Wydarzenia



Login:

Hasło:




 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Korytarz

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
AutorWiadomość
Mistrz gry
Mistrz gry

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Korytarz - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500

Korytarz - Page 4 Empty
PisanieTemat: Korytarz   Korytarz - Page 4 I_icon_minitime30.03.15 23:57

First topic message reminder :

Korytarz

Całe szczęście!, ten nadzwyczaj paskudny okres, podczas którego większość pomieszczeń była na tyle przepełniona pacjentami, że łóżka stawiano właśnie na korytarzach, już się skończył. Pozostały po nim jednak dosyć wyraźne ślady w postaci powycieranej gdzieniegdzie drewnianej podłogi, zarysowań i obdrapań na ścianach w miejscach, gdzie kończą się powierzchnie pomalowane farbą olejną, a zaczynają te pociągnięte tylko najzwyklejszą, białą farbą łuszczącą się pomiędzy drzwiami prowadzącymi do poszczególnych sal. Dźwięk kroków niesie się tutaj głośnym echem, a stukot wszelkiego rodzaju próbek, pojemniczków na maści czy eliksiry praktycznie nie milknie. Jeśli nie chcesz, by złapał Cię ból głowy, lepiej zwyczajnie jak najszybciej przenieś się w inne miejsce.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Alexander Farley
Alexander Farley

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Zawód : Uzdrowiciel w św. Mungu
Wiek : 21
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

now we're too young to recognize
that nothing
stays the same

OPCM : 40
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 30
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Korytarz - Page 4 VIhlSyT

Korytarz - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Korytarz   Korytarz - Page 4 I_icon_minitime24.09.18 21:21

Ilość wątków wymagających połączenia ze sobą w jedno, aby w pełni zrozumieć naszą sytuacją, odrobinę mnie przerastał. Wyjątkowo ciężko przychodziło mi skupienie się na... sobie, tak właściwie. Byłem rozedrgany, moja własna obecność zaczęła mnie przytłaczać. Chciałem gdzieś uciec, oderwać się od okropnych wizji atakujących mój umysł. Wraz z bólem głowy powrócił koszmar ostatnich dni, zimna cela na Wyspie Rzeźb, krzyki spadających w otchłań, jęki poparzonych, charczące oddechy otrutych. Z wielkim wysiłkiem przyszło mi skupić się na prostym pytaniu. Co jedzą owce? Zmarszczyłem brwi, bo kiedy już dotarł do mnie sens wypowiedzianych w logicznym szyku słów odpowiedź wydała się zbyt prosta.
- Trawę? - odpowiedziałem, przybierając ton o nazwie czy ty stroisz sobie ze mnie żarty, Archibaldzie? Sam nie nadążałem nad przeskokami, które wykonywał mój umysł. Kiedy Josephine się poruszyła zamarłem, gotów do rzucenia się i powstrzymania ją przed opuszczeniem mojego boku. Nic takiego się jednak nie wydarzyło, a moje nerwowe spojrzenie przemknęło po bladej skórze, na której błyszczały częściowo zaleczone obrażenia i różowawe blizny. - Okryj się - powiedziałem, łapiąc za własny płaszcz i podając go pannie Fenwick. Skrzywiłem się lekko, bo wypowiedzenie tych dwóch słów wprawiło moją głowę w jeszcze silniejsze pulsowanie. Na płonący stos Wendeliny, czy pamiętałem w ogóle kiedy dopadła mnie ostatnio tak przeraźliwa migrena? Ból był o tyle nieznośny i uporczywy, że musiałem zacisnąć powieki. Uniosłem dłonie do skroni, okrężnymi ruchami starając się choć odrobinę sobie ulżyć. - Nigdzie nie pójdę - powiedziałem,skuliwszy się pod ścianą. Wszędzie naokoło czyhało niebezpieczeństwo - na samą myśl o opuszczeniu szpitala czułem, jak serce przyspiesza mi potwornie pod wpływem stresu. Drgnąłem pod wpływem dotyku, a podniesiony wzrok spotkał się ze znajomą twarzą. Archibald martwił się o mnie, sam się o siebie martwiłem, nie będąc pewnym, co tak właściwie mi się dzieje.
- Co się dzieje ze wszystkimi, Archie? - powiedziałem, dopiero dostrzegając świadomie blizny na jego skórze. Czy świat oszalał?




nikogo nie uzdrawiam
                                   umiem psuć ale nic nie naprawiam

zostawiam za sobą bałagan
                                           komu ja pomagam?

stoję. w ciele wznieca się ogień
                                                  nie swój strój płonie.

Powrót do góry Go down
Archibald Prewett
Archibald Prewett

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4341-fluvius-archibald-prewett https://www.morsmordre.net/t4550-baldomero#96909 https://www.morsmordre.net/t4548-lord-prewett#96903 https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t4910-skrytka-bankowa-nr-1115#106844 https://www.morsmordre.net/t4549-fluvius-archibald-prewett#96904
Zawód : toksykolog
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
Only I could know exactly what I'm fighting for.
OPCM : 10
UROKI : 0
ELIKSIRY : 7
LECZENIE : 27
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 3
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Korytarz - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Korytarz   Korytarz - Page 4 I_icon_minitime25.09.18 23:56

- Dlaczego tak na mnie patrzysz? Ja nie wiem co jedzą! - Przecież Aleksander dobrze wie, że Archibald kompletnie nie zna się na zwierzętach i nawet nie ma ochoty tego zmienić. Nigdy nie widział na żywo owcy, tak więc skąd miałby wiedzieć czym się odżywiają? Równie dobrze mogą jeść ryby albo koniki polne - naprawdę nie robiło mu to różnicy, zresztą akurat w tym momencie ciężko było mu się skupić na podobnym temacie. Anomalie, niezaplanowane teleportacje, setki poszkodowanych. Wokół tego kręciły się myśli Archibalda, nie wokół owiec. To w sumie dobrze, inaczej leczenie pacjentów nie szłoby mu tak dobrze jak teraz.
- Nie będziesz siedział w szpitalu przez całą noc! Musisz odpocząć - nawet nie chciał słyszeć innego scenariusza. Wyglądał fatalnie, a jedno uspokajające zaklęcie Archibalda go nie wyleczyło. - Ty też - dodał, spoglądając na wymęczoną towarzyszkę Aleksandra. Przecież kolory ich skóry przypominały biały kolor ściany i bynajmniej nie przez arystokratyczne pochodzenie. - Przedostaniecie się do Weymouth, dostaniecie od skrzata eliksir wzmacniający i się porządnie wyśpicie - taki miał plan, jeżeli wolą skorzystać z innego, to lepiej żeby Archibald o nim nie wiedział. W szpitalu panował ogromny rozgardiasz, ludzie na siebie wpadali, hałas zapewne przewyższał śniadania w hogwarckiej Wielkiej Sali. Nie mogli przeleżeć dnia na zimnej i brudnej posadzce.
- Nie wiem, Aleks - odpowiedział, opuszczając różdżkę. Ucieszył się, widząc większą świadomość w jego oczach, chociaż z drugiej strony może lepszym pomysłem byłoby pozostawić go z owcami. - Wybuchły jakieś anomalie, ludzi teleportowało w przedziwne miejsca, ja sam wylądowałem na jakimś mugolskim cmentarzu - nie wspominał o języku ognia, który go tam zabrał. Sam wolał zapomnieć o tym niezwykle bolesnym środku transportu. - Poczekaj, rzucę jeszcze decephalgo - musiał mu dokuczać okrutny ból głowy. Na dokładniejsze badanie nie miał czasu, musiał lecieć do innych pacjentów. - Decephalgo - rzucił, po czym wstał, niepotrzebnie otrzepując kolana z kurzu. - Weymouth - powtórzył, mierząc ich wzrokiem, by za moment zniknąć w tłumie. Jeszcze sprawdzi czy na pewno stamtąd poszli.

zt x3




Don't pay attention to the world ending. It has ended many times
and began again in the morning

Powrót do góry Go down
Morsmordre
Morsmordre

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Korytarz - Page 4 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500

Korytarz - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Korytarz   Korytarz - Page 4 I_icon_minitime25.09.18 23:56

The member 'Archibald Prewett' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 75


Powrót do góry Go down
Billy Moore
Billy Moore

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f106-hartlake-road-18-2 https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Zawód : szukający Jastrzębi z Falmouth
Wiek : 27
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler


I have no hope in solitude


OPCM : 23
UROKI : 9
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Korytarz - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Korytarz   Korytarz - Page 4 I_icon_minitime07.11.18 23:30

| 6 września? <3

Nienawidził szpitalnej atmosfery.
Nieistotne, czy pojawiał się tutaj jako pacjent, czy jedynie odwiedzający, zawsze towarzyszyła mu dokładnie ta sama potrzeba, by odwrócić się i uciec, ledwie przekroczył próg drzwi wejściowych. Chociaż był przyzwyczajony do zatłoczonych przestrzeni i szumu głosów, to w sterylnie czystych korytarzach Świętego Munga przytłaczało go dosłownie wszystko: dusząca aura oczekiwania i bezsilności, białe ściany lepiące się od gęstej niepewności, stukot nerwowych kroków na zasłanej rozczarowaniem posadzce oraz – chyba najgorzej – jego własne wspomnienia, cofające go bezbłędnie do najciemniejszego i jednocześnie najtrudniejszego okresu jego dwudziestosiedmioletniego życia; to właśnie w akompaniamencie irytująco spokojnych i współczujących słów uzdrowicieli odchodziła przecież jego mama, roznosząc po domu zapach ziołowych naparów i gryzącą woń maści, niknąc z dnia na dzień w procesie tak samo trudnym do zignorowania, co prawie niezauważalnym. Nie potrzebował powrotu do tego czasu, nawet fantomowego; nie, gdy teraźniejszość zdawała się ciskać w niego kolejnymi tłuczkami. I tymi metaforycznymi, i tymi prawdziwymi, bo to właśnie bolesne zderzenie z furkoczącą piłką zafundowało mu mało przyjemną wizytę na oddziale wypadków przedmiotowych, po którym snuł się nieco nieprzytomnie, zmagając się z zawrotami głowy i pulsującym bólem gdzieś z tyłu czaszki. Największe szkody w postaci bolesnego pęknięcia kości zostały już co prawda zaleczone, ale nadal dokuczała mu oślepiająca migrena, sprawiająca, że jaskrawe światła lamp, w rzeczywistości żółtawo-białe, przybierały wszystkie kolory tęczy, wirując szalenie i tylko wzmagając poczucie płynięcia z wyjątkowo niesprzyjającym i niestabilnym prądem. Ledwie rozpoznawał numery mijanych kolejno drzwi, z każdą minutą coraz bardziej żałując, że nie zaczekał posłusznie w gabinecie uzdrowiciela, aż podadzą mu eliksir na ból głowy, upierając się, że wykupi go w szpitalnym sklepie sam; wtedy taki wybór wydawał mu się logiczny, bo skracał magicznie czas przebywania wśród ludzkiego nieszczęścia, nie spodziewał się jednak komplikacji wynikających z nagłego pogorszenia objawów. Teraz za późno było już na powrót, musiał więc jakimś cudem dotrzeć do celu samodzielnie, unikając zgubienia się na zawsze w plątaninie pięter i identycznych zakrętów.
Jego własne nazwisko, wypowiedziane obcym głosem, dotarło do niego jakby z oddali; odwrócił się odruchowo, niemal od razu przypłacając ten manewr kolejną falą zawrotów głowy i mrużąc oczy w poszukiwaniu źródła dźwięku, naiwnie spodziewając się widoku uzdrowiciela, najlepiej z buteleczką gotowego eliksiru w dłoni. Nic z tego; przed nim dosłownie znikąd wyrosła chuda, piegowata postać co najwyżej dwunastoletniej dziewczyny, błyskającej w jego stronę szerokim uśmiechem, któremu brakowało górnej jedynki. Skrzywił się odruchowo, nie myśląc o tym, że najprawdopodobniej było to niegrzeczne – i instynktownie cofając się o krok do tyłu. Nie należał co prawda nigdy do zadufanych w sobie graczy, spoglądających na wszystkich z góry i udających, że nie słyszą rzucanych w ich stronę słów, ale to nie był dobry czas na radosną rozmowę z fanką, pozowanie do zdjęcia, czy rozłożenie na czynniki pierwsze szczegółów ostatniego meczu. To w ogóle nie był dobry czas; czuł się parszywie, i to nie tylko ze względu na aktualnie pozbawiającą go chęci do życia kontuzję, bo tych przeszedł już przecież masę – chodziło bardziej o sam powód, dla którego pozwolił dosięgnąć się tłuczkowi, o zaostrzającą się wojnę, o wciąż dręczoną wybuchami niestabilnej magii Amelkę, o ciężar odpowiedzialności, pod którym powoli zaczynał się uginać, niepewny, czy jeżeli w tej chwili upadnie, to znajdzie wystarczająco dużo siły, żeby wstać. Nie wiedział, kiedy po raz ostatni czuł się tak bardzo wykończony dorosłością; pamiętał za to, że gdy poprzednio życie wypadło mu z rąk, zwyczajnie uciekł, odcinając się od wszystkich i wszystkiego, i czekając, aż świat sam wróci do normy. Dzisiaj zdawał już sobie sprawę z tego, że to rozwiązanie nie działało – a jednak zamiast spróbować zmierzyć się z niespodzianką w postaci nastolatki o blednącym szybko uśmiechu, wymamrotał niewyraźne przepraszam, po czym – targany już nie tylko mdłościami, ale i wyrzutami sumienia – wycofał się w nieokreślonym kierunku, odwracając się na pięcie, prawie przebiegając kilka następnych metrów i wchodząc na oślep w pierwszy korytarz, jaki pojawił się w polu jego widzenia.
Prosto w niczego niespodziewającą się postać, w którą uderzył z impetem rzuconego na bramkę kafla, nagłe zderzenie czołami finalizując pokazem wybuchających mu przed oczami fajerwerków, sprawiających, że nawet nie zauważył, że niechcący wytrącił jej z rąk wszystko, co w nich niosła.




soldier keep on marching on
head down till the work is done


Powrót do góry Go down
Tangwystl Hagrid
Tangwystl Hagrid

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6463-tangwystl-hagrid https://www.morsmordre.net/t6471-ansuz#165284 https://www.morsmordre.net/t6474-o-cholibka-chwytliwa-nazwa#165288 https://www.morsmordre.net/f211-harley-street-1-2 https://www.morsmordre.net/t6472-skrytka-bankowa-nr-1634#165285 https://www.morsmordre.net/t6837-tangie-hagrid
Zawód : Łamacz Klątw, tester nowych zaklęć
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
And it's to cold outside
for angels to fly
OPCM : 30
UROKI : 7
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarodziej

Korytarz - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Korytarz   Korytarz - Page 4 I_icon_minitime07.11.18 23:34

Czasem zabierała pracę do szpitala. Ogólnie rzecz ujmując zabierała ją do domu, ale zdarzało się, że zamiast do domu szła do Munga. Ten zaś już od jakiegoś czasu zdawał się po części jej domem. Bo nie liczyło się miejsce, a ludzie. A jej ojciec niezmienne pozostawał  w jednej sal bez szans na poprawę. I dobijało ją to, z całym tym dobrodziejstwem, które posiadała magia, oni wszyscy nie byli w stanie zrobić nic. Nic, poza spowalnianiem choroby o której dowiedzieli się za późno. o to też była zła, głównie na siebie. Bo przecież widziała dokładnie, że coś jest nie tak a jednak uwierzyła ojcu, gdy zapierał się że to od zbyt dużej ilości zaklęć i zbyt wielu napisanych raportów.
Głupia, głupia dziewucha.
Ale nie potrafiła nie przychodzić. Zimne, białe ściany, niezliczona ilość pokoi i korytarzy, specyficzne zapachy i spojrzenia, wyrażające więcej niż słowa. Smutne, ponure. Jakby czas zwalniał tutaj, jakby tutaj był bardziej szczery - a może zwyczajnie cyniczny. Szybkość kroków dostrzec można było tylko w przemierzajacych uliczki szpitlanej metropolii uzdrowicieli.
Na ich twarzach nie było widać smutku, prędzej zatroskanie, albo obawę. Oni, posłańcy złych wieści, obserwatorzy złamanych marzeń, pomocnicy duszy i ciała. Czy wieczorem powracając do domów wracali myślami do ludzi, których przyszło im spotkać? Do żyć, które przyszło im dotknąć?
Chyba będzie musiała zapytać o to Cily.
Na razie jednak, skupiła się całkiem na tym, co robiła tutaj. Uzdrowicielka Fallon - Vivien, jak kazała do siebie mówić - zajmowała się jej ojcem od samego początku. Spotykały się tutaj prawie codziennie, chyba że Viven akurat miała dzień wolny. Chwilę rozmawiały ze sobą, a potem Tangwystl zostawała sama z pastą wciśniętą w dłonie. Powoli podwijała rękawy ojca i zabierała się za wcieranie jej w kończyny, opowiadając o kolejnych nowościach, jakie pojawiły się w jej życiu. Następnie siadała w jednym z foteli, które załatwiła dla niej Viven, ściągała buty i nogi układała na łóżku, by na kolanach napisać kolejny raport, albo przeczytać co nowego podaje Prorok Codzienny. Czasem po prostu milczeli, dzisiaj jednak Tangie pisała, zalegała z kolejnymi raportami i nie miała ochoty podpadać ostro patrzącej w jej kierunku przełożonej. W końcu ojciec zmuszał ją, by szła - do domu, do siebie, do życia. Zawsze mówił, że nie może wegetować u jego boku, ale nie słuchała jego słów. Dzisiaj to też on, praktycznie wygonił ją z małego pokoiku w którym spędzał każdą chwilę. Była pewna, że gdyby mógł się ruszyć dostałaby solidnego kopniaka w tyłek. Potrafiła dostrzec kiedy ojciec z lekko rozbawionego jej upartością zmienia się w widocznie rozdrażnionego. Nie przeciągała wtedy struny, podnosiła się z ciężkim westchnieniem, by złożyć na czole ojca krótki pocałunek, życzyć mu dobrej nocy i obiecać, że wróci na następny dzień. Na co zawsze wywracał oczami, jakby wcale tego nie potrzebował.
Tagwstyl widziała jednak swoje.
Zamknęła za sobą drzwi, by zaraz ruszyć znaną sobie ścieżką w kierunku wyjścia. Raporty trzymała przy piersi, obleczone dłońmi. Cholerstwa miały swój ciężar i choć nie chciała tego przyznawać, trochę się ich już zebrało. W pustym, cichym korytarzu odbijał się tylko dźwięk jej kroków, przymknęła powieki nucąc coś pokonując kolejne metry. I to był błąd. Zrozumiała to w momencie, gdy jej czoło zderzyło się z innym, szelest uciekających kartek rozsypywanych dookoła zdawał się nadawać rytm gwiazdkom, które zatańczyły jej przed oczami od impetu uderzenia. Cofnęła się chwiejnie o kilka kroków.
- Ał. - mruknęła, żeby unieść dłoń do czoła i sprawdzić, czy ma jeszcze całą czaszkę, bo siły z którą ktoś na nią wpadł zdawała się świadczyć o uderzeniu nie człowieka a buchorożca. - Na galopujące jednorożce, co ja ci zrobiłam? - zapytała prostując się powoli, jakby jednocześnie sprawdzając, czy jest w stanie utrzymać się w pionie. Była. Dłonie powędrowały na biodra, gdy wzrok lustrował pobojowisko złożone ze stron jej raportów. Westchnęła ciężko i ukucnęła, by zebrać kilka papierów, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że pewnie będzie musiał powtórzyć całą robotę. Zerknęła w kierunku mężczyzny który stał nad nią i zaraz podniosła się marszcząc brwi. - Jakbym gdzieś już cię widziała. - stwierdziła przekrzywiając lekko głowę i bez żadnej krępacji uważnie lustrując go od góry do dołu, mizerny i jakiś chudawy. Pokręciła głową, może widziała kogoś podobnego. - Wyglądasz jakby troll pałką przez łeb cię zdzielił. - stwierdziła w końcu po wnikliwej obserwacji i nawet przez myśl jej nie przeszło, że powinna zachować słowa tylko dla siebie. Poblądnięty z miną wyraźnie cierpiętniczą, do tego wyglądający, jakby utrzymanie się w pionie wiele go kosztowało. Podeszła bliżej, a potem stanęła obok niego w kierunku w którym zmierzał, obejmując go lewą dłonią za plecy. - Oprzyj się na mnie, pomogę ci dojść tam gdzie idziesz. - stwierdziła pewnym głosem. Może do największych nie należała, ale nie raz pomagała ojcu, była w stanie pomóc mu dojść jeśli będzie współpracował. - Właściwie gdzie chcesz się dostać? - zapytała, spojrzeniem poganiając go, by w końcu oparł się ramieniem o jej barki i pozwolił sobie pomóc.


Powrót do góry Go down
Billy Moore
Billy Moore

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f106-hartlake-road-18-2 https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Zawód : szukający Jastrzębi z Falmouth
Wiek : 27
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler


I have no hope in solitude


OPCM : 23
UROKI : 9
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 13
Genetyka : Czarodziej

Korytarz - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Korytarz   Korytarz - Page 4 I_icon_minitime07.11.18 23:41

Z reguły nie należał do ludzi, którzy mieli w zwyczaju użalać się nad sobą. No, może czasami odrobinę przesadzał, gdy akurat dopadł go magiczny katar, wpędzając go na kilka ciągnących się w nieskończoność dni do łóżka, gdzie stękał i jęczał o umieraniu, donośnie pociągając nosem i przecierając załzawione oczy – ale takie przypadki należały do niechlubnej rzadkości. Wychowany tuż obok gromady braci i młodszej siostry, był przyzwyczajony do robienia dobrej miny do złej gry, zdając sobie sprawę, że w natłoku codzienności, nikt nie miał czasu na załamywanie rąk nad rozbitym kolanem ani krwawiącym nosem; również lata treningów w drużynie Quidditcha nauczyły go ignorowania drobnych niedogodności, i nawet jeżeli czasami miał ochotę płakać z bólu albo zmęczenia, bo jego dłonie pokrywały ropne pęcherze, a głowa pękała od ostatniego zderzenia z tłuczkiem, zaciskał zęby i uparcie wsiadał na miotłę, powtarzając sobie uparcie, że istniały większe tragedie. Odnalezienie odpowiednich przykładów nie było trudne: zawsze ktoś gdzieś dowiadywał się o czyjejś śmierci, anomalia zniszczyła czyjś dom, ktoś uporczywie oczekiwał na wieści od zaginionego przyjaciela; nie cieszył się oczywiście z tych wiadomości, szerzące się po magicznej i niemagicznej Anglii zło budziło w nim gniew, a myśl o kolejnych ofiarach – współczucie, jednak perspektywa robiła swoje, pomagając mu uśmiechać się mimo cierpienia i przekonywać wszystkich dookoła, że wszystko było w porządku.
Aż w końcu udało mu się okłamać też samego siebie.
Zderzenie z rzeczywistością, która niechybnie zapukała do jego drzwi, było bolesne – tak samo, jak bolesne było zderzenie z nieznajomą czarownicą – i, przyznawał to niechętnie, na chwilę wytrąciło go z bezpiecznych, utartych torów, sprawiając, że trochę się zgubił. Nie, nie popadł znów w przyjęty przed laty schemat uciekania, choć faktycznie kilka dni temu odwiedził ojca, pozostając w rodzinnym domu przez kilka dni (kiedyś w końcu trzeba było poinformować rodzica, że niespodziewanie został dziadkiem stanowiącej chodzącą anomalię pięciolatki – Billy musiał przyznać, że biorąc pod uwagę okoliczności, przyjął to zaskakująco dobrze); nadal brał też udział w treningach, wykonywał zadania dla Zakonu Feniksa i spotykał się z przyjaciółmi, zachowywał się przy tym jednak jak rozstrojony zegar, któremu poluzował się mechanizm: myliły mu się godziny i ustalone terminy, często też pojawiał się na miejscu na wpół nieprzytomny, zapominał o konieczności zjedzenia śniadania, a tego dnia nie zauważył nadlatującego ku niemu tłuczka, mimo ostrzegawczych okrzyków połowy drużyny. Nie dostrzegł też w porę idącej w jego stronę dziewczyny – choć winę za to mógł akurat bezpiecznie zrzucić na łupiącą go w skroniach migrenę.
P-p-przep-p-praszam – wymamrotał, potykając się o spółgłoski nawet bardziej niż zwykle i powoli odsuwając dłoń od czoła, jakby nie do końca przekonany, czy jeśli to zrobi, mózg nie wyleje mu się przez nieistniejącą dziurę. Zamrugał nieprzytomnie, patrząc prosto przed siebie i z ocierającym się o komizm zaskoczeniem stwierdzając, że czarownica zniknęła – tylko po to, by po przedłużającej się chwili dostrzec ją bliżej poziomu podłogi, zbierającą rozrzucone na posadzce kartki. – Nie chciałem – dodał wyjaśniająco, zbyt jeszcze oszołomiony, by poznać się na żarcie i przekonany, że oskarżała go właśnie o celowy atak na własną osobę. Widząc jej starania, schylił się instynktownie, zamierzając podnieść ostatnią z luźnych kartek, dokładnie w tym samym momencie jednak dziewczyna poderwała się do pionu; spróbował wykonać unik, ale ten udał się połowicznie – w efekcie czubek jej głowy spotkał się z jego podbródkiem, tym razem na szczęście niezbyt mocno. – P-p-przepraszam – powtórzył jak zepsuty zegar z kukułką, który stał w holu domu jego babci i zawsze zacinał się na tej samej godzinie. Nie znosił tego zegara – wypchany ptak, który wyskakiwał z okienka, zawsze śmiertelnie przerażał jego czteroletnie ja – nie miał też pojęcia, dlaczego myślał o nim akurat teraz.
Gdy wreszcie twarz nieznajomej znalazła się na poziomie jego wzroku (no, powiedzmy), przyjrzał jej się uważniej, mając mglistą nadzieję, że wyglądał lepiej, niż się czuł. Piegowata twarz, wyraźnie zarysowane brwi, zmarszczone w wyrazie zadumy – wydawało mu się, że gdzieś już ją wcześniej widział, ale chociaż próbował, nie był w stanie przywołać konkretnych okoliczności. Podejrzewał Hogwart – wydawała się być w podobnym do niego wieku – ale zanim zdążył podzielić się z nią tą uwagą, już mówiła dalej, komentując jego mizerny wygląd i raz na zawsze niwecząc wcześniejsze nadzieje. Wzruszył ramionami, uśmiechając się trochę usprawiedliwiająco, trochę przepraszająco – wciąż było mu głupio, że niemal ją znokautował. – Coś w tym rodzaju – przytaknął, pałka trolla nie mogła na pewno narobić wiele więcej szkód niż uderzenie pałkarza Jastrzębi; a przynajmniej tak wydawało się Billy’emu. – N-n-nic mi nie jest – powiedział szybko, gdy wyciągnęła ramię w stronę jego pleców – nie tyle dlatego, że nie chciał przyjąć od niej pomocy (nie miał z tym problemu, unoszenie się dumą zdarzało mu się wyjątkowo rzadko), co trudno było mu nie zauważyć oczywistych różnic w ich posturach; wydawała mu się drobna i na pewno nie na tyle silna, by odważył się oprzeć na niej ciężar ciała. – To znaczy, m-mogę chodzić, tylko t-t-trochę kręci mi się w głowie – wyjaśnił; jak na zawołanie, świat przed nim zawirował, sprawiając, że mimowolnie oparł lekko dłoń na ramieniu dziewczyny; no dobra, może potrzebował odrobiny pomocy. – D-do apteki. Po eliksir – odpowiedział, odwracając się nieco niezdarnie – manewrowanie dwójką osób zamiast jednej nie należało do najprostszych rzeczy – po czym zerknął na nią z ukosa. – Jeszcze raz p-p-przepraszam za to – powiedział, głową wskazując w stronę sponiewieranych dokumentów. Teraz, gdy na nie spoglądał, wyglądały oficjalnie i, no, ważnie; miał nadzieję, że nie zniweczył właśnie wielu godzin jej pracy.




soldier keep on marching on
head down till the work is done


Powrót do góry Go down
Tangwystl Hagrid
Tangwystl Hagrid

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t6463-tangwystl-hagrid https://www.morsmordre.net/t6471-ansuz#165284 https://www.morsmordre.net/t6474-o-cholibka-chwytliwa-nazwa#165288 https://www.morsmordre.net/f211-harley-street-1-2 https://www.morsmordre.net/t6472-skrytka-bankowa-nr-1634#165285 https://www.morsmordre.net/t6837-tangie-hagrid
Zawód : Łamacz Klątw, tester nowych zaklęć
Wiek : 23
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
And it's to cold outside
for angels to fly
OPCM : 30
UROKI : 7
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarodziej

Korytarz - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Korytarz   Korytarz - Page 4 I_icon_minitime04.12.18 22:05

Kompletnie nie spodziewała się tego, że ruszając ku wyjściu z Munga zdarzy jej się czołowe zderzenie z człowiekiem, który zdecydowanie nie patrzył na drogę. Ale i ona nie patrzyła dość dokładnie zajęta własnymi rozmyślaniami. Może była też odrobinę zmęczona, na sen zazwyczaj pozostawało jej jedynie kilka godzin, w wolne dni pozwalała sobie dospać to, co traciła w ciągu tygodnia. Dni wypełnione pracą i spędzane w Mungu zlatywały jej szybko, nim się spostrzegała mijał kolejny miesiąc - z zaraz potem uświadamiała sobie, że i kolejny chyli się ku końcowi. Życie miało zawrotny bieg - przynajmniej teraz. Ale nie narzekała. Nie zwykła była to robić. Brała życie dokładnie takim, jakim go dostawała i starała sobie z nim poradzić. Tak ją wychowano, by nie uciekać przed problemami, bo to zawsze wiedziały jak odnaleźć drogę. Mama na to mówiła przeznaczenie i Tangwstyl czasem zaśmiewała się lekko z tego, próbując wierzyć w to, że to od niej zależy jej los. Słuchała jednak run, korzystając z mugolskiego sposobu. A może nie tyle co słuchała, co brała ich podpowiedzi pod rozwagę zastanawiając się czasem, czy to ona interpretuje niektóre zdarzenia tak, że do nich pasowały, czy też one w jakiś niecodzienny sposób wiedziały, co miało ją spotkać już przed chwilą. Nigdy jednak nie dochodziła do jednoznacznych wniosków, dlatego też nie drążyła tematu, zostawiając rzeczy takimi, jakimi były.
Na pierwsze jękotliwe słowa machnęła jedynie ręką, schylając się z westchnieniem, by zebrać kilka kartek. Ale to nie miało sensu, co szybko sobie uświadomiła, nie tylko dlatego, że były rozsypane po korytarzu, ale też przeczuwałam, że były one zrobione zwyczajnie źle - a to miało przynieść nieuchronnie poprawki, poprawek do poprawek. Jak zawsze, od kiedy zaczęła pracę w Biurze Aurorów. - Zezłościłabym się, jakbyś powiedział, że chciałeś. - zawyrokowała, zastanawiając się, czy nie uważa, ze już to zrobiła. Jeśli tak, cóż, jeszcze nie wiedział, że w tej chwili nie stała nawet obok złości. I niewielu polecało oglądanie ją pod jej działaniem. Porzuciła pomysł zbierania kartek, ostatecznie uznając go za nieposiadający nawet odrobiny sensu, zwłaszcza, że jakimś cudem Mung nie uginał się pod wpływem anomalii.. Podniosła się szybko i równie szybko okazało się to błędem, jednak niewielkim. Skrzywiła się, jednak lżej, głównie dlatego, że wydawało jej się jak słyszała jak jego dolna szczęka uderza o górną. Zrobiła jednak profilaktycznie krok do tyłu, machając ponownie ręką. Przez głowę przeszła jej głupia myśl, że może rozsądniej jest zachować bezpieczną odległość, bo któreś zderzenie zaserwuje im złamania, ale nie była w stanie długo wytrzymać w swoim własnym postanowieniu. Głównie przez wzgląd na wygląd jegomościa stojącego przed nią. Gdy niebieskie tęczówki znów zawisły na nim, zdawało jej się, że wygląda jeszcze marniej niż przed chwilą. A do tego wszystkiego miał wielkie usta. Jak ryba, ogromne, choć potrafiła przez kilka chwil stała patrząc na nie i marszcząc brwi. - Oh, więc jąkasz się nie tylko przy “przepraszam”. -podsumowała zaraz po jego kolejnych słowach, nawet nie zauważając, że ten komentarz całkowicie powinien zostać w jej głowie. Nie brzmiał też jak obraza, bardziej jak zauważenie pewnego faktu, specyfiki która go znaczyła. Tangie, w przeciwieństwie do reszty ludzi, nie posiadała sita, przez które przesiewałaby swoje myśli, a te nieodpowiednie zostawiała we własnej głowie. W efekcie czego częściej niż często spomiędzy jej warg wypływało coś, czego lepiej nie było pchać w świat. Teraz już i tak było za późno na cofnięcie tego, co się stało. Dlatego zgodnie ze swoim postanowieniem stanęła obok, czekając, aż nie oprze na niej swojego ramienia. - Nie jestem pewna, czy twój stan nie jest bardziej odpowiedni do jednej z sal. - stwierdziła głośno, nie mruknięciem, ale prawdziwą myślą, która zaistniała w jej głowie. Pozwoliła by lekko ją odwrócił w kierunku w którym rzeczywiście znalazła się apteka. Uniosła wzrok, gdy odezwał się ponownie, a potem spojrzała na papiery marszcząc lekko nos. Zaraz też westchnęła, raporty od zawsze były upierdliwe. Sięgnęła do kieszeni, by wyciągnąć różdżkę i machnęła nią, zmuszając kartki by poleciały ku niej. Nie mogła ich zostawić na korytarzu - co jednak i tak nie zmieniało wcześniejszych przemyśleń w żaden sposób. Zebrane wcisnęła do torby. - Mogłeś pozbawić mnie głowy. To tylko kilka raportów, które i tak bym musiała przepisać. - nadal stwierdzała, prostolinijnie i zwyczajnie, otwarcie. Tak po prostu. Bez zastanawiania się, czy powinna coś mówić, czy też zachować całkowicie dla siebie. To też nie tak, że mówiła zawsze i wszystko, ale chyba zwyczajnie nie obawiała się prawdy. - Ja prowadzę, jak będziemy robić to we dwójkę to na pewno coś ucierpi. - zawyrokowała ostatecznie, wciskają różdżkę ponownie w kieszenie. Ramię, które na niej oparł nie było cięższe niż to, należące do jej ojca, który w późnym stadium choroby był bardziej bezwładny, a przez to i jeszcze cięższy. - I nie bój się, nie złamiesz mnie, dźwigałam nie jedno. - dodała jeszcze, jakby nadal wyczuwając w jego ruchach coś w rodzaju spięcia, a może nieufności. Nie była do końca pewna. Uniosła dłoń i złapała jego rękę, tą, którą opierał o nią i przerzuciła ję dokładniej, tak by nie tylko opierała się o ramię, ale i spoczywała na plecach. Drobne palce owinęły się wokół jego nadgarstka, by podtrzymywać ją i być w stanie złagodzić upadek, gdyby stracił z jakiś powód przytomność. Lewa obejmowała go w pasie. Dopiero tak dostosowana do niego ruszyła powoli pozwalając mu dostosować swój krok i nadać im tempa. - Wiesz, że taki brak orientacji możesz kiedyś przypłacić życiem? - zapytała jakby z ciekawości, unosząc na niego spojrzenie. Tak dla pewności pytała, może odrobinę sobie żartując z całej sytuacji. Trudno było jednoznacznie stwierdzić patrząc na jej niewzruszoną twarz.


Powrót do góry Go down
Sophia Carter
Sophia Carter

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter https://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii https://www.morsmordre.net/t3643-sophia https://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 https://www.morsmordre.net/t3765-skrytka-bankowa-nr-925 https://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Zawód : Auror
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
OPCM : 41
UROKI : 25
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarownica

Korytarz - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Korytarz   Korytarz - Page 4 I_icon_minitime11.03.19 17:40

| 16.10, po evencie

Po wydarzeniach w starym warsztacie Sophia przebudziła się już w Mungu, w znajomej obskurnej białej sali. Budziła się w tego typu pomieszczeniach już nie raz, bo zawód aurora sprzyjał rozmaitym obrażeniom. Dopiero po upływie kilku sekund przypomniała sobie o wydarzeniach z warsztatu, o walce z anomalią w jego piwnicy, walącym się budynku, ryczącym yeti i ucieczce. Pamiętała, jak rzucała Ascendio, które się udało, bo wyskoczyła z piwnicy, ale domu opuścić już nie zdążyła, bo czar wywołany w miejscu wcześniej skażonym anomalią wywołał niespodziewane komplikacje, które doprowadziły do zawalenia się resztek budynku. Anomalia wzbudziła silny wiatr, który dopełnił dzieła zniszczenia. Szarpał ubraniami Sophii i ciskał przedmiotami, które obijały się o nią. Był dość silny, że nadwątlił też resztki konstrukcji. I choć Sophia próbowała przeć do przodu, w pewnym momencie straciła równowagę, lądując na zaścielonej fragmentami kamieni i cegieł podłodze. Ostatnią rzeczą jaką zapamiętała był ryk yeti i jego wielkie, silne ciało zasłaniające ją przed lecącym z góry gruzem. Potem nastała ciemność.
Domyśliła się, że to dzięki yeti przeżyła zawalenie się konstrukcji, i że później wyciągnęli ją stamtąd Alex i Louis. Czuła ukłucie wyrzutów sumienia, że okazała się zbyt słaba, by uciec o własnych siłach, ale żyła i to było najważniejsze, tak jak i to, że wspólnymi siłami pokonali anomalię w warsztacie i mimo zawalenia budynku ta okolica miała stać się bezpieczniejsza. Żałowała, że nie zdążyli pomóc jego mieszkańcom ani członkom poprzedniej wyprawy aurorów, ale było już dla nich za późno. Nie mogli nic dla nich zrobić, ale może uratowali innych, którzy mogliby tam ucierpieć.
Młoda stażystka, która pojawiła się w sali, uświadomiła ją, że jest już kolejny dzień, szesnasty października, i że trafiła tutaj w nocy i została uleczona przez uzdrowicieli. Nie pamiętała tego zbytnio, najwyraźniej przez większość czasu nieprzytomna. Potrafiła przywołać jedynie migawki białej sali i uwijających się wokół niej uzdrowicieli, a także wypowiadanych inkantacji. Spojrzała na swoje ręce, przecięcia i siniaki od spadających kamieni zniknęły, zapewne uleczone odpowiednimi zaklęciami. Prawdopodobnie napojono ją też eliksirami, bo nie czuła bólu. Choć dopytywała, co z resztą członków wyprawy, nikt nie wiedział, co stało się z Verą, Rufusem i Cecily. Do Alexa zamierzała napisać, by zapytać, co z Louisem i Polarem, a także podziękować za dostarczenie do Munga.
Nie miała bliskiej rodziny, jej rodzice nie żyli, a brat był w Ameryce, więc nie miał kto jej odwiedzać ani przynieść czegoś z domu. Choć uzdrowiciel nalegał, żeby została tutaj ze trzy dni, Sophia zaraz kolejnego ranka wypisała się na własne życzenie. Skoro została uleczona i trzymała się na nogach, to nie zamierzała się wylegiwać w łóżku, kiedy czekała na nią praca, raporty i inne ważniejsze sprawy. W pustym domu też nie zamierzała się wylegiwać, a od razu wrócić do swoich zajęć. Odnosiła już gorsze obrażenia, więc nie zamierzała roztkliwiać się nad sobą z powodu poobijania. Była silna i wytrzymała, a uzdrowiciele zrobili naprawdę dobrą robotę z usuwaniem skutków poranienia przez fragmenty sufitu i ścian. Jedynie jej dłonie od czasu do czasu cierpły, co zapewne było skutkiem porażenia przez zbłąkane ładunki elektryczne i podobno miało wkrótce zaniknąć.
Opuściła Munga w pośpiechu, unikając uzdrowiciela prowadzącego. Zrobili już co należy, a ona mogła stąd wyjść i zwolnić miejsce bardziej potrzebującym.

| zt.





Ne­ver fear
sha­dows, for
sha­dows on­ly
mean the­re is
a light shi­ning
so­mewhe­re near by.

Powrót do góry Go down
Alexander Farley
Alexander Farley

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Zawód : Uzdrowiciel w św. Mungu
Wiek : 21
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

now we're too young to recognize
that nothing
stays the same

OPCM : 40
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 30
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Korytarz - Page 4 VIhlSyT

Korytarz - Page 4 Empty
PisanieTemat: Re: Korytarz   Korytarz - Page 4 I_icon_minitime25.03.19 21:49

28. września 1956 r.
Kolejny poranek i kolejny dzień pełen wrażeń. Zerwanie się z łóżka o piątej, żeby zdążyć do pracy na siódmą było już moją codziennością. Skończyły się czasy, kiedy mogłem teleportować się na ostatnią chwilę dosłownie pół przecznicy od szpitala i lekko nerwowym, pospiesznym krokiem dojść sobie do witryny, za którą jeszcze z posmakiem porannej herbaty na ustach witałem się z biało-limonkowym światem mojej rzeczywistości. Zdarzały mi się w czasie tych porannych podróży Błękitnym Rycerzem na prasie pomiędzy Doliną Godryka a centrum Londynu chwile zastanowienia, takiej refleksji: co robiłbym, gdybym nie zdecydował się zostać uzdrowicielem? Najprawdopodobniej czekałby mnie urząd w Ministerstwie, schludne biurko i tony papierów, oraz swobodne pięcie się po szczeblach kariery pod czujnym okiem mojego ojca oraz innych krewnych. Ewentualnie mógłbym też zostać aurorem: rzekomo miałem bowiem do tego naturalne predyspozycje wynikające z mojej zdolności do metamorfomagii oraz naginania prawdy podług własnej woli. Jak odkryłem też jakieś dwa miesiące temu, byłem wykształconym fortepianistą. Zajmowanie się sztuką nie do końca przystoi mężczyźnie, jednak gdyby być naprawdę dobrym...
Rozważania takie zawsze przerywało jednak gwałtowne szarpnięcie autobusu z donośnym okrzykiem Erniego Pranga: Londyn, centrum! Odklejałem się więc od poręczy, na którą rzucało mnie przy dość drastycznym hamowaniu i opuszczałem pojazd nim ten nie pomknął znów dalej przed siebie. Pod tym względem dwudziesty ósmy września nie różnił się od pozostałych dni i nocy, które przychodziło mi spędzać w pracy - którą swoją drogą niezmiernie lubiłem i bardzo łatwo poświęcałem się jej całym sobą. Jeżeli mógłbym w jakiś sposób porozumieć się z Alexandrem Selwynem, który dokonywał nieco ponad trzy lata temu wyboru swojej drogi życiowej to powiedziałbym mu, że trafił w dziesiątkę. Przeszedłem przez witrynę trafiając wprost do holu, w którym mieściła się główna witryna. Przywitałem siedzące za solidną ladą recepcjonistki - już obsługujące zresztą pierwszych poszkodowanych - i bez chwili zatrzymywania się ruszyłem na trzecie piętro. Jak się okazało, korzyści z martwego mentora jakim był mi rzekomo Samael Avery były dosyć wymierne: po zostaniu ordynatorem jego stary gabinet został zaadaptowany na gabinet ogólny, który można było w czasie dyżuru przejąć na swój użytek. A dzisiaj przypadało to w udziale właśnie mnie. Przebrałem się, zorganizowałem sobie kubek herbaty i już w pomieszczeniu była uzdrowiciel Slughorn wydająca mi ordynacje co do dzisiejszych pacjentów. Różnica między pierwszym etapem stażu a specjalizacją była ogromna. Oczywiście nadal czasami zajmowałem się rzeczami pokroju zmiany pościeli, jednak działo się to dopiero wtedy, kiedy naprawdę nie było już nikogo innego, by to zrobić. Dzisiaj miałem natomiast większość dnia spędzić na trzecim piętrze, nie zaś na wypadkach przedmiotowych, jak się ostatnio dość często zdarzało. Tam miałem pojawić się dopiero o szesnastej trzydzieści, kiedy na wstawienie oka miała w progach szpitala świętego Munga zawitać Hania. Jednak, jako że do tego momentu dnia pozostało jeszcze ładnych dziewięć godzin, skupiłem się na tym, co mówiła do mnie Slughorn. A zaczęliśmy dzień z impetem: nie zdążyłem wziąć trzeciego łyka herbaty, kiedy gnaliśmy już do izolatki wykonać standardowe badania leżącego tam pacjenta - dzień wcześniej zostały zmienione podawane mu mieszanki eliksiralne i jeszcze nie wiedzieliśmy tak na dobrą sprawę, w którą stronę zmiany pójdą. Terapia na nim stosowana była tak naprawdę eksperymentalną, całkowicie wymyślaną od zera, bazującą na wiedzy zarówno z magipsychiatrii, jak i moich najmniej ulubionych zatruć eliksiralnych. Puls, temperatura ciała, reakcje na bodźce.
- Tętno niskie. Temperatura poniżej normy. Odruchy sensomotoryczne spowolnione - zawyrokowałem, odsuwając koniec różdżki od piersi zawiniętego w kaftan bezpieczeństwa pacjenta. Zawsze kiedy przychodziłem do całkowicie nierokującego poprawy Jonesa zaczynałem zastanawiać się, czy moje własne słabości, do których jeszcze nikomu się nie przyznałem i nie zamierzałem tego zrobić, mnie zaprowadzą. Spisując w karcie zaobserwowane skutki zmian w podawanych eliksirach starałem się dzielić uwagę między to, co zapisywałem, a to, co mówiła do mnie Slughorn. Było to o tyle skomplikowane, że ilekroć kątem oka miałem w polu widzenia Jonesa tak raz za razem miałem wrażenie, że ma on moją twarz. Iluzja znikała jednak prędko, tak samo szybko jak mijały moje chwile rozkojarzenia. Na szczęście wyjątkowo pusty, niezaśmiecony wspomnieniami umysł wydawał się wyłapywać prawie że wszystko z zadziwiającą precyzją. Dlatego tylko dwa razy w przeciągu paru ładnych minut musiałem poprosić uzdrowicielkę, aby powtórzyła wypowiedziane przed chwilą słowa. Po spisaniu wszystkiego przyszedł czas na wysnucie wniosków. Normalnie zanim się do tego przeszło należało sporządzić kolejną część wywiadu uzdrowicielskiego, którego treścią była rozmowa z pacjentem. Jones znajdował się jednak od ponad miesiąca w stanie magicznej śpiączki, w której zdarzało mu się lunatykować: mówił wtedy nie do końca zrozumiałe treści, które mimo wszystko dość skrzętnie zapisywaliśmy. Wnioski nie były jednak złe, jeżeli mowa o obowiązkach uzdrowicielskich: jawiły mi się jako puzzle, bardzo złożone zresztą i z pogubionymi elementami. Były jednak logiczne, na ogół. Wraz ze Slughorn szybko poszliśmy na piętro zatruć eliksiralnych, żeby tam wraz z Archibaldem i alchemikiem omówić wyniki terapii. Przeanalizowaliśmy wszystkie składniki i ich potencjalny wpływ na Jonesa, ostatecznie dochodząc do tego, że należy zamienić gryfonię - posiadającą uspokajające właściwości - na bardziej neutralny dla organizmu pacjenta składnik.
Kilka kolejnych godzin spędziłem na obchodzie, przy okazji zmieniając współpracowników jak rękawiczki - wszyscy inni byli co rusz gdzieś zabierani i oddelegowywani, a ja zostałem prawie że sam na sam z galerią naszych psychiatrycznych przypadków z trzeciego piętra. Kiedy uporałem się z obchodem było już grubo po trzynastej, dlatego czym prędzej zabrałem się za ostateczne uzupełnienie sporządzonej dokumentacji z przebiegu leczenia naszych pacjentów. Mozolnie i starannie przepisywałem wszystkie poczynione spostrzeżenia i wdrożone zmiany, mając świadomość, że z dnia na dzień naprawdę stawałem się w tym wszystkim coraz lepszy. Mniej i mniej czasu zabierało mi zidentyfikowanie dolegliwości i różnorakich przyczyn nagłych zmian w stanie hospitalizowanych, zdecydowanie częściej miałem też styczność z pacjentami, powoli dochodząc do tego etapu, kiedy w potrzebie zwykłej rozmowy pozwalano mi z pacjentem zostać sam na sam. I właśnie takie dwa przyjęcia udało mi się jeszcze wcisnąć, dopóki zegar nie pokazał wpół do piątej. Wystrzeliłem z oddziału niczym niezwykle udane zaklęcie z różdżki, w te pędy mknąc na parter. Zatrzymałem się dopiero przed drzwiami pracowni alchemicznej, hamując swój entuzjazm i jednak pukając. Łatwo było zapomnieć się w pracy, jednak nie chciałem należeć do tego rodzaju uzdrowiciela, który niczym samica buchorożca w rui wpada i wypada do pomieszczeń, nie do końca uprzejmym tonem wykrzykując swoje żadania wobec innych. Zapukałem więc, po chwili usłyszałem całkiem uprzejme proszę wejść i zwięźle nakreślając sytuację - oczywiście wręczając przy okazji pokwitowanie odbioru - zabrałem słoik, w którym jak gdyby nigdy nic dryfowała sobie gałka oczna. Zdecydowanie ożywiony skierowałem się na izbę przyjęć, w dyżurce pielęgniarek dowiadując się, ze mogę osiąść z nim w gabinecie numer pięć. Hania już oczywiście na mnie czekała, dlatego czym prędzej zabrałem ją ze sobą, przy okazji przepraszając ją za to kilkuminutowe spóźnienie. Nie czułem się z tym dobrze, nie lubiłem wpadać po czasie na umówione spotkania, zwłaszcza jeżeli dotyczyły one wizyt. Opóźnienia w szpitalu nie miały zwyczaju prędko się niwelować, przeważnie miały charakter kumulatywny - raz stracona minuta rosła do pięciu, te do dziesięciu, dwudziestu i wyżej, tworząc niekończącą się historię kolejek w szpitalu. Kidy za mną i Hannah zatrzasnęły się drzwi uśmiechnąłem się, zapytując o ogólne samopoczucie zarówno jej, jak i Benjamina. Minęła chwila zanim widziałem Wrighta, więc zdążyłem już pewnie ze dwa razu nie być na bieżąco. Krótko wyjaśniłem Hani na czym będzie polegać procedura - po rozwianiu wszelkich wątpliwości i wyczerpaniu puli pytań w spokoju obejrzałem więc oczodół. Utrzymywany w czystości i pielęgnowany odpowiednimi eliksirami zagoił się dokładnie tak, jak powinien, pozwalając na właściwie bezproblemowe wstawienie oka. Musiałem być naprawdę delikatny i ostrożny, ponieważ oczy z reguły nie należały do wyjątkowo odpornych na urazy mechaniczne organów. Włożenie oka było jednak tylko preludium: pozostało odpowiednio połączyć wszystkie tkanki miękkie, żeby oko prawidłowo funkcjonowało. Po około pół godzinie było już jednak po krzyku. Mogłem pożegnać Hanię i zrobić to, co uzdrowiciele lubią najbardziej - a mianowicie uzupełnić dokumentację...

| zt




nikogo nie uzdrawiam
                                   umiem psuć ale nic nie naprawiam

zostawiam za sobą bałagan
                                           komu ja pomagam?

stoję. w ciele wznieca się ogień
                                                  nie swój strój płonie.

Powrót do góry Go down
 

Korytarz

Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of Westminster :: Szpital Świętego Munga :: Parter: Wypadki Przedmiotowe-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-20