Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Majesty Carrow
AutorWiadomość
Majesty Carrow [odnośnik]15.08.16 14:09

Majesty Carrow

Data urodzenia: 5 maja 1933 r.
Nazwisko matki: Flint
Miejsce zamieszkania: Londyn
Czystość krwi: Czysta, szlachetna
Status majątkowy: Bogata
Zawód: Jeździec zawodowy
Wzrost: 168 cm
Waga: 55 kg
Kolor włosów: Ciemny kasztan
Kolor oczu: Błękitne
Znaki szczególne: Małe oczy, które obsesyjnie podkreśla makijażem



Be like snow, beautiful but cold...


Swoją historię zaczęłam pewnego majowego poranka, wyjątkowo ponurego i deszczowego. Prawdopodobnie nikt do dzisiaj nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego tak właściwie pojawiłam się na świecie - różnica wiekowa pomiędzy mną a moim najstarszym bratem wynosi aż dwadzieścia trzy lata, a ród... No cóż, nikt raczej nie narzekał na brak potomków w moim pokoleniu – sami zresztą spójrzcie na ilość mojego starszego rodzeństwa. Wręcz nie na miejscu byłoby insynuowanie, czy byłam dzieckiem planowanym… Czy też niekoniecznie. W każdym razie, pojawiłam się na świecie – cała i prawie zdrowa. Paskudnie brzydkiego poranka, po wielu godzinach porodu, tak dokładniej – piątego maja.


Nie byłam ulubienicą rodziny, nigdy też specjalnie się tym nie przejmowałam. Rodzice po wielu latach wychowywania swoich pociech… No cóż. Mieli nas najwyraźniej dość. I mam nadzieję, że usłyszeliście w tym zdaniu wyjątkowo dobitnie to ostatnie słowo – bo rzeczywiście tak było. Nie dziwię im się, tym moim rodzicielom. Sama nie przepadam za dziećmi, szczególnie tymi z nadmiarem energii i podniosłym głosem. I mówimy tu o jednym dziecku, a co dopiero mieć takich małych klonów… No nie wiem. Przykładowo sześć? Ciągłe krzyki, histerie, kłótnie, problemy. Z opowieści rodzicielki wiem - tutaj powołując się zazwyczaj na najstarszego z nas wszystkich, czyli Adriena - że mali chłopcy potrafią dać w kość i, będąc hipokrytką w pełnym tego słowa znaczeniu, dziękuję komuś tam na górze za to, że posiadam jedynie starsze rodzeństwo. Czuję się w tym przekonaniu całkowicie usprawiedliwiona, bo sama należałam do tych cichych, dobrze wychowanych i nieplątających się nikomu pod nogami dziewczynek z porządnego domu. Na Merlina, ja byłam dosłownie aniołkiem, który przylepiał się do starszych braci i był w nich wpatrzony jak w obrazek. Także… Co złego, to nie ja. Ewentualnie oni.


Moim życiem władają autorytety, z którymi nie zawsze się zgadzam, ale wolę mieć święty spokój. Oznacza to mniej więcej tyle, że już jako malutki brzdąc całkiem nieźle rozumiałam odpowiedzialność, jaka spadała na osobę urodzoną w szlachetnym i szanowanym rodzie, która jednocześnie nie miała potrzeby zawodzenia swoich bliskich zdradą krwi. Naprawdę lubiłam spełniać oczekiwania innych, jeśli tylko zgadzały się one z moimi przekonaniami – zresztą, kto nie lubi spełniać cudzych oczekiwań na takich warunkach? Gdy nie miało się żadnych "ale" przez dłuższy czas, o wiele prościej było wyperswadować „coś” dla siebie – coś, na co nie zgodziłaby się rodzina, gdybym sprawiała problemy. Używając całego swojego uroku osobistego i niewinnych kłamstewek, dzieciństwo udało mi się spędzić w otoczeniu koni, omijając szerokim łukiem przykładowo lekcje tańca, których szczerze nie znosiłam... Czego w obecnej chwili mogę nieco żałować, bo ciężko znaleźć wysoko urodzoną kobietę, która tańczyłaby równie fatalnie, co ja. Jeśli chodzi o moje jakże genialne umiejętności wynikające z pochodzenia, to pochwalić się mogę jedynie tym, że rzeczywiście naprawdę dobrze radzę sobie ze zwierzętami, którymi szczyci się nasz ród. Starsze rodzeństwo wsadziło mnie na konia w wieku trzech lat i nie byłoby kłamstwem gdybym stwierdziła, że od tamtej pory z niego nie zeszłam - a że rodzice także nie mieli nic przeciwko (przecież tradycje rodu to tradycje rodu, nieprawdaż?), miałam dość prosty dostęp do stworzeń, z którymi współpraca stała się moją największą pasją. W stajni spędzałam każdy wolny dzień, początkowo ucząc się podstaw hodowli przepięknych aetonanów razem ze swoim ojcem chrzestnym, później przechodząc do nauki jazdy konnej, następnie latania, a na końcu... Wyścigi stały się moim uzależnieniem, nawet większym od wielogodzinnych przepraw przez wszystkie modowe sklepy w Londynie.


Nikogo więc chyba nie zdziwi to, że umknęło mi sporo istotnych umiejętności, które powinny posiadać młode panny na wydaniu. O tańcu już wspominałam, ale nie byłam też urodzonym mówcą, ba!, do pewnego wieku całkowicie wstydziłam się rozmawiać z obcymi ludźmi. Wyjątkowo stresowałam się wszystkim, co nie wychodziło mi stuprocentowo doskonale. Przekładało się to na moje wieczne histerie, w trakcie których potrafiłam płakać w swoim pokoju dosłownie godzinami - czy tam "wyć", jak to moi wredni bracia lubili mi wypominać. W ostatecznym rozrachunku, osoby za mnie odpowiedzialne wolały skupiać się na tym, co wychodziło mi chociaż w miarę dobrze – prawdopodobnie po to, by oszczędzić sobie nerwów - więc ostatecznie postawiono na jeździectwo i śpiew. I o ile jeżdżę wspaniale, o tyle ze śpiewem nie jest mi chyba wybitnie po drodze – cokolwiek miało znaczyć „ona czuje muzykę matematycznie, tylko brakuje jej prawdziwego talentu”. Prawdopodobnie chodziło o barwę mojego głosu, która jest po prostu… Zwyczajna. Niemniej, od zawsze przepadałam za śpiewaniem. Jako jedyne z moich wszystkich umiejętności pozwalało odkryć w mojej osobie tę nutkę dziewczęcości, którą zawsze próbowała wykrzesać ze mnie moja matka. Od początku miałam niedoparte wrażenie, że wyjątkowo zawodzę ją na tym polu – szczególnie tym nieszczęsnym tańcem, którego ani nie lubiłam, ani nie mogłam się nauczyć nawet poprzez zmuszanie się do lekcji – dlatego każdorazowo starałam się spełniać jej życzenia związane z wychodzeniem do czarodziejskich domów mody, oczywiście z uśmiechem na ustach. Początkowo nie byłam do tego pozytywnie nastawiona, ale po kilku takich wyjściach zrozumiałam, że jest to dość luksusowa rozrywka, która w pewien sposób mnie fascynuje i jednocześnie idealnie kontrastuje z moją pasją, która przez wiele wysoko urodzonych rodów nie była uważana za tak do końca odpowiednią dla młodej szlachcianki – przynajmniej tyle wynikało z szeptów obcych ludzi na każdym etapie mojego życia. Ludzi, którzy twierdzili, że powinni wypowiadać się o moim życiu, nie będąc ze mną w żaden sposób związanymi. Szlachetnie urodzeni z pewnością o wiele chętniej widzieliby mnie w delikatnej i zmysłowej pracy, a jeśli już sportowej, to chociaż w Quidditchu. Mogłabym wtedy być ich maskotką na spotkaniach i sabatach, ostatecznie prawie każdy z nich chciał znać gwiazdy czarodziejskiego świata. Podsumowując, odnalazłam złoty środek na najpierw odnalezienie, a następnie zachowanie kobiecości, gdy moim codziennym zajęciem był sport. Po skończeniu szkoły polubiłam też wyjścia do eleganckich kawiarenek, gdzie od czasu do czasu mogłam porozmawiać na tematy ważne i mniej ważne z równie wysoko urodzonymi koleżankami, powoli zakochując się w jazzie, który wyjątkowo skradał moje serce.


Wyjazd do Hogwartu, dla większości dzieci będący najszczęśliwszą chwilą w życiu, w moim przypadku był dniem przerażającym i smutnym. Będąc jedenastolatką przyzwyczajoną do życia "po swojemu", nagle odczułam, że odebrano mi wszystko, do czego się przywiązałam i czym się interesowałam. Całe rodzeństwo już dawno skończyło szkołę, a w trakcie bali i spotkań z innymi rodzinami nie byłam specjalnie otwarta wobec rówieśników, przez co skazałam się na przybycie do Hogwartu w towarzystwie jedynie własnej sowy. W domu zostawiłam mentalnie i fizycznie rodzeństwo oraz aetonany, a nawet po części rodziców, którzy w konfrontacji z „niczym” okazali się ważnymi postaciami w moim życiu.


Slytherin nie był moim wymarzonym domem. W sensie, w pierwszym odczuciu. W najmniejszym stopniu nie odczuwałam żadnego powiązania pomiędzy mną, a osobami śpiącymi ze mną w jednym dormitorium. Po czasie mogę jedynie stwierdzić, że rzut na głęboką wodę był czymś, za co dzisiaj mogę jedynie dziękować tej przeklętej magicznej czapce. Z zawodowej płaczki, zapatrzonej jedynie w swoje własne ego i osobiste zachcianki, zmieniłam się w wyjątkowo obiektywną pannę o żelaznych nerwach. Irytowały mnie w innych moje własne cechy, które akurat wśród wielu Ślizgonów były tak widoczne, że czasami aż zastanawiałam się nad tym, czy przypadkiem nie są zbyt przerysowani w swoich humorach i wyobrażeniu ich osoby w przekroju społeczeństwa. Chłodna ocena własnej osoby była czymś, co ukształtowało mnie dosłownie w ostatniej możliwej chwili - bo, tak się jakoś w międzyczasie okazało, że znienawidziłam hipokryzję bardziej niż cokolwiek innego na świecie.
Lata mijały, a moje szkolne historie nie różniły się niczym od historii rówieśników. Zajęłam się zaklęciami i urokami – czyli rzeczą w moim mniemaniu najpowszechniejszą - bo pomimo wspaniałego nazwiska, nie miałam równie wspaniałych umiejętności z transmutacji czy eliksirów. Szybko zorientowałam się  w tym, że pomimo przebywania poza nadzorem rodzicielsko-rodowym, oni i tak się o wszystkim dowiadywali, prawdopodobnie od innych szlachetnie urodzonych młodych lordów i lady – ewentualnie zaufanych nauczycieli, których nie podejrzewałam o takie zagrania. Rozmowy z „brudnymi” okazały się całkowicie zakazane, a wyniosłość wbijana mi do głowy od urodzenia miała mi w tym pomagać od pierwszego dnia szkoły. Rzeczywiście traktowałam mugolaków z dość sporą niechęcią, ale osoby z nie tak dużą skazą krwi nie raz brylowały na liście moich ulubionych znajomych. Dzięki temu nauczyłam się kłamać i chować po kątach z nowymi znajomymi, z którymi nie wypadało mi się pojawiać na co dzień w miejscach publicznych - znajomości te ukrywałam nawet przed przyjaciółmi o szlachetnym pochodzeniu (a może głównie przed nimi?). Raz nawet obiektem moich westchnień został pewien czarujący Gryfon, którego krew była niestety tylko w połowie tak szlachetna, jak moja. Potrafiłam jednak trzymać uczucia na wodzy, wiedząc, że przecież i tak nie miałoby to sensu, skoro o moim losie decyduje ktoś inny. Dopiero pod koniec szkoły pozwoliłam sobie na coś więcej niż flirt, a pewien szlachetnie urodzony panicz skradł mój pierwszy pocałunek - wyrosłam już wtedy z moich zapędów do osób ze skazą, zostawiając nawet najlepszych brudnych przyjaciół z pierwszych szkolnych lat daleko za sobą. Najwyraźniej ciągłe wbijanie mi do głowy tego samego zaowocowało odpowiednim wychowaniem.

Lekcje odrobione, Majesty - zostałaś dumną szlachcianką, zamykając sobie drzwi na szerszą rzeczywistość.



SUMy i OWUTEMy poszły mi wręcz identycznie. Wybitny z zaklęć i opieki nad magicznymi stworzeniami, pozostałe przedmioty lepiej przemilczeć, jednak dobre nazwisko zabraniało mi przynosić rodzinie wstyd ocenami takimi jak okropny czy nędzny, nawet z eliksirów i zielarstwa, z którymi po ukończeniu szkoły nie chciałam mieć już nic wspólnego. Jeśli chodzi o zwierzęta, to chyba rzeczywiście mam do nich rękę – pewnego razu profesor na jednej z lekcji żartobliwie stwierdził, że ugłaskałabym nawet smoka, gdybym tylko stanęła z jakimś „twarzą w twarz”. Chyba zszokowała go moja fascynacja akromantulami. Aetonany nie były moją jedyną miłością – jednorożce w rezerwacie Parkinsonów wzbudzały we mnie tak niepohamowany zachwyt, że zawsze potrafiłam znaleźć dobry powód, by odwiedzić to czarujące miejsce i spędzić tam połowę popołudnia.


Dzień powrotu do domu po skończeniu piątej klasy był dniem, który stał się przełomem w moim niezbyt fascynującym życiu. Mój najwspanialszy aetonan - dumny, porywczy i wyjątkowo żylasty Ares – zawiódł mnie w trakcie lotu... Całkowicie. Ewentualnie to ja zawiodłam jego, nie zachowując umiaru w swoich młodocianych żądzach przygód, poszukując niezależności czy innych jakże wzniosłych haseł typowych dla tego wieku. Zamiast odpocząć po podróży ze szkoły, podeszłam do życia bez krzty odpowiedzialności – a ono odegrało się, grając mi na nosie. Nie biorąc pod uwagę nadchodzącej burzy, która była naprawdę oczywistym następstwem ciężkich i ciemnych chmur, wymknęłam się w nocy z domu. Liczyło się dla mnie jedynie to, że zaraz wsiądę na swojego ulubionego wierzchowca i polecę na nim hen daleko, z dala od rozmów o narzeczeństwie i reszcie tych mało przyjemnych dla nastolatki tematów, w których musiałam brać udział w każde ferie zimowe czy wakacje. Wszystko było w porządku, do momentu spadnięcia pierwszej kropli deszczu. Burza rozwinęła się w ciągu kilkunastu sekund, a ja byłam zdecydowanie za wysoko jak na swoje ówczesne umiejętności. Nie zdążyłam wrócić na czas na stały ląd - koń wystraszył się jednej z błyskawic i zrzucił mnie z siebie tuż nad gęstym, opuszczonym lasem, niespecjalnie przejmując się moim losem. Cudem był fakt, że przeżyłam. Naprawdę. Spadając zahaczyłam o iglaste drzewo, które minimalnie zamortyzowało upadek, przy okazji głęboko rozcinając mi nogę jedną z ostrych gałęzi. Ares był dobrze wyszkolony, więc samodzielnie wrócił do domu, a ktoś ze służby szybko zorientował się w całej sytuacji – gdyby nie to, prawdopodobnie leżałabym w lesie nieprzytomna przynajmniej do rana, wykrwawiając się na śmierć, a wtedy moje szanse na przeżycie spadłyby do zera. Obudziłam się w Mungu, podobno po dwóch tygodniach leżenia w śpiączce. Na skutek urazu głowy… Oślepłam. Nie całkowicie, oj nie – za dnia widziałam jakieś rozmazane cienie, ale ciężko było mi chociażby rozpoznawać kształty, o szczegółach i wyraźnych kolorach nie wspominając. Najgorzej było w nocy, gdy zostawałam sam na sam ze swoimi myślami. Całkowite dojście do siebie zajęło mi miesiąc – miesiąc, który wydawał się szeregiem lat, w trakcie których mogłam mieć jedynie nadzieję, że wszystko wróci do normy.


W tym wszystkim najbardziej przerażały mnie jedynie dwie rzeczy – to, że mogłam już nigdy nie odzyskać wzroku i nie byłabym w stanie brać udziału w wyścigach, o których przecież tak bardzo marzyłam… Oraz to, że gdyby nie wielkie pieniądze, prawdopodobnie nikt by się mną nie przejmował.


Jak już mogliście się domyśleć – wyzdrowiałam, nic mi nie jest, oprócz świniowstrętu nie napotykam na większe problemy zdrowotne w swoim życiu. No… Przynajmniej nie fizyczne. Do domu wróciłam jako zmieniona osoba - bardziej niż zwykle małomówna, zdystansowana do świata, własnych umiejętności, przekonań i poczynań. Gdzieś całkowicie uleciał ze mnie optymizm, z którego do tej pory czerpałam garściami; wesołe zaczepki zmieniły się w zjadliwe docinki, a szeroka lista znajomych przekształciła się w wąską grupkę tych, z którymi mogłam się zadawać. Jakoś tak… Od razu zaczęłam bardziej pasować do Slytherinu. Obojętność zawładnęła moim umysłem i najwyraźniej sercem. W takich miejscach jak szpital, człowiek słyszy wiele historii – a już szczególnie, gdy wyłączy mu się zmysł wzroku, który następnie zastępowany jest zmysłem słuchu. Nie potrafiłam już rozróżnić tego, co jest prawdziwe, a co nie – ostatecznie i mugolaki, i czystokrwiści krzyczeli z bólu tak samo żałośnie, a w tym wszystkim wcale nie rozchodziło się o czystość krwi, a o zasobność portfela. I nawet odwiedziny najukochańszego brata czy ojca chrzestnego nie rozweselały mnie na tyle, by zwrócić mi beztroskie dni młodości, które najwyraźniej w tamtej chwili całkowicie przepadły.


Moja trauma nie została specjalnie zauważona w rodzinnym gronie – zresztą, to ród w dużym stopniu się do niej przyczynił. Wszyscy byli na mnie wściekli, że mówi się o Carrowach tak, a nie inaczej. Że lady Majesty nie jest jednak tak posłuszna, jak wszystkim się wydawało i nie wiadomo, czy do czegokolwiek oprócz wyścigów jeszcze się nadaje – a w tej sytuacji, czy nadaje się chociażby do tego, bo kto wie, czy nie będzie się bała wsiąść ponownie na wierzchowca. Lekarze zabronili mi treningów na jeszcze dwa miesiące po wyjściu ze szpitala – by utrzymać jakąkolwiek formę i nie narażać stawów na większe przeciążenia, pływałam, chociaż nie odnajdowałam w tym zajęciu satysfakcji.
Nie oczekiwałam współczucia - ani w trakcie pobytu w szpitalu, ani po powrocie do domu. Oczywistym było to, że żadnego nie napotkałam. W domu otrzymałam jedynie wyjątkowo ostry nadzór, za rogiem zawsze był ktoś, kto miał na mnie oko i stopował moje do tej pory śmiałe zapędy i… Charakterek. Wtedy najbardziej zazdrościłam Inarze jej podróży. Kontakt z rodzicami osłabił się jeszcze bardziej, a ja sama nauczyłam się milczeć -  moje przemyślenia nie były w domu mile widziane, a wolałam oszczędzać sobie nerwów i złości. Jakoś nie potrafiłam tego wszystkiego udźwignąć, nie mając nigdy wcześniej na plecach tak dużego stresu, bo od dziecka starano się narażać mnie na jak najmniejszą dawkę niepotrzebnych emocji. Wojna czarodziejów całkowicie obeszła moją osobą – byłam dość młoda, a rodzina starała się mnie od tego odciąć w jak największym stopniu. O zdarzeniach, które działy się za mojego młodu, dowiedziałam się dopiero po latach, gdy nastroje czarodziejów w całej Anglii zaczęły się wyostrzać, ale... Mi to dalej było obojętne. Moje zainteresowanie polityką jest wręcz zerowe, więc... Naprawdę nie miałam większych powodów do zmartwień.


Po zakończeniu szkoły, przyszedł czas na pierwszy sabat. Trema zjadała mnie od środka już na tydzień przed przyjęciem, jako że do tej pory niespecjalnie brylowałam na jakichkolwiek balach - a jeśli już się na nich pojawiałam, znikałam razem z tym członkiem rodziny, który wyjątkowo musiał wyjść najszybciej, ewentualnie starałam się wymigiwać od tej nieszczęsnej powinności, udając złe samopoczucie. Czarodzieje z innych rodów widywali mnie rzadko, dlatego też matka starała się jak tylko mogła, bym godnie weszła w szlachecki świat, w którym w pewien sposób jako jedyna córka powinnam być jej wizytówką. Pierwszy raz w swoim życiu czułam się tak dostojnie i... sztywno. Ubrana w suknię o barwie odpowiedniej dla naszego rodu, wkroczyłam do sali z tylko jednym zamiarem - zorientowania się w towarzystwie, którego w ogóle nie znałam, a moja niewiedza napawała mnie wstydem, gdy wszyscy dookoła wymieniali się uprzejmościami w taki sposób, jakby znali się od lat. Dowiedziałam się, że na takich spotkaniach można się jednak dobrze bawić, szczególnie przy kieliszku szampana i lordach, którzy przez cały wieczór potrafili prawić komplementy zarówno mi, jak i mojej matce - prawdopodobnie dla wielu byłam sporym zaskoczeniem, które wyrosło spod ziemi niczym brzydkie kaczątko wyrwane z toru wyścigowego. Chyba dopiero wtedy odnalazłam w sobie cząstkę kobiecej próżności, bo ogromnie spodobało mi się zwracanie męskiej uwagi - oraz nie do końca miłe spojrzenia niektórych lady w różnym wieku. Coraz chętniej wybierałam się na wszelakie przyjęcia, w gruncie rzeczy rozmawiając na nich głównie z mężczyznami, z którymi jakoś łatwiej było mi znaleźć wspólny język. Matka była jednocześnie zadowolona i zirytowana. Co jakiś czas kręciła nosem na moje zachowanie - szczególnie wtedy, gdy dochodziły ją plotki jakobym spoufalała się z panami, którzy byli już przeznaczeni innym. Przy okazji lady z pozostałych rodów nie szczędziły sobie rozmów o mojej zbytniej otwartości i braku skromności, którą zbyt często zastępowałam cynizmem.


Jeśli chodzi o kolejne lata... Oprócz dwóch czy trzech osób w całym rodzie, niespecjalnie miałam z kim porozmawiać, więc… Zajęłam się sobą i swoją jedyną pasją. Przez kilka lat wybierałam po prostu te aetonany, które były uważane za najlepsze w naszej stadninie, zdobywając mniejsze i większe tytuły na pomniejszych wyścigach, nie kwalifikując się do tych najbardziej prestiżowych. Przed moimi dwudziestymi drugimi urodzinami, rodzice zaczęli myśleć o moim zamążpójściu, a że lubili dzielić się swoimi przemyśleniami na głos, do tego dość często... Sytuacja skończyła się kolejną kłótnią, w trakcie której powiedziałam o kilka słów za dużo. Nasze relacje, które przez ostatnie lata nie były ani pozytywne, ani negatywne - zwyczajnie stały w miejscu, chociaż bywały momenty ocieplania się naszych rodzinnych więzi - na jeden pełen tydzień przemieniły się w koszmar. Po tym tygodniu dostałam proste ultimatum - albo pokażę, że rzeczywiście jestem coś warta i nie marnuje całego swojego życia na coś, do czego nie jestem stworzona, albo czeka mnie rychła przyszłość w towarzystwie sztucznie wybranego męża. Wierzchowiec, który mnie z siebie zrzucił, już dawno został sprzedany – za jakąś nędzną sumę galeonów - a ja na swoje dwudzieste drugie urodziny dostałam nakaz wybrania sobie kolejnego aetonana. Aresa zastąpił Neptun, wyjątkowo charakterny i porywisty wałach, niefrasobliwy w każdym możliwym znaczeniu tego słowa. Oswojenie się z nim było sporym wyzwaniem, a dopasowanie się do jego wąskiej budowy wymagało przynajmniej miesiąca wzmacniania mięśni ud… I psychiki. Do dziś uważam, że tak naprawdę to nie my wybieramy zwierzęta, z którymi będzie nam dane współpracować – a jeśli tak się dzieje, nie mamy większych szans na sukces. Przynajmniej nie w tej dziedzinie. Neptun przesądził o swoim losie, rozkochując mnie w sobie w momencie pierwszego zrzucenia z grzbietu. Wiedział, że zrobił źle, ale powtórzył to kilkukrotnie, dopiero w pewnym momencie odpuszczając. Chyba testował moją cierpliwość i wytrwałość, w późniejszych wyścigach pokazując, że stać go dokładnie na to samo, jeśli tylko wyczuje we mnie podobną jemu niezłomność charakteru. Zdobywaliśmy podium na większości wyścigów organizowanych na terenie całego kraju, ale to zwycięstwo na Royal Ascot pozwoliło nam zapaść na dłużej w pamięci widowni.
Jeśli akurat nie trenuję, prawdopodobnie doszkalam młode pokolenie, nie będąc najprzyjemniejszym nauczycielem – no chyba, że to jazda rekreacyjna, chociaż rzadko kiedy zgadzam się na takie… Marnowanie potencjału moich ukochanych stworzeń, o.


Ostatnio jakaś jakże opiekuńcza Carrowowa dusza zaczęła podsyłać mi terapeutę, by coś ze mnie wykrzesać przed możliwymi zaręczynami, które właściwie są mi całkowicie obojętne, a o których coraz częściej się słyszy. Podobno powinnam być bardziej otwarta, uśmiechnięta i rozmowna - szkoda, że nie doceniali we mnie tych cech, gdy jeszcze je pielęgnowałam. Tylko i wyłącznie przez rosnący talent, rodzina pozwoliła mi na żywot bez wybranka serca, bo - bądźmy całkowicie szczerzy - ciąża często kończy wspaniale rozwijające się kariery sportowe kobiet, nie wspominając o rodach, w których rodzina męża oczekuje więcej niż jednego potomka. Nie mam zamiaru porzucić tego, co kocham w imię cudzych ideałów. Przynajmniej bez większego uczucia.





Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 5 Brak
Zaklęcia i uroki: 19 +5 (różdżka)
Czarna Magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 11 Brak
JęzykWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
ONMSIII10
KłamstwoIII10
RetorykaIII10
SpostrzegawczośćII5
Ukrywanie sięII5
Historia MagiiI2
Silna WolaI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Szlachecka EtykietaI0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
Brak I, II, III, IV lub V0
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (wiedza) I1
Malarstwo (wiedza)I 1
Muzyka (wiedza)I1
Muzyka (śpiew)I 1
AktywnośćWartośćWydane punkty
Jeździectwo III 25
Taniec balowyI 1
PływanieI 1
GenetykaWartośćWydane punkty
brak-0
Reszta: 0

Wyposażenie

Aetonan (300), teleportacja (50), sowa (50), różdżka (100), 6 punktów do statystyk (360)



[bylobrzydkobedzieladnie]


Like how a single word can make a heart open
i might only have one match
but I can make an explosion


Ostatnio zmieniony przez Majesty Carrow dnia 01.09.16 0:08, w całości zmieniany 21 razy
Majesty Carrow
Zawód : Jeździec zawodowy, instruktor jazdy konnej
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Come back from the future
For we didn't fall
Can the broken sky unleash
One more sunrise for the dawn
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3556-w-budowie-majesty-carrow#62807 https://www.morsmordre.net/t3651-cayenne#66372 https://www.morsmordre.net/t3652-your-majesty#66387 https://www.morsmordre.net/f126-north-yorkshire-dwor-carrowow https://www.morsmordre.net/t3994-majesty-carrow
Re: Majesty Carrow [odnośnik]04.09.17 16:58

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Jak na Carrowa przystało, kochała konie. To one były najważniejsze dla Majesty, a miesiące spędzone w szkole stanowiły nieznośną rozłąkę. Jednak wszystko ma także i dobrą stronę - Majesty wyleczyła się z przewrażliwienia, a kontakty z ludźmi przestały być tak trudne. Najpewniej tylko dzięki temu godnie wkroczyła na salony, choć drogie suknie i możliwość przebywania w towarzystwie śmietanki towarzyskiej, bez wahania zamieniłaby na możliwość galopowania na końskim grzbiecie. W swojej pracy jako jeździec osiągała liczne sukcesy, tym samym odrobinę odraczając zamążpójście. Oby tylko trauma związana ze starym wypadkiem, wydarzonym przed laty, nie odezwała się po raz kolejny, niszcząc pasmo sukcesów.

OSIĄGNIĘCIA
Urodzona w siodle
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Świniowstręt
Psychiczne
Trauma
UMIEJĘTNOŚCI
Brak
Kartę sprawdzał: Allison Avery
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Majesty Carrow Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Majesty Carrow [odnośnik]04.09.17 16:59
WYPOSAŻENIE
Różdżka, sowa, aetonan (Neptun)

ELIKSIRYBrak

INGREDIENCJEposiadane: Brak

BIEGŁOŚCIBrak

HISTORIA ROZWOJU[02.09.16] KP -860 pkt
[18.12.16] Ulica zbrukana krwią: +75 pkt
[28.01.17] Zwrot PD; +80 PD
[19.06.17] Aktualizacja postaci: +9 punktów zaklęć, -470 PD
[20.06.17] Dodatkowe punkty statystyk (+5 do OPCM)
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Majesty Carrow Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Majesty Carrow
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach