Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Sala numer dwa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Sala numer dwa   30.03.15 23:42

First topic message reminder :

Sala numer dwa

Wszyscy wiemy, jak ma się rzeczywistość w Mungu i że nie jest ona lepsza od tej poza jego murami. Niedawna wojna zrobiła swoje - znaczna większość pomieszczeń potrzebuje remontu dosłownie na gwałt. Pociemniała biała farba na sufitach, którą bardziej określić można jako szaro-żółtą lub zwyczajnie szarą, w zależności od oświetlenia, parapety pomalowane paskudną olejną farbą, wszelkiego rodzaju rysy, obdrapania, ślady po stuknięciach... Chybotliwe łóżka, pod których nogi częstokroć podstawiane są drewniane klocki lub kawałki gazet, by jakoś je ustabilizować, z lekka nieszczelne okna, na które niby rzucane są wszelkiego rodzaju zaklęcia, lecz raczej z dosyć marnym skutkiem... Długo by wymieniać wszelkie mankamenty.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Eileen Bartius
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde https://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 https://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 https://www.morsmordre.net/f294-lord-street-10 https://www.morsmordre.net/t3930-skrytka-bankowa-nr-429#74545 https://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
Zawód : gajowa w Hogwarcie
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna

your worst battle
is between what you know
and what you feel

OPCM : 11
UROKI : 4
ELIKSIRY : 13
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/39
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Sala numer dwa   10.09.18 23:12

Jesteś w ciąży, Eileen. Niedługo urodzi młody Bartius.
Te kilka myśli z mocą tarana rozkruszyły ściany jej umysłu i przedarły się do środka, jak wiosenne roztopy zalewając wszystko na swojej drodze. Nie było już myśli o tym, że powinna po badaniu wrócić do domu i przynieść Poppy coś ciepłego do zjedzenia, nie było myśli o tym, że mogłaby zaparzyć sobie herbaty z dodatkiem mięty, którą ostatnimi czasy nawet polubiła. Nie było budyniu waniliowego ani uśmiechu plączącego się między słowami. Był tylko nagi fakt, postawiony przed nią jak kaganek ze świecą zapaloną w ciemnościach.
Była przerażona – w pierwszym momencie, tak – była przerażona samą perspektywą posiadania dzieci w tym czasie i w ich sytuacji. Hereward był Gwardzistą, poczucie obowiązku wobec Zakonu Feniksa było o wiele, wiele silniejsze niż wobec swojej rodziny. Rozumiała to – a może raczej chciała to rozumieć – dlatego właśnie była przerażona. Bo mogła zostać sama z dzieckiem. W każdej chwili.
Łzy były nie tylko spowodowane niekontrolowaną obawą przed nieznanym, przed malowaną czernią przyszłością, ale również jakąś dziwną, zupełnie obcą jej wcześniej ochotą, której nie potrafiła powstrzymywać. Jakby ktoś zmuszał ją do płaczu. Albo śmiechu, tak, jak miało to miejsce kilka dni temu. Popłakała się ze śmiechu, kiedy zobaczyła na ulicy przed domem podskakującego przy furtce małego psa mugolskich sąsiadów.
Teraz wcale jej do śmiechu nie było.
Na szczęście tuż obok była Poppy, przyjaciółka i powierniczka tajemnic, zakonniczka i uzdrowicielka. Z ulgą przyjęła jej ramię, które otuliło ją niczym ciepły koc. Uśmiechnęła się lekko, w zamiarze pogodnie, ale efekt nie był tak pozytywny, jak chciała. Otarła najpierw oczy, potem nos. I westchnęła ciężko.
Chodzi mi o to, że… że to wcale nie będzie takie proste – powiedziała, chociaż zdawało jej się, że Poppy nie trzeba było tego tłumaczyć, że ona wszystko rozumiała. – Mamy wojnę i… ach, Poppy, przecież ty wszystko wiesz – poddała się. – A jeśli to dziecko zostanie bez ojca?
Nagle ta myśl wydała jej się niemal paradoksalnie nierealna, zakłamana, jakby upleciona z myśli pozbawionych ładu i składu. O czym ty mówisz, Eileen? O czym ty w ogóle myślisz?
Wybiegam za bardzo w przyszłość, prawda? Ja wcale nie chcę, żeby tak było, po prostu… – jej umysł wciąż był rozrzuconymi po podłodze puzzlami. – To trudne. Ale dziękuję, że tu jesteś. – po raz drugi spróbowała się do niej uśmiechnąć, wynik uzyskała niemal lustrzany. – Mogłabyś powiedzieć mi, co mam teraz robić? Wszystko się zmieni, prawda?
Chociaż nie wiedziała, czego powinna oczekiwać, wiedziała, że jej świat po raz kolejny wywróci się do góry nogami.




Ja nie przeczuwałam, tyś nie odgadł, że

Nasze serca świecą w mroku

Powrót do góry Go down
Poppy Pomfrey
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
https://www.morsmordre.net/t4756-poppy-pomfrey#101735 https://www.morsmordre.net/t4768-listy-do-poppy#102037 https://www.morsmordre.net/t4767-siostra-poppy#101999 https://www.morsmordre.net/f322-woodbourne-avenue-13-7 https://www.morsmordre.net/t4787-skrytka-bankowa-nr-1224#102337 https://www.morsmordre.net/t4784-poppy-pomfrey#102285
Zawód : pielęgniarka w Hogwarcie
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna

hope
is the only thing
stronger than fear

OPCM : 1
UROKI : 0
ELIKSIRY : 17
LECZENIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica
 Rozważna i romantyczna

PisanieTemat: Re: Sala numer dwa   15.09.18 19:06

- To nie będzie proste - potwierdziła pana Pomfrey, doskonale rozumiejąc, co Eileen ma na myli, a nawet więcej, niż jej się wydawało. - Macierzyństwo jest chyba proste tylko w bajkach - dodała z bladym uśmiechem. Tak, opowieści o posiadaniu dziecka, które rozpościerano przed młodymi dziewczętami były naprawdę baśniowe. Opowieści o małej istocie, którą człowiek zaczyna darzyć bezwarunkową, najsilniejszą miłością, maleńkim, słodkim aniołku, który to uczucie odwzajemnia i potrzebuje mamy jak nikogo innego. W tych opowieściach są rozkoszne uśmiechy, słodko pachnące główki, maleńkie paznokcie, pierwsze uśmiechy, kroki i ząbki. Jest miłość, radość i szczęście. Wszystko wydaje się tak proste. Tyle, że rzeczywistość miała się nieco inaczej: był często wielogodzinny płacz, nieprzespane noce, wiele trosk i często bezsilność. Macierzyństwo nigdy nie było proste i mogło przerażać.
Zwłaszcza, gdy nad głową zebrały się chmury i cienie wojny, a ojciec tego maleńkiego szczęścia przysiągł różdżkę Zakonowi Feniksa i zobowiązał się walczyć bez względu na wszystko. Rozumiała więc strach i obawy Eileen, rozumiała te łzy i smutek. Absolutnie uzasadnione.
- Nie mogę ci obiecać, że tak nie będzie - wyszeptała, a głos Poppy zadrżał od strachu. Nie potrafiła i nie chciała kłamać, a obie wiedziały, że Zakon Feniksa musi mierzyć się z siłami zła, plugawymi i groźnymi, z czarnoksiężnikami, którzy nie zawahają się przed niczym. Dla których odebrać życie to jest nic. - Ale obiecuję ci, że nie zostaniesz sama. Nie zostaniecie sami. Nigdy - powiedziała już pewniejszym głosem, uśmiechem próbując dodać Eileen otuchy; uniosła drugą dłoń i pogładziła zarumieniony policzek czułym, przelotnym gestem. Nie zostanie sama, bo miała nie tylko ją, ale i innych przyjaciół. Rodzinę i wiernych przyjaciół, którzy zawsze jej pomogą i nie pozwolą upaść. - Ale nie wolno ci tak myśleć. Musimy mieć nadzieję, że wszystko... Wszystko będzie lepiej - wyrzekła naiwnie, desperacko chwytając się wiary, że to prawda. Musiały w to wierzyć, bo inaczej nie miałyby by siły, aby wstać rano z łóżka, a teraz Eileen podwójnie miała dla kogo. Albo potrójnie, któż to wie?
- Hareward jest silnym i utalentowanym czarodziejem, poradzi sobie i wróci do was - wyrzekła cicho, poprawiając Eileen kosmyk włosów, wsuwając go za ucho. - A młody Bartius będzie mógłb być dumny z tak dzielnych rodziców - dodała, przekonana, że tak właśnie będzie. - Jestem i będę, jeśli tylko będziesz mnie potrzebować. Zawsze możesz wysłać mi sowę, a pojawię się, gdy tylko będę mogła - zapewniła Eileen przejętym tonem, łapiąc jej dłoń i ściskając lekko Zrobiła się wyraźnie bardziej entuzjastyczna, gdy pani Bartius zapytała co teraz robić.
Ach, radami mogła sypać jak z rękawa.
- Przede wszystkim musisz się wycofać z bardziej... Niebezpiecznych misji. Wiesz co mam na myśli. Stres jest bardzo groźny, a ty potrzebujesz spokoju. Dużo śpij i pij melisę. Jedz dużo warzyw i świeżych owoców. I codziennie spaceruj przez przynajmniej pół godziny, to poród będzie prostszy - zaczęła mówić i mówić, chcąc zająć Eileen nowym planem zadbania o siebie i dziecko - a nie snuciem czarnych scenariuszy. - Jeszcze przez jakiś czas możesz czuć się kiepsko... Ale od drugiego trymestru na pewno będzie lepiej. Zobaczysz!





I aim to be lionhearted, but my hands still shake and my voice isn't quite loud enough


Powrót do góry Go down
Eileen Bartius
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t1515-eileen-wilde https://www.morsmordre.net/t1553-krolicza-poczta#14938 https://www.morsmordre.net/t1549-to-nie-jest-kania-ktorej-szukasz#14846 https://www.morsmordre.net/f294-lord-street-10 https://www.morsmordre.net/t3930-skrytka-bankowa-nr-429#74545 https://www.morsmordre.net/t1578-eileen-wilde#15736
Zawód : gajowa w Hogwarcie
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna

your worst battle
is between what you know
and what you feel

OPCM : 11
UROKI : 4
ELIKSIRY : 13
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 17
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/39
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Sala numer dwa   28.09.18 20:31

Łagodny, ciepły głos Poppy przywracał ją do stanu używalności. To nie tak, że opuszczał ją strach, nie, po prostu cała otoczka jej stanu błogosławionego stawała się nie aż tak ponura i gorzka, jak sobie wyobrażała. Ciemne chmury wojennego pyłu wciąż wisiały nad miastem, uwalniały z siebie głośne i ponure grzmoty, ale to był właśnie doskonały czas na odnalezienie w swoich sercach tej odrobiny nadziei, która napędzała cały mechanizm do boju. Dzieci były nadzieją, o one stanowiły trzon nowego społeczeństwa, to one były ziarnem, które miało wzrosnąć na zdrowym gruncie, zakwitnąć i zaowocować na przyszłość. Ta myśl pozwoliła jej w końcu ułożyć usta w znajomy, szczery uśmiech, znacznie weselszy niż poprzednie, choć wciąż noszący ślady słonych łez ronionych kilka chwil temu. I choć wciąż ważyła między sobą priorytety, to potrafiła odnaleźć w tym pewien spokój. Wciąż mogła uczestniczyć w życiu Zakonu, chociaż do pewnego momentu – w którymś na pewno maluch tak przybierze na wadze, że będzie jej ciężko podnieść się z krzesła. A może wcale nie?
Odkrywała nowy grunt, nową ziemię i jej kroki wciąż były niepewne.
Dziękuję, Poppy. Nie wiem, co ja bym bez ciebie zrobiła. – uniosła ramionami, żeby objąć nimi pannę Pomfrey. Długą chwilę nie mogła się od niej oderwać, jakby ten przyjacielski uścisk, tak tęskny, był w tej chwili jedynym lekiem, jakiego potrzebowała. Potrzebowała jej bliskości, potrzebowała zapewnienia o tym, że nie zostanie sama, chociaż sprawy mogły przybrać inny kierunek. Czasy zmuszały do podejmowania takich opcji. W końcu ją puściła i odetchnęła głębiej. – Będę wysyłała do ciebie sowę zawsze, kiedy zobaczę coś niepokojącego. I jedno wiedzieć będę na pewno – podjęła nieco bardziej oficjalny ton, ale nie udało jej się utrzymać go zbyt długo. Uśmiechnęła się po prostu i otarła palcem ostatnie ślady po płaczu. – Młody Bartius będzie miał najlepsze ciocie na świecie.
Gdy Poppy podjęła opowieść o tym, co tak naprawdę powinna teraz robić, żeby nie doprowadzić siebie i dziecko do niepożądanego stanu, pozwoliła sobie na przywrócenie się do pierwotnego stanu i ubrała swoje rzeczy. Teraz czuła się znacznie pewniej. Było po badaniu, obawy oddaliły się od niej na bezpieczną odległość.
- A… moje chęci na niecodzienne połączenia w jedzeniu? Czy to jest normalne? – wolałaby nie sięgać już po marynowane grzybki, bo podświadomie wciąż za nimi nie przepadała. Nowa dieta w postaci owoców i warzyw była jak najbardziej zachęcająca! – Postaram się trzymać twoich rad. Nie wiem, jakie będą skutki, ale naprawdę będę się starała! – jeszcze raz uśmiechnęła się do Poppy i pozwoliła sobie ją przytulić. – Pójdę już. Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłaś. I że jesteś, dziękuję.
Chciała odpocząć, przespać się, skoro cały stres powoli odpuszczał. Jednocześnie czuła się lekko i ciężka. Ucałowała Poppy w policzek na pożegnanie i wyszła z sali, swoje kroki kierując od razu do wyjścia.

Zanim jednak zdecydowała się zagrzać miejsce w swoim łóżku, przygotowała niewielką, ciepłą paczuszkę dla panny Pomfrey – Jutrzenka przyniosła ją do Munga niecałą godzinę później. W środku znalazła zapakowany kawałek zapiekanki z makaronem i brokułami, kostkę ciastka marchewkowego i zawiniętego w papierek musa-świstusa.

| zt dla Eileen




Ja nie przeczuwałam, tyś nie odgadł, że

Nasze serca świecą w mroku

Powrót do góry Go down
Poppy Pomfrey
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
https://www.morsmordre.net/t4756-poppy-pomfrey#101735 https://www.morsmordre.net/t4768-listy-do-poppy#102037 https://www.morsmordre.net/t4767-siostra-poppy#101999 https://www.morsmordre.net/f322-woodbourne-avenue-13-7 https://www.morsmordre.net/t4787-skrytka-bankowa-nr-1224#102337 https://www.morsmordre.net/t4784-poppy-pomfrey#102285
Zawód : pielęgniarka w Hogwarcie
Wiek : 25 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna

hope
is the only thing
stronger than fear

OPCM : 1
UROKI : 0
ELIKSIRY : 17
LECZENIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica
 Rozważna i romantyczna

PisanieTemat: Re: Sala numer dwa   07.10.18 18:56

- No ja myślę, że tak właśnie zrobisz! - żachnęła się uzdrowicielka, lecz spojrzenie wciąż miała pełne ciepła. - Opiekowałam się kilkoma ciężarnymi podczas stażu, może nie mam w tym tak wielkiego doświadczenia, ale poznałam kilka naprawdę znakomitych akuszerek, napiszę ci ich nazwiska, jeśli nie ja, to one na pewno ci pomogą, to wspaniałe kobiety... - mówiła Poppy, dopiero po chwili odsuwając się od przyjaciółki. Posłała jej nieco zdziwione spojrzenie w odpowiedzi na oficjalny ton, lecz prędko ustąpiło wzruszeniu. - Będę zaszczycona mogąc być jego ciocią - westchnęła lekko. Nikt jej tak jeszcze nie nazywał, nie miała bliskiej rodziny, a dla dzieci przyjaciółek zwykle była panią. Słowa Eileen ją rozczuliły.
- Absolutnie normalne - odpowiedziała Poppy z lekkim uśmiechem. Dziwne kulinarne zachcianki, nietypowe połączenia smaków i wyrafinowane (albo zupełnie nie) kaprysy towarzyszyły niemal każdej ciężarnej i to od wieków. Nie było w tym nic ani dziwnego, ani niepokojącego, lecz każda przyszła matka zazwyczaj się tym zamartwiała - bo było to dla niej nowe, obce doświadczenie. - Odradzam popijania śliwek mlekiem, jednakże inne połączenia nie powinny ci zaszkodzić - zaśmiała się cicho. Wierzyła, że takich oczywistości Eileen tłumaczyć nie musi. Śliwki i mleko, albo ciepłe drożdżowe ciasto mogło się źle skończyć dla jej układu pokarmowego, obojętnie, czy była w ciąży, czy też nie.
Odwzajemniła uścisk pani Bartius, przyciągając ją do siebie blisko i kojącym gestem gładząc po plecach. - Och, dajże spokój, niewiele zrobiłam... - żachnęła się po chwili, machając ręką, lecz wbrew temu co mówiła, to czuła ciepło na sercu, rada, że jej słowa i obecność przyniosły Eileen choć trochę otuchy.
- Nie, żebym cię wyganiała, ale myślę, że powinnaś odpocząć - zarządziła Poppy. Tak ważna wiadomość spadła na barki Eileen w niesprzyjających okolicznościach i trudnym dla świata momencie, potrzebowała czasu, aby się z tym oswoić i świętego spokoju. A ona także musiała wracać na dyżur. Pożegnała się z przyjaciółką i opuściła salę chorych krótko po niej, swoje kroki kierując w stronę dyżurki, aby dopytać, gdzie jest potrzebna.
A jak szeroki na ustach miała uśmiech, gdy godzinę później w okno pokoju socjalnego zaczęła dobijać się Jutrzenka z paczką przywiązaną do nóżki. Domową zapiekankę Poppy zjadła tak zachłannie, jakby nie jadła od tygodnia, a ciasto smakowało po prostu niebiańsko. Nie wiedziała nawet, że była aż tak głodna! Dziękowała Merlinowi, że los obdarzył ją tak dobrymi ludźmi jakich miała wokół siebie.

| zt Poppy





I aim to be lionhearted, but my hands still shake and my voice isn't quite loud enough


Powrót do góry Go down
Anthony Skamander
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5456-budowa#124328 https://www.morsmordre.net/t5494-hrabina#125516 https://www.morsmordre.net/t5473-thony#124691 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t5495-skrytka-bankowa-nr-1354#125517 https://www.morsmordre.net/t5479-anthony-skamander#124933
Zawód : Auror
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 13
UROKI : 26
ELIKSIRY : 1
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala numer dwa   10.10.18 12:45

|17 lipca, po pojedynku z Flo

To była jedna z bardziej spektakularnych porażek jaką zdarzyło mu się w tym miesiącu zaliczyć. Niefortunne diminuendo diametralnie zmieniło rozkład sił na arenie zmuszając go do obrony. Tak właściwie jednocześnie jej go pozbawiając - nie był specjalnie biegły, jak na aurora, w magi obronnej więc gdy jego moc i w tym aspekcie osłabła bombarda maxima, a potem późniejsze commotio wystarczyło by stracił przytomność przegrywając tym samym pojedynek z właścicielem...lodziarni. Brwi uniosły się i nachyliły ku sobie w geście politowania nad samym sobą. Biel sufitu naznaczona pęknięciami pogłębiała to uczycie tym mocniej im wyraźniej dochodziło do niego, że w tym momencie leży w łóżku i to nie byle jakim - bo mungowym. Nie pamiętał momentu transportu. Faktycznie musiał zatem odpłynąć. Potem trafił najpewniej w ręce ratowników. Skończył tu. Rozejrzał się na boki. Był jak na razie sam. Zza uchylonych drzwi pokoju dobiegały go głosy z korytarza - najpewniej uzdrowiciel który miał się nim zająć został na krok przed progiem zatrzymany przez innego. Nie próbował domniemywać o czym też toczyli rozmowę. Najpewniej było to jakieś magomedyczne sprawy których nie byłby w stanie nawet pojąć. Było jednak w tym szmerze coś dziwnie znajomego, nostalgicznego. Może powinien zwrócić na to większą uwagę. Być może przygotowałoby go to na to co miało nadejść. On jednak zignorował ten szum zmuszając ciało do tego by podniosło się i usiadło na skraju łóżka. Czuł potłuczone gnaty, a nogi dyndały mu bezwładnie nie dotykając podłogi.
- Ehh... - burkną niezadowolony z tego, że zaklęcie pomniejszające wciąż jest w mocy, a on sam wzrostem nie wybijał się ponad przeciętnego trzynastolatka. Drobne dłonie mocniej zacisnęły się na krawędzi łóżka, gdy do niewielkiej salki weszła uzdrowicielka - dobrze mu znana. Przez chwilę nie wiedział jak powinien zareagować na jej widok. Ogarnęło go dziwne zmieszanie, lecz nie zaskoczenie - przecież to było oczywiste, że po ukończonym kursie Mung był jej dedykowanym miejscem pracy, jej ziemią. Wiec dlaczego zalała go taka bezradna, niekomfortowa pustka myśli?
- Niewiele się zmieniłaś, Rose - zauważył po tym, jak utkwił spojrzenie w brązie jej oczu nie wiedząc, że za tymi samymi tęczówkami co przed laty skrywa się nieco inna kobieta. W końcu czas zmienia wszystko nawet jeżeli pozornie wydawało się być inaczej. Może dostrzegłby głębię zmiany już w tym momencie, gdyby nie zakrzywiona perspektywa widzenia zapewniana przez niefortunnie, po raz drugi tego miesiąca transmutowane ciało.




What some folks call impossible, is just stuff they haven’t seen before.
I'll show them.
Powrót do góry Go down
Roselyn Wright
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#167100
Zawód : uzdrowicielka
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
you can't get lost if you don't know where you're going
OPCM : 2
UROKI : 0
ELIKSIRY : 7
LECZENIE : 25
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

PisanieTemat: Re: Sala numer dwa   12.11.18 23:54

Ostatnimi czasy uzdrowiciele w Świętym Mangu mieli pełne ręce roboty. Narastające anomalie, pożar w Ministerstwie Magii. Żyli w niebezpiecznych czasach i Roselyn, widząc ogrom bólu i cierpienia, które przynosili ze sobą jej pacjenci, musiała przestać się oszukiwać i w końcu zaakceptować fakt, że nadchodziła wojna. Jej niedowierzanie spowodowane było najzwyklejszą naiwnością. Bała się tego co miało nadejść i infantylnie wmawiała sobie, że sytuacja w końcu się unormuje. Wszakże społeczeństwo było jak wielki niekoniecznie sprawnie funkcjonujący organizm nie raz cierpiący na swoje osobliwe rozstroje. Potrzeba było czasu, a nieraz pomocy kogoś z zewnątrz by ustabilizować jego stan. Jednak jak większość chorych z czasem dochodziło do siebie, wracał do wcześniejszego stanu równowagi.
Nie była biegła w polityce, ani świadoma wszystkich wydarzeń rozgrywających się wokół niej. Została wychowana w odosobnieniu, z dala od kotłującego się we własnym zepsuciu Londynu. Hogwart był tylko szkołą, a dopiero wkraczając w dorosłość dane było poznać jej prawdziwy świat. Wciąż nie chciała go zaakceptować. Stąd też nieco naiwna wiara, że wcale nie zbliżają się ku niechybnemu upadkowi. Jak bardzo jednak nie chciałaby się okłamywać, nie mogła być ślepą i głuchą, bo o to ona jako jedna z pierwszych ścierała się z tego skutkami.
Święty Mung stał się jeszcze bardziej ponurym miejscem, a ogrom obowiązków sprawiał, że na długie godziny porzucała własne zmartwienia, żyjąc tragediami innych. Kiedyś jeden z bardziej doświadczonych uzdrowicieli, a jej przełożony stwierdził, że za bardzo się przejmuje losem swoich pacjentów, że właśnie w taki sposób obiera się najszybszą drogę ku wypaleniu. Być może nie znał Roselyn na tyle, by wiedzieć że była w stanie znieść dużo i troska, która w jego oczach była słabością, według samej Rose wcale tym nie była. Była motorem jej działań. Chociaż być może z lekkomyślnością młodego uzdrowiciela, przekonanego o własnej wyższości nad starymi, otępiałymi głowami, ignorowała dobre rady mentora.
Niemniej jednak ciężko znosiła ostatnie dyżury – fizycznie i psychicznie. Najlepszym lekiem na to był powrót do domu – widok ucieszonej buzi Melanie. Wtedy codzienność zdawała się przybierać jaskrawszych, weselszych barw, jednocześnie przypominając o tym, że Mel z dnia na dzień stawała się coraz starsza i pewnego dnia wyfrunie z gniazda do właśnie tego okrutnego świata, którego Roselyn tak bardzo się bała. Właśnie dla córki nie warto było się już dłużej okłamywać w końcu kto jeśli nie Wright miał ochronić ją przed nadchodzącymi niebezpieczeństwami?
Trochę przez własne rozkojarzenie lub zwykłe zmęczenie przedłużającym się dyżurem dała się wciągnąć w ten przypadek. Nie zastanawiała się wiele, przyjmując od jednego z uzdrowicieli informacje o pacjencie oczekującym za drzwiami. Dopiero słysząc jego nazwisko poczuła się jakby ktoś właśnie zrobił sobie z niej wyjątkowo okrutny i paskudny żart.
Wiedziała, że wrócił. Od momentu otrzymania tej informacji przygotowywała się do tego spotkania, ale ono nie nadchodziło. Anthony nie stanął w jej progu, nie poprosił o spotkanie z córką, nie dał znaku życia od swojego odejścia. W połączeniu z wiedzą o jego aktualnym pobycie w Londynie budziło to w Roselyn niemą furię.
W akcie desperacji próbowała uniknąć leczenia akurat tego pacjenta jednak w wymyślaniu wymówek i kłamstw była równie biegła co w sztuce czarnej magii. Nie miała wyboru.
Po wejściu do pomieszczenia miała wrażenie jakby ktoś wrzucił ją do klatki z lwem. Sala numer dwa przybrała klaustrofobicznie małego kształtu, a wszelkie poczucie komfortu zostało za jej drzwiami.
Poczuła się dziwnie bezbronna. Wszkaże była na swojej ziemi i nie groziło jej tutaj absolutnie żadne niebezpieczeństwo, ale przecież była w swojej twierdzy, nad którą zawisł teraz miecz Damoklesa. Wszelkie osobiste troski zostawały przed gmachem Świętego Munga, nie przynosiła ich ze sobą, pełniąc swoją rolę jak najlepiej potrafiła – tutaj nie było miejsca na jej frustrację. Teraz poczuła się zagrożona, bo zamiast leczyć miała ochotę wyszeptać inkantacje najpaskudniejszej klątwy jaką znała.
Zignorowała jego uwagę, ze wszystkich sił starając się nie otwierać ust, by nie powiedzieć tego o czym rzeczywiście w tym momencie myślała. Przegryzła policzek, starając się panować nad mimiką swojej twarzy. Nie chciała chociaż na chwilę zapomnieć o tym gdzie właśnie była i dlaczego powinna ograniczyć ich konwersacje do absolutnego minimum. Nie było to jednak łatwo, dlatego gdy już podeszła do łóżka, starannie omijając jego spojrzenie, nie mogła się opanować.
Wybuchła krótkim wariackim śmiechem, bo o to siedział przed nią Anthony Skamander, machając śmiesznie krótkimi nogami, a głową sięgając jej zaledwie do ramion. Czy to nie był jakiś żart? Jeśli tak, to proszę bardzo, roześmiała się wyjątkowo nie wesołym śmiechem, który niechybnie mógłby się skończyć zdławionym płaczem.
Nad czym chcesz płakać, głupia dziewucho?
Ta myśl przywróciła jej zdrowy rozsądek, który szybko uciszył śmiech. W końcu spojrzała na niego surowo. - Będę musiała odwrócić zaklęcie, żeby przywrócić cię do normalnych rozmiarów. Myślę, że to powinno wystarczyć - powiedziała, siląc się na rzeczowy, spokojny ton. Być może nie były to najlepsze pierwsze słowa jakie mogła mu powiedzieć po tym całym czasie, ale nie czuła się zobowiązana do zmuszania się do jakichkolwiek grzeczności związanych ze spotkaniem po latach. Nie miała zamiaru mu tego w żaden sposób ułatwiać. To nie był czas, ani miejsce. Zresztą czy sam Anthony czuł się zobowiązany do wytłumaczenia jej czegokolwiek? Wysłania jednego głupiego listu w ciągu trzech lat? Zainteresowania się losem ich dziecka?
Nie.
Także w tym momencie czuła się jakby nie była mu nic winna. Już nie.




You may not be interested in war
but war is interested in you.

Powrót do góry Go down
 

Sala numer dwa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 7 z 7Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

 Similar topics

-
» Sala balowa [ŚLUB]
» Sala Balowa
» Sala taneczna
» Wielka Sala
» NUMER ALARMOWY

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of Westminster :: Szpital Świętego Munga :: V piętro: Urazy pozaklęciowe-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18