Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
siedemnaste urodziny Samaela
AutorWiadomość
siedemnaste urodziny Samaela [odnośnik]23.07.16 20:49
Słotna, deszczowa jesień zajęła w tym roku Shropshire wyjątkowo późno, pozwalając mieszkańcom dzikiego regionu na długie cieszenie się ze złotej końcówki lata. Słońce świeciło wyjątkowo mocno, odbijając się od miedzianych liści i od spokojnej tafli wody, na tyle ciepłej, że nawet pod koniec października nad brzegami rzeki Severn pojawiali się czarodzieje z pobliskich miejscowości, odpoczywając na łonie natury. Z dala od posępnego zamku Ludlow, jednak nawet i na ponurą budowlę, górującą nad błyszczącym jeziorem, oddziaływała niezwykle pogodna aura. Burgundowe witraże w wysokich oknach rozbłyskiwały odcieniami nie krwi a kwiatów, porastających także kamienne pomniki, strzegące drogi prowadzącej ku dworowi. Zaklęci wrogowie rodu spali spokojnie i cicho, pokryci kobiercami ostatnich pąków, poprzetykanych złocistymi już liśćmi. Wspaniała aura niezwykle gorącej jak na angielskie standardy jesieni, skończyła się jednak bezpowrotnie trzy dni temu, jakby Merlin rozpostarł nad Shropshire magiczne zaklęcie chłodzące. Niebieskie niebo zasnuło się ciężkimi, ołowiowymi chmurami, zalewającymi spragnioną ziemię strugami wody. Padało właściwie nieustannie a lodowaty wiatr z północy smagał ostrymi fontannami deszczu kamienne mury Ludlow, zmywając letnie nagrzanie grubo ciosanych kamieni. Mrok znów łagodnie przesłonił tę część hrabstwa, separując ją na długie miesiące od przypadkowych gości.
Laidan nie rozpaczała więc za wyjątkowo długim latem. Od zawsze nieprzychylna aura oznaczała łatwiejszą wymówkę do nieopuszczania dworu, a ten z kolei gwarantował doznania znacznie przyjemniejsze od nawet najwspanialszych bankietów. Od kilku miesięcy nieco wycofała się z życia towarzyskiego, koncentrując się wyłącznie na obowiązkach pani domu. Nie prała, nie gotowała, nie organizowała przyjęć, nie dekorowała salonów, zaspokajając natomiast inne, wygórowane potrzeby swych mężczyzn. A zwłaszcza jednego, wchodzącego nagle w dorosłość, choć przecież inicjację miał już za sobą. Wolała jej jednak nie wspominać, oddzielając grubą kurtyną wydarzenia sprzed ponad roku. Żyła teraz w zupełnie innym świecie, czując się dziwnie nierzeczywista, jakby przekroczenie ostatniego bastionu moralności przeniosło ją w zupełnie inne rejony świadomości. A może po prostu była zmęczona? Lub stęskniona za ojcem, którego ostatni raz całowała równo dwanaście miesięcy temu? Dziwna nostalgia przejmowała ją we władanie coraz częściej a tego wyjątkowego, listopadowego dnia otulała ją jeszcze szczelniej miękkim atłasem, w dotyku tak miłym jak jasnoczerwona suknia. Jedna z jego ulubionych, bardzo wystawna jak na późny, leniwy, deszczowy wieczór, jaki spędzała samotnie w posiadłości. Siedemnaste urodziny czarodzieja należały do mężczyzn, nie była więc tam mile widziana. Nie dociekała także, jakie atrakcje przygotował dla pierworodnego syna Reagan. Polowanie? Kasyno? Wizyta w luksusowym domu rozkoszy? Wystawne przymierzanie eleganckich szat, przygotowywania do Sabatu, rozmowy wychowawcze? Nieważne; wiedziała, że i tak przyjdzie później tutaj, do swojego pokoju, w jakim go oczekiwała, spokojnie wpatrzona w szalejącą za wysokim oknem burzę. Błyskawica rozświetliła pokój w tym samym momencie, w którym rozbłysnęły świece, zapowiadające przekroczenie progu przez Avery'ego Juniora. Odwróciła się powoli w jego kierunku, uśmiechając się lekko, radośnie, podchodząc do niego szybko, pełna tęsknoty. Stanęła na palcach - pomimo wysokich butów i tak była od niego dużo niższa - i przesunęła palcami po wilgotnych od deszczu włosach, przyciągając je za nie do siebie. Do pocałunku. Na razie delikatnego, wręcz niewinnego. Ot, matczyna czułość w dzień siedemnastych urodzin ukochanego mężczyzny, oficjalnie wchodzącego w dorosłość.
- Dobrze się dziś bawiłeś? - spytała szeptem prosto w usta Samaela, nie otwierając oczu i właściwie nie zaprzestając muskania wilgotnymi wargami jego: spierzchniętych i smakujących Toujours Pur.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
siedemnaste urodziny Samaela Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: siedemnaste urodziny Samaela [odnośnik]24.07.16 21:20
Wyrwanie się z ciasnej klatki szkolnych obowiązków studenta Hogwartu wydawało się niemożliwe, zwłaszcza w trakcie ostatnich, najważniejszych dziesięciu miesięcy nauki. Wakacyjna przerwa rozochociła Samaela znacznie bardziej niż zeszłoroczna, więc wrzesień upłynął wyjątkowo burzliwie, a ciągnące się w nieskończoność dni zadziwiająco szybko(!) wymogły zerwania kolejnej karty z kalendarza. Spalał się w nieustającej, nakręcającej go tęsknocie za matką, namacalnie czując mozolny upływ czasu. Każde wybicie zegara, przesunięcie się wskazówek po jego tarczy, nawet najmniejsze ich drgnięcie, odcyfrowywał jako skrócenie oddzielającej och drogi. Nie zauważał zmieniającego się krajobrazu za małymi oknami, chroniąc się pośród kamiennych murów zamku, zgoła nie przypominającego posiadłości w Shropshire. Tutaj nie był jedynym panem, tutaj nie mógł dla własnego kaprysu podłożyć nogi Allison (pamiętał, że właśnie w ten sposób straciła pierwsze mleczne zęby), tutaj nie widział codziennie j e j uśmiechu, nie miał jej blisko przy sobie, nie oddychał tym samym powietrzem. Przesiąkał niemożnością, czując beznadzieję wraz z kolejnym listem, słanym każdego dnia punktualnie o jednej godzinie i zapętlał się w tym mechanizmie, nieco biernie pozwalając, by ziarenka przesypywały się przez palce. Zatrzymując klepsydrę nieoczekiwanie.
Nie pamiętał w ogóle o swych urodzinach, zbliżającą się datę witając radością wyłącznie z perspektywy coraz rychlejszej przerwy świątecznej. Ujrzenia Ludlow, pachnącego choinką i ostrokrzewem, kołaczami pieczonymi przez skrzaty, zagarnięcie Lai dla siebie pod jemiołą... Romantyczne marzenia, bzdury, do jakich nigdy by się nie przyznał, skutecznie wymazały nerwowe oczekiwanie na to szczególne wydarzenie w życiu każdego czarodzieja. Osiągnięcie pełnoletności minęło się gdzieś z pragnieniami Samaela, który właściwie już od dawna czuł się mężczyzną i dlatego lapidarny liścik z pieczęcią jego nominalnego ojca powitał ostrożnym zaskoczeniem. Błyskawicznie krystalizującym się w nieopisaną słowami radość, gdy dotarło do młodzieńca, z kim spędzi ten - przecież nadzwyczajny - dzień. Trzy dni spędzone w zaciszu ponurego hrabstwa: Reagan nie mógł podarować mu lepszego prezentu. Samael zdecydował się adekwatnie do wagi owego podarunku okazać mu wdzięczność i gotowość na wszystkie atrakcje, jakie ojciec zaplanował w ramach wejścia w dorosłość swego pierworodnego syna. Popołudnie spędzone w niewygodnym siodle i przymusowe raczenie się alkoholem w rubasznym towarzystwie prostackich przyjaciół ojca, a jego najdroższych wujów. Gdyby nie Corentin, zwymiotowałby wprost na nich, bynajmniej nie z powodu nadmiernej ilości Toujours Pur (był chyba jedynym trzeźwym w tym doborowym gronie), a ze zwykłego obrzydzenia, wstrząsającego Samaelem szczególnie silnie, gdy patrzył na purpurową twarz ojca.
Ten pewnie nie zauważył, gdy jubilat wstał od suto zastawionego stołu i wymknął się drzwiami przeznaczonymi dla służby, wspierany dyskretnie przez wuja Corentina. Dokąd swe kroki mógł skierować świeżo upieczony dorosły mężczyzna? Instynktownie poszedł do swej dziecięcej sypialni, gdzie spodziewał się ujrzeć Laidan. Nie mylił się. Zbliżył się do niej, nieco chwiejnie, rozstrojony raczej kobiecą sylwetką w wyzywającej czerwonej sukni, aniżeli wypitym drogim alkoholem, którego zresztą ledwie spróbował. Przymknął oczy, kiedy całowała jego wargi, samemu nie śmiąc zrobić jeszcze kolejnego kroku, jakby wolał najpierw spić całą przyjemność, jaką właśnie mu ofiarowywała. Pokręcił lekko głową, wręcz niezdolny do ułożenia głosek w sensowne zdanie i po prostu pogłębił pieszczotę, kładąc swoją dłoń na jej sercu. Bijącemu dla niego.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: siedemnaste urodziny Samaela [odnośnik]25.07.16 13:35
Deszcz uderzał w szyby niemiarowymi chlustami, zupełnie nieprzypominającymi drobniutkiego crescendo kropel. W listopadowej aurze nie było nic uspokajającego i melodyjnego, przyroda jakby zawzięła się na stateczny, kamienny zamek, chcąc wychłostać go lodowatym wiatrem i zalać hektolitrami wody, spadającymi prosto z ciężkich, ciemnych chmur, zdających się zahaczać o najwyższe balustrady wież. Widoczność spadała do zera, zresztą aż po horyzont nie znajdowało się tutaj żadne przychylne domostwo. Tylko z okien warownego zamku błyskały słabe światła, zdające się jednak być błędnymi ognikami na bagnach, zwodzącymi zagubionych wędrowców ku zgubie, a nie latarniami zwiastującymi bezpieczny port. Ludlow stało się domem tylko dla niewielu osób, azylem dla wyklętych, spośród których przetrwała zakochana w sobie dwójka. Rodzeństwo. Laidan w tej kategorii myślała o Samaelu, powoli tracąc matczyną czułość na rzecz siostrzanego wsparcia. Jeszcze nie rozpatrywała siebie jako kochanki, żony, partnerki; było to zbyt niegodne i niemoralne nawet jak na spaczone standardy lady Avery, wychowanej przecież podług zupełnie innych zasad. Marcolf zmienił cały jej świat, tłumacząc oczywistości w sposób sprzeczny z kodeksem społecznym. Innych poruszało cierpienie słabszych, ona odnajdowała w nim triumfujący spokój; inni brzydzili się spółkowaniem z własną krwią, dla Lai nie istniało doskonalsze wyznanie prawdziwej miłości. Odkąd ukochany ojciec opuścił ich na zawsze, jeszcze mocniej przylgnęła do pierworodnego syna, odnajdując w nim przedłużenie najwspanialszego mężczyzny. Już nie broniła się przed pieszczotami, wręcz je inicjując. Cierpliwie uczyła młodzieńca trudnej sztuki miłości, nie zważając na jego nieopierzenie i uznając nieco nerwowy zachwyt pierwszymi uniesieniami za uroczy. Nie śmiała porównywać go z Marcolfem, z prawdziwym mężczyzną, władającym nią w każdym sensie. W relacji z Samaelem czuła się górą - pomijając pierwsze, szarpane chwile, gdy rozgoryczony przejmował ją siłą, wiedziała, że to ona rządzi. Dyryguje. Wspiera. Sugeruje. Inicjuje, zdradza sekrety, prowadzi za rękę. Wyjątkowo jej to odpowiadało, nigdy wcześniej nie posiadała aż takiej władzy nad młodym, chłonnym umysłem, zafascynowanym nią do głębi. W końcu rozumiała nieco narcyzm ojca: on też tworzył kogoś, krew z krwi, ciało z ciała. Kontynuowała jego nauki, uwielbiając chwile spędzane z pierworodnym synem. Jeszcze w pewnym stopniu niewinnym, jeszcze nieco nieokiełznanym, jeszcze chłopięcym, chociaż przecież dziś oficjalnie stawał się mężczyzną.
Uśmiechała się w czasie tego lekkiego, długiego pocałunku, nieśpiesznie przesuwając wargami po jego ustach, błądząc palcami wśród wilgotnych kosmyków jego nieco już przydługich włosów. Zamruczała cicho, gdy ciepła dłoń mężczyzny przesunęła się na odsłoniętą skórę dekoltu w geście...zaskakująco romantycznym. Przymknięte powieki Laidan zadrżały, jakby zapowiadając wzruszenie lub rozbawienie, lecz nie przerwała pieszczoty, odsuwając się od bruneta dopiero po dłuższej chwili. - Wolę gdy smakujesz winem - wyszeptała nieco karcąco, choć z wesołym drżeniem, robiąc krok do tyłu, by móc przyjrzeć mu się uważnie z lekkiego dystansu, jakby oczekując wielkiej zmiany. Wyglądał jednak tak samo, jak przed miesiącem, tylko oczy iskrzyły mu jakoś pełniej. Na jej widok? Czuła się mile połechtana, dlatego odwracała się nagle na pięcie i ruszyła w kierunku wysokiej komody, z której pierwszej szuflady wyciągnęła bogato zdobione drewniane pudełko, ozdobione czerwoną kokardą. Uśmiechnęła się ponownie a następnie wysunęła dłoń z prezentem w stronę Samaela. - Wszystkiego najlepszego, kochany - powiedziała śpiewnie, z niecierpliwością oczekując jego reakcji na pierwszy dorosły, męski podarunek.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
siedemnaste urodziny Samaela Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: siedemnaste urodziny Samaela [odnośnik]26.07.16 14:59
Nieprzyjazna jesienna aura idealnie komponowała się z bezeceństwami rozgrywającymi się w chłodnej, chłopięcej sypialni. Ogrzewanej nie tylko ogniem, wesoło trzeszczącym w kominku, ale i parującą, zakazaną bliskością dwóch ciał. Strugi deszczu bębniące o marmurowe parapety zagłuszały wszystkie dźwięki, oddechy, urywane i śpieszne wydostające się spomiędzy warg, a rozlewając się po szybach tworzyły naturalną zasłonę, separującą Averych od świata nawet skuteczniej, niż purpurowe kotary. Rozsunięte wręcz prowokująco. Byli przecież sami i tego dnia już nikt nie mógł im odebrać. Samael wiedział to zbyt dobrze, by hamować łapczywe dłonie, by powstrzymywać usta od obdarzaniem swej matki - siostry, partnerki - namiętnymi pocałunkami, wyczekiwanymi od czasu ich pożegnania. Oficjalnie nie było łez, ani nagłego wybuchu niekontrolowanych emocji, lecz młodzieniec mimowolnie wspominając ich ostatni wspólny wieczór, poczuł dreszcz wstrząsający jego wychłodzonym ciałem. Ulegał mu, zbliżając się do kobiety bliżej, choć wciąż pozwalał się prowadzić, tkwiąc w przyjemnym zawieszeniu między dominacją, a oddaniem. Nie żądał już od niej więcej, jeszcze nie, bezgranicznie wdzięczny i zachwycony wszystkim, co Laidan mu ofiarowywała. Łaskawie, wciąż z pewnej nieokreślonej wysokości, stopniując Samaelowi przyjemność i odkrywając się przed nim niezwykle powoli. Pociągała go ta opieszałość, nierówny rytm, w jakim ją zdobywał, wzrastanie napięcia, erotyczna walka o ostatnie słowo. Zazwyczaj brzmiące w kobiecych ustach; pozwalał jej na to nieco perfidnie, rozumując, iż bezgraniczna adoracja zdobędzie mu względy matki i że również wygra, choć pozornie to Lai będzie święcić swój triumf.
Zaklinając go jak czarodziejski instrument i inicjując kradzione chwile niepoprawnych zbliżeń. Młodzieniec czuł się wtedy szczególnie podniośle, jakby w momencie, gdy czuł na sobie jej drobną dłoń, spływało na niego coś znacznie większego. Przyciągała go do siebie w każdym aspekcie, a on chętnie poddawał się nowym naukom, wciąż pozostając jednak nieco nieokiełznany. Pragnął jej nieustannie, więcej i mocniej, czasami buntując się przeciw wyznaczonym klauzulom i próbując zaprowadzić swój porządek. Musiała rozumieć jego potrzebę rządzenia, władania każdym skrawkiem jej nagiego ciała i odsłoniętego umysłu, w który wbijał się równie gwałtownie, aby upewnić się, że myśli wówczas tylko o nim. Chciał tego zapewnienia, ufając bardziej legilimenckiej sztuce, aniżeli własnemu rozumowi, owładniętemu szaloną zazdrością. Podczas rozłąki chorobliwie bał się utraty, więc kiedy tylko miał sposobność - udowadniał Lai, że wciąż należy do niego. Po śmierci ojca już na wyłączność.
Każda pieszczota, jaką znaczyła jego usta, język, wdzierający się między wargi, zęby przesuwające się po wrażliwej skórze odrywały Samaela od rzeczywistości, umieszczając go w zupełnie innym wszechświecie. Minuty stapiały się w płynną całość, a on za nic nie przerywał pocałunku, zapamiętale zatracając się w Laidan, w jej dotyku, czuciu smukłych palców muskających jego falujące, jeszcze nieco wilgotne włosy. Ośmielających młodzieńca do przesunięcia swej własnej dłoni, którą począł gładzić odsłoniętą, wrażliwą skórę szyi, by finalnie odnaleźć krągłość piersi i lekko ją ścisnąć. Triumfująco.
- Wolę smakować tobą - wyszeptał wprost w jej wargi, odrobinę wyuzdanie, patrząc kobiecie w oczy i zachłannie pieszcząc piersi prze materiał i czując, jak sztywnieją pod wpływem jego dotyku. Niemalże jęknął z zawodu, gdy oderwała się od niego, pozostawiając rozgrzane ciało samotne. Na krótką chwilę, jakiej nie złagodził wszakże pięknie opakowany prezent. Odłożył go szybko; niecierpliwy i wygłodniały ponownie wpił się w matczyne usta, próbując skraść przy tym jej duszę. Całując ją szybko, namiętnie i ostro. Ona była tym najcudowniejszym podarunkiem i dzisiejszej nocy nie chciał wypuścić jej ze swych objęć nawet na sekundę.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: siedemnaste urodziny Samaela [odnośnik]26.07.16 19:06
Samael pozwalał jej zapomnieć, paradoksalnie coraz bardziej upodabniając się do Marcolfa za młodu, którego mogła podziwiać wyłącznie na starych, niewyraźnych fotografiach, akcentujących jednak to, co błyszczało w obydwu mężczyznach najmocniej. Ostre spojrzenie, twarde rysy, wysoka, barczysta sylwetka, emanująca pochmurną siłą. Bliskość ich pierworodnego syna wyciszyła histeryczną tęsknotę, pozwalając Laidan powrócić do żywych. Uśmiechała się, piła wino, ubierała krwistoczerwone suknie, organizowała wystawy, robiąc wszystko, co sprawiało jej przyjemność zanim odejście ojca złamało pełne serce na pół. Teraz zrośnięte, być może jeszcze niezupełnie, być może z blizną, na zawsze stawiającą Marcolfa na piedestale, ale na nowo pompujące krew do żył i rozbudzonego organizmu. Skoncentrowanego na szczęściu, w końcu odczuwalnym całą sobą. Cieszyła ją bliskość Samaela a zwłaszcza jego dorosłość. Stał się mężczyzną, poważanym, zapraszanym na Sabaty, gotowym do przejęcia części obowiązków wobec rodu. Praw...jeszcze nie, lecz było to kwestią czasu. Niedługo ukończy szkołę - z najlepszymi wynikami, była tego pewna, choć przecież skutecznie przeszkadzała mu w studiowaniu grubych ksiąg, przekazując mu inną naukę - wybierze wymarzony staż, otrzyma własną skrytkę w banku, swój spadek, swoją posiadłość. Stanie się dziedzicem Averych, dojrzałym mężczyzną, idącym własną drogą, dokonującym własnych wyborów. Przejmowało ją to niespotykaną radością, podszytą jednak drobnym strachem. Czy nie ucieknie z jej ramion wprost do chętnego ciała ustawiających się w kolejce narzeczonych? Czy nie wybierze młodszej, ponętnej, dziewiczej kochanki? Czy nie odrzuci matczynej miłości, uznając to za przymiot pasujący dzieciom a nie prawdziwym samcom? Te dość racjonalne lęki pojawiały się także i teraz, będąc jednym z powodów, dla których wybrała dla niego ten konkretny prezent. Złoty, niezwykle ciężki zegarek, na zawsze mający obdarzyć ich czasem. Wspólnymi wspomnieniami. Każdą sekundą połączenia dusz i ciał, jakiego nie chciała przerywać. Oczekiwała więc otworzenia podarunku z leciutką niecierpliwością, obserwując, jak oczy Samaela żarzą się rosnącym podekscytowaniem...
Lecz widocznie nie z powodu prezentu. A przynajmniej nie tego, który mu podarowała. Uniosła lekko jasne brwi, gdy brunet nie tylko nie otworzył drewnianego pudełka, ale wręcz je odstawił, nie poświęcając mu żadnej uwagi. Już miała coś powiedzieć, ale szybko zamknął jej usta pocałunkiem. Mocniejszym, śmielszym, jakby dopiero teraz otrząsnął się z deszczowej aury, pragnąc rozgrzać się bliskością jedynej kobiety jego życia. Drgnęła lekko, gdy zachłannie przesuwał dłońmi po jej ciele, niwecząc kiełkujące niezadowolenie. Pragnął Laidan, nie przedmiotu: wyjątkowo mogła to zaakceptować, zwłaszcza, kiedy czuła na sobie rosnące podniecenie swego mężczyzny, postępującego coraz śmielej. Także w sferze werbalnej. Uśmiechnęła się ponownie i założyła ręce za jego karkiem, jeszcze przez kilka chwil ulegając fizycznej słabości. Przerwanej jednak dość zdecydowanie, gdy odsunęła się ponownie, kładąc otwartą dłoń na klatce piersiowej bruneta z prostym komunikatem stop. - Nie odpakowałeś prezentu - powiedziała zaskakująco trzeźwo, jak na rumieńce podniecenia, wykwitające na bladych policzkach i szyi, po czym cofnęła się jeszcze o krok, zaplatając dłonie na piersi w wyczekującym geście. Na twarzy nie gościł srogi wyraz a raczej filuterne oczekiwanie, aż w końcu Samael otworzy pudełko i zachwyci się zegarkiem. Nie mogło być przecież inaczej, prawda?



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
siedemnaste urodziny Samaela Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: siedemnaste urodziny Samaela [odnośnik]27.07.16 19:42
Nie czepiał się już matczynej spódnicy, chowając w niewieścich komnatach z powodu wieku. Późno odstawiony od piersi nadal za nią tęsknił, przesuwając granice i wyznaczone dla pospólstwa idiotyczne zasady. Oni nie mogli równać się z nimi, więc Samael nie szukał ani porównania, ani wytłumaczenia dla niepokojącego pragnienia, które serce tłoczyło nieprzerwanym strumieniem pożądania wprost do krwi. Wywołując stan bliski psychozie, bo w jego umyśle wciąż kluczyła jedna, jedyna myśl o tej konkretnej kobiecie. Ponoć nazwano to miłością, ale młodzieniec czuł dziwne uprzedzenie do błahego słowa, jakim ludzie szafowali zdecydowanie zbyt łatwo. To było coś więcej, wykraczającego poza wszelkie rozumienie. Więź matki i dziecka zawsze zasługiwała na miano wyjątkowej i niepowtarzalnej. Nic nie mogło zerwać tej nici, łączącej Samaela z Laidan, ale on odnalazł sposób, by uczynić ją jeszcze silniejszą. Trwalszą. Mocniejszą. Utkaną nie z pajęczej mgły, zerwanej wraz z pojawieniem się u boku kandydatki na żonę z doskonałym rodowodem i idealnymi manierami (szukano mu kobiety czy rasowej suki?), ale skręconą ze spiżowych drutów, elektryzujących się każdym dotykiem naruszającym barierę moralności. Pojmowanej przez maluczkich, bo on przecież nie miewał wyrzutów sumienia, fantazjując o swej matce, kiedy ta była od niego daleko. Setki mil, które ich dzieliły stanowiły przeszkodę w spełnieniu, ale młodzieniec i tak ją sobie wyobrażał, uparcie przywołując kontury kobiecego ciała. Miękkie rysy twarzy, pełne usta, które teraz pieścił zapamiętale, blade ciało bez jednej skazy, jakby wyciosane z alabastru, po którym przesuwał drżącymi z niecierpliwości dłońmi. Drobną sieć zmarszczek, czyniącą oblicze Laidan królewskim, władczym i pełnym łaskawego majestatu. Nauka przy bodźcach płynących z niespokojnych wspomnień była niemożliwa: nieraz zaniechiwał lektury opasłej księgi, by ze wzruszeniem przeczytać matczyny list. Dostarczony w ciasno zwiniętym ruloniku, obecnie leżał na jego podołku całkiem wyprostowany od wielokrotnego czytania. Mógł cytować jej słowa z równym oddaniem jak ulubionych poetów, zwłaszcza te wulgarne, jakimi czasami okrutnie go pobudzała. Zbyt ciasno trzymała młodzieńca w swych dłoniach, a on zbyt ochoczo jej się oddał... lecz Avery był zbyt oczarowany ową miłością demonstrowaną mu przez matkę, by udawać obojętnego i nieczułego na jej wdzięki. Nie potrafił ich zignorować, a ona nie omieszkiwała nie wykorzystywać tej słabości własnego syna.
Do której Samael przyznawał się z lekkim wstydem. Jakkolwiek uczucie do matki nigdy nie paliło go zażenowaniem, tak uleganie jej nieco drażniło męskie ego, łaknące zawsze intensywniejszych emocji. Burzył się, ustępując przed nią, ale przecież... potem wcale nie odczuwał zawodu, wręcz przeciwnie, rozkoszując się doznaniami prawdziwie nieziemskimi. Pocałunkom było do nich już zupełnie blisko: rozpalone wargi chciwie całowały kobiece usta, rozchylone i wilgotne, chętne, spragnione, a zarazem jakby niedostępne. Tę niepodległość usiłował sforsować, chcąc podniecić ją samymi pieszczotami i nieprzyzwoitym wyznaniem, wyszarpniętym między ostrymi pocałunkami. Miał ją dla siebie, szalenie blisko i musiała już czuć jego gotowość, gdy... zdecydowanie go odepchnęła? Samael popatrzył na matkę z wyrzutem, nierozumiejącym wzrokiem smutnych oczu starając się zrozumieć dlaczego. Klatka piersiowa poruszona agresywnymi pieszczotami unosiła się w nierównym rytmie, dłoń na torsie falowała wraz z nią, a on był zagubiony i wciąż niezdecydowany, między posłuszeństwem, a łapczywym, samczym wzięciu jej dla siebie. Nawet mimo oporu.
Wygrała ciekawość. Zerknął ponad ramieniem matki na drewnianą szkatułę i na moment poruszyły nim iskierki podekscytowania. Powoli odwiązał misterną, czerwoną kokardę, zastanawiając się, co kryje się w ozdobnym pudełku. Oblicze Lai nie zdradzało niczego, prócz jego pewnego zachwytu - i Samael poczuł, że wie, co kryje się w środku. Pokazywał jej całkiem niedawno kunsztownie wykonany pejcz (poznał matczyne preferencje), ale został zbyty słówkami o dojrzałości. Teraz, gdy osiągnął pełnoletność, spodziewał się właśnie tego cacka. I prośby o jego wypróbowanie. Z napięciem podważył pokrywę pudełka, a na jego twarzy od razu wymalowało się... rozczarowanie. Złoty zegarek: misternie wykonany, lecz do bólu zwykły. Podniósł go, maskując niezadowolenie krzywym uśmiechem (nie chciał sprawić matce przykrości) i dokładnie obejrzał, dumając jedynie chwilkę nad grawerem na błyszczącej pokrywie. Nadal nie był to jednak wymarzony prezent i nawet wzruszająca deklaracja nie zmiotła złości młodzieńca, przywykłego do tego, że dostaje wszystko, czego chce.
-Dziękuję - powiedział krótko, odkładając zegarek z powrotem do opakowania i patrząc na Lai nieodgadnionym wzrokiem. Bez rzucania się na szyję, bez emocjonalnych wzruszeń, bez łzawych zachwytów.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: siedemnaste urodziny Samaela [odnośnik]27.07.16 21:49
Rozpływała się w jego pieszczotach: może i to określenie było pretensjonalne, żywcem wyrwane z pretensjonalnych opowiastek dla grzecznych dziewczynek, marzących o pierwszym pocałunku ze swoim mężem, ale dokładnie tak się czuła. Jak na najdoskonalszych, letnich wakacjach we Włoszech, kiedy mogła siedzieć tuż przy brzegu morza a ciepła woda kolejnymi falami coraz mocniej moczyła mocno nieprzyzwoity strój kąpielowy. Wokół gorzała wojna, szaleni generałowie nie wycierali nawet dłoni, zabarwionych na stałe brudną krwią, z daleka grzmiały echa rozstrzelań, ale Laidan traktowała to jakie miłe, przyrodnicze tło do najmilszego odpoczynku. Wilgotny piasek pod nagimi udami, szorstka dłoń ojca na bladych ramionach, cień parasolki, osłaniający ją od słońca, które jednak nagrzewało powietrze, czyniąc je płynnym. I ją także; miała wrażenie, że przelewa się między palcami i ustami Marcolfa, a słone drobinki morskich fal czynią ich jeszcze mniej rzeczywistymi.
Podobnie czuła się teraz, poddana pocałunkom innego mężczyzny. Młodszego, delikatniejszego; żuchwa jeszcze niepokryta kłującym zarostem, ramiona nie znające trudów dorosłego życia, język śpiesznie sunący po zębach, chcąc rozsmakować się nią już, natychmiast. Lubiła tą popędliwość, źrebięcą, udowadniającą, że ma do czynienia z nieokiełznanym młodzieńcem, oszalałym na punkcie swej pierwszej kobiety. Odwzajemniała pieszczoty nieśpiesznie, w leciutko sarkastycznej kontrze, hamując zapędy, by starał się jeszcze bardziej. Subtelne manipulacje doświadczonej kochanki, zwodzącej pojętnego i wygłodniałego ucznia. Nigdy jednak nie zostawiała go niezaspokojonego: doskonale potrafiła wyczuć ten drżący moment pomiędzy skrajnym pragnieniem a zdenerwowaniem. Przesuwała co prawda tę granicę delikatnie do przodu, igrając z ogniem, lecz płomienie buzowały coraz mocniej, czyniąc ją po prostu szczęśliwą. Zapominała o smutku, tęsknocie, żalu, zmęczeniu; Samael odejmował od niej gorzki smak codzienności, zamieniając gorzką wodę w najsłodsze wino. Chciała się nim dziś upić, by świętować dorosłość i zakląć swój lęk o przyszłość. W niewerbalnych obietnicach, spisanych na wieloznacznym prezencie.
Z uwagą śledziła jego twarz, widząc pierwsze podekscytowanie drewnianym pudełkiem. Czyżby wiedział, co się w nim znajduje? Odwiedzała zegarmistrza a później grawera samotnie, nie dając synowi dostępu do swych myśli. Pozostawały zamknięte: pamiętne święta nauczyły ją większej kontroli nad oklumencją, przydającą się także w tak prostych sytuacjach jak utrzymanie prezentu w tajemnicy. Czekała na tę chwilę ponad tydzień, pewna, że Samael zrozumie, że wzruszy się subtelną adnotacją, że od razu zapewni ją w tym, że byli sobie przeznaczeni na zawsze, lecz...lekko się zawiodła. Ktoś postronny mógłby dać się zwieść krzywemu uśmiechowi, ale matka doskonale znała swoje dziecko. Lewy kącik ust za bardzo w dół, dziwny błysk w oku, powolne obracanie zegarka w ręku i w końcu odłożenie go na bok razem z pudełkiem. Zbyt ostrożnie, zbyt metodycznie.
Nie spodobał mu się.
Laidan poczuła niemiłe spięcie w okolicach serca. Pragnęła zobaczyć na twarzy syna szczęście, by zapamiętał swoje wyjątkowe urodziny na zawsze - tak jak na zawsze miał z dumą nosić miano jej mężczyzny. Przeliczyła się w spodziewanym efekcie? A może wraz z magiczną datą Samael stracił dziecięcą wrażliwość na subtelne sugestie, wdając się w swojego dość nieczułego ojca, którego cieszyło proste i konkretne wyrażanie uczuć? Zawahała się chwilę, mierząc stojącego tuż obok bruneta nieodgadnionym wzrokiem, jakby jeszcze wahała się, co zrobić. Nie należała przecież do głupich kobiet, serwujących ukochanym ciche dni, gdy coś szło niezgodnie z wyobrażeniami. Widocznie musiała przekazać Samowi romantyczną prawdę inaczej, tak, by zrozumiał i zapamiętał ją na długo. Porównanie z nieco nachmurzonym Marcolfem od razu oświetliło jedyną słuszną drogę a na usta Laidan powrócił lekki uśmiech.
- Nie podoba ci się? - spytała powoli, bez najmniejszych zgrzytów niezadowolenia, robiąc krok w stronę bruneta, by nieśpiesznie przejechać dłonią od szyi przez klatkę piersiową aż do paska spodni. Przekrzywiła lekko głowę a rozpuszczone włosy opadły na nagie ramię, kontrastujące bielą z czerwienią sukni. - Naprawdę się starałam wybrać najlepszy... - dodała, ciągle z niemalże uległym uśmiechem, opieszale acz umiejętnie rozpinając sprzączkę, na razie jednak nie sugerując, co może stać się za chwilę.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
siedemnaste urodziny Samaela Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: siedemnaste urodziny Samaela [odnośnik]20.08.16 9:24
Pierwsze śpieszne pocałunki. Pierwsze przesunięcie językiem po ostrej krawędzi zębów. Pierwsze rozerwanie wag w bolesnym ugryzieniu, miażdżącym usta. Pierwszy dotyk, wygłodniała dłoń błądząca po ciele. Pierwszy jęk przyjemność, stłumiony w jej ustach. Pierwszy raz z kobietą.
Nie takie wspomnienia Samael powinien łączyć z matką, lecz kiedy jawiła mu się przed oczami za każdym razem po dłużącej się nieobecności, nie potrafił powstrzymać obrazów, strzelających jaskrawą autentycznością. To wszystko naprawdę się zdarzyło. Laidan stojąca u szczytu marmurowych schodów, z powagą kierująca swe kroki ku niemu, muskająca jego policzek ustami i wygłaszająca śpiewną formułkę powitania nie mogła nie wiedzieć, o czym w tej chwili myśli jej syn.
Nie potrafił nie spalać się w pożądaniu, pełen młodzieńczego wigoru oraz entuzjazmu dla każdej kolejnej chwili spędzonej razem. Nigdy nie uciekał od matczynego towarzystwa, nie wykręcał się od artystycznych zajęć, choć czasami brakło mu do nich zacięcia; nagroda za to poświęcenie opływała w rozkosz, więc Samael przyjmował każdą daną im sekundę z wdzięcznością. Oczywiście, był egoistyczny usiłując wymusić dla siebie pewien rodzaj szczególnego posłuchu. Wskazówki matki (zwłaszcza te, które szeptała mu niemal nieprzytomna z pożądania)... przydawały się, lecz młodzieniec coraz częściej jął szarpać się z Lai o dominację. I cieszyć z każdej, drobnej wygranej, nawet jeśli matka dobrowolnie składała moc decyzyjną w jego dłonie, jakby chcąc uczynić zadość kaprysowi ukochanego synka. Czy ukończenie siedemnastu lat i oficjalne wejście w dorosłość, usprawiedliwiłoby wzmocnienie roszczeń? Czy mógłby silnie szarpnąć za jej włosy, odchylić głowę i cichym głosem powiadomić, że zamierza uczynić z nią wszystko, czego tylko zapragnie? Mijający rok nie zmienił przecież niczego: odbicie w złotym lustrze ciągle pokazywało tego samego młodzieńca. Teraz nieco... zakłopotanego. Nie wiedział, jak postąpić i jak się zachować, by nie zranić uczuć Laidan, choć przecież to ona wpoiła mu, by zawsze jasno demonstrował swoje niezadowolenie. Samael nie chciał jej zawieść, nie chciał, żeby uznała o niewdzięcznika, ani za rozpuszczonego księcia i... znajdował się w martwym punkcie, tępo wpatrując się w pozbawioną wyrazu twarz matki, przeszytej wyłącznie krótkim grymasem smutku. Jego też zdjęła złość: miał przecież do niej zdecydowanie większe prawo. To j e g o siedemnaste urodziny zostały zepsute; zegarek najpewniej wyląduje w kącie pokoju, a po kilku miesiącach skrzat wyniesie go na strych razem z innymi rupieciami. Mimo rozsadzającej Samaela wściekłości, młodzieniec nie umiał wygarnąć słów prawdy przed Lai, więc tylko pokręcił głową, starając się docenić walory podarunku. Złoty i ciężki, misternie wykonany, z ręcznie wygrawerowanym napisem. Niesamowite detale, delikatny mechanizm... W innych okolicznościach mógłby mu się spodobać.
- Jest wspaniały, tylko... achh - urwał w pół słowa, kiedy ciepła dłoń spoczęła na jego szyi, pieszcząc skórę lekkimi palcami i powoli napierając w dół. Samael spiorunował Laidan spojrzeniem granatowych oczu, gwałtownie rozszerzonych ze skrajnego podniecenia i uchwycił ją mocno za rękę, władczo przesuwając ją na swoją męskość, napierającą pod materiałem spodni.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: siedemnaste urodziny Samaela [odnośnik]26.08.16 13:14
Laidan nigdy nie widziała swojego syna w pełni: tak, jak postrzegali go inni ludzie. Nawet rodzony ojciec - jego, ich ojciec - posiadał zdrowszy pogląd na zachowanie pierworodnego, potrafiąc srodze go ukarać za nawet najmniejsze przewinienie i surowo ocenić życiowe postępy. Początkowo spotykało się to ze smutnym sprzeciwem matki, poruszonej niezwykłą krzywdą dziecka, ale rozsądnie pozwoliła Marcolfowi na przejęcie kontroli nad zachowaniem chłopca, widząc w tym furtkę dla swojej szalonej miłości. Mężczyzna rządził, dzielił i zajmował się utwardzeniem charakteru ciemnowłosego panicza, podczas gdy kobieta mogła ofiarować mu całą miłość, skrytą w filigranowym ciele. Scałowywała każdą łzę bólu, spływającą po zarumienionym policzku syna, skrępowanego jeszcze odbytą karą, szepcząc mu do ucha sugestie absolutnego posłuszeństwa. Wbrew pozorom lubiła wspominać tamten czas, słodką beztroskę, długie, leniwe dni poświęcone wyłącznie sztuce i przyjemnościom. Uwielbiała obserwować zmieniającego się syna, dorastającego, dojrzewającego, przepoczwarzającego się z uroczego berbecia w przystojnego młodzieńca. Coraz bardziej przypominającego ojca i właśnie to podobieństwo przeważyło szalę moralności tego pamiętnego, grudniowego wieczoru. Zmieniającego wszystko, każdy najdrobniejszy detal pięknego obrazu rodzicielskiej miłości, po której zostało tylko blade wspomnienie.
Powinna przecież jaśniej okazać swój smutek, korzystając ze sprzyjającej okazji, by zaprezentować Samaelowi kolejną matczyną lekcję. Empatii, szacunku do czyjegoś czasu, wdzięczności za okazane względy. Oczekiwała przecież takiej, radosnej reakcji, w zamian otrzymując książęce niezadowolenie. Była jednak zbyt zakochana - w ten dziwny, ciężki, niezrozumiały sposób - by żachnąć się na jego marną grę aktorską i uczynić z urodzin festiwal kobiecych fanaberii. Świętowali przecież obydwoje...choć to ona stawiała się w pozycji dawcy, chcąc, by zapamiętał ten wyjątkowy dzień na długo. A skoro tak nieprzychylnie potraktował niezwykle drogi, wyważony prezent, dopasowany do powagi pierwszych w pełni dorosłych urodzin, musiała szybko wybrnąć z niezręcznego patu. Pragnęła przecież dla niego najpiękniejszych doznań, uśmiechu, rozświetlającego przystojną twarz, podekscytowania i zdziwienia. Wywołanego specyficznym podarunkiem.
Powzięcie głębszego, urwanego oddechu, przyjęła z lekkim uśmiechem, nasilając nacisk dłoni na ciepłym ciele, okrytym szorstkim materiałem. Gdyby popatrzyła na tę sytuację z odpowiedniego dystansu, zapewne wywołałaby w nim palące pragnienie, by potem zostawić. Ot, słodka lekcja przyjmowania prezentów. Laidan jednak nie stała obok, nie czuła się matką a kwestie nauczania dawno zeszły na dalszy plan, z małym, zmysłowym wyjątkiem od edukacyjnej reguły. Fizyczna bliskość Samaela sprawiała jej nieskończoną przyjemność, łagodziła troski, niweczyła tęsknotę, dlatego postępowała też egoistycznie. Przez chwilę wahając się jednak nad kontynuacją. Widziała w oczach bruneta pragnienie, kierujące niecierpliwą dłoń niżej, i odruchowo chciała zadziałać na przekór, rozegrać partię prowokacji długofalowo, spokojnie. Nie potrafiła jednak powstrzymać swoich pragnień i altruistycznej (egoistycznej?) chęci zagwarantowania mu rozkoszy nowej, ekstremalnej. Jej ulubionej, bo przecież nie potrafiła okazać miłości inaczej, niż wsuwając dłoń za materiał spodni, pieszcząc go nieznośnie powoli. Znała go już na pamięć, wiedziała, co lubi, i wiedziała, w którym momencie zazwyczaj zaczynał nerwowo ściągać z niej ubranie, prowadząc ku pierwszej lepszej powierzchni płaskiej. Tym razem go ubiegła i zanim drżącymi rękami sięgnął ku haftkom sukni, umknęła niecierpliwym palcom w dół. Po raz pierwszy klękając przed nim, ulegle, poniżająco, choć przecież posiadała teraz nad nim władzę absolutną. Nie odrywała spojrzenia od jego oczu, chcąc uchwycić każdą, najdrobniejszą emocję. Zaskoczenie? Pożądanie silniejsze niż zwykle? Otarła się policzkiem o szorstki materiał spodni, zsuwając je po chwili w dół, by nie czekając dłużej przesunąć językiem po pulsującej erekcji, finalnie otaczając ją wilgotnymi, pełnymi ustami. Kolana nieprzyjemnie wbijały się w marmur kamiennej podłogi a odkryte ramiona owiało chłodne powietrze, lecz nie zwracała na to uwagi, rozkołysana pożądaniem i wypitym winem, osładzającym porażkę jednego prezentu i triumf tego zastępczego, wyjątkowego i jak naiwnie sądziła: jednorazowego. Błysk idealnego wspomnienia, mający utrwalić ich więź i uczynić Samaela jeszcze bardziej rozkochanym, zależnym od serwowanej wręcz profesjonalnie przyjemności. Może jednak nie była aż tak altruistyczna, nawet w ostatecznym akcje oddania widząc znaczne korzyści dla rozbuchanego ego? Poświęcała jednak całe myśli jemu, jego przyjemności, jego doznaniom, ponownie zerkając w górę, jednocześnie ulegle i prowokująco.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
siedemnaste urodziny Samaela Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: siedemnaste urodziny Samaela [odnośnik]30.08.16 14:24
Błądzenie po omacku, z na wpół zamkniętymi oczami mogło zdawać się niedorzeczne, lecz Samael nie bał się zupełnie, iż nagle wpadnie w nieprzeniknioną czeluść. Całkowicie ufał matce, która pomimo upływu lat wciąż prowadziła go za rękę. Już nie platonicznie, gdy odkrywała przed malcem uroki świetlistego lata, pokazując inspirację dla swych impresjonistycznych obrazów, nie niepewnie, gdy trzymała jego dłoń grudniowego popołudnia i ocierała kąciki zakrwawionych ust syna, a zdecydowanie i niemalże brutalnie zaciskała na nim swoje palce, wskazując konkretne wybory oraz odwodząc od niewłaściwych decyzji. Mógł zdać się na Lai, wyłącznie ją obdarzając zaufaniem absolutnym, ale... przecież właśnie wchodził w wiek męski, co podsycało męskie ego spragnionego dominacji młodzieńca. Wdał się nie tylko w ojca, ale również i w matkę, wyobrażając sobie siebie samego na wysokim pod chmury piedestale oraz kłębiące się pod stopami tłumy maluczkich. Ustępując nie czuł się dobrze i nawet subtelne prowokacje oraz delikatne pchnięcia do przodu inicjowane przez Laidan zaczynały go... męczyć. Przekroczona magicznie granica sprawiła, że wszystkie myśli Sama zostały wyczyszczone do kompletnego zera i zastąpione innymi. Dojrzalszymi, bardziej racjonalnymi, mroczniejszymi. Chciał pełnej władzy, także (zwłaszcza) nad swoją kobietą, jakby zamierzał odbić sobie za przeszłość i przyszłość, w której znów będzie musiał łaskawie się nią dzielić. Zjawiając się w domu po kilku miesiącach absencji był przede wszystkim głodny j e j i żaden przedmiot, żaden prezent, najdroższy podarunek nie mógł wykraść Laidan uwagi syna. Chciał ją mieć tak, jak jeszcze nigdy, sprawić, aby i ona na dobre zapamiętała te urodziny, wyjątkowe święto, celebrowane w równie niezwykły sposób. W zamkniętym gronie najbliższej rodziny.
Zaprezentowane przedstawienie powinno załagodzić żal, stłumić smutek i na nowo skierować atencję matki wyłącznie na niego. Młodzieniec stale pragnął znajdować się centrum jej wszechświata, nie przysłonięty nikim ani niczym, nawet jeśli piękny, drogi zegarek właśnie jemy miał sprawić przyjemność. Dla Samaela był w obecnej chwili jedynie barierą do zmysłowej rozkoszy, jaką na pewno planowała dla niego Lai - i dlatego musiał zostać bezwzględnie zniszczony. Kiepsko udawany zachwyt rozbłysnął (tym razem szczerze) na jego obliczu, z każdą sekundą urywanej pieszczoty. Oddech łamał się o kanty rozpływającej się po ciele przyjemności, stając się coraz szybszy i płytszy, zahaczając o barierę niskich, ochrypłych jęków. Nie błagalnych; pewnie sunął dłońmi po jej ramionach, odnajdując w nieznanym wcześniej rytmie zaskakującą prostotę. Skóra poddawała się pieszczotom reagując na najdelikatniejsze muśnięcie, a Samael uśmiechał się triumfalnie, wieszcząc sobie wspaniałe zwycięstwo. Nie prosił, nie pytał, nie błagał: po prostu robił to, na co miał największą ochotę, całując ją wszędzie i boleśnie. Do krwi i krótkich, wydartych westchnień głuchej rozkoszy tłumionej wzajemnie w ich ustach. Dłoń zaplątana między udami zręcznie torowała sobie drogę ku obiecującej wilgoci, drugą na ślepo usiłował rozluźnić ściśnięty gorset, gdy nagle... po gorącej kobiecości został tylko błyszczący ślad na jego palcach, a oczy Lai spoglądały na Samaela wyczekująco, z uniżonej, klęczącej pozycji. Wstrzymał oddech, gdy przez strumień świadomości przedarły się wyuzdane myśli, nakręcające go niemożliwie. Jęknął, gdy znowu go dotknęła i ponownie, tym razem z bólu i niewygody. Wciąż wpatrywał się w jej twarz, z rozchylonymi ustami obserwując oczy Lai, jej miękkie, pełne wargi... i czekał. Kiedy to zrobi, czy to zrobi, jak to zrobi, a gdy w końcu objęła jego męskość ustami, nie mógł powstrzymywać głośnego pomruku zadowolenia. Wplótł palce w luźne loki Lai, przyciągając ją do siebie bliżej - weź go głębiej - nakazał nagląco, urywanym szeptem, tonąc w szokującej pieszczocie, rozrywającej jego zmysły. Powoli zaczął poruszać biodrami, wychodząc na spotkanie jej chętnych wag, zaciskających się na nim, rżnąc ją w usta, by finalnie mocniej uchwycić jej blade ramiona i patrzeć wprost na Lai. Chciał widzieć, jak się nim krztusi, gdy dochodził w ciepłym wnętrzu jej ust.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: siedemnaste urodziny Samaela [odnośnik]01.09.16 15:13
Chciała, by zapamiętał ten wieczór na długo. Poprzednie urodziny, mimo usilnych starań zakochanej w swym pierworodnym matki, zlewały się Laidan w jedną, szeleszczącą wstęgę. Już nie pamiętała, kiedy otrzymał od niej własny zestaw czarodziejskich szachów, wykonany z najstarszego drzewa w Shopshire a kiedy Marcolf zabrał młodzieńca na dwudniowe polowanie. Usychała wtedy z tęsknoty i tym goręcej przytulała nastolatka po powrocie, choć nie pachniał zbyt dobrze a w jasnobrązowych lokach, które przeczesywała palcami, ciągle odnajdywała kawałki zgniłych liści i kory. Listopadowy dzień, tak ważny dla całej rodziny, początkowo stanowił bardziej święto rodziców. Samaelowi wystarczyła złota grzechotka, nowa zabawka, puchaty szczeniaczek - dziwnym trafem znaleziony martwy następnego poranka - i towarzystwo najbardziej przypominającej Laidan niańki, by dorośli mogli zająć się celebracją własnego triumfu. Zwycięstwa arystokratycznej krwi, wspaniałej moralności, stawiającej sukces rodu ponad płytkimi prawami naturalnymi. Lubiła ten długi, leniwy wieczór - ostatni przed świętami, gdy mogli być znów razem. Ukochany syn rósł jednak niezwykle szybko i zanim Lai w pełni zdążyła się nacieszyć towarzystwem Marcolfa, Samael stał się bardzo czasochłonny. Jasno domagał się uwagi i to nie tej, płynącej od szerokiego grona rodziny, wykwalifikowanych guwernerów czy uroczych opiekunek: żądał towarzystwa matki, zachowując się dość...nieznośnie. Na samą myśl o okropnych miesiącach tuż po tym, gdy odstawiła syna od piersi, Lai wewnętrznie krzywiła się ze zgryzoty. Pierworodny był tak samo wspaniały, jak okrutny, ale zaślepiona miłością widziała tylko ten słoneczny, zachwycający profil swojego małego księcia. Posłusznego ucznia, początkującego artysty - jakże pięknie wygrywał jej ukochane utwory, dzielnie przykładając się do trudnych lekcji - dość dobrego ucznia i w końcu pewnego siebie młodzieńca. Zagarniającego uwagę matki tylko dla siebie tak samo, jak to robił będąc wielkookim kilkulatkiem.
Nie śmiała mu odmówić a od pamiętnego, bożonarodzeniowego wieczoru, jakikolwiek sprzeciw wydawał się coraz bardziej bezsensowny. Mogła walczyć z pętającym ją coraz ściślej szaleństwem albo po prostu się mu poddać. Nie tylko ograniczając ofiary do minimum, ale i czerpiąc z nowego stopnia zażyłości coraz większą przyjemność. Zarówno fizyczną jak i psychiczną: kształtowała go przecież według własnych pragnień, rozporządzając nim rozsądnie acz z odpowiednią dawką kobiecej kapryśności. Zwodziła, kokietowała i rzeźbiła na obraz i podobieństwo ojca, wykorzystując straconą sytuację - czyż nie odtrąciła go tego świątecznego wieczoru, zdezorientowana i wystraszona prawdą? - ku swojej nieustającej satysfakcji. Wyrafinowanej, lecz sprawiedliwej. Kochała go przecież do szaleństwa, wiodąc nieznanymi ścieżkami z poczuciem doskonale spełnianego obowiązku. Coraz częściej jednak Samael wychodził z ramy zachwyconego nowościami ucznia, starając się sięgnąć po władzę. W mniejszym lub większym stopniu. Spodziewała się tego: w końcu za wzór stawiała mu Marcolfa, zdecydowanego i rządzącego twardą ręką. Właściwie po początkowym niezadowoleniu z szaleńczych prób dominacji - podarta ulubiona suknia, zerwany sznur sprowadzanych z Bliskiego Wschodu pereł, trudne do ukrycia eliksirami siniaki na nadgarstkach - zaczynała odnajdywać w uległości coś słodkiego. Coś, za czym tęskniła coraz mocniej po śmierci ojca, którego naturalnym zastępcą stawał się Samael. Już dorosły, dojrzały, śmiało sięgający po odziedziczoną kobietę. W innym dniu pewnie droczyłaby się z nim dłużej, ale teraz...chciała obdarować go czymś wyjątkowym. Nowym, świeżym, ostrym doznaniem. Być może ochrzczenie nowego dywanu byłoby dla niej przyjemniejsze, ale na tych kilka chwil pozbywała się wrodzonego egocentryzmu, i tak przebłyskującego w zachwyconym spojrzeniu Samaela. Nie zaprotestowała, gdy przyciągnął ją bliżej, władczo szarpiąc za równo ułożone loki. Mogła tylko pieścić go mocniej, wdzięczna za wyćwiczone umiejętności - inaczej z pewnością zaczęłaby panikować, krztusić się i histerycznie odsuwać. Zamiast tego tylko pogłębiła pieszczotę, czując nagle cierpki smak na języku. Nie odsunęła się od razu, przeciągając jego przyjemność aż do nieznośnego dyskomfortu, i dopiero wtedy wysunęła się posłusznie z uścisku drżących dłoni, przełykając ciepłe nasienie. Otarła kącik ust wierzchem dłoni, gestem wręcz ordynarnym, szaleńczo skontrastowanym z lekkim, niewinnym uśmiechem jakim obdarzyła Samaela. - Wszystkiego najlepszego - powtórzyła nieco zachrypniętym, niskim szeptem, lecz zanim zdążyła zgrabnie wstać z kolan i poprawić zepsutą fryzurę, ciężkie dłonie mężczyzny ponownie zacisnęły się na jej ramionach.

zt



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
siedemnaste urodziny Samaela Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
siedemnaste urodziny Samaela
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach