Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Sala numer jeden
AutorWiadomość
Sala numer jeden [odnośnik]31.03.15 0:12
First topic message reminder :

Sala numer jeden

Wszyscy wiemy, jak ma się rzeczywistość w Mungu i że nie jest ona lepsza od tej poza jego murami. Niedawna wojna zrobiła swoje - znaczna większość pomieszczeń potrzebuje remontu dosłownie na gwałt. Pociemniała biała farba na sufitach, którą bardziej określić można jako szaro-żółtą lub zwyczajnie szarą, w zależności od oświetlenia, parapety pomalowane paskudną olejną farbą, wszelkiego rodzaju rysy, obdrapania, ślady po stuknięciach... Chybotliwe łóżka, pod których nogi częstokroć podstawiane są drewniane klocki lub kawałki gazet, by jakoś je ustabilizować, z lekka nieszczelne okna, na które niby rzucane są wszelkiego rodzaju zaklęcia, lecz raczej z dosyć marnym skutkiem... Długo by wymieniać wszelkie mankamenty.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala numer jeden - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Sala numer jeden [odnośnik]05.09.17 21:06
Myśli goniły jedna za drugą, uprawiając sobie w jej głowie tor wyścigowy, a leki zdawały się wyparować z chuderlawego organizmu nie przynosząc wyczekiwanego snu i ulgi. Wiatr szumiący przez nieszczelne okno dodatkowo wzmagał w niej uczucie irytacji: nie dała rady nie zwracać na niego uwagi, kiedy okno znajdowało się prawie tuż nad jej głową. Po omacku, odruchowo, zaczęła szukać wokół siebie różdżki, by coś z tym zrobić, i jak się można było tego spodziewać: nie znalazła. Nie rozumiała tej polityki szpitala. Z cichym westchnieniem wcisnęła nos w poduszkę, gdy usłyszała skrzypnięcie drzwi. Czyżby kolejna dawka leków? Im dłużej czekała i nic się nie działo, tym bardziej była pewna z kim ma do czynienia. W końcu zawsze trafiała ze swoimi problemami na dyżur akurat tej jednej, jedynej osoby.
- Nie musisz mnie pilnować, nie ucieknę. - Odezwała się wreszcie, powoli obracając twarzą w stronę Lupusa. - Zresztą, daleko bym nie poszła, nie sądzisz? - Pamiętała dokładnie jak jeszcze pół miesiąca temu po felernym ataku w salonie piękności nie miała ochoty leżeć w łóżku: nie mogła spać, zaś wgapianie się w martwy punkt na suficie wcale nie pomagało jej w rekonwalescencji; czuła się lepiej i w związku z tym zrobiła sobie wycieczkę do pracowni, swojej własnej, jakby nie było. A że po drodze wpadła na lorda Blacka - cóż, zdarza się. Wtedy jeszcze miała siłę, żeby walczyć i negocjować pozostanie poza salą, natomiast teraz w ogóle tych sił nie miała. Samo obrócenie się z boku na bok sprawiło jej wiele wysiłku, bo i jeden i drugi bok bolał ją od wiercenia się w pieleszach.
Obecność Lupusa zaskoczyła ją, choć nie dała tego po sobie poznać. Nie wiedziała czy pojawił się tutaj sam z siebie, czy robił sobie zwyczajną przerwę, czy może w tej bardziej absurdalnej, ale wcale nie nieprawdopodobnej wersji, przysłano go by jej pilnował, ale niezależnie od pobudek była mu wdzięczna, że zjawił się akurat w takim momencie. W końcu obecność kogoś, kto nie płacze nad jej losem, była bardziej znośna, niż samotność.
- Odwiedzam coraz gorsze zakamarki tego budynku, nie rozumiem jak ktokolwiek może tu dojść do siebie. Moja pracownia jest w lepszym stanie. - Domyślała się, że prędko nie zmyje z siebie - lub nie wyprze z podświadomości - smrodu sali, w której leżała, i pościeli, która chyba leżała na zmianę na dnie szafki od niepamiętnych czasów. Dla własnego samopoczucia nie spytała na którym piętrze się znajduje: świadomość, że jest w miejscu, które każdy omijał szerokim łukiem, wcale nie poprawiłaby jej nastroju a za to znacznie pogorszyła.

Estelle Slughorn
Zawód : alchemik w św. Mungu
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
better never means better for everyone. it always means worse for some.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4587-estelle-slughorn-budowa#98562 https://www.morsmordre.net/t4635-volare https://www.morsmordre.net/t4599-niepokorna-slughornowna#98986 https://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka https://www.morsmordre.net/t4632-estelle-slughorn
Re: Sala numer jeden [odnośnik]13.09.17 19:37
Spokojnie obserwowałem szalejącą za oknem pogodę, choć najchętniej powróciłbym do domu w celu upewnienia się czy wszystko dobrze z moją rodziną. Nie mogłem jednak. Piłem za to kawę, dmuchając na nią i powoli sącząc gorący napój. Nie spodziewałem się, że Estelle jednak nie śpi; możliwe, że sam ją obudziłem moim niedyskretnym zachowaniem. Na pewno nie była obudzona kiedy wchodziłem skoro nie zwróciła na mnie uwagi przy wejściu, prawda? Bezsensowne rozmyślania przerwał niespodziewany piorun, który przeciął niebo na chwilę rozświetlając ciemne wnętrze szpitalnej sali. Zaraz dotarł do mnie głos Slughornówny; a jednak się nie odwróciłem ku jej twarzy. Obserwowałem spektakl natury.
- Nie zatrudnili mnie do pracy ochroniarza tylko uzdrowiciela – odparłem zdawkowo. – Przyniosłem ci herbaty. Zainteresowana? – spytałem, bo nie wiedziałem czy życzy sobie, bym ją jej podał. Nie miałem ochoty nachylać się w kierunku szafki, ale dla pacjentki, w dodatku tak wyjątkowej, mógłbym. – Brakuje mam twojej pomocy – zacząłem, przerywając ciszę, jaka po chwili nastała. – Ale zdrowie jest ważniejsze – dodałem szybko, by nie pomyślała, że moje słowa były przyzwoleniem na opuszczanie szpitalnego łóżka w innym celu niż skorzystanie z toalety. Nie odpowiedziałem na jej pytanie, uznając je za retoryczne. Z pewnością ktoś w końcu zawróciłby ją z zawalonego pacjentami korytarza. O ile aktualnie nie biegałby w pogoni za kolejnymi nagłymi przypadkami wymagającymi natychmiastowego leczenia.
Pociągnąłem kolejny łyk z kubka, delektując się chwilowym przystankiem w mówieniu. Obróciłem ku Estelle twarz w momencie, kiedy zarzucała budynkowi nieodpowiednie dla chorych warunki. Nie musiała mi tego mówić. Sam doskonale wiedziałem jak tu było, prawdopodobnie znałem to miejsce lepiej od niej. Nie westchnąłem jednak, nie pogroziłem jej też palcem, chyba nawet nieelegancko wzruszyłem ramionami. Ostatecznie mogła tego w ogóle nie zauważyć, było ciemno, o ile nie szalała na zewnątrz błyskawica.
- Jeśli nie masz co robić z pieniędzmi, zawsze możesz je wyłożyć na remont szpitala – stwierdziłem poważnie, choć doskonale wiedziałem, że to Blackowie powinni bardziej zainteresować się tym miejscem. Nie ja byłem osobą decyzyjną, więc się nie wychylałem z tak śmiałymi propozycjami. – A gdzie byłaś? I kiedy? – spytałem już trochę bardziej podejrzliwie. Czyżby znów wymykała się z sali kiedy nie powinna?
Lupus Black
Zawód : Uzdrowiciel na oddziale urazów pozaklęciowych
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Szedł podróżny w wilczurze, zaszedł mu wilk drogę.
"Znaj z odzieży - rzekł człowiek - co jestem, co mogę".
Wprzód się rozśmiał, rzekł potem człeku wilk ponury;
"Znam, żeś słaby, gdy cudzej potrzebujesz skóry".
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4105-lupus-black https://www.morsmordre.net/t4189-lupusowa https://www.morsmordre.net/t4188-lupus#84660 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t4464-skrytka-bankowa-nr-1060#95257 https://www.morsmordre.net/t4398-lupus-black#94303
Re: Sala numer jeden [odnośnik]24.09.17 0:03
Znajomość z Lupusem nie była usłana z różami - wiedziała o tym już pierwszego dnia kiedy się poznali i kiedy szczerze zwątpił w jej umiejętności alchemiczne, nadeptując przy tym na jej odcisk. Wywodziła się z rodu, który od maleńkości stawiał przed nimi jedną drogę kariery, związaną właśnie z tą dziedziną, a to, że była kobietą nie miało tu żadnego znaczenia jeśli chodzi o doświadczenie. Niemniej po pewnym czasie zaczęli się lepiej dogadywać, aż wreszcie doszło do tego, że za każdym razem kiedy znajdowała się w szpitalu jako pacjentka, to przychodził do niej w odwiedziny, a teraz nawet przyniósł jej herbatę! Czyżby i anomalia wpłynęły na niego?
- Lupusie, to głupie pytanie. Nie chciałabym nabawić się zapalenia płuc od bezczynnego leżenia koło okna. - Stwierdzając z przekąsem powiodła wzrokiem na okno, owijając się szczelniej kołdrą. Ostentacyjnie zakaszlała, pokazując, że wcale a wcale jej się nie poprawia, lecz komentarz dotyczący jej pomocy w szpitalu spowodował, że zamilkła na moment. Z jednej strony chciała wrócić do pracy bo wiedziała, że leżenie wcale nie pomoże, z drugiej zaś nie miała na tyle siły, by zamknąć się na kilka godzin w zakurzonej pracowni wśród różnego rodzaju ingrediencji, niejednokrotnie ciężkich w obyciu. Oficjalnie jeszcze nie podjęła decyzji o przerwie, choć zdawała sobie sprawę, że to rodzina tę decyzję podjęła za nią. W zasadzie, decyzja sama się podjęła wraz z przyjęciem jej na oddział. Nie odezwała się, wzdychając cicho, a kwestia środków finansowych szpitala była niejako wybawieniem od trudnego - dla niej - tematu pracy.
- Nie należę do hojnych darczyńców. Zresztą, nie ja zarządzam majątkiem. - I przecież nigdy nie będę nim zarządzać, doskonale o tym wiesz.
Zdziwiła się jego podejrzliwością, choć z drugiej strony przywołało to na jej bladą twarz niewyraźny uśmiech.
- Jeszcze piętnaście minut temu biegałam z gracją godną primabaleriny po korytarzu. Nie wiedziałeś? Tym razem kiepski z ciebie detektyw. - Siląc się na śmiertelną powagę, powoli, resztkami sił dźwignęła się z pozycji leżącej do siadu, przesuwając się nieco na skraj łóżka. Drżącymi z zimna dłońmi - bo okno było na tyle nieszczelne, że przepuszczało absolutnie każdy podmuch - sięgnęła po kubek z herbatą, rozkoszując się jego ciepłem i zapachem owoców leśnych. - Lupus, co tu się dzieje? Niestety nie jestem w stanie tego pojąć, każdy mnie zbywa i nakazuje mi odpoczywanie. A nieświadomość działa na niekorzyść zdrowia. - Nie znali się od dziś, więc lord Black doskonale wiedział, że niewiedza ją dobijała. Wiedza równała się władzy, krótko mówiąc, w pojęciu Estelle, a bez tego czuła się niepewnie. Tak jak teraz, gdy zamknięto ją na piętrze dla psychicznie chorych, w obskurnej sali.

Estelle Slughorn
Zawód : alchemik w św. Mungu
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
better never means better for everyone. it always means worse for some.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4587-estelle-slughorn-budowa#98562 https://www.morsmordre.net/t4635-volare https://www.morsmordre.net/t4599-niepokorna-slughornowna#98986 https://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka https://www.morsmordre.net/t4632-estelle-slughorn
Re: Sala numer jeden [odnośnik]05.10.17 9:27
Początki nigdy nie są łatwe, bez względu na zaplecze pomocy jakie otrzymujemy lub o jakie prosimy nie tyle co od losu, co od innych. Wiele osób mówiło mi o tym, jak trudnym człowiekiem jestem; odnosiłem wrażenie, że nie znali innych Blacków. Nie odstawałem od nich w żaden znaczący sposób, ale mogliby się na ich przykładzie przekonać, że w przeciwieństwie do reszty rodziny nie byłem tak tajemniczy i surowy. Na pewno nie przy bliższym poznaniu, choć trudno było zaskarbić sobie moją przychylność. Z natury nie ufałem ludziom, a ktoś, w czyich żyłach płynęła krew Rosierów, z definicji nie mógł zasługiwać na coś tak cennego jak zaufanie właśnie. Wszystko zmieniło się z czasem kiedy zaczęło nas łączyć zainteresowanie magią leczniczą; być może nadal myślałem o Estelle nieco w pobłażliwy sposób (w końcu była chorowitą kobietą), ale jej wiedza oraz umiejętności skutecznie przekonywały mnie o daniu tej relacji szansę. Sam nie znałem się na alchemii, zostawiałem ten temat innym, zawodowcom. Całkowicie poświęciłem się uzdrawianiu i to właśnie w tym pragnąłem być najlepszy. Reszta dziedzin była mi znana przeciętnie lub mgliście, ale potrafiłem docenić innych specjalistów. Lady Slughorn taka właśnie mi się wydawała. Dużo łatwiej nawiązywałem z nią kontakt niż z jej młodszą siostrą, całkowicie nastawioną na rodową spuściznę, choć nie tylko to było problemem. Z tym jednak sobie nie poradziliśmy.
- Jesteś czarownicą, nie – szlamą. – mugolem. Zapalenie płuc nie jest żadnym problemem. Nie zachorujesz zresztą pod moim nadzorem – odparłem pewien siebie, zmartwiony jednak kaszlem. Być może w pomieszczeniu nie było najcieplej, ale nie spodziewałem się, że alchemiczka jest aż tak mocno podatna na wszelkie choroby. – Zbadać cię? Przynieść eliksiry? – spytałem więc, prawdopodobnie trawiony chorobą zawodową, niepozwalającą na zbagatelizowanie jej słów oraz jawnych objawów.
Skinąłem tylko głową, popijając swoją kawę. Oczywiście, że nie zarządzała majątkiem. Ja też nie. Tylko w moim przypadku szansa na ziszczenie się tego była większa niż u niej, nawet jeśli oscylowała wokół jednej dziesiątej procenta.
- Detektywem również nie jestem – powiedziałem spokojnie. – Jeżeli ci wszyscy ludzie stłoczeni na korytarzach cię nie przerażali… – dodałem z lekkim westchnięciem. Objąłem dłońmi kubek. – To muszę przyznać, że nie jest z tobą tak źle jak sądziłem – dopowiedziałem na zakończenie tej niewielkiej słownej wojny. – Anomalie się dzieją. Magia oszalała, teleportuje ludzi w dziwne miejsca na drugim końcu kraju, urywa im kończyny, zalewa krwią, niszczy domostwa… nie pamiętam abyśmy kiedykolwiek mieli takie oblężenie w szpitalu – wyjaśniłem, choć w moim głosie pobrzmiewała nuta obawy oraz frustracji. Zresztą, nie byłem też tym uzdrowicielem zbyt długo, to prawda. – Kładziemy czarodziejów gdziekolwiek, jak sama zresztą zauważyłaś. Mam nadzieję, że niedługo się to skończy – rzuciłem i ponownie sięgnąłem do kawy. Jeszcze nie wiedziałem, że to dopiero początek.
Lupus Black
Zawód : Uzdrowiciel na oddziale urazów pozaklęciowych
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Szedł podróżny w wilczurze, zaszedł mu wilk drogę.
"Znaj z odzieży - rzekł człowiek - co jestem, co mogę".
Wprzód się rozśmiał, rzekł potem człeku wilk ponury;
"Znam, żeś słaby, gdy cudzej potrzebujesz skóry".
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4105-lupus-black https://www.morsmordre.net/t4189-lupusowa https://www.morsmordre.net/t4188-lupus#84660 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t4464-skrytka-bankowa-nr-1060#95257 https://www.morsmordre.net/t4398-lupus-black#94303
Re: Sala numer jeden [odnośnik]16.10.17 23:43
Gdyby było trochę jaśniej, to bez problemu mógłby dostrzec jak brązowe oczęta lady Slughorn wywijają młynka. Doskonale przecież wiedziała, że wystarczyła chwila, by pozbyć się zapalenia płuc - umiała w magię leczniczą i skomplikowane eliksiry. Chodziło jednak o sam fakt i podkreślenie warunków jakie panowały w szpitalu, a szczególnie na oddziale owianym niechlubną sławą. Kiwając przecząco głową, ostrożnie objęła ciepły kubek zmarzniętymi dłońmi. Nie potrzebowała kolejnych badań, nie teraz, nie w tym momencie, gdy miała chociaż chwilę spokoju. Starała się też nie zwracać uwagi na hałasy dochodzące z korytarza, ciągły tupot małych stóp pielęgniarek i tych większych, pacjentów, czy lekarzy, biegających tam i z powrotem. Powolnie, ostrożnie, owinęła się kocem, spierając plecami o ścianę.
Anomalie się dzieją, magia oszalała.
Milcząc z początku przeanalizowała sens tej wypowiedzi. Zdziwiła się szczerze - dopiero teraz maga oszalała? Nadużywana i wykorzystywana miała prawo wreszcie się zbuntować, ale...
- Co ja tu robię? - Spytała, nieświadoma, że pytała o to już wcześniej pielęgniarki. Nie wiedziała też, póki co, że w jej karcie widnieje piękny zapis o krótkotrwałych zanikach pamięci. Albo wiedziała i zdążyła zapomnieć? Cóż. - Jak długo tu już jestem? - Unosząc skonsternowane spojrzenie znad kubka przesunęła nim pierw po deszczu za oknem, po twarzy Lupusa i wreszcie utkwiła je ponownie w ciemnej herbacie. Upiła spokojnie kilka łyków; ciepło napoju trochę ją rozgrzało, o ile było to możliwe przy wiecznie zimnych kończynach.
- Chcę... chciałabym stąd wyjść. - Zastane ciało bolało, szczególnie plecy, w które wbijały się nieco sprężyny przez materac. - Na chwilę. - Wiedziała, że nie zdoła nic a nic wynegocjować, próbować zawsze było warto. W tym celu zdołała nawet wysunąć stopy pod koca, które szybko zetknęły się z posadzką. Nie zwróciła uwagi na to, że była boso - już raz zdarzyło się, że nie po szlachecku biegała po korytarzu bez obuwia.

Estelle Slughorn
Zawód : alchemik w św. Mungu
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
better never means better for everyone. it always means worse for some.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4587-estelle-slughorn-budowa#98562 https://www.morsmordre.net/t4635-volare https://www.morsmordre.net/t4599-niepokorna-slughornowna#98986 https://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka https://www.morsmordre.net/t4632-estelle-slughorn
Re: Sala numer jeden [odnośnik]18.10.17 13:31
Niestety nie miałem wpływu na te warunki. Nie mogłem jej pod tym kątem pomóc. Mogłem jedynie przynieść herbatę, zaproponować przyniesienie eliksirów i zbadanie czy wszystko w porządku. Czyli wywiązałem się idealnie ze swoich powinności i to nie moja wina, że dwoma ostatnimi pomysłami wzgardziła. Przynajmniej tak zrozumiałem milczenie jako, że niewiele widziałem co się działo w tym pomieszczeniu. Było ciemno, jedynie sporadycznie za oknem uderzał piorun rozjaśniając na ułamki sekund wnętrze sali. Cały czas pomiędzy wypowiadanymi zdaniami popijałem ciepłą kawę czując przyjemne łaskotanie wewnątrz organizmu. Towarzyszyła temu zwiększająca się ciepłota ciała; spokój przerywany jedynie pojedynczymi krokami niesionymi przez korytarz był relaksujący. Mógłbym tak zasnąć na tym krześle i…
Akurat kiedy ciężkie powieki opadały coraz mocniej, ciszę przecięło pytanie, które wprawiło mnie w lekkie zdumienie. Otworzyłem szerzej oczy, spojrzenie kierując w miejsce, w którym powinna znajdować się Estelle. Zamrugałem intensywnie, dopiero po kilku sekundach przypominając sobie w czym tkwił problem. Westchnąłem zmartwiony, jednak nic nie mogłem na to poradzić.
- Jesteś pacjentką szpitala. Pijesz herbatę – uściśliłem spokojnie, cierpliwie. – Kilka godzin. Magiczna anomalia pogorszyła twój stan zdrowia – dodałem w podobnym tonie. – Pij póki ciepła – upomniałem ją i kiwnąłem głową, jakbym chciał ją pospieszyć, by to właśnie zrobiła. Obawiałem się, że zaraz rozpocznie się kolejna lawina pytań, na które byłem zbyt zmęczony by odpowiadać. Wziąłem zatem solidny wdech w celu zebrania odpowiedniej energii, która bez wątpienia okaże się przydatna do robienia za przenośną informację pacjenta. Nie przewidziałem natomiast, że Slughornówna zapragnie pohasać sobie teraz po szpitalu.
- Wykluczone – odparłem kategorycznie, po czym odłożyłem w połowie pełny kubek na najbliższy stolik. – Gdzie chcesz iść? – dopytałem, bo może chciała wybrać się jedynie do toalety. Nie mogłem jej jednak puścić samej, nie kiedy zapominała co przed chwilą miało miejsce. Za zgubienie arystokratki beknie cała placówka, a ja najbardziej kiedy okaże się, że byłem wtedy przy niej i mogłem temu zaradzić. Ojciec nigdy by mi tego nie wybaczył, w końcu narażałem córkę jego przyjaciela. Dlatego Estelle powinna spodziewać się, że napotka na gruby, zdecydowany mur w odniesieniu do jej pragnień.
Lupus Black
Zawód : Uzdrowiciel na oddziale urazów pozaklęciowych
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Szedł podróżny w wilczurze, zaszedł mu wilk drogę.
"Znaj z odzieży - rzekł człowiek - co jestem, co mogę".
Wprzód się rozśmiał, rzekł potem człeku wilk ponury;
"Znam, żeś słaby, gdy cudzej potrzebujesz skóry".
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4105-lupus-black https://www.morsmordre.net/t4189-lupusowa https://www.morsmordre.net/t4188-lupus#84660 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t4464-skrytka-bankowa-nr-1060#95257 https://www.morsmordre.net/t4398-lupus-black#94303
Re: Sala numer jeden [odnośnik]23.10.17 15:27
Pokiwała głową ze zrozumieniem, wlepiając wzrok w kubek z herbatą. Informacje, które jej podał wydawały się dziwnie znajome, choć nie potrafiła przypomnieć sobie gdzie już słyszała coś podobnego - skąd przecież mogła wiedzieć, że zadała to pytanie dzisiejszego dnia już przynajmniej dwa razy? Organizm wciąż uporczywie wypierał ze świadomości fakt, że przez bliżej nieokreślone zjawiska w ich świecie miewała krótkotrwałe zaniki pamięci, na szczęście nie na stałe.
Po chwili wszystko wróciło względnie do normy, a najwidoczniej już świadoma tego gdzie jest i co się dzieje, podniosła się z łóżka. Wcześniej jednak dopiła herbatę, odstawiając kubek na podłogę. Bez słowa podeszła do okna, wyglądając przezeń na szarpane wiatrem krzaki. Chwilowo nie odczuwała chłodu, chociaż bose stopy już zaczynały marznąć, łącznie z dłońmi i drobnym ciałem skrytym pod cienkim materiałem szpitalnej koszuli.
- Chciałabym zobaczyć co się tam dzieje. - Oczywiście, że była ciekawa jak wyglądała sytuacja za drzwiami a żadna opowieść nie była w stanie zastąpić jej samodzielnej obserwacji. I nawet jeśli była słaba, to przecież nie poszłaby sama! Obecność Lupusa była wystarczająca do takich wycieczek. - Lupusie, nie znamy się od dzisiaj. Wiesz, że nic mnie nie powstrzyma. - Poinformowała go spokojnie; ba, w zasadzie przypomniała, że nawet wymierzona w jej pierś różdżka nie była w stanie powstrzymać upartego od dążenia do tego, czego chce. Tym co teraz chciała był spacer, w związku z czym zatrzymała się obok zajmowanego przez mężczyznę krzesełka, wysuwając w jego stronę dłoń.
- Nikt się nie dowie. - Praca w tym miejscu miała dużo plusów, jak na przykład to, że znali dużo skrótów i przejść pracowniczych, do których zwykli pacjenci nie mieli dostępu. - Zawsze każesz się prosić. - Miała świadomość, że spotka się z odmową, choć za każdym razem uznawała, że chce próbować po raz kolejny i kolejny, aż w końcu, pewnego dnia, uda jej się przekonać lorda Blacka do zrobienia czegoś po swojemu.

Estelle Slughorn
Zawód : alchemik w św. Mungu
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
better never means better for everyone. it always means worse for some.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4587-estelle-slughorn-budowa#98562 https://www.morsmordre.net/t4635-volare https://www.morsmordre.net/t4599-niepokorna-slughornowna#98986 https://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka https://www.morsmordre.net/t4632-estelle-slughorn
Re: Sala numer jeden [odnośnik]25.10.17 12:11
Martwiłem się. O jej stan zdrowia, stan umysłu. Widocznie nie do końca przez przypadek znalazła się na tym piętrze. Pozostało mieć nadzieję, że niedługo wszystko wróci do normy. Minęło jeszcze zbyt mało czasu, by popadać w pesymizm oraz czarne scenariusze. Zacząłem więc obserwować jak wstaje oraz podchodzi do okna. Pogoda wydawała się pogarszać z każdą chwilą, co również było niepokojące. Siedziałem spokojnie, pomimo włączenia się u Estelle kombinatorstwa. Nie spuszczałem z niej wzroku, nawet kiedy odkładałem kubek z niedopitą kawą. Zmarszczyłem brwi słysząc jej słowa.
- Możesz popatrzeć przez szybę – odparłem stanowczo. Jeszcze tego brakowało, by wychodziła przez okno, lub nawet przez drzwi na zewnątrz. Może jeszcze bez butów? Zdenerwowałem się, szybko żałując, że tu przyszedłem. Powinienem zamknąć ją chyba na wszystkie spusty. I nie obchodziłoby mnie jej zdanie, lord Slughorn, przyjaciel ojca, zabiłby mnie pewnie gołymi rękami gdybym naraził jego córkę na niebezpieczeństwo. Wolałem zachować życie i czyste sumienie niż naszą przyjaźń z Estelle, przykro mi. Taka była prawda.
- Bynajmniej. Ja cię powstrzymam – stwierdziłem, nadal w tym samym tonie. Wstałem aż, a donośne skrzypienie towarzyszące odsuwanemu krzesłu rozległo się po pomieszczeniu niwecząc trwającą do tej pory głęboką ciszę. Może przesadzałem, może byłem zbyt nadgorliwy i nadopiekuńczy, ale nie robiłem tego z własnego widzimisię, ani jakiejkolwiek chęci. Gdyby to ode mnie zależało, mogłaby się wspinać nawet po drzewach w trakcie burzy, skoro jej życie niemiłe. Niestety musiała cierpieć po okiem służbisty, jakim byłem.
- A ty zawsze naciskasz, choć wiesz, że nic z tego nie będzie – dodałem trochę już zrezygnowany, o czym świadczyło ciężkie wetchnięcie na końcu tego zdania. Odczuwałem też rozczarowanie, trochę jakie towarzyszy rodzicowi kiedy jego dziecko zrobi coś niewłaściwego, przed czym przestrzegał je wiele razy. Na darmo. – Błagam, nie zmuszaj mnie do użycia siły. Chciałem wypić z tobą herbatę, nie znów walczyć – powiedziałem po krótkiej pauzie. – Wracaj do łóżka – zarządziłem, jedną ręką wskazując na posłanie, a drugą już zaciskając na różdżce. Tak na wszelki wypadek.
Lupus Black
Zawód : Uzdrowiciel na oddziale urazów pozaklęciowych
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Szedł podróżny w wilczurze, zaszedł mu wilk drogę.
"Znaj z odzieży - rzekł człowiek - co jestem, co mogę".
Wprzód się rozśmiał, rzekł potem człeku wilk ponury;
"Znam, żeś słaby, gdy cudzej potrzebujesz skóry".
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4105-lupus-black https://www.morsmordre.net/t4189-lupusowa https://www.morsmordre.net/t4188-lupus#84660 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t4464-skrytka-bankowa-nr-1060#95257 https://www.morsmordre.net/t4398-lupus-black#94303
Re: Sala numer jeden [odnośnik]25.10.17 12:40
Od pewnego czasu upatrywała sobie rozrywkę w robieniu Lupusowi na złość i sprawdzaniu, w którym momencie kończy się jego cierpliwość; wiedziała (miała nadzieję?), że ze względu na ich relację lord Black nie bierze tego zbyt osobiście. Ta jednak wydawała się być studnią bez dna, bo każdorazowo żadna z gróźb nie dochodziła do skutku. Tak jak i teraz, kiedy wstał, zaciskając dłoń na różdżce - nie musiała widzieć tego gestu, by wiedzieć, że to zrobił. Przecież przebieg tej sytuacji był wręcz nieznośnie do przewidzenia. Nie odezwała się, a zamiast tego, gdy zetknęły się ich spojrzenia, lady Slughorn uśmiechnęła się półgębkiem. Schlebiało jej to, że wierzył, iż faktycznie spróbuje się z nim siłować. I rzeczywiście wróciła, ale pod okno, by dalej w spokoju obserwować to, co działo się poza murami szpitala.
- Jesteś niesamowity. - Uznała nagle, paznokciami stukając w drewniany parapet. - Już dawno nie poznałam tak... nieuległego mężczyzny. Prawie nigdy nie zdołałam cię przekonać do swoich zamiarów. Ale nie tracę wiary, wreszcie przyjdzie taki dzień, że mi się to uda. - Nie brała pod uwagę zerowej siły przebicia, skoro na innych jeszcze w jakiś sposób udawało jej się wpłynąć. Nawet na swojego kuzyna, który równie sceptycznie podchodził do jej pomysłów co Lupus, choć subtelna różnica polegała na tym, że Tristan w końcu pozwolił jej nakarmić te biedne, małe smoki. - A skoro już sobie tak rozmawiamy, to powiedz mi, mój miły, gdzie podziewa się twoja narzeczona? - Była arcyciekawa jak miewają się te sprawy w innych rodach, niż jej własnym. Zastanawiała się też czy obecna sytuacja jakkolwiek wpływa na postrzeganie małżeństw, czy jednak wszyscy skupiają się w tej chwili na rozwiązaniu problemu anomalii, które owładnęły ich świat. Oczekiwała normalnej odpowiedzi, nie kolejnego zbycia, jednocześnie kładąc się z powrotem do łóżka, pod ciepłą pościel. Od tego wystawania w oknie zdążyła trzykrotnie zmarznąć, wbrew swoim wcześniejszym narzekaniom na potencjalne zapalenie płuc.

Estelle Slughorn
Zawód : alchemik w św. Mungu
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
better never means better for everyone. it always means worse for some.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4587-estelle-slughorn-budowa#98562 https://www.morsmordre.net/t4635-volare https://www.morsmordre.net/t4599-niepokorna-slughornowna#98986 https://www.morsmordre.net/f291-westmorland-dworek-nad-zatoka https://www.morsmordre.net/t4632-estelle-slughorn
Re: Sala numer jeden [odnośnik]08.11.17 14:27
Lubiłem i szanowałem Estelle, ale jeśli chodziło o jej zdrowie, była boleśnie nieznośna. Uparta do granic możliwości, krnąbrna, a przy tym diabelnie irytująca. Czasem sądziłem, że powinienem na niej w kółko używać magicznego lasso oraz zaklęcia uciszającego. Wszystko, by tylko została w łóżku i nie wymyślała coraz to głupszych pomysłów odnośnie ucieczki. Schemat był ten sam, bo nie zamierzałem kiedykolwiek narazić jej na niebezpieczeństwo. Nie byłem jej uzdrowicielem prowadzącym, ale również byłem medykiem, dlatego spoczywała na mnie odpowiedzialność za jej istnienie. Zdrowie i życie. Na beztroskie podejście do sprawy nie pozwalało mi też wychowanie i przyjaźń, jaka sądziłem, nas łączy. A ona, krucha Slughornówna co rusz wyprowadzała mnie z równowagi, wystawiając nasze relacje na ciężką próbę. Westchnąłem w duchu zastanawiając się czy faktycznie będę musiał uciec się do rozwiązania siłowego. Wolałem nie, to oczywiste.
Słuchałem uważnie jej odpowiedzi bacznie przyglądając się jej ruchom. Możliwe, że chciała odwrócić moją uwagę i potem czmychnąć, nawet nie patrząc na zamknięte za moimi plecami drzwi. Z trudem powstrzymałem się przed wywróceniem oczami.
- Lubisz testować moją cierpliwość, mam rację? – zadałem pytanie retoryczne. Oboje znaliśmy na nie odpowiedź. – Podoba mi się jednak twoje optymistyczne myślenie. Za to wolałbym, gdybyś odpuściła i zrobiła coś niespodziewanego, mianowicie dobrowolnie poddała się leczeniu – uzupełniłem swoją wypowiedź.
- Połóż się – zażądałem, choć wreszcie Estelle postanowiła zrobić coś bez mojego nieustannego rozkazywania. Zdjąłem dłoń z rękojeści różdżki, rozluźniając się nieco kiedy kobieta zawędrowała pod pierzynę. Spiąłem się za to ponownie słysząc jej pytanie. Wścibskie, ale ze względu na nasze relacje, mogłem jej to wybaczyć.
- Nie mam narzeczonej – odparłem zgodnie z prawdą. Jeszcze. Za równo dwa tygodnie sytuacja diametralnie się zmieni. Jednak o tym nie zamierzałem mówić na głos; w ogóle wolałem o tym nie myśleć, nie był to najprzyjemniejszy temat. Cały czas myślałem o niej, choć już dawno była dla mnie niedostępna. Gdybym nie był takim głupcem podczas nauk w Hogwarcie, pewnie bylibyśmy już małżeństwem z przynajmniej trojgiem dzieci. Życie układa się zaskakująco. – Ty za to powinnaś być bardziej pokorna, by mieć narzeczonego – dodałem zgryźliwie, w ramach rewanżu. – Pójdę już, kawa i tak jest już zimna. Postaram się cię odwiedzić później – zadecydowałem. Wziąłem swój kubek, później zaś wyszedłem na korytarz pełniąc dyżur.

z/t oboje
Lupus Black
Zawód : Uzdrowiciel na oddziale urazów pozaklęciowych
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Szedł podróżny w wilczurze, zaszedł mu wilk drogę.
"Znaj z odzieży - rzekł człowiek - co jestem, co mogę".
Wprzód się rozśmiał, rzekł potem człeku wilk ponury;
"Znam, żeś słaby, gdy cudzej potrzebujesz skóry".
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4105-lupus-black https://www.morsmordre.net/t4189-lupusowa https://www.morsmordre.net/t4188-lupus#84660 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t4464-skrytka-bankowa-nr-1060#95257 https://www.morsmordre.net/t4398-lupus-black#94303
Re: Sala numer jeden [odnośnik]28.03.18 23:23
| po evencie

Ostatni kamień pęka, a dom zaczyna się walić, grożąc pogrzebaniem w jego gruzach. Josie biegnie tak szybko, jak jeszcze nigdy nie musiała biec. Jej mięśnie drżą w proteście, deski za plecami trzeszczą, a lodowaty wiatr uderza w twarz, niosąc ze sobą kłujące drobiny lodu. To, przed czym ucieka, jest jednak dużo gorsze niż zimno i ciemności, którym próbuje stawić czoła. Przed sobą i za sobą słyszy kroki innych uciekających. Nie wie, czy są tam wszyscy, którzy jej towarzyszyli, ale ratuje własną skórę, tchórzliwie boi się obrócić przez ramię, bo bardzo nie chce tu zostać. To przecież nie może się tak skończyć, jest zbyt młoda, by zostać tu na zawsze, utkwić w tym przeklętym domostwie. Liczy się tylko jedno – rozpaczliwa chęć wyjścia z tego cało. Nie jest ważne to, kim jest na co dzień, chce tylko uciec i być bezpieczna.
Nigdy nie była odważna, choć tego dnia zdobyła się na wiele. Teraz zdobywa się na ostatni wysiłek, w prymitywnym podrygu chęci przetrwania pokonując kolejne metry, próbując zwiększyć dystans od walącego się domu, którego już nie utrzymuje w równowadze złamana klątwa. Ale wie, że niebezpieczeństwo wcale się nie skończyło, a słabość ciała nie pozwala uciec tak szybko, jak by chciała. Przed oczami przemykają jej sceny z życia, obrazy siostry, zaginionego brata, a także rodziców, i naprawdę żałuje że zaufała tajemniczemu listowi od nieznajomej, który ściągnął ją w to miejsce. Chwilę później dostrzega jasny rozbłysk, a jej ciało zalewa fala energii. Boi się, że to już koniec...

Ale w tym samym momencie przebudziła się, a z jej ust wyrwał się głośny krzyk. Otworzyła oczy, w pierwszej chwili zauważając tylko półmrok. Bała się, że wciąż jest w tym nawiedzonym domu, więc drgnęła niespokojnie i poruszyła głową na boki, próbując przegonić resztki ciemności i rozeznać się w otoczeniu. Pasmo włosów przykleiło się do czoła zroszonego zimnym potem, choć pod kołdrą wciąż dygotała. Ale cokolwiek wydarzyło się na tej wyspie rodem z koszmarów, nie ulegało wątpliwości, że żyła. Zaczęła nawet przypominać, co się działo, kiedy zostali odnalezieni. A później trafiła do Munga, choć była tak słaba, że odpłynęła bardzo szybko i nawet nie pamiętała, co robili z nią uzdrowiciele, kiedy tam trafiła.
Wciąż była w Mungu, choć tym razem nie jako stażystka. Nie musiało upłynąć wiele sekund, by rozpoznała zarysy otoczenia i doskonale jej znany zapach medykamentów unoszący się w powietrzu. Znała te sale i ten zapach, przez ostatnie dwa lata spędzała tu sporo czasu, ucząc się uzdrowicielskiego fachu. Jej ciało wciąż było osłabione, ale sen zrobił swoje, nawet jeśli przerwał go koszmar, w którym znów doświadczyła reminiscencji wcześniejszych wydarzeń.
Sądząc po przytłumionej poświacie zza okna, niedawno wstał świt. A może to był wieczór? Nie wiedziała, ile czasu minęło odkąd tu trafiła, czy to w ogóle był ten sam dzień, czy już kolejny. Straciła rachubę czasu, a okno było zbyt wysoko, by mogła przez nie wyjrzeć, unosząc się na drżących łokciach w posłaniu. Zdecydowanie wolała Munga od tej drugiej strony, nie od strony pacjentki, ale teraz pozostawało jej czekać na jakiegoś uzdrowiciela, który powiedziałby jej, co i jak.



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Sala numer jeden [odnośnik]03.04.18 15:37
Każdy koszmar ma aurę. Ciężar niechcianych wizji penetruje do powietrza, zagęszczając je w sposób, którego nie można pomylić z niczym innym. Richard, gdy nad ranem poproszono go o rozmowę z nowo przyjętą pacjentką, wyczuł koszmary w powietrzu tylko wszedłszy do szpitalnej sali. Stanąwszy w progu drgnął nieznacznie, tak obrzydł mu ponury nastrój i zmęczenie towarzyszące budzeniu się z koszmaru. Sam także był znużony, lecz w sposób, do którego już przywykł, obarczony tylko ciężarem wielu godzin pracy. Przewodził mu w niej jednak wciąż jasny umysł, wolny od sabotażu sennych mar.
Stojąc nieruchomo jak skała pośród jej wzburzonych emocji szarpiących uśpione ciało z siłą, która wystarczyłaby, by wydostały się na zewnątrz, przyglądał się, jak dziewczyna śpi. Cierpliwie czekał, aż miną ostatnie chwile do jej wybudzenia.
Rzadko, bardzo rzadko miał do czynienia z niezręczną sytuacją, jaką jest przyjęcie na swój oddział pracownika szpitala. O ile uzdrowiciele, pielęgniarki i stażyści nie mogli ustrzec się urazów i chorób, specyfika oddziału psychiatrycznego niosła ze sobą gorszą reputację i bardziej niepokojące skojarzenia.
Mrugnął zaledwie, słysząc krzyk wyrywający się z ust Jocelyn. Obserwował, jak jej twarz krzywi się z bólu i strachu, wyczekiwał momentu, w którym w jej śnie stanie się coś, co ostatecznie wyszarpnie ją z powrotem na powierzchnię świadomości.
Nie zdążył dowiedzieć się dokładnie, po jakim zdarzeniu stażystka trafiła do szpitala. Uzdrowiciel, który przekazał mu opiekę nad nią nie znał wielu szczegółów, więc już w drodze do sali chorych Richard nastawił się na długi i trudny proces zbierania wywiadu. Chcąc zabrać się za to możliwie jak najszybciej, usiadł w bezpiecznym oddaleniu na skraju łóżka. W zakresie jego kompetencji leżał wątpliwy przywilej bliższego niż przeciętny uzdrowiciel kontaktu z pacjentem.
- Jocelyn, już dobrze. Jesteś w szpitalu, nic ci tu nie grozi. Dochodzi piata rano, przespałaś kilka godzin. Poznajesz mnie? Zajmę się tobą. – cierpliwie, trzymając dziewczynę za wilgotną od potu rękę sprowadzał ją spośród koszmarów do rzeczywistości, którą dobrze znała. Jeśli wciąż była w szoku, miał spore szanse, że uda mu się ją wyprowadzić z niego szybciej niż zwyczajnego pacjenta, ponieważ znajdowała się w znajomym otoczeniu; podejrzewał, że atmosfera podniszczonej szpitalnej sali i pełna napięcia cisza, w której śpią jeszcze inni pacjenci nie przerażała jej wcale w porównaniu z tym, co działo się w jej głowie.
Zmianom zachodzącym w dziewczęcej twarzy w miarę jak się uspokajała przyglądał się z neutralną, spokojną miną. Nic. Nie czuje nic na widok strachu, którego resztki rozmywają się jeszcze w spojrzeniu dziewczyny, zmrużonych oczach, gotowych zamknąć się, gdyby makabryczne obrazy z koszmaru przeniosły się do prawdziwego świata. Nie może przejmować emocji pacjentów, choćby nawet potrafił, musi wstrzymywać swoją ułomną empatię do ostatniej chwili, w której istnieje jeszcze ryzyko, że pacjent pociągnie go za sobą w dół spirali lęków.
- Opowiedz mi, co ci się śniło. – poprosił, puszczając rękę Jocelyn. Nadal jednak pozostał dość blisko, by mogła wyczuć jego ciężar na materacu. Prosił ją, by zanurzyła się z powrotem koszmaru, potrzebowała więc czegoś na kształt kotwicy, by przypominało jej stale, że znajduje się w bezpiecznym miejscu. Przechodzącą pielęgniarkę poprosił gestem o ziołowy napar z rumianku i melisy, którego zapach koi zmysły i uspokaja.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Sala numer jeden [odnośnik]03.04.18 21:32
Choć nie była tego świadoma, już jakiś czas przed przebudzeniem niespokojnie wierciła się w pościeli, drżała i oblewała zimnym potem. Niedawne wydarzenia nie potrafiły tak łatwo odpuścić i nawiedziły Jocelyn ponownie, gdy tylko zamknęła oczy, by zregenerować zmęczone ciało snem. Prawdopodobnie na tych zdarzeniach bardziej ucierpiał jej umysł niż samo ciało, może dlatego położono ją właśnie tutaj. A może po prostu na innych oddziałach nie było dla niej miejsca? Rannych po anomaliach nadal nie brakowało, a Jocelyn była po prostu wycieńczona traumatycznym doświadczeniem, w które została wciągnięta.
Do tej pory raczej nie miała okazji znaleźć się w sytuacjach zagrożenia życia, bo była spokojną dziewczyną unikającą ryzyka. Nie pakowała się w kłopoty i nie szukała guza; w Hogwarcie była typową kujonką z Ravenclawu, a i po szkole jej tryb życia znacząco się nie zmienił. Oczywiście anomalie zagrażały wszystkim, nawet tym, którzy nie próbowali kusić losu z pełną premedytacją, ale to, co ją spotkało, to nie anomalia. To coś zupełnie innego, czego Jocelyn zupełnie się nie spodziewała. Idąc na spotkanie myślała, że czeka ją zwyczajna rozmowa ze starszą osobą, która jakimś sposobem posiadła informacje o jej bracie... A tymczasem już od początku spotykały ją problemy i niespodzianki zwieńczone desperacką walką o wolność i przeżycie.
Miała nauczkę, by z o wiele większą rezerwą traktować listy od nieznanych sobie osób, ale perspektywa poznania losów Toma odarła ją ze zdrowego rozsądku. Odkąd zniknął, dręczyły ją wyrzuty sumienia, że była tak bierna kiedy matka traktowała go podle, więc przez cały ten czas chwytała się każdej nadziei na możliwość jego odnalezienia. Ale zamiast znaleźć Toma prawie znalazła własną zgubę.
Koszmar skończył się w momencie, kiedy uderzyła w nią fala energii. Przebudziła się z krzykiem, przez chwilę nie będąc pewną, czy w ogóle żyje. I o ile w większości ludzi przebudzenie się w Mungu pewnie budziło panikę, Josie poczuła coś na kształt ulgi, że widzi wokół siebie coś, co znała. Nawet, jeśli to miał być właśnie Mung.
Po chwili zdała też sobie sprawę, że nie jest tu sama i w dodatku ktoś ściska jej rękę.
- Iris? Czy to ty? – rzuciła odruchowo w przestrzeń, ale okazało się, że to nie Iris ani nawet nie ojciec, a Richard Sykes we własnej osobie. Szybko dopasowała widzianą twarz do obrazu ze wspomnień i zdała sobie sprawę, że to uzdrowiciel usiadł obok, najwyraźniej czekając na jej przebudzenie się. – Tak... poznaję – przytaknęła po chwili, mrugając szybko oczami i zatrzymując wzrok na jego twarzy. Może tydzień wcześniej widziała go na jednym z korytarzy, a wcale nie tak dawno temu, pod koniec maja, spacerowali razem po jednym z londyńskich parków, gdzie spotkali się przypadkiem. Ale te okoliczności mocno różniły się od tamtych, a nawet od zwykłych zawodowych. Teraz Josie nie była asystującą mu stażystką, a pacjentką. I mogła tylko się zastanawiać, ile wiedział i od jak dawna ją obserwował, ale taka była jego praca.
Mogła jednak zacząć się powoli uspokajać, kiedy okazało się, że tylko śniła i jest już bezpieczna, a obok był ktoś, kogo znała.
- Jesteśmy na trzecim piętrze? Czy moja rodzina wie, że tu jestem? – zapytała cicho. – Chciałabym ich zobaczyć.
Możliwe, że jej bliscy jeszcze nie wiedzieli, choć Iris musiała zauważyć, że Josie wyszła późnym popołudniem i nie wróciła na noc. Może czekała w domu na jej pojawienie się? A może ojciec już był w Mungu i doszły go słuchy, że córka trafiła na oddział? W domu na wyspie bała się, że już nigdy ich nie zobaczy, a bogin na jej widok przybrał postać inferiusa mającego wygląd jej siostry. Wzdrygnęła się na samo wspomnienie tego widoku.
Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, o co Richard ją zapytał.
- Śniły mi się... Wydarzenia z ostatniego dnia. Przeżywałam to na nowo. – Skoro mówił, że spała kilka godzin, to nadal był ostatni dzień. – Jak dużo wiesz o tym, co się stało? – zapytała go nagle, ciekawa, jakie informacje krążyły wśród uzdrowicieli o grupce tajemniczo rannych osób. Jeśli jednak dopiero przyszedł do pracy mógł nie wiedzieć, a wtedy zapewne będzie zadawać jej pytania. – I co z pozostałymi, których ze mną znaleziono? Pamiętam... Nie wszyscy wrócili – odezwała się nagle, zdając sobie z tego w pełni sprawę. Nie wszyscy, którzy trafili na wyspę, opuścili ją, a Josie poczuła nieprzyjemne ukłucie w środku, przywołując w myślach twarz Pandory, która w pewnym momencie zniknęła i której już później nie zobaczyła, czy Mii, która została w tyle, w ruinach, w momencie, kiedy rozbłysła energia. A Josie, uciekając z budynku, myślała o ratowaniu swojej skóry. Czy to znaczyło, że była kiepskim materiałem na uzdrowiciela?



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Sala numer jeden [odnośnik]05.04.18 22:40
Cierpliwie czekał, aż Jocelyn spomiędzy twarzy bliskich, które chciałaby zobaczyć wyłoni tę obcą, którą widzi w rzeczywistości. Zaprzeczał raz po raz, nie mogąc odmówić sobie tęsknoty za… czyjąś tęsknotą. Na przestrzeni dziesięcioletniej kariery był świadkiem wielu, więcej niż dbałby zliczyć, poszukiwań po omacku osoby, która stanowiłaby wsparcie dla kogoś, kto znalazł się po trudnych przejściach na oddziale magipsychiatrii. Od dawna już nie spodziewał się ulgi malującej się na twarzach pacjentów na jego widok. Surowy, oczekujący wyraz twarzy i uzdrowicielska szata były pierwszymi, tylko powierzchownymi czynnikami działającymi na jego niekorzyść. Wiele lat zajęło mu zdobycie umiejętności zjednywania sobie ludzi, przekonywania ich, że chce dla nich dobrze i warto mu zaufać. Niezależnie od szczerości swoich intencji, każdy pacjent był dla Richarda celem, wyzwaniem i jeśli na jego potrzeby musiał analizować i odzwierciedlać odpowiednie emocje, robił to bez zająknięcia.
Nie było jednak na to potrzeby w przypadku Jocelyn. Jeszcze, poprawił się w myślach pamiętając, że na jego oddziale w większości przypadków trzeba swoje odczekać, by zabrać się za leczenie.
- Tak, na trzecim. – czasem trzeba było utwierdzać pacjenta w przypuszczeniach, które przedtem, nawet choćby poprzedniego dnia, były wiedzą oczywistą. Richard nie dopatrywał się jeszcze w zachowaniu stażystki żadnych nieprawidłowości. W pierwszej kolejności musiała się uspokoić, a jego odpowiedzialnością – przynajmniej po części – było uformowanie dla niej fundamentów poczucia bezpieczeństwa i sprawne oddzielenie go od traumy powodującej koszmary. Robiąc to, z minuty na minutę stawał się bardziej świadomy, że będzie to długotrwała praca, a uraz, przez który znalazła się w szpitalu może jeszcze uwolnić skrywane przedtem w podświadomości lęki. Musiał zatem ocierać się także o błędy, których nie zawsze unikał dzięki własnemu doświadczeniu i wiedzy.
- Powiadomiono ich listownie. Przypuszczam, że przybędą niedługo, gdy zaczną się godziny odwiedzin. Leonarda nie ma jeszcze w szpitalu, ale zapewne zjawi się szybciej, by cię zobaczyć. – zawiadomienie rodziny poszkodowanej nie było jego pierwszą myślą, rzadko zresztą był uzdrowicielem przyjmującym pacjentów z ulicy, po wypadkach; nie musiał zajmować się na wstępie taką ilością formalności, jeśli tłumaczył się rodzinie, to dopiero po jakimś czasie. Musiał długo powtarzać sobie schemat postępowania, by zakodować sobie, że trzeba szybko informować bliskich pacjenta o zaszłych zdarzeniach, lecz nie łudził się, że kiedykolwiek zrozumie, dlaczego to priorytet.
Czyje imię wołałby, gdyby tak jak Jocelyn ocknął się w szpitalu po strasznym przeżyciu, dręczony wspomnieniami zniekształconymi przez lęk i niepewność swojej sytuacji? Gdyby spotkało go to w ostatnich latach, z całą pewnością nie uciekałby się do schronienia matczynych objęć i ojcowskiej siły. Niechęć i strach przed patriarchą stale gniła w jego sercu, by w końcu przerodzić się w nienawiść. Ta zaś kazała coraz bardziej wątpić w matkę, okaleczać miłość do niej, która kiedyś była bezwarunkowa i wytrzymywała każdą próbę. Samotność uzdrowiciela, którą uparcie zwał samodzielnością, upośledzała jego i tak już wątłą zdolność empatii, lecz na szczęście nauka nauczyła go na nowo, jak do niej sięgać. Był to proces już zdehumanizowany, ale pomocny do stopnia niezbędności w jego pracy.
- Niewiele. – odpowiadał na jej pytania krótko. Minęło jeszcze zbyt mało czasu, by mógł działać swobodnie, Jocelyn nie była w odpowiednim stanie, by nawet przygotować ją do omówienia wszystkiego, co się jej przydarzyło. Zasłyszał od innych uzdrowicieli kilka szczegółów równie ciekawych co niepokojących, omawiali obrażenia niektórych osób, które dotarły do szpitala wraz z Jocelyn. Richarda nie zajmowały jednak w pracy uszkodzenia ciała, szczególnie, gdy musiał rozpocząć analizę trudnego przypadku.  – Nie było mnie tam, kiedy ich przyjmowano. Tak szybko jak to możliwe postaram się czegoś dowiedzieć i wszystkie informacje przekażę tobie.
Musiał liczyć się z tym, że mu nie uwierzy. Ale skoro została oddana pod jego opiekę, kiedy tylko wyrazi zgodę na leczenie i gotowość do współpracy z nim lub którymkolwiek z innych psychiatrów, gdyby zażyczyła sobie zmiany uzdrowiciela prowadzącego, szybko zda sobie sprawę z tego, że w tak newralgicznym okresie jak pierwsze godziny po traumie informacje, jakich się jej udziela przechodzą przez wiele filtrów oceniających, czy jakiś ułamek tej wiedzy nie mógłby jej zaszkodzić bardziej niż pomóc.
- W odpowiednim czasie chciałbym, byś sama wszystko mi opowiedziała. To nie musi być teraz. Jeśli chcesz, mogę podać ci coś na sen, odpoczniesz jeszcze, z dala od koszmarów. Możemy poczekać, aż zobaczysz się z rodziną. – w tym miejscu dotknął jej ręki raz jeszcze, by dobitniej zwrócić jej uwagę na swoje słowa. – Przeżyłaś szok i trzeba ci pomóc, Jocelyn. Zrobię, co w mojej mocy, żebyś nie cierpiała.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Sala numer jeden [odnośnik]06.04.18 23:58
To siostra była osobą, która jako pierwsza przyszła jej na myśl. Jej bliźniacze dopełnienie, osoba, która towarzyszyła jej od pierwszych chwil życia, a nawet wcześniej. Były jak dwie części jednego jabłka i potrafiły zrozumieć się bez słów. To jej imię wypowiedziała, ją pragnęła ujrzeć, nie matkę. Wiedziała, że w Thei nie znalazłaby oparcia, zrozumienia i ukojenia dla roztrzęsionych nerwów. Thea zawsze potrafiła tylko wymagać i oceniać, i co uświadomiła sobie w ostatnich miesiącach, nigdy nie dawała swoim dzieciom faktycznego emocjonalnego wsparcia, a tylko wymagała go od innych. Josie kochała ją i wciąż łudziła się, że matka odwzajemnia to uczucie, ale odkąd zniknął Tom, stawała się coraz mniej zaślepiona i coraz częściej i łatwiej dostrzegała wady kobiety, która w dzieciństwie wydawała jej się wzorem.
Ale widok Richarda na swój sposób też był kojący, ponieważ był częścią znanej jej rzeczywistości. Kimś, kogo regularnie widywała w Mungu, a nawet pamiętała z innych okoliczności, był jej dalekim krewnym ze strony ojca. Nie był kolejnym sennym widziadłem z nawiedzonego, przeklętego domu, a kimś z jej normalnego życia. Samo to wystarczyło, by przynieść jej odrobinę spokoju, choć wiedziała też, że ich relacja się zmieniła. To już nie była relacja uzdrowiciel-stażystka, a uzdrowiciel-pacjentka i zdawała sobie z tego sprawę, czując na sobie jego spojrzenie. Nie była pewna, co myśleć o takiej zmianie, ale jeszcze nie wybiegała myślami daleko w przyszłość.
Była teraz daleka od swojego zwykłego wizerunku eleganckiej, zadbanej młodej kobiety w starannie dopasowanych strojach i schludnie ułożonych włosach. Teraz jej kosmyki były potargane, twarz o wiele bledsza niż zwykle, wzrok przestraszony, a oddech niespokojny, choć stopniowo zaczął zwalniać, odkąd przekonała się, gdzie jest i z kim. Zamiast sukienki i płaszczyka miała na sobie długą, jasną koszulę nocną; najwyraźniej ktoś przebrał ją, kiedy zapadła w sen.
- To... dobrze – powiedziała, gdy odpowiedział jej na pytanie odnośnie rodziny. Ucieszyła się, że może wkrótce ich zobaczy. Siostrę i ojca, bo matka raczej nie pojawi się w znienawidzonym Mungu nawet dla niej. To Josie miała się dla niej poświęcać i zabiegać o uwagę, nie odwrotnie, i właśnie zdała sobie z tego boleśnie sprawę, choć zarazem pragnęła zobaczyć ich wszystkich, bo tak się bała, że do nich nie wróci. Była przywiązana do nich wszystkich, także do Thomasa, który zniknął i nie miała pojęcia, co się z nim dzieje. To dla brata znalazła się w tamtym miejscu.
- W takim razie pozostaje mi czekać – powiedziała cicho. Chciała się czegoś dowiedzieć, bo poczuła ukłucie wyrzutów sumienia na myśl o Mii i Pandorze. Chciałaby usłyszeć, że jednak wyszły stamtąd cało. Jeśli nie... Wtedy wyrzuty sumienia pewnie wzrosną. Bo choć Josie nigdy nie była idealistką, nie brakowało jej egoizmu i w sytuacji zagrożenia pomyślała w pierwszej kolejności o swoim bezpieczeństwie, to nie była osobą pozbawioną sumienia. Nie mogłaby zupełnie zignorować myśli, że ktoś z jej mimowolnych towarzyszy z przeklętego domu zginął, zwłaszcza że Pandorę znała, była jej koleżanką z lat szkolnych, z którą kilka tygodni wcześniej nawet się spotkała. Ona też mogła zginąć, gdyby miała trochę mniej szczęścia.
- Wszystko poszło nie tak. Nie znalazłam Toma. Nie znalazłam go, a przecież miał tam być – wyszeptała cicho i nagle urwała, znów drżąc mimo materiału kołdry, kiedy przed jej oczami przemknęło kilka migawek wspomnień z nawiedzonego domostwa. Zakołysała się lekko w tył i w przód, zaciskając palce dłoni na brzegach kołdry, próbując odpędzić niechciane wspomnienia i widoki. Wolała skupić się na tu i teraz. Kto by pomyślał, że kiedyś nawet obskurna sala Munga wyda jej się czymś przyjaznym? Na pewno bardziej niż miejsce, w którym dziś, czy może już raczej wczoraj się znalazła. – Ale razie nie chcę o tym wszystkim opowiadać. Ja... nie czuję się jeszcze gotowa, by komukolwiek o tym mówić – wyznała, nie kontynuując wcześniejszej myśli. Poczuła, że znów chwycił jej rękę. Nie odtrąciła jego dłoni, jedynie podniosła na niego wzrok, mając nadzieję, że naprawdę nie oczekiwał, że teraz opowie mu wszystko, co się zdarzyło. Chyba nawet Iris jeszcze nie potrafiłaby zdradzić absolutnie wszystkiego. – Kiedy będę mogła wrócić do domu? – zapytała nagle, choć była niemal pewna, że na wypisie się nie skończy, że prawdopodobnie będzie zobligowana do odwiedzania magipsychiatry jeszcze przez jakiś czas, i pewnie dostanie też urlop. Jej przełożeni musieli mieć pewność, że trauma nie wpływa negatywnie na jej pracę, w końcu zawód uzdrowiciela, nawet stażysty był bardzo odpowiedzialny. Nie wiedziała jednak, jak Richard miał zamiar jej pomóc; nigdy nie poznała kulisów pracy magipsychiatry od strony pacjenta. Dotychczas tylko przyglądała się z boku jako stażystka, traumy tamtych pacjentów nie były jej traumami, więc łatwiej było się dystansować. Ale teraz sama przeżyła coś nieprzyjemnego, co budziło w niej pewien popłoch.



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane

Strona 6 z 10 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10  Next

Sala numer jeden
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach