Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Sypialnia
AutorWiadomość
Sypialnia [odnośnik]04.09.16 19:28

Sypialnia

Utrzymana w tonacji minimalistycznej bieli, zupełnie jak reszta domu. Znajduje się tutaj ogromne łoże z baldachimem oraz miękkimi, puszystymi poduszkami. Wyposażenia sypialni dopełnia również toaletka, niewielka (w porównaniu do innych) szafa oraz zgrabna etażerka. Nie braknie tu również wszechobecnych w domu luster. Ten pokój jest osobistym azylem Marcela i nikt nie ma do niego wstępu, chyba że za jego wyraźnym zaproszeniem.


Ostatnio zmieniony przez Marcel Parkinson dnia 10.11.16 11:56, w całości zmieniany 1 raz
Marcel Parkinson
Zawód : Doradca wizerunkowy "he he"
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Na górze wino
na dole dwa
jestem przystojny
soł chapeau bas
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3606-marcel-parkinson https://www.morsmordre.net/t3826-eros https://www.morsmordre.net/t3641-i-m-so-cool-and-totally-awesome https://www.morsmordre.net/f107-egerton-crescent-44 https://www.morsmordre.net/t3989-skrytka-bankowa-nr-916#77266 https://www.morsmordre.net/t3988-pan-ladny
Re: Sypialnia [odnośnik]06.09.16 11:35
|połowa stycznia?

Uwielbiał śniadania przynoszone do łóżka. Zwłaszcza, jeśli serwowała mu je jakaś piękna, urocza niewiasta, łagodnie uśmiechnięta, ubrana w jego szlafrok albo elegancką, za dużą koszulę, którą niedbale rzucił na podłogę poprzedniego wieczoru. Nie marudził jednak, kiedy na srebrnej tacy (złoto uważał za nieco przereklamowane) to posłuszna skrzatka przynosiła mu kawę z mlekiem i dużą ilością cukry (a podobno to pedalskie), naleśniki z syropem albo pyszny, świeżo usmażony omlet. Dzięki temu Marcel mógł rozkoszować się przyjemnościami podniebienia, jednocześnie pieszczony przez satynową kołdrę oraz miękkość materaca, cudownie otulającego jego nagie ciało (nie znosił piżam i niezwykle rzadko ubierał do spania choćby jedwabne spodnie). Nie istniało nic lepszego (w zasadzie było kilka takich rzeczy, lecz pomińmy je łaskawym milczeniem) od leniwego przed... i popołudnia spędzonego w łóżku na przegryzaniu smakołyków, miarowych drzemkach - naturalnie dla urody - oraz przeglądania kolorowych, plotkarskich pisemek. Oczywiście znał już wcześniej większość tych informacji, które równie dobrze mogły pochodzić od niego; rzadko pamiętał, o kim to chlapał jęzorem, kiedy nieco spity wałęsał się po londyńskich, magicznych barach i kasynach. Stanowił łatwy łup dla takich łowców okazji, ale Marce zupełnie się tym nie przejmował, podobnie jak tymi nieszczęsnymi prostaczkami, których przypadkowo niszczył nieopacznie wyważonymi słowy.
Tak jak miał ochotę zniszczyć durną gazetę, krytykującą ostro nową kolekcję, która wyszła spod ręki jego kuzyna. Już tym razem świadomie płonęła w nim żądza destrukcji, zakończona jednak - jak zwykle zresztą - na chęciach, gdy wyrywał strony z podłego pismaka i podpalał je końcówką różdżki, chichocząc jak dziecko z kolorowych płomyczków. Śmiech jednak niemal natychmiast zamarł mu w gardle, gdy lekko sparzył sobie skórę na udzie. Marce popatrzył z wyrzutem na własną różdżkę, która sprawiała mu tyle zawodu - to definitywnie wszystko właśnie JEJ wina - i począł dmuchać na zaróżowioną skórę, chcąc nieco ukoić ten króciutki ból, rosnący jednak do rangi prawdopodobnej utraty nogi. Z tego całego zamieszania strącił kubek z kawą, która rozlała się - uff, na szczęście nie na białą pościel i nie na cieplusi kocyk z alpaczej wełny - podłogę jednak pokryła wielka kałuża, wszędzie walały się okruchy szkła, a w środku tego burdelu na kółkach pojawiła się nagle miła mu Cece, anonsowana przez Trzpiotkę. Skrzatka natychmiast zabrała się do ogarniania bałaganu, a Marce wzruszył ramionami i uśmiechnął się nieporadnie (jak mógł zapomnieć o wizycie przyjaciółki?), chcąc wstać z łóżka, aby ją przywitać. Na szczęście w porę przypomniał sobie o tym, że jest nagi, więc tylko zamachał do niej ręką i mrugnął łobuzersko.
-Możesz się odwrócić? - poprosił w ramach przywitania - nie zdążyłem się ubrać - szepnął konspiracyjnie; Cece powinna już być przyzwyczajona do braku pruderii lorda Parkinsona, ale mimo wszystko... Marce szanował ich przyjaźń, nie chciał dawać jej dodatkowych pokus i... na miłość Merlina, Cece to panienka na wydaniu i czułby się głupio, świecąc przy niej pośladkami. Po ślubie to co innego, wtedy zapewne nic jej już nie zadziwi.
Marcel Parkinson
Zawód : Doradca wizerunkowy "he he"
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Na górze wino
na dole dwa
jestem przystojny
soł chapeau bas
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3606-marcel-parkinson https://www.morsmordre.net/t3826-eros https://www.morsmordre.net/t3641-i-m-so-cool-and-totally-awesome https://www.morsmordre.net/f107-egerton-crescent-44 https://www.morsmordre.net/t3989-skrytka-bankowa-nr-916#77266 https://www.morsmordre.net/t3988-pan-ladny
Re: Sypialnia [odnośnik]13.09.16 16:29
Cece, choćby nieważne jak mocno by chciała, ile modlitw do Merlina by nie odmówiła czy nawet gdyby zatańczyła uszami, nie potrafiła przywyknąć do bezprecedensowego dlań zachowania Marcela Parkinsona. Potrafiła przyjąć każdą plotkę, jaka wydostawała się zza jego ust, a słowo mogłaby dać, że jak na mężczyznę, mówił niezwykle dużo. Ba, robił to jednocześnie na tyle barwnie i podsuwał jej wyobraźni na tyle kwieciste opisy sytuacji, aby i ona sama mimowolnie wtórowała mu w opowieściach, chociaż jej na pewno nie były równie ciekawe oraz interesujące. No i w jej przypadku, na pewno nie można było mówić o plotce. Sykes od jakiegoś czasu była wyjątkowo nietowarzyska, co mogło mieć jej za złe zdecydowanie więcej ludzi, nie tylko Marce, a mimo wszystko to do niego pierwszego przyszła, kiedy uświadomiła sobie, że od miesięcy tylko maluje, tańczy i pracuje. Nie był to ani żaden zaszczyt, ani żaden pożytek. Nie mogła obdarować go żadnymi nowinkami. „Spałam, jadłam, pracowałam” też brzmiało na tyle żałośnie, aby nie zaczynała nawet o tym wspominać. Po prostu przyszła, tak jak się umówili, chociaż nie spodziewała się, że mógłby zapomnieć o jej wizycie. Zdała sobie sprawę z jego roztargnienia dopiero wtedy, kiedy obcasy zachrzęściły na odłamkach szkła, a skrzatka zaczęła uwijać się w pobliżu jej kostek, sprzątając bałagan, w sam środek którego nagle wtargnęła. Nie dostrzegła więc z początku zamiarów Marcela, skoncentrowana przez sekundy czy dwie na stworzeniu, ale kiedy ponownie na niego zerknęła, ten zaczął się już podnosić. Zdążyła już tylko nabrać powietrza w usta, szykując się do wydania z siebie okrzyku zawstydzenia, kiedy zdał sobie sprawę ze swojego błędu. Powoli wypuściła nagromadzony tlen.
- Ja… jasne. - zdążyła tylko wydukać nim zgodnie z jego wolą obróciła się na palcach, plecami do lorda Parkinsona. Czuła, że się rumieni jeszcze zanim przelotnie musnęła wierzchem dłoni swój policzek. To, co kiedyś na samym początku ich znajomości ją onieśmielało, wciąż działało na nią podobnie. Mimo upływu lat i ustalonych przez nich samych zasadach, na jakich opierała się cała ta znajomość. Ludzie się zmieniali, a Celeste trwała wciąż w tych samych przekonaniach, nie potrafiąc przywyknąć do widoku półnagiego (a nawet prawie nagiego!) przyjaciela, nic już nie mówiąc o żadnym innym mężczyźnie. Tego tutaj chociaż znała, a to, że niegdyś potrafiła do niego wzdychać wcale nie ułatwiało jej nie myślenie o tym.
- Długa noc? I poranek najwyraźniej też - spróbowała spytać, chcąc odwrócić swoją własną uwagę od rozpraszających ją myśli, ale choćby bardzo chciała, wcale nie brzmiało to jak pytanie. Zastygła w bezruchu, stając się idealnym manekinem dla czarnej, sięgającej za kolano gorsetowej sukienki, prostej i adekwatnej do codziennej przechadzki i nagle wtedy poczęła zrzucać z pleców okrycie, najwyraźniej bardzo potrzebując zajęcia dla rąk.


DANCE, ballerina, DANCE AND DO YOUR PIROUETTE
IN RHYTHM WITH YOUR ACHIN' HEART
DANCE, ballerina, DANCE YOU MUSTN'T ONCE FORGET
A DANCER HAS TO DANCE THE PART
Cece Sykes
Zawód : uzdrowicielka, oddz. urazów magizoologicznych
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
To możliwość spełnienia marzeń sprawia, że życie jest tak fascynujące.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3619-celeste-sykes https://www.morsmordre.net/t3727-a-to-franca https://www.morsmordre.net/t3728-tylko-nie-celeste https://www.morsmordre.net/f239-pokatna-6-6 https://www.morsmordre.net/t3741-skrytka-bankowa-nr-913#68534 https://www.morsmordre.net/t3732-cece-sykes
Re: Sypialnia [odnośnik]13.09.16 17:03
Cece była słodka, piękna i mądra. Nie musiała nawet nosić szlacheckiego nazwiska, by Parkinson obdarzył ją swą uwagę (rozpraszającą się i zmienną jak nastrój kobiety w trakcie miesiączki albo... o zgrozo, ciąży), co już samo w sobie czyniło ją osóbką niezwykłą. Marce nawet nie pamiętał, czemu przed laty ją odrzucił, łagodnie tłumacząc, że nie zostali dla siebie stworzeni - dziś pluł sobie w brodę, że nie wykorzystał cudownej okazji, choć równocześnie składał Merlinowi dziękczynienie. Przez swoją chwilę słabości, tkliwego, czułego serca przeważającego nad rozsądkiem, może i stracił śliczną dziewczynę na jedną noc, ale zyskał najprawdziwszą przyjaciółkę na długie, długie lata. Kto mu przynosił czekoladki z Miodowego Królestwa, gdy popadł w melancholię po ukazaniu się na łamach Czarownicy zeszłorocznej, letniej kolekcji? Kto karmił go pysznymi zupkami, gdy dopadła go paskudna niestrawność, prawdopodobnie z przyczyn nieregularnego odżywiania? Kto przykładał mu do podbitego oka kawał zmrożonego, smoczego mięsa, kiedy został napadnięty i pobity? Kto całował jego policzki i gratulował sukcesu, gdy okazało się, że ma wybrać szatę dla samego nestora swego rodu na ten tragiczny Sabat? Kto dyskretnie podawał mu jedwabne chusteczki na pokazie baletowym? Cece była jedyna w swoim rodzaju i absolutnie bezbłędna: Marce cenił ją bardziej nawet niż niektórych członków swojej popranej rodzinki oraz błękitnokrwistych buców, którzy mimo wysokiego urodzenia i tak nie potrafili nosić ubrań z taką klasą, jaką zachowywała Sykes.
-Dzięki, skarbie - zawołał Marce, wyskakując spod kołdry zadziwiająco żwawo jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą słodko sobie drzemał - rumienisz się wprost przepięknie - dodał, przeciągając sylaby ostatniego słowa i uśmiechając się chytrze - fiolet czy granat? - spytał z zadumą, drapiąc się po lewym pośladku i przechadzając wzdłuż wieszaków. Dobrze zrobił, instalując w sypialni niewielką garderobę - w zasadzie, po co się zastanawiać. Fiolet i granat! - zdecydował, a w jego głosie pobrzmiewały iskierki rozemocjonowania. Zazwyczaj przy ubieraniu pomagał mu jego osobisty lokajczyk, ale przecież Marce da sobie radę i bez niego. Bielizna, skarpetki, koszula, marynarka. Już po chwili wyglądał jak spod igły - idealny szlachcic w idealnym stroju.
-Zawiążesz mi krawat? - zwrócił się do Cece, jednocześnie próbując ujarzmić grzebieniem włosy, które wymknęły mu się spod kontroli - och, nie, spójrz tylko! Znowu muszę iść do balwierza - jęknął, mierzwiąc dłonią niepokorną czuprynę oraz zezując krytycznie na swoją brodę, na której począł pojawiać się zdecydowanie za ciemny cień zarostu.
-Ale dość już o mnie! - zreflektował się nagle, entuzjastycznie całując Cece w policzki - wyglądasz olśniewająco, choć nieco za skromnie - Parkinson wydął wargi, nie mogąc powstrzymać się od swojej oceny - no nic, i tak błyszczysz, choćby swoją cudowną osobowością. I to nie żaden przytyk - zastrzegł od razu Marcel, rzucając się na łóżko i wyjątkowo ignorując możliwość pogniecenia swego niezwykle drogiego garnituru - połóż się ze mną - zaprosił Cece, klepiąc poduszkę obok siebie i przesuwając się nieco w bok, aby zademonstrować, iż jest mnóstwo miejsca - głodna? Masz ochotę na coś słodkiego? - spytał, gotów wysłać Trzpiotkę nawet i na drugi koniec kraju, żeby zdobyć to, czego panna Sykes by sobie zażyczyła. On nie skończył śniadania, a pozostawał wściekle nienasycony. Mimo wszystkich swych braków zaś wiedział, że samotne ucztowanie nie jest zbyt kulturalne.
Marcel Parkinson
Zawód : Doradca wizerunkowy "he he"
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Na górze wino
na dole dwa
jestem przystojny
soł chapeau bas
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3606-marcel-parkinson https://www.morsmordre.net/t3826-eros https://www.morsmordre.net/t3641-i-m-so-cool-and-totally-awesome https://www.morsmordre.net/f107-egerton-crescent-44 https://www.morsmordre.net/t3989-skrytka-bankowa-nr-916#77266 https://www.morsmordre.net/t3988-pan-ladny
Re: Sypialnia [odnośnik]13.09.16 18:15
Nie chciała nawet pamiętać jak silnie przeżywała tamto odrzucenie. Była wtedy na tyle wrażliwa, że gdyby tylko Parkinson okazał się chociaż odrobinę mniej delikatny, zapewne złamałby jej serduszko jednym nierozsądnym słowem. Była mu jednocześnie wdzięczna, jak i okropnie rozczarowana. Oczywiście, to pierwsze uczucie przyszło dopiero z czasem. Teraz doceniała każdą chwilę, którą mogli razem spędzić, nawet jeśli niemożliwie krępował ją za każdym razem, ilekroć jego bezwstydność wkraczała w jej sferę psychicznego komfortu. Cóż, swego czasu ciężko było jej pojąć, jak taki bożyszcz niewieścich serc mógł w ogóle chcieć zadawać się z cnotliwą Sykes, ale później niż prędzej, przestała to analizować. Doceniła to, iż o wiele przyjemniej żyje się jej bez zamartwiania się niepotrzebnymi szczegółami i zapomniała o tej kwestii, chodź jedynie na moment, aby wracać do niej równie uparcie jak do swoich przechodzonych baletek. I o ile butów pozbyła się lata temu, tak ta wątpliwość zawsze gdzieś między nimi zawisała, chociaż Marcel nigdy w żaden sposób nie nakierował jej na ostateczną odpowiedź. Musiała się z tym pogodzić, a jego sposób bycia tylko jej w tym pomagał. Chociażby chciała, nie mogła długo się na niego gniewać czy boczyć, nic już nie mówiąc o spinaniu się.
- Wolałabym się nie rumienić - odpowiedziała burkliwie, jeszcze silniej kuląc ramiona w oczekiwaniu aż gospodarz włoży coś na siebie. Nie wydawała się specjalnie przejęta przyłapaniem jej, co wcale nie znaczyło, że nie wykrzywiła warg w niewiele znaczącym grymasie niezadowolenia, kiedy wygłosił swój komentarz. Nie rumieniła się przepięknie. Niekontrolowane przypływy krwi wcale nie były urocze, ani nic… no, a przynajmniej nie na jej twarzy. Dobrze, że zignorowała jego pytanie. Parkinsonów nie trzeba było pouczać w kwestii dobierania strojów, ale nie w tym rzecz, że po chwili sam udzielił sobie odpowiedzi. Kiedy się odwróciła i ujrzała go w fiolecie i granacie, mimowolnie westchnęła. Jak zawsze nieznośnie przystojny. Ściągnęła umalowane czerwoną pomadką wargi w cienką linię, odrzucając swój płaszcz w nogi łóżka i zbliżając się do mężczyzny. Pogładziła go krótko po szorstkim policzku, w zamyśleniu analizując co powinna powiedzieć.
- Przestań, wyglądasz zdecydowanie za dobrze z zarostem. - powiedziawszy to, klepnęła go delikatnie i zaczepnie w bark, uśmiechając się jednocześnie nieco prowokacyjnie, jakby oczekiwała, że będzie chciał jej udowodnić, że tak nie jest, ale jej oczy zdradzały zupełną szczerość. Zdecydowanie nie musiała kłamać, oj nie. Wyglądała nawet trochę tak, jakby jego dobra prezencja w ogóle jej nie zaskakiwała i… to też byłaby prawda, ale tylko w połowie. Chwyciła w obie dłonie krańce krawata i zaczęła go zaplatać, nastawiając w międzyczasie policzki do pocałunków. Kiedy skończyła, poluźniła splot, aby nadać mu nieformalnego wyglądu.
- To nie szata zdobi człowieka, lordzie. - powiedziała oficjalnym tonem, spoglądając na niego poważnie, chociaż na jej ustach błąkał się uśmiech, którego chcąc nie chcąc nie potrafiła ukryć. Co za absurd, tak powiedzieć do Marcela. Jawna prowokacja. Zajrzała mu w oczy, sprawdzając czy podejmie rękawice.
- Dziękuję - odpowiedziała mimo wszystko na komplement, zdecydowanie uważając, że skromność w pobliżu przyjaciela jest jak najbardziej wskazana. W jego towarzystwie i tak nie byłaby w stanie zabłysnąć silniej od jego samego. Po chwili wahania po rzuconej w jej kierunku propozycji, do płaszcza dołączyła również niewielka torebka i Cece przysiadła wdzięcznie na skraju łóżka. Zsunęła ze stóp wysokie buty i ułożyła się podparta na łokciu, podkurczając nogi i zginając je w kolanach. Jednocześnie przeczesała palcami długie, ciemne włosy, najwyraźniej nie potrafiąc powstrzymać się od chęci poprawiania swego wyglądu w jego towarzystwie.
- Chętnie. Proszę, zaproponuj mi coś. - zarządziła, skoro już pozwolono jej na to, w pełni korzystając ze swojego przywileju, jednocześnie rzucając mu wyzwanie. Liczyła bardziej na element zaskoczenia, aniżeli na niezwykłe walory smakowe potrawy.
- Jak minęły Ci ostatnie dni? - zagadnęła go prosto, licząc na to, że wywoła tym istny potok słów.


DANCE, ballerina, DANCE AND DO YOUR PIROUETTE
IN RHYTHM WITH YOUR ACHIN' HEART
DANCE, ballerina, DANCE YOU MUSTN'T ONCE FORGET
A DANCER HAS TO DANCE THE PART
Cece Sykes
Zawód : uzdrowicielka, oddz. urazów magizoologicznych
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
To możliwość spełnienia marzeń sprawia, że życie jest tak fascynujące.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3619-celeste-sykes https://www.morsmordre.net/t3727-a-to-franca https://www.morsmordre.net/t3728-tylko-nie-celeste https://www.morsmordre.net/f239-pokatna-6-6 https://www.morsmordre.net/t3741-skrytka-bankowa-nr-913#68534 https://www.morsmordre.net/t3732-cece-sykes
Re: Sypialnia [odnośnik]13.09.16 21:27
Dziewiczy (miał taką nadzieję!) rumieniec barwiący policzki Cece na ostry szkarłat, przypominał Marcelowi o trudnych początkach ich znajomości. Nigdy nie spodziewałby się takiego jej finału, ale po cóż miał zastanawiać się nad czymś, co funkcjonowało sprawnie już od dawna? Nieśmiałe i rozkochane spojrzenia panienki Sykes zmienił na inne - w zależności od charakteru: albo radosne, również zakochane, w ten platoniczny, siostrzany sposób, albo dezaprobujące, gdy zdarzyło mu się odwinąć coś wyjątkowo głupiego, czym zasługiwał sobie na skarcenie. Tylko i wyłącznie jej na to pozwalał - ha, z pełnych, przepięknie wykrojonych ust Cece krytykę przyjmował nawet lepiej, niż od własnej matki - i tylko ona nie ryzykowała skróceniem o głowę ostrym, parasolowym drutem, który przypadkiem znalazłby się w dłoni Marcela. Zazwyczaj jednak udawało im się obywać bez najmniejszych spięć, egzystując w bańce mydlanej szczęścia oraz wzajemnego zrozumienia własnych dziwactw. I chociaż Marcel po stokroć wolał mówić aniżeli słuchać, dla panienki Sykes zawsze był gotów uczynić chlubny wyjątek, otwierając się na nią z równym zaangażowaniem, z jakim ona czyniła to dla niego. Niegdyś nie dał jej tego, czego chciała, więc... po trosze z wyrzutów sumienia, po trosze z własnej słabości dla ubóstwianej przez niego kobiety, z ręką na sercu mógł zadeklarować, że zrobiłby dla niej wszystko.
-Och, to przecież nic takiego - mruknął, czule przesuwając dłonią po jej wciąż zaczerwienionym policzku. Z bliska czuł świeży zapach lata, zdecydowanie inny ostrej woni szpitala. Używała perfum sygnowanych nazwiskiem Victorii? - ale skoro ci przeszkadza... zobacz, nic już nie widać - dodał z uśmiechem, zakrywając dłońmi oba jej policzki i lekko naciskając, przez co usta kobiety ułożyły się w zabawny dziobek - tak lepiej? - drażnił się z Cece, by po chwili odjąć ręce od jej twarzy i zagarnąć ją do siebie w niedźwiedzim uścisku. O ile, rzecz jasna, niedźwiedzie zachowują w swych gestach tyle gracji, ile okazywał lord Parkinson nawet przy tak nieformalnym zachowaniu.
Skinął głową, zadowolony z komplementu (on przestał się rumienić za dzieciaka, ponieważ stanowczo zbyt często powtarzano mu, że jest przewspaniały); Cece znała go doskonale i wiedziała, jak bardzo lubi pochlebstwa. Nawet ciężko obrażony, pod wpływem odpowiednio wyważonych słów, mógł zapomnieć o wszelkich urazach, puszczając w niepamięć każde uprzedzenia. Łasy na pochwały, potrafił jednak wyczuć w nich każdą nutkę fałszu, więc biada tym, którzy usiłowali w ten sposób go naciąć!
-Ładnemu we wszystkim ładnie - odparł, skromnie spuszczając wzrok - ale broda drapie, kłuje, no i wiesz... muszę być gładki i porządny - mruknął, wzruszając ramionami. Cece na pewno połączy fakty, chociaż w głównej mierze tyczyło się to również lansowania stylu na londyńskich salonach. Nie chciało mu się golić samemu (jeszcze mu ręce odpadną!), na wizytę u balwierza nie miał czasu (kto za niego wyśpi się do południa?), a wymagania same się nie spełniały - w następnym sezonie modni będą wikingowie - obiecał, unosząc jedną brew, po czym wyprostował się jak struna i odchylił głowę, ułatwiając Cece wiązanie krawata. W takiej pozycji bez problemu mogłaby go udusić, lecz Marce ufał jej... i to bardziej niż sobie. Na Merlina, gdyby nie panna Sykes, prawdopodobnie kiedyś zgubiłby głowę! I na galopujące gargulce, tracił ją, kiedy wypowiadała bluźniercze słowa. ONA! Dokładnie wiedząc, jaki efekt wywoła i jak to podziała na biednego Marcela, dosłownie zbierającego się z podłogi po ataku rzewnej rozpaczy.
-Jestem panienką rozczarowany, panno Sykes - odrzekł chłodno, patrząc na nią bacznie spode łba, nie zdradzając żadnych oznak wesołości - gustuje zatem pani w naturalnych ozdobach? - odparował, ciekawy, jak daleko posunie się Cece. Może znowu się zarumieni? Och, to doprawdy byłaby gra warta świeczki!
-Nie dziękuj, koteczku. Wiesz o tym. Powiedz mi, co widzisz, kiedy patrzysz w lustro? - zażądał Marcel, odsuwając się nieco, by mogła zerknąć na swoje odbicie na ścianie pełnej oprawionych w złote ramy luster - och, tylko nie w to, ono oszukuje i bardzo wyszczupla - wyrzucił z siebie szybko, zakrywając własnym ciałem największą szklaną taflę - jeszcze byś się nie zauważyła - zażartował, puszczając do niej oczko.
Rozparty na poduszkach, z ukontentowaniem powitał bliskość Cece - nie miał nawet nic przeciwko, że stawia swoje stopy na pościeli, w której śpi - cóż, miał miliony pierzyn (na pewno miał), więc cóż za różnica?
-Co powiesz na deser przed obiadem? Suflet czekoladowy? - zaproponował, z chłopięcym podekscytowaniem, rozjaśniającym jego młodzieńczą twarz. Uśmiechnął się szeroko, niech wie, że odmowa będzie strzałem prosto w serce, gorszym nawet od pomylenia koloru kremowego z beżowym -leniwie - rzucił beztrosko, rozkładając się niczym rozgwiazda i wdychając zapach snu pomieszany z jej perfumami - ale nie uwierzysz, znalazłem wspaniałą modelkę - krzyknął, nagle podrywając się do pozycji siedzącej - hm, pomasować ci stopy? - spytał ni z gruszki ni z pietruszki, odbiegając od tematu, którym jeszcze chwilę temu zdawał się być totalnie zaaferowany.
Marcel Parkinson
Zawód : Doradca wizerunkowy "he he"
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Na górze wino
na dole dwa
jestem przystojny
soł chapeau bas
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3606-marcel-parkinson https://www.morsmordre.net/t3826-eros https://www.morsmordre.net/t3641-i-m-so-cool-and-totally-awesome https://www.morsmordre.net/f107-egerton-crescent-44 https://www.morsmordre.net/t3989-skrytka-bankowa-nr-916#77266 https://www.morsmordre.net/t3988-pan-ladny
Re: Sypialnia [odnośnik]14.09.16 17:36
Pewnie wydęłaby wargi w niemej oznace niezadowolenia i zaprezentowałaby Marcelowi firmowy uśmiech numer trzy - „rozpuszczona księżniczka” - gdyby ten nie postanowił sobie z niej podrwić. Kiedy przytknął dłonie do jej twarzy, w oczach zalśnił jej jakiś psotny błysk. Wydęła ukarminowane usta jeszcze silniej  i wychyliła się do przodu, aby pocałować go w nos.
- Może być - zdradziła w końcu, gdy już nic nie zniekształcało jej ust i mogła normalnie mówić, a jeśli chodziło o niedźwiedzie i gracje… hm, Cece z pewnością wyrabiała za ich oboje codzienny, wymagany odsetek chwil niezgrabności, więc poniekąd uścisk był niedźwiedzi jak nic! Chociaż tak po prawdzie, to ona pewnie tylko sądziła, że jest niezgrabna, bo czy widział świat jeszcze niezdarnego tancerza? Dążenie do perfekcji bywało niezwykle wypaczające. We własnych oczach nigdy nie miała być wystarczająco zdolna, piękna i wygimnastykowana, czego jak nic zazdrościła przyjacielowi, ale to uczucie nie było krzywdzące. Motywowała ją jego stateczność charakteru (nieważne ile lat go znała, on wciąż pozostawał sobą) i cieszyła się, kiedy odkrywała jak przystojnie może wyglądać w nowym, barwnym garniturze i kieliszkiem Martini w dłoni. To był jej Marcel. Miała go, nawet jeśli z początku wyobrażała sobie to wszystko inaczej i starała się czerpać z tej znajomości tyle samo ile oddawała drugiej stronie, chociaż teraz ewidentnie wywracała oczami, udając, że nie słyszy tego komentarza.
- Ach Ci mężczyźni. Wszyscy poważni lordowie noszą brody. - zauważyła, chociaż chyba nieco przeinaczała fakty. Poważni ojcowie może i tak, ale czy wszyscy lordowie musieli hodować włosy na twarzy? - Możesz się już przygotowywać.
Spróbowała go podpuścić, uśmiechając się w taki sposób, jakby chciała sprowadzić go na złą drogę, chociaż wiedziała, że nie da się przekonać. Zresztą to, że za chwilę porzuciła temat dawało wystarczające pojęcie o jej woli walki o tę kwestię.
- Pomogłabym Ci, ale znam się tylko na cięciu opatrunków. - westchnęła, niby to niepocieszona, a chociaż nie była do końca szczera to była pewna, że żaden mężczyzna nie chciałby skorzystać z jej usług balwierskich, jeśli chciałby zachować uszy w całości.
To widowisko było warte każdego słowa. Mina Parkinsona doprowadziła ją do takiego ataku śmiechu, że musiała przygryźć kciuk, aby nie roześmiać się na głos. Starała się wyglądać na skruszoną, ale to chyba sam Marcel mógł określić jak jej to wychodziło, bo sama wcale nie czuła się zbyt dobrą aktorką.
- Gustuję w młodzieńcach o barwnym charakterze, lordzie Parkinson. - odrzekła, przyjmując niewzruszony wyraz twarzy, może nawet nieco arogancki, co wyraźnie było jedynie czystą grą. Nigdy nie potrafiła zadzierać nosa na poważnie. - A co do szat… im dziksza prezencja tym lepsza. Futra, naszyjniki z pazurów, gałęzie we włosach i węgiel jako czernidło. Tym kiedyś uwodziło się kobiety.
Pociągnęła delikatnie chociaż zaczepnie za skraj krawata, który przecież dopiero co wiązała i owijając go sobie wokół palca. Miała ochotę zagrać w taką grę, ale Marcel nie był do tego odpowiednim człowiekiem, a i ją za bardzo to bawiło. Pogładziła go krótkim ruchem po ubraniu na piersi, co chyba miało oznaczać „okej, poddaje się”. W każdym razie, wygrała, a przynajmniej wedle siebie samej. Nie udało mu się jej zawstydzić.
- Widzę, że dobrałam odpowiednie pończochy. - wyprostowała nogę, oglądając ją przez chwilę w lustrach, a to potem znów na nią spoglądając. - Widzę też zmęczoną dyżurami dwudziestolatkę z niedoskonałościami ukrytymi pod makijażem i ładną sukienką. Można koło niej setki razy przechodzić na ulicach, ale wciąż będzie po prostu zwykłą dziewczyną, nikim więcej.
Było coś smutnego w jej sposobie opowiadania o sobie i chyba sama to zauważyła, bo dodała po chwili:
- Zdecydowanie bardziej wolę przyglądać się innym. - nieme „zwłaszcza na scenie” zawisło między nimi niedopowiedziane. Zresztą, nie musiała nawet przejmować się wypowiadaniem tych słów. Marcel bardzo dobrze wiedział co miała na myśli, bo przecież przerabiali to już dziesiątki razy.
No i co ona miała mu odpowiedzieć, skoro był tak uroczo podekscytowany? Warga jej zadrgała, kiedy zachowywała powagę, z zapamiętaniem miętosząc skraj sukienki.
- No nie wiem… - znów chciała się z nim podroczyć, spoglądając w stronę swoich ud. - tamta dziewczyna w lustrze mogłaby sobie pozwolić na co najwyżej pół porcji.
Westchnęła nagle z zainteresowaniem, podłapując temat modelki.
- Och, a kogóż to spotkał taki zaszczyt? - podpytała go, w istocie zainteresowana któż taki zaintrygował tym razem Marcela. Jednocześnie wyciągnęła w jego stronę dłoń, podpierając się drugą, aby unieść się bardziej do siedzenia, aniżeli pozostając w pozycji półleżącej.
- Marcel… - zaczęła, sugerując mu gestem, że chce po prostu, aby znowu ją objął. Było w jej oczach na tyle dużo zagubienia, aby nie można było nawet podejrzewać jej o inne zamiary. - po prostu chodź tutaj. Stęskniłam się.


DANCE, ballerina, DANCE AND DO YOUR PIROUETTE
IN RHYTHM WITH YOUR ACHIN' HEART
DANCE, ballerina, DANCE YOU MUSTN'T ONCE FORGET
A DANCER HAS TO DANCE THE PART
Cece Sykes
Zawód : uzdrowicielka, oddz. urazów magizoologicznych
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
To możliwość spełnienia marzeń sprawia, że życie jest tak fascynujące.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3619-celeste-sykes https://www.morsmordre.net/t3727-a-to-franca https://www.morsmordre.net/t3728-tylko-nie-celeste https://www.morsmordre.net/f239-pokatna-6-6 https://www.morsmordre.net/t3741-skrytka-bankowa-nr-913#68534 https://www.morsmordre.net/t3732-cece-sykes
Re: Sypialnia [odnośnik]22.09.16 12:33
Marce w opozycji do swej pamięci złotej rybki, każde wspomnienie z Cece miał aż nazbyt wryte w swym topornym umyśle. Każda jego wpadka została uwieczniona niby na jakiejś fotografii, wraz z jakże kulawym startem kiełkującej przyjaźni. Parkinson z niewielu rzeczy cieszył się równie mocno, jak z pozbycia się nieśmiałości panny Sykes oraz pokonanie tych barier, które ponoć były nie do przeskoczenia. Nie wracali już do tematu nieszczęśliwego zakochania, choć mężczyzna wiedział, że i o tym mogliby rozmawiać zupełnie swobodnie. Bez bólu, bez żalu, bez rozpamiętywania, bez zarzucania się winą, bez wyrzutów sumienia. Byli razem nieprawdopodobnie szczęśliwi, zatrzymując siebie i czas w kolorowej bańce pełnej szczęścia. Infantylne określenie nie peszyło Marcela zupełnie, właśnie tak widział ich przyjaźń. Trwałą, niezmąconą, idealną, wręcz nierealną w swej doskonałości. Nie kojarzył zupełnie ich kłótni - poprzestawali na zgryźliwym przekomarzaniu się, kończącym się zazwyczaj dziecinnymi igraszkami i bitwą na puchate poduszki. Filuterność Cece zachwycała Marcela na każdym kroku i mężczyzna wręcz rozpływał się nad jej cudowną lekkością. Ani grama fałszu, ani odrobiny trującej kokieterii. Intrygująca spontaniczność, którą Marcel przywitał radosnym uśmiechem, poddając się przyjacielskiemu cmoknięciu. Zamknął zabawnie oczy, gdy całowała jego nos (jaka inna kobieta poważyłaby się na coś takiego?) i westchnął, z najwyższego ukontentowania.
-Mówiłem ci już kiedyś... - urwał, wyswobadzając się z delikatnego uścisku jej szczupłych ramion - że wiem, gdzie masz łaskotki? - spytał, z diabolicznym uśmiechem, przesuwając dłońmi po jej ciele, w poszukiwaniu strategicznych punktów. Ależ tęsknił za takimi wygłupami, a nie widzieli się przecież całe wieki! Nie przestawał jej łaskotać nawet wtedy, gdy sytuacja przybrała nieoczekiwany obrót: w ruch poszły kolana, ręce Cece zaczęły się wyginać, aby uniemożliwić Marcelowi dalsze doprowadzanie jej do śmiechu.
-Osz, ty, prawie wybiłaś mi zęby! - zawołał ze zgrozą, udając wzburzenie, lecz po chwili podniósł ręce w górę, obwieszczając swe dobre zamiary. Co za dużo to niezdrowo - zwykle olewał stare porzekadło, lecz jak widać i w zaśniedziałych przysłowiach tkwiły ziarenka prawdy. Niezwykle zmęczony i nieco zasapany opadł na łóżko, przyglądając się przyjaciółce z uwagą.
-A myślisz, że chcę być poważnym lordem? - spytał cierpko, unosząc jedną brew. Cece znała go na wylot, ba, prawdopodobnie znała go lepiej, niż on sam - czy musiała go tak prowokować? - faktycznie, marzę o tym - wykrzyknął z przesadną afirmacją, jakby wizja powszechnie szanowanego człowieka zupełnie nieoczekiwanie zachwyciła go płynącymi z niej profitami - i chcę mieć grubą żonę, dom pełen bachorków, pracę przy biurku i mnóstwo nadgodzin! - dorzucał do pieca, szaleńczo przejęty obrazem perfekcyjnego życia perfekcyjnego szlachcica - wiesz, lubię swoje życie - wypalił nagle. Leżał na plecach i gapił się w sufit, bo dziwnie mu było patrzeć w tym momencie na Cece, która mogła uznać go za wiecznie narzekającego buca - ale spełnianie oczekiwań wszystkich dookoła odbiera mu urok - wyznał szczerze, tarmosząc poszetkę, która wystawała z kieszeni jego marynarki - i jeszcze... ten cały Rosier, który mnie zdetonizował - wybuchnął, ekspresywnie podnosząc się do pozycji półsiedzącej. Miał ochotę potrząsnąć drobniutką Cece, ale cóż, to już na pewno byłoby nie na miejscu - Jak on mógł ze mną wygrać... - jęknął, wkładając w ten zawodzący dźwięk całą swoją żałość. Nie mógł przecież się przyznać, że po ukazaniu się tego feralnego wydania Czarownicy przepłakał trzy noce - czyż nie uśmiecham się najpiękniej - spytał, wyginając wargi w najszerszym i najbardziej zawadiackim uśmiechu, który z a w s z e działał na kobiety.
-Futra? Ale jak to tak... A zwierzątka? - spytał, zupełnie nie rozumiejąc i wyginając usta w smutną podkówkę. Czy to znaczyło, że Cece lubi dzikusów? Zerknął na nią podejrzliwie, nie zdradzając się jednak ze swoimi myślami. Miała przecież do tego prawo - każdemu wedle gustu, tego również nauczył się we Francji, ale przecież... on też był w jej typie, wiedział o tym. Czy to znaczy, że miał w sobie coś... dzikiego?.
-A wiesz, co ja widzę? - przerwał jej, nie pozwalając na dalsze snucie obrazoburczych komentarzy na jej własny temat - widzę głupiutką gąskę, która nie docenia, jaka jest cudowna. Albo sprytną czarownicę, która podstępem prowokuje do wygłoszenia komplementów, jakie i tak bym powiedział! - Marce stanowczo ofuknął Cece, kładąc palec na jej ustach, aby zamilkła - jesteś piękna, naturalna, skromna i nie-zwykła - rzekł krótko, nie dając jej wtrącić ani słowa - każdy, kto tego nie dostrzega powinien czym prędzej wybrać się do optyka - burknął rozeźlony, do tego stopnia, że aż zdjął jednego buta, po czym cisnął go w stojącą na przeciwko lampkę. Nie trafił - dla mnie jesteś wyjątkowa - dodał, przyciągając ją ku sobie i nie zamierzając puścić bez usłyszenia potwierdzenia, że się zgadza. Cóż z tego, że zakrawało to o szantaż lub prześladowanie fizyczne!
-[b]Idealnie, mi też przyda się dieta! Zjemy jeden na pół! Ale... chcę to większe pół
- zastrzegł, nieco egoistycznie, nie dostrzegając w swej wypowiedzi żadnej sprzeczności. Wezwał Trzpiotkę, składając zamówienie na swój ulubiony przysmak, jeden talerzyk i dwa widelce. Nie mogło być lepiej!
-Thalia Fawley! - odparł z entuzjazmem - cholernie charakterna, ale gdybyś tylko ją widziała w tej antycznej bieli... - rozmarzył się, zamykając na chwilę oczy, aby móc znów ujrzeć prześliczną Thalię - ach, to mi przypomniało, że mam coś dla ciebie - rzekł, aż trzęsąc się z podekscytowania - możesz zgadywać, do trzech razy sztuka - rozpromienił się, zadowolony z nowej zabawy. I nagle uspokojony, jej tonem, niepewnością błyszczącą w wielkich oczach, emocjonalnym wyznaniem.
-Jestem przy tobie - mruknął Marce, przytulając mocno Cece i głaszcząc jej ciemne włosy, rozsypujące się na jego koszuli - zawsze będę - obiecał, przytrzymując jej dłoń i muskając ją ustami, bo właśnie przysięgał, a elegancki gest miał dopełnić wszelkich formalności.
Marcel Parkinson
Zawód : Doradca wizerunkowy "he he"
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Na górze wino
na dole dwa
jestem przystojny
soł chapeau bas
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3606-marcel-parkinson https://www.morsmordre.net/t3826-eros https://www.morsmordre.net/t3641-i-m-so-cool-and-totally-awesome https://www.morsmordre.net/f107-egerton-crescent-44 https://www.morsmordre.net/t3989-skrytka-bankowa-nr-916#77266 https://www.morsmordre.net/t3988-pan-ladny
Re: Sypialnia [odnośnik]26.09.16 15:45
- Merlinie, nie… - zdążyła tylko mruknąć, a chociaż bardzo chciała zrobić to w bardziej kontrolowany sposób, głos ją zdradził. Wydawała się nie tyle przestraszona samymi łaskotkami co po prostu spanikowana. Na jej twarzy odmalowała się determinacja, ale nie zdążyła uciec przed palcami chłopaka. Miała zdecydowanie za dużo wrażliwych punktów i nawet to, że ktoś dotykał ją bez jej wyraźnej zgody, nie zgorszyło jej tak mocno jak sposób, w jaki Marcel to zrobił. Nienawidziła łaskotek, brr. Z jej ust wydarł się dziwny pisk, będący jednocześnie próbą powstrzymania śmiechu jak i panicznym, niekontrolowanym odgłosem, a ręce momentalnie spróbowały zatrzymać dłonie Parkinsona, chociaż wcale nie było to proste. Tortura była straszna, ale Cece waleczna. Wyrywała się niezwykle zażarcie, czując jak w oczach zbierają jej się łzy ze śmiechu, jaki wreszcie parę sekund temu uleciał spomiędzy jej warg. Niestety nie była na tyle silna, aby wyrwać się z uścisku, a co dopiero uciec przed jego dłońmi.
- Prze… prze-e-estań… ahhah… Marcel… - błagała o litość, zagryzając wargi aby nie wybuchnąć panicznym śmiechem i to chyba właśnie w tym momencie prawie zdzieliła go łokciem prosto w brodę. Ku jej uldze, wreszcie wszystko ustało, a ona niemalże opadła na ziemię, zaskoczona nagłą wolnością. Otuliła się ramionami, jakby bała się, że zaraz atak się powtórzy i ukradkiem otarła palcem łzy nabrzmiałe w oczach.
- Jesteś okrutny… - jęknęła, patrząc na niego spode łba, wygładzając jednocześnie fałdy sukni, jaka przemieściła się na niej, gdy walczyła o odzyskanie wolności. Włosy też doprowadziła do porządku kilkoma szybkimi pociągnięciami palców i słuchała jego słów. Trochę się wyciszyła, zmęczona szarpaniną i szalonym śmiechem, więc przyszło jej to stosunkowo łatwo.
- Tak wygląda moje życie… może bez tych dzieci i partnera, ale wszystko przede mną. - dorzuciła, gdzieś pomiędzy jego słowami. Cece już od dawna była gotowa na męża, więc takie życie zupełnie jej nie przerażało. Największym dlań ciosem byłoby porzucenie pracy na rzecz wychowywania dzieciaczków, ale jak dotąd nie musiała się tym martwić. Kandydatów do jej ręki też nie miała wielu, a przynajmniej nie tych „godnych” jak zwykła mawiać jej matka. Uparła się, aby wepchnąć Celeste arystokracie, a jej córka nie oponowała zbyt głośno. Wiedziała, że i tak nie wygra bitwy o swoje szczęście. Zresztą, nikt szczególny jak dotąd nie wpadł jej w oko. Nie żeby się rozglądała.
- Oczywiście… - potwierdziła, zgadzając się w zupełności z Marcelową opinią na temat jego samego. Siedziała już na łóżku, wpatrując się w niego jak w obrazek. Pokiwała gorliwie głową. - To na pewno cały ten Rosierowy klan przekupił czytelniczki. - jako wierna przyjaciółka spróbowała odnaleźć przyczynę porażki Marcela w domniemanym przekłamaniu wyników głosowania, chociaż sama nie miała pojęcia, że startował w czymś podobnym. Chociaż, to był cały Parkinson. Tylko ona miała wtedy tyle pracy… nie pamiętała nawet czy widziała to wydanie Czarownicy. Przez cały okres świąteczny była koszmarną przyjaciółką.
- Żartowałam… - oświeciła go, widząc jego wyraz twarzy, kiedy chyba naprawdę uwierzył, że Cece podoba się prawdziwa „leśna moda”. Chociaż piękne futra w istocie leżały w granicach jej pożądania, ten fakt już przemilczała. Zresztą, nigdy żadnego nie posiadała, nie wiedziała czy miałaby wyrzuty sumienia podczas noszenia ich.
Jego reakcja była na tyle stanowcza, że nie trzeba było Sykes zachęcać do milczenia. Sama pozwoliła mu mówić, chociaż brwi miała ściągnięte.
- Jest tak wiele czarownic o lepszym urodzeniu, równie niezwykłych. - wtrąciła jednak kiedy wyczuła, że już nie może się powstrzymać. But śmignął koło lampy, a ona sama została zamknięta w uścisku, z którego było tylko jedno wyjście, a ona jednak… milczała. Nie chciała się z nim spierać, ale wiedziała, że w tym temacie mogą nie dojść do porozumienia.
Przewróciła oczami.
- Mnie pasuje. - zgodziła się na „mniejsze pół” bez chwili zwłoki. Chociaż była niezwykle łasa na słodkości i tak pozwoliłaby Marce na zgarnięcie większego kawałka. Nie pozwalając sobie na zatopienie się w poduszkach, obserwowała skrzatkę znikającą w drzwiach, szukając zagubionego przed momentem entuzjazmu.
- Jak charakterna? - zapytała poważnie, chociaż kąciki jej ust uniosły się ku górze. Przeklinający arystokrata, a to ciekawe. - Nie znam jej, chociaż moja mama pewnie wie coś więcej na jej temat. - stwierdziła na głos, decydując, że podpyta ją o Thalię jak się zobaczą. Była ciekawa jak blisko są ze sobą spokrewnione i czy są do siebie podobne. Jeśli Thalia przypominała jej mamę, Cece była przekonana o autentyczności zachwytu przyjaciela. Zestresował ją nieco tym zgadywaniem. Przygryzła wargę z ulgą tonąc w jego ramionach, gdy pozwolił jej do siebie przylgnąć i chłonąc z tej chwili bliskości jak najwięcej mogła.
- Nie jestem dobra w zgadywaniu - przyznała się cicho jego koszuli, czując dotyk ust na dłoni i dopiero wtedy uniosła nieco głowę, aby na niego popatrzeć. - dziękuję - dodała jeszcze, chociaż spodziewała się jaka będzie jego reakcja. Dziękować komuś za jego przyjaźń i obecność… tak potrafiła tylko Sykes.


DANCE, ballerina, DANCE AND DO YOUR PIROUETTE
IN RHYTHM WITH YOUR ACHIN' HEART
DANCE, ballerina, DANCE YOU MUSTN'T ONCE FORGET
A DANCER HAS TO DANCE THE PART
Cece Sykes
Zawód : uzdrowicielka, oddz. urazów magizoologicznych
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
To możliwość spełnienia marzeń sprawia, że życie jest tak fascynujące.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3619-celeste-sykes https://www.morsmordre.net/t3727-a-to-franca https://www.morsmordre.net/t3728-tylko-nie-celeste https://www.morsmordre.net/f239-pokatna-6-6 https://www.morsmordre.net/t3741-skrytka-bankowa-nr-913#68534 https://www.morsmordre.net/t3732-cece-sykes
Re: Sypialnia [odnośnik]01.10.16 19:41
Był u siebie, więc był panem - pomijając fakt, iż dominująca pozycja przypadała mu z racji płci, co zresztą Marce uważał za zupełną bzdurę, mógł robić dokładnie to, na co miał ochotę. A nadchodzące pragnienie domagało się zaspokojenia już, teraz, natychmiast! Nie zwlekał zatem ani chwili, aby dobrać się do ciałka Cece, naturalnie zupełnie nieszkodliwie. Czym były bowiem igraszki dwójki przyjaciół? Parkinsonowi niezwłocznie przypomniały się czasy dzieciństwa, harce na korytarzach Beauxbatons, lecz teraz... bawił się nieporównywalnie lepiej! Może to świadomość, że znowu czynił coś, czego przecież dorosłemu mężczyźnie robić nie wypada, sprawiła, iż czerpał z wygłupów nieporównywalnie większą radość? Parkinson jednakże obstawiał, iż wszystko to pozostaje sprawką Cece, przy której nigdy jeszcze nie było mu źle. Choćby i postawiony w sytuacji podbramkowej i zupełnie bez wyjścia, potrafił rozluźnić się, zapomnieć o każdej trosce i najzwyczajniej w świecie trwać przy niej. Być przyjacielem. Od drinkowania, wygłupów, ale i również od ocierania łez i przytulania w najtrudniejszych momentach. Dlatego mógł szczerze oburzyć się na nazwanie go okrutnym - bo czyż istniał gdzieś na świecie równie pocieszny i przymilny mężczyzna od Marcela? Samo spojrzenie jego intensywnie brązowych oczu wystarczyło, by rozpuścić lód w najbardziej zatwardziałych sercach (kobiet, na facetów powłóczyste spojrzenia spod rzęs nie działały) - a Cece śmiała uważać go za bezdusznego człowieka!?
-Okrutny? Ja? - zaperzył się, mierząc kobietę dumnym spojrzeniem, choć zaniechał już wszelkich ataków na jej osobistą przestrzeń - jestem kochany i uroczy, i słodki i... - zapowietrzył się, nie mogąc odnaleźć większej ilości wspaniałych epitetów, określających jego cudowną osobę - i dużo można o mnie mówić, ale na pewno nie to, że jestem okropny - rzekł zdecydowanie, zerkając wyzywająco na Cece. A niech tylko spróbuje mu zaprzeczyć! Przecież chwilka łaskotkowych tortur nie oznaczała, iż przejawia jakieś niepokojące skłonności do sadyzmu!
-Och, nie dramatyzuj już, kochana! - ofuknął ją, zdjęty nagłą trwogą, że może faktycznie jego mała przyjaciółka wpadła po uszy w okropną rutynę. Jeśli mówiła prawdę (a przecież nie okłamywali się w żadnym wypadku), to musiała dzielić swój czas na ciężką pracę i... bywanie wśród towarzystwa, aby zostać odpowiednio wydaną. Marce szczerze współczuł jej tego losu, ale niestety był bezradny wobec tak jawnej niesprawiedliwości. Jeszcze niedawno rozważał ofiarowanie właśnie jej rodowego pierścienia Parkinsonów, aby uchronić Cece przed przymusowym mariażem, ale równie szybko, jak pomysł pojawił się w jego głowie, tak szybko prysnął. Oświadczynami unieszczęśliwiłby przyjaciółkę tak samo, zamykając ją w klatce bez szansy na prawdziwą miłość. Zapewniłby jej wszystko: opiekę, wsparcie, radę, byłby przy niej w każdej sytuacji, ale odmówiłby Cece tego, czego przecież pragnęła każda kobieta. Bycia kochaną szczerze i bezwarunkowo.
Gdy jednak temat przeskoczył na grudniowy numer Czarownicy, głowa Marcela szybciutko wyczyściła się z innych myśli. Został jedynie ból, rozpacz i rozczarowanie.
-Na pewno! - podchwycił jej myśl, rozłoszczony mnąc w dłoniach prześcieradło, wyobrażając sobie, że właśnie ściera ten "najbardziej czarujący uśmiech" z buźki Rosiera - toż to prawdziwy skandal! A dla mnie potwarz! Wierz mi, że niezwłocznie odwołam się do ich decyzji! - wygrażał zapalczywie - a ty na kogo głosowałaś? - spytał nagle, podejrzliwie świdrując ją wzrokiem. Był pewny, ale... Wolał poczekać na werbalne i oficjalne potwierdzenie tego, że dla Cece to właśnie on i nikt inny, uśmiecha się najpiękniej.
Widowiskowo wyglądał również ze zmarszczonymi brwiami, kiedy tulił do siebie kobietę, opiekuńczo głaskając ją po ramieniu. Kochał ją bardziej od rodzonej siostry i za nic nie chciał oglądać jej smutków. Ani słyszeć bluźnierczych słów, jakby nagle nabawiła się ogromnych kompleksów.
-Nie znam drugiej takiej, jak ty. Jeśli nie wierzysz sobie, zaufaj mi - poprosił, chwytając ją za ręce i patrząc w oczy. Naturalnie, bo Marcel nie odczuwał zupełnych zahamowań przed kontaktem fizycznym... a Cece musiała się już przyzwyczaić do jego bezpruderyjności, a może i nawet ją polubić?
-Och, okropnie - westchną tak głęboko, że gdyby miał wąsy, to te na pewno by zatrzepotały w powietrzu - stawia mi warunki i dyryguje mną jak chce - pożalił się - ale tak bardzo mi zależy, aby została moją modelką, że muszę godzić się na wszystko! Udawanie obojętnego nie przeszło - jęknął, przypominając sobie wytyczne, jakie zobowiązał się spełniać, aby móc spędzić z Thalią choć kilka godzin.
-Jeszcze nie dziękuj, koteczku - mruknął, całując ją czule w czoło, po czym zerwał się z łóżka, baletowym krokiem przemierzając sypialnię, by z szuflady toaletki wyciągnąć gruby plik biletów - na piątkowy występ. Wykupiłem całą lożę. Załatwiłem ci wolny wieczór - odrzekł, z rumieńcem podniecenia oczekując jej reakcji. Ucieszy się? Zachwyci? Zdenerwuje - a z tej okazji, przygotowałem dla Ciebie suknię. Musimy ją odebrać z pracowni, a przy okazji wybrać jeszcze odpowiednie buty. Robi się chłodno, więc sądzę, że i futrzana etola byłaby odpowiednim dodatkiem - wypalił jednym tchem, mrugając kokieteryjnie. Podał jej dłoń, pomagając powstać z łóżka i szarmancko otworzył drzwi.
-Panie przodem - rzekł, chwytając jednocześnie swoją szatę wierzchnią, jej szatę, kapelusz oraz różdżkę. Czasami myślał, że dobrze byłoby mieć z cztery ręce.

|zt Marcel
Marcel Parkinson
Zawód : Doradca wizerunkowy "he he"
Wiek : 27
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Na górze wino
na dole dwa
jestem przystojny
soł chapeau bas
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3606-marcel-parkinson https://www.morsmordre.net/t3826-eros https://www.morsmordre.net/t3641-i-m-so-cool-and-totally-awesome https://www.morsmordre.net/f107-egerton-crescent-44 https://www.morsmordre.net/t3989-skrytka-bankowa-nr-916#77266 https://www.morsmordre.net/t3988-pan-ladny
Re: Sypialnia [odnośnik]06.10.16 23:45
Brwi dziewczyny zaczęły się unosić. Gdyby jej twarz nie miała określonej długości, pewnie wyskoczyłby nawet i poza nią, w wymownej manifestacji tego, że za nic w świecie nie wierzy w takiego uroczego Marcela w tej chwili. Warto podkreślić ostatnie słowa.
- Każdy kto znęca się nad przyjaciółmi jest okropny - oznajmiła z miną wyroczni. Pewnie przypominałaby wyrazem tę delficką, gdyby ktokolwiek z żyjących wiedział jakie mogła je stroić. Jak on mógł nie widzieć, że wcale nie ma mu tego za złe! No… może odrobinkę miała, ale tylko przez kilka pierwszych minut. Cece nie lubiła obnosić się z urazą, ani złościć się na kogoś bez większego powodu. Usta jej zadrżały, ale nie wycofała się ze swoich oskarżeń. Parkinson zapewne za moment machnie na nie dłonią, wzdychając w duchu „ach, te baby” lub coś podobnego.
- Jak możesz w ogóle o to pytać? - pytanie przecięło powietrze, przerywając rozkręcające się skargi chłopaka. W tym momencie bardzo starała się dbać o kontrolowanie swojego wyrazu twarzy. Nie była pewna czy w ogóle trzymała w dłoniach to wydanie Czarownicy, już nie wspominając o głosowaniu, ale chyba doszła do pewnych, pocieszających wniosków. - A na kogo mogłabym, jeśli nie na Ciebie? - zapytała z nachmurzoną miną, udając urażoną jego wątpliwościami. A co do tych wniosków… Phillys na pewno pamiętała, żeby zagłosować za nią.
Parkinson pod pantoflem, toż to się w głowie nie mieściło. Cece pokręciła swoją lekko, spoglądając przy tym w sufit, jakby chciała powiedzieć „ach, Ci mężczyźni”, ale była zbyt dobrze wychowana, aby ostatecznie to zrobić.
- Zrobiła Cię jak chciała - oznajmiła mu wprost, uśmiechając się z rozbawieniem. - wpadłeś pod pantofel jeszcze zanim na dobre się rozkręciliście. - była bardzo ciekawa co na to powie i pewnie nawet dalej by się z nim drażniła, gdyby nie tak jawna rozrzutność. Aż ją ciarki przeszły!
- Wystarczyłyby dwa - zauważyła, ale nie potrafiła ukryć błysku, jaki rozpalił jej spojrzenie natychmiast po dostrzeżeniu biletów. Marcel wiedział którą strunę należy w niej poruszyć, aby reagowała przewidywalnie. - jesteś Merlinem, słowo daje - westchnęła, ale tym razem z zachwytem, bezpardonowo wyskakując z łóżka, aby wpaść na niego z takim impetem, jaki tylko mogła uzyskać rozpędzając się na tak niewielkiej odległości. Natychmiast zapomniała o deserach, o Czarownicy, o narzeczeństwie i innych poruszanych wcześniej tematach. Kiedy już rozluźniła ramiona, uwalniając go z tego spontanicznego uścisku, natychmiast się ubrała, niemalże spiesząc się aby opuścić Marcelową sypialnię, co rusz oglądając się na niego, czy aby na pewno idzie razem z nią. Teraz nie opuści go nawet na krok, a przynajmniej dopóty nie pokaże jej tej sukni.

|zt


DANCE, ballerina, DANCE AND DO YOUR PIROUETTE
IN RHYTHM WITH YOUR ACHIN' HEART
DANCE, ballerina, DANCE YOU MUSTN'T ONCE FORGET
A DANCER HAS TO DANCE THE PART
Cece Sykes
Zawód : uzdrowicielka, oddz. urazów magizoologicznych
Wiek : 22
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
To możliwość spełnienia marzeń sprawia, że życie jest tak fascynujące.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3619-celeste-sykes https://www.morsmordre.net/t3727-a-to-franca https://www.morsmordre.net/t3728-tylko-nie-celeste https://www.morsmordre.net/f239-pokatna-6-6 https://www.morsmordre.net/t3741-skrytka-bankowa-nr-913#68534 https://www.morsmordre.net/t3732-cece-sykes
Sypialnia
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach