Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Korytarz
AutorWiadomość
Korytarz [odnośnik]30.03.15 21:42

Korytarz

Całe szczęście!, ten nadzwyczaj paskudny okres, podczas którego większość pomieszczeń była na tyle przepełniona pacjentami, że łóżka stawiano właśnie na korytarzach, już się skończył. Pozostały po nim jednak dosyć wyraźne ślady w postaci powycieranej gdzieniegdzie drewnianej podłogi, zarysowań i obdrapań na ścianach w miejscach, gdzie kończą się powierzchnie pomalowane farbą olejną, a zaczynają te pociągnięte tylko najzwyklejszą, białą farbą łuszczącą się pomiędzy drzwiami prowadzącymi do poszczególnych sal. Dźwięk kroków niesie się tutaj głośnym echem, a stukot wszelkiego rodzaju próbek, pojemniczków na maści czy eliksiry praktycznie nie milknie. Jeśli nie chcesz, by złapał Cię ból głowy, lepiej zwyczajnie jak najszybciej przenieś się w inne miejsce.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Korytarz Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Korytarz [odnośnik]07.02.16 14:28
Dzisiejszego dnia Elsie miała wolne. Jak za każdym razem gdy taką chwilę miała, zamiast zaszyć się w swoim mieszkanku lub zwiedzać Londyn, to ona szła do świętego Munga, wchodziła na piąte piętro i potrafiła przesiadywać tam godzinami na ławeczce, obserwując, jak jej brat krąży po korytarzu. Zazwyczaj uchodziła mu z drogi, odprowadzając go wzrokiem to w jedną to w drugą stronę. Doskonale już wiedziała, gdzie ma swój gabinet, że w sali numer cztery leżała dziewczynka, która uwielbiała miodowe cukierki z jego biurka, a w sali numer siedem był starszy pan, który uwielbiał rozmawiać o Quidditchu. Nie raz słyszałam, jak rozmawiali o zespołach, a mężczyzna chwalił się, że ma na koszulce podpis Rowston i Morgan, które uwielbiał. A Alan mu raz odpowiedział, że zna Rowston i obiecał załatwić kolejny autograf, jeśli mężczyzna nie będzie uciekał z sali na mugolskiego papierosa. Wtedy aż jej się miło zrobiło na sercu i doszła do wniosku, że jej brat, chyba nie ma absolutnie jakichkolwiek cech charakteru ich wspólnego ojca. Wtedy też przestała mu jakoś specjalnie schodzić z drogi, a nawet posyłać lekkie uśmiechy. Nie wiedziała, czy Alan Bennett w ogóle ją zauważa, czy dziwi go jej obecność. W końcu mogła być tylko kimś, kto przyszedł odwiedzić swoją rodzinę. I w gruncie rzeczy tak było. Ale czy się domyślał?
Im dłużej Elsie na niego patrzyła, tym bardziej upewniała się w swoim odczuciu, że są trochę do siebie podobni. Zauważyła, że mają podobne nosy i podobne spojrzenie. Czy Alan w nadmiarze swojej pracy, miał chwilę aby się nad tym zastanowić? Elsie bardzo w to wątpiła, z tego co udało jej się zarejestrować, mężczyzna cierpiał chyba na pracoholizm, gdy przychodziła on już był, gdy wychodziła, on był nadal. Czasami miała ochotę ugotować mu obiad, postawić przed gabinetem i uciec, aby jej nie zauważył.
W końcu się na to zdobyła. Do szpitala przyszła zdecydowanie później, gdyż od samego rana gotowała dla niego mały posiłek. Nie przyniosłaby mu przecież całego garnka, więc trzymała talerz z jakimś kurczaczkiem i ziemniakami, przykryty był drugim talerzem, na którym leżały owinięte w serwetkę sztućce. Jak zwykle weszła na piąte piętro, zastanawiając się, czy Alan zauważył, że jej nie ma. W końcu bywała tutaj co najmniej raz w tygodniu, niemal od rana do wieczora. Modliła się też, aby korytarz był pusty i nikt się nie kręcił. Jak bardzo się ucieszyła, kiedy wszyscy jakby na zawołanie pochowali się do swoich pomieszczeń. Wzięła kilka głębokich wdechów, położyła talerz na ziemi przed jego gabinetem, zapukała trzykrotnie w drewniane drzwi, a następnie najszybciej jak mogła, byle by tylko nie hałasować, schowała się w jakimś zagłębieniu w ścianie. Jakoś przy drzwiach do jakiejś sali zabiegowej, czy coś takiego. W każdym razie stała tam, nasłuchując otwieranych drzwi, nieświadoma tego, że kawałek torebki wystaje jej na korytarz.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Korytarz [odnośnik]07.02.16 16:01
Alan bywał niezwykle bystrym mężczyzną, naprawdę. Ale głównie wtedy, kiedy wiedział, że powinien się czemuś/komuś uważniej przyglądać, czyli głównie kiedy w grę wchodzili jego pacjenci, rodzina (o której wiedział), bądź przyjaciele. Długo zajęło mu zwrócenie uwagi na pewną tajemniczą kobietę, która od jakiegoś czasu bardzo często pojawiała się w Mungu, na korytarzach. Jego pracoholizm nie dawał mu o sobie zapomnieć, przez co niemalże całe dnie spędzał w szpitalu, lecz także i on czasami miał dość i po jakimś czasie bywał przemęczony. Może to właśnie dlatego tak późno zorientował się o tym, że ta tajemnicza kobieta pojawia się w szpitalu za często? A może była to wina faktu, że czasami bywał wręcz zbyt mało bystry? Kto wie.
W każdym razie po jakimś czasie Bennett zaczął zauważać Elsie. W jego głowie pojawiały się myśli na jej temat, lecz zazwyczaj były spychane na bok przez myśli o tym, co jeszcze zostało mu do zrobienia, jaki eliksir musi zlecić do wykonania... Po jakimś czasie zaczął podpytywać się pielęgniarek czy ta kobieta jest pacjentką, czy może nowym pracownikiem, lecz nikt nie umiał mu na to odpowiedzieć. Nikt jej nie znał. Czasem kątem oka zauważał jak jakaś pielęgniarka podchodzi do Elsie i pyta się czy może jakoś pomóc, jednak ta zawsze kręciła przecząco głową. Więc o co chodziło? Nie potrafił jej rozgryźć. Tym bardziej więc zdziwiło go, gdy wreszcie zaczął zauważać spojrzenia i uśmiechy słane w jego stronę. Zawsze wtedy był wyraźnie zbity z tropu, zagubiony. Nic nie rozumiał. To oczywiste, że męski umysł zaczął podsuwać mu najróżniejsze scenariusze. Może się zakochała? Nie, jego skromna strona szybko wyrzucała tą możliwość z jego głowy. A może była rodziną któregoś z leczonych przez niego pacjentów i chciała mu podziękować, lecz nie miała odwagi? Doprawdy różne scenariusze pojawiały się w jego głowie. Różne, najróżniejsze, niektóre wręcz absurdalne. Obiecał więc sobie, że kiedyś ją o to zapyta. Tylko czekał na odpowiednią okazję.
Tego dnia coś się zmieniło. Przemierzając korytarz na swoim oddziale nie zauważył jej. Przeszedł nim jeszcze kilka razy, jednak nie dostrzegł znajomej, acz nadal tajemniczej sylwetki. Czyżby się znudziła? A może coś się stało? Nie był nawet świadom faktu jak bardzo przyzwyczajony był już do jej obecności w pobliżu. Poczuł się więc nieswojo kiedy to się zmieniło. Lecz nie mógł nic na to poradzić. A obowiązki wzywały.
Obiecał sobie, że będzie to ostatni dzień. Stanowczo przesadzał i choć nie lubił wracać do domu, postanowił, że weźmie sobie wolne na dzień lub dwa dni, aby odespać i znów wrócić do pracy. Myśl o pustych ścianach jego mieszkania napawała go niechęcią, jednak skupił się na pracy, by nie myśleć o tym zanadto. Jednak los lubił być złośliwy i tego dnia nie miał zbyt wielu pacjentów. Usiadł więc w swoim gabinecie i rozłożył się wygodnie na krześle, odchylając głowę do tyłu i zamykając oczy. Pielęgniarka nie przyniosła mu żadnych kart, a więc nikt nie czekał w kolejce. Zaczął powoli przysypiać, kiedy nagle obudził go odgłos pukania. Aż wzdrygnął się z zaskoczenia, nieco tępo wpatrując się w drzwi. O co chodziło? Pielęgniarki i pacjenci zazwyczaj śmiało wchodzili do jego gabinetu. Wstał więc i ruszył przed siebie. Otworzył drzwi i... nic. Pustka, nikogo nie było. Wtedy coś podpowiedziało mu, by spojrzał w dół. Jakże zdziwiony był kiedy podniósł z ziemi starannie zapakowany talerz z jakimś jedzeniem. Pomimo przytępienia zmysłów spowodowanego zmęczeniem, był w stanie wyczuć smakowity zapach. Ale przecież nie usiądzie teraz na ziemi i nie zacznie jeść, prawda? Odstawił talerz na najbliższą szafkę, po czym stanął na pustym korytarzu i rozejrzał się. Czyja to była sprawka?
Jego wzrok wkrótce zatrzymał się na czymś wystającym zza znanego mu zagłębienia w ścianie. Doprawdy... Pracował tutaj znacznie krócej od niektórych lekarzy, lecz nadal na tyle długo, aby wiedzieć, że ów wystające coś nigdy wcześniej tam nie było. Już wkrótce po całkiem cichym (bo pustym) korytarzu rozległy się odgłosy stukotu męskich butów o posadzkę. Już po chwili Bennett stał przy wnęce i patrzył na Elsie z wymalowanym na twarzy zdziwieniem. Zapewne takim samym, jaki malował się teraz na jej twarzy.
- Em... - Wydukał, nie bardzo wiedząc co powiedzieć. Była to sytuacja dość nietypowa. - Witam Panią. Mogę w czymś pomóc? - Spytał w zawodowym odruchu. Tak naprawdę po prostu nie wiedział co powiedzieć, bowiem nie rozumiał sytuacji, w jakiej oboje się znaleźli. Potrzebował chwilki. I odrobinki informacji. - Nie jest Pani naszą pacjentką, a jednak często Panią tutaj widuję. Odwiedza Pani kogoś? - Spytał, celowo pomijając temat talerza z jedzeniem. A przynajmniej do czasu. Już po chwili odsunął się od niej o pół kroku, lecz jego czoło zmarszczyło się w grymasie niepewności, zagubienia.
- Dziękuję za gest, ale czy wyglądam Pani na kogoś niedożywionego? - Spytał, zaś jedna z jego brwi powędrowała w górę. Aż spojrzał w dół, omiatając szybkim spojrzeniem samego siebie. No dobra... Nie był mężczyzną przy kości, ale jakoś przesadnie chudy też nie był. Chyba.



There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope
Alan Bennett
Zawód : Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t4011-skrytka-bankowa-nr-373 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Re: Korytarz [odnośnik]07.02.16 17:47
Słysząc otwierane drzwi od gabinetu, cudem powstrzymała się, aby nie wyjrzeć z za wnęki i nie sprawdzić, jak wraca do swojego gabinetu, aby w spokoju zjeść posiłek. Jej pewność siebie umknęła gdzieś siną w dal w momencie, kiedy usłyszała kroki, coraz bardziej się do niej zbliżające. Wzięła głębszy wdech, mając nadzieję, że to jakoś pomoże, ale Alan już po chwili stał obok niej z wymalowanym zdziwieniem na twarzy. Elsie również się taki wymalował. Patrzyła przez chwilę na niego, nie bardzo wiedząc co ma powiedzieć. I zapewne, gdyby Alan nie odezwał się pierwszy, to zapewne stała by tak dalej, kompletnie zamurowana.
Bliskość brata, jaką teraz doświadczyła, trochę ją zamurowała. Mężczyzna naprawdę przypominał jej ojca, i przynajmniej teraz Elsie nie widziała w nim młodego Alana, a patrzyła na niego trochę przez pryzmat pana Rossa. Pijaczynę, bijącego matkę i nią. W pewnej chwili miała ochotę uciec, wystraszona. Ileż to ciekawych emocji pokazywała teraz twarz Elsie? Czy może była neutralna i stała jak kamień, tak jak jej się wydawało?
Pozwoliła mu wypowiedzieć wszystkie swoje pytania, na żadne póki co nie odpowiedziała. Z niedożywionego, nawet się troszkę zaśmiała, ukrywając usta w dłoni. Spuściła wzrok, opierając się o owe drzwi i zastanawiając jak wybrnąć z tej całej, trochę komicznej sytuacji. Co ją podkusiło, aby robić mu obiad? Trzeba było od razu się wynosić, a nie chować w tak małej wnęce.
- Za każdym razem jak tu jestem, nie widziałam jakby pan szedł gdziekolwiek i jadł jakiś ciepły obiad - zaczęłam, starając się nie zwrócić do niego na ty. - Dlatego postanowiłam sama taki panu przygotować.
Brzmiało to tak niewinnie, Elsie sama siebie przez chwilę nie poznała. Ale czy to nie tak miało wyglądać? Przychodzi, wyznaje bratu, że jest jego siostrą, opowiada mu swoją historię i wzbudza w nim litość. Coś, co będzie ją chronić, będzie pokazywać, że prowadzi całkiem normalne, dobre, życie. Nie chciała wykorzystywać brata, zawsze chciała go mieć, odkąd dowiedziała się o jego istnieniu. A że przy okazji, może jej to kiedyś pomóc? Czemu dodatkowo tego nie wykorzystać?
- Skoro przygotowałam dla pana ten posiłek, może zechce pan zrobić sobie chwilę przerwy? Proszę się nie martwić, nie ma tam żadnej trucizny. W razie czego, jest pan już przecież od razu w lecznicy - uśmiechnęłam się do niego lekko.
Wyminęła go, zmuszając, aby za nią ruszył. Bez zbędnych ceregieli weszła do jego gabinetu, chwyciła ten nieszczęsny talerz i już na korytarzu, zaraz obok ławeczki, na której zawsze przesiadywała, wcisnęła mu go w ręce. Obserwowała jak je. Zupełnie inaczej niż ojciec, on niemal pochłaniał jedzenie. Przez te lata pijaństwa, kompletnie zatraciły się w nim jego dobre maniery. Z Alanem było inaczej, jadł powoli, przeżuwał każdy kęs. Nie mówił z pełnymi ustami, co Elsie chętnie wykorzystała, aby nie odpowiadać mu na wcześniej zadane pytania. Bo co by miała mu powiedzieć? Nie, nie jest pacjentką, ani pracownikiem, właściwie nikogo tutaj nie ma, oprócz niego? Siedziała tu przez te wszystkie dni, tylko po to, aby na niego popatrzyć? Uznał by ją za niepoczytalną, i zaraz znalazła by się pod działaniem silnych środków, dwa piętra niżej, przypięta do łóżka pasami.
Długo wyobrażała sobie to pierwsze spotkanie, ale chyba nie tak to miało wyglądać. Chociaż właściwie, czego ona się mogła spodziewać? Że wpadną sobie od razu w ramiona? Przecież była dla niego kompletnie obcą osobą. z drugiej strony, nie chciała go od razu informować o tym wszystkim. Może lepiej będzie, jeśli najpierw się trochę poznają, a Elsie upewni się, że to co planuje, jest na pewno dobrym rozwiązaniem? Bo może Alan ma już jaką siostrę i drugiej nie potrzebuje? Albo tylko w szpitalu zgrywa takiego dobrego, a tak naprawdę jest gorszy od ojca? Elsie nie chciała znowu przechodzić przez to wszystko. Nie zniosłaby, gdyby kolejny mężczyzna, ważny mężczyzna w jej życiu, ją upokarzał czy bił albo wykorzystywał. Po prostu by tego nie zniosła.
- Mam nadzieję, że panu smakowało? - zapytała.
Naprawdę bardzo zależało jej, aby posiłek mężczyźnie smakował. Teraz, kiedy nie jest już na pustym żołądku, będzie mogła z nim normalnie i na spokojnie porozmawiać.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Korytarz [odnośnik]07.02.16 20:05
Była to dziwna sytuacja. Zdecydowanie dziwna dla nich, lecz dla kogoś z boku mogła się wydawać komiczna. Zdziwione spojrzenia ludzi, którzy się nie znali, którzy nic o sobie nie wiedzieli. No... przynajmniej Alan nie miał żadnej informacji na temat Elsie prócz tego co było widoczne na pierwszy rzut oka. Zaskoczenie ponownie wymalowało się na jego twarzy, kiedy kobieta odezwała się. Co prawda nie odpowiadała na jego pytania, jednak jej słowa i tak wywarły na nim duże wrażenie. Początkowo był zdziwiony tym, co usłyszał, jednak ów zaskoczenie stopniowo wymalowane na jego twarzy znikało, ustępując miejsca uśmiechowi. Któż nie poczułby przyjemnego ciepła rozlewającego się po wnętrzu, gdy był raczony czymś tak miłym? Nie znała go (a przynajmniej tak sądził), a zmartwiła się o niego i poświęciła swój czas, by zrobić coś dla niego. Całe szczęście Bennett był facetem, który doceniał takie gesty. Uśmiechnął się do niej ciepło. Tak naturalnie, tak niepodobnie do ojca. Bo był podobny do niego tylko z wyglądu. A przynajmniej tak mu mówiła zawsze matka.
- Dziękuję. - Odezwał się po chwili. Cała ta sytuacja... Sprawiała, że poczuł przyjemne ciepło, ale również był nieco zakłopotany, nie bardzo wiedział jak ma zareagować. I było to po nim widoczne. Jedna z dłoni powędrowała w górę, uczepiając się rozwichrzonych włosów. Zmierzwił je w geście zakłopotania, na chwilę odwracając wzrok. Dosłownie na sekundkę. - Aż nie wiem co powiedzieć - dodał. Bo i rzeczywiście nie wiedział. Sytuacja ta była bowiem zbyt nietypowa, by potrafił bez wahania na nią zareagować. Zwłaszcza, że jego mózg w tym momencie szalał, podsyłając mu masę różnorodnych myśli na ten temat.
- Chwilowo nie mam pacjentów, a więc przerwa to nie problem. - Odparł ruszając za nią. Zatrzymał się kawałek przed gabinetem, ale zaraz stanął w progu, gdy weszła do niego tak pewnie, tak bez skrępowania. Cofnął się, przepuszczając ją w progu, gdy już po chwili wychodziła z niego, trzymając w dłoniach talerz z jedzeniem. Zaśmiał się, kiedy odbierał go od niej. - Chyba czyta mi Pani w myślach. - Zaśmiał się, siadając obok niej na wspomnianej ławeczce. - Uwierzę Pani na słowo, ale niech Pani wie, że jeśli jest tu trucizna to po śmierci stanę się duchem i zacznę Panią męczyć nocami. - Dodał z rozbawieniem na tyle słyszalnym w jego głosie, że łatwo dało się wyczuć, iż po prostu żartował. Choć może rzeczywiście powinien bać się jeść posiłek od nieznajomej osoby, o tyle stwierdził, że przecież nie naraził się nikomu na tyle, by ten chciał go zabić. Plus kobieta wyglądała na sympatyczną. Sięgnął więc po widelec i zjadł pierwszy kęs. Jakże naiwny i nieostrożny był w tym momencie! Gdyby ktoś rzeczywiście chciałby mu zrobić teraz krzywdę - nie miałby z tym żadnego problemu. Ale nic takiego się nie stało. Zamiast tego na ustach Alana wymalował się uśmiech zadowolenia.
- Oczywiście, że smakowało. Nie pamiętam już kiedy ostatnio jadłem tak smaczny posiłek. - Przyznał, kiedy skończył. No tak... Nie miał nikogo, mieszkał sam, a sam nie potrafił gotować. Jedzenie na mieście było w porządku, ale rzadko się na to decydował. Zazwyczaj jadał więc po prostu jakieś proste, gotowe rzeczy ze sklepu. Sztućce włożył do talerza, który zamierzał oczyścić (magią czy na stołówce) i dopiero jej oddać. Chwilowo odstawił go na bok i wstał.
- Tak więc ja się może przedstawię. Jestem Alan Bennett, miło mi poznać. - Odparł. Jeżeli Elsie podała mu dłoń, ucałował jej wierzch jak przystało na gentlemana. Przecież był nim, prawda? Starał się być.
Alan Bennett
Zawód : Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t4011-skrytka-bankowa-nr-373 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Re: Korytarz [odnośnik]10.02.16 20:04
Elsie naprawdę cieszyła się, że jej brat potrafił docenić tak mały gest. Obserwowała go przy jedzeniu, nie mogąc przestać myśleć o jego groźbach nawiedzania. Wtedy przynajmniej miałaby go cały czas przy sobie. Ale na brodę Merlina! Absolutnie nie pragnęła jego śmierci. Gdyby tak było, nie przyniosłaby mu tego jedzenia, albo rzeczywiście dodałaby tam silnie i szybko działającą truciznę, tym samym skazując się na dożywotnie miejsce w Alzkabanie. A chyba nie o to jej chodziło.
Dawno nie jadł pan tak dobrego posiłku? - zapytała zdziwiona. - Pańska żona chyba mało o pana dba.
I takim o to małym zdaniem, wypowiedzianym w pełnej nieświadomości, czy Alan ma kogoś czy może nie ma, mogła dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Już wiedziała, że dużo pracuje, że rzadko jada tak dobre obiadki. Pragnęła wiedzieć więcej i więcej. Chciała go dobrze poznać, zanim pozwoli mu poznać siebie.
Gdy już zjadł i powstał, Elsie myślała, że zaraz ją opuści i będzie chciał odejść do obowiązków. Ten jednak wyciągnął tylko w jej stronę swoją dłoń, na co ona odetchnęła lekko z ulgą. Również wstała, chociaż nie dygnęła mu, jedynie podając swoją dłoń. Nie była szlachcianką, żeby trzymać się tych jakże wyniosłych zasad, a i po nazwisku Alana sądziła, że i on szlachcicem żadnym nie jest. Po za tym, zdziwiło ją trochę to, że nie ma nazwiska swojego ojca. Chociaż, czy Alan Ross brzmiałoby tak ładnie? Prawdopodobnie jego matka zmieniła mu nazwisko, aby nie był kojarzony z naszym ojcem. I zrobiła cudownie, chociaż gdyby miał na nazwisko Ross, Elsie na pewno łatwiej byłoby go odnaleźć.
Podała mu swoją dłoń, patrząc, jak lekko składa jej pocałunek. Zarumieniła się lekko. Nikt oprócz jej męża i to od dobrych kilku lat, tak miło nie potraktował. Dziwnie się jednak czuła wiedząc, że jest jego siostrą. Nie do końca wiedziała, czy tak powinien zachowywać się wobec osoby z tą samą płynącą w żyłach krew.
- Elsie Rookwood, bardzo miło mi poznać - w końcu, umknęło gdzieś nieme, niewypowiedziane.
Już po chwili ponownie siedzieli na ławeczce. Elsie przyglądała mu się niezwykle uradowana, nic jednak szczególnego nie mówiła. Nie bardzo wiedziała co powinna, a czego nie powinna robić, aby nie zwrócić na siebie zbytniej uwagi. Chociaż, czy nie dając mu właśnie obiadu, już tej uwagi aż nadto nie zwróciła?
- Panie Bennett, uważam, że powinien pan częściej jadać takie pełne posiłki - zaczęłam, dosyć mądrym tonem. - Jak na lekarza, powinien pan zdawać sobie sprawę z tego, że takie słabe odżywianie się, nie jest korzystne dla pańskiego zdrowia.
Oh, już zaczęła mu siostrzyć, chociaż on jeszcze o tym wcale nie wiedział. Elsie czuła, że tak będzie. Że jak przyjdzie co do czego, to nie będzie potrafiła się powstrzymać, aby sprzedać mu kilka małych rad, co do jego osoby. Tak jak zrobiłaby to prawdziwa siostra, prawda?
- Jeśli pan zechce, to mogę przygotować panu znowu taki posiłek. Chociaż nie wiem, czy znów podstawiłabym mu go panu pod drzwi… - zrobiła krótką przerwę, rumieniąc się przy tym lekko. - Mogłabym wysłać sową. Czy mogłabym wysłać do pana sowę, panie Bennett?
Bardzo liczyła na to, że mężczyzna się zgodzi. Skoro się już poznali, to chyba nie ma zbytniego sensu, aby ponownie pojawiała się tutaj niemalże co tydzień. Na pewno będzie, ale już chyba nie tak często. Chyba, że Alan będzie chciał posiłki dostarczane przez nią, to wtedy zrobi wszystko, aby móc zadowolić swojego brata.
- Długo pan tu pracuje? - zapytała w końcu, rozglądając się po korytarzu, który całe szczęście nadal pozostawał pusty. - Ja przeprowadziłam się do Anglii dopiero niedawno…
Już chciała mu powiedzieć o mężu, o dziecku, tak bardzo chciała mu się wyżalić, powiedzieć, jakie okropności ją spotkały, a przecież miała dopiero dwadzieścia-trzy lata! Ale nie mogła, bo nie chciała wyjawiać jeszcze Alanowi, kim tak naprawdę dla niego jest. A kiedy to zrobi? Kiedy uzna, że i on i ona są na to gotowi.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Korytarz [odnośnik]17.02.16 1:14
Nie wyczuł, że pod zdaniem, które wypłynęło z ust Elsie kryje się ukryta chęć poznania go lepiej. Dobrze, może troszeczkę zwrócił uwagę na pytanie o żonę, lecz nie miał ochoty i sił, by się nad tym zanadto zastanawiać. Był zmęczony, choć nie było to po nim aż tak bardzo widoczne. Dlatego myślało mu się nieco ciężej. Choć dla Elsie w tym momencie było to jak najbardziej dobrą wiadomością. Uniknęła uciążliwych pytań. Zamiast tego Bennett po prostu uśmiechnął się lekko.
- Bywa tu Pani dość często i niemal zawsze mnie tu widuje. Czy uważa Pani, że spędzałbym tutaj tyle czasu, gdybym posiadał żonę? - Spytał z lekkim rozbawieniem. W jego głosie nie było rozżalenia, złości lub podobnych emocji. Nie zabolał go fakt, że wspominali o tym, iż jest samotny, iż nie ma do kogo wracać. Nie zamierzał krzyczeć na nią o to, że pytała o jego sprawy prywatne, co teoretycznie nie powinno jej interesować. Nie był tego typu człowiekiem. - Sam natomiast jestem mizernym kucharzem. - Dodał jeszcze, w razie gdyby jednak atmosfera niechcący bardziej się zagęściła. A tego przecież nie chciał, prawda?
Zjadł posiłek cały, z niezwykłą starannością o to, aby nie zostawić na talerzu ani kawałeczka jedzenia. Nie chciał zmarnować jej starań, ale również smakowało mu to na tyle, że z chęcią zjadłby jeszcze więcej. Nawet jeżeli jego dość mało pojemny żołądek odmawiałby przyjmowania większej ilości. Wtedy też podziękował jej grzecznie. Nawet przez myśl mu nie przeszło, by ot tak po prostu odwrócić się i odejść. Jakże mógłby tak postąpić? Jakże mógłby okazać taką niewdzięczność?! Elsie go nie znała, ale powoli poznawała. I dowiadywała się, że z charakteru był mężczyzną całkowicie różnym od ich ojca. Alan był w tej chwili naturalny. Zawsze taki był, nigdy nie udawał kogoś, kim nie był. A teraz nie wiedział nawet, że jego usta dotykają skóry na dłoni jego własnej siostry. Jakże los potrafił być przewrotny, jakże potrafił igrać z ludźmi stawiając ich w różnych sytuacjach i obserwując z ukrycia ich przebieg.
- Mi również - odparł z grzecznością, unosząc wzrok znad jej dłoni. Jasne oczy znalazły jej spojrzenie, a usta wygięły się w lekkim uśmiechu. Podrywał ją? Nie, choć w jego zachowaniu zawsze było coś, co imponowało, co mogło wywołać u kobiet szybsze bicie serca. Była to chyba zasługa jego manier, tego, że był gentlemanem. Zawsze traktował kobiety dobrze, ale jak na złość te zazwyczaj wolały tych "niegrzecznych". Potem tego żałowały, ale w ten sposób Alan i tak ciągle pozostawał sam.
- Tak, być może. Ale czyż nie mówi się, że najciemniej jest właśnie pod latarnią? Zajmuję się obcymi ludźmi, ale nie mam czasu, by zająć się sobą. - Przyznał. Lekko naginał fakty, nie przyznając się na głos, że robił to z własnej woli, że z własnej woli spędzał tyle czasu w pracy i brał na siebie tyle obowiązków. Nie był przecież pracoholikiem! A przynajmniej tak uważał, bo był nim z całą pewnością.
- Oczywiście, że może Pani do mnie wysyłać sowy, nie mam nic przeciwko. Wręcz przeciwnie, będzie mi bardzo miło. - Odparł, posyłając jej lekki uśmiech. Zawsze było to jakieś urozmaicenie, coś miłego. Bennett lubił pisać listy, choć nie miał ku temu tak wielu okazji, jak by chciał. Pisał z Eileen, z matką i rzadko z kimkolwiek innym. A listy od nich wcale nie przychodziły tak często. - Jednak czy wysyłanie jedzenia z pomocą sowy jest rozsądne? - Rzucił w końcu, po chwili ciszy. - I czy mam prawo wymagać od nieznajomej, lecz przemiłej kobiety, aby mi gotowała? Nic o Pani nie wiem. Może ma Pani własne życie, męża, dzieci i tak dalej. Posiłek od Pani był niezwykle smaczny, a sam fakt dostania go niezwykle ucieszył me serce, jednak stawia mnie to w niezręcznej sytuacji - wyjaśnił. Zmarszczył brwi, jakby lekko się nad czymś zastanawiając. Nie kłamał. Głupio mu było kłopotać obcą osobę, nawet jeżeli sama się zaoferowała. Może robiła to z litości widząc, jak dużo czasu spędza w szpitalu? Ta myśl powodowała, że nie czuł się z tym dobrze.
- Nie pamiętam ile dokładnie, ale będzie już kilka lat. Może pięć? - Mruknął, unosząc wzrok w górę i zastanawiając się. Nie pamiętał kiedy dokładnie ukończył kurs, więc nie potrafił odpowiedzieć jej precyzyjnie na owe pytanie. - Och, a więc nie jest Pani rodowitą angielką? Skąd więc Pani tutaj przyjechała? - Zapytał. Rozejrzał się po korytarzu, lecz dookoła nie było nikogo, kto przypominałby potencjalnego pacjenta. Właściwie to korytarz świecił pustkami i tylko co jakiś czas gdzieś w oddali przemykała przypadkowa pielęgniarka lub lekarz. Dzisiaj mieli tu spokojny dzień. A rzadko się to zdarza.



There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope
Alan Bennett
Zawód : Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t4011-skrytka-bankowa-nr-373 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Re: Korytarz [odnośnik]21.02.16 11:29
Zaczerwieniła się lekko. Głupio jej się trochę zrobiło, faktycznie pytanie było trochę głupie. Ale przynajmniej teraz miała pewność, że Alan był sam. W dodatku nie potrafił gotować. Uśmiechnęła się lekko, niepewnie. Nie uważała, aby wysyłanie przez nią jedzenia, było czymś złym czy niepoprawnym. Wręcz przeciwnie, podświadomie miała wrażenie, że musi dbać o swojego brata.
Co to za problem, przygotować posiłek, pomniejszyć je zaklęciem transmutacyjnym, a następnie wysłać sową. Elsie miała dobrą sowę, która pożądanie dostarczała przesyłki, a przynajmniej taką miała nadzieję.
Zrobiło jej się trochę przykro, że Alan, jej kochany Alan, tak mało o siebie dba. Kimkolwiek była jego matka, na pewno nie chciałaby, aby on tak się odżywiał. Matka Elsie na pewno by jej na to nie pozwoliła, dlatego starała się najlepiej jak mogła. Gdyby się nie starała i nie miała w swoim życiu ściśle określonego celu, to już dawno popadła by w depresję.
- To bardzo nie dobrze, proszę mi obiecać, że lepiej się pan sobą zajmie. Sprawi mi pan niezwykłą przykrość, kiedy ja będę się starać, a pan nadal będzie robić swoje - powiedziała, starając się wymusić na nim odpowiednie zachowanie.
Jak nie prośbą to… no właśnie. Uśmiechnęła się szeroko słysząc jego zgodę. Prawie podskoczyła rozbawiona. Co jak co, Elsie miała dopiero dwadzieścia trzy lata, może wygadała na osobę dorosłą, która już pracuje, dużo przeżyła. W głębi niej nadal była w niej młoda dziewczyna, która czasami się ukazywała.
- Oczywiście, że jest bezpieczne. Wystarczy zaklęcie pomniejszające i w drugą stronę - powiększające - stwierdziła.
Czy miał prawo wymagać? Ależ on nie wymagał, to Elsie niemal narzucała się obcemu mężczyźnie. Chociaż czy byli dla siebie tak naprawdę obcy? Rookwood czuła pewną nić razem ze swoim bratem i miała nadzieję, że Alan również ją czuł. A przez to wszystko nawet nie zwróciła uwagi, że momentami mógł ją trochę podrywać.
Gdy zszedł na temat męża i dzieci, twarz Elsie momentalnie się zmieniła. To było dosyć niedawno, kiedy jej ukochane dziecko umarło, a rany były jeszcze na tyle świeże, że przy najmniejszym wspomnieniu, otwierały się na nowo.
- Mój mąż nie żyję, dziecko również, właściwie za sprawą mojego męża - odpowiedziała zadziwiająco szczerze. - Dlatego będzie mi bardzo miło, jeśli będę mogła poświęcić swój wolny czas na pana. Proszę się nie krępować, dla mnie to będzie czysta przyjemność.
Uśmiechnęła się do niego niemal przez łzy. Naprawdę to był taki temat, który sprawiał, że od razu się rozklejała? Roześmiała się sama z siebie, udając, że wszystko jest w najlepszym porządku.
- Ale proszę się nie obawiać, na brodę Merlina, wcale nie uciekłam z oddziału psychiatrycznego - dodałam żartem, puszczając mu oczko.
Alan odpowiedział ile czasu już tutaj pracuje. Pięć. Więc kiedy on rozpoczynał pracę, Elsie jeszcze uczyła się w swojej szkole i czy nie planowała wtedy przypadkiem swojego ślubu? Rodzina, a zupełnie różnie obrane drogi życiowe. Alan chyba wyszedł na tym lepiej, że ich wspólny ojciec nie brał udziału w jego życiu.
- Nie, nie jestem, chociaż oboje moich rodziców pochodziło z Anglii, tylko przeprowadzili się po kilku latach do Norwegii i tam się wychowywałam. A pańska rodzina? - zapytała. - Pana matka?
Dlaczego o to pytała?
Gość
Anonymous
Gość
Re: Korytarz [odnośnik]05.03.16 13:43
- Obiecać nie mogę, ale się postaram. - Uśmiechnął się lekko. Nie znał tej kobiety. Była dla niego kimś całkowicie obcym. Znacznie bardziej obcym niż on był dla niej. W jego oczach była nieznajomą damą, która od jakiegoś czasu z niewyjaśnionych przyczyn pojawiała się często w Mungu, siedziała na ławeczce i obserwowała. Może miała problem i bała się poprosić o pomoc? Może coś w jej życiu sprawiło, że właśnie tu, wśród zapachu leków i środków dezynfekujących czuła się dobrze? Alan nie miał pojęcia gdzie stoi prawda, jednak im dłużej widział ją na korytarzu, tym bardziej go ciekawiła. Ale zazwyczaj był zbyt bardzo zabiegany, aby w końcu dać upust swej ciekawości. Okazało się, że w ten sposób to ona zrobiła pierwszy krok. Nie wiedział jaki będzie następny, ale miał szczerą nadzieję, że będzie mógł jej pomóc, jeżeli tego potrzebowała. Z tym, że póki co to ona zdawała się chcieć pomóc jemu.
- Ach, rzeczywiście. Przyznam się szczerze, że nie pomyślałem o tym sposobie, a jest przecież tak oczywisty. Chyba za długo już siedzę w pracy - mruknął, ze zdziwieniem odkrywając, że właśnie przyznał się przed nią i przed samym sobą, że zbyt dużo pracował. Zdarzało mu się to rzadko, nawet bardzo rzadko, bowiem jako pracoholik, często wcale nie dostrzegał tego, że zbyt mocno męczył swój organizm. Przez myśl przemknęło mu pytanie, którego nie miał zamiaru wypowiadać na głos - czy ona to dostrzegała? Czy widziała te cienie, które zapewne tkwiły pod jego oczami i zmęczenie bijące z jego oczu? W tej chwili zrobiło mu się nieco wstyd. Może to właśnie to było przyczyną jej zmartwień oraz tego gestu, przemiłego zresztą, którym był obiad?
- Przykro mi. - Tylko tyle był w stanie powiedzieć tuż po tym, gdy przekonał się, że najwyraźniej poruszył czułą strunę. Jako lekarz uczył się tego omijać, ale czasem mu nie wychodziło. Tym razem jednak zawinił fakt, że kompletnie nic nie wiedział o tej kobiecie. Choć powoli, powolutku poznawał ją coraz lepiej, sukcesywnie uzupełniając informacje na jej temat tkwiące w jego głowie. - W takim razie mi również będzie bardzo miło - dodał, chcąc jak najszybciej zmienić temat. Widział jej zaszklone oczy i łzy, które usilnie chciały wydostać się z małego więzienia, które im zgotowała. Nie potrafił patrzeć na kobiecy płacz. To była jedna z jego słabości, których nie umiał pokonać nawet jako lekarz - osoba, która bardzo często obserwowała ludzkie łzy. Zarówno te wywołane przez szczęście, jak i smutek. Zaśmiał się, kiedy wspomniała o zakładzie psychiatrycznym.
- Ajć, na Merlina. Skąd Pani wiedziała, że zamierzałem tuż po naszej rozmowie to sprawdzić? - Zażartował, chcąc utrzymać tę bardziej wesołą atmosferę. Nie chciał oglądać jej łez, choć gdyby potrzebowała ramienia do wypłakania się - zdecydowanie by jej posłużył swoim. Takim właśnie był człowiekiem... Jak bardzo różnił się od swojego ojca. Ale kto wie... Może William też kiedyś był taki?
- Moi rodzice też są Anglikami. Moja matka obecnie przebywa w rodzinnym domu. - ,,I jest śmiertelnie chora...". Ale tego już nie dodał. - Natomiast o ojcu nie posiadam zbyt wielu informacji. Nie widziałem go od dwudziestu lat, ale szczerze przyznam, że nie jest mi z tym źle. - Wzruszył ramionami. Nie szukał ojca, nie miał nawet takiego zamiaru. Czasami w jego głowie rodziła się nutka ciekawości, ale szybko tłamsił ją, przywołując te mgliste wspomnienia, gdy William bił jego, oraz jego matkę. Wtedy przypominał sobie o tym, że zdecydowanie lepiej było im bez niego.
Alan Bennett
Zawód : Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t4011-skrytka-bankowa-nr-373 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Re: Korytarz [odnośnik]12.03.16 10:55
- W takim razie liczę na to, że się pan do tego przyłoży - odpowiedziała zadowolona, że jej upór jakoś zdał egzamin i wpłynął na Alana.
Faktem było, że Elsie wie na temat swojego brata więcej, niż ten mógłby się tego spodziewać. Była bardzo szczęśliwa, że może sobie z nim tak po prostu porozmawiać, zająć się nim, zaopiekować. To naprawdę dużo dla niej znaczyło. Gdyby w tym momencie ją odrzucił, byłoby ogromnie trudne ponownie zdobyć jakieś, chociaż minimalne, jego zaufanie.
- O widzi pan, sam się pan przyznał, że zbyt długo siedzi w pracy - uśmiechnęła się szczerze.
Miała ochotę unieść dłoń, zmierzwić mu włosy. Roześmiać się radośnie, z tego, co mówi jej brat. Ale nic takiego nie zrobiła. Jej chęci mogły zdradzić jedynie oczy, wpatrzone w jego włosy, które były niezwykle podobne do włosów ojca. Chyba nawet podobnie się układały.
Widać było, że Alan był zmęczony. Gdy go obserwowała, widziała, jak ukradkiem ziewał w rękaw swojego fartucha, widziała zmęczoną twarz, która jednak zawsze raczyła swoich pacjentów z szerokim uśmiechem. Dawał z siebie wszystko.
Do tematu dziecka i męża już nie wróciła. Już po chwili uspokoiła się, śmiejąc się ze słów mężczyzny. Faktycznie, mogła się spodziewać, że zaraz pójdzie sprawdzić, czy nikogo im nie brakuje. Ale raczej nie brakowało, a już na pewno nie Elsie.
- Ups, mogłam nic nie mówić - dodała jeszcze rozbawiona, lekko machając dłonią.
Wtedy wkroczyli na temat rodziny. Elsie wysłuchała go uważnie. Czyli miał matkę, którą ich ojciec zostawił dla innej. Poczuła okropną złość. Miała ochotę dostać się teraz do Norwegii i sprawić, że mężczyzna pożałuje tego, jak potraktował tą biedną kobietę. Ale z drugiej strony, gdyby był kochającym ojcem i mężem, Elsie prawdopodobnie nigdy by nie pojawiła się na tym świecie. Nie, nic nie jest warte cierpienia kobiet. Ani matki Alana, ani tym bardziej biednej matki Elsie, która popełniła samobójstwo z rozpaczy.
- Nie miał pan kontaktu z ojcem? - zapytała. - Ja właściwie, znałam pańskiego ojca…
Te słowa same wyszły z jej ust. Sama nie wiedziała dlaczego, aż wystraszyła się tego, co powiedziała. Czy to nie za dużo informacji dla niego samego? Niby nie było to kłamstwo, w końcu go “znała”. W formie przeszłej, bo dla niej już nie istniał. Był martwy i umarł w momencie, w którym zginęła jej matka. Umarł w jej sercu, a przecież kiedyś tak go kochała. Każda mała dziewczynka, w swoim ojcu widzi bohatera, rycerza, który ochroni ją przed złem. I cokolwiek mówiła mama, Elsie też tak myślała. Ale pewnego dnia wszystko się skończyło.
- Przeprowadził się do Norwegii, był przyjacielem mojej matki - skłamała, wypowiadając słowa bardzo niepewnie. - Jesteś do niego bardzo podobny, ale nie z charakteru. Wydaje mi się, że charakter ma pan zupełnie inny.
Urwała na chwilę, nie była w stanie patrzeć mu teraz w oczy. Jej ojciec… ich ojciec był potworem i zazdrościła Alanowi, że miał możliwość prowadzić szczęśliwe dzieciństwo bez niego. Ciekawe czy zdawał sobie w ogóle sprawę z tego, jak wiele zyskał z tego powodu, a jak wiele Elsie w swoim życiu przez niego straciła.
- Dowiedziałam się o panu kilka lat temu, kiedy rozpoczynał pan staż. Rodzice mojego byłego męża pojawili się u nas na obiedzie, to był dzień moich zaręczyn. Pański ojciec jako… przyjaciel rodziny, również tam był. Okazało się, że to znajomi, a oni zaczęli opowiadać mu o panu. Z wielkim szacunkiem, naprawdę.
Nie była pewna, czy powinna była mówić mu to wszystko już teraz i to z takimi szczegółami. Przecież była dla niego obcą osobą, a tu się okazało, że ona właściwie go zna już od dłuższego czasu. Tylko jak teraz z tego wybrnąć, jaki miałaby powód, aby go odnajdywać i obserwować? Skoro jego ojciec, w jej opowieści miał być tylko “przyjacielem rodziny”?
Alan spędził ze swoim ojcem kilka lat, których wprawdzie pewnie mało pamiętał. Elsie znosiła go znacznie dużej. Kłótnie, krzyki, bicie matki, po jej śmierci i jej. Sterowanie życiem, wydanie za mąż za mężczyznę równie złego co on. Musiała to znosić, żałowała, że nigdy go nie zabiła. Często chodzi jej po głowie, że powinna tam wrócić i załatwić sprawę do końca, pozbyć się łańcuchów, które miała wrażenie, że nadal oplatają jej ciało. Kiedy mówiła to wszystko Alanowi, czuła się źle, bo w pewnym sensie okłamywała go. W końcu to nie był tylko znajomy matki. Ale, na wszystko przyjdzie pora. Jednak na pewno nie dzisiaj.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Korytarz [odnośnik]14.03.16 20:22
- Oj, wcale nie. Chyba się Pani przesłyszała - odparł przekornie, patrząc na nią z lekkim rozbawieniem. Wcale się nie przesłyszała. Naprawdę to powiedział, co zadziwiło również i jego samego. Chyba zbyt wiele działo się u niego ostatnimi czasy, co męczyło go bardziej lub co najmniej w tym samym stopniu co praca. Zazwyczaj nie przyznałby się na głos, że jest zmęczony. Był typem, który mało dbał o siebie, który dostrzegał własne osłabienie dopiero w skrajnych sytuacjach. I z pewnością nie był typem, który skarżył się komukolwiek na swój los, na zmęczenie i tak dalej. Nigdy nie chciał nikogo martwić, sprawiać nikomu przykrości. Pod tym względem był taki jak jego matka. Wspaniała kobieta.
- Zdecydowanie popełniła Pani błąd. Musi się Pani bardziej pilnować. - Zażartował, kontynuując temat jej domniemanej ucieczki ze szpitala psychiatrycznego. W samej teorii brzmiało to strasznie, jednak kobieta ta wydawała się mieć dużo dystansu do siebie, oraz poczucia humoru. Mogli więc sobie na to pozwolić. Zadziwiające było jak dobrze im się rozmawiało pomimo tego, że się nie znali. No... prawie się nie znali. A przynajmniej Alan nie znał jej, lecz ona jego tak.
- Znała Pani mojego ojca? - Powtórzył odruchowo, przyglądając się jej z zagubieniem i zaskoczeniem. Co chciała przez to powiedzieć? Nie bardzo wiedział dokąd prowadzi ta rozmowa i czego powinien domyśleć się po ów słowach. Znała... Czy to znaczyło, że jego ojciec nie żył? Nie wiedział czy powinien o to pytać. Nie wiedział czy chciał o to pytać. Przecież ten człowiek był dla niego kimś całkowicie obcym. Kimś, kto w dzieciństwie często gościł w jego koszmarach. Był pewien, że gościł też w koszmarach jego biednej matki, która była najczęstszym obiektem wyładowywania złości przez Williama.
- Matka często mi powtarza, że jestem do niego podobny z wyglądu. Słowa o tym, że różnię się od niego charakterem potraktuję jako komplement. Pamiętam go jako człowieka o okropnym charakterze - mruknął. Rozmowa, którą teraz toczyli nie była już tak wesoła i beztroska jak przed paroma chwilami. Nie żartowali sobie na luźne tematy, a poruszali coś, co Bennett miał nadzieję zostawić za sobą już dawno. Elsie poruszyła jakąś strunę w jego wnętrzu, której obecności Bennett nie był nawet świadom. Nie bardzo wiedział jak ma zareagować na jej obecność.
- Czy to jest powód, dla którego spędzała Pani ostatnio tak dużo czasu w tym miejscu? - Spytał, wiedziony jakimś tajemniczym, niezrozumiałym dla niego przeczuciem. Był nieco zagubiony i było to po nim widoczne. W głowie krążyło mu jedno pytanie, które chciał zadać już od początku rozpoczęcia tej rozmowy. Próbował jedynie przekonywać samego siebie, że wcale tak nie było. Nie udało mu się to.
- Czy ten człowiek dalej żyje? - Nie pamiętał go zbyt dobrze. Jego twarz rozmazywała się w jego wspomnieniach. Pamiętał jedynie płacz matki i jego głos, gdy krzyczał. Pamiętał uderzenia silnej, twardej ręki, która powinna ich głaskać i chronić, zamiast robić im krzywdę. Nie wiedział czy chciał, aby William żył. Wyrzucił go ze swojego życia i starał się o nim nie rozmyślać. Z jednej strony życzył mu wszystkiego co najgorsze, życzył mu śmierci. Z drugiej jednak był lekarzem - jego misją było ratowanie ludzi. Był rozdarty, nie bardzo wiedział co chce usłyszeć.



There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope
Alan Bennett
Zawód : Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t4011-skrytka-bankowa-nr-373 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Re: Korytarz [odnośnik]15.03.16 17:27
Dobry humor i lekka atmosfera zniknęły jak bańka mydlana, a Elsie od razu pożałowała, że pozwoliła sobie na tę chwilę nieuwagi i wypowiedzenie tych słów. Nie chciała przecież tego mówić, nie teraz. Przecież dopiero co go poznała, a już od razu wyskakiwała mu z takim stwierdzeniem. Miała ochotę ugryźć się w język i więcej nic nie odpowiedzieć, ale Alan sam podchwycił temat. Zapytał, czy go znała. Przez chwilę milczała, nie bardzo wiedząc, czy brnąć w to dalej, ale skoro już zaczęła, to nie było już odwrotu. Kiwnęła lekko głową, potwierdzając.
Czas przeszły jakiego używali, definitywnie wskazywał na to, że mężczyzna mógł już nie żyć. W życiu Elsie już nie istniał od jakiegoś czasu, dlatego dla niej nie było nic dziwnego w tym, że tak się do niego zwracała. Był martwy duchem, ciałem być może też kiedyś będzie.
- Pańska matka ma zdecydowanie rację - przytaknęła.
Już nie odpowiadała mu, że również zna tego mężczyznę z zupełnie innej strony. Osoby, która wyżywa się na swojej kobiecie,który frustracje wyładowuje na córce, który znajduje jej kilkanaście lat starszego mężczyznę, wiedząc kim jest i jaki ma charakter, pozwala na to, aby dziewczyna, która powinna być jego oczkiem w głowie, była bita i gwałcona. Nie tak zachowuje się przecież ojciec.
- Tak, bardzo chciałam pana poznać. Rodzice mojego… męża - z trudem wypowiedziała to słowo - z jakiegoś powodu pana znali.
Nie wiedziała, co ma mu powiedzieć więcej. Tak, przesiadywała tutaj, aby przekonać się, czy może zaufać własnemu bratu? Żeby potem nie zostać skrzywdzoną, kiedy okaże się, że jest dokładnie taki sam jak ojciec, żeby nie zaczął jej znowu bić, a cały koszmar nie rozpoczął się na nowo? Alan był jednak inny, ten czas, który spędziła tutaj, ją w tym uświadomił. Jej ojciec nigdy nie byłby wstanie do takich poświęceń jak Alan, obserwując jego pracę, od razu się do niego przekonała. Dlatego zrobiła pierwszy krok i dlatego teraz z nim rozmawia.
- Kiedy wyjeżdżałam z Norwegii jeszcze żył - odpowiedziała zgodnie z prawdą.
Jeżeli nie zapił się na śmierć, nie popełnił samobójstwa, nic go po drodze nie spotkało, to być może nadal żyje. Może znalazł sobie nową kobietę do bicia, a może poszukuje ją, aby ukarać za nieposłuszeństwo. Elsie w końcu tak bardzo się go boi, że być może nawet nie drgnęłaby, gdyby unosił na nią rękę.
- Przepraszam, nie powinnam była zaczynać tego tematu. Pozwolę już panu wrócić do pracy. Ale proszę się nie martwić, nie mam zamiaru zostawić pana z tymi krążącymi pytaniami w głowie - dodała, uśmiechając się lekko.
Wstała, rzuciła proste zaklęcie czyszczące na naczynia, następnie pomniejszyła je i schowała do torebki. Spojrzała na Alana. Miała ochotę pochylić się i pocałować w policzek na pożegnanie, jednak tego nie zrobiła, nie chcąc jeszcze bardziej kołować brata. Posłała mu jednak jeszcze jeden ciepły uśmiech.
- Proszę spodziewać się mojej sowy już niedługo, mam nadzieję, że będzie panu równie mocno smakowało.
Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę wyjścia, mniej więcej w połowie oglądając się na brata. W jej głowie zawitała mała, niewinna myśl “Nie martw się Alan, nie pozwolę, aby nasz ojciec skrzywdził jeszcze kiedykolwiek nas albo kogoś innego. Skończy jak moja matka i będzie o to błagał na kolanach.”

zt oboje
Gość
Anonymous
Gość
Re: Korytarz [odnośnik]15.06.16 16:16
| 27 Grudnia |

Nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Naiwnie wierzyła, że ostatni dzień świąt przebiegnie pomyślnie, bez zbędnych komplikacji, ale niestety - wszystko runęło na łeb i szyję, kiedy to Ramsey postanowił odpłynąć. Dlaczego właściwie? Co się stało, że stracił kontakt ze światem? Zachodziła w głowę od kilku godzin, czy aby na pewno nie przyczyniła się do permamentego zatrucia mężczyzny, ale przecież... Nie odważyłaby się nigdy podać komukolwiek trucizny. Była na to zbyt dobra i przesiąknięta empatią, by próbować celowo zniszczyć kogoś w tak okrutny sposób. Obawiała się jednak, że to w pełni jej wina, bo zapomniała o darze, którym był obdarowany.
Spędziła noc w szpitalu i czekała, choć organizm młodej aurorki był wykończony. Domagał się odpoczynku, ale nie myślała teraz o tym. Skupiała się jedynie na tym, by otrzymać jakiekolwiek informacje na temat Mulcibera. Wiedziała, że powinna napisać list do Tristana i poinformować go o tym, że wysłała Ramseya na oddział, ale skoro i tak mieli się spotkać, to może nic się poważniejszego nie stanie do tej pory? Dreptała w miejscu i próbowała przeanalizować każdy możliwy scenariusz i układała potencjalną wersję wydarzeń, którą musiała przedstawić czarodziejowi, a także magomedykowi. Nie kłamałaby, ale przyznanie się do kolejnej małej sprzeczki sprawiało, że wolała się zdystansować i uciec, by jej przyszły mąż doszedł w pełni do zdrowia i dopiero wtedy poznał prawdę na temat tego, co się wydarzyło. Igrała z ogniem, ale nie miała wyboru.
Dostrzegła idącego korytarzem lekarza i uśmiechnęła się lekko. To on z nią rozmawiał w nocy, a także mówił, że wszystko jest w porządku. Oddychała z trudem, ale musiała nabrać pewności, że nie zaszkodziła mu w żaden sposób.
-Chciałabym wziąć pana na słówko... - szepnęła cicho, a następnie przestąpiła z nogi na nogę. Serce uderzało gwałtownie, jakby podświadomie odczuwała napływające emocje z każdej możliwej strony. Znali się, a przynajmniej kojarzyli ze spotkania Zakonu, ale Katya wolała nawet nie wspominać tego tematu. I tak już ściągnęła pierścionek, który nosiła na palcu i schowała go w torebce, by czasem nie był po raz kolejny powodem do ewentualnej kłótni. -Dlaczego on jest nieprzytomny? - zapytała w końcu i wypuściła powietrze ze świstem. Unikała spojrzenia pracownika szpitala, bo czuła, że zostanie oskarżona o coś, czego nie zrobiła, ale kto mógł to zrozumieć - tak naprawdę? -Wszystko było w porządku i nagle... Stracił przytomność, a ja nie mam pojęcia - czemu - mówiła jeszcze, choć nikt jej nie pytał, a potem? Nastała pustka, której nic nie mogło wypełnić.


meet me  with bundles of flowers We'll wade through the hours of cold Winter she'll howl at the walls Tearing down doors of time
Katya Ollivander
Zawód : Zawieszona w prawie wykonywania zawodu
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Mogę się oprzeć wszystkiemu z wyjątkiem pokusy!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t2039-celeste-ellsworth https://www.morsmordre.net/t2291-vesper#34826 https://www.morsmordre.net/t2286-dam-ci-gwiazdke-z-nieba#34654
Re: Korytarz [odnośnik]15.06.16 16:54
Lubił nieprzytomnych pacjentów. Nieprzytomni pacjenci się nie odzywali, nie zadawali pytań. Można było przy nich rozwijać swój magiczny potencjał bez konieczności kontaktu z drugim człowiekiem. Była jednak grupa oszołomionych chorych, których nie znosił – konkretnie oszołomionych chorych, którzy trafili na zły oddział Szpitala. To wymagało od niego wypełniania sterty papierków, które musiał teraz uzupełnić na swojej nocnej zmianie, oddając nieszczęśnika, który tu trafił pod inne ręce. Tyle roboty na nic. Zmęczony nocnym etatem wracał sobie właśnie przez korytarz, powoli już przygotowując się do zdjęcia swoich szat uzdrowiciela, kiedy drogę zagrodziła mu ruda osóbka, jaką przez pół-sen pamiętał z dzisiejszej nocy. Wiedział tyle. To ona podrzuciła mu wyrzutka, dlatego spojrzał na nią z góry, splatając ręce na piersi, patrząc na nią góry. Nie był miły. Cassian nigdy nie był, nawet w trakcie pracy. Ktoś mógłby się teraz dziwić jakim cudem przeszedł wszelkie przygotowania do pracy magomedyka. Nie wykazywał szczególnych zdolności do rozmów z rodzinami poszkodowanych. Należał raczej do tej grupy medyków, których nie wspominało się dobrze z wizyt w Mungu. Miał jednak swoje powody aby zostać magomedykiem, ale nie było to wynagrodzenie, bo uzdrowiciele akurat w magicznym świecie zarabiali mniej niż przykładowo tacy aurorzy, co to tylko biegali, szukali guza i dokładali nieszczęsnym magomedykom roboty. Morisson przechylił głowę na bok, marszcząc brwi, patrząc w – zmartwione? – oczy dziewczęcia.
Z rodziny? — spytał monosylabicznie, przecierając zmęczone oczy dłonią, bo właśnie miał skończyć zmianę, przebrać się i wrócić do domu i klął na siebie w myślach, że nie wpadł na genialny pomysł zrzucenia z siebie tych medycznych łaszków już na korytarzu, co z pewnością pozwoliłoby mu uniknąć tej rozmowy — Informacji udzielam tylko rodzinie.
Wzrok miał zacięty, ale słysząc ton Katyi i obserwując jej zagubienie poczuł się nie tyle zobowiązany do odpowiedzi, co do dopieprzenia biednemu dziewczęciu, które czuło się czemuś winne.
No dobrze — odezwał się tak, jakby go złamała, chociaż jedyne co udało jej się w nim zagiąć to wiarę w to, ze dzisiaj szybko legnie spać. — Na moje to lepiej, że jest nieprzytomny, bo jakby nie był to by go w chuj bolało — skwitował z ekspercką precyzją, zaraz potem się poprawiając — znaczy… mocno… zasadniczo jestem po pracy — zauważył, bo musiał się o to upomnieć, a nie dlatego, że chciał usprawiedliwić swój ordynarny słownik. Czy wprowadzanie w błąd nie-rodziny pacjenta było karalne? Nie udzielił sobie na to pytanie żadnej odpowiedzi, ale poczuł bardzo niekomfortowe pieczenie w dłoni. Niewyjaśniony skurcz przeszył go od magicznego pierścienia ulokowanego na łańcuszku pod uzdrowicielską koszulą. To nie były wyrzuty sumienia, tylko dziwne, chore, niezrozumiane poczucie zawodu, że okłamał członka Zakonu, bo właśnie sobie zdał sprawę, że z jednym rozmawiał.
Co zrobiłaś? — spytał po momencie, wpatrując się w jej oczy z rozdrażnieniem, bo ta jej historia miała spore luki, a skoro były luki to były informacje, które chciałą zataić, a skoro było coś co trzeba zataić to domyślał się, że to była jej wina. To zawsze wszystko wina kobiet. Miłość to też wina bab, złamane serca, nieodpłakane dzieci i nieszczęśliwe życie.


I don't want to understand this horror
There's a weight in your eyes

I can't admit

Everybody ends up here in bottles



Cassian Morisson
Zawód : UZDROWICIEL ODDZ. URAZÓW POZAKLĘCIOWYCH
Wiek : 33 LATA
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
I will not budge for no man’s pleasure, I
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t2183-cassian-t-morisson#33199 https://www.morsmordre.net/t2797-whisky#45280 https://www.morsmordre.net/t2247-witaj-w-piekle#34028 https://www.morsmordre.net/f225-blackhorse-lane-13-5 https://www.morsmordre.net/t3257-skrytka-bankowa-nr-618#55081 https://www.morsmordre.net/t2795-cassian-tobias-morisson#45256
Re: Korytarz [odnośnik]24.06.16 14:10
Miała problem z ludźmi, którzy byli obojętni i jawili się jak wyrzuci ze wszelkiej empatii. Budzili w niej niechęć i ogromny dystans, którego nie była w stanie pokonać, a popadnie w stan bezsensu, niemocy bywał dla niej trudny i dobijający. Czy zatem mogłaby się dogadać z Cassianem? Niezwykle wątpliwe, ale nie na tyle, by nie pozwolić sobie na kilka spostrzeżeń, które jasno sugerowały, że mężczyzna jest... Rozchwiany. Nie umiała stwierdzić skąd taki wniosek, ani dlaczego w ogóle przyszło jej do głowy coś takiego, ale prawda była oczywista i należało się z nią zmierzyć. Nie była jednak bogiem ani Merlinem, by go osądzać. Posiadał własne życie, a Katya nie należała w żadnym stopniu do jego egzystencji, choć łączył ich zakon.
Rodzina.
Wypuściła powietrze ze świstem i pokręciła przecząco głową. Nie byli w końcu małżeństwem i nie musiał udzielać aurorce jakichkolwiek informacji. Mina zbitego puszka pigmejskiego wyszła więc całkiem naturalnie, bo w gruncie rzeczy - nie planowała tego. Bezwidnie operowała mimiją twarzy, co zapewne wydało się komiczne. Była już wystarczająco zagubiona, by jeszcze tak łatwo poddawać się emocjonalnej grze.
Ja nie mam rodziny.
Przyglądała się Cassianowi nieustannie, jakby niemo błagając, by powiedział cokolwiek. I w momencie, w którym się zgodził, wewnętrzny głos zaczął wrzeszczeć w niebogłosy. Życie nie było aż tak brutalne.
-Słucham? - skrzywiła się na dźwięk brzydkiego słowa. Kulturalni czarodzieje nie używali takiego języka, a ten tutaj nie dość, że lekarz, to jeszcze zakonnik. Nie obowiązywały go żadne zasady? -Prosiłabym o kulturalniejsze opinie - mruknęła z przekąsem i wywróciła zirytowana oczami. Jak on w ogóle śmiał? Na ziemię sprowadziła ją jednak pamięć o Ramseyu, który umierał w sali, a ona nie wiedziała nawet na co. Nie chciała zgnić w Azkabanie całej młodości, bo zaszkodził mu zabójczy groszek!
Zastygła w bezruchu, gdy padło to kluczowe pytanie i skrzywiła się. Co miała powiedzieć? Że przesoliła swoje pierwsze w życiu danie, którego nie gotowała, a zamówiła w knajpie z jedzeniem na wynos? To nie jej wina, że trafiła na imbecyla a nie kucharza.
-Kupiłam świąteczną kolację - przyznała szczerze i zachowywała ogromną powagę, choć zapewne w innej sytuacji mogłaby się z tego śmiać. Z absurdu, który wynikał z braku wiedzy. -Kiedy stracił prytomność zaserwowałam mu szlachecki policzej, który wymierzyłam z dokładnością co do milinetra, ale na Merlina! - krzyknęła desperacko i opadła na fotel. -Nic więcej się nie wydarzyło... - przyznała otwarcie, a kiedy ukryła twarz w dłoniach, przypomniała jej się kluczowa kwestia. -Zanim pogrążył się we śnie, jego oczy zrobiły się białe, jakby przeniósł swoją duszę do innego świata.


meet me  with bundles of flowers We'll wade through the hours of cold Winter she'll howl at the walls Tearing down doors of time
Katya Ollivander
Zawód : Zawieszona w prawie wykonywania zawodu
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Mogę się oprzeć wszystkiemu z wyjątkiem pokusy!
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t2039-celeste-ellsworth https://www.morsmordre.net/t2291-vesper#34826 https://www.morsmordre.net/t2286-dam-ci-gwiazdke-z-nieba#34654

Strona 1 z 9 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

Korytarz
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach