Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Korytarz
AutorWiadomość
Korytarz [odnośnik]30.03.15 23:59

Korytarz

Całe szczęście!, ten nadzwyczaj paskudny okres, podczas którego większość pomieszczeń była na tyle przepełniona pacjentami, że łóżka stawiano właśnie na korytarzach, już się skończył. Pozostały po nim jednak dosyć wyraźne ślady w postaci powycieranej gdzieniegdzie drewnianej podłogi, zarysowań i obdrapań na ścianach w miejscach, gdzie kończą się powierzchnie pomalowane farbą olejną, a zaczynają te pociągnięte tylko najzwyklejszą, białą farbą łuszczącą się pomiędzy drzwiami prowadzącymi do poszczególnych sal. Dźwięk kroków niesie się tutaj głośnym echem, a stukot wszelkiego rodzaju próbek, pojemniczków na maści czy eliksiry praktycznie nie milknie. Jeśli nie chcesz, by złapał Cię ból głowy, lepiej zwyczajnie jak najszybciej przenieś się w inne miejsce.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Korytarz Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Korytarz [odnośnik]21.07.15 15:38
Drzwi zgrzytnęły cicho, protestując pod naporem męskiej dłoni, a po chwili szczęknęły niewyraźnie, zamykając za sobą dostęp do jednej z sal. Opuścił ją wysoki mężczyzna odziany w szary płaszcz. Minę miał niewyraźną. Jasne czoło przecinała mu głęboka bruzda, a usta wyginały się w dość nieprzyjemnym dla oka grymasie. Zwrócenie na siebie jego uwagi było ostatnią rzeczą, na którą miałby ochotę postronny obserwator. Korytarz jednakże był zupełnie pusty, nikt nie zakłócał spokoju mężczyzny, dzięki czemu ten w spokoju mógł usiąść na twardej ławce znajdującej się nieopodal sali, którą zaledwie przed kilkoma sekundami opuścił. Tak też uczynił, opierając łokcie na kolanach i chowając twarz w dłonie naznaczone licznymi bladymi bliznami.
To zlecenie nie poszło zgodnie z planem, a jego finał zakończył się nie tam gdzie powinien, a mianowicie właśnie w Św. Mungu. Nott chcąc nie chcąc był częstym gościem szpitala - pacjentem na szczęście dla niego zdecydowanie rzadziej. Praca w Departamencie Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami, o ile nie siedziało się za biurkiem, dostarczała wielu wrażeń - zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Pech chciał, że dzisiaj Bastian do czynienia miał z tą drugą kategorią.
Pacjentem uzdrowicieli był młody czarodziej, początkujący łowca wilkołaków, nad którym powierzono Nottowi pieczę. Tak jak nigdy w życiu nie puściłby chłopaka samego w teren, jeśli chodziłoby o pracę z wilczym pomiotem, tak nie miał żadnych problemów z tym, gdy ktoś chciał go wykorzystać do tak zwanych sytuacjach kryzysowych. Do nich właśnie zaliczała się sytuacja, gdy brakowało pracowników do mniej ważnych, ale i mniej przyjemnych zadań. Takich jak chociażby dzisiejsze ścięcie agresywnego i niebezpiecznego hipogryfa. Niby praca niespecjalnie skomplikowana, lecz jak widać podopiecznego Bastiana pokonała, co w równym stopniu zmartwiło, jak i wkurzyło Notta. Nie mógł zrozumieć jak ktoś pragnący parać się jednym z najniebezpieczniejszych zawodów magicznego świata mógł spieprzyć tak banalne zlecenie. Co to o nim świadczyło? Pozostawało mieć nadzieję, że błąd wynikał wyłącznie z niedocenienia przeciwnika, którym wszak było duże i groźne magiczne stworzenie - innej możliwości blondyn nie chciał do siebie dopuszczać. Młodego po przebudzeniu, bo w chwili obecnej poddany został magicznej śpiączce, czekała niezbyt przyjemna konfrontacja ze starszym niezadowolonym z niego łowcą.
Westchnął głośno, uwalniając szczupłą twarz z objęć dłoni. Bladoniebieskie spojrzenie zawiesił na przeciwległej ścianie, bezmyślnie kontemplując (sic!) nieliczne widoczne na niej zabrudzenia. Czekał na uzdrowiciela, od którego chciał uzyskać kilka najistotniejszych odpowiedzi odnośnie zdrowia swojego podopiecznego. Wiedział, że jego życiu nic nie zagraża, lecz po spotkaniu z dziobem i szponami hipogryfa ciało chłopaka zamieniło się w dość krwawy strzęp. Wyglądało to makabrycznie, wizualnie ucierpiał okrutnie. I właśnie o to się Bastianowi rozchodziło... Niby jako łowca nie powinien szczególnie zwracać uwagi na wszelakie blizny, sam miał ich bowiem sporo, jednak jako osoba czuła na piękno świata oraz całkiem lubiąca chłopaka martwił się tym jak ten po wypadku będzie się prezentował. Żywił nadzieję, że uzdrowiciele wykażą się sztuką na najwyższym poziomie i zniwelują powstałe szkody. Dodatkowym motywem troski Notta zapewne było również to, że dzieciak pochodził z dość znanego rodu, który zapewne miałby pretensje właśnie do niego, Bastiana, gdyby ich syn choćby w najmniejszym stopniu pozostał okaleczony - aczkolwiek do tego Nott za żadne skarby by się głośno nie przyznał.
Bastian J. Nott
Zawód : Brygadzista
Wiek : 34 lata
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
"Jest on wzorem ideałów, jest legendą! Zbiorem cnót. Patrzy w dół i z piedestału widzi skarby u swych stóp.
Skoro tak nas pragną tratować głupio tego nie skosztować"
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
bitch, i fabulous
Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t589-bastian-j-nott#1557 http://morsmordre.forumpolish.com/t702-pan http://morsmordre.forumpolish.com/t700-bastian-j-nott?nid=11#2237 http://morsmordre.forumpolish.com/f162-queen-victoria-street-21 http://morsmordre.forumpolish.com/t965-bastian-j-nott
Re: Korytarz [odnośnik]21.07.15 20:01
Wiesz o czym myślę, Bastianie?
Spójrz na mnie, niegdyś wystarczyło jedno Twoje spojrzenie na me lico, byś bezbłędnie rozszyfrował co dzieje się w mojej głowie. Bywały chwile, gdy zastanawiałam się jak to robisz. Wzrokiem przebiegałeś od mojego wysokiego czoła, przez ściągnięte brwi, piwne oczy, a kąciki Twych ust już unosiły się do góry w tryumfalnym geście. Nigdy nie zwracałeś jednak uwagi na moje wargi, zapewne zdawałeś sobie sprawę, że akurat z nich nie wyczytasz nic. Zawsze wygięte były w wyuczonym uśmiechu, jedynym pasującym damie. Nawet wtedy, gdy jedwabną chusteczką starałam się dyskretnie otrzeć spływającą z nich strużkę krwi. Całe szczęście, dziś nie muszę już ukrywać fioletowych znaków na mej mlecznobiałej skórze, od ponad dekady nie czułam na sobie ciężkiej dłoni ojca. Wybacz, odbiegłam od tematu, nie dopuściłam Cię do słowa. Wiesz już, Bastianie? Wiesz już wszystko?
Wciąż mam na sobie żółto-zielony fartuch uzdrowicielki, choć przed kilkoma minutami skończyłam już dzisiejszą zmianę. Połowa etatu, na którą pozwoliłam sobie wbrew wszystkiemu, w co wierzę zdaje się jednocześnie mijać w mgnieniu oka i trwać całą wieczność. Przeglądam kartoteki i nawet nie patrzę pod nogi, krocząc korytarzem w swych niebotycznie wysokich szpilkach. Dobrze zauważyłeś, nie tym korytarzem, na którym winnam się znajdować. Moje królestwo sytuuje się kilka pięter wyżej, urazy pozaklęciowe to moje marzenie odkąd w pierwszej klasie po raz pierwszy trafiono Cię zaklęciem, a ja niczym wzorowa narzeczona próbowałam doprowadzić Cię do porządku. Wybacz, nie powinnam wracać do tego, wciąż denerwujesz się gdy pomyślisz o tym, że wyszłam za Harfiego, a nie za Ciebie. Zamilknę już, nim powiem zbyt dużo. Zdradzę Ci więc o czym myślę, byś mógł potwierdzić swoje przypuszczenia.
Myślę o swoich dzieciach. O Auguście, która zapewne zabarykadowała się w sypialni i z ekscytacją przegląda jeszcze pachnące nowością podręczniki do klasy pierwszej, zapomniawszy o całej reszcie świata. I o Algiem, który nerwowo przytyka już nos do szyby, wypatrując mojego przyjścia. Zapewne wciąż pociąga nosem i z żalem spogląda na rozbite kolano, niańka wysłała mi wiadomość, że przewrócił się i je rozbił, a teraz nie chce dać pochuchać na nie nikomu innemu. Moja kruszyna, przy której powinnam teraz być. Ale dostrzegłeś to, prawda? Wyrzuty sumienia, odbijające się w moich tęczówkach. Bo jestem samolubna, robiąc to, co kocham, zamiast zajmować się tym, co w mym życiu najważniejsze, dziećmi. Zaniosę jeszcze kartoteki na Urazy magizoologiczne i wreszcie zrzucę fartuch, swoją drugą skórę.
Ale wtedy właśnie dostrzegam Ciebie. Nie potrafię powstrzymać uśmiechu, nie potrafię przejść obojętnie. Dłoń z przyzwyczajenia spoczywa na Twym ramieniu, jak zawsze dodając Ci otuchy.
- Bastian - uśmiecham się, uśmiecham się szeroko. Naprawdę się cieszę, że Cię widzę. Po chwili jednak brwi marszczą się, a ja zaczynam się martwić. - Wszystko w porządku? Co tu robisz? - pytam przejęta i nawet nie staram się ukryć, że przyglądam Ci się z każdej strony, szukając blizny, której jeszcze nie widziałam. Wciąż łudzę się, że gdyby coś się stało, jak zawsze przyszedłbyś do mnie. Nie potrafię oddać Cię w inne ręce.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Korytarz [odnośnik]21.07.15 23:59
Dźwięk obcasa uderzającego o szpitalną posadzkę nadszedł z zupełnie innej strony, niżby się spodziewał. Bladobłękitne spojrzenie ześlizgnęło się ze ściany, mknąc na spotkanie intruza, z którym to zderzyło się gwałtownie. Wyprostował się, otwierając szerzej oczy. Pierwsza fala ciepła rozlała się po pobladłej chwilowo twarzy mężczyzny nadając jej lekko różowawej barwy. Myśli skotłowały się, tworząc bliżej nieokreślone uczucia... Mieszankę zaskoczenia, radości, zażenowania i pustki. Oraz złości. Złości na samego siebie - na to jak reaguje za każdym razem, gdy tylko dostrzeże ją choćby z oddali. Będąc w towarzystwie najczęściej ograniczał się, więc do sztywnego skinięcia głową w jej stronę i odwrócenia się plecami, byle tylko nie muskać jej postaci czułymi pełnymi pragnienia spojrzeniami. Była jedną z największych i najstaranniej skrywanych słabości Notta, uciekał więc przed nią, gdy tylko wyczuwał, iż arystokratyczne ogary mogłyby zwęszyć zapach jego uczucia do jasnowłosej czarownicy.
Nie chciała tego, lecz stała się również jego największą porażką. Zrujnowała to co ich łączyło, zdeptała wspólną przyszłość, którą zapisano im już w czasach maleńkości. Na strzępy rozerwała chłopięce jeszcze serce, nie pozostawiając po nim śladu. Uczyniła z niego pośmiewisko, wepchnęła w objęcia jednego z największych skandali w ich stuleciu. A później wyciągnęła w jego stronę swą delikatną dłoń pragnąc załagodzić to wszystko i przegnać w niepamięć złe chwile, odbudować relację, z której zostały tylko zgliszcza wyrzutów, złości i urażonej dumy. Uległ. Jak zawsze gdy tylko Callidora zwracała się do niego z jakąkolwiek prośbą. Co z tego, że po wielu latach milczenia? Nie mógł być tym, który raniłby ją, mimo iż ona sama zadała mu cios o wiele silniejszy niż chciałby to przyznać nawet przed samym sobą.
Nieznaczny uśmiech zagościł na wargach Notta, gdy uświadomił sobie, że kobieta jeszcze go nie dostrzegła. Wpatrzona była w trzymane przez siebie kartoteki, a żółto-zielony fartuch uzdrowicielki wyraźnie odcinał się od jej mlecznobiałej skóry. Stuk, stuk. Z każdym uderzeniem obcasa była bliżej niego, coraz mocniej zaznaczała się jej obecność. Jeszcze chwila i uniesie spojrzenie, dostrzegając go na swojej drodze. Wiedział co dojrzy na jej twarzy, oczami wyobraźni widział uśmiech, który na niej wykwitnie niczym najpiękniejszy (cóż za banalne porównanie, Bastianie, zupełnie nie przystające znawcy sztuki) kwiat.
Cierpliwość Notta tym razem nie została wystawiona na próbę; Callidora pokonała dzielącą ich odległość znacznie szybciej, niżby się tego spodziewał. Z przyjemnością obserwował jak stąpa ku niemu z sobie tylko właściwą gracją, podziwiając ją w duchu za niezwykłą według niego umiejętność poruszania się w niebotycznie wysokich szpilkach.
Wstał, nie chcąc witać jej na siedząco. Była prawdziwą damą, córką dumnych Blacków. Nie wypadało, by miała stać nad spoczywającym mężczyzną. Godziłoby to we wszystko czego go nauczono, a także co sam odczuwał. Czując delikatny dotyk na swym ramieniu drgnął ledwo dostrzegalnie, łudząc się w duchu iż ona nie zauważy tego. Nareszcie spomiędzy warg kobiety pada jego imię. Tylko ona potrafiła wypowiadać je w ten szczególny sposób powodujący, że jego serce miękło, a silna wola uginała się niczym rozgrzany stop metalu. Blade oczy mężczyzny odnalazły piwne spojrzenie, odnotowały zaniepokojenie malujące się w tychże.
- Tak, wszystko w porządku. Nie masz powodu do troski, moja droga - uspokoił ją, chcąc jak najszybciej odgonić od niej niepewność. - Odwiedzam znajomego, wypadek przy pracy. To chyba nic szczególnie poważnego.
Przy ostatnich słowach wzruszył ramionami, sygnalizując tym samym, że nie jest to temat, który chciałby rozwijać. Marnowanie chwili, którą mu poświęcała dla kogoś innego wydawało mu świętokradztwem, na które nie chciał sobie pozwolić.
Jasno zdawał sobie sprawę z tego, jakie pytanie sprawiłoby kobiecie przyjemność. Byłoby ono również w dobrym guście jeśli chodziło o przestrzeganie norm kulturowych. Jemu nie sprawiało ono już wyraźnego niesmaku, choć był czas gdy nawet nie chciało ono przejść przez bastianową myśl.
- Co u Ciebie słuchać? Dawno się nie widzieliśmy. Jak dzieci? - tak, właśnie druga część była tą niegdyś niewygodną.
Doskonale pamiętał moment, w którym dowiedział się, że Callidora spodziewa się swojego pierwszego potomka - dziecka, które nigdy chociażby nie otrze się o nazwisko Nott. Zostawił wtedy Wyspę za sobą, udając się na Kontynent i rzucając się w wir pracy. Czy tęskniła za nim? Nie miał pojęcia. Nie chciał wiedzieć. Był młody, nie potrafił jeszcze poradzić sobie z wciąż świeżymi ranami.
Patrząc na jasnowłosą kobietę nie raz odczuwał wyrzuty sumienia. Była oddaną matką, dla której świat kręcił się osią wokół jej dzieci. Były dla niej najważniejsze, myślami co rusz odpływała w ich stronę z czego zdawał sobie sprawę. Gdyby mogła obdarować je gwiazdką z nieba na pewno by to uczyniła.
A Nott? Wyrodny ojciec ukrywający jedyną córkę przed światem, odwiedzający ją nie częściej niż dwa razy do roku. Czy Callidora gardziłaby nim gdyby fakt ten był jej znany? Był przekonany, że owszem. Dlatego też nigdy w towarzystwie kobiety nie poruszał tego tematu, nie dopuszczając jej do owego sekretu. Była jedną z tych niewielu osób, których zdanie się dla niego liczyło.
Nie mógłby ujrzeć w jej piwnych oczach rozczarowania jego osobą.
Bastian J. Nott
Zawód : Brygadzista
Wiek : 34 lata
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
"Jest on wzorem ideałów, jest legendą! Zbiorem cnót. Patrzy w dół i z piedestału widzi skarby u swych stóp.
Skoro tak nas pragną tratować głupio tego nie skosztować"
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
bitch, i fabulous
Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t589-bastian-j-nott#1557 http://morsmordre.forumpolish.com/t702-pan http://morsmordre.forumpolish.com/t700-bastian-j-nott?nid=11#2237 http://morsmordre.forumpolish.com/f162-queen-victoria-street-21 http://morsmordre.forumpolish.com/t965-bastian-j-nott
Re: Korytarz [odnośnik]22.07.15 22:58
Spójrz na mnie, Bastianie. Spójrz na mnie i powiedz, czy byłbyś w stanie uczynić mnie równie szczęśliwą. Przyjrzyj się błyszczącym oczom, wargom rozciągniętym w uśmiechu szczerym, a nie wyuczonym. Zajrzyj do mej głowy, która od lat nie doznała strapienia. Dostrzeż serce, które od dwóch dekad bije tylko dla Harfiego. Oszalałam, gdy miałam lat czternaście. Gdy niczym rycerz zaniósł mnie omdlewającą do skrzydła szpitalnego, gdy w deszczu stanowczo przyciągnął mnie do siebie, by na mych wargach złożyć pierwszy pocałunek. Tobie pierwszemu wyznałam swoje uczucia. Pełna wstydu, żalu i niepewności. Bałam się go pokochać. Bałam się uczucia, która mnie ogarnia. Bałam się być szczęśliwa. Wiem, że myślałeś, że to jedynie mój kaprys. Próba ucieczki przed tym, co zaplanowali dla mnie uczucie. Latami patrzyłeś przez palce na me młodzieńcze serce, przekonany, że rozsądek zwycięży. Że zostanę panią Nott. Nie walczyłeś o mnie, Bastianie. Pozwoliłeś mi rozkochać się w jego cieple, uzależnić od silnych ramion. Powiedz więc, sądzisz, że byłbyś w stanie uczynić mnie równie szczęśliwą? Nie myśl sobie, że nie rozważałam, co by było gdyby. Gdybym zamiast miłości wybrała powinność i rodzinę. Gdybym jak to zaplanowali nasi rodzice, stanęła z Tobą u ślubnego kobierca. Kocham Cię, Bastianie. Kocham jak przyjaciela, kocham jak brata, kocham jak towarzysza. Nie mogę rzec jednak, że kocham jak mężczyznę. Jesteś częścią mnie, osobą, którą pragnę mieć przy sobie na dobre i na złe, jednak nigdy nie zastanawiałam się, jak to będzie, gdy zlegniemy razem w cieniu alkowy. Nigdy nie czułam trzepotania motylich skrzydeł w brzuchu, gdy mnie dotykałeś. Byłabym szczęśliwa jako Twa małżonka. Wiem, że dbałbyś o mnie, może nawet pozostał mi wierny. Rodzina nigdy nie odwróciłaby się ode mnie, znajomi gratulowaliby udanego małżeństwa. Pokazywaliby nas razem na okładkach czasopism, wzdychali widząc nas razem na przyjęciach. Byłabym szczęśliwa, Bastianie. Urodziłabym Ci dzieci, została wzorową żoną, tkwiła w tym samym miejscu co teraz. Ale nie wiesz dobrze, że nie byłabym równie szczęśliwa. Posłuszna żona, posłuszna matka. Wciąż drżąca przed ciężką dłonią ojca. Wciąż pokorna wobec ich życzeń. Musiałam coś poświęcić, mój drogi. Rodzinę i przyjaciół lub własne serce. Egoistycznie, tak właśnie się zakochałam. Lecz nawet przy ślubnym kobiercu nie porzuciłam nadziei, że nie stracę Ciebie. Wybacz mi, błagam, bowiem ja nie potrafię wybaczyć samej sobie, że Cię zraniłam. Nigdy nie prosiłam o Twe serce, nie zdawałam sobie sprawy z Twych uczuć. Jesteś najlepszą częścią mnie, mym przyjacielem i druhem. To Ty wczołgiwałeś się wraz ze mną pod łóżko i trzymałeś za rękę, gdy mą mlecznobiałą skórę zdobiły fioletowe ślady. To Ty byłeś powiernikiem wszystkich sekretów. Znałeś każdą moją myśl. Zrozum wreszcie, jak ważny dla mnie jesteś. Minęła dekada odkąd na świecie pojawiła się moja córeczka, a ja wciąż walczę o Twoją przyjaźń. Bo jesteś dla mnie wszystkim, Bastianie. Niegdyś byliśmy jak Trzej Muszkieterwie. Ty, ja i Anthony. Jemu udało się mi wybaczyć. Muszę trzymać go z dala od mojego męża, nie ma chwili by nie wypomniał mi mojej decyzji, a jednak jest. A Ty? Nawet nie wiesz, ile bym dała by znów położyć się z Tobą na podłodze i wyznać mi wszystko, by zasnąć wiedząc, że nie żywisz urazy. Zraniłam Cię, naraziłam na pośmiewisko, ale zrobiłam to wszystko z miłości. Posłuchałam serca, nie rozumu. A teraz serce się kraja, patrząc na nasze zgliszcza. Na zgliszcza Bastiana i Callidory.
Nie przestanę walczyć, to mogę Ci obiecać. Dla mnie nic się nie zmieniło, me uczucia nie drgnęły nawet odrobinę. Wciąż jestem małą panienką Callie, a Ty paniczem Bastianem. Gdy przyjdziesz do mnie, załatam każdą ranę. W modlitwach proszę o Twoje dobro. Chociaż mnie nienawidzisz, ja nigdy nie odpuszczę. Będę przepraszać za wszystko, nawet wtedy twarz moja pokryje się zmarszczkami. Nie chciałam, Bastie, nie chciałam. Nie chciałam Cię zranić.
A teraz jesteś tu. Jesteś tu, mój największy wyrzucie sumienia. Ryso na moim idealnym życiu. Dzieli nas zaledwie metrów kilka, a ja pragnę jedynie wtulić się w Ciebie i jak dawniej opowiedzieć Ci o wszystkim. A jednak nie mogę. Dotyk delikatny, to jedyne co nam pozostało. Moje oczy widzą tylko Ciebie, choć nie zwróciłyby uwagi na to, czy siedzisz czy stoisz. Może jestem dumną córą Blacków, damą z krwi i kości, jednak teraz martwię się o Ciebie. Oboje wiemy, że szpital to nie miejsce, w którym pragnę Cię widzieć.
- Zawsze będę się troszczyć, Bastie - mówię łagodnie, nie wymagaj ode mnie spokoju. Zawsze i wszędzie, drżę o Twoje życie. Nie potrafiłabym powierzyć Cię w inne ręce, tylko ja zszywam Twoje rany. - Jesteś pewien? - nie odpuszczam tak łatwo, uparcie szukam nieznanych mi blizn. - Mogę zapytać o niego, jeśli chcesz - oferuję, jednak Ty nie wydajesz się zbyt przejęty stanem towarzysza. Nie nalegam więc, tęskniłam za Tobą mój drogi i chcę nacieszyć się choć tą krótką chwilą.
Nie musisz o to pytać, jeśli nie chcesz. Opowiem Ci o tysiącu innych rzeczy, lecz nie wspomnę tej jednej, najważniejszej. Wiem, co myślisz o moich dzieciach, wiem też, że nie chcesz o nich słuchać.
- Wciąż próbuję przyzwyczaić się do pracy - uśmiecham się przekornie. Niegdyś o niej marzyłam, dziś marzę nadal, jednak budzi we mnie wyrzuty sumienia. - Rosną jak na drożdżach, chciałabym, żebyś je poznał - to prawda najszczersza, której ukryć nie potrafię.
Tęskniłam, każdego dnia. Chciałam byś był przy mnie w najszczęśliwszym czasie mego życia. Ale musiałam pozwolić Ci odejść. Uraza okazała się silniejsza od tego, co nas łączyło. Jednak mimo wszystko, zdradzę ci kolejny sekret. Tęsknię nadal.
Nie potrafiłabym Tobą gardzić. Choć nie popieram Twojego zachowania, nigdy nie byłabym rozczarowana. Nie jesteś mną nie musisz być ojcem roku. Czy dla naszych dzieci byłbyś równie oschły? Czy uciekałbyś w pracę i zapominał o nas. Nie wiem, nie potrafię już odpowiedzieć na to pytanie. Jednak gdybym wiedziała o Twej córce, nie potępiłabym Cię. Starałabym się przemówić Ci do rozsądku, uświadomić, że dziecko nie jest winne niczemu. Że dziecko potrzebuje ojca. A Ty mój drogi, ojcem jesteś czy tego chcesz czy nie.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Korytarz [odnośnik]11.08.15 14:51
Wiedział, że była szczęśliwa. Musiałby być prawdziwym ślepcem, by tego nie dostrzec. Rozdzierało go to na dwie części; jedną cieszącą się jej szczęściem, na które w jego mniemaniu zasługiwała jak nikt inny oraz drugą, która żałowała, iż to nie on jest jego powodem. Chciałby głęboko wierzyć w to, że potrafiłby być dla niej takim mężem jakim był Longbottom, a nawet lepszym. Dla niego nie musiałaby rezygnować ze swojej rodziny, przed którą jednakże osłaniałaby ją jego osoba. Nigdy więcej mlecznobiałej skóry kobiety nie skalałby fioletowe sińce, na których widok w dzieciństwie drżał z bezsilności - do dziś doskonale pamięta ile razy rzucał przekleństwa na głowę jej ojca, nie mogąc zrobić nic więcej prócz tego. Pocieszał ją czułymi słowami, dotykiem delikatnej, jeszcze nie skalanej brutalnością i śmiercią, dłoni. Osuszał łzy i gorliwe obiecywał, że niedługo przerwie ten koszmar, którym było według niego życie w jej rodzinnym domu. Nie stało się tak, lecz o tym wszyscy aż za dobrze wiemy. Znalazł się ktoś inny na jej drodze, ktoś to potrafił wzbudzić w jej sercu więcej niż siostrzane uczucia. Harfang, tak do tej pory zdarza mu się wzdrygnąć słysząc to imię, wyciągnął do niej dłoń ze swym sercem, tym samym odbierając ją Nottowi. Mało brakowało, a na zawsze. Czasami, najczęściej w długie i samotne wieczory, zastanawiał się, jakby potoczyło się ich życie, gdyby te dwadzieścia lat temu nie przymknął oka na kontakty Callidory z Gryfonem. Czy coś by to zmieniło? Najczęściej na tej kwestii kończył swoje rozważania, nie chcąc w myślach katować swojego czternastoletniego ja. Był tylko dzieckiem, nie potrafił myśleć przyszłościowo. Nie znał przy tym jeszcze tak dobrze kobieco-męskiej natury. Wiedział jedno. Mianowicie iż teraz nie popełniłby tego samego błędu. Na pewno nie byłby również tą samą osobą, która stała przed Callidorą. Ale czy i ona pozostałaby przez te wszystkie lata małżeństwa z nim tą dziewczyną, której oddał serce? Nie mógł tego wiedzieć - nikt nie mógł. Odpuścił więc sobie gdybania na te temat już dawno temu, zagrzebując swoje nadzieje i zranione uczucia. Pozwolił by ruszyli dalej. Jako przyjaciele. Nie do końca to wszystko jeszcze spójnie ze sobą działało, jednak wierzył, że z czasem uda im się dopracować wzajemne relacje.
Czy to przez zdarzenia z przeszłości stał się tym zaborczym człowiekiem? Mężczyzną, w którym irytacja rodziła się za każdym razem, gdy tylko jego narzeczona poświęcała zbyt wielką uwagę komuś innemu? Zapewne. Była to słabość, do której nigdy by się nie przyznał. Niepewność zasadzona przed laty kiełkowała w nim, aż wyrosła całkiem okazale. Evelyn, a także każda inna kobieta w jego życiu, była przyrównywana do Callidory. Robił to podświadomie, a łapiąc się na tym odczuwał wyłącznie złość na samego siebie. Wiedział, że to nieuczciwe w stosunku do panny Burke, jednak nie potrafił na to nic poradzić. Pozostawało mu nie pokazywać tego po sobie, nie dawać jej do zrozumienia, że jego myśli wciąż zaprząta inna. Chociaż czy siostra Anthony'ego przejęłaby się tym w jakikolwiek sposób? Szczerze nie miał pojęcia. Kiedyś zapewne potrafiłby odpowiedzieć na to pytanie, lecz od czasu ich zaręczyn - o ironio! - pod groźbą cruciatusa nie udzieliłby satysfakcjonującej odpowiedzi. Oddalili się od siebie, zamiast zbliżyć. Uśmiechnąłby się zgryźliwie, gdyby miał porównać uczucia Callie do jej wybranka i swoje do Evelyn.
Zamiast tego rozciągnął usta w uśmiechu pełnym ciepła, przeznaczonym dla tak niewielu. Pokręcił przy tym głową, słysząc jej słowa. Podświadomie wiedział, że je wypowie.
- Nie trzeba, naprawdę. Nie kłopocz się - łagodnie odrzucił jej propozycję, stwierdzając w duchu, że jest beznadziejnym mentorem. Egoistycznie pragnął by jej uwaga, chociaż przez chwilę, skupiła się wyłącznie na nim. Czy to źle? Możliwe.
Przechylił głowę na prawe ramię, uważnie słuchając jej słów. Wróciła więc do pracy na stałe? Dla niego znaczy to ni mniej ni więcej, iż będą się spotykać częściej. Gościem w Mungu był bowiem znanym.
Nawet na wzmiankę - sam przecież pytał! - o dzieciach Longbottoma uśmiech nie schodzi z warg Bastiana. Chciałaby aby je poznał? Może kiedyś, mając dodatkowo obok siebie Anthony'ego będącego chrzestnym młodszej latorośli Callie. Ach, doskonale pamiętał jakaż kłótnia między nimi, dwoma bratnimi duszami, wybuchała z tego powodu. Ileż to lat minęło, pięć?
- Tak, najwyższy to czas - skinął głową, marszcząc przy tym jasną brew. - Może nawet przed moim ślubem? Żenię się w listopadzie, Callie.
Czy na ostatnie słowa głos mu nieco zadrżał? Nie, to chyba zwykłe przesłyszenie. Nie wydaje się bowiem zdenerwowany, choć może być to zwykła gra pozorów. Zdaje się nawet odprężony, nie wie jeszcze co czeka go w ciągu kilku najbliższych dni. W tym także spotkanie z dawno nie widzianą pierworodną, dla której nigdy nie był ojcem jakim być powinien. Czy gdyby szczerze kochał jej matkę obdarzyłby ją większymi względami? Zapewne.
Bastian J. Nott
Zawód : Brygadzista
Wiek : 34 lata
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
"Jest on wzorem ideałów, jest legendą! Zbiorem cnót. Patrzy w dół i z piedestału widzi skarby u swych stóp.
Skoro tak nas pragną tratować głupio tego nie skosztować"
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
bitch, i fabulous
Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t589-bastian-j-nott#1557 http://morsmordre.forumpolish.com/t702-pan http://morsmordre.forumpolish.com/t700-bastian-j-nott?nid=11#2237 http://morsmordre.forumpolish.com/f162-queen-victoria-street-21 http://morsmordre.forumpolish.com/t965-bastian-j-nott
Re: Korytarz [odnośnik]22.08.15 11:24
Byłeś moim pierwszym przyjacielem. Pamiętasz, jak wczołgiwaliśmy się pod Twoje łóżko, gdzie w ciszy pokazywałam Ci wszystkie zadane przez ojca siniaki? Oglądałeś je uważnie, wargi zaciskałeś w wąską linię, a potem łapałeś mnie za rękę i obiecywałeś, że już nigdy więcej nie pozwolisz mu tego zrobić, choć oboje wiedzieliśmy, że nie masz takiej mocy. Uwielbiałam spędzać z Tobą wakacje. Godzinami mogliśmy bawić się we trójkę - ty, ja i Anthony, przez chwilę mogłam uwolnić myśli od tego, co działo się w moim domu. Nie było takiego sekretu, którym bym się z Tobą nie podzieliła, nie było myśli, której byś nie znał. Chcę, byś zrozumiał, Bastianie. Charis tak mocno nie chciała wychodzić za mąż za tego, którego przeznaczyli jej rodzice, ale ja od samego początku polubiłam tą myśl. Że będę kiedyś panią Nott, że nikt więcej nie podniesie na mnie ręki. Oboje dobrze wiemy, że gdyby tamtego dnia Longbottom nie pocałował mnie, teraz byłabym Twoją żoną. Moje dzieci były by również Twoimi dziećmi, a my przynajmniej nie patrzylibyśmy na siebie jak na obcych. Nie potrafię Cię przepraszać za to, że go pokochałam. Nie potrafię przepraszać za to, że nie jestem już tą samą dziewczyną co wcześniej. Małżeństwo mnie zmieniło, widzę to sama, jednak wcale nie żałuję. Złagodniałam, Bastianie. Złagodniały również moje poglądy. Choć wciąż nie potrafię się do tego przekonać, u boku Harfiego spędzam czas ze zdrajcami krwi. Pozwalam wpajać naszym dzieciom jego zasady, bo nie chcę wychowywać ich tak, jak moi rodzice. Rozpieszczane i kochane do granic możliwości, uczone szacunku i tolerancji zapewne trafią do Gryffindoru, jak ich ojciec, a moja rodzina zacznie kolejną tyradę, jak to możliwe, skoro w ich żyłach płynie szlachetna krew Blacków.
Chcę, żebyś był szczęśliwy, Bastie. Życzę Ci tylko tego, byś wreszcie znalazł kobietę, która skradnie Twoje serce tak samo, jak Harfang skradł moje. Życzę Ci, byś zakochał się do szaleństwa i zapomniał o wszystkim. Życzę, byś nigdy nie przyrównywał jej do mnie. Może trochę mam nadzieję, że to moja kuzynka zapewni Ci szczęśliwe zakończenie, ale nawet ja nie potrafię być tak naiwna. Nie wiem, jak wyglądają wasze relacje, nie wiem co czai się w Twojej głowie i sercu. Najchętniej położyłabym się obok, wczołgała się pod łóżko i pozwoliła słowom płynąć z Twych ust. Myślisz, że to jeszcze możliwe, Bastie. Myślisz, że kiedyś uda nam się odbudować to, co było?
- To naprawdę żaden kłopot - dobrze wiesz, że dla Ciebie zrobiłabym wszystko. Wystarczy jedno Twoje słowo, a rzucę wszystko i przybiegnę. Byłeś mi najbliższy odkąd tylko pamiętam i chcę, byś był nadal. Jedno słowo, Bastian. Jedno słowo, dwa właściwie, których zabrakło przed laty, gdy wbrew rozsądkowi oddałam serce Longbottomowi. Wtedy mogłeś mnie powstrzymać, zmienić bieg historii. Chyba nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak ważną rolę w mym życiu odgrywasz. Tym bardziej boli mnie, że nie chcesz już być jego częścią. Że uciekasz ode mnie, odsuwasz się z każdym dniem. Wiem, że Cię zraniłam. Zraniłam, ośmieszyłam w oczach innych. Ale zrobiłam to z miłości. I chociaż nigdy nie będę żałować Harfanga, to żałuję tego, co zrobiłam Tobie.
Naprawdę chcę, byś dalej był częścią mojego życia. Chcę widzieć Cię z moimi dziećmi, chcę byś przychodził do nas w niedzielę na obiad i jak Anthony psioczył na mojego męża, bo nawet nie oczekuję, że kiedykolwiek pogodzicie się z tym, że wyszłam za Longbottoma. Tony uwielbia moje maluchy, zwłaszcza Algiego, który jest jego chrześniakiem. I wiesz mi na słowo, że nie tylko wy toczyliście boje na ten temat.
- Brakuje mi Ciebie, Bastie - mówię o wiele ciszej, podświadomie sięgam po Twoją dłoń. Nie chcę się tego wstydzić, Bastian. Wiem, że nasze życia potoczyły się nie do końca tak, jak się tego spodziewaliśmy, ale nie zostawiaj mnie. - Wiem, naprawdę cieszę się z Twojego szczęścia. Evelyn naprawdę do Ciebie pasuje - posyłam Ci szczery uśmiech i zaciskam mocniej palce na Twojej dłoni. Choć nie przyznam tego szczerze, czuję się z tym dość nieswojo. Choć od ponad piętnastu lat jestem żoną Harfiego, wciąż pamiętam to, co wpajano mi do głowy od najmłodszych lat - że kiedyś zostanę panią Nott. I dziwnie czuję się na myśl, że moja kuzynka zajmie to miejsce.
Nie każ dziecka za to, że nie kochasz jej matki. To Twoja córka, Twoja krew i Twoje geny. Niczym nie zawiniła, by ojciec nie obdarzał jej uwagą. Wiem, że to dla Ciebie trudne, ale pomyśl o niej. Stawiasz ją w takiej samej sytuacji, w jakiej ja byłam przed laty. Z rodzicami, którzy nie troszczą się o nią.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Korytarz [odnośnik]05.01.16 20:27
Śnił jej się hipogryf.
Miał piękne, rozpostarte skrzydła, których majestat opierał się każdemu powiewowi wiatru. Targane siłą powietrza pióra, drgały delikatnie za każdym razem, tworząc kompozycję złożoną z różnych odcieni szarości. W głowie miała tylko jeden wyraz. Piękny. W niemym zachwycie skinęła głową, licząc, że stworzenie odwzajemni uczyniony przez nią gest, pozwalając na wyciągnięcie w jego kierunku dłoni. Na choćby muśnięcie, zetknięcie opuszkami palców, aby przekonać się, że na pewno jest prawdziwy.
Znowu się rozmarzyła.
Karcąc się w myślach, ruszyła pędem przez korytarz. Dzień złudnie podobny do poprzedniego, mnóstwo chodzenia, pacjenci, mniej lub groźne przypadki; masa zadań, spełniania obowiązków... Wszystkiego. Westchnęła cicho, stawiając niemal machinalnie kroki. Głuchy dźwięk rozchodził się wzdłuż ścian poprzecinanych rzędem drzwi prowadzących na różne sale. Nie obarczała ich wzrokiem, nie zastanawiała się, po prostu krążąc z miejsca na miejsce. Nie słyszała rozmów, nie rejestrowała szeptów, była obojętna na brzęczenie fiolek, na odrywające się gdzieniegdzie strzępy farby, zwisające blade pasma, które odsłaniały pod sobą resztę struktur. Inni ludzie migali jej jak zarysowane widma, w końcu nie do nich szła, nie interesowała się nimi, miała zrobić coś zupełnie innego. Nie czuła się jednak zmęczona. Nie miała nawet okazji, by się zatrzymać i stwierdzić, że chętnie wróciłaby do domu. Wszystko w porządku, ale odrobina odpoczynku by jej nie zaszkodziła - lub przynajmniej taką kierowała się opinią. Nie zauważyła nawet kolejnej mijanej osoby, na którą niewiele brakowało, a właśnie by wpadła. Początkowo nieświadoma, wyłącznie zatrzymała się, mierząc niewzruszenie znajomą sylwetkę. Jakby właśnie się obudziła, lecz nie była jeszcze wszystkiego świadoma. Musiała przyznać, że z niewzruszeniem było jej do twarzy. I przez te lata stało się najlepszym, na co mogła sobie pozwolić.
- Och - urwała nagle, szukając odpowiedniej myśli. Już miała go ominąć, rzucając po drodze jakieś pozdrowienie. Coś jednak ją tknęło, by zapytać:  - Szukasz kogoś?
Gość
Anonymous
Gość
Re: Korytarz [odnośnik]06.01.16 0:32
Miał chwilę wolnego. Jakże dziwnym było to zjawiskiem w tej pracy! Widocznie tego dnia zdarzyło się mniej magicznych bójek, mniej nieroztropnych użyć czarów i innych głupot dostarczających mu roboty. Dostał przerwę i choć czasami twierdził, że przerwy nie są mu wcale potrzebne (z wyjątkiem tych na sen), to tym razem z ulgą i zadowoleniem przyjął wieść o niej. Miał bowiem sprawę. Poważną sprawę. Sprawę na wagę życia i śmierci. Mimo ograniczonego czasu, korytarze przemierzał powoli, w tradycyjnym lekarskim wdzianku i wetkniętym w kieszeń piórem. Pod jego oczami standardowo mieściły się znane już wszystkim sińce. Znany ze swojego pracoholizmu wędrował z nimi niemalże przez większość czasu odkąd rozpoczął pracę w Mungu. Niektórzy nawet żartobliwie stwierdzali, że było mu w nich do twarzy. A może po prostu nie pamiętali go bez nich? Zazwyczaj nawet jeśli brał wolne, to było ono zbyt krótkie, by odpocząć całkowicie od tej góry pracy, którą celowo brał na siebie. Zresztą nieważne! Znów odbiegłam od tematu! A korytarz sam się nie przejdzie, prawda?
Tak więc Bennett maszerował korytarzem. Korytarzem pełnym ludzi: pacjentów, pielęgniarek, lekarzy, osób towarzyszących pacjentom. Dookoła roznosił się charakterystyczny dla tego miejsca gwar, któremu towarzyszyła charakterystyczna szpitalna woń, na którą Bennett i inni lekarze byli już zobojętnieni. Nie słyszał stukotu własnych butów, choć być może nie było to wcale zasługą hałasu, a faktu, że wcale się temu nie przysłuchiwał? Wzrok oczu o jasnych tęczówkach wędrował dookoła, wyraźnie czegoś wypatrując. Szukał czegoś, a może kogoś? Kto wie. To wiedział tylko i wyłącznie on. Przemierzał korytarze w daremnych poszukiwaniach, aż ów osoba sama wpadła na niego. Cóż za cudowne zrządzenie losu!
Widząc Zoe początkowo spojrzał na nią zaskoczony, by wyraz ten stopniowo ustąpił wpełzającemu na jego twarz uśmiechowi.
- Owszem, Ciebie. - odparł pogodnie. Człowiek bez zmartwień, widzący świat przez różowe okulary! Często właśnie takie sprawiał wrażenie. Jak dobrze, że inni nie potrafili zajrzeć do jego wnętrza, które aż burzyło się i paliło, o czym przypominał sobie zawsze, gdy miał zbyt dużo wolnego czasu. - Szukałem Ciebie, bo wiem, że się na tym znasz - zaczął, gdy stanęli w mniej hałaśliwym miejscu. W takim, gdzie nie musieli podnosić głosu, by się słyszeć. - Wiesz co... Sulla chyba jest chora. Początkowo myślałem, że się na mnie obraziła, bo nie przylatywała za mną do szpitala, ale niedawno przestała też jeść więc myślę, że coś jej jest - wyjaśnił. I co? Nic ponadto! Nie powiedział nic więcej, a jedynie zmierzwił swoje lekko przydługie już włosy, z którymi niedługo powinien zrobić porządek. Był lekarzem, a wszystko wskazywało na to, że jako pacjent byłby okropny. Sam wymagał od osób, które do niego przychodziły dokładnego opisu ich dolegliwości i często irytował się, gdy musiał zadawać głupie pytania, a gdy przychodziło co do czego, sam nie był lepszy.



There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope
Alan Bennett
Zawód : Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t4011-skrytka-bankowa-nr-373 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Re: Korytarz [odnośnik]06.01.16 14:17
Obojętność była najlepszym lekarstwem. Oczyszczała ją, zsyłała upragniony spokój, gwarantowała pozorny brak uczuć, który zakorzeniał się wraz z rzucanym na twarz spojrzeniem. Nie potrafiła jednak sobie nie wytknąć, że za każdym razem, gdy patrzyła na te jego rysy, w których mogła zanurzać się, tonąć, odkrywać po raz kolejny i kolejny - zawsze na języku odczuwała niesmak. Przecież to powinno minąć. Tak jak mija wszystko, jak ludzie zdrowieją po chorobie, jak dzień po dniu, jak czas, który przemyka nieustannie, odliczając na naszych oczach kolejne sekundy. A ona miała przecież doskonały plan na życie. Nie było go tam. Nigdy nie było, nie istniał. 
Znajdował się tylko gdzieś obok. 
Z uniesionym wzrokiem, posłała mężczyźnie badawcze spojrzenie. Początkowo sądziła, że to żart - ha, ha, ha, bardzo dobre, pośmialiśmy się i możemy ruszyć we własnym kierunku. Do czego niby była mu potrzebna? Zdradzieckie serce jednak zabiło mocniej, choć było wiadome, że nie chodzi mu o nic szczególnego. Nie była głupia. Do Ravenclawu nie uczęszczały głupie osoby, tak wielokrotnie sobie powtarzała. Nadal zmęczona, znużona, postąpiła o kilka kroków do przodu. Walczyła ze sobą, bo z jednej strony była pewna, że ta rozmowa absolutnie n i c nie odmieni. A z drugiej, idiotyczna niepewność tego, co nastąpi, nadal chciała narzucić wrażenie jednej wielkiej niewiadomej. Wzdrygała się na te słowa wewnętrznego szeptu, który cały czas roznosił się gdzieś delikatnie, zaznaczając swój kształt pośród innych myśli. 
Odeszli od najbardziej zatłoczonego miejsca, gdzie nieustanne dźwięki wydawały się odrobinę bardziej znośne. Szczerze powiedziawszy, zdążyła już do nich przywyknąć. Ciągły hałas stawał się tutaj nieodzownym towarzyszem.  
- Jasne. No więc? - zapytała, nadal nie pozwalając słowom na przelanie obecnych wewnątrz niej uczuć. Wysłuchała go; i im bardziej słuchała, tym jej wyraz twarzy ciągle się zmieniał. Od początkowego zainteresowania, skończywszy na zdziwieniu, zmieszanym z ledwo zauważalną ironią. Odgarnęła niesforne kosmki włosów, które drażniły ją, jeżdżąc delikatnie po skórze. - Na Merlina, Alanie, ja leczę ludzi. Nie zwierzęta - niemal wymamrotała, nie sprawiając wrażenia zadowolonej. Chwilę potem jednak, jej wyraz złagodniał. Owszem, to była prawda. Zajmowała się zwierzętami. Ale czemu przyszedł do niej, czy... W ogóle wiedział? Przecież się nie znali. Nie była dla niego nikim szczególnym, wyłącznie znajomą z pracy. Na typowe dzień dobry, do widzenia i inne formalności. Trochę się pogubiła, choć nie miała zamiaru odpuścić. - Niech będzie. Mogę ją obejrzeć. Tylko daj mi skończyć pracę, bo nie chce mi się zostawać po godzinach. - Wzruszyła lekko ramionami, by potem na nowo skupić na nim swoją uwagę. - Kiedy, gdzie, jak? - Konkretne pytania. W końcu nie było o czym innym rozmawiać.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Korytarz [odnośnik]06.01.16 15:59
Początkowo odniósł wrażenie, że nie była zadowolona z jego pojawienia się. Podpowiedziało mu to coś w jej spojrzeniu lub w wyrazie twarzy. Było to jednak uczucie na tyle krótkie i ulotne, że szybko oddaliło się, nie pozostawiając po sobie nawet śladu. Miał do niej sprawę. Przyszedł do niej ze swego rodzaju misją, której nie mógł porzucić. Zwłaszcza, że chodziło o jego Sullę. Często złośliwą, ale na dobrą sprawę nadal kochaną i uroczą sowę, do której był niezwykle przywiązany. Biedna siedziała teraz zapewne gdzieś, nie ruszając się przez kilka godzin, jak to ostatnio u niej wyglądało. To nie było normalne. Zawsze była ruchliwym, żywym ptaszyskiem, które ciężko było mu od siebie odgonić. Ona również była do niego przywiązana do tego stopnia, że przylatywała za nim do szpitala i potrafiła przesiedzieć na jego ramieniu dobrych kilka godzin, nim zadowolona leciała z powrotem do domu. Choć często się o to złościł (mimo, że wszyscy już się do tego przyzwyczaili), teraz mu tego dziwnie brakowało. Ale przede wszystkim martwił się o nią.
Kiedy zastanawiał się co zrobić z Sullą i jak jej pomóc, nie wiedząc czemu to właśnie Zoe przyszła mu pierwsza na myśl. Dlatego niewiele myśląc pognał do niej na pierwszej przerwie gdy wiedział, że ona także ma dyżur. Był pewien, że zjawił się u odpowiedniej osoby, więc wyjaśnił o co chodzi i... początkowo patrzył na nią wręcz ogłupiały, kiedy wyjaśniła mu, że nie zajmuje się zwierzętami. Dopiero po chwili wszystko spadło na niego jak grom z jasnego nieba. Alan Ty idioto... Ona jest przecież lekarzem, a nie weterynarzem! Kiedy zdał sobie z tego sprawę poczuł, że się wygłupił. Ale nie wiedząc czemu zaczął się z tego po prostu śmiać.
- No tak. No tak... - mruknął rozbawiony, kiwając głową. Potrzebował chwilkę, by się uspokoić. - Ale pomyślałem sobie, że przecież Ty chyba lubisz zwierzęta to może się na tym znasz. - Dodał w końcu, przyglądając jej się pytająco. Pamiętał ją jeszcze jako młodą dziewczynę z Ravenclaw'u, którą obronił przed grupką innych uczniów. Za młodu był łobuzem, ale często też bronił innych. Dziewczyna mogła nie zdawać sobie z tego sprawy, ale potem przyglądał się jej z daleka, przez jakiś czas pilnując, czy nikt znów nie chce jej dokuczyć. Był niczym duch, anioł stróż. To wtedy zauważył, że najwyraźniej Zoe lubi zwierzęta. A potem, kiedy uznał, że nikt już jej nie dręczy, przestał ją obserwować.
- Mogę ją przynieść tutaj lub gdziekolwiek zechcesz, bądź zaprosić Cię do siebie. Ja już zrobiłem kilka dyżurów, więc mogę chyba wyjść w każdej chwili - wyjaśnił. Podrapał się po tyle głowy. - A Ty? Za ile kończysz?
Alan Bennett
Zawód : Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t4011-skrytka-bankowa-nr-373 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Re: Korytarz [odnośnik]07.01.16 20:52
Mogłaś zaprzeczyć, głupia.
Cichy głos odezwał się, lekko lecz wyraźnie pobrzmiewając na tle innych myśli. Ten dziwny rodzaj nadziei był rzeczywiście idiotyczny, musiała sama przed sobą przyznać. Ale nie mogła przejść obojętnie obok faktu poszkodowanego zwierzęcia, któremu mogła bez większych problemów pomóc. Nawet, jeśli to zwierzę było jego własnością. Czemu tak myślała? Przecież nie żywiła już żadnych uczuć. To minęło, minęło wtedy, gdy opuścił Hogwart. Rozproszyło się, uleciało w nieznane. Ktoś pewnie na nią czekał, prędzej czy później. Ale on nie był tym kimś, cały czas powtarzała sobie uporczywie, mieląc na drobne części, wymawiając machinalnie jak wyuczoną na pamięć regułkę.
On zapewne nawet tego nie pamięta.
Spuściła na moment wzrok, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Jakby rozważała coś skomplikowanego, powoli układając mącącą w głowie zawiłość myśli.
- Pomyślałeś - zaczęła powoli, lecz jej głos za każdym razem zarysowywał w sobie pewność. Obdarzyła go ponownie spojrzeniem; nie, nie bała się go, bała się wyłącznie tej dziwnej chmary uczuć. Sama była neutralna. Taka była. Znajomą z pracy.
- Poniekąd dobrze - przyznała ciszej, jednak przy tym nadal wyraźnie.
Wielkie wydarzenie. Pomóc sowie, przecież to nic takiego. Niezbyt rozumiała, dlaczego tak bardzo z tym wszystkim wybiega. Musiała uporządkować się. Na nowo, po raz kolejny. Gdyby wiedział, jakie zamieszanie wprowadza swoją osobą! Pewnie nigdy by do niej nic nie powiedział. Choć musiała przyznać, że cieszy się nawet z takiej rozmowy, prostej na pozór, niemal banalnej. Prędzej czy później znajdzie sobie kolejnych znajomych, będzie z k i m ś i odejdą od niej wszystkie demony przeszłości. Zostanie hodowcą hipogryfów, nie spotkają się więcej na korytarzach szpitala. Ile dałaby za to, by móc nauczyć się latać. Być wolnym od tego wszystkiego, całkowicie, w każdym, nawet najdrobniejszym szczególe.
- Po prostu zrób, jak ci lepiej. I jak jej będzie lepiej, z mojej strony... Po prostu ją obejrzę - odparła, nadal nie angażując w to wszystko emocji. - Za godzinę. Ale nie chcę ci marnować możliwości wcześniejszego wyjścia, żeby nie było - orzekła, najwyraźniej gotowa do dalszego ruszenia przed siebie. Choć ciekawość zupełnie nie dawała jej spokoju, zainteresowanie w związku z tym, jak dalej potoczy się zaistniała sytuacja.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Korytarz [odnośnik]08.01.16 2:52
Ciekawa jestem co Alan by zrobił, gdyby potrafił czytać w myślach. Jak odebrałby to, co właśnie krążyło po głowie Zoe, nie dając jej spokoju mimo tego, że tak zawzięcie próbowała to odrzucić. Nie potrafię odpowiedzieć na te pytanie. Z pewnością byłby tym zaskoczony. Może dałoby mu to trochę do myślenia? Był młodym (no... nie aż tak bardzo, ale jednak), mądrym, przystojnym mężczyzną. Z pewnością wiele razy podobał się nie jednej kobiecie. Ale kompletnie nie był tego świadom. Ba! Nigdy nawet nie przeszło mu to przez myśl. Był tak kompletnie zaślepiony swą miłością do Eileen, że nie dostrzegał pewnych mniejszych i większych oczywistości dookoła niego. Roztaczał dookoła siebie swoistą kurtynę. Zasłonę, która odgradzała go od wszystkiego i pozwalała mu na bycie w swoim własnym świecie. W świecie, w którym liczyło się tylko to, co on sam uważał za ważne. Jakże bardzo mogło to być okrutne względem innych... Względem takich jak Zoe. Ale on tego nie dostrzegał. I ironicznie uważał się za dobrego, empatycznego człowieka.
- Wiem. - Odparł, gdy tylko przyznała mu, że "poniekąd pomyślał dobrze". Był pewny siebie i było to wyraźnie słyszalne w jego głosie. Ale nie była to zuchwała, denerwująca pewność siebie, nie. Była to pewność siebie występująca u kogoś, kto ma podstawy by sądzić, że ma rację. Uśmiechnął się do Zoe. - Wiem, ponieważ trochę obserwowałem Cię w Hogwarcie. Lubiłaś zwierzęta. Nie wiem czy teraz się coś zmieniło, ale Twoja specjalizacja daje mi podpowiedź, że nie. - Przyznał. Jakże wielką mógł jej nadzieję teraz zrobić, jakże ją zaskoczyć, jakże ją uradować! I był tego wszystkiego tak błogo nieświadomy, jak nowo narodzone dziecko nie jest świadome wszystkich trudności czekających go na tym świecie! Jakże miło i przyjemnie było tkwić w nieświadomości. Ale, niestety, zazwyczaj prędzej czy później się z niej wychodziło.
- Nie przejmuj się. Godzina wte czy wewte. - Odparł, kiedy zaczęła martwić się tym, że będzie na nią czekał. A skąd! Początkowo miał zamiar spędzić w Mungu jeszcze znacznie większą ilość czasu niż marne sześćdziesiąt minut. - Bardziej martwi mnie fakt, że zabieram Tobie czas wolny. - A medycy nie mają go wiele. - Wynagrodzę Ci to. - Dodał, ponownie śląc jej uśmiech. Podrapał się w tył głowy, a jego wzrok powędrował gdzieś w nieznany i raczej nie mający zbytniego znaczenia punkt. - No to do zobaczenia za godzinę. - Pożegnał się odchodząc.
A potem czekał.
I gdy Zoe tylko skończyła pracę, on czekał już na nią, stojąc gdzieś pod ścianą bez lekarskiego kitla. Jeżeli ona takowy miała na sobie, dał jej czas, aby się ogarnęła. Poczekał aż będzie gotowa do wyjścia i wtedy ruszyli. Droga Zoe. To będzie pierwszy raz kiedy będziesz z nim rozmawiać gdzie indziej niż poza szpitalem. To będzie pierwszy raz kiedy odwiedzisz jego dom. Ekscytujące, nieprawdaż?

zt x 2



There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope
Alan Bennett
Zawód : Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
Wiek : 28 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t4011-skrytka-bankowa-nr-373 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Re: Korytarz [odnośnik]14.09.16 1:03
| koniec stycznia

I znowu miała przed sobą kolejny dzień pełen zawodowych obowiązków. Nie żeby miała coś przeciwko; w obecnych okolicznościach każde dodatkowe zadanie przyjmowała niemal z wdzięcznością, bo dzięki temu mogła oderwać swoje myśli od tragedii, od której nie minęły nawet dwa miesiące i skupić się na walce z czarną magią i rozwiązywaniu cudzych dramatów, bo własnych rozwiązać nie mogła. Utwierdzała jednak wszystkich w przekonaniu, że czuje się dobrze i radzi sobie doskonale. Że wcale nie potrzebuje dłuższego urlopu i może robić wszystko tak, jak do tej pory. Gdyby ktoś próbował ją tego pozbawić to kto wie, może bardziej by się rozsypała, ale do tego nie mogła dopuścić.
Zaledwie parę dni temu do rodzinnego domu wprowadził się z powrotem jej starszy brat, który spędził ostatnie lata w Ameryce i powrócił do kraju dopiero po wiadomości o śmierci rodziców. Po ich pogrzebie jednak nie od razu zdecydował się na powrót do domu, ale musiał przyjść w końcu ten moment, by rozpocząć mozolne naprawianie nadszarpniętych relacji. Za dnia oboje pracowali, ale wieczorem pewnie znowu się spotkają. Ale zanim do tego dojdzie, zanim rudowłosa aurorka znowu zaszyje się w przywołującym trudne wspomnienia domu, pozostała jej do wykonania jeszcze jedna rzecz.
Pojawiła się w Mungu, bo to tutaj był ostatnio widziany pewien istotny świadek w prowadzonej właśnie sprawie. Według danych posiadanych przez Biuro Aurorów zaraził się chorobą pochodzenia odzwierzęcego i mógł nadal przebywać na oddziale, a istotnym było, żeby go odnaleźć i wypytać. Mężczyzna mógł wiedzieć coś na temat poszukiwanego czarodzieja, którego ostatnio ścigali aż w Hogsmeade.
Ale najpierw musiała porozmawiać z kimś z uzdrowicieli. Polecono jej niejaką Cece Sykes; to nazwisko coś jej mówiło, wydawało jej się, że w Hufflepuffie była dziewczyna, która się tak nazywała, a że świat magii był dosyć mały i zamknięty, nie zdziwiłaby się, gdyby to rzeczywiście była ona.
- Dzień dobry – Zaczęła Sophia, gdy tylko zaczepiła ją na korytarzu. Kobieta rzeczywiście wyglądała dosyć znajomo, o ile można było tak powiedzieć o kimś, kogo ostatni raz widziało się tak dawno. – Jestem z Biura Aurorów, chciałam spotkać się z niejakim... – szybkie zerknięcie w notatki. – Vincentem Blishwickiem. Powiedziano mi, że kilka dni temu trafił tutaj, czy nadal przebywa na oddziale?
Rozejrzała się po jasnym korytarzu, na którym wyczuwalna była charakterystyczna woń. I pomyśleć, że był krótki czas, kiedy i Sophia myślała o pracy uzdrowiciela! Ale może i dobrze się stało, że jednak się nie udało, bo czuła, że teraz jest we właściwym dla niej miejscu, choć paradoksalnie, pod pewnymi względami nie mniej bezsilna, niż wtedy.
Sophia Carter
Zawód : Auror
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Świat nie jest czarno-biały. Jest szary i pomieszany.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3633-sophia-carter https://www.morsmordre.net/t3648-listy-do-sophii https://www.morsmordre.net/t3643-sophia https://www.morsmordre.net/f308-beckenham-overbury-avenue-13 https://www.morsmordre.net/t3765-skrytka-bankowa-nr-925 https://www.morsmordre.net/t3647-sophia-carter
Re: Korytarz [odnośnik]15.09.16 14:02
Dzisiejszy dzień nie był dla Cece specjalnie przyjemnym. Już samo wstawanie z łóżka szło jej dość ciężko. Wczorajszy wieczór w całości poświęciła malowaniu i nim zdążyła się zorientować, że czas już się położyć, ilość godzin na sen stała się niemalże krytyczną wartością. Nagrodą był całkiem porządny zarys kształtów, jakich niestety nie zdążyła pomalować, ale którymi zamierzała zająć się po powrocie z pracy i kiedy zatapiała się w pościeli usnęła niemalże natychmiast, chociaż szczęśliwa ze swoich postępów. Tyle, że na razie zapowiadało się na to, iż za kilka godzin nie będzie miała ani sił, ani chęci na bawienie się w malarza. Od samego początku dyżuru, nie wiedziała w co ma włożyć ręce. Okazało się, że na jej oddział zwalił się cały tłum pogryzionych oraz stratowanych przez niesforne aetonany i uzdrowiciel, którego zastępowała, zdążył urwać się z tego cyrku na kółkach już na trzydzieści minut przed końcem własnego, pod pretekstem wyjątkowo ważnych spraw do załatwienia. Postawa ta była naganna nie tylko w oczach ordynatora, ale również i samej Sykes i to wcale nie dlatego, że konieczność opatrywania, oczyszczania i bandażowania całego tłumu rannych spadła na nią, chociaż to niewątpliwie musiało mieć swój udział przy wydawaniu tej opinii. Nie rozumiała jak można było być tak niewrażliwym na cudzą krzywdę i nie wierzyła, że jest coś ważniejszego od ulżeniu komuś w cierpieniu. Sama nie potrafiła w ciągu tych kilku długich godzin znaleźć czasu nawet na napicie się porannej kawy, nic już nie mówiąc o wyskoczeniu do toalety, więc kiedy wreszcie wszyscy uczestnicy tajemniczych końskich zamieszek wreszcie byli już uspokojeni i napojeni eliksirami, Cece była wściekle głodna i zmordowana. Miała zamiar właśnie udać się do dyżurki, aby coś przekąsić, kiedy na korytarzu oddziału zaczepił ją piegowaty rudzielec, dzierżący jakieś papiery. W pierwszym odruchu miała ochotę ją spławić, wymawiając się przerwą, ale kiedy wyjawiła jej cel swojej wizyty, Sykes zrozumiała, że zwyczajnie nie może tego zrobić. Nie dlatego, że Sophia była aurorem i nie mogła tego uczynić, a zwyczajnie dlatego, iż nie chciała. Stróżom czarodziejskiego porządku trzeba było pomagać, chociażby i z ludzkiej przyzwoitości.
- Dzień dobry - odpowiedziała automatycznie, starając się nie brzmieć jak bezwolny inferius, ale nie było to takie proste po bitych pięciu godzinach morderczej harówki. Nie poznała jej, nawet pomimo dzielenia jednego domu w Hogwarcie, ale to nic dziwnego. Carter była od niej starsza, a wiadomo, że lepiej zapamiętuje się swoich równolatków, ponadto procesy myślowe CC były w tym momencie niezwykle opóźnione.
- Pani nazwisko? - zapytała, zamiast udzielać jej odpowiedzi. Obowiązywała ją tajemnica służbowa i udzielenie informacji komuś, kto przedstawiał się jako auror, wcale jeszcze nie oznaczało, że nim był, nawet, jeśli od razu padało nazwisko pacjenta, którym rzeczywiście się zajmowała. Uświadomiwszy sobie, że skrzyżowała ramiona na piersi, rozluźniła dłonie, opuszczając je wzdłuż lekarskiego kitla, którego skraj niemalże natychmiast zaczęła nerwowo miętosić i dopiero teraz przyjrzała się uważniej piegowatej twarzy pani auror.
- Sophia? - zapytała, a w jej głosie dźwięczało wyraźne zaskoczenie. Nie widziały się odkąd Carter opuściła mury Hogwartu, a chociaż nigdy nie były sobie specjalnie bliskie, Cece zapamiętała kilka przyjaznych twarzy z domu Helgi oraz wreszcie zaczęła kojarzyć.


DANCE, ballerina, DANCE AND DO YOUR PIROUETTE
IN RHYTHM WITH YOUR ACHIN' HEART
DANCE, ballerina, DANCE YOU MUSTN'T ONCE FORGET
A DANCER HAS TO DANCE THE PART
Cece Sykes
Zawód : uzdrowicielka, oddz. urazów magizoologicznych
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
To możliwość spełnienia marzeń sprawia, że życie jest tak fascynujące.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3619-celeste-sykes https://www.morsmordre.net/t3727-a-to-franca https://www.morsmordre.net/t3728-tylko-nie-celeste https://www.morsmordre.net/f239-pokatna-6-6 https://www.morsmordre.net/t3741-skrytka-bankowa-nr-913#68534 https://www.morsmordre.net/t3732-cece-sykes

Strona 1 z 3 1, 2, 3  Next

Korytarz
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach