Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Sala numer dwa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Sala numer dwa   30.03.15 23:42

First topic message reminder :

Sala numer dwa

Wszyscy wiemy, jak ma się rzeczywistość w Mungu i że nie jest ona lepsza od tej poza jego murami. Niedawna wojna zrobiła swoje - znaczna większość pomieszczeń potrzebuje remontu dosłownie na gwałt. Pociemniała biała farba na sufitach, którą bardziej określić można jako szaro-żółtą lub zwyczajnie szarą, w zależności od oświetlenia, parapety pomalowane paskudną olejną farbą, wszelkiego rodzaju rysy, obdrapania, ślady po stuknięciach... Chybotliwe łóżka, pod których nogi częstokroć podstawiane są drewniane klocki lub kawałki gazet, by jakoś je ustabilizować, z lekka nieszczelne okna, na które niby rzucane są wszelkiego rodzaju zaklęcia, lecz raczej z dosyć marnym skutkiem... Długo by wymieniać wszelkie mankamenty.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
,,,
10
10
0
23
0
0
5
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Sala numer dwa   20.02.18 15:26

Mung z pewnością nie był przyjemnym miejscem dla pacjentów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie lubił spędzać kilku długich dni lub w skrajnych przypadkach nawet tygodni w obskurnych salach, faszerowany eliksirami i otoczony jękami innych chorych. Josie zdecydowanie wolała tu pracować niż zasilać szeregi pacjentów; miała przynajmniej tę pocieszającą myśl że po zakończeniu godzin pracy wracała do domu i do swojego normalnego życia. Ale maj i dla uzdrowicieli nie był wcale taki przyjemny, a czerwiec też póki co nie zanosił się dużo lepiej. Pozostawało jej tylko westchnąć, zagryźć zęby i robić co należy. Sama przyszła na ten staż, pasjonowała się anatomią, więc musiała zaakceptować i niedogodności towarzyszące jej wyborowi swojej ścieżki po Hogwarcie.
Uzdrowiciel i asystująca mu stażystka w końcu się pojawili. Na tyle szybko, na ile mogli w natłoku pracy. Ranna kobieta zdawała się łypać na nich groźnie, poirytowana i niezadowolona czekaniem na nich lub swoimi ranami. Nikt nie lubił przegrywać pojedynków i budzić się po nich na oddziale, ale prawdziwy Klub Pojedynków nie był dziecinną zabawą jak ten w Hogwarcie, i sama Josie miała okazję się o tym przekonać.
- Bardzo przepraszamy za wcześniejszą zwłokę – powiedziała tylko, po czym uniosła brwi, kiedy kobieta ordynarnie zaklęła. Przeklinające kobiety nie były dla niej czymś codziennym, więc posłała jej zdegustowane spojrzenie; matka zawsze powtarzała jej, że ordynarny język nie przystoi kobietom, a co najwyżej prostakom z rynsztoka. Ale nie wiedziała kim była ta kobieta; Mung był miejscem neutralnym i leczył każdego, kto tam trafił, bez względu na krew, pochodzenie i poglądy.
- Myślę że nie ma potrzeby używania takiego języka, za chwilę wszystkiemu zaradzimy. Uzdrowiciel Davies jest naprawdę świetnym specjalistą od urazów pozaklęciowych – dodała uspokajającym tonem, nauczona że nie warto wdawać się w słowne pyskówki z krnąbrnymi pacjentami, a po prostu ich leczyć. To było jej zadaniem. Razem z uzdrowicielem Daviesem obejrzeli siniaki i inne ślady, mężczyzna wziął na siebie poważniejsze zaklęcia, stażystce powierzając te pomocnicze, co też po chwili zrobiła. Pod jego okiem starannie rzuciła Purus, Paxo, potem Episkey Maxima na siniaki powstałe zapewne przy upadkach; sama już wiedziała jak kończy się oberwanie Deprimo czy Everte Stati. Potraktowane odpowiednimi zaklęciami sińce zaczęły znikać, a skóra kobiety znów przybrała naturalny, jasny odcień. Na szczęście organizatorzy pojedynków pomyśleli o tym by zabezpieczyć sale pojedynkowe przed anomaliami, więc te obrażenia od zaklęć były stosunkowo proste do wyleczenia. Josie miała nadzieję, że nie będzie dodatkowych problemów, choć co jakiś czas zerkała na leczoną pacjentkę, czekając na dalsze dyspozycje od uzdrowiciela prowadzącego ten przypadek.





Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Powrót do góry Go down
Sigrun Rookwood
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t5310-sigrun-rookwood https://www.morsmordre.net/t5379-astrid#121534 https://www.morsmordre.net/t5378-sigrun https://www.morsmordre.net/f100-harrogate-skala https://www.morsmordre.net/t5381-sigrun-n-rookwood#121544
łowczyni wilkołaków
28
Czysta
Wdowa


She wears the smell of blood
and death like a perfume


16
5
0
0
5
20
10
4
Metamorfomag
I am insane

PisanieTemat: Re: Sala numer dwa   22.02.18 11:41

-Będę używała takiego języka na jaki przyjdzie ochota - warknęła w odpowiedzi Sigrun, odchylając głowę na poduszce i biorąc głęboki oddech, jakby to miało w jakikolwiek sposób ulżyć jej w bólu.
Na pełne dezaprobaty spojrzenie panny Vane odpowiedziała jeszcze bardziej nastroszoną miną i lekko uniesioną brwią. Doprawdy, miała w nosie jej naganę i niezadowolenie ze słów, które same cisnęły się Sigrun na język. Nie była wypachnioną panienką z dobrego domu, którą jedyne czego uczono to ostrożnego stawiania kroków w tańcu, magiczne haftowanie i recytowanie wierszyków - bo to przecież przystało dziewczynce. Matka Sigrun zmarła przy porodzie, pozostawiając ją na pastwę ojca oraz czterech starszych braci. Wychowała się w zupełnie męskim towarzystwie, a czy tego ojciec chciał, czy nie, mimowolnie przejęła wiele cech, które kobietom nie przystawały. Nie miała oporów, by używać wulgarnego języka, choć z rynsztoka wcale się nie wywodziła, Rookwoodowie byli dobrą, starą rodziną, pielęgnującą tradycję czystej krwi; nigdy nie wahała się też przed wypowiedzeniem na głos tego, co naprawdę myślała. A tak pomiędzy Merlinem a prawdą, to język miała okrutnie niewyparzony, a przez to jak łatwo wpadała w złość i jak wielką była furiatką, ten gniew odbijał się na otoczeniu w bardzo nieprzyjemny sposób.
-Rozumiem, że pani ma patrzeć, bo nic pani jeszcze nie umie? - spytała jadowicie, patrząc prosto w oczy Jocelyn. Stażystka uzdrowicielstwa nie zasłużyła sobie na takie traktowanie, oczywiście, że nie. Przyszła wtedy, kiedy mogła i gdy dostała takie polecenie, by zająć się pacjentem najlepiej jak mogła, lecz po prostu nie miała dziś szczęścia, że trafiła na osobę taką jak Sigrun Rookwood - w złości okładającą wszystkich innych na oślep. Była tak wściekła przez własną porażkę, że gdyby nie dotkliwe rany, które przykuwały ją wciąż do łóżka, najpewniej zdemolowałaby ten pokój. Skoro odzyskała przytomność, musiała się na kimś wyładować, pech chciał, że była to akurat Merlinowi ducha winna Jocelyn.
Nawet najbardziej nieznośny pacjent jak ona musiał w końcu zamilknąć, gdy podwinięto jej szaty i zabrano się do leczenia ran: nie wstydziła się obnażenia, nigdy nie należała do wstydliwych kobiet. Nie była też ani panną, ani tym bardziej dziewicą, by rumienić się jak nastoletnia młódka. Nawet, kiedy zaklęcie powodowało dyskomfort i pieczenie, zaciskała zęby, zbyt dumna, by choćby syknąć.
-Tylko niech pani uważa, nie chcę stracić nogi - pouczyła jeszcze pannę Vane, najpewniej jedynie jeszcze bardziej działając przyszłej uzdrowicielce na nerwy.





A witch ought never to be frightened in the darkest forest, because she should be sure in her soul thatthe most terrifying thing in the forest was her

Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
,,,
10
10
0
23
0
0
5
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Sala numer dwa   28.02.18 18:18

Jocelyn znowu uniosła brwi, nieco zaskoczona taką reakcją i agresją. Mając zaledwie dwa lata doświadczenia nie spotkała się jeszcze z pełnym spektrum mniej lub bardziej dziwnych zachowań, jakie mógł zaobserwować choćby ojciec pracujący w Mungu już czterdzieści lat. Oczywiście zdarzały się różne przypadki, zwłaszcza na trzecim piętrze, gdzie nie tak dawno pacjent zaczął demolować salę i próbował udusić jej koleżankę z roku, ale sama Jocelyn nie stykała się z agresją aż tak często, nawet ze słowną. Była osobą raczej spokojną i opanowaną, ale zachowanie kobiety drażniło ją, może dlatego, że sama była zmęczona i podenerwowana, zaledwie kilka dni temu jej matka doznała bardzo silnego ataku choroby. Łatwiej było więc uderzyć w jej czułą strunę, a zwrócenie uwagi o rynsztokowy język było odruchowe, jej matka prawdopodobnie wyszorowałaby jej buzię mydłem, gdyby tylko ośmieliła się wysłowić w podobny sposób. Wychowano ją właśnie na taką wypachnioną panienkę, która nie poznała prozy prawdziwego, surowego życia i nie musiała być gniewna. W jej rodzinnym domu nie było miejsca na brzydki język i brzydkie zachowania niegodne czystej krwi, sama Josie była zwolenniczką spokojnego i kulturalnego rozwiązywania ewentualnych sporów. To tyczyło się także pacjentów; im mniej problemowi byli tym sprawniej wszystko szło.
- Cóż, pani wola. Proszę jednak pozwolić nam wykonywać swoje obowiązki. – Ściągnęła usta w wąską linię, starając się maskować swoje odczucia i robić swoje. Musiała pomóc w uleczeniu kobiety, potem ewentualnie podać jej zalecone eliksiry i przekazać dalsze dyspozycje wyznaczone przez uzdrowiciela, który przez cały czas czuwał nad poprawnością wykonywanych przez nią czynności. Jednak jej kolejna wypowiedziana jadowitym tonem uwaga dotknęła ją. Zawsze była wrażliwa na stwierdzenia godzące w jej umiejętności, nigdy nie lubiła być niekompetentna i nie lubiła być o niekompetencję posądzana. I choć najbardziej bolały tego typu wyrzuty z ust matki, i te wypowiadane przez innych godziły w jej samoocenę; spędziła w końcu sporą część życia próbując zadowalać oczekiwania otoczenia, głównie te matczyne, i chciała czuć się dostatecznie dobra. To nie w braku umiejętności leżał problem, lecz w przepisach, które wiązały jej ręce i nie pozwalały w pełni rozwinąć skrzydeł, choć wiedziała, że wykracza umiejętnościami i wiedzą ponad większość swoich rówieśników, którzy także zbliżali się do końca drugiego roku. Gdy ich spojrzenia przez moment się skrzyżowały, przez niebieskoszare oczy Josie przemknął cień, ale starała się wciąż utrzymywać opanowany, beznamiętny wyraz twarzy.
- To tylko kwestia zasad, które obowiązują wszystkich stażystów bez względu na ich umiejętności – wyjaśniła chłodnym, ale wciąż profesjonalnym tonem. – Podejrzewam, że tyczy to także innych zawodów. – Z tego co dowiedziało się wcześniej wynikało że Sigrun Rookwood pracowała dla ministerstwa, a więc zapewne też musiała przejść szkolenie lub staż. A jak wiadomo, prawdopodobnie każdy staż oprócz nauki polegał na byciu „przynieś, wynieś, pozamiataj”, zanim można było otrzymać pełnię uprawnień i własny wygodny gabinet, oraz rozstawiać po kątach stażystów i zrzucać na ich barki najmniej wdzięczne obowiązki tak jak teraz robili to starsi uzdrowiciele.
- Proszę zachować spokój, a wszystko będzie w porządku. Już prawie koniec, z pewnością nie straci pani żadnej kończyny – zapewniła jeszcze, czując, że raczej nie polubiła tej krnąbrnej, opryskliwej kobiety, która najwyraźniej próbowała wyżywać na niej frustrację po przegranym pojedynku. Oczywiście, że na niej, była młodą kobietą, a więc łatwiejszym celem niż dorosły mężczyzna. – Prawdopodobnie będzie musiała pani zostać tu na noc na obserwację – dodała jeszcze po tym, jak uzdrowiciel szepnął jej to na ucho, zanim weszli kolejni stażyści niosący na noszach następnego pacjenta, na którego uzdrowiciel musiał szybko zerknąć, korzystając z tego że obrażenia Sigrun zostały w większości uleczone. Podejrzewała, że kobieta zareaguje na to z jeszcze większą agresją, więc musiała się na to w miarę możliwości przygotować.





Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Powrót do góry Go down
Sigrun Rookwood
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t5310-sigrun-rookwood https://www.morsmordre.net/t5379-astrid#121534 https://www.morsmordre.net/t5378-sigrun https://www.morsmordre.net/f100-harrogate-skala https://www.morsmordre.net/t5381-sigrun-n-rookwood#121544
łowczyni wilkołaków
28
Czysta
Wdowa


She wears the smell of blood
and death like a perfume


16
5
0
0
5
20
10
4
Metamorfomag
I am insane

PisanieTemat: Re: Sala numer dwa   13.03.18 12:19

W domu rodzinnym Sigrun z całą pewnością brakowało kobiecej ręki. Przed niemal dwudziestoma ośmioma laty Gudrun Rookwood, z domu Borgin, wyzionęła ducha, kiedy wydawała na świat bliźnięta: swego czwartego syna i pierwszą córkę. Nie przeżyła porodu, a Normund Rookwood nigdy nie pojął innej kobiety za żonę. Nie dlatego, że żywił wobec Gudrun ciepłe uczucia i tęskne pożądanie nie pozwalało mu o niej zapomnieć, lecz po prostu - nie potrzebował kolejnej. Do domowych obowiązków i w kuchni miał starego skrzata, synów zaś miał już czworo i był z nich dumny. Cała ich piątka wiedziała, że ojciec ma kochanki, wcale się z nimi nie krył, lecz jednako nigdy nie były częścią ich życia i wychowania, bo nad tym czuwał wyłącznie Normund. Rękę miał ciężką, a więc wychowanie było surowe - lecz zupełnie inne, niż w domu Jocelyn Vane. Sigrun nie wychowano na wypachnioną panienkę, choć ojciec początkowo chciał widzieć w niej zwyczajną dziewczynę - dziwactwa działały mu na nerwy, lecz jednocześnie nigdy nie zrobił nic, by stała się inna. W wyłącznie męskim towarzystwie nabrała pewności, że wolno jej tyle, co im, brakowało jej kobiecego wzorca: a choć ostatecznie nie wyrosła na chłopczycę, to było pewne, to była pyskata i krnąbrna jak awanturnik. Przeklinała, mówiła to co myśli, bywała nieuprzejma, czasami po prostu wredna, a w złośliwości odnajdywała mściwą uciechę. Zwłaszcza wtedy, kiedy coś nie układało się po jej myśli, kiedy odnosiła porażkę, potrzebowała obiektu do wyżycia się, do wyładowania negatywnych emocji.
-Pozwoliłabym, gdyby były wykonywane należycie - warknęła znów, kierując słowa wyraźnie do Jocelyn. Starszy uzdrowiciel nie wykazywał ochoty wtrącenia się w kobiece przekomarzanki, zamiast tego wzdychając ciężko i po prostu wykonując swoją pracę. Przestał Sigrun interesować w chwili, kiedy wyczuła na ile może sobie z panną Vane pozwolić - niczym drapieżnik wywęszyła ofiarę.
-A może tylko Ciebie, boś jest najgłupsza? - wytknęła złośliwie, nie mając najmniejszego zamiaru odnosić się do innych zawód. Oczywiście, sama była na stażu. Oczywiście, wtedy wykonywała głównie polecenia starszych brygadzistów i uczyła się od nich, obserwując, lecz nie miała najmniejszego zamiaru się do tego przyznawać i poruszać tego tematu.
Była sfrustrowana własną porażką i waliła na oślep - byle kogo, byle gdzie, byle jak.
-Po co mam zostawać na noc? Nie potrafisz doprowadzić człowieka do porządku odpowiednim zaklęciem? To po co tu jesteś? - wycedziła przez zaciśnięte zęby.





A witch ought never to be frightened in the darkest forest, because she should be sure in her soul thatthe most terrifying thing in the forest was her

Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
,,,
10
10
0
23
0
0
5
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Sala numer dwa   17.03.18 0:41

Jak wiele było rodzin czarodziejskich tak wiele różnych wzorców przekazywanych następnym pokoleniom. Nawet rodziny czystej krwi były mocno zróżnicowane, na różny sposób dbały o swój status i obyczaje bądź nie przykładały do tego wagi i ulegały stopniowej degeneracji. Jocelyn słyszała kiedyś nazwisko Rookwood, choć o samej rodzinie nie wiedziała zbyt wiele; jej matka kładła nacisk na naukę historii rodów szlacheckich, inne traktując po macoszemu. Nawet Vane’ów, swoją nową rodzinę z przymusu, zawsze traktowała z góry. A rzeczywistość dorastającej Jocelyn zawsze była rozdarta na dwie części, podczas gdy ona sama próbowała odnaleźć i zrozumieć swoje właściwe miejsce w świecie.
Teraz jednak jej uwagę całkowicie pochłaniała wulgarna, nieprzyjemna kobieta, która najwyraźniej wzięła sobie na cel wyżycie się na młódce za swoje pojedynkowe niepowodzenie.
- Są wykonywane tak, jak należy – odpowiedziała spokojnie, i tylko jej spojrzenie oraz wyraz ust zdradzały, że była coraz bardziej poirytowana. Starszy uzdrowiciel nie wtrącał się w tą wymianę zdań, zajęty swoją pracą; jego przywilejem jako pełnoprawnego uzdrowiciela było zrzucanie mniej przyjemnych zadań na barki stażystów. I pewnie dawno miał za sobą podobne utarczki i równie dawno przestał się nimi przejmować. A może uważał po prostu, że młodzi stażyści muszą się hartować i uczyć obywać z nawet najbardziej nieprzyjemnymi i krnąbrnymi pacjentami. W końcu pewnego dnia to oni mieli uczyć kolejne pokolenia stażystów i brać na swoje barki pełną odpowiedzialność za przebieg leczenia.
Kobieta nie przestawała wbijać jej szpil, szukając wrażliwego punktu. Najwyraźniej wyczuła, że Jocelyn jest podatna na uwagi godzące w jej umiejętności i kompetencje; była wrażliwa na tym punkcie, choć przecież wiedziała, że jej wiedza stoi na wysokim poziomie, że długie godziny nad anatomicznymi księgami zaowocowały dobrym poznaniem pasjonującej ją dziedziny. Tylko ukończenie stażu dzieliło ją od tego, by móc korzystać z pełni umiejętności i wiedzy.
W jej dłoni znów pojawiła się różdżka.
- Paxo maxima – wypowiedziała starannie, kierując ją na kobietę nim ta zdążyła zareagować. Nieszkodliwe zaklęcie uspokajające było jak znalazł, skoro najwyraźniej była w stanie wzburzenia. A to nie było dobre, zaś Josie chciała po prostu, by Sigrun się uciszyła, przestała rzucać nieprzyjemnymi uwagami i pozwoliła jej dokończyć ostatnie procedury. A może zwyczajnie nie miała ochoty dłużej słuchać bezzasadnego ubliżania i zdecydowała się spróbować je ukrócić. – Proszę się uspokoić i odpuścić sobie podobne uwagi – dodała oschle. – Po to, żeby wykonywać swoje obowiązki – odpowiedziała na kolejne kąśliwe pytanie o to, po co tutaj była. – To nie moja decyzja, a uzdrowiciela prowadzącego. Do niego proszę składać wszelkie zażalenia, bo to on odpowiada za pani wypis z tego oddziału. Najwyraźniej uznał, że lepiej zostać na obserwacji po takiej mieszance zaklęć, którą zafundowano pani w Klubie Pojedynków.
Zerknęła na uzdrowiciela, który właśnie wrócił do niepokornej pacjentki i potwierdził słowa Josie, a także zalecił odpowiednie eliksiry, które należało podać kobiecie przed pozostawieniem jej, by wypoczywała.





Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Powrót do góry Go down
Sigrun Rookwood
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t5310-sigrun-rookwood https://www.morsmordre.net/t5379-astrid#121534 https://www.morsmordre.net/t5378-sigrun https://www.morsmordre.net/f100-harrogate-skala https://www.morsmordre.net/t5381-sigrun-n-rookwood#121544
łowczyni wilkołaków
28
Czysta
Wdowa


She wears the smell of blood
and death like a perfume


16
5
0
0
5
20
10
4
Metamorfomag
I am insane

PisanieTemat: Re: Sala numer dwa   17.03.18 13:09

W żyłach Sigrun Rookwood również płynęła część szlachetnie czystej krwi, choć o wiele mniejszej, niż w Jocelyn - nie mogła także powiedzieć, by czarownica z klasy wyższej oficjalnie stała się częścią ich rodziny. Właściwie o swych korzeniach Brygadzistka wciąż nawet nie wiedziała, ojciec nie zdecydował się jeszcze im wyjawić, że swe nazwisko nosił nie po ojcu, a po matce - a jeśli już po ojczymie, będącym matki kuzynem. Normund zrodził się z gwałtu, którego lord Everard Rowle dokonał na młodziutkiej Catrionie Rookwood i najpewniej nie wiedział nawet, że ma bękarta. Sigrun i jej bracia byli więc spokrewnieni odlegle z Rowle'ami, lecz nie było w nich nic szlacheckiego. Nie odebrali podobnego wychowania, w przeciwieństwie do Jocelyn. Z krewnymi łączyła ich jednak idea - zamiłowanie do czystej krwi, której Rookwoodowie hołdowali już od dziesiątek lat i nie pozwalali swym synom i córkom mieszać się z brudną krwią.
O rodzinie Vane może i nawet by usłyszała, gdyby przyłożyła się bardziej do nauk historii magii, bądź słuchała ojca - ale na tychże lekcjach zawsze spała, lekcji heraldyki nigdy nie miała, a niektóre opowieści ojca zwyczajnie ją nużyły.
Zresztą nieistotne było teraz dla Sigrun, czy znała rodzinę Jocelyn, czy też nie; w tamtym momencie zeszła nawet na dalszy plan sprawa jej czystości krwi, choć gdyby miała informację, że w żyłach uzdrowicielki płynie szlam, to uderzałaby o stokroć mocniej. Chciała jedynie się wyżyć, odreagować, dać upust wszystkim negatywnym emocjom, które się w niej teraz kłębiły.
Widząc poirytowanie, wyraźnie malujące się na twarzy Jocelyn, uśmiechnęła się paskudnie, rada, że zdołała osiągnąć cel i wyprowadzić ją z równowagi. To zwyczanie sprawiało jej samej złośliwą uciechę. Nie spodziewała się jednak tego co za chwilę nastąpiło. Nie wiedziała cóż to za zaklęcie ugodziło ją w pierś, lecz poczuła jak ogarnia ją błogość. Serce przestało bić tak mocno ze złości, poczuła się spokojniejsza i bardziej zrelaksowana. Ból po odniesionych ranach podczas pojedynku ustąpił, wściekłość także zniknęła.
-Idiotka - mruknęła jedynie, bo nawet zaklęcie uspokajające nie było w stanie zmienić paskudnego charakteru Sigrun. Straciła jednak bojowy nastrój i ochotę na dalsze przepychanki.
Poczuła się senna, dotarło do niej jak bardzo jest zmęczona. Przestała uzdrowicielki słuchać, uniosła jedynie dłoń i przegnała Jocelyn gestem: -Idź już sobie.
Po chwili osunęła się w miękkie poduszki, zmrużyła powieki i pozwoliła, by otulił ją słodki sen - tym razem wyjątkowo niezmącony żadnym z koszmarów.

| zt





A witch ought never to be frightened in the darkest forest, because she should be sure in her soul thatthe most terrifying thing in the forest was her

Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
,,,
10
10
0
23
0
0
5
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Sala numer dwa   17.03.18 21:24

W przypadku Jocelyn pewną ironią losu było to, że gdyby w jej przypadku konfiguracja krwi była odwrotna, byłaby szlachcianką, a nie tylko jej karykaturą, marionetką poruszającą się w rytm słów matki. Ale w świecie rządzonym przez mężczyzn to ich nazwiska otrzymywały dzieci, więc Thea Selwyn powiła młodych Vane’ów, wciąż czystokrwistych, ale już nie szlachetnych, a to robiło wielką różnicę w świecie, gdzie liczyły się tylko nazwiska wymienione w skorowidzu. Jakoś musiała żyć z tą ironią losu i świadomością tego, że nigdy nie będzie w pełni częścią żadnego ze światów, na styku których dorastała. To też musiała zaakceptować, ale umiejętności i wiedzy, którą nabyła, nie odbierze jej nikt.
Jocelyn wiedziała, że spontanicznie rzucone zaklęcie się powiodło. Może powinna zdecydować się na nie już wcześniej, biorąc pod uwagę wyraźny stan wzburzenia kobiety, który manifestował się przez obrażanie stażystki, która akurat była pod ręką i mogła wydawać się dobrym celem: była w końcu młoda, niedoświadczona i o wciąż niskiej pozycji w Mungu. Josie znała podobny typ z Hogwartu, tacy ludzie chętnie uderzali w tych, których uznawali za słabszych, nie w równych sobie lub silniejszych, choć bycie kujonicą z Ravenclawu nie stanowiło ciekawej przynęty, tym bardziej, że jej krew była czysta. Mugolacy to inna sprawa; Josie nie raz widziała, jak padali ofiarą dyskryminacji ze strony Ślizgonów i nie kiwnęła nawet palcem, by zareagować. Pewnie gdyby był tu teraz inny stażysta, to on padłby ofiarą docinków i wyrzutów, ale była tu Josie, która zareagowała profesjonalnie i utrzymała emocje w ryzach. Nie wdała się w dalszą pyskówkę ani nie siliła się na tłumaczenia; po prostu przeszła do działania i rzuciła uspokajające zaklęcie. Robiła to wiele razy, także wobec własnej matki; w przypadku ataków choroby często było konieczne uspokojenie jej, bo ze sztywnością ciała nadchodziła też panika... lub wyrzuty, kąśliwość i bezsilna złość osoby, która wiedziała, że nikt, nawet najbardziej doświadczeni uzdrowiciele, nie może jej pomóc i zapobiec temu, co ją czekało. Sigrun zapewne bardzo się starała, ale nie mogła uderzyć w nią boleśniej niż czasem robiła to matka; Thea jak nikt znała słabości córki i potrafiła wbijać jej szpile celniej niż ktokolwiek. Niemniej jednak Jocelyn poczuła ulgę, kiedy ciało kobiety zwiotczało, a ona sama osunęła się na poduszki, już nie tak skora do słownej szarpaniny i atakowania na oślep. Uzdrowiciel także pokiwał aprobująco głową, widząc, że Jocelyn sama sprawnie uporała się z sytuacją i rzuciła dobre zaklęcie. W końcu wzburzenie było niewskazane w obecnym stanie.
Kącik ust młodej stażystki lekko drgnął; Sigrun wyglądała teraz na senną, zaklęcie uspokajające i wcześniejsza mieszanka czarów leczniczych zrobiły swoje. To dobrze; w stanie snu zapewne była dużo bardziej znośna niż będąc przytomną.
Uzdrowiciel także skinął na nią głową, i po chwili oboje opuścili salę, udając się do innych pacjentów czekających w salach na pojawienie się uzdrowicieli.

| zt.





Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Powrót do góry Go down
Poppy Pomfrey
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
https://www.morsmordre.net/t4756-poppy-pomfrey#101735 https://www.morsmordre.net/t4768-listy-do-poppy#102037 https://www.morsmordre.net/t4767-siostra-poppy#101999 https://www.morsmordre.net/f322-woodbourne-avenue-13-7 https://www.morsmordre.net/t4784-poppy-pomfrey#102285
pielęgniarka w Hogwarcie
25 lat
Półkrwi
Panna

hope
is the only thing
stronger than fear

1
0
9
35
0
0
5
0
Czarownica
 Rozważna i romantyczna

PisanieTemat: Re: Sala numer dwa   19.05.18 18:03

2 lipca

Przypuszczała, że pewnie tu wróci. Odkąd tylko opuściła mury Hogwartu, aby podjąć kurs uzdrowicielski była przekonana, że miejscem jej pracy aż po kres dni pozostanie szpital św. Takie złudzenia są zazwyczaj bardzo mylne, bo w życiu tylko jedno jest pewne - śmierć na końcu historii każdego człowieka (za wyjątkiem Nicholasa Flamela, ale to inna inszość). Los skierował pannę Pomfrey do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart, tym razem nie jako uczennicę, lecz pracownicę Skrzydła Szpitalnego. Nie przypuszczała, że tam trafi i sądziła, że... To tymczasowe? Spodziewała się, że powróci do szpitala św. Munga. I wróciła, choć nie na stałe. Rok szkolny dobiegł końca, uczniowie i część nauczycieli opuściła szkolne mury, skrzydło szpitalne było więc zamknięte. Tak jak inni pracownicy szkoły otrzymywała wynagrodzenie także w okresie wakacyjnym, jednakże uschłaby z nudów i udręki, gdyby miała siedzieć bezczynnie. Najpewniej znalazłaby sobie zajęcie (w końcu nie po to dołączała do jednostki badawczej Zakonu Feniksa), lecz panna Pomfrey należała do pokroju pracoholików. A może raczej praca wypełniała większość jej życia, bo było puste? Nie miała rodziny, nie miała męża, ani dzieci, ukochany mężczyzna zmarł przed laty, w domu czekały na nią tylko koty. Zwariowałaby, gdyby miała siedzieć w domu całe wakacje z własnymi myślami. Nie tylko wciąż żywa żałoba po rodzicach i Charliem dręczyła pannę Pomfrey, lecz śmierć tylu niewinnych w Ministerstwie Magii... Coraz większy chaos w świecie magii i cień wojny nad nim. Tragedia goniła tragedię. Budziła się rano i była wręcz zdziwiona ze świat wciąż istnieje; lecz cóż - trzeba było żyć dalej, nieważne ile razy runęło niebo. Uzdrowicieli z pewnością brakowało.
A więc - skończyły się wakacje, a panna Pomfrey nie chciała zostać bezczynna. Dzięki znajomościom zdobytym podczas stażu uzdrowicielskiego i krótkiego okresu pracy w szpitalu otrzymała propozycję pracy w nim do trzydziestego pierwszego sierpnia. Rąk do pracy brakowało, więc cieszono się z jej obecności choćby i na te nieco ponad dwa miesiące. Odkąd tylko rok szkolny się skończył przez pięć dni w tygodniu pojawiała się w szpitalu św. Munga.
Nie inaczej było drugie lipca. Na miejscu zjawiła się kwadrans przed południem. Nie teleportowała się, oczywiście, od momentu pożaru Ministerstwa Magii nie było to możliwe. Wszyscy byli zmuszeni korzystać z innych form transportu, co przysparzało wiele problemów. Lot na miotle był wykluczony, nie mogła łamać kodeksu tajności, choć i mugoli także dręczyły anomalie. Wyszedłszy przed swoją kamienicę, w której mieszkali sami czarodzieje, machnęła różdżką w powietrzu i wezwała Błędnego Rycerza. Był przepełniony ja nigdy, nie było nawet wolnego krzesła. Na całe szczęście kilka minut później znalazł się już pod Szpitalem św. Munga. Ledwie znalazła się w środku, a natychmiast oblepił ją chaos złożony z krzyków i rozmów, bukietu zapachów na które składały się wonie maści, eliksirów i zeschniętej krwi. Nie było ani chwili spokoju.
Panna Pomfrey udała się na piętro piąte, gdzie miejsce miał oddział urazów pozaklęciowych. W chwili obecnej to on był najbardziej oblegany i potrzebował największej ilości rąk do pracy, co było zrządzeniem losu, bo właśnie tu pracowała zanim podjęła pracę w Hogwarcie. W pokoju socjalnym przebrała się w szatę, którą musiał nosić każdy uzdrowiciel - soczyście limonkową i mocno rzucającą się w oczy. Przywykła już do tego ostrego koloru, choć zawsze, gdy spoglądała na siebie w lustro, mając ją na sobie, krzywiła się lekko. Preferowała skromne, blade kolory. Włosy splotła w ciasny warkocz, coby nie przeszkadzały w pracy, a wnet została poinformowana, że na sali numer jeden znalazł się pacjent potrzebujący pilnej pomocy.
Niemal tam pobiegła, gdy dowiedziała się, że jest w ciężkim stanie; ponoć trafił na wyjątkowo... brutalnego przeciwnika w Klubie Pojedynków. Już z korytarza słyszała jego jęki, a gdy przekroczyła próg sali chorych w jej nozdrza uderzył zapach krwi. Pacjentem okazał się być młodzieniec, nie mógł mieć więcej niźli dwadzieścia lat; najpewniej niedoświadczony, lecz pełen zapału i chęci do pojedynków, trafił na bardziej doświadczonego przeciwnika.
- Rozbierz go - poleciła panna Pomfrey uzdrowicielowi, który jej towarzyszył. Szatę i tak miał już całą w strzępach i krwi. Mężczyzna obnażył klatkę piersiową i ramiona pacjenta, a Poppy zacmokała z niepokojem. Na piersi i w brzuchu widniały głębokie rany, najpewniej po sztyletach wyczarowanych zaklęciem Lamino. Wszędzie bladą skórę znaczyły także fioletowo-czerwone plamy po stłuczeniach. Ramiona miał jednocześnie poparzone i odmrożone. Pojedynek musiał go wykończyć. Na młodej twarzy malowało się jednako zmęczenie i ból, którym postanowiła ulżyć.
- To cię znieczuli, nie będzie już tak bolało - odezwała się do niego łagodnie, lewą dłonią odgarniając mu spocone włosy czoła. Przyłożyła koniec różdżki do jego piersi i wyrzekła: - Subsisto Dolorem Maxima - a rozbłysł bladym światłem, które wniknęło w skórę. Młodzieniec westchnął z głęboką ulgą, bo choć rany nie zniknęły, przestały mu tak mocno doskwierać. Przynajmniej na jakiś czas.
Najpoważniejsze były rany cięte na piersi i brzuchu, nimi zajęła się więc w pierwszej kolejności. - Curatio Vulnera Horribilis - wyszeptała, a potem powtórzyła tę inkantację jeszcze kilkukrotnie. Białe promienie wysnuwały się z końca różdżki, a ich światło wnikało w rany, sprawiało, że zaczynały się zasklepiać, a uszkodzona skóra materializować na jej oczach. Zajęło to dłuższą chwilę, nie mogła się śpieszyć, bo jak powszechnie wiadomo, gdzie czarodziej się śpieszy, tam się czarnoksiężnik cieszy. Magia lecznica była dziedziną magii niezwykle złożoną i trudną, wymagała skupienia i koncentracji, a także czasu. Dlatego dla bezpieczeństwa powtórzyła inkantację zaklęcia znieczulającego, by w trakcie pacjent nie zaczął jej pod różdżką jęczeć z bólu. - Subsisto Dolorem Maxima - powtórzyła, po czym powiodła spojrzeniem po jego odsłoniętych ramionach.
Przypomniała sobie własne pojedynki sprzed dwóch miesięcy. Decyzja o podjęciu nich była wyjątkowo niemądra z jej strony, całkowicie do panny Pomfrey niepodobna; przerażona tym, co działo się wokół stwierdziła, że potrzebuje podszkolić się w pojedynkach, wojna nie oszczędza wszak nikogo, a ona musiała przysłużyć się Zakonowi Feniksa, lecz... W obu pojedynkach odniosła klęskę, co utwierdziło ją w przekonaniu, że absolutnie się do tego nie nadaje. Powstała jednostka badawcza, a ona mogła przysłużyć się organizacji w inny sposób.
Czerwone rany widniały na skórze rąk, zarówno po poparzeniach, jak i odmrożeniach; przyjrzała im się dokładnie, coby odróżnić w które miejsce jakie trafiło zaklęcie, po czym wybrała odpowiednią inkantację, gdy przyłożyła do ran różdżkę. - Cauma Sanavi Maxima - wyrzekła spokojnie i pewnie, a błękitny promień zaklęcia wychynął z różdżki niby wstążka i oplótł poparzone przedramię. Być może przez kulę ognia, a może przez ładunki elektryczne, tego nie wiedziała, a pacjent nie był skory do rozmów. Usta miał wygięte w podkówkę, jakby obraził się na cały świat, bo właśnie jego winił za swą porażkę. - Figidu Horribilis - odezwała się, przykładając różdżkę do wyraźnie odmrożonej lewej dłoni. Rany znikały nieśpiesznie, zaklęcia działały tak jak powinny. Na całe szczęście magię w Szpitalu św. Munga ustabilizowano krótko po wybuchu w nocy pierwszego magia, była stabilna i nie dręczyły ich tutaj anomalie.
Minęła niemal godzina, nim uporała się z wszystkimi ranami, które mu zadano. Uwolniła skórę od siniaków i stłuczeń, od ran otwartych i poparzeń, lecz jednego wyleczyć nie mogła - zmęczenia i wyczerpania organizmu. Niewiele młodzieńcowi już dolegało, lecz musiał pozostać następną noc pod obserwacją uzdrowicieli. Bardzo mocno oberwał.
- Nie martw się, następnym razem pójdzie ci lepiej. Ale dziś zostaniesz tu do rana, dobrze? Każę przynieść ci eliksir słodkiego snu, więc prędko zaśniesz i odpoczniesz. Organizm się zregeneruje - przemawiała do niego łagodnie i uprzejmie, lecz naburmuszony bąknął jedynie kilka słów podziękowania, po czym odwrócił od niej spojrzenie. Panna Pomfrey pokręciła jedynie głową, po czym opuściła salę chorych - przecież nie zmusi go do rozmowy.
Ledwie przekroczyła próg, a podeszła do niej inna uzdrowcielka, oznajmiając, że jest potrzeba w sali na końcu korytarza, gdzie za chwilę miał pojawić się pacjent poszkodowany przez zbliżenie się do źródła anomalii. Dostrzegłszy jak ratownicy wnoszą go doń na magicznych noszach, pośpieszyła w tamtą stronę z różdżką w pogotowiu.
Ostatnio przez całe swe dyżury nie miała ani chwili wytchnienia.


| zt





I aim to be lionhearted, but my hands still shake and my voice isn't quite loud enough


Powrót do góry Go down
Poppy Pomfrey
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
https://www.morsmordre.net/t4756-poppy-pomfrey#101735 https://www.morsmordre.net/t4768-listy-do-poppy#102037 https://www.morsmordre.net/t4767-siostra-poppy#101999 https://www.morsmordre.net/f322-woodbourne-avenue-13-7 https://www.morsmordre.net/t4784-poppy-pomfrey#102285
pielęgniarka w Hogwarcie
25 lat
Półkrwi
Panna

hope
is the only thing
stronger than fear

1
0
9
35
0
0
5
0
Czarownica
 Rozważna i romantyczna

PisanieTemat: Re: Sala numer dwa   12.06.18 8:43

3 lipca


W nocy niewiele spała. Przekręcała się jedynie z boku na bok, dziwnie wierciła w pościeli, nie mogąc odnaleźć wygodnej pozycji i wytchnienia. Czuła się zmęczona poprzednim dniem w Szpitalu św. Munga, pracy jej wczoraj nie brakowało, lecz choć powieki miała ciężkie, to sen nie chciał nadejść. Londyn od kilku dni spowijała ciężka, zimna mgła; śnieg już stopniał, lecz zrobiło się niewiele cieplej, choć mieli już lipiec. Marzła we własnym łóżku, aż w pewnym momencie opuściła je na chwilę, aby wciągnąć na stopy grube, wełniane skarpety; w niczym to nie pomogło, zasnęła dopiero nad ranem, choć serce kołatało wciąż niespokojnie na samą myśl o tych wszystkich czarodziejach i mugolach, którzy przez ostatnie dni nie zdołali już wybudzić się ze snu - bo zamarzli we własnych łóżkach. Panna Pomfrey nie potrafiła zrozumieć tego, co się dzieje, miała nadzieję, że najbliższe spotkanie Zakonu Feniksa rozwieje jej wątpliwości; choć wcale nie oczekiwała, że poczuje się po nim lepiej. Nikt nie miał powodów do radości.
Ledwie zmrużyła oczy, a musiała zerwać się z łóżka. W końcu nastawiony budzik na coś się przydał; zwykle budziła się sama z siebie równo pięć minut przed jego sygnałem i wyłączała go, nim zdążył pobudzić sąsiadów. Do Szpitala św. Munga udała się Błędnym Rycerzem, od kilku dni najpopularniejszy ostatnio środkiem transportu; co prawda miała swoją starą miotłę i potrafiła na niej latać, wolała jednak nie przyprawić mugola o zawał serca, gdy leciałaby nad dachami londyńskich kamienic - przez anomalie mieli już naprawdę dość wrażeń. W szpitalu zjawiła się nieco zaspana, zamyślona, z lekko podkrążonymi ze zmęczenia oczyma; prędko przebrała się w kanarkową szatę uzdrowiciela i udała się na poranny obchód. Sale chorych były wręcz przepełnione; najgorsze zostało już zażegnane, lecz niektóre z ofiar pożaru Ministerstwa Magii będą musiały zostać tu jeszcze wiele dni. Szatańska pożoga zadała im tak dotkliwe obrażenia, które ciężko było uleczyć tradycyjnymi zaklęciami; rany po czarnej magii goiły się bardzo długo i niełatwo.
Obchód zajął pannie Pomfrey więcej czasu, niż planowała; dlatego gdy zjawiła się na korytarzu na piątym piętrze nerwowo rozglądała się wokół, próbując odnaleźć spojrzeniem znajomą sylwetkę, a gdy w końcu dostrzegła Eileen, podeszła doń pośpiesznie.
- Dzień dobry, Eileen, wybacz mi, że musiałaś czekać... - odezwała się natychmiast, obdarzając świeżo upieczoną mężatkę przepraszającym uśmiechem; Poppy wyciągnęła ręce i zamknęła ją w serdecznym uścisku, jeden z policzków Eileen obdarowując całusem. - Wejdźmy tutaj, jest pusta... - zaproponowała, wskazując gestem na salę po lewej - dziś rano opuściło ją dwoje pacjentów, powinna być już posprzątana i pusta.





I aim to be lionhearted, but my hands still shake and my voice isn't quite loud enough


Powrót do góry Go down
 

Sala numer dwa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 6 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

 Similar topics

-
» Sala numer jeden
» Sala numer jeden
» Sala numer dwa
» Sala numer dwa
» Sala operacyjna

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of Westminster :: Szpital Świętego Munga :: V piętro: Urazy pozaklęciowe-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18