Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Karczma "Pod Mantykorą"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7
AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Karczma "Pod Mantykorą"   10.03.12 23:00

First topic message reminder :

Karczma "Pod Mantykorą"

Wszystkie knajpy na Nokturnie wyglądają podobnie. Wnętrze każdej jest tak samo brudne, tak samo zaniedbane i zapuszczone, tak samo chłodne i odpychające, jeżące włos na głowie nowoprzybyłych. Przede wszystkim jednak, wnętrze każdej jest tak samo puste, dzięki czemu załatwianie interesów stawało się odrobinę łatwiejsze i mniej ryzykowne. Handel kradzionymi przedmiotami, truciznami, alkoholem nieznanego pochodzenia, szmuglowanymi zza granicy miotłami, zielem wiedźm przemycanym z Bułgarii, czy ciałem – wszystko uchodziło tutaj na sucho, gdyż bywalców obowiązywał niepisany pakt milczenia. Przysięga zachowania dla siebie wszystkiego, co zostało zobaczone, wszystkiego, co zostało powiedziane. Nic nie wychodziło poza Nokturn. Wszystko zostawało w rodzinie. Po pewnym czasie nawet dało się jednak do tego przyzwyczaić. Do zakapturzonych oprychów, brudnych kufli, pokiereszowanych barmanów, gróźb i klątw maści wszelakiej. Do klientów, którzy już dawno upadli, oczekując końca. Do dziewczyn bez przyszłości, próbujących sprzedać się jak najdrożej.
Przy podniszczonym, wyżłobionym kontuarze, oświetlony upiornym blaskiem zielonych płomieni świec, wiecznie czuwa łysy, barczysty właściciel, łypiący na wszystkich podejrzliwie, szczerzący pożółkłe zęby w posępnych uśmiechach; trunki wątpliwej jakości, jedyne więc jakie można tutaj znaleźć, roznoszą po lokalu młódki - przerażone, wyniszczone przez los, niekiedy wyrwane siłą z rodzinnych domów, porozumiewające się w języku angielskim ze słyszalnym trudem. Znikając za kurtyną prowadzą gości na zaplecze z niechęcią.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Drew Macnair
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4375-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw
29
Czysta
Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
5
10
0
0
4
18
4
5
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Karczma "Pod Mantykorą"   13.10.17 23:12

Byli dziećmi. Można było mówić wiele, można było strzępić język szukając wszystkich za i przeciw, lecz nie dało się ukryć, iż za murami Hogwartu byli tylko pionkami w grze dorosłych czarodziejów. Podporządkowani zasadom, których gdy nie przestrzegali ponosili konsekwencje. Kształceni w wyznaczonym kierunku bez możliwości obrania własnej, ciemniejszej drogi. Narzucane im idee kreowały poglądy zupełnie odmienne od przekonań budzących w nich najmroczniejsze emocje i myśli z góry negowane przez nauczycieli będących rzekomym autorytetem. Nie mieli prawa głosu, nie mieli opcji wykazania się w sposób, który inni nazwaliby nieodpowiednim. Pragnęli czegoś więcej, byli zachłanni, ale przy tym cholernie otwarci i głodni wiedzy, której segmentu nie miał odwagi pokazać nikt – nawet najwyższy rangą.
To cenił u Ramseya. Ślizgon był jego bratnią duszą, która mimo swego wyglądu była dla niego lustrem własnego ja. Wspólne cele, aspiracje oraz motywy – nie musieli mówić tego głośno, by wiedzieć, iż coś zaskoczyło, że znaleźli kogoś z kim mogli tworzyć, zaczynać zupełnie nowy akapit biografii przynoszącej owoce w postaci wiedzy kreślonej krwią. Jednak wraz z końcem pewnego etapu ów wersy dobiegły końca i choć nikt nigdy nie odpowiedział na pytanie dlaczego? to obecny czas sam wskazał prawidłową odpowiedź – to miał być dopiero prolog.
Powiadano, że w życiu nie było przypadków. Zło lgnęło do siebie i samoistnie potwierdzało ów porzekadło.
Macnair nie szedł za tłumem nawet w chwili, gdy ktoś wbijał mu różdżkę w kręgosłup. Nie znał poddania, nie rozumiał podążania za czyimiś ideami narażając przy tym własną skórę bez wyraźnych korzyści. Każdorazowe wykonywanie brudnej roboty było dla niego uwłaczające, a gruszki na wierzbie nie stanowiły o wierze, którą rzekomo miał dzierżyć. Pragnął dowodów, chciał aby podano mu na tacy to, co go czeka, jeśli w pełni poświęci własne umiejętności w imię człowieka, którego imienia albo zapomnieli albo wyraźnie nie chcieli wypowiadać. Tom nie był mu obcy – kojarzył go zza szkolnych murów, jednak nie będąc w Anglii nie mógł wiedzieć o jego poczynaniach, a tym samym o fakcie, iż to on był wodzem ów ugrupowania. Faktycznie zasilił szeregi rycerzy, ale wątpliwości brały górę nad stuprocentowym oddaniem.
Spojrzał na niego z ukosa przyjmując dość adekwatną do sytuacji minę, nie wyrażającą nic więcej jak znużenie i zażenowanie. Rzecz jasna zgrywał się – jak miał w zwyczaju – choć uwaga Ramseya uleciała mu mimo uszu. -Tylko się nie zarumień, kwiatuszku.- burknął w odpowiedzi, a zaraz po tym zaciągnął się dymem, by choć przez chwilę mieć przyjemność z ów wyjścia.
Spostrzegając, że obrażona księżniczka ruszyła w poszukiwaniu zagubionego pantofelka odepchnął się od muru i idąc w jej ślady liczył, że nie będzie musiał zakładać mu jej na nogę. Macnair czuł się wyjątkowo swobodnie wśród brudnych kamienic, które od dawna mógł nazywać domem i nawet gdyby nakazali iść mu z zamkniętymi oczyma bez problemu trafiłby do celu. Kiedy potok słów wypłynął z ust towarzysza zaśmiał się pod nosem wyrzucając niedopałek papierosa przed siebie. Przyzwyczajony był do kąśliwych uwag i nietrafionych żartów Mulcibera, ale czasem przechodził samego siebie na tyle, że Macnair zadawał sobie pytanie czym była nafaszerowana sowa przynosząca mu pierwszy, istotny list. Może nażarła się tęgoskóra żelaznozębnego i miała ochotę zrobić sobie z kogoś jaja? Szkoda tylko, że jej ofiara wzięła to wyjątkowo na poważnie.
-Tak, tak.- skwitował cichym, do obrzydzenia słodkim tonem. -Tak Ramseyku. Tańczyłyby nad moim ciałem walca z Warbeck w tle, a na koniec usmażyłyby sobie szaszłyki przy palącym stosie.- przewrócił oczami pozostawiając błaznowanie bez komentarza, bo ów rozrywkowej nuty brakowało mu w towarzyszu najbardziej. Branie wszystko na poważnie, nieustannie ta sama mina i ruchy przypominające spetryfikowanego trolla doprowadzały go do szału. Gdyby tylko mógł sprawiłby mu na święta jakiś eliksir uśmiechu, by choć na chwilę zostawił w domu to kurewsko nudne uosobienie.
Idąc przodem zmrużył oczy, bo miał wrażenie, że się przesłyszał. Obróciwszy głowę spoglądnął na twarz Ramseya i unosząc brew starał się połapać, czy to aby na pewno ta sama osoba. -Jestem pełen podziwu, panie bardzo sztywny. Czyżby Twoje styki w końcu puściły prąd? Miałeś kilkuletnie zwarcie?- wykrzywił wargi w kpiącym, paskudnym uśmiechu po czym momentalnie odskoczył w tył słysząc głośne chlupnięcie. Chciał już skomentować jego nagłe tempo, ale błotna kąpiel zrobiła to za niego. -Gdybym przeleciał Twoją uczyłbyś się anatomii na żywym przykładzie?- spoglądnął na niego licząc na przeczącą odpowiedź, choć w gruncie rzeczy wiedział, iż to marne i dość nieprawdopodobne nadzieje. Z resztą parszywe geny jeszcze nie zostały powielone – z tego co wiedział, a wiedział coraz mniej.
Nie zatrzymywał się ani na moment w drodze do baru, a jego oczy nie plądrowały zebranych w przeciwieństwie do Ramseya. Było mu obojętne kto zobaczy go urżniętego jak świnie, ludzie nie mieli dla niego żadnego znaczenia. -Liczysz na przeprosiny?- rzucił, a po chwili opadł na krzesło stojące z boku niewielkiego stolika w ciemnym kącie ów miejsca. Obserwując rozlewany trunek ściągnął brwi czując napływ pozytywnych wibracji – uwielbiał czas, kiedy zmysły mówiły dobranoc. -Zagrajmy więc, zagrajmy o prawdę. Przegranego czeka wyzwanie, przegrany jedną, ognistą kolejkę będzie poddanym. - wypowiedziawszy ów słowa wysunął z kiszeni galeona rzucając go na stół. -Po której staniesz stronie?






The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler
When I hear that trumpet sound I'm gonna rise right
out of the ground.
There ain't no grave can hold my body down.
20
20
0
0
0
43
5
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Karczma "Pod Mantykorą"   16.10.17 14:58

Kiedy ledwie przekraczali sześćdziesiąt cali wysokości oficjalnie różniło ich więcej niż po latach się okazało, również i z zasadną, a jednak przedziwną łatwością odnaleźli nić porozumienia. Bez trudu odczytywali swoje zamiary, wyłapywali przypuszczenia, nie zamieniwszy nawet jednego zdania. Patrząc na siebie dostrzegali nieuchwytne dla innych niuanse w coraz to umiejętniej kontrolowanych wyrazach twarzy, odczytywali emocje i wrażenia, co szybko uczyniło ich bratnimi duszami. Choć tyle planów i tle aspiracji w świecie dzieci spełzło na niczym, nie przestawali spiskować i wspólnie kombinować, zachłannie pogrążając się w świecie trudnych i niezrozumiałych spraw, porzucając w rzeczywistości wcale nie beztroskie dzieciństwo. Obaj tkwili w krainie dorosłych od zawsze, nigdy nie poznawszy mocy taryfy ulgowej i puszczania czegoś płazem. Prawie jak bracia — których drogi powoli zaczęły się rozchodzić, gdy prawdziwa rodzina wyłoniła się na horyzoncie. Po przeszło dekadzie wymiany korespondencji niewiele z tego zostało.
A tego, co pozostało nie spisywał na straty, choć zmienili się obaj. Dorośli, dojrzeli, ich plany uległy zmianie, podobnie jak aspiracje i sposoby działania. Jedynie spojrzenia pozostały te same — porozumiewawcze, pełne zrozumienia, umiejętne sposoby rozszyfrowywania tajemnicy. Wzrok Mulcibera skierowany był na Rycerzy Wapurgii, zachowawczy, nieco drwiący uśmiech nie znikał, pewien, że pewnego dnia i Drew dojrzy to samo, a jeśli nie, przypłaci za to życiem.
— Z twoją spostrzegawczością nawet byś nie zauważył, gdybym miał szklane oko, a co dopiero, gdybym oblał się rumieńcem — odpowiedział mu w podobnym tonie, nie siląc się, by na niego spojrzeć. Rozsiadł się wygodnie na krześle, choć było bardziej niekomfortowe niż mógł podejrzewać. Spod peleryny wyciągnął dłonie, a wraz z nimi srebrną papierośnicę, z której wyczarował papierosa. Obrócił go dwukrotnie i przyłożył do warg, by odpalić ledwie jednym pstryknięciem.
Uśmiechnął się z tryumfem. Oczywiście, Macnair mógł mówić cokolwiek, by udowodnić mu, że było inaczej, lecz już sam ton jego wypowiedzi wskazywał, że poczuł się dotknięty. Jego słowa w żadnym stopniu nie odwiodły Mulcibera od tego przekonania, więc posłał mu przepraszający, choć nieszczery uśmiech w odwecie.
— Myślisz, że jesteś dojrzalszy, zwracając się do mnie jak starszy brat?— spytał, unosząc lewą brew. — Bo twoje zachowanie na to nie wskazuje, Macnair. Opanuj się, żartownisiu— zwrócił mu uwagę, przesuwając się na jedną część krzesła i podpierając o nie łokciem. Zawsze wydawało mu się, że nikt nie rozumie jego poczucia humoru i akurat Macnair zawsze go w tym przeświadczeniu utwierdzał. Na szczęście z ich dwojga to Drew był zabawniejszy, potrafił błyskawicznie wcielić się w rolę duszy towarzystwa i zaskarbić sobie sympatię wszystkich dookoła, jeśli tylko mu na tym zależało — choć zwykle jednak miał to gdzieś. Przyglądał mu się z zaciekawieniem, zastanawiając, czy i tego wieczora jego ów czar przyprowadzi do nich jakieś wystarczająco interesujące istoty, z którymi mogliby szczerze porozmawiać.
— Wow— mruknął z nutą fałszywego żalu w głosie.— Nikt jeszcze nie narzekał na to, że jestem sztywny, ale ze względu na to, że się tylko przyjaźnimy, tobie wybaczę ten nietakt. Widzę, że nic się nie zmieniło i dalej się świetnie uzupełniamy, brachu. — Przesunął papierośnicę w jego kierunku, aby się poczęstował, nieco ochłonął, a może się rozluźnił. — Peszy cię moje towarzystwo, Macnair? Wydajesz się dziwnie spięty. — Zaciągnął się mocno, a po chwili szarawy dym wypuścił nosem; jego resztki towarzyszyły zaś słowom: — Podobno najlepiej uczyć się na żywym organizmie. Od razu widać efekty — tak zakładał, choć z anatomii miał zaledwie podstawy. Wiedział, gdzie jest serce, gdzie wątroba, gdzie krtań i co można z tym zrobić, by popsuć funkcjonowanie tych ważnych organów. Spetryfikowanie Drew i otwarcie jego trzewi wydało mu się nad wyraz kuszące, choć dość nieopłacalne. To musiałaby być tortura — czuć i widzieć wszystko, a nie móc nawet kiwnąć palcem. Zadumał się nad tym, jakby przyjaciel obudził w nim jakiś pomysł lub pragnienie; utkwił wzrok w jednym miejscu na dłużej, szczegółowo analizując kwestię kogoś innego.
— Przeprosiny? Twoje? Nie — odparł całkiem poważnie, wytrącony z myśli. — Raczej podziękowania, ale to nadejdzie z czasem— dodał z całą pewnością i sięgnął po butelkę, by do dwóch szklanek rozlać ognistej.
Przyglądał mu się przez krótką chwilę w milczeniu. Macnair sprytnie to rozwiązał. Wyzwania były interesujące, ale nigdy nie podążał za nimi na ślepo, nigdy nie działały na niego jak zachęta nie do odparcia lub czerwona płachta na byka. Rozważnie podchodził do nich, podejmował je z wcześniejszym namysłem, choć ryzyko uwielbiał. Świat Mulcibera od kilku lat opierał się wyłącznie na rachunku opłacalności, a przynajmniej do niedawna tak było. Służalczość względem niego była jednak aż nadto odpychająca, nawet w ramach jednej kolejki, by mógł się od tak na to zdecydować bez wahania. Podejrzewając, że kolejnym, typowym jego argumentem będzie posądzenie o tchórzostwo, spytał:
— Dlaczego sądzisz, że znasz "prawdę", która mogłaby mnie w jakimkolwiek stopniu interesować?— Być może istniało coś, co mogło stać się kartą przetargową. Zwykła "prawda" była jednak mało zachęcająca, szczególnie dla kogoś, kto uwielbiał zdobywać informacje — konkretne, nie byle jakie.





Not a spell gonna be broken with a potion or a priest. When you're cursed, you're always hoping that a prophet would be grieved. When the fires, when the fires have surrounded you. With the hounds of hell coming after you. I've got blood. I've got blood on my name

Powrót do góry Go down
Drew Macnair
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4375-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw
29
Czysta
Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
5
10
0
0
4
18
4
5
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Karczma "Pod Mantykorą"   12.11.17 18:50

Czas zbierający swoje żniwa nie liczył strat, nie dzierżył w sobie krzty litości i obydwoje doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Kruche elementy jakimi były pewne relacje uchodziły wraz z nim rozpływając się w otchłani pragnień, ambicji oraz celów, które już nie tylko różniły, ale i mogły wpędzić do grobu. Sojusznicy zmieniali się we wrogów, oponenci w przyjaciół, pozwalając całej tej hierarchii balansować na zbyt cienkiej linie, która w każdej chwili mogła zerwać się powodując zmianę biegunów. Zbytnia ufność, naiwna wiara w czyjeś słowa i czyny nie stanowiła już deski ratunku, a kolejny gwóźdź do trumny. Powiadano, że samotność mogła wpędzić w szaleństwo, wmawiano, że indywidualizm rujnował skazując na bycie samemu na polu walki, jednak gdzie by wówczas był każdy z nich idąc ślepo za pewną grupą? Gdzie by się znajdowali, gdyby wybrali zupełnie inną ścieżkę? Może nadal klepaliby się po ramieniu śmiejąc i nawołując do nienawiści, jako para nierozłącznych przyjaciół, a może wyciągnęliby różdżki naprzeciw siebie kierowani ideami niezrozumiałymi nawet dla nich samych.
Wbrew wszelkim wątpliwościom Macnair nie żałował czasu spędzonego w Rosjii. Kiedy podejmowali przyszłościowe decyzje, jako jeszcze młodzi ludzie, mogło się to wydawać porwaniem z motyką na słońce, która przyniesie ich na tarczy szybciej, niżeli planowali, ale samozaparcie i pewność siebie doprowadziła ich tu – całych i silniejszych, choć na swój sposób spaczonych. Nadal byli podobni mimo zewnętrznych, osobowościowych różnic dostrzegalnych dla całego otoczenia, lecz nie ich samych. Zasiane ziarno, jeszcze za czasów szkolnych, wciąż kiełkowało krzyżując obrane szlaki w intensywniejszą i o wiele bardziej niebezpieczną drogę, jaką przyszło im przejść wspólnie wbrew wcześniejszym oczekiwaniom. Ukształtowane charaktery przynosiły więcej owoców, poszerzona wiedza dawała większą moc, a przede wszystkim inne, ale przy tym iście mocno zintegrowane specjalizacje zapewniały siłę, którą wcześniej, ani w pojedynkę nigdy nie byliby w stanie zawładnąć. Byli sobie potrzebni, dlatego los dał im kolejną szansę.
-Zdziwiłbyś się- rzucił zgodnie z prawdą, bowiem jego praca wymagała o wiele większego skupienia i spostrzegawczości niżeli wiele innych, rzekomo na tym się opierających. Przyzwyczaił się, że poszukiwaczy traktowano po macoszemu, jednakże któż miał lepsze możliwości do nauki i poszerzania horyzontów, jak nie właśnie oni? Szatyn widział wiele słysząc jeszcze więcej, a osobowość przypadająca pod zwykłego ignoranta była zwykłym zbiegiem okoliczności, bowiem rzadko dawał szansę tajemnicy nie wyjść na jaw. Uwielbiał wiedzieć, chorobliwie pragnął pojmać wszystko.
Skupiwszy na nim wzrok starał się pewne rzeczy zrozumieć. Ramsey nigdy nie był uczuciową ciotą, ale teraz, gdy gaworzyli sobie niczym starzy kumple wydawał mu się jeszcze bardziej oschły, pozbawiony ludzkiej namiastki. Korespondencja  była tylko listami, kartami papieru zalanymi atramentem składającym się na słowa – mniej, bądź bardziej szczere– nie dającymi żadnej pewności, iż były jakkolwiek zbieżne z prawdą. Twarz nieudolnego aktora zdradzała wszystko, ale jego starannie ukształtowana maska stwarzała pozór, w który inni, nieznający go wcześniej zapewne wierzyli. Był dobrym kłamcą. -A czym jest dojrzałość? Mierzy się ją ilością zabranych dusz?- uniósł brew pytająco, gdy kącik ust nieco zadrżał w lekkim uśmiechu.
Towarzystwo było mu zbędne. Żarty, którymi sypał jak z rękawa i które najczęściej bawiły tylko jego były elementem podejścia do świata, szarej codzienności wyciągającej z niego najbardziej wredne oblicze. Nudził go poważny ton, przysypiał podczas wyniosłych przemówień, a osób sztywnych wystrzegał się jak ognia – chyba, że były dobrym, majętnym kąskiem.
-Zmężniałeś, do tego ten wąsik.- burknął w odpowiedzi przewracając oczami z wyraźną nutą sarkazmu. Chwyciwszy papierośnicę nie odmówił sobie dawki nikotyny, która już po chwili wypełniła jego usta kłębem dymu. Nie był spięty, choć jego towarzystwo sprawiało, że paskudne uczucie powstałe w wyniku klątwy wciąż powracało.
Wzruszył ramionami na wzmiankę o efektach na żywo, bowiem z anatomią miał tyle do czynienia, co z baletem. Zapewne rozróżniłby serce od mózgu i na tym jego wiedza spotykała się ze ścianą.
Nie miał za co mu dziękować – tego był pewien, bo nawet jeśli cała ta organizacja okaże się trafnym wyborem, to sposób rekrutacji pozostawiała wiele do życzenia. Oczywiście, jeśli ktoś pała się w torturach to byłby zafascynowany, jednakże Macnair cenił sobie zdrowie – przede wszystkim to psychiczne. Nie mógł mu jednak odmówić wirtuozji i wizji, bowiem sam lubił sięgać celu nie zważając na potrzebne ku temu środki.
Ryzyko było domeną świrów, głupców którzy preferowali grać na ślepo, jednakże Drew miał do tego zbyt wielką słabość, aby czasem odmówić sobie korzystnej partii mogącej przynieść określoną korzyść. Wiedział, że mógł przegrać oddając wolę losowi, który nie będąc łaskawy łapał swymi mackami wciągając przeważnie tylko w kłopoty. W ów sytuacji miał jednak cel, który warty był sporej ceny. -Gdybym takowej nie znał, nie byłbym dla Ciebie interesujący i na swój sposób istotny w pewnych aspektach.- powiedział chłodno, choć nie nieprzyjaźnie. -Nie zależy mi by zrobić z Ciebie pajaca kołyszącego się na barze niczym zalana w trupa dziwka, więc nie musisz się obawiać i trząść szatą.- dodał po chwili wciąż obracając w palcach zapewne jedynego galeona jakiego posiadał. Po Rosji był spłukany, więc wizja zarobku była dla niego wyjątkowo kusząca. -Jak mniemam groszem nie śmierdzisz.- dorzucił nonszalancko i o dziwo z pełną wyrozumiałością.






The eye sees only what the mind is prepared to comprehend


Ostatnio zmieniony przez Drew Macnair dnia 28.02.18 20:40, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler
When I hear that trumpet sound I'm gonna rise right
out of the ground.
There ain't no grave can hold my body down.
20
20
0
0
0
43
5
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Karczma "Pod Mantykorą"   20.01.18 20:22

Dopiero teraz, gdy zajmowali schowane w cieniu daleko stojących świec miejsca mógł swobodnie i bez obaw rozejrzeć się po karczmie. Nie było tu więcej ludzi niż w Białej Wywernie, gdy jeszcze stała, choć klientela wydawało się nieco odmienna. Więcej zapijaczonych, nieogolonych mord, łapczywie przyciągało do siebie wypełnione piwskiem kufle. W przeciwległym kącie dwóch chudych czarodziejów, wyglądających na twórców największego w dziejach Nokturnu spisku śmiało się cicho i ochryple, pochylając nad stołem; gdzie indziej czterech mężczyzn o mocno zarośniętych twarzach paliło papierosy i grało w karty, jeszcze dalej mocno podchmielony typ obłapiał skąpo ubraną czarownicę, ze szmatą przewieszoną przez jedno ramię. Jego dłonie ślizgały się po jej nogach odsłaniając wykończenie pończoch, szczypały ją tu i ówdzie. Nie zatrzymywał na tym obrazku zbyt długo wzroku, nie zamierzał tracić czasu na analizowanie tutejszych gości. Drew zasługiwał, by to na nim skupić uwagę. Kiedyś patrzył na niego jak na przyjaciela, bratniego ducha, który w podobny sposób przyjmował do swej nabitej wiedzą głowy świat. Łączyła ich sympatia, poglądy, szkolne interesy, ale nie był bardziej interesujący niż w tej chwili. Przeniósł na niego wzrok, próbując ocenić jego prawdziwy, nie skryty za jedną z płytkich masek nastrój, wedrzeć się pod fałszywe okrycie i przyjrzeć się intencjom i zamiarom.
— Uwielbiam być zadziwiany — odparł, a nucie wyzwania w głosie towarzyszyło uniesienie brwi. Znał jego możliwości, wiedział do czego był zdolny — w innym wypadku nie widziałby go w szeregach Rycerzy Walpurgii. To nie przeszkadzało mu kłamać, jawnie choć fałszywie, nie doceniając jego umiejętności. Będzie musiał się wykazać, już wkrótce zmierzy się z wyzwaniem i będzie musiał mu sprostać, by nie zawieźć ani Mulcibera, ani Czarnego Pana, któremu służy w sprawie. Uważny wzrok Macnaira widział wiele, nic nie mogło mu umknąć, toteż w jego obecności wymieniał swoje twarze bardzo szybko. Przeskakiwał z powagi na zabawę, z zabawy na smutek, ze smutku na nudę, by tylko nie pozwolić mu schwytać swoich myśli. Chciał ukryć je przed nim za zimnym spojrzeniem ciemnoszarych oczu. Czas nie sprawiał, że ludzie się zmieniali — nie wierzył w to; mogli stać się jeszcze gorsi, lub jeszcze lepsi. Lata praktyk, starań i kontroli samego siebie przynosiły efekty — jeśli Drew było trudno go odczytać, był to dowód na to, że był w tym dobry. Utwierdzał się w przekonaniu, że brak pożytku z emocji i sentymentów skłania do eliminowania ich ze swojego życia. Własne ubytki wypełniał cudzymi, napawał się gniewem i namiętnością innych, cudzy strach podniecał go tak samo mocno jak śmierć.
— Ilość odebranych żyć nie świadczy o niczym poza bezkarnością. Może sposób  w jaki się to odbywa lepiej by świadczył o dojrzałości — zaproponował, ciągnąc żartobliwy temat. Nie przyszło mu się do tej pory zastanawiać nad klasyfikacją czarnoksiężników — inną od tych mądrych i głupich, lecz jeśli mieliby do definicji dojrzałości zaliczyć morderców jako przykład, z pewnością jego myśl byłaby trafną formą ustalenia podziału. — Zmężniałem, czy zrobiłem się nudny?— spytał, jakby prześwietlając jego myśli na wylot. Nigdy nie był skaczącym w te i we wte chłopaczkiem, sypiącym głupimi pomysłami czarodziejem. Trzymał się z boku, swój brak emocjonalnej równowagi wyrażając w drastyczności podjętych działań. Z biegiem lat lepiej ukrywał odstające od normy potrzeby i surowe opinie.  Mówił i milczał, niezależnie od prawdy i obłudy, jaką przejawiał, zmiennie, plotąc prawdę i wciskając kłamstwa, uciekając od utarcia schematu swojej osoby. — Zmężniałem, a to dziwne, bo bawię się częściej niż wtedy, gdy byłem chłopcem.— Zmieniły się jedynie zabawki; te były żywe, a ich spojrzenia rozbiegane, krew płynęła w ich żyłach, a płuca łapczywie odbierały rozpaczliwe oddechy. — Powinieneś spróbować. Zabawić się, tak porządnie, prawdziwie. Kto wie, ile ukrytej prawdy byś w sobie nagle dostrzegł. Może obudziłoby się w tobie coś... silniejszego niż chciałbyś poczuć. — Głód krwi potrafił być równie ciężki do zniesienia, jak łaknienie kontroli, które doskwierało Mulciberowi od najmłodszych lat. Analityczny umysł chronił go przed bezmyślnym popełnianiem błędów, sprowadzających go na nieszczęśliwą ścieżkę. W pogoni za władzą można łatwo się wywrócić.
— Śmiałe rozważania, ale może wydajesz mi się interesujący wyłącznie z powodu tego, co potrafisz. Metamorfomagia to bardzo rzadki dar, wyjątkowy. Otwiera wiele drzwi — przyznał, tym razem zgodnie z prawdą, choć na jego ustach ciągle gościł uśmiech. Ujął szklankę z ognistą w dłoń i upił łyk, przyglądając mu się stale z nieprzemijającym zaciekawieniem. Cenił sobie wiedzę tak samo mocno jak Drew, wiedział, że jest kluczem do wszystkiego, daje potęgę i przewagę. I Macnair się nie mylił. To co tkwiło ukryte w jego głowie również interesowało Mulcibera. Poruszał się niezauważony, podróżował po świecie, wiele widział i wiele słyszał, a nikt nawet nie pamiętał pewnie jego twarzy, gdyż za każdym razem przywdziewał inną.— Teraz — podjął, odkładając szkło na blat, a papierosa przysuwając do ust. — Służysz Czarnemu Panu, a ja mogę żądać od ciebie informacji, które ty masz obowiązek mi dostarczyć — zakomunikował mu, choć w przeciwieństwie do tego, kipiąc tłumionym entuzjazmem. — Ale po co stawiać sprawy w ten sposób i psuć naszą relację. Oprzyjmy ją o naszą wieloletnią współpracę. Niech to będzie prawdziwa męska przyjaźń. Ty i ja, jak za dawnych lat. Pomagamy sobie wzajemnie — zaproponował w końcu zaciągając się papierosem. Od dawna nie pamiętał, czym jest potrzeba prawdziwego przyjaciela, mylnie sądził, że otaczają go jedynie ludzie, z którymi łączą go wartościowe i istotne sprawy. Mylnie, bowiem w jego życiu istniały osoby, wobec których był podświadomie lojalny, i z których słowem liczył się w przeciwieństwie do reszty. Ale i ta prawda, głęboko schowana przed światem, nie sprawiała, że stawał się nieszkodliwy względem nich. — Potrzebujesz środków na coś konkretnego? — Nie zamierzał bawić się w sponsora, pytał z ciekawości.





Not a spell gonna be broken with a potion or a priest. When you're cursed, you're always hoping that a prophet would be grieved. When the fires, when the fires have surrounded you. With the hounds of hell coming after you. I've got blood. I've got blood on my name

Powrót do góry Go down
Drew Macnair
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t4375-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw
29
Czysta
Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
5
10
0
0
4
18
4
5
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Karczma "Pod Mantykorą"   28.02.18 21:50

Pomknął za spojrzeniem Mulcibera, choć tylko na moment. Nie interesowały go skromnie odziane lafiryndy, zapite ryje tudzież wydzierający się w niebogłosy kretyni krzykiem pragnący pokazać swą siłę przebicia i perswazji. Przyzwyczaił się do tego typu ludzi, Nokturn nie serwował zwykle nic więcej, choć czasem zdarzały się wyjątki, których z czystego szacunku nie chciał wkładać pomiędzy arkusze o nazwie „kompletni idioci”. Cenił wiedzę, umiejętności i możliwości mające swój szeroki wachlarz pośród ponurych, śmierdzących uliczek przeklętej dzielnicy, dlatego za wszelką cenę wyłapywał takowe jednostki starając się z nimi utrzymywać neutralne, biznesowe relacje. Wszelaka pomoc była nieoceniona, nawet jeśli miała odbywać się odpłatnie, a szczere podejście do własnych niekompetencji sprawiało, że korzystał z niej naprawdę często. Czas to galeon, więc wolał wydać kilka monet na szybką i pewną interwencję tudzież robotę, niżeli samemu bawić się w przypominanie podstaw, bowiem w pewnych dziedzinach nawet takowych mu brakowało. Racjonalnie podchodził do powierzonych spraw i postawionych celów, więc wybieganie przed szereg było ostatnim na co by się porwał.
Obserwując towarzysza nie odzywał się w chwili, gdy ten penetrował wzrokiem wnętrze baru. Nie wpisywał go w szlacheckie ramy, ale gdzieś z tylu głowy huczała mu myśl, iż minęła dekada od ich spotkań, więc wiele mogło się zmienić. Możliwym było, iż takowe klimaty zupełnie nie odpowiadały jego osobie, a co gorsza powodowały ujmę na honorze stanowiącym jedną z podstaw hierarchii wartości. Oderwał od niego spojrzenie dopiero w chwili, gdy zbliżył do warg ognistą, której goryczkę poczuł na końcu języka.
Zaśmiał się na jego słowa dość zgryźliwe i powróciwszy wzrokiem na wysokość oczu uniósł wyraźnie brew. Spostrzegawczość była jedną z precyzyjniej opisujących go cech, bowiem to właśnie dzięki niej praca, którą na co dzień się trudził była możliwa. Osoby omijające wszelkie szczegóły, nie doszukujące się drugiego dna i podążające wciąż do przodu bez poświęcenia chwili na badania pewnych znalezisk nie mogły na dłuższą metę podejmować się trudniejszych wyzwań – tylko Ci wytrwali i ciekawscy mogli osiągnąć sukces. To właśnie było jego miarą. -Zapewne nie tylko oko masz szklane.- zripostował wyginąwszy wargi w kąśliwym wyrazie. Cóż przynajmniej kiepska wymiana złośliwości nie uległa zmianie. -Ty zadziwiany?- spytał, a teatralne zdziwienie rozbłysnęło na jego twarzy. -Zawsze byłem zdania, że pozjadałeś wszystkie rozumy i nic nie jest w stanie wzbudzić w Tobie choć cienia zaintrygowania.- wyjaśnił swoją wątpliwość, a następnie zaciągnął się papierosem, którego chwilę wcześniej odpalił.
Macnair nie myślał o wykazywaniu się – cała ta sytuacja była dla niego wciąż zbyt świeża, aby przykładać do niej istotną wagę. Póki co nie wiedział zupełnie nic poza kilkoma zdawkowymi historiami i obietnicami nie mającymi swego końca. Czyżby faktycznie Ramsey pokazywał mu gruszki na wierzbie i kazał wierzyć, iż są prawdziwe? Musiał sam się przekonać, był pewien, że jeżeli zazna smaku walki w szeregach Rycerzy to dopiero wtem pojmie ich wartość, bądź kompletnie ją zaneguje. Drew nie trawił półśrodków. W tej szaleńczej wizji trzymała go jedynie lojalność wobec towarzysza i świadomość jego możliwości – znając Ramseya tyle lat czuł, że nie mógł wpakować go na zajmowaną przez siebie minę, bowiem nigdy nie stał murem za czymś, co nie miało kompletnego sensu. Oczywiście – czas tudzież perswazja innych mogła zrujnować jego szare komórki, ale powierzchownie wydawał się na tyle rozsądny i pewny swego, że wciąż wart był zaufania.
-Jaki jest Twój ulubiony sposób?- spytał bez zbędnej otoczki wiedząc, że kilka żyć już odebrał. Niejednokrotnie studiując czarną magię zachwycał się jej potęgą, więc naiwnym byłoby myślenie, iż jego dłonie niesplamione są cudzą krwią – mniej bądź bardziej winną owego czynu. Macnairowi śmierć nie była obca, ale sam nigdy nie stał się katem przejmując władzę nad czyimś losem, przeszłością i krótką przyszłością. To miało dopiero nadejść.
-Tylko zapewne rodzaj zabaw uległ zmianie.- drążył temat dając wyraźny znak Mulciberowi, iż chciał z niego wyciągnąć jak najwięcej. Tylko prawda o działaniach mogła dać mu wyraźny obraz kolejnych dni, miesięcy i zapewne lat, które opiewać będą o służbę Czarnemu Panu – człowiekowi, którego tylko w teorii nie znał i nigdy nie widział. Co jeśli był jedynie wymysłem sfiksowanego kolegi? -Władza jest kluczem do sukcesu, ale nią też można szybko się zachłysnąć. Lubię ognistą, chce jeszcze trochę jej wypić.- dał wyraźny znak, że pragnął nowych wyzwań, ale niemnożących obawy i ryzyka. Zapewne tortury urządzane przez Ramseya sprawiłyby i mu niemałą frajdę, jednakże najpierw musiał poznać ich źródło, a także cel nim miałby wcielić je w pakiet swoich codziennych rozrywek. Wbrew pozorom był rozsądny, lubił hierarchię i pewne normy, a to że czasem je łamał było wynikiem porywczego charakteru, nie musem skosztowania wszystkiego.
Od dawna chciał wyciągnąć z siebie coś więcej. Skryte emocje i oddalone uczucia napawały go pewną pustką, którą zamierzał wypełnić czymś nowym, czymś świeżym. Szukał owego pierwiastka, ale takowy był mu kompletnie nieznany. Może właśnie Mulciber uświadomi mu to, co naprawdę marzył dosięgnąć?
Prychnął na jego słowa, ale nie na tyle donośnie, by przyglądająca im się szatynka pomyślała, że kpi z jej wyglądu. -Nie jestem jedynym metamorfomagiem w Londynie. Nie prościej było namówić tą mugolską mendę Tonks? Strachu za wiele w sobie nie dzierży, ale za to głupoty nad wyraz i jestem pewien, że wiedziałbyś jak to wykorzystać.- rzucił po czym zamoczył wargi w trunku. Wiedział, że dar to jeden z wielu czynników, dla których stał się interesujący dla Rycerzy. -Właściwie to byłoby całkiem zabawne, jakby szlama dążyła do zniszczenia własnego grajdołka wypełnionego tymi parszywymi przebierańcami.- pokręcił głową z wyraźną niechęcią i odrazą, a następnie skupił się na słowach Ramseya, które nie brzmiały interesująco, a tym bardziej zachęcająco do współpracy.
-Nie musisz unosić się pozycją w naszej znajomości. Możesz wierzyć lub nie, ale mam w sobie na tyle honoru, aby zachować lojalność wobec osób, które na takową zasłużyły. Nie było sytuacji, w której odmówiłbym Ci pomocy i nie widzę powodu zmiany owego podejścia. – stwierdził zgodnie z własnymi przekonaniami, a następnie upił do dna znajdujący się w brudnej szklance trunek. -Choć zrobienie z Ciebie pajaca po ostatnim show na cmentarzu wydaje się iście kuszące.- pokręcił głową z wyraźnym, kpiącym uśmiechem, a następnie przeszedł do sedna sprawy. -Nie potrzebuje pieniędzy, oferuję Ci zdobycie takowych. Złapałem trop, który może okazać się górą złota, ale sam nie dosięgnę celu.- oparł wygodnie przedramiona o podłokietniki fotela, a następnie jedną rękę zgiął w łokciu, aby na dłoni złożonej w pięść ułożyć brodę. -Uwierz, że zawsze działam w pojedynkę, ale tym razem wiem, że w samotności obejrzę skrzynię skarbów jedynie pośmiertnie.






The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler
When I hear that trumpet sound I'm gonna rise right
out of the ground.
There ain't no grave can hold my body down.
20
20
0
0
0
43
5
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Karczma "Pod Mantykorą"   26.03.18 20:42

Aleja Śmiertelnego Nokturnu nie była tak bardzo podobna do doków, gdzie spora liczba zapijaczonych obdartusów przysypiała co noc na tym samym stole lub wszystkimi zgromadzonymi siłami próbowała dotrzeć do domu, a przynajmniej do wyjścia z tawerny. Nokturn gromadził wielu złych ludzi, czarnoksiężników, bezwzględnych typów, z których każdy był gotów odciąć drugiemu dłonie, a nawet głowę za mieszek galeonów lub drogocenne przedmioty. Mogli być biedni, ale przede wszystkim byli bezwzględni. Snuli się po wąskiej ulicy jaki cienie, upiory ludzi, którymi kiedyś byli; zniszczeni truciznami, klątwami, artefaktami i czarną magią. Obserwował ich. Czasem uważniej, czasem całkiem przelatywał po nich wzrokiem, stale zachowując czujność. Był samotnym wilkiem wśród wygłodniałych dzikich psów, niedźwiedzi, lisów, borsuków. To nie czyniło go bezpieczniejszym — nieuwagę mógł przypłacić życiem, nawet w miejscu takim jak to. Niedocenianie ludzi, którzy ich otaczali było błędem, tego zdołał się nauczyć podczas pobytów w takich miejscach. Szybki w reakcji i biegły w okrutnych czarach czarodziej mógł łatwo wyjść z opresji cało, a także zaskarbić sobie względny szacunek otoczenia. Często był to jednak fałszywy wyraz; gdyby tylko na chwilę opuścić gardę i choćby raz schlać się jak największa kurwa, nie doczekałoby się poranka.
— Może chciałbyś zobaczyć całą moją kolekcję szklanych kul?— spytał poważnym tonem, unosząc brwi w wyrazie nagłego zainteresowania. Zainteresował go głównie fakt, że Macnaira zaciekawiły szklane zabawki. Z reguły zadowalał się głównie złotem, niezłym biustem i kosztownościami. On sam jednak nie posiadał niczego z wymienionych. — Przeceniasz moje możliwości, nie wszystkie. Jeszcze kilka mi zostało — odparł lekko, uśmiechając się przy tym szeroko i niewinnie. Niewiele robił sobie z prawdziwych opinii na swój temat, doskonale wiedział jak zmienna jest jego natura i jak wiele masek przybiera jego twarz w kontaktach z innymi. Mógł uchodzić w pewnych kręgach za zbyt pewnego siebie, w innych na wycofanego, a może całkiem nieszkodliwego i uroczego. To właśnie przypomniało mu spotkanie z Solene. Jak doskonałą iluzję potrafił stworzyć człowiek wystarczająco biegły w kłamstwie, upośledzony emocjonalnie, plastyczny. Drew znał go dobrze. Zbyt dobrze, by mógł go lekceważyć i dziś tylko czas jaki upłynął działał na jego korzyść. Był świadkiem jego młodości, w której wychowywał się pozbawiony matki, pod ręką surowego, starego ojca, był świadkiem mentalnej zapaści, która pogrzebała wszystko, co o sobie wiedział i narodzin nowego nazwiska, które nosił po dziś dzień. Widział wiele z tych twarzy. Igrał z nim jak z ogniem, ale nie wkładał bezmyślnie ręki w płomienie.
Może spodziewał się zadumy w jego oczach, chwilowego zamyślenia i teatralnego rozważania na tematy egzystencjalne, lecz w wyrazie mulciberowej twarzy nic sie nie zmieniło. Stalowe oczy utkwione były w twarz Macnaira, palce zaciskały się wokół szklanki z ognistą.
— Wiedziałeś o tym, że towarzyszące odbieraniu życia wrażenia mogą być utożsamiane z podnieceniem seksualnym? Nie w formie skutków, a procesów myślowych, sekwencji zdarzeń zachodzących w organizmie. Pierwsze morderstwo jest jak pierwszy raz z kobietą. Intensywne, tak euforyczne i gwałtowne, że jest problem z pochwyceniem tego kluczowego momentu. Napięcie szybko rośnie i zbyt szybko opada. A ty wciąż czujesz niedosyt, choć jesteś wykończony. Każdy następny raz zbliża się do uchwycenia chwili prawdziwej śmierci, kiedy w oczach gaśnie blask, a energia przepływa na ciebie i zaciska się wokół, jak sznur — powiedział barwnym tonem, w którym rozbrzmiewała pasja. — Sęk w tym, że sposób jest najmniej istotny, Drew. Kiedyś to zrozumiesz — dodał pokrzepiająco, niczym starszy brat udzielający najważniejszej w życiu rady. Macnair jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że kiedy będzie gotów i stanie się jednym z najbliższych Jego popleczników, przyjdzie mu zapłacić za to najsurowszą z kar. Przekleństwo, które na siebie ściągnie będzie mu ciążyć na barkach już na wieki i nigdy nie uwolni się od ciemności, ale jej smak i to, co przyniesie ze sobą, zaspokoi go bardziej niż wszystko, co poznał do tej pory. I był pewien, że mu się spodoba.
— Poziom tych zabaw się zmienił. Nadszedł czas, aby zagrać wreszcie w najwyższej lidze, przyjacielu. Mam nadzieję, że jesteś na to gotów, możesz się nieco przy tym... pobrudzić. — Niezależnie od tego, czy Drew lubił ryzyko, czy nie, będzie musiał je podjąć i nauczyć się z nim radzić. Każde działanie niosło za sobą konsekwencje — a teraz, kiedy ich organizacja nie była już dla nikogo tajemnicą, musieli uważać na siebie podwójnie. Łatwo było połączyć ze sobą fakty, a czujni aurorzy deptali im po piętach. Fox od lat szukał dostatecznego dowodu na to kim jest i co robił, teraz niewiele mu brakowało, aby wysłać go tam, gdzie planował. Nim to się jednak wydarzy, ciemne chmury pokryją niebo, a pomiędzy nimi rozbłyśnie szmaragdowy znak, który wraz z trwogą zagości w sercach ludzi na dobre.
— Nie — skwitował krótko i westchnął cicho, odchylając się na krześle w tył. Opadł ciężko na oparcie, a jego kraniec wbijał mu się w łopatki. — Nie jesteś nawet jedynym, jakiego znam dość dobrze. Ale to użyteczny talent — lubił mieć użytecznych i cennych ludzi blisko siebie. — Ostatnio spotkałem Tonks. Napuściłem na nią swojego węża — dodał z nutą sarkazmu, uśmiechając się przy tym krzywo. — Chcesz rzucić na nią zaklęcie imperiusa i zobaczyć jak się spisze pod twoją komendą?— Uniósł brew i puścił w końcu szklankę, na korzyść papierosów. Jednego z nich wsunął do ust, nie martwiąc się tym, że ostatnio palił więcej niż zwykle. Musiał uzupełniać zapasy częściej, ale potrzeba roziskrzenia słodko-gorzkiej bibuły dawała o sobie znać nieustannie. Odpalił Stibbonsa dwoma palcami i zaciągnął się powoli, pozostawiając pudełko przed sobą.
— Nie proszę cię o pomoc, Drew — przypomniał mu oschle. Rzadko kiedy to robił: "zwracał się z prośbą o pomoc". Najczęściej skracał to do wyrazu potrzeby w danej chwili, którą należało kapryśnie spełnić lub bardziej subtelnie, dokonywał lub probował dokonywać manipulacji, skłaniających do zrobienia tego, na co miał ochotę. Drew szanował, dlatego chciał go widzieć tuż obok. Mulciber nie puszył się, nie wypinał nazbyt dumnie piersi do przodu jak nieopierzony kogut, ale skoro grali w otwarte karty w tej chwili, nie zamierzał doprowadzać do nieporozumień. — Ale doceniam to. Gdyby było inaczej, nie siedzielibyśmy tu dzisiaj. Masz w sobie potencjał większy niż sądzisz. A ja widziałem jakich rzeczy dokonasz — nie żartował. Jeszcze nim Drew wrócił do Londynu spadło na niego ciężkie brzemię własnego daru. — Lojalność jest w cenie, mam nadzieję, że nie szastasz towarem, którego nie posiadasz. To bardzo ważne.
Strzepnąwszy popiół na ziemię wziął głęboki wdech i skinął mu głową.
— W takim razie opowiedz mi o tej skrzyni skarbów.


|zt





Not a spell gonna be broken with a potion or a priest. When you're cursed, you're always hoping that a prophet would be grieved. When the fires, when the fires have surrounded you. With the hounds of hell coming after you. I've got blood. I've got blood on my name

Powrót do góry Go down
 

Karczma "Pod Mantykorą"

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 7 z 7Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

 Similar topics

-
» Karczma "Męty i odmęty"
» Karczma
» Karczma "Pod Niedźwiedziem"
» Karczma "Mały Pony" i Stajnie
» Karczma

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Śmiertelnego Nokturnu-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18