinęła głową, przerzucając uwagę na pracowników cyrku. Temat uznała za zamknięty, tak jak całą tę dziwaczną sprawę, dlatego przysunęła bliżej siebie bębny z zamiarem wygrania wreszcie rytmu dla artystów, przecież po to tu przyszła. Qadir tymczasem uważnie obserwował niedawnych gości, przynajmniej do momentu, aż zniknęli w teleportacyjnym niebycie.



czasem patrzył na nia
siedzącą na swoim posłaniu, i niemal słyszał rozpaczliwy zew tęsknoty zamkniętego w klatce drapieżnika.
Nailah Jones
Nailah Jones
Zawód : treserka zwierząt w cyrku, początkująca twórczyni talizmanów
Wiek : 28
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna

dzikie to, spazmatyczne
pstrokate jak całe ich życie

OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 10
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Zwierzęcousty

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9527-nailah-jones#289763 https://www.morsmordre.net/t9532-malika#289971 https://www.morsmordre.net/t9531-nailah#289963 https://www.morsmordre.net/f350-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-11 https://www.morsmordre.net/t9535-skrytka-nr-2184#290002 https://www.morsmordre.net/t9533-nailah-jones#289995

Powrót do góry Go down

Odtwarzając swoje kroki z przeszłości, nie potrafił dokładnie powiedzieć, kiedy to wszystko się zaczęło. Owszem, były przełomowe wydarzenia, ale to nie tylko personalne krzywdy sprawiły, że jego życie się zmieniało. A może to nigdy nie miało początku? Skoro natura była wieczną, niekończącą się zmianą było to wiadome jeszcze na długo przed jego narodzeniem. Przed narodzeniem chłopców i być może ich przyszłościowych dzieci. Przemiany Wszechświata w chaosie życia z elementem, który nigdy się nie rozwinął. Bo jeśli ktokolwiek sądził, że ludzkość ulegała transformacji, mylił się. Kłamał i doskonale o tym wiedział. To człowiek jako pojedynka jednostka mógł się zróżnicować. Natura była ciągłą zmianą i gdy już się dostrzegło jej cel, nie można było odmówić jej istnienia. Jak bardzo on sam zmienił się wszak w ciągu ostatniego półtora roku... Jak wiele się zmieniło w tak długim i racjonalnie tak krótkim okresie czasu... Czy można było w stanie w ogóle to pojąć rozumem? Zrozumieć? Sensownie skondensować? Podsumować? Czy opowiedzenie jego historii w ogóle byłoby w stanie przenieść się z fikcyjnych kart książki na życie? Czy uwierzyliby? Czy uwierzyliby w to wszystko? Czy nie podpieraliby prawdy istnienia tego w formie, jaka realnie miała miejsce? Wiedział, że nie. Wiedział, że współczesny człowiek był dziką masą łaknącą tylko jednego - ambicji. Wynaturzone były uczucia, wynaturzona była odmienność, bo liczyła się jedynie inkluzywność. Obserwował już zbyt długo to, co działo się z ich brytyjską cywilizacją i co reprezentowali sobą Brytyjczycy. Bycie jednym. Bycie nikim i wszystkimi. Nie było miejsca na nic innego. Na coś nowego, na naturalną zmianę, na rozwój. Na odmienność. Brak odmienności zatrzymywał wszak ewolucję i potęgował strach przed nieznanym. A strach wiódł do gniewu, gniew do nienawiści, nienawiść prowadziła do cierpienia. I on go doświadczał, gdy otworzył oczy na własną ignorancję. Dlatego właśnie wiele można było przeżyć i można było uśmiercić oraz stworzyć nowe elementy własnego życia - na prawdzie nieważne jak okrutnej i bolesnej. Kto lepiej mógł zrozumieć ludzką transformację, jeśli nie on sam? Jeśli nie człowiek, który zabił w sobie chłopca, by mógł narodzić się mężczyzna?
Czuł rozedrganie w mięśniach, siedząc obok nowo poznanej kobiety, bo jakżeby nie miał? Po nocy w koszmarach, poranku, gdy gorąca kąpiel nie była w stanie uśmierzyć szalejących emocji, był wykończony. Do tego okazało się, że również i jego własna magia rzuciła w nieznane miejsce jedno z jego dzieci... Nie. To nie było nic normalnego. To nie było nic, czego chciał. Nie pragnął tego, ale to wszystko miało miejsce. Boleśnie odbijało się na rzeczywistości, w której żył. Miał szczęście, że Arden rzucony w bezkres wylądował właśnie w tym konkretnym miejscu - przy osobie, która mogła zapewnić mu bezpieczny, nawet tymczasowy azyl. Szczęście czy może coś innego? I chociaż ona mogła mieć wobec niego oczywisty dystans, on czuł rozlewającą się wobec niej wdzięczność. Z każdą chwilą silniejszą i wyraźniejszą - wszak on sam musiał się uspokoić, a wraz ze spokojem zstępowała do niego logika, analiza. Trzeźwy umysł, którego potrzebował jak niczego wcześniej. Nie czuł się źle w tym dziwnie wymuszonym towarzystwie, które powinno go zapewne zadziwiać. Zastanawiać. Być może odstręczać z uwagi na odmienność, jaką prezentowała sobą czarownica. Wielka Brytania była odcięta od tego, co inne. Co nowe, jednak Vane był naukowcem o silnych korzeniach doświadczenia nieznanego. Sięgającego poza horyzont, dlatego nie postrzegał jej jako coś egzotycznego. Nie dostrzegał niczego, co miało ją różnić od niego czy od wcześniej trzymanego przez kobietę dziecka. To bardziej niecodzienne towarzystwo dzikiego kota wzbudzało zdziwienie, ale ich świat pełen był kolorów, stworzeń, flory i fauny, o której wielu nie miało nawet pojęcia. Jayden był jeszcze zbyt młody, by mieć styczność z każdym z elementów tworzących ich rzeczywistość nawet w formie książki.
Mam, ale nie jestem biegła w słowie pisanym.
- Szkoda - odparł jedynie, nie wymuszając żadnego sztucznego rozżalenia. Ale nie kłamał. Chociaż w prostym zwrocie, zawarł wszystko, co było potrzebne. Gdy wstał, uśmiechnął się po raz ostatni, wiedząc, że musiał wracać do domu. Skinieniem głowy podziękował też za koc, który mu oddała, wiedząc, że nie ten gest nie miał zostać bez odpowiedzi, jednak na ten moment nie był w stanie jej niczego wynagrodzić. Skupił się już na trzymanym w rękach synu, którego bał się, że utraci i zaaferowany bezpiecznym, szczęśliwym przebiegiem całego zdarzenia o mało nie zniknął z namiotu bez słowa. Zatrzymał się po kilku krokach, by odwrócić ku kobiecie, patrząc na nią przez ramię. - Nailah - rzucił, odszukując jej spojrzenia, a gdy tak się stało, wyraził wobec niej szacunek, skinąwszy powoli i delikatnie głową. - Dziękuję. - Zanim zniknęli wraz z Ardenem z cyrkowej areny, przeszli na oddalony od centrum kawałek pustego pola, gdzie Jayden mógł aktywować świstoklik. Spojrzał jeszcze na wtulonego w niego chłopca i uśmiechnął się ciepło. - Wracajmy. Dziś dzień odwiedzin u waszej mamy. - I w następnej chwili na arenie Carringotnów zostało po nich jedynie wspomnienie.

|zt x2


what survived may not be the same, but it's me
BEAUTIFUL AND KIND,
BUT sad

Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, nauczyciel, głowa domu roweny ravenclaw, ojciec
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Powrót do góry Go down

Strona 4 z 4 Previous  1, 2, 3, 4

Namiot Podniebnego Cwału

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Możesz odpowiadać w tematach