Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Gabinet

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Lucinda Selwyn
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
10
4
Czarodziej

PisanieTemat: Gabinet   17.08.16 0:15

First topic message reminder :

Gabinet

Miejsce pracy Lucindy. Spędza tutaj naprawdę dużo czasu. Jako łamacz klątw i poszukiwacz artefaktów nie ma swojego prawdziwego miejsca pracy dlatego wszystkim zajmuje się w domu. Jej ojciec zawsze powtarzał, że gabinet powinien być miejscem mówiącym najwięcej nie tylko o umiejętnościach i wykonywanej pracy, ale także o samym człowieku. Dlatego w jej gabinecie znajdziecie wszystko. Od pamiątek rodowych po mapy i stare księgi zaklęć. Wszystkie przywiezione z różnych zakątków świata artefakty także znajdą tu swoje miejsce.


[bylobrzydkobedzieladnie]




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy


Ostatnio zmieniony przez Lucinda Selwyn dnia 08.11.16 20:43, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Lucinda Selwyn
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
10
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Gabinet   18.08.16 11:01

Mimowolnie stanął jej przed oczami obraz jej ojca. Choć wiedziała, że jej rodzice dbali o siebie, dbali o dom, o rodzinę i przyszłość swoich dzieci to nie potrafiła powiedzieć zbyt wiele o ich uczuciu. Zawsze zgodni, trwali przy sobie w każdej sytuacji. Może zwyczajnie Lynn się tym nie interesowała, a może zwyczajnie ukrywali to przed światem bo nikogo nie powinno obchodzić jakim uczuciem do siebie pałają. Było to małżeństwo aranżowane i nikt nie oczekiwał, że przerodzi się w jakiekolwiek inne uczucie niż akceptacja czy przyzwyczajenie. Może dlatego właśnie ojciec pozwolił Lucindzie znaleźć swój własny szlak. By nie musiała do niczego się przyzwyczajać i niczego akceptować. No, ale nawet cierpliwość jej ojca ma swój koniec. O bracie nawet nie chciała wspominać. Jeżeli był ktoś zdolny pomóc Oktawianowi odzyskać ciało i ten jako duch mógł do niego dotrzeć to Lucinda wcale nie dziwiła się, że ten chciał odzyskać ciało. Choćby na chwile. W swoim zawodzie spotykała się bardzo często z przedmiotami ukrytymi pod klątwą z czystej zemsty bądź zazdrości. Nie da się pojąć prawdziwej zemsty choć niczego ona nie tłumaczy. - Może dopiero teraz znalazł się ktoś kto mu to umożliwił. Skoro nie znaleziono jego ciała to nikt z jego rodziny nie wiedział, gdzie tak naprawdę on jest. Musiały minąć lata aż trafił na kogoś kto mógł mu w tym pomóc. A zemsta… zemsta nie zna pojęcia czasu. -powiedziała przyglądając się miejscu na mapie. Z jednej strony współczuła Oktawianowi Parkinsonowi. Jedyny błąd jaki popełnił to miłość. Zakochał się w kobiecie oddanej już innemu. Był gotowy za to umrzeć. Ale honorowo, a nie zamordowany z zimną krwią. Nie znała większego gwałtu na naturze niż odebranie życia innemu człowiekowi. - Oczywiście – odpowiedziała. Nie potrzebowała tej mapy. Ciekawiło ją czy kiedykolwiek w życiu będą jej jeszcze potrzebne. Na razie trwała w wypieraniu tego co jest jej potrzebne do funkcjonowania, ale przecież to nie mogło trwać w nieskończoność. Jej natura wariatki w końcu musiała się odezwać. Odwróciła się w jego stronę i uśmiechnęła się szeroko. Wyciągnęła rękę w jego stronę, ale zaraz ją cofnęła w sumie nie wiedząc do końca co chce zrobić. - Tylko dbaj o siebie chociaż przez dzień bądź dwa. Odpocznij. I nie ignoruj mnie uparcie – dodała przyglądając mu się badawczo, ale po chwili lekko się uśmiechając.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley https://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 https://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow https://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#143800
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Zaręczony
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
5
0
0
40
24
5/25
5/62
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Gabinet   18.08.16 12:11

Morgoth nie znał innych relacji małżeńskich przed czternastym rokiem życia. Zawsze otaczali go szczęśliwi, zakochani rodzice. Chociaż pokazywali to na swój sposób, szczególnie poważny ojciec, wiedział o tym. Wiedział, że byli sobie przeznaczeni. Dopiero gdy zaczął zdawać sobie sprawę, że uśmiechy na spotkaniach rodzin szlachciców nie muszą być prawdziwe jak u niego w domu, rozpoczął się jego okres patrzenia na świat inaczej. Realistycznie, chociaż dziękował za to państwu Yaxley, że pokazali mu, że wcale nie musi to wyglądać jak w większości przypadkach aranżowanych małżeństw. Dzięki temu razem z Leią czuli się bezpieczni. A teraz ich ojciec miał dawać poczucie bezpieczeństwa nie tylko im, ale wszystkim Yaxley’om. Czy był to zaszczyt, czy klątwa tego nie mógł wiedzieć, ale duma z Leona sięgała samego nieba. Miał nadzieję, że kiedyś jego żona i dzieci też będą na niego patrzeć w ten sposób. Musiał wpierw zasłużyć. Chciał czuć się potrzebny. Jak teraz. Jak przy Lynn.
Zerknął na Lucindę i uśmiechnął się pod nosem, słysząc jej słowa. Poczuł spokój. Mimo że powinien cały, aż kołatać się wewnątrz z chęci zdobycia i pokonania ducha Oktawiana Parkinsona nie mógł zmienić swojego nastroju. Po prostu jakby nazwa Klifu Zwycięzców spuściła z niego powietrze, spięcie i chęć zemsty. Nie miał zamiaru przepuścić okazji, jednak na to przyjdzie czas później. Tak, musieli odpocząć. Dać sobie chwilę na odpoczynek i zebranie sił. Wiedział, że z Lynn  u boku dokończą to co zaczęli. I razem uratują Beatrice. 
Podziękował za zgodę skinieniem głowy, po czym odwrócił się z powrotem twarzą do biurka i zaczął ją zwijać w rulon. Czuł na sobie uważne spojrzenie Selwyn, ale nie spojrzał na nią. Serce biło mu głośno, gdy patrzył ostatni raz na wyspę Achill. Ich następny cel. Przejechał palcami po nierówności pergaminu, aż w końcu wyprostował się. Zauważył niepewny ruch dłoni Lucindy. Chyba też nie była pewna jak się pożegnać. 
- Do zobaczenia, lady Selwyn - odpowiedział, obdarzając ją szczerym uśmiechem. Chwilę później stał w ciemności nocy przed drzwiami jej domu z mapą w dłoni. Obejrzał się przez ramię i pomyślał o pałacu w Fenland.

|zt x2





You collect scars because you want proof that you are paying for whatever sins you've committed
Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
10
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Gabinet   25.08.16 12:11

/ 21 lutego późny wieczór

Bardzo rzadko zdarzało się Lynn wracać do domu spacerkiem. Uwielbiała magiczne środki transportu i zwykle nimi się posługiwała. Jednakże odkąd wróciła do Londynu nie potrafiła znaleźć sobie zajęcia, które w idealny sposób pozbyłoby się nadmiaru kumulujące się w niej energii. Przyzwyczaiła się już do długich wędrówek, pieszego badania terenu i życia w survivalu. Teraz nie miała takiej możliwości dlatego, kiedy tylko nadarzała się na to okazja kobieta wolała wrócić do klasyki. Może i nie powinna. W końcu nocne podróże w czasach w jakich przyszło im żyć nie były najbezpieczniejsze, ale co tak naprawdę było? Ukrywanie się w czterech ścianach wydawało się być tylko smutną egzystencją. Był wyjątkowo ciepły wieczór. Kilku czarodziei spotkanych na drodze nie trudzili się zakładaniem płaszczy, a postawili na tradycyjną butelkę ognistej, która w takie wieczory jak ten nie tylko ogrzewała ciało, ale także umysł. Dotarcie do domu zajęło jej więcej niż przepuszczała, ale w sumie czego się spodziewała? Ani stroju nie miała odpowiedniego ani nawierzchnia zbyt stała. Przed drzwiami kamienicy jak zwykle stał stary dozorca Lucian, który pomimo magicznych zabezpieczeń w niemalże każdym mieszkaniu nadal uparcie strzegł mieszkańców. - Dobry wieczór Lucianie – zaczęła Lynn zbliżając się do drzwi. - Mam nadzieje, że nikt nie zakłócił Ci tego pięknego wieczoru. - powiedziała posyłając w jego stronę uprzejmy uśmiech. - Panienko… Lady Selwyn… - mruknął dozorca podchodząc do blondynki. - Czy mógłbym zająć Pani chwile? Oczywiście zrozumiem jeżeli Panienka się śpieszy, ale chciałbym zapytać… chodzi o to.. - Lynn pokiwała głową tym samym prosząc mężczyznę o kontynuowanie. - Może wejdziemy do środka? To chwile potrwa, a nie chciałbym, żeby Panienka zmarzła. - zaproponował mężczyzna otwierając przed Lynn drzwi kamienicy. Kobieta odwróciła się w stronę Luciana – Więc o co chciałeś mnie zapytać, Lucianie? - zapytała zdejmując z palców rękawiczki. - Widzi Panienka chodzi o pewien przedmiot, który znajduje się w mojej rodzinie od dawien dawna. Wcześniej się nad tym nie zastanawiałem, ale ostatnio moja córka, ta najmłodsza zaczęła się dziwnie zachowywać. - blondynka przymrużyła oczy. - Jak dziwnie? I co pozwala Ci myśleć, że to właśnie przez ten przedmiot? - zapytała chcąc dowiedzieć się jak najwięcej nie tylko o przedmiocie, ale także o tym jakie skutki mogłaby za sobą nieść jego moc. - Bo wiem, że już wcześniej tak się zdarzało. Moja siostra, moja matka nawet ciotka ze strony matki. Wszystkie zmarły w tym samym wieku, a przed śmiercią zachowywały się w bardzo podobny sposób. Moja matka, a to bardzo dobrze pamiętam choć lat mało miałem… w lecie w kożuchu latała. Opowiadała o przyjaciółce z zegara i o palącej się brzozie. A po jej śmierci brzoza w płomieniach stanęła. Siostra to z tym zegarem spała i opowiadała mu historie, a jak zabrali my jej ten zegar to ta w pisk i krzyk i powiedziała, że dąb spłonie. I Pani… on spłonął zaraz po jej śmierci. A teraz moja Marusia… znowu tego zegara się uczepiła. Już trzecią noc jak kładziemy ją normalnie do łóżka, a rano pod zegarem ją znajdujemy. I o wiśni prawi. Że to wiśnia spłonie. - powiedział z przejęciem mężczyzna szukając w spojrzeniu Lynn zrozumienia. Jakiejkolwiek pomocy. - Nie próbowałeś się pozbyć tego zegara? - zapytała kontrolnie kobieta choć wiedziała, że nie mogło to być takie proste. - Próbowałem. Naprawdę. Wynosiłem go z domu, zamykałem w innym pomieszczeniu, nawet młotkiem… ale żona zabroniła. Bo to antyk, a na ciężkie czasy to i antyk kieszeń podratuje. - rozumiała go. Przedmiot, który znajdował się w rodzinie od pokoleń musiał mieć sporą wartość i to nie tylko sentymentalną. Słowa Luciana przekonały ją o tym, że przedmiot może mieć duży związek z tymi zachowaniami, a klątwa wyjątkowo silna skoro przetrwała tyle pokoleń. - Więc pomyślałem, że Pani jest moim ostatnim ratunkiem. W końcu Pani się na tym zna, zajmuje takimi strasznymi przedmiotami. To może zechce Pani mi pomóc? Ja zapłacę. Oddam nawet ten zegar… tylko Marusię mi Pani uratuje. - kobieta nie miała zamiaru zastanawiać się nad powinnością tego zadania. Znała Luciana, pracował tutaj jeszcze przed jej wprowadzeniem. Zawsze uśmiechnięty i pomocny co w dzisiejszych czasach było niespotykane. Lucinda wiedziała, że mężczyzna troszczy się o swoje dzieci i dom. Był normalnym czarodziejem proszącym o pomoc kogoś kto ma doświadczenie w tej profesji. - Lucianie masz przy sobie ten zegar? - zapytała tym samym zgadzając się mu pomóc. - Niestety Panienko… nie byłem pewny czy dzisiaj Panienkę zastanę, ale jutro mogę go przynieść… - Lynn pokręciła głową nakładając rękawiczki ponownie na dłonie. - Szkoda czasu. Zabierz nas do siebie, Lucianie. - odparła stanowczo podając mu swoją dłoń. Mężczyzna chwycił tylko szybko najpotrzebniejsze rzeczy i teleportował ich do swojego domu. Mała chatka gdzieś na obrzeżach Londynu. Niezmącona ruchliwością magicznego świata. Tak jakby w tym miejscu czas się dla wszystkich zatrzymał. - Proszę… zapraszam. - powiedział Lucian otwierając przed Lynn drzwi. Kiedy tylko przekroczyła próg domku uderzył ją zapach świeżej szarlotki. Usłyszała śmiech dziecka i dźwięk rozbitego szkła. Mężczyzna ruszył w stronę pokoju z zegarem dając znać blondynce by poszła za nim. Pomieszczenie to nie różniło się zbytnio od poprzedniego, ale można było wyczuć tu całkowicie inną aurę. Ciężki, dębowy zegar wisiał na ścianie. Wskazówki prawdopodobnie ze srebra poruszały się po tarczy w leniwy sposób. Na pierwszy rzut oka nie wydawał się być jakiś szczególny. Z swoją masywnością odstawał od wszystkiego innego w domu, ale prócz tego nie było nic co mogłoby wskazywać jego magiczną moc. Jednak Lynn była już doświadczonym łamaczem klątw i wiedziała, że czasami zewnętrzne piękno zakrywa tylko obrzydliwe wnętrze. Dopiero po chwili blondynka zwróciła uwagę na siedzącą na podłodze małą dziewczynkę. - No widzi Panienka… - zaczął mężczyzna, ale Lynn ręką nakazała mu przez chwile być cicho. Podeszła do małej córeczki Luciana i usiadła obok niej. Dotykając wierzchu dłoni Marusi poczuła lodowate zimno. Tak jakby stała na mrozie przez długie godziny. - Marusia… - zaczęła blondynka zmuszając dziewczynkę do spojrzenia na nią. - Powiedź mi co widzisz… - dziewczyna wstała i podeszła do okna wskazując palcem na rosnącą tam nieopodal wiśnię. - Spali się – powiedziała i stojąc ciągle wpatrzona w drzewo nie powiedziała nic więcej. Lynn odwróciła się do zegara i starała się go ściągnąć z ściany. Mężczyzna widząc jej starania podszedł i zrobił to za nią. - Nie jestem w stanie stwierdzić jaka klątwa została rzucona na zegar. Potrzebuje na to czasu… dojścia do zaklęć na niego rzuconych. Na pewno nie jest to coś co można zignorować. Czuję magię tego przedmiotu i nie jest to biała magia. Dobrze, że przyszedłeś z tym do mnie. Postaram się tym zając jak najszybciej. Tylko… musisz teraz bardzo pilnować córki. Jeżeli klątwa zegara wolała do niej w środku nocy nie wiemy co zrobi teraz, kiedy będzie daleko od dziewczynki. - dodała podnosząc dębową obudowę. - Dziękuje lady Selwyn. Tak bardzo dziękuje. Zapłacę… - zaczął mężczyzna, ale Lynn mu przerwała. -  Nie potrzebuje Twoich pieniędzy. Szarlotka w zupełności wystarczy. - uśmiechnęła się i spojrzała ostatni raz na stojącą nadal przy oknie małą dziewczynkę. Potem teleportowała się wraz z zegarem do mieszkania. Czuła, że zegar wraz ze swoją majestatycznością i wielkością niósł także historię jaką chciała poznać. To właśnie najbardziej pociągało ją w pracy łamacza klątw. Odkrywanie historii na pozór zwykłych przedmiotów. Odkrywanie ich krok po kroku. Tajemniczość jaką ze sobą niosą. Tylko ludzi było jej w tym wszystkim szkoda. To zawsze kończy się tragedią. Postanowiła zająć się tym od razu. Takie przedmioty bywały przewrotne, a te pokoleniowe nie były połączone z właścicielem, a z krwią. Musiała się szybko dowiedzieć jakie zaklęcia zostały na przedmiot rzucone i co powinna zrobić by się ich pozbyć. Pozbyła się płaszcza i kolejny raz pozwoliła sobie zapomnieć o dręczących ją problemach. Idealne lekarstwo na wszystko. Czasami o wiele łatwiej było po prostu przestać. Przestać myśleć, przestać się zadręczać, przestać komplikować sobie życia. Wyglądało na to, że w tym była po prostu mistrzem.

z.t




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
25
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Gabinet   21.01.17 7:13

4 kwietnia

Byłam wojowniczką. A przynajmniej zawsze sądziłam, że właśnie nią jestem. Że mimo przeciwności – które los stawia na mojej drodze – ja idę dalej. Niezłomna. Niepokonana. A jednak leżałam teraz, z raną otwartą serca. Bolesne, niewidoczne nikomu konwulsyjne wstrząsy targały całym moim jestestwem sprawiając że miałam dość. Chciałam zapomnieć. Choć na chwilę wyjść z własnej głowy. Odpocząć od niej i od myśli, które nawiedzały mnie co chwilę. Ale paradoksalnie właśnie one też przypominały mi ciągle o tym, że nadal żyję. Że posiadam moc – może i niewielką – w tym jakże ulotnym akcie istnienia. Że to nie pora na to, żeby się poddawać. Bowiem jedyną porą na to, by poddać się w walce – nie tylko o własne ja, ale i o cały świat – jest moment, w którym serce ostatni raz uderza, a człowiek wydaje ostatnie tchnienie.
Strata bliskich mi osób uderzała we mnie falami cierpienia, ale jednocześnie też i dziwnej – zrodzonej z tęsknoty i poczucia niesprawiedliwości – motywacji, która sprawiała, że nadal chciałam iść na przód. Nawet, jeśli miałabym pokonywać kolejny kawałek na kolanach. Nawet, jeśli centymetr po centymetrze miałabym się czołgać, obdzierając boleśnie  skórę na dłoniach i przedramionach. Walka, ta prawdziwa, jeszcze się nie rozpoczęła. A ja zamierzałam być jej częścią. Choć na razie mogłam tylko wspomóc bliskich mi ludzi z zaplecza. Nie byłam gotowa do próby. Na ciele. Na sercu wiedziałam już jak zdecyduję w momencie w którym Bathilda powiedziała nam o tym, co ją sprowadza. Byłam jednak chora, a może nawet nie tyle co chora, a obarczona klątwą. Nie mogłam przetestować swojej duszy. Nie teraz. Ale wiedziałam że sprawdzę ją, gdy tylko uwolnię się od brzemiona, którym obarczył mnie los.
Ledwie wczoraj Bathilda otworzyła mi oczy. Pokazała światło w tunelu. Dała nadzieję. Możliwość. Klątwy można było się pozbyć. Zabrała z serca jeden z głazów go przygniatających. Ledwie wczoraj byłam na spotkaniu z nią, bo to, by już dziś kroki swe kierować w kierunku łamacza klątw. Nie mogłam pozostawać w bezruchu, myśli napływały gromadnie rozkładając mnie na łopatki, przynosząc rozpacz.
Ustawiłam się pod drzwiami. Wzięłam jeden głęboki wdech dla odwagi. A później pozwoliłam by moja dłoń zwinięta w pięść stuknęła trzy razy w drewniane drzwi. Denerwowałam się, ale nie ze strachu. Niecierpliwiłam, mając nadzieję, że wychodząc stąd będę już wolna od niedobrego ducha. Wolna i zdolna do przejścia próby.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
10
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Gabinet   23.01.17 0:21

Dzisiejszego dnia bardzo dosadnie przypomniała sobie dlaczego nienawidziła wracać do Londynu. Na spotkanie z jej matką nie dało się przygotować. To było jak tornado niszczące wszystko na swojej drodze jedynie za pomocą kilku, przesiąkniętych fałszywą słodyczą słów. Dla tej kobiety nie liczyło się nic prócz szlacheckiego tytułu i pozornie szczęśliwej rodziny. Ludzie mieli o nich mówić, ale tylko dobre rzeczy… a kiedy mówili złe trzeba było szybko znaleźć w tym pozytyw, który można było przekazać dalej. Lucinda nigdy nie miała tego do końca zrozumieć i jeśli miałaby być szczera… to nigdy tego nie próbowała. Nie była córką swojej matki i to było więcej niż pewne. Właściwie gdyby się uparł nie pasowała do żadnego z rodów i może właśnie dlatego spotkania z rodziną tak bardzo ją dobijały. Może właśnie dlatego tak bardzo ich unikała. Nie podobało jej się to kiedy ludzie stawiali siebie wyżej od innych. Nie lubiła kiedy ludzie uważali, że krew decyduje o wszystkim. Czasami miała ochotę dać takim ludziom jednego galeona i poradzić by dowiedzieli ile są warci, a potem przynieśli jej resztę. Chociaż spotkanie z matką popsuło jej humor na najbliższy tydzień to jednak miała dzisiejszego zbyt wiele obowiązków by móc dłużej się nad tym zastanawiać. Słysząc kołatanie w drzwi ruszyła ręką by nastawić wodę na herbatę. Zwykle nie przyjmowała ludzi w mieszkaniu, ale rzadko też przychodzili do niej z podejrzeniem bezpośredniej klątwy na nich samych. Rzadko też byli to ludzie, których już znała. Otworzyła drzwi i uśmiechnęła się szeroko widząc stojącą tam Tonks. Znały się ze szkoły i chyba od tamtej pory tak naprawdę nie miały okazji spotkać się ponownie. - Justine – zaczęła blondynka otwierając szerzej drzwi i wpuszczając ją do środka. Wiedziała jednak, że nie jest to spotkanie towarzyskie, a dość poważna sprawa, z którą przyjdzie im się uporać. A uporanie się jest tutaj słowem dość kluczowym. Wszystko zależało od tego z czym tak naprawdę miały do czynienia. - Rozgość się. Zrobię nam herbatę. - dodała jeszcze prowadząc Just do gabinetu. To, że się znały nic nie zmieniało. Tonks musiała powiedzieć jej o wszystkim co mogło mieć znaczenie. Kiedy wróciła z dwoma kubkami ciepłego trunku znowu uśmiechnęła się delikatnie. - Opowiedz mi dokładnie co się dzieje. - powiedziała stawiając przed nią kubek parującej herbaty i siadając na krześle.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
25
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Gabinet   28.01.17 4:36

Drzwi otworzyły się przede mną chwilę po tym, gdy uderzyłam w nie kilka razy wierzchem dłoni. Młoda kobieta stojąca w progu miała znajomą twarz. Starszą, niż ją zapamiętałam. Oczy nosiły znamiona doświadczenia, które zdążyła zdobyć  ciągu tych lat. Lekki uśmiech jednak nadal wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętałam. Odpowiadam roztargnionym uniesieniem warg ku górze. Zmuszam się do niego. Ostatnio nie mam powodów do uśmiechu, choć naprawdę nadal próbuję odnajdywać szczęście wszędzie. Tym razem jednak – coraz częściej bez powodzenia.
-Cindy. – wypowiadam z westchnieniem wypuszczając powietrze z ust. Jej widok przynosi mi ulgę, choć ciężko powiedzieć mi dlaczego. Ma coś w swojej aurze, bezpiecznie kojącego, i zanim zdążę się powstrzymać moje ramiona szybują w jej kierunku. Przytulam ją, tylko na chwilę. Ale i tak czuję jej perfumy i słyszę krótkie bicie serce. Nie chcę sprawić, by poczuła się niekomfortowo. Przecież prawie się już nie znamy. Ale podświadomie szukam bliskości, pocieszenia, a ona dziś daje mi go więcej niż sama jest w stanie zdawać sobie z tego sprawę.
Zastaję na chwilę sama. Zapełniam ją rozejrzeniem się po pokoju, zrzuceniem butem i podciągniem nóg na fotel na który siadam – nie chcę go przypadkiem ubrudzić, miejsce wygląda na zadbane i ułożone. Przypomina mi mocno ludzi. Pozwalam myśląc snuć się po wątku, myśli, która kiedyś mnie naszła – że wnętrza, odzwierciedlają nasze dusze. Ułożona dusza Lucindy prezentowała się naprawdę przyjemnie. I Lucy też taka była – przyjemnie ciepła.
- Lucy, ja… - zaczynam niepewnie przygryzając lekko wargę. Ciężko mówić mi o tym, co siedzi wewnątrz mnie. Nawet jeśli to nie jest moja wina a przypadek czuję się jak uszkodzony towar – niesprawny do działa, niepotrzebny, zepsuty. - … widzę marę. Nie ciągle – pojawia się i znika. – zaczynam niepewnie. Spoglądam na siedzącą naprzeciw mnie kobietę, ale nie widzę w jej wzroku niedowierzenia. Nawet jedna iskierka nie zapala się w tęczówkach, która świadczyłaby o tym, że zaczyna uważać mnie za obłąkaną. Daje mi to odrobinę pewności. Biorę głębszy wdech. – Nazywam ją Nits, właściwie nie wiem dlaczego. – tłumaczę dalej. Dopiero teraz dochodząc do dziwnego wniosku że imię mojej mary brzmi prawie jak „nic”. Czyż to nie ironia? -  Mówi mi… Namawia mnie… A może próbuje przekonać…? – w sumie sama nie wiem która z trzech wersji jest poprawna, może wszystkie trzy? Mówię jednak dalej. – że nic z tego, co mnie otacza prawdziwym nie jest. Że wszystko to wymysł mojej głowy. – unoszę dłoń by stuknąć się kilka razy palcem wskazującym w czoło. – Mówi też, że powinnam się obudzić. Sugeruje, ale nigdy dosłownie, że tylko zabicie się pozwoli mi właśnie ocknąć się z tego snu w którym jestem. – kończę. Serce wali mi jak szalone. Odliczam sekundy do momentu w którym powiesz mi, że nie jesteś w stanie mi pomóc. Że wszystko to, o czym ci powiedziałam to jakieś brednie, a nie klątwa. Że klątwa taka jak ją opisuję nie istnieje i że nie łamacza klątw a psychiatry potrzebuję – a i on niewiele już zdziała. – Widziałam ją na koniec szkoły. Ale potem zniknęła. Teraz pojawiła się na nowo w styczniu. – dodaję. W sumie, jeśli ma mnie wziąć za wariatkę z pewnością już zdążyła to zrobić.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
10
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Gabinet   29.01.17 13:15

Traktowała ludzi trochę jak duchy. Ludzi, którzy kiedyś tak dobrze jej znani wraz z upływem czasu zdążyli zmienić się całkowicie. Duchy samych siebie żyjących nieprzerwanie w jej wspomnieniach. Chciałaby zrozumieć dlaczego złe rzeczy spotykają dobrych ludzi. Patrząc na Justine nie wierzyła, żeby w jakikolwiek sposób zasłużyła sobie na to co ją spotkało. Tylko czy nie zdążyła się już przyzwyczaić do tego, że to właśnie ci co najmniej zawinili cierpią najbardziej? Z rozmyśleń wyrwał ją odgłos gotującej się wody w czajniku. Delikatny uśmiech pojawił się na ustach blondynki, kiedy stawiała przed kobietą filiżankę z parującą herbatą goździkową. Siadając na fotelu przez chwile czuła się jak uzdrowiciel w gabinecie. Wzdrygnęła się na to porównanie i zmieniając pozycje oparła się łokciami o blat biurka. Całkowicie nie po szlachecku, ale jakie to w ogóle miało w tym momencie znaczenie? Wsłuchała się dokładnie w słowa kobiety nie mając śmiałości jej przerwać. Mogła sobie tylko wyobrazić jak wiele dla niej znaczyło wypowiedzenie tych słów na głos. Przychodzili do niej różni ludzie. Od szlachciców po właścicieli ziem, od kleryków po złodziei. Każdy kto zmagał się ze skutkami klątwy bądź był w posiadaniu przedmiotu, który mógł być nią obarczony. Jedno dla tych ludzi było wspólne; trudność w powiedzeniu o tym co im się przydarzyło.  Wcale się im nie dziwiła. Ciężko jest mówić o naszych słabościach nawet jeśli zdajemy sobie z nich sprawę już od dłuższego czasu. Kiedy kobieta zatrzymała się na chwile w swojej opowieści Lucinda pokiwała głową chcąc w myślach znaleźć prawidłowy schemat. Rzadko się zdarza, że ludzie obarczeni klątwą przez tak długi czas potrafią jej się oprzeć. Choroba psychiczna, obłąkanie, przekleństwo. Łatwo jest zrobić błąd, łatwo jest ślepo dopasować objawy do wygodniejszego rozwinięcia przypadku. Lucinda nie wierzyła w prostotę jeżeli chodziło o ludzi. Nie było nic prostego w ludziach. - Wydarzyło się coś pod koniec stycznia, że wróciła? - zapytała spoglądając na kobietę. Czuła, że serce bije jej mocniej. Sama myśl o tym co musi czuć człowiek żyjący z głosem odbijającym się echem w głowie. Głosem namawiającym do skończenia ze sobą. I chociaż Lynn bardzo współczuła Justine, że zmaga się z takim czymś od takiego czasu to jednak kobieta nie mogła zobaczyć tego współczucia w jej oczach. Wiedziała, że nie miało to w żaden sposób kobiecie pomóc, a pocieszeniem miało być to co mogła dla niej zrobić. Pozbyć się tego nieproszonego gościa zanim zdąży wyrządzić jeszcze więcej szkód. - A pod koniec szkoły? Domyślasz się co mogło się stać, że nagle zniknęła? - zapytała jeszcze rozglądając się po gabinecie i wzrokiem szukając odpowiedniej książki. Nie była w stanie zmieścić w głowie wszystkich możliwych istniejących klątw. Szczególnie takich, w których pomyłka kosztowała życie. - Pojawia się w jakichś szczególnych momentach czy zwykle nie możesz w żaden sposób tego przewidzieć? - coś musiało aktywować klątwę, a skoro coś ją aktywowało to na pewno na jakiś czas można też ją wyciszyć. W głowie Lucindy pojawiał już się pewien obraz i potrzebowała tylko potwierdzenia, że to o czym myśli jest właśnie tym co dzieje się w głowie Tonks. Wstała z fotela i zaklęciem lewitującym ściągnęła jedną z ksiąg z samego szczytu regału. Położyła ją na blacie biurka, a kiedy drobinki kurzu wzniosły się lewitując nad nimi uśmiechnęła się przepraszająco.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
25
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Gabinet   03.02.17 5:09

Myślę. Skupiam się mocno, naprawdę, tak jak rzadko kiedy. Sięgam pamięcią wstecz, próbując przeżyć w myślach cały styczeń od nowa – na próżno jednak. Każda chwila którą pamiętam wydaje mi się przeciętnie zwykła. Nic nie znacząca. Dlatego powoli kręcę przecząco głową. Odwracam wzrok od twarzy Luciny zawstydzona całą sobą. Czuję się słaba. Czuję się zepsuta. Niedobra.
-Nie. – wylatuje z moich ust, ale jest to prawie szept owleczony w chrypę, która znikąd znalazła się w moim gardle – nagle, dziwacznie suchym. Zaczynam wątpić w siebie, w to, że cokolwiek jestem warta. Bowiem jak mogłabym być, skoro nie jestem w stanie odpowiedzieć na najprostsze pytanie. I wtedy dostrzegam ją w rogu pokoju. Stoi oparta o ścianę, wpatrzona we mnie. Twarzy nie wykrzywia jej żaden grymas, choć w oczach roi się od złości przeplatanej wściekłością. Włosy ma ogniście czerwone jak zawsze.
-Nic ci to nie da. Jest tylko jeden sposób, żeby się mnie pozbyć. – mówi, wskazując na okno. Doskonale wiem, co ma na myśli. Wiem, że nie chodzi jej o to w gabinecie Lucy, tu było za nisko. Nawet nie czuję, że drży mi warga. Próbuję oderwać od niej spojrzenie, ale nie umiem. Z pomocą – nieświadomie kompletnie – przychodzi mi kobieta zdając kolejne pytanie.
-Ja… - zaczynam znów niepewnie, próbując zebrać myśli. Nie mogąc się skupić. Co chwilę przenosząc wzrok z jednej na drugą. Która z nich była tak naprawdę realna?  - Mam dziurę. – przyznaję się. Przecież już gorzej być nie może. Nist cmoka z niezadowoleniem, ale usilnie staram się na nią nie patrzeć. Staram się, ale kompletnie mi to nie wychodzi. Muszę się skupić. Wiem, że muszę. Od tego wszystko zależy. – Wydaje mi się, że wyparłam wspomnienie. Może więcej niż jedno. Czasem… - zawieszam się, unoszę dłonie i zakładam włosy za uszy – dzisiaj nienaturalnie w dość prozaicznym kolorze blond. - … czasem myślę, mam wrażenie, że jest blisko, na wyciągnięcie ręki. Ale gdy go dotykam opuszkiem palca ono płoszy się i odchodzi. – przyznaję wzdychając. Klata piersiowa drży mi pod nadmiarem emocji i powietrza.
Nie patrzę na Lucindę gdy ta podnosi się z fotela, nie patrzę, gdy lewituje książkę, mój wzrok utkwiony jest w miejscu które zajmuje Nits, teraz podśpiewując bez przerwy: Tonks nie zwariowała, to świat stanął na głowie. Musi się obudzić, wtedy się dowie. Czuję, jak każde z nuconych słów wbija się w moją czaszkę, a tam obija się o kości i tkanki drażniąc je. Marszczę nos, licząc, że tym gestem pozbędę się upierdliwego wrażenia – nie zdaje się to na nic. Książka uderzająca o blat biurka przyciąga moją uwagę.
-Pojawia się całkowicie wybiórczo. Trochę po szkole byłam przez jakiś czas w Mungu, mama mówiła, że spadłam z miotły z dużej wysokości – lekarze, że miałam szczęście że przeżyłam. – wyznaję Lucy fakt z mojego życia. Zdarzenie, które dawno zamiotłam ja – i każdy obok mnie pod dywan. Nigdy nie poddawałam pod wątpliwość słów rodzicielki, ale teraz mam dziwne wrażenie, że nie wszystkie jej słowa mogły być prawdą.
-Widzisz, co za sens śnić dalej to kłamstwo, skoro nic tu nie jest prawdziwe? – pyta mara, dopiero chwilę temu przestała nucić swoją bzdurną piosenkę. Jej obecność mnie drażni, irytuje każdy skrawek mojej skóry. Jej obecność sprawia, że jeszcze bardziej chcę się jej pozbyć. Przymykam powieki znów marszcząc nos.
-Nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie, Lucy… - zaczynam niepewnie, chociaż w sumie nie wiem czy cokolwiek tutaj dziś pewnie zrobiłam. - …często powtarza mi się w snach jeden koszmar… - jeszcze się waham. Jeszcze się zastanawiam czy jest sens o tym wspominać. Nits szepce mi nad uchem, że nie. To jednak tylko sprawia, że mocnej wierzę w to, że tak. – … że skaczę z klifu w czasie burzy, budzę się, zanim moje ciało rozbija się o fale. – ponownie unoszę dłonie i poprawiam kosmyki, które jeszcze nie zdążyły wydostać się zza uszu. Spojrzenie zawieszam na kobiecie naprzeciw mnie. A potem robią coś, czego nie zrobiłam jeszcze nigdy. Przyznaję się, że jest obok. – Widzę ją teraz, jest tam. – dodaję wskazując palce w którym przebywa mój demon, kompletnie niewidoczny dla innych.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
10
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Gabinet   05.02.17 22:24

Lucinda nie została łamaczem klątw tylko dlatego, że marzyła o byciu poszukiwaczem artefaktów. Chociaż jedno z drugim było ze sobą powiązane to były to zawody, które z powodzeniem można było wykonywać oddzielnie. Wszystko zaczęło się właśnie od klątwy, której skutki dane było jej zobaczyć na własne oczy. Tak naprawdę nikt nie był w stanie przejrzeć wszystkich. Istniały te, które nakładało się na przedmiot i w swej zawiłości mało kiedy mogły kogoś zaskoczyć. Były te, których skutki uderzały w nas tylko zewnętrznie i dawka odpowiednich eliksirów jest w stanie nas od nich uwolnić. Były jednak też te, które dotykały naszego wnętrza. Mąciły w naszych głowach, bawiły się naszymi wspomnieniami, szukały naszych słabości i niszczyły nas od środka. Zmaganie się z przekleństwem wymagało od niej umiejętności przejrzenia iluzji. Rozgraniczenia tego co prawdziwe od tego co utkwione w naszej głowie. Chociaż nie potrafiła sobie w żadnym stopniu wyobrazić tego co przeżywała Tonks to widziała w swoim życiu już dość by widzieć jaką silną kobietą była. Klątwa potrafiła w bardzo krótkim czasie zniszczyć nie tylko nasze ciało i nie tylko naszą duszę. Potrafiła dotrzeć na najskrytszych zakamarków naszego umysłu i obrócić go w pył. Nikt nie potrafiłby żyć z siedzącą w głowie duszą nawołującą ciągle i ciągle do samobójstwa. Wsłuchała się dokładnie w słowa kobiety obserwując przy tym jej ruchy. Fiksujące spojrzenia, niepewność w głosie. Gdyby jej nie znała powiedziałaby, że jest przestraszona. Chociaż kto w takiej sytuacji by nie był. Skinęła głową. Luki w pamięci nie są w takim przypadku niczym zaskakującym. A jednak zwykle przepadają na zawsze i człowiek nie jest w stanie w ogóle powiedzieć o ich braku. - Próbowałaś gdzieś udać się z tymi wspomnieniami? Może jeszcze nie jest za późno by je odzyskać. Część ciebie, która jeśli ciągle daje o sobie znać to próbuje do ciebie wrócić. Myślałaś o hipnozie, Justine? - zapytała spoglądając na kobietę. - Wspomnienia są naszą kotwicą. Źródłem i zarazem odzwierciedleniem tego co nas w życiu spotyka. Dobre czy złe… utracone nie mają znaczenia. Myślę, że Alexander mógłby Ci z tym pomóc. - dodała. Nie wiedziała czy Just zna Alexa i czy w ogóle będzie chciała udać się do kogoś kto miałby przeszukiwać jej umysł dlatego nie powiedziała nic więcej. Jeżeli będzie czuła, że potrzebuje odkryć to co przez tak długi czas pozostawało ukryte to Lynn na pewno jej w tym pomoże. Ciągle słuchając słów kobiety przerzucała kolejne kartki starej księgi. Nie wiedziała czy kobieta uzna to za nieprofesjonalne, ale Lynn nigdy nie ryzykowała jeżeli chodziło o ludzi. Musiała być czegoś w stu procentach pewna. Zatrzymała się na stronie, której poszukiwała i dopiero słowa kobiety dotyczące obecności męczącej ją zmory sprawiły, że blondynka podążyła za jej wzrokiem. - Nits? - zapytała znowu przenosząc spojrzenie na Justine. - To dobrze. To bardzo dobrze. - powiedziała odchodząc od biurka. Zaklęciem rozpaliła wszystkie świece w gabinecie. Z szafki wyciągnęła fiolkę z krwią smoka i jedną z jadem akromantuli. Ostrożnie do szklanki z wodą dała dwie krople krwi smoka i trzy krople jadu. - To pomoże nam upewnić się, że mamy do czynienia z klątwą. Skup się teraz na Nits dobrze? Nie odrywaj od niej wzroku, skup się na tym co do ciebie mówi. - powiedziała podchodząc do kobiety i delikatnie biorąc jej dłoń w swoje dłonie. - Gotowa? - zapytała jeszcze, a po dostaniu potwierdzenia od Tonks wylała zawartość mikstury na skórę dłoni blondynki. Przez chwile nic się nie działo, ale Lucinda nie miała w zwyczaju w takich momentach panikować. Proces ten każdego dotykał w inny sposób i w innym przedziale czasowym. Nie musiały jednak zbyt długo czekać bo skóra kobiety rozbłysła zostawiając po sobie zieloną poświatę. To był ich znak.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
25
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Gabinet   18.02.17 23:48

Przez chwilę siedziałam w kompletnym milczeniu trawiąc jej słowa. Wypowiedziane przez nią imię obijało się o moją głowę, powoli wyciągając na wierzch strzępki informacji.
-Alexsander… Selwyn? – pytam marszcząc brwi – Twój… - właściwie nie kończę nie chcąc źle strzelić. Nie znałam się na powiązaniach rodzinnych większości ludzi. A z Alexem udało mi się zamienić zaledwie kilka zdań w Starej Chacie. Zdawał być się miły i rozważny, jak na swój młody wiek. Wiedziałam o nim tak niewiele, jak niewiele wie się o osobach, których nie zna się dobrze. Nie chciałam zgadywać. Nie miałam zresztą na to nadal ochoty. Mój optymizm uleciał, chwilo postanawiając udać się w zakamarki mojej jednostki niedostępne dla mnie. Jeszcze nie. Wiedziałam, że jestem w stanie odnaleźć je na nowo. Moje własne szczęście, które umknęło gdzieś przed tragicznymi zdarzeniami ostatnich dni. Wiedziałam, ale jednak nie potrafiłam jeszcze w to uwierzyć. Flegmatyzm wdarła się do moich ruchów, a ja sama zdawałam się być oderwana od rzeczywistości mocniej, niż zazwyczaj.
Obejmowałam się ramionami siedząc na fotelu. Ginąć w nim. Wgłębiając się w niego. Cierpiąc i już nawet nie ukrywając, że jest mi źle. Nie potrafiłam przejść do porządku dziennego z faktem, że moich dwóch drogich przyjaciół zabrakło. Nie potrafiłam nie wzdrygnąć się na myśl, że wojna którą toczymy, może pochłonąć większą ilość dobrych serc. Wiedziałam, że podniosę się znów ku górze. W Zakonie odnajdowałam siłę, ale jednocześnie też sprawiał on, że i ja sama chciałam być lepsza. Dla niego, dla ludzi i dla świata. A dzięki Bathildzie wiedziałam od czego zacząć. Obserwowałam spokojnie kolejne poczynania Lucindy nie komentując ich w żaden sposób. Czułam że moje usta wyschły na wiór, sprawiając wrażenie, jakby to wyjawienie imienia mojej mary przyniosło do nich ten stan. Zgodnie z poleceniem skierowałam spojrzenie na marę, mojego demona. Nemesis, które, jeśli szczęście będzie po mojej stronie, już niedługo pożegnam na zawsze. Ściągnę z serca głaz, pozwalając by choć na chwilę zachłysnęło się powietrzem, zanim kolejny ciężar zapełni miejsce starego. Skinęła lekko głową odpowiadając tym samym na jej pytanie.
Czy byłam gotowa? Nie. Sądziłam, że nigdy nie będę. Ale wiedziałam, że bardziej już nie muszę. Teraz. Dzisiaj. Tu i teraz. Stawiałam czoła demonowi, który nękał mnie i zatruwał od środka. Niewidocznej zjawie, która robaczały mnie i psuła. Dzisiaj, miało mi przynieść nowe jutro.
Nits wykrzywiała nieprzyjemnie twarz. Nic nie mówiła, ale jej wzrok mroził krew w żyłach.
Zielone światło skupiło moją uwagę. Oderwałam spojrzenie od niewidocznej postaci przenosząc ją na swoją dłoń. Z zaciekawieniem lustrując poświatę, która pojawiła się na mojej dłoni.
-Co to oznacza, Cinny? – zapytałam, czując, jak głos grzęźnie mi w gardle. Zielony kolor przypominał strumień zaklęcia niewybaczalnego, a moje serce kompletnie bez pytania doszło już do wniosku w którym wszystko rysowało się z czarnych barwach. Nie ma dla ciebie ratunku – zatruwała mi myśli Nits. A ja, choć uparcie nie chciałam, coraz mocniej zaczynałam wierzyć, że jej słowa są prawdą. Uniosłam niebieskie tęczówki na kobietę oczekując odpowiedzi. Potrzebowałam zapewniania, że nie umrę. Że dostanę jeszcze dni, by móc spożytkować je w celu lepszym.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
10
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Gabinet   24.02.17 10:34

- Mój kuzyn – odparła z lekkim uśmiechem. Alex był jeszcze młody, ale wiedziała, że swoim świeżym i racjonalnym myśleniem przewyższał wszystkich tych zamglonych przez doświadczenie i status. Dodatkowo był aż nadto pracowity i Lucinda czasami zastanawiała się jak to jest poświęcać się tak bardzo zawodowi. Zapominała przy tym, że ten zawód to również jego pasja. Zapomniała, że jeżeli chodzi o pasję była taka sama. Uparta i wpatrzona tylko w jeden cel. - Jeżeli chciałabyś zrobić coś z tymi wspomnieniami to myślę, że on mógłby ci pomóc, a jeśli nie to na pewno polecić kogoś naprawdę zaufanego. Zdaje sobie sprawę, że to nie jest sprawa, którą chciałabyś powierzyć każdej osobie z odpowiednimi umiejętnościami. Jeśli tylko będziesz chciała na pewno coś wymyśli. - powiedziała uśmiechając się do kobiety ciepło.  Chciała dodać jej naturalnej otuchy. Nie tej przepełnionej obietnicami, nie tej przepełnionej sztuczną nadzieją. Selwyn wierzyła, że coś da się z klątwą zrobić. W końcu była to umiejętność, którą ćwiczyła i znowu i znowu i znowu przez minione lata swojego życia. Widziała w swoim życiu też wystarczająco by wiedzieć, że we wszystkim jest jakiś haczyk. Wszystko da się jakoś… zniwelować. Widziała to jak Just bardzo cierpi. To jak męcząca ją mara odbiera jej radość życia, którą zawsze w niej tkwiła. Lynn wierzyła, że to się nie zmieniło od czasów szkolnych. W końcu mało jest osób na świecie, które samą swoją obecnością potrafią rozświetlić pomieszczenie. Patrzyła teraz na znaną jej dziewczynę i widziała jak zapada się by zniknąć. To bolało. Uderzało w Lucindę, bo chociaż wiedziała, że dobrych ludzi zawsze dotykają złe rzeczy to i tak nie potrafiła ze spokojem na to patrzeć. Chyba w tej bezradności i przekornym losie były do siebie podobne. Blondynka spoglądała jak dłoń kobiety rozświetla się na zielono i chociaż było to potwierdzenie jej przepuszczeń to wiedziała, że to wszystko potrwa trochę dłużej niż by tego Justine chciała. Skinęła głową tylko i uśmiechnęła się do kobiety podając jej chusteczkę. Wróciła na swoje miejsce i odetchnęła. - Ta mikstura miała pomóc mi stwierdzić czy jesteś obarczona klątwą. Klątwa ta nazywana jest klątwą Zmyślonego Przyjaciela i Nits jest jej skutkiem. Oczywiście pozbędziemy się jej, ale… potrzebujemy na to trochę więcej czasu, bo eliksir uwolnienia przygotowuje się podczas trzech faz księżyca. Popatrz. - zaczęła wyciągając kawałek pergaminu. Piórem nakreśliła trzy fazy księżyca. - Wszystko zaczynamy w nowiu, następnie musimy poczekać na przyjście pierwszej kwadry, w której przygotowany wcześniej eliksir miesza się jadem akromantuli, a następnie… - nakreśliła kolejną kreskę w stronę ostatniej tu fazy księżyca. -… czekamy na pełnię. Niestety nie zajmuje się eliksirami, ale jeśli nie masz do kogo z nim pójść to się o to nie martw. Mam paru zaufanych alchemików. - powiedziała i dopiero teraz zdała sobie sprawę, że tak naprawdę ani przez chwile nie pozwoliła jej się oswoić z myślą, że tak naprawdę nie jest chora czy też nienormalna. - Odetchnij. To nie jest twoja wina. Już niedługo będzie po wszystkim. - powiedziała uśmiechając się do niej.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
25
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Gabinet   06.03.17 23:50

Kuzyn. Przytakuję głową milcząco. Patrzę na Lucy trochę lżej, nadal jednak powoduje mną głównie lęk. Ciężko skupić mi się na czymkolwiek jest, bowiem nadal w niepewności trwam czekając, aż nie zapadnie wyrok, wobec mojej osoby.
-Znam Alexa. – odpowiadam więc. Sama mam wrażenie że słyszę, jakbym zza ściany mówiła. Albo że to nie ja właściwie mówię, tylko ktoś bliźniaczo do mnie podobny. A ja tylko stoję i obserwuję to wszystko z boku. – Wyślę do niego Barona jak wrócę. – dzielę się z Lucindą myślą, a może postanowieniem bardziej. Nie sądziłam, że w tym jednym, konkretnym aspekcie, los może mi mocniej pomóc. Alex należał do Zakonu, był więc idealną osobą do tego zadania. Wiedziałam, że nie mogłabym pozwolić by ktokolwiek, kto nie jest związany tajemnicą feniksa, mógł pałętać mi się po głowie. Nawet jeśli penetrowanie jej wnętrza, miało pomóc mi odnaleźć zagubione fragmenty wspomnień. Nader wszystko – nawet nad własne wspomnienia – stawiałam jednak dobro ogółu. A może raczej, powodzenie misji, której częścią postanowiłam zostać, było ważniejsze, niż zagubione wspomnienie. Ono mogło pomóc mi tylko zrozumieć siebie( a może aż). Zakon miał szansę pomóc wszystkim. Postawiona przed takim wyborem, wiedziałabym jaką podjęłabym decyzję. Inna nie należała nawet – w moim postrzeganiu – w opcjach do wyboru.
Zielone światło, którą rozjarzyła się moja skóra, wcale nie przynosiło mi ulgi. Nie mogło. Bowiem nadal nie wiedziałam co ono oznacza. Moja twarz zmieniała się z każdym słowem. No, prawie każdym. Wiedziałam, że w grę wchodzi klątwa. Ale jej nazwa zabrzmiała niepozornie. Dziecięco wręcz. Uniosłam więc zdumiona brwi. Ulga zaraz wymalowała mają twarz, gdy dotarło do mnie, że istnieje sposób, by pozbyć się mojego demona. Zmarszczenie nosa idące w parze z lekkim skrzywieniem pojawiło się, gdy Lucy wyznała, że nie pożegnam się z nim już dziś. Nachyliłam się nad pergaminem uważnie śledząc ruchy jej nadgarstka. Starając się nie przepuścić ani jednego słowa padającego z jej ust.
Trzy fazy księżyca. Sapnęłam ciężko. Prawie miesiąc. Zmarszczka na czole pogłębiła się, kiedy próbowałam sobie przypomnieć kiedy ostatnio była pełnia. Ale z astronomii daleko mi było do mistrzowska. Ba, właściwie w ogóle się na tym nie znałam. Ledwie liźnięta wiedza wypełzła mi z głowy wraz z minionym czasem.
-Byłabym jeszcze większą twoją dłużniczką. – mówię, gdy już przebiegam myślami znane mi jednostki. Nagle dochodząc do wniosku, że nie wiem, czy któraś z nich zna się na eliksirach dostatecznie dobrze, by przygotować dla mnie eliksir. Ostatnie słowa Lucindy sprawiają, że podnoszę niebieskie – nieobecne – spojrzenie z pergaminu wprost na nią. Przez chwilę wpatruję się w jej twarz. Łagodny, szczery uśmiech. Wyciągam dłonie i obejmuje nimi jej ręce. – Dziękuję Cinny. – słowa wypowiadam wraz z westchnięciem ulgi. Słyszalnym. Donośnym wręcz. Coś wielkiego, obślizgłego spadło z mojego serca. A stojąca nadal w rogu pokoju Nits, choć nie straciła na sile, dziś straciła na chęci. Z cichą groźbą, że to jeszcze nie koniec rozpłynęła się na moich oczach. Stonowana jest ta moja reakcja. Nie skaczę pod sufit, choć powinnam. Pomimo tego, że zrzuciłam z wątłego organu, jeden niepotrzebny balast, nadal wbijało się w niego okrucieństwo, które dosięgło moich przyjaciół zaledwie kilka dni temu. I których dziś miałam pożegnać po raz ostatni. – Ratujesz mi życie. – dodaję jeszcze. Może brzmi to jak jakiś sentymentalny frazes, ale chcę żeby wiedziała, że jestem jej wdzięczna. Tak naprawdę.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
10
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Gabinet   08.03.17 10:10

Lucinda była osobą, którą krzywda ludzka bolała najbardziej. Zawsze patrzyła się bardziej na to co działo się z ludźmi, a nie na to co działo się z nią. Może właśnie dlatego zwykle ignorowała własne problemy wiedząc, że zawsze jest ktoś kto ma gorzej. Kiedy Tonks przekroczyła próg mieszkania na Pokątnej blondynka zauważyła w jej oczach wahanie. Walka z tym co powinna, a z tym co trzymała mocno w sobie już zdecydowanie za długo. To wahanie utrzymywało się aż do teraz. Lucinda patrzyła jak znika zastąpione nutą niepewności i może ulgi? Nikt nie zasługiwał na to by w swoim życiu mierzyć się z nawiedzającymi nasze życie demonami. Blondynka doskonale znała się na klątwach i wiedziała jak bardzo są one w stanie wyniszczyć człowieka. Dotrzeć do jego najbardziej ukrytych myśli i stłamsić je z nieprawdopodobną siłą. Siłą z jaką nie było nam dane jeszcze nigdy obcować. Widziała jak klątwa dotykająca ciało potrafi zniszczyć umysł i była pod wrażeniem jak Tonks sobie z nią poradziła. Nawet jeśli myślała, że jest słaba Lucinda widziała wystarczająco dużo cierpienia, bólu, prawdziwych słabości by wiedzieć, że daleko jej do tego. Uśmiechnęła się delikatnie chociaż wiedziała, że niezbyt przyjemnie jest dowiedzieć się o istnieniu klątwy i nie móc jej zdjąć od razu. Szlachcianka chciałaby, żeby to wszystko było równie proste, ale niestety nie było. Wymagało czasu, skomplikowanej formuły i dużej dozy szczęścia. Nie śmiała się jednak nawet pomyśleć, że coś mogło pójść nie tak. Dla siebie i dla Justine. - Jutro wyślę sowę i wszystkim się zajmę. Myślę, że skoro nów w tym miesiącu będzie 11, pierwsza kwarta wypada 18, a pełnia 25 to niemalże równo za miesiąc powinnaś mieć gotowy eliksir. - powiedziała nie wiedząc czy dla kobiety to pocieszenie czy niekończące się czekanie na wolność. Lucinda jednak musiała porozmawiać z kimś kto mógłby jej ten eliksir przygotować. Wiedziała, że musiał to być ktoś zaufany. Nie chodziło o przypadkowa osobę, której Lucinda pomagała. To była Justine, której zdrowia Lucinda by nie zaryzykowała. - Wyślę do ciebie sowę jeżeli będę wiedzieć cokolwiek nowego i kiedy eliksir będzie gotowy. Odpocznij teraz, Justine. Nits odczuwa twoją mobilizację i będzie teraz jeszcze bardziej natrętna. Musisz wytrzymać, to tylko miesiąc. - nie wiedziała ile tak naprawdę znaczy jeden miesiąc w obliczu tak ciężkiej klątwy. Ona jest w jej ciele. Czuje to co ona, wie to co ona. Dlatego teraz kiedy Tonks już wie, że klątwy można się pozbyć ta będzie ją atakować jeszcze bardziej, szukać najsłabszego punktu. W końcu łańcuch jest tak mocny jak jego najsłabsze ogniwo. I właśnie tego słabego ogniwa będzie szukać w niej Nits. I chociaż blondynka wcale nie chciała jej straszyć to przygotowanie się na najgorsze czasem sprawia, że to przestaje być najgorsze, a staje się prostsze. Lucinda zamknęła dłonie kobiety w uścisku. - Nie masz mi za co dziękować. Cieszę się, że do mnie przyszłaś. Razem będziemy się cieszyć kiedy to w końcu się skończy i będziesz… wolna. - wiedziała, że to słowo ma różne znaczenia. W tym kontekście niesamowicie ważne. Wolność, której potrzebowała tak bardzo była już na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło tylko chwycić.

z.t x2




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
10
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Gabinet   11.04.17 12:36

Legilimens. Legilimens. Le-gi-li-mens.
Dla Lucindy Selwyn wypowiedzenie w sposób właściwy odpowiedniej inkantacji graniczyło z cudem. Tu dźwięk za wysoko, tu o nutę za nisko, tu zgubiła s na końcu, a tu po prostu zatrzymała się przy trzeciej sylabie. Chciała by wszystko brzmiało idealnie. Od perfekcji zaczynała każdą naukę chociaż jeden Merlin jej świadkiem, że do perfekcji było jej bardzo daleko.

Nie do końca wiedziała skąd wzięła się w niej myśl by zostać legilimentą. To było jak olśnienie. Chęć poświęcenia czasu czemuś co może pchnąć ją do przodu zamiast zatrzymać w miejscu. Czemuś co nie pozwoli jej zwariować. Lucinda doskonale znała swoje stany i wiedziała kiedy zbliża się do krawędzi. Nigdy nie pozwoliła sobie jednak na to by upaść ratując się ludźmi. Tak, potrafiła przenosić własne problemy na innych. To było proste. Ludzie mieli problemy, którymi warto było się zainteresować jeżeli mogło to w jakimś stopniu im pomóc. Może właśnie dlatego legilimencja była tak niemożliwie przyciągająca. Wiedzieć co znajduje się w umyśle innych, pomóc im znaleźć odpowiedzi na pytania wydające się nie mieć rozwiązania. Chciała tego już od dawna chociaż pociągało ją inne życie. Nie można mieć wszystkiego. Nie można być zachłannym. Kiedy choroba w pewnym stopniu odebrała jej to co kochała najbardziej dając tym samym znak, że powinna się wycofać i zająć swoim szlacheckim życiem naprawdę miała taki zamiar. Przynajmniej próbowała się do niego zmusić. Jednak ciągłe herbatki, uroczystości i spotkania nie były spełnieniem jej marzeń dlatego musiała się czymś zająć, a nauka wydała się być najbardziej odpowiednią tego formą.

Zaczęła od przeszukiwania swoich ksiąg. Przez lata zgromadziła ich wiele i była pewna, że znajdzie w nich coś co jej pomoże przygotować się do nauki. Oczyść umysł. Zrelaksuj się. Odrzuć przepływające myśli. Przyjmij pustkę. To nie było proste. Skupić się na tym by niczego nie czuć. Przygotować się na to by wejść do umysłu innej osoby. Poznać jej myśli. Sięgnąć do jej umysłu jak do książki. Przez długi czas przygotowywała się wewnętrznie. Kierowała się wskazówkami jakie zdołała znaleźć w księgach. Wiedziała, że nie może się śpieszyć nawet jeśli by tego chciała. Nic nie jest na teraz i na już. Ci, którzy widzą prostotę w przenikaniu do umysłu innej osoby są ignorantami. W swoim życiu napotkała już kilku takich wiedząc, że ich los niekoniecznie dobrze się potoczył. Kiedy uznała, że już całkowicie przygotowała swój umysł do nauki nowej umiejętności postanowiła porozmawiać z ojcem, który jest legilimentą od wielu lat. Na początku Lucinda widziała, że wcale nie był zadowolony z jej postanowienia. Myślał, że przeszła jej ta ciągła chęć ryzykowania wszystkiego co posiadała. Myślał, że przyjęła swoje przeznaczenie. Była tak bardzo do niego podobna. Tak samo uparta, tak samo pewna swego i tak samo zmotywowana by dostać to czego chce. Wiedział, że nie będzie prosić dwa razy dlatego zanim odpowiedział podkreślił jak bardzo mu się ten pomysł nie podoba. W końcu się zgodził wiedząc, że córka i tak znajdzie sposób by się jej nauczyć kryjąc w duchu urazę, że jej nie pomógł. W tym także byli do siebie podobni. Rodzina była najważniejsza nawet jeżeli nie potrafili sobie tego okazywać każdego dnia. Naukę rozpoczęli od przysparzającej jej tak wielu problemów inkantacji. - Szeptem. Tak jakbyś prosiła o pozwolenie. - powiedział jej ojciec słysząc jak Lynn ciężko ją wymawia. - Skup się. Jesteś spięta. - te słowa wcale nie sprawiały, że czuła się lepiej. Kiedy w końcu udało jej się wystarczająco dobrze wypowiedzieć inkantację, a potem nawet wystarczająco mocno skupić ojciec kazał jej pomyśleć o drzwiach w umyśle innej osoby. Drzwiach, które swoją umiejętnością miała otworzyć. To nie działało. Ćwiczyła w każdym możliwym miejscu i czasie, ale za każdym razem wydawało jej się, że kiedy sięga już do klamki drzwi zatrzaskiwały się jej przed nosem. Może gdyby nie jej upór pozwoliłaby sobie zostawić to i skupić się na czymś innym. Jednak wiedziała, że w końcu jej się uda. Nie była osobą, która porażki przyjmuje z godnością. Każda była szpilką wbijającą się głęboko w jej dumę. Jako kobieta musiała przyzwyczaić się do wystawiania na próbę niemalże w każdej sytuacji. Nikt nie oczekiwał od niej rezultatów. Każdy widział w niej tylko szaleństwo zjadające ją od środka. Jak można inaczej nazwać to co robiła ze swoim życiem? Przez ich nauki zaczęła częściej bywać w domu. - Legilimens – szepnęła w stronę ojca i ku jej zdziwieniu coś poczuła. Musnęła własnym umysłem jego myśli. Spojrzała na mgłę otaczającą jego wspomnienia tak jakby ta znajdowała się tuż obok niej. To uczucie trwało tylko chwile, ale wystarczyło bo zasiać w jej myślach ziarno nadziei. Potem długo analizowała to co zrobiła szukając złotego środka. Tylko, że taki po prostu nie istniał.

- Może po prostu nie potrafię? - zapytała odstawiając nieruszony kubek herbaty na biurko ojca. - Może po prostu jestem zbyt narwana by nauczyć się kontrolować własne myśli, a co dopiero przejrzeć czyjeś? - i chociaż wiedziała, że odpowiedz ojca będzie wymijająca potrzebowała ją usłyszeć by ruszyć dalej. W jej życiu działo się ostatnio wiele złego. Nie dziwiła się, że jej myśli nie chciały odpuścić. Czuła się słaba i miała wrażenie, że nic tego nie zmieni. - Chyba tracimy czas. Ty sama tego nie chcesz. - odpowiedział zaskakując ją bezpośredniością. Co to znaczyło, że sama tego nie chce? Gdyby nie chciała nie przyszłaby do niego. Gdyby nie chciała nie poświęciłaby tylu dni na naukę. Nie walczyłaby z bólem, który jej towarzyszył przez ten cały czas. Nic nie odpowiedziała tylko skinęła głową. Trwała w ciszy układając sobie to wszystko w głowie. Rozmyślała nad tym czy naprawdę traktowała naukę tej umiejętności jako zapychacz czasu czy naprawdę tego chciała. Na początku była to tylko opcja. Coś czym mogłaby się kierować gdyby chciała znowu odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Z biegiem czasu jednak okryła, że jest w tym drugie dno. Chciała zostać legilimentą. Odkryć tajemnice umysłu i może w jakiś sposób pomóc tym, którzy wpadli w jego sidła. Może w jakiś sposób pomóc tym samej sobie? - Skończmy na dzisiaj. - usłyszała od ojca i podniosła się z krzesła. Sięgnęła do klamki by wyjść z gabinetu i teleportować się do swojego mieszkania kiedy coś ją zatrzymało. Myśl by spróbować jeszcze jeden raz. - Chce spróbować. Jeszcze raz. - mruknęła, a ojciec przyglądając się jej niepewnie w końcu skinął głową. Odetchnęła na chwile zamykając oczy. Kiedy je otworzyła ojciec siedział na fotelu spoglądając na nią wyczekująco. - Legilimens – mruknęła wzrokiem docierając tam gdzie jeszcze nie była. Do wspomnień.

Na początku wcale nie było łatwo. Mogła odczytać tylko jedno wspomnienie wybrane przez jej ojca. Chociaż był to wielki postęp to chciała więcej i więcej. Kiedy w końcu udało jej się wejść w umysł na tyle silnie by móc samemu wybrać sobie wspomnienie wiedziała już jak to funkcjonuje. Znalazła swój własny sposób na przeniknięcie do umysłu ojca nie robiąc mu przy tym krzywdy i nie sprawiając mu bólu. Nie wierzyła, że jej się to uda. Kolejnym razem potrafiła już nawet sięgać do dalekich wspomnień, które wybrał dla niej ojciec. Jednak kiedy udało jej się dość do wspomnień, które wybierała sama Selwyn stwierdził, że to wystarczy. Wiedziała już jak to wygląda, ale nie powinna zgłębiać zbyt mocno w umysł własnego ojca. Tajemnice w ich rodzinie były nienaruszalne. Nie bez powodu mówiło się, że ich szlachetna krew wymieszana jest z ogniem i kłamstwem. Była z siebie dumna. W końcu poświęciła na to tak wiele czasu. Tak wiele wyrzeczeń, ciągłego panowania na myślami. Irytacji i w pewnym momencie nawet bezradności. Dzięki swojemu własnemu uporowi dostała to czego potrzebowała i to czego chciała. Czasami zapominała jak bardzo te dwie rzeczy łączą się ze sobą. Jak bardzo razem współistnieją. To czego chcemy i to czego potrzebujemy.



z.t




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
10
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Gabinet   27.10.17 9:58

/ 10 maja

To był niespokojny dzień. Od samego rana czuła narastającą w niej bezsilność i nie potrafiła znaleźć źródła tych uczuć. Czuła się już tak od jakiegoś czasu. Przez anomalie i to co stało się pod koniec kwietnia musiała od nowa spojrzeć na świat przed sobą, który przestał być już taki spokojny i bezpieczny jak jeszcze chwile wcześniej. Jako poszukiwacz artefaktów czy łamacz klątw widziała wiele złego na świecie, ale zawsze uważała, że to charakterystyka miejsc, które odwiedzała w swoim zawodzie. Zawsze uważała, że tam gdzie tajemna magia, tam gdzie wyścig o zdobycie najlepszego z najlepszych, tam też pojawia się zło. Chciała wierzyć, że jej dom to ominęło, a tak naprawdę działo się tu o wiele gorzej. I właśnie dlatego przez ostatnie dni starała się przewartościować swoje życie. Skupić się na tym co istotne. Nie wiedziała jak w tym wszystkim może dalej być tylko szlachcianką lub tylko łamaczem klątw. To wydawało się całkowicie niestosowne. Potrzebowała czegoś więcej i choć nie wiedziała co to jest to miała zamiar cierpliwie się za tym oglądać. Chciała pomagać ludziom. Zawsze tak było. Już jako dziecko więcej spędziła na  obserwowaniu innych niż na nauce tańca czy prawidłowego poruszania się po salonach. Ludzie zawsze stanowili dla niej zagadkę, którą trzeba odkryć. Merlin jej świadkiem, że zagadki pociągały ją od samego początku i nadal to robiły. Bardzo chciała zrobić coś znaczącego. Przez wszystkie zło, które w ostatnim czasie ją spotkało czuła się pusta. Nie patrzyła już na zachowania innych, nie zastanawiała się nad tym czy to oni są odpowiedni, a czy ona właśnie taka jest. Wymagała od siebie więcej niż jeszcze parę miesięcy temu tym bardziej, że choroba ją blokowała. Zawsze była uparta. Jeżeli coś nie szło po jej myśli to traktowała to jako błąd, który należało naprawić. Oczywiście wiedziała, że nie zawsze ma racje, ale czasami nie chodziło tu o racje, a kłopot w wykonaniu. Nie chciała by cokolwiek ją ograniczało dlatego uparcie dążyła do tego co w jej mniemaniu ważne, a przede wszystkim nie bała się mówić swojego zdania nawet jeśli czasem za jej podejście można było ryzykować imieniem rodu. Lucindzie zależało na rodzinie i wiedziała, że poczucie obowiązku w niej po prostu nie wyparuje, ale w tym konkretnym momencie jej życia liczyło się o wiele więcej. Drzwi gabinetu zaskrzypiały gdy zamknęła je za sobą. Usiadła na fotelu biorąc do dłoni pióro. Jej mieszkanie dzisiejszego wieczoru wydawało się jeszcze bardziej puste. Puste jak nigdy wcześniej. Nie wiedziała czy to przez ten melancholijny nastrój, bezsilność czy przez to co zaczynało się dziać na dworze… wiedziała, że jeżeli coś z tym stanem nie zrobi po prostu wybuchnie.




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
 

Gabinet

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Gabinet Śmiechu
» Gabinet Dyrektora
» Gabinet burmistrza (najwyższe piętro)
» Gabinet dyrektora
» Gabinet profesor Lacroix

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Mieszkania :: Centrum :: Pokątna 23/4-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18