Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Ogród zimowy

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Harriett Lovegood
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 https://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 https://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 https://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill https://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Ogród zimowy   06.08.16 19:11

First topic message reminder :

Ogród zimowy

Niewielkich rozmiarów budynek znajdujący się na tyłach posiadłości, właśnie tam, gdzie najdłużej padają promienie słoneczne, został prawie w całości wykonany ze szkła. Temperatura w środku jest zdecydowanie wyższa niż na zewnątrz, a nałożone na oranżerię zaklęcia zapewniają rosnącym w środku roślinom optymalne warunki, niezależnie od pory roku. Dużą część roślinności stanowią wszelakie odmiany róż i orchidei, lecz nie braknie tu również roślin egzotycznych czy pieczołowicie pielęgnowanych ziół, szczególnie tych, które wykorzystać można przy przyrządzaniu podstawowych eliksirów leczniczych. W najdalszej części ogrodu znajduje się rządek krzaków herbacianych, których szczepki zostały przywiezione z indyjskiej plantacji Lovegoodów.




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
15
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogród zimowy   14.08.16 20:24

Teatralna poza Harriett jakoś mu umknęła. W ogóle nie przywiązywał wagi do jej wyglądu, do ułożenia alabastrowych ramion, do całej tej wspaniałej scenerii, wśród płatków kwiatów, kolców i kropel krwi, ściekających zarówno z jego jak i z jej dłoni. Właściwie po raz pierwszy nie rozkojarzał się przy Lovegood, nie powracał do przeszłości, nie odtwarzał klatka po klatce szczęśliwych, upojnych chwil, koncentrując się wyłącznie na chwili obecnej. Wściekłością oraz rozgoryczeniem starając się przykryć narastający strach przed tym, co miała mu do powiedzenia. Czekał więc niemalże cierpliwie, wykazując się niezwykłą dojrzałością - to nic, że przed chwilą zniszczył kilka dobrych miesięcy długiej pracy półwili, to nic, że ciągle mierzył w nią różdżką. Nie ponawiał przecież zaklęcia obrzydzającego Hatsy do głębi ani nawet nie snuł planów przygwożdżenia odsuwającej się kobiety do ziemi paskudną klątwą. Lub równie paskudną siłą mięśni, kurczących się nerwowo i boleśnie. Chciał odpowiedzi, chciał porównać ją z tą, jaką otrzymał od Percivala i choć instynktownie skierował się do Honey Hill wiedziony prymitywną, głupią złością i chęcią zemsty, to teraz spoważniał, jakby z każdym trzeźwiejszym nabraniem powietrza do organizmu Bena trafiały atomy zdrowego rozsądku.
Co wcale nie pomagało, zwłaszcza, kiedy Harriett w końcu się odezwała a jej słowa od razu przywołały z mroków niepamięci podobnie nerwową rozmowę sprzed kilkunastu dni. Duszny pokój, szara ściana kamienicy tuż za oknem, drobinki śniegu wirujące przy parapecie, namoknięty pergamin, zirytowany Percy. Wright widział to teraz dokładniej, jaśniej nawet niż podczas tamtej niezrozumiałej chwili, spoglądał bowiem z dystansu, jak na uzdrowicielskim stole widząc drobne szczegóły. Ale nie chodziło jedynie o mnie, ani nawet o nią, tylko o osobę, na której mi zależy. I n a r a. Inara była tą osobą, na której mu zależało, dla której spotkał się z przypadkową harpią, by porozmawiać i powymieniać okrągłą korespondencję. Jednorazowa sprawa. Kilkanaście minut wystarczyło, by Harriett otworzyła mu oczy na wielką miłość, jaką darzyła go wieloletnia znajoma? Kilka słów, mających przekreślić ich relację na rzecz młodziutkiej szlachcianki? To raczej nic, z czym nie poradziłaby sobie sama. A jednak nie poradziła sobie sama, jednak on musiał jej pomóc, jednak wybrał kogoś innego, Jaimie'mu serwując tacę wypełnioną pięknymi kłamstwami.
Przez chwilę słuchał zarówno Harriett jak i widmowego Percivala a czarne, ziejące pustką punkty łączyły się zdecydowanie zbyt szybko, transmutując znaki zapytania w bolesne kropki. Czy już podczas smoczych wypraw zerkał na Inarę inaczej niż jak na wesołą towarzyszkę podróży? Czy na tych wszystkich Sabatach, o których opowiadał z tak wielkim znudzeniem, doskonale bawił się u jej boku? Czy przypadkiem nie wspominał dość zawoalowanie o zaręczynach brata? Czy nieodwzajemniona miłość stała się nagle tą odwzajemnioną, dzięki interwencji najdoskonalszej przyjaciółki? Czy wtedy, gdy planowali wspólny wyjazd, gdy podarował mu Rogogona, gdy całował go przed wyjściem do pracy, gdy wypijali kolejną Ognistą, gdy mówił, że odbiją sobie rozłąkę w nowym roku - czy to wszystko było perfidnym, wyrachowanym łgarstwem?
Nie mógł w to uwierzyć. Instynkt samozachowawczy, chcąc obronić się przed skrajną rozpaczą, w pierwszym momencie nie dopuszczał tych myśli, ale w końcu, rażony natłokiem obrazów, poddał się, a Benjamina zalała fala potężnego bólu. I choć większość kwestii pozostawała w sferze domysłów, to na zahamowanie rozkręconej machiny logiki było już za późno i Jaimie zrozumiał, że Percival nie zostawiał go dla rodziny. Zostawiał go dla niej, mając ją już w zasięgu pewności a ogłoszone zaręczyny wcale nie sprawiły mu dyskomfortu a tylko ułatwiły wejście w nową, lepszą rzeczywistość. Gdzie nie było już miejsca dla półkrwi bękarta i jego naiwnych marzeń o wspólnym szczęściu.
Ben nie wiedział, w którym momencie opuścił różdżkę, nagle zamieniając się z naćpanego agresora w zagubionego lunatyka, który po wymordowaniu całego dworu nagle się budzi w zupełnie nieznanym sobie otoczeniu. Z krwią na rękach i oczywistym cierpieniem, w końcu przebłyskującym spod niezdrowo rozszerzonych źrenic. Już nie oddychał nerwowo, ciężko: właściwie nie oddychał wcale, pewien, że gdy tylko rozchyli usta, zamiast obłoczka pary uleci z nich żałosny jęk. Lub - co gorsza - żałosne słowa. Powstrzymywał więc odruchy organizmu, starając się nie poddać bólowi, nakazującemu mu wrzasnąć, rozszlochać się a potem wyrwać sobie serce z piersi, korzystając z jakiegoś wyjątkowo paskudnego zaklęcia. Na razie jednak zrozumienie było zbyt bolesne, by mógł powziąć jakiekolwiek działania, stał więc w bezruchu, pomimo wszystkiego żenująco świadomy, że Harriett może odczytać z jego twarzy dosłownie wszystko. I że po raz pierwszy od ich rozstania to on znalazł się na pozycji osoby bezbronnej i żałosnej, spętanej skrajnymi emocjami, spalającymi go od środka.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Harriett Lovegood
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 https://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 https://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 https://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill https://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: Ogród zimowy   15.08.16 10:59

Czegokolwiek by się nie spodziewała w reakcji na swoje rewelacje wypowiadane wciąż dziwnie zduszonym głosem, z pewnością nie była to cisza. Niektóre scenariusze mieli już przecież wyćwiczone do perfekcji, a wśród nich znajdował się jeden wyjątkowo popularny, zakładający, że po każdym otwarciu ust przez Harriett, ze strony Bena musi nastąpić lawina gorliwych zaprzeczeń i oskarżeń o kłamstwa. Czasem już nawet nie potrafiła mu się dziwić. Lata temu, z zaufaniu, odsłoniła przed nim wszystkie karty, by wyznać, że praktycznie od pierwszego swojego oddechu żyła kłamstwem, karmiąc ludzi naokoło stekiem bzdur chociażby w kwestii swojego pochodzenia; o rodzinnej tajemnicy, skrajnym ubóstwie w starej, rozpadającej się od samego patrzenia chatce na południu Francji nie wiedział nikt. Później do puli skrzętnie ukrywanych sekretów dochodziły kolejne smaczki, kryjące się chociażby pod postacią ukrywanego przed wścibskimi oczami niemoralnego związku, w którym - naturalnie - sama zainteresowana nie widziała absolutnie niczego nieodpowiedniego, czy wykorzystywania dobrodusznej Sybil do bycia przykrywką dla przeciągającej się wizyty w szpitalu. Nie trzeba było ponadprzeciętnej spostrzegawczości, by dostrzec, że również na scenie aktorstwo i wcielanie się w coraz to kolejne role przychodzi jej z niepokojącą wręcz naturalnością. Gdy uderzyli o dno, bez mrugnięcia okiem wmówiła swojemu mężowi, że nagłośnione relacje z upadłą gwiazdą quidditcha były niczym więcej, niż sposobem na wywołanie medialnego szumu i zwiększenie popularności obojga, dopóki świecili jasno na firmamencie; nie protestowała, gdy plotki o jej wyrachowaniu w stosunku do Wrighta wyciekły do prasy. Dla swojego własnego dobra wolała zostać okrzyknięta mianem oziębłej i interesownej niż odsłonić przed światem prawdę o swojej bezdennej głupocie i rozdzierających serce uczuciach. Los pogrywał sobie z nimi, stawiając ich na swojej drodze w mało dogodnych sytuacjach, w których przypadkowość zdarzeń była nie do zniesienia, a po wszystkim oboje kończyli jeszcze bardziej poturbowani niż na początku. Na własne życzenie? Miotali się bez celu, szarpiąc nieprzyjemnie nici wspomnień, zarówno tych pięknych, które plugawili bez oporów, jak i tych okropnych już na starcie, z których czynili broń o dużej sile rażenia, ślepi na to, że jest to miecz obosieczny. Dlaczego po prostu nie odpuścili? Dzisiaj, w sylwestra, w listopadowe popołudnie, w noc spadających gwiazd, w letni, lipcowy dzień, przy którejkolwiek innej okazji? Dlaczego nie odpuścili pięć lat temu, gdy znikający po raz drugi bez pożegnania Wright zamknął nie tylko drzwi od mieszkania, ale i drzwi od ich wspólnego życia, do którego mieli nigdy nie wrócić? Nosząc w sobie znamiona masochizmu, spotykali się ponownie, jakby połączeni byli niewidzialną, sprężystą linką, przyciągającą ich do siebie na kolejną rundę koncertu obwinień i wyrzutów za każdym razem, gdy oddalili się od siebie za bardzo, naprężając ją niebezpiecznie. A może, głupia myśl, wystarczyło po prostu pogodzić się z przeszłością? Nie szukać winnych, ni to w osobie naprzeciwko, ni w odbiciu w lustrze, nie zbierać w sobie absurdalnej złości na coś, co było już wpisane na karty historii i nie uwzględniało opcji otwartej edycji? Wiedziała, wszystko to wiedziała - czy szarpała się więc już tylko z obawy, że jeśli odpuści i w tej kwestii, zostanie już absolutnie z niczym?
Zamarła w bezruchu po raz kolejny, niepewna tego, co powinna zrobić, skoro wszystkie rozwiązania przychodzące jej do głowy zdawały się być z góry skazane na porażkę. Próbowałam ci powiedzieć w Dolinie Godryka utknęło gdzieś na wysokości strun głosowych, w porę powstrzymanych, by nie wywołać wybuchu samym przywoływaniem poprzedniej, burzliwej wymiany zdań. Bohaterska ucieczka również pojawiła się w jej myślach, w miejscu zatrzymał ją jednak niepokój o to, co - o ile w ogóle coś - zastałaby na miejscu oranżerii o poranku, gdyby zostawiła w niej samotnego Benjamina. Przechodząc dalej, już prawie wyciągnęła w jego kierunku pomocną dłoń, chcąc zaproponować niczym rodowita samarytanka, by poszedł razem z nią, uspokoić skołatane nerwy, bo w tym stanie, w którym nikt nawet nie mógł przewidzieć kolejnego jego kroku, nie powinien być sam - powstrzymała się jednak z obawy o to, czy jej ręka nie zostałaby zamknięta w stalowym uścisku lub wykręcona boleśnie, gdy do brodacza powróciłoby słodkie porównanie jej osoby z harpią żerującą na jego nieszczęściu i próbującą ugrać coś dla siebie. Sama pewnie również nie uwierzyłaby w swoją bezinteresowność. Rozważała więc kolejne opcje, zastanawiając się nawet nad tym, ile zajęłoby mu ponownie unieruchomienie jej, gdyby spróbowała sięgnąć po mogącą jej zapewnić względne poczucie bezpieczeństwa różdżkę, która zaciskana w dłoni, tym razem już pewnie, nie czyniłaby jej równie wystawionej na łaskę i niełaskę roztrzęsionego Wrighta.
Tkwiła naprzeciwko, spłycając oddech, jakby nawet miarowe falowanie klatki piersiowej czy wydanie jakiegokolwiek dźwięku mogło przeważyć szalę na jej niekorzyść. Wpatrywała się w Jaimiego, który nagle opuścił gardę, zmieniając się nagle w jej oczach z nokturnowego zbira w otwartą księgę, której czytanie nie sprawiało żadnej przyjemności, a może wręcz przeciwnie - przyprawiało o skręt wszystkich wnętrzności i palące uczucie bezdechu, lecz której z jakiegoś powodu nie można było odłożyć na bok, bez dobrnięcia na sam koniec. Czytała więc bez opamiętania, prześlizgując się spojrzeniem po jego twarzy, by wyłapać każde najmniejsze drgnienie mięśni, każdą zmianę mimiki, każdy niepokojący błysk w oczach. Czytała, nie pamiętając, kiedy ostatni raz widziała go tak odartego ze wszystkich masek, tak szczerego w swoim cierpieniu, tak potwornie prawdziwego. Nie chciała już czytać, gdy serce dudniło jej głucho w piersi, a w głowie świtała myśl, że ten widok emocjonalnie obnażonego Jaimiego nie jest przeznaczony dla jej oczu, już nie. Mimo wszystko nie mogła się jednak powstrzymać przed przewróceniem kolejnej strony.




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
15
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogród zimowy   16.08.16 11:25

Chyba wolałby, żeby cała ta nocna schadzka potoczyła się inaczej. Rozwaliłby całą oranżerię, spopielił wartościowe rośliny, roztłukł jeszcze kilka szyb a potem ruszyłby z powrotem w kierunku ośnieżonej drogi, pozostawiając po sobie tylko wyraźne plamy krwi. Nie doszłoby do konfrontacji i nie musiałby walczyć z samym sobą, kumulując skrajne emocje na martwej naturze, której przecież nie mógł skrzywdzić. Instynktownie pragnął jednak kontaktu z Harriet, by naostrzyć nóż, przeznaczony do widowiskowego samobójstwa. Wiedział przecież, co może od niej usłyszeć - właściwie nawet, gdyby odparła, że rozmawiała z Percivalem o pogodzie, uznałby to znak niewierności mężczyzny - ale czym innym było gniewne wyczekiwanie na dowody a czym innym faktyczne wysłuchiwanie o nieodwzajemnionej miłości. Coraz więcej myśli histerycznie pompowało się podejrzeniami, napełniając głowę Benjamina bolesnym szumem. Nienawidził kłamstw - zapewne dlatego, że sam żył nimi od tak wielu lat - najbardziej na świecie. Nott wiedział o tym a mimo tego serwował mu je od dłuższego czasu, pozbywając się go w chwili, w którym inne, lepsze życie stało się faktem. Ile mu to zajęło? Dwa świąteczne tygodnie? A może już wcześniej budował tuż za jego plecami normalne szczęście, nie kłopocząc się poinformowaniem go o tym? Spirala niepewności stawała się coraz ostrzejsza, tnąc na kawałki resztę benjaminowej furii, z której pozostały tylko smętne skrawki. Obraz nędzy i rozpaczy nigdy nie był odmalowany z taką dokładnością a Wright nie miał nawet siły, by ukrywać uczucia, ba, nie miał nawet siły, by odwrócić się plecami i odejść, targany mdłościami i rosnącym głodem. Wpatrywał się ciągle w Harriett, jakby reprezentowała ona jakąś nadludzką, magiczną istotę, potrafiącą z zadziwiającą gracją wykopać mu spod nóg stołek, by z niemalże współczuciem obserwować jego ostatnie chwile, gdy beztrosko dyndał pod sufitem na trzeszczącym sznurze.
Problem w tym, że w wielkich oczach Hatsy nie mógł doszukać się sadystycznej satysfakcji. Nie było tam też nawet iskierek mściwego triumfu. Jaimie po raz pierwszy od wielu lat widział Lovegood taką, jaką naprawdę była i - wbrew zdrowemu rozsądkowi - nie było to przyjemne doznanie. Wolał tłumić uczucia do niej oskarżeniami o kłamstwo, przykrywać je złotą zasłonką zdrady i rozczarowań, wiary w najgorsze intencje, czyniące z półwili paskudną harpię, której jedyne marzenie łączyło się bezpośrednio z niszczeniem jego życia. Zmiana postrzegania okazała się niezwykle bolesna i właściwie niewytłumaczalna: czy to przez jej słowa? Przez milczenie? A może w końcu znaleźli się na podobnym poziomie cierpienia i w końcu mógł zrozumieć koszmar, przez jaki przechodziła po jego odejściu? Nie myślał racjonalnie i nawet nie starał się analizować chaosu myśli, skupiony tylko na tym, by się nie rozpłakać. I nie zwymiotować krwią - bo czym innym? chyba nie jadł od dobrych dwóch dni - prosto na jej stopy, odziane w niepasujące do sypialnianego ubrania ciężkie buty. Zjechał na nie wzrokiem, nie mogąc utrzymać szyi prosto ani wytrzymać ani sekundę dłużej tego przeszywającego spojrzenia błękitnych oczu. Nagle wydał się sobie skrajnie żałosny i głupi - debiutancka refleksja w dość długim życiu Benjamina Wrighta, zawsze przekonanego o swojej sile i zwycięskiej aurze.
Na razie jednak nie skupiał się na rozpamiętywaniu błędów: po prostu oddychał ciężko, zagryzając wargi w ostatnim odruchu obronnym napompowanego testosteronem kretyna, niechcącego skonfrontować się z rzeczywistością. I to jednak mu się nie udało; podniósł więc głowę, by znów spojrzeć prosto w jasne tęczówki Harriett. - Przepraszam - wychrypiał, po raz pierwszy w życiu kierując to szalenie trudne słowo do kobiety, którą kochał najmocniej i równie mocno zranił. Nerwowo i dość asekuracyjnie zerknął w bok, jakby w przebłysku ochrony, by Hatsy mogła zrozumieć, że przeprasza głównie za rozpierdol uczyniony w oranżerii, ale obydwoje chyba wiedzieli, co stanowiło główną oś żalu. Wright kopnął jeszcze niezbyt mocno rozwaloną doniczkę, licząc na to, że za dotknięciem brudnego buta magicznie złoży się w całość, stając się domem dla zmartwychwstałych roślinek, dogorywających na posadzce. Misja zakończyła się klęską i Ben wzruszył ramionami, pozwalając sobie spojrzeć po raz ostatni na Harriett, zanim odwrócił się plecami i ruszył powoli w kierunku rozwalonej szyby o zakrwawionych krawędziach. Nie wiedział, kogo w tym momencie bardziej nienawidził. Percivala, łamiącego mu serce, Hatsy, wzbudzającej w nim tak mocne katharsis czy też siebie, zagubionego w swoim własnym zachowaniu i ciele, które domagało się kolejnej dawki zapomnienia.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Harriett Lovegood
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 https://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 https://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 https://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill https://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: Ogród zimowy   18.08.16 22:02

Za dużo bodźców, tego jednego była pewna, chociaż brzmiało to paradoksalnie, gdy trwali w ciszy i zachowywali dystans, bezruchem zatrzymując czas w miejscu. Żadne receptory skórne nie paliły żywym ogniem pod wpływem dotyku, żadne paprochy brudnych słów, zbędnego hałasu nie zanieczyszczały uwrażliwionych błon bębenkowych, a jednak - to właśnie niemogącej się nigdy nasycić Harriett było za dużo. Przez słodką, kwiatową woń do jej nozdrzy przebił się metaliczny zapach krwi, której szkarłat zakłuł nieprzyjemnie w rozszerzone zdziwieniem źrenice, kule światła zawieszone nad roślinami we wszechotaczającym półmroku zdawały się być nagle bardziej rażące od indyjskiego słońca w bezchmurny dzień, a pierwsza kropla potu przywołana zdenerwowaniem i zbyt wysoką temperaturą najbliższego otoczenia, znaczyła lodowatą ścieżkę w dół jej kręgosłupa, przywodząc na myśl łaskotanie pajęczych odnóży, szczęśliwie będących już zaledwie ponurym wspomnieniem. Własne ciało, nagle dziwnie odrętwiałe i ciążące, wydawało się jej obce i zdradzieckie, jak każdy gest, który chciała wykonać, jak każde słowo, które pragnęła powiedzieć. Najprawdopodobniej nigdy wcześniej nie była tak świadoma swoich czynów, a jednocześnie tak ich niepewna, jakby byle co, zaledwie ziarnko piasku, mogło zmienić losy wszechświata. Efekt motyla. Gdyby kiedykolwiek usłyszała to określenie, zapewne podpisałaby się pod nim momentalnie, w każdym aspekcie życia doszukując się niemożliwych do powiązania analogii, które jednak w jej wizji miałyby głębszy sens. Wizja Harriett. Brzmi jak tandetny tytuł równie tandetnej sztuki teatralnej, lecz nie sposób zaprzeczyć temu, że Lovegood jakąś wizję rzeczywistości miała i konsekwentnie naginała do niej wszystkie czynniki, nie odróżniając już tego, co było prawdą, a co gorliwym zaklinaniem.
Jej prywatna utopia po raz kolejny dochodziła do głosu, gdy wpatrywała się w Benjamina, skupiając się tylko na tym, co chłonęła lazurowymi tęczówkami i odcinając od siebie to, co miało miejsce zaledwie kilkanaście minut wcześniej, zupełnie jakby nie pamiętała strachu, rozlewającego się w każdej komórce jej ciała, gdy obłaziły ją pająki przywołane życzeniem brodacza ani gorzkiego rozczarowania, gdy widziała tylko koniec różdżki wycelowanej wprost w siebie, a głowę wypełniała tylko jedna myśl, że mieli nigdy nie okazać się tymi ludźmi, a zawiedli okrutnie, przełamując kolejną świętość. Czy Wright porwał się do tego sam, czy go sprowokowała? Nie pamiętała już, nie chciała pamiętać, tak samo jak i o całej reszcie pretensjonalnego bagna, w którym się topili, dlatego wypierała ze świadomości fakt, że stojący przed nią mężczyzna miał cokolwiek wspólnego z niemalże artystycznie rozsypaną ziemią i potłuczonymi donicami, że wciąż balansowali na chybotliwej linie tuż nad przepaścią i wciąż mogło się zdarzyć dosłownie wszystko. Nie pamiętała ostrego tonu, ogłuszającej samotności ani niezrozumienia, że koniec może nadejść tak niespodziewanie i może być aż tak okrutny. W czaszce dźwięczało jej tylko echo ostatniego słowa, które spodziewałaby się usłyszeć, które na krótką metę wymazywało wspomnienia skuteczniej niż obliviate i które po raz kolejny wywracało do góry nogami cały jej dopiero co zreorganizowany pod dyktando nowych współrzędnych światek. Wypuściła powietrze z płuc ze świstem, by zaledwie chwilę później zrobić chwiejny krok w jego kierunku. Już nawet jej mięśnie nie pamiętały, że tej nocy były zaprogramowane do cofania się, nie, kiedy spomiędzy kolejnych wierszy przekazywanych niewerbalnie informacji wyczytywała pierwsze zwiastuny ucieczki.
- Nie idź - odezwała się nagle, niemalże żałośnie pomimo zduszonego głosu, tym razem nie powstrzymując już w połowie ruchu ręki wyciągniętej w stronę Jaimiego. - Zostań - kolejny krok, kolejne odsłonięte karty. Jedno słowo, tylko tyle wystarczyło, by coś w niej pękło, zmywając całkowicie całą hardość i burząc mur niedomówień, które kolekcjonowała niczym znaczki w klaserze, zagryzając usta aż do krwi, byleby nie pokazać tego, co było oczywiste. - Nie musisz ze mną rozmawiać. Nie musisz niczego robić, po prostu… nie chcę, żebyś był sam - kontynuowała pospiesznie i chaotycznie, przerażona tym, co mógłby zrobić po odejściu i ponownie napędzana obawą, że nie zatrzyma się i zniknie nim dane jej będzie powiedzieć wszystko, co musiała powiedzieć, właśnie teraz, pośrodku dzieła zniszczenia, na długo przed świtem. - Twoja ręka, trzeba ją naprawić. Możesz spać w sypialni gościnnej. Pójdziesz, kiedy będziesz chciał - wyrzucała z siebie kolejne komunikaty, starając się usunąć z nich wszystko, co mogłoby być powodem do odmowy, wszystko, co mogłoby go odstraszyć. Wciąż naiwnie wierzyła w to, że wszystko, co zostało roztrzaskane, można na powrót skleić. - Zostań.




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
15
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogród zimowy   19.08.16 10:57

jateżprzepraszamniewiemcotojest

Uciekał. Zawsze to robił. Słodki paradoks mężczyzny odważnego, który zawsze jako pierwszy wchodził w ogień, zachęcając do podobnego wyczynu innych. Przekraczał granice, biegł na ślepo do przodu nie myśląc o konsekwencjach, zgłaszał się do każdej misji, podróżował i ryzykował wszystkim, zachwycony pędem ku nieznanemu. Nigdy się nie cofał...chyba, że chodziło o Hatsy. W każdej innej relacji również szedł naprzód, nie bacząc na niebezpieczeństwa - nawet przy Percivalu spokojnie przyjmował chaos uczuć, pozwalając sobie na miłość, wbrew zdrowemu rozsądkowi, moralności, prawu i każdej innej złotej zasadzie, rządzącej tym światem. Bał się, ale mimo to odsłaniał się zupełnie, pozwalając Nottowi na trzykrotne zdeptanie swojego serca. Wiedział, że ten raz był ostatnim. Brutalny epilog, zamknięta historia. Nie dlatego, że Wright zmądrzał czy też dojrzał do przyjęcia do wiadomości, że nie był dla szlachcica nikim ważnym, przyszłościowym, jedynym: Percy po prostu zabił w nim coś, co odpowiadało za stworzenie tej całej ferii uczuciowych barw, rozkoszy i śmiechu; pożądania, intymności, bliskości, przyjaźni; obtłuczonych kubków, zapachu mugolskich papierosów, krzywo wyprasowanych koszul. Jakkolwiek by to banalnie nie brzmiało, coś, co stanowiło podstawowy składnik życia Benjamina, zostało bezpowrotnie zniszczone.
A przecież  w ł a ś c i w i e  nic takiego się nie stało. Krótka rozmowa, krótkie wyznania - kolejne kłamstwa? - trzaśnięcie drzwi, jednak zniknięcie tej jednej osoby z przepełnionego bodźcami obrazka sprawiło, że pozostałe detale straciły jakikolwiek sens. Smoki, walka o sprawiedliwość, przyjaźń, magiczne stworzenia, Quidditch, duszne wieczory w pubach, karciane potyczki, głębokie pocałunki, atlasy geograficzne, dalekie podróże: wszystko to poszarzało, stając się potwornym ciężarem. Którego Wright nie potrafił unieść. Załamywał się nawet w połowie agresywnej podróży do przeszłości, nie kończąc tego, co przećpany mózg podsyłał mu jako typowy lek na całe zło. Obwinienie Harriett zawsze pomagało. Czyściło sumienie, rozpoczynało nowe rozdanie, odpuszczało grzechy, zapewniało śwież start, bez ciężaru uczuć. Dlaczego więc teraz nie zadziałało? Dlaczego nie mógł szarpnąć ją za długie włosy i popchnąć na szklaną ścianę, by obserwować jak drobinki szyby obsypują ją niczym magiczny brokat? Dlaczego nie mógł kontynuować bajecznego festiwalu nienawiści, pozbywając się tkwiącej w nim zgnilizny? Dlaczego nie przelewał rozpaczy na nią, ciesząc się z każdego grymasu cierpienia widocznego na ślicznej twarzy?
Nie dowierzał sam sobie, kiedy zatrzymał się w pół kroku, spetryfikowany kilkoma krótkimi zgłoskami, których nie spodziewał się usłyszeć. Czy tak samo zawołałaby za nim wtedy, gdy wymykał się z łóżka, mieszkania i jej życia, znikając na kilka lat w kontynentalnej głuszy? Krótka wizja śpiącej, nieświadomej Harriett znów przemknęła przez umysł Benjamina, wywołując porcję bólu. Nowego rodzaju, niezwiązanego z Percivalem, co podświadomie przyjął ze zdziwieniem, na razie niezauważalnym pod natłokiem innych emocji. Obcych. Nienazwanych. Wright czuł się z nimi niewygodnie, nieswojo. Nigdy wcześniej nie konfrontował się ze sobą w tak otwarty sposób. Emocjonalny ból i głód czyniły go bezbronnym nawet przed własnymi uczuciami, wywracającymi się obecnie na lewą stronę. Nie było to miłe doznanie i odruchowo uniósł pokrwawioną dłoń do twarzy: zapowiedź nieestetycznych konwulsji czy też równie nieprzyjemnego szlochu? Wytrzymał jednak, odwracając się powoli w stronę półwili, ciągle ogłuszony, choć...wiedział już, co ma powiedzieć. Wiedział to od kilku lat, ale dopiero teraz cierpienie obdarło go z idiotycznej maski mężczyzny bez słabości.
- Nie możesz mnie wiecznie ratować, Harriett - wydusił z siebie głucho, przemawiając nie tyle z ostatniego kręgu mugolskich piekieł, co z samego dna głębokiej, czarnej studni, w której się nagle znalazł, oddzielony od wszystkiego, co kochał, setkami mil. Nie widział już nawet nad sobą jaśniejącego otworu, żadnego wyjścia, żadnego nawet pochmurnego nieba. Tylko wysokie ściany, z dziwnymi zadrapaniami, w których dopiero gdy spojrzał na zakrwawione dłonie, rozpoznał ślady po histerycznych próbach wdrapania się z powrotem. Na górę, tam, gdzie był szczęśliwy, gdzie ją kochał, gdzie kochał jego i to uczucie wcale się nie wykluczało. Wziął dziwny, chrapliwy oddech, przypominający raczej zwierzęce parsknięcie. - Masz swoje życie. Musisz odpuścić. Skupić się na sobie i Charlesie, bez babrania się w przeszłości, bo...to ja nas spierdoliłem. - W końcu to powiedział. Pewien etap się zamknął, coś się skończyło, wskazówki zegara zatoczyły pełny krąg, czyszcząc jakąkolwiek możliwość swobodnego oddechu, uśmiechu niewspomaganego narkotykiem, ciepła rozlewającego się wokół złamanego serca, które nie pochodziło ze smoczych pazurów, błysku w oku o źrenicy rozszerzonej prawdziwą radością. Wright po raz ostatni otworzył się przed kimś aż do swoich planów i marzeń, ślepy na podszepty zdrowego rozsądku. Za co teraz płacił najwyższą cenę, pozostawiony samotnie w absolutnej ciemności. A mogło być tylko gorzej: wiedział to ze stuprocentową pewnością. Dno opadało niezauważanie, brudny piasek osypywał się tuż przy ścianach studni, z nieistniejących jam wypełzało robactwo, które z czasem zacznie być głodniejsze i bardziej spragnione od niego samego. A w batalii z własnymi koszmarami, żerującymi żywcem na drżących mięśniach, z góry skazany był na porażkę. Nie mógł, nie chciał wciągać w to Harriett, po raz pierwszy postępując odpowiedzialnie. Nie zasłużyła na to, by zostać zepchniętą do roli opiekunki, wrażliwego anioła, wyciągającego po raz kolejny dłoń, by w odpowiedzi otrzymać jeszcze więcej złości i brudu. Widział to teraz zatrważająco jasno, jakby bolesny zjazd oczyścił go nie tylko z sił życiowych ale i z zakłamujących soczewek, odsłaniających obraz ich relacji. Destrukcyjnej. Głównie dla niej. W tym stanie zawieszenia nie mógł jednak okazać jej współczucia, sam zbyt głęboko pogrążony w rozpaczy i nadchodzącym coraz szybciej widmie końca. Jedyne, co mógł jej teraz podarować, to swoje odejście. Już na dobre. By nigdy więcej nie wejść do jej życia z brudnymi butami, brukając każdy element, jaki zdołała zbudować na własnym szczęściu.
Już nie miał do niej żadnych, nawet urojonych praw. Poddawał się i nawet wizja Harriett, wracającej do ciepłej sypialni, by położyć się na wielkim łóżku i wtulić w męskie ciało, gwarantujące bezpieczeństwo, nie wywoływała w nim chęci mordu. Raczej żalu, bezgranicznego żalu, na kilka sekund przesłaniającego nawet ból złamanego serca.
- Przepraszam, Hatsy - powtórzył tylko, już bez żadnych żenujących prób przekonania samego siebie, że chodziło tylko o zniszczenie oranżerii. Pozwolił sobie na jeszcze sekundę słabości, wyobrażeń, że chwyta tą drobną dłoń i tym samym kradnie dla siebie jeszcze trochę jej bliskości, opieki i spokoju, ale...nie mógł jej tak ranić. Nie po raz kolejny, nie, kiedy sam wiedział, że jest dla niej ciężarem, przekleństwem przeszłości, widmem, pojawiającym się tylko po to, by ze złośliwą radością kopnąć mozolnie ułożone fundamenty nowego życia.
Otworzył usta, by powiedzieć coś jeszcze - odkupię ci drzewka? masz kogoś, kto pomoże ci tu posprzątać? kocham cię? dziękuję za propozycję noclegu i naprawienia mojego zjebanego życia? naprawdę cię kocham? - ale równie szybko je zamknął i ponownie odwrócił się plecami, by odejść stąd raz na zawsze, zostawiając po sobie tylko rozsypane płatki kwiatów i plamy ciemnoczerwonej krwi.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Harriett Lovegood
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t1388-harriett-lovegood#11320 https://www.morsmordre.net/t1508-alfons#13822 https://www.morsmordre.net/t1428-veni-vidi-amavi#12332 https://www.morsmordre.net/f170-canterbury-honey-hill https://www.morsmordre.net/t1818-harriett-lovegood#23281
spadająca gwiazda, ponurak
27
Czysta
Wdowa
stars kiss my palms and whisper ‘take care my love,
all bright things must burn
0
18
12
5
0
0
10
0
Półwila
the show must go wrong

PisanieTemat: Re: Ogród zimowy   01.09.16 17:05

Może po prostu była przeklęta. Łudziła się bezpodstawnie, że i jej należy się szczęście, czerpała więc z niego pełnymi garściami, nie znając umiaru ani nie wiedząc, że jest to materia limitowana i dostępna dla niej jedynie na lichwiarsko oprocentowany kredyt; docierała do granicy, dotykała już samego dna beczki, która podobno miała go nie mieć, a wtedy przychodził czas na spłatę, na którą nie była gotowa - pojawiające się pod jej adresem nieszczęścia chodziły nie tyle parami, co całym stadem, bezlitośnie wypłukując słodycz wspomnień, które miały być wiecznie aktualną rzeczywistością, a nie powiewem zamierzchłej historii. Finezyjna klątwa wyjaśniałaby wiele, przy pomyślnych wiatrach może nawet śmierć tylu bliskich jej sercu osób. Może jej miłość w całej swojej szczerości i bezwarunkowości była toksyczna i zatruwała tych, na których zależało jej najbardziej, jednych szybciej, drugich wolniej, jak to z truciznami bywało, próg odporności był cechą osobniczą, lecz efekt finalny zawsze był ten sam. Powinna wiedzieć lepiej, przelane rośliny zamiast rozkwitać, obumierały; powinna wiedzieć lepiej jako pasjonatka zielarstwa, a mimo wszystko wciąż wolała przelać roślinę i jakże przewrotnie wmówić sobie, że niewdzięcznik nie potrafił prawdziwie docenić jej dobroci, niż wyrzucać sobie zaniedbanie, jakiego się dopuściła i bestialstwo, z jakim obserwowała powolne usychanie. Niektórych rzeczy po prostu nie potrafiła zrobić.
Zapomnienie o Benjaminie mieściło się właśnie w tej kategorii. Gdzieś w podświadomości wiedziała doskonale, że czasem lepiej się rozstać, uszanować granicę, odejść i ocalić chociażby to, co niegdyś było piękne. Szacunek. Godność. Odpychała od siebie tę wiedzę, nie wiedząc już sama czy bardziej boi się zmierzyć z nicością, jaka czekała ją po zatarciu najmocniejszego akcentu jej życia, czy chodziło o walkę z wiatrakami, trzymanie się sprawy straconej wbrew rozsądkowi z chęcią udowodnienia, że chłodne prawa rządzące wszechświatem zbudowane zostały na błędnych podstawach, a ona sama może zrobić różnicę, jeśli wystarczająco się postara. Wiedziała, że łatwiej (bezpieczniej? lepiej?) byłoby po prostu wypuścić linę, dookoła której kurczowo zaciskała palce, mimowolnie godząc się na rozoranie delikatnej skóry aż do krwi, lecz wciąż - to nie ból napawał ją przerażeniem, a wizja pustych rąk, pustych myśli, pustego serca.
Być może zniosłaby wszystko dzielniej; wpatrywałaby się w oddalającą się chwiejnym krokiem sylwetkę z ustami zapieczętowanymi milczeniem, pozwoliłaby Benowi ewakuować się bez rozpaczliwego wymuszania na nim jakichkolwiek dalszych reakcji, odprowadzając go spojrzeniem w końcu przejrzałaby na oczy i dostrzegła to, na co tyle lat próbowała pozostać ślepa - cokolwiek połączyło ich lata temu, już dawno umarło, a dalsze próby reanimacji były tylko i wyłącznie bezsensowną szamotaniną. Być może oszczędziłaby im żałości odczuwania więcej, niż się pragnie i konieczności werbalizowania tego, co wygodniej byłoby zachować dla siebie. Być może wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby wtedy nie zostało jej odebrane prawo głosu, gdyby wtedy pożegnali się należycie, ku satysfakcji obu stron, które następnie mogłyby zrzucić ze swoich ramion przykurzony, emocjonalny balast, rozpiąć do granic żagle własnej skóry i wypłynąć ze spalonego do ziemi portu, w którym nie czekało ich już nic dobrego.
Drgnęła niespokojnie, nie spodziewając się tego, że Wright faktycznie się zatrzyma, chociaż przecież nadzieją na to podyktowany był cały jej nagły zryw. Utkwiła w nim lazurowe tęczówki wyczekująco, lecz gdy zwrócił się z ociąganiem w jej kierunku, nim jeszcze otworzył usta, by wypowiedzieć słowa tak jej niemiłe, z jego ściągniętej emocjami twarzy wyczytała już wszystko - i momentalnie pożałowała tego, że w ogóle na nią spojrzał.
- Nie możesz wiecznie podejmować za mnie decyzji - odpowiedziała pospiesznie, nie potrafiąc i nie chcąc tak po prostu przyznać mu racji. Istniał przecież margines błędu, jakiś wąski pasek ziemi niczyjej wymykającej się ze schematów, nieuwzględnionej w okrutnych statystykach, sprowadzających wszystko do wartości numerycznych i pomijających całkowicie wszystkie czynniki ludzkie, które miały znaczenie. Gorycz zalała jej wychudzone ciało po raz kolejny na samo wspomnienie wyborów, w których powinna mieć swój udział, a które zostały podjęte z całkowitym jej pominięciem i wbrew jej woli, zupełnie jakby jej zdanie nie miało żadnego znaczenia - jakby ona nie miała żadnego znaczenia. Może nie miała, może pora najwyższa przestać się oszukiwać i po prostu w to uwierzyć. - Nie wiesz tego. Nikt nie może wiedzieć - zaprotestowała żałośnie, o ile szeptem protestować można. Płuca zapiekły ją boleśnie, niezdolne do zaczerpnięcia dostatecznej ilości tlenu. Ciepłe powietrze wciąż owiewało jej sylwetkę, teraz optycznie nawet jeszcze bardziej zmizerniałą i wątłą, lecz Lovegood miała wrażenie, że nurza się w lodowatym żużlu, a jej skóra zaczyna przypominać zmrożoną skorupę, z której już nigdy nie buchnie zdrowe ciepło. Benjamin nigdy nie był w stanie tego pojąć, jej gotowości do poświęcenia o wiele więcej niż inni, do przypisania mu wszelkich możliwych praw, o które nawet nie prosił, do zagrania va banque przy wybitnie kiepskim rozdaniu, do zejścia do Hadesu z pełną świadomością swoich działań, do rozgrzebywania popiołów w poszukiwaniu czegoś, na czym można by odbudować dawną świetność. - Przepraszam, że nie jestem tym, czego chciałeś - spomiędzy jej pobladłych warg wydobył się szept tak cichy, że gdyby tylko znajdowali się na świeżym powietrzu, wiatr porwałby każde ze słów. To już nie płuca ją piekły, a skręcająca się panicznie żywa tkanka ukryta gdzieś pomiędzy. Serce musiało jej krwawić w piersi. Spojrzała w dół i nie mogła pojąć, dlaczego cienki materiał nie został naznaczony szkarłatną plamą, dlaczego ten ból wydawał się tak prawdziwy. Otuliła się ramionami, jakby to miało ją uchronić przed rozleceniem się na milion drobnych kawałków i zacisnęła mocno palce, tym razem nie podejmując już żadnej próby ingerowania w plany Jaimiego. Nie była feniksem, nie mogła się bezustannie spalać.
Nie miała pojęcia jak długo po jego odejściu tkwiła w miejscu, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Jej klatka piersiowa wciąż falowała niespokojnie, gdy ruszyła w kierunku zdewastowanego krzewu herbacianego i roztłuczonych glinianych skorup w poszukiwaniu swojej różdżki, lecz gdy ją odnalazła, odcięła już od siebie wszystkie myśli, pozwalając swojemu ciału przejść w stan odrętwienia. Mechanicznie, bez zastanowienia wypowiadała kolejne inkantacje, by odwrócić skutki zniszczeń, a gdy szklana ściana oranżerii była na powrót jednolita i wszystkie rośliny ponownie znalazły się w donicach, ruszyła pozbawionym sprężystości krokiem do domu, by na próżno próbować zmyć z siebie brud najświeższych wspomnień.
Świt zastał ją ze spakowanymi walizkami.

| zt x 2




I'm just gonna keep callin' your name
until you come back home

Powrót do góry Go down
 

Ogród zimowy

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» Wiśniowy ogród
» Ogródek różany
» Ogród Królowej
» Rosarium (ogród różany)
» Bal Zimowy

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Pozostałe miejsca :: Canterbury, Honey Hill-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18