Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Sala główna

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3 ... 14 ... 27  Next
AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Sala główna   02.04.15 22:35

Sala główna

Wnętrze "Białej Wiwerny" nie odbiega od wyglądu przeciętnej, niezbyt szanowanej knajpy. Sala główna, która znajduje się na parterze kamienicy, na pierwszy rzut oka wydaje się niezbyt pokaźna, lecz to tylko złudzenie - po przekroczeniu progu widać jedynie jej niewielką część, tę, w której znajdują się dobrze zaopatrzony bar oraz schody prowadzące na piętro. Odnogi izby prowadzą do kilku odrębnych skupisk stolików, gdzie można w spokoju przeprowadzać niezbyt legalne interesy czy rozmawiać w kameralnej, prywatnej atmosferze. Cały lokal oświetlany jest światłem licznych magicznych świec, zaś podniszczone blaty są regularnie czyszczone przez kilka zatrudnionych tam dziewczyn, toteż "Biała Wywerna" nie odstrasza potencjalnych klientów swym stanem, a przynajmniej nie wszystkich.
Możliwość gry w kościanego pokera


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
5
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala główna   25.07.15 12:00

Spacer po pracy dobrze robił - emocje po niespokojnym dniu zawsze łatwiej schodziły z niego w ruchu, a ostatnimi czasy takich dni było zbyt wiele. Tristan wciąż nie potrafił się pozbierać po śmierci siostry, a niedawne porwanie Evandry tylko dołożyło mu zmartwień, nie pozwalając w pełni skupić się na wykonywanym zadaniu. A przecież wystarczyła tylko krótka chwila nieuwagi...
Przebrnąwszy siecią Fiuu do Dziurawego Kotła z Dover, przeszedł Pokątną w kierunku Nokturnu. Przy jego nodze plątał się smukły, czarny chart, z żywym zainteresowaniem węszący okolicę, żwawo dotrzymujący kroku właścicielowi. Tristan zatrzymał się dopiero przy zejściu na mroczną skazę Londynu i nim przeszedł dalej zarzucił na głowę kaptur czarodziejskiej szaty - panicz niekoniecznie powinien być tutaj widziany. Po czem ruszył dalej - wyniosłym, wielkopanieńskim krokiem, raz po razie stukając obcasem skórzanego buta o bruk pokrytej kurzem ulicy. Różdżkę miał na wierzchu, przygotowaną do obrony, w kieszeni najbliższej prawej dłoni. Nie śpieszył się, wiedział, że był przed czasem.
W Białej Wiwernie gwar zgęstniał na tyle, że nikt nie zwrócił uwagi na kolejnego przybysza; chłód bijący od kamiennych ścian przybytku zachęcał do wizyty, zimne piwo orzeźwiało po gorącym dniu, a koniec tygodnia wabił ze zdwojoną siłą - nawet, jeśli większość bywających tutaj czarodziejów raczej nie odróżniało dni tygodnia... ani nawet poranku od wieczora. Powiódł spojrzeniem ku pustym stolikom we wschodniej części przybytku i tam też się skierował. Wiedział, że pies, który przed nim pośpieszył ku wolnym miejscom, nie będzie problemem - znajdowali się w końcu na Nokturnie, nie w wymuskanej restauracji, choć zadbana sierść i kształtny rysunek rodowodowego ogara musiał zwracać uwagę. Minąwszy jedną z usługujących dziewcząt, zamówił kufel zimnego portera - nie był pewien, kiedy pojawi się Benjamin.
Zasiadł na krześle, niechętnie i z ociąganiem zrzucając na ramiona kaptur, twarz skierował jednakże tyłem względem pozostałych stolików. Enjolras posłusznie złożył się u jego stóp, czasem tylko unosząc wygięty ogon, gdy inni goście przechodzili blisko. Kiedy dziewczyna przyniosła jego zamówienie, jął z wolna w słodkiej samotności sączyć piwo, wspierając się łokciami o brudny blat stolika.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala główna   25.07.15 21:40

Przebywanie na włościach Śmiertelnego Nokturnu wieczorową porą nie było rozrywką dla słabeuszy. Ciężka aura, która ciążyła nad tą wąską, brukowaną ulicą, wcale nie stawała się jaśniejsza w okresie letnim. Słońce długo górowało na horyzontem, ale tutaj z rzadka przenikało promieniami przez nadbudówki, łuki i żelazne kraty, osiadając nisko dusznym powietrzem, parnym nawet o późnej godzinie. Latarnie nie chwiały się, wiatr dawno nie zaglądał do stosu podartych gazet, leżących w równym stosie tuż obok od dawna zamkniętego sklepu - nic, żadnej ulgi czy chłodnego przewiewu. Nokturnowa atmosfera była gęsta, wręcz lepka, nie pozwalająca na zaczerpnięcie tchu.
Benjamin jednak nie narzekał. I właściwie nie zauważał wszystkich zbyt metaforycznych przesłanek, świadczących o złej sławie Nokturnu. Plotki, dotyczące szemranych interesów, zakrwawionych galeonów i czarnej magii, jaka podobno wypełniała ciemne nieruchomości po obydwu stronach Śmiertelnego może i były prawdziwe, ale nie przerażały Wrighta. Już nie. Kiedyś, kiedy prosperował jako doskonale opłacana gwiazda Quidditcha, posiadająca luksusowy apartament w centrum Londynu, raczej nie zaglądał w to miejsce, woląc bawić się w dostatniejszym towarzystwie. Niesamowite, jak potrafiło potoczyć się życie.
O którym Ben zbyt wiele nie myślał. Nie lubił roztrząsania przeszłości; skupiał się wyłącznie na chwili obecnej, czyli, w tym wieczornym, piątkowym przypadku: na odebraniu od dalekiego znajomego pewnego ważnego przedmiotu, który następnie miał trafić w ręce Orpheusa. Przyjacielska wymiana pamiątek z podróży przebiegła pomyślnie i w doskonałej atmosferze śmierdzącej szczynami bocznej uliczki, z której w końcu wychodził. Szczęśliwie wpadając na spacerującego środkiem Nokturnu panicza Rosiera.
Zatrzymał się w księżycowym półcieniu, uśmiechając się lekko, kiedy postawny mężczyzna w kapturze minął go tym swoim wielkopańskim krokiem. Mógłby teraz podbiec do niego, ale romantyczne padanie sobie w ramiona na środku Śmiertelnego zbytnio zwracałoby uwagę. I tak przecież umówili się niedaleko - czyżby się spóźnił? -  ruszył więc powoli za zakapturzonym mężczyzną, nie przyśpieszając kroku. Nawet przez chwilę nie zastanawiając się, co powie za parę minut. Słyszał przecież plotki o nieszczęściach, jakie spotykały rodzinę Rosierów, powinien więc w jakikolwiek sposób skomentować stan psychiczny kompana od smoków i kieliszka, jednak - znów! - był na to zbyt prosty. Żeby nie powiedzieć prostacki, bo tak się przecież zachowywał, wchodząc w końcu do Wywerny, potrącając przy okazji ramieniem jakichś długowłosych obcokrajowców. Nie bawił się też w kulturalne zamawianie alkoholu. Jako stały bywalec mógł pozwolić sobie na uderzenie do razu do baru, gdzie czekała na niego już przygotowana butelka ognistej. Mrugnął tylko do pomarszczonego barmana i ruszył znów wśród zatłoczonej sali, podchodząc do stojącego nieco na uboczu stolika, przy którym czekał już Tristan.
- Kaptur nie na wiele ci się zda, bracie, jeśli będziesz zabierał ze sobą wszędzie tego rasowego pudla - rzucił nieco kpiąco w ramach przywitania, chociaż w jego głosie wybrzmiewała głównie ciepła sympatia, typowa dla potężnie zbudowanych brunetów. Klepnął jeszcze Rosiera po plecach - najbliższy fizyczny kontakt z arystokracją, na jaki pozwolił sobie w życiu, nie licząc dzielenia namiotu z panną Burke - i usiadł na chwiejącym się krześle obok, także zsuwając z czoła kaptur nieco przyciasnej szaty. Butelka whisky i szklanka uderzyły o drewniany blat, a sam Ben schylił się, by pogłaskać psiaka po łbie. Lubił zwierzęta, nawet te niezbyt zagrażające życiu. - Równie dobrze mógłbyś przespacerować się tutaj z sztandarem jestem wielkim paniczem, mam mnóstwo galeonów, dźgnij mnie zatrutym nożem pod szóste żebro a zobaczysz błękitną krew - kontynuował na granicy niezbyt smacznego żartu, uważnie przyglądając się Tristanowi. Widywali się niezbyt często, ale miał wrażenie, że te sporadyczne spotkania dają mu czasem więcej radości niż regularne, nudne przyjaźnie. - Jak tam twoje inne zwierzątka? I nie mówię tu o rozlicznych kochankach...chociaż, może też uraczysz mnie pasjonującą opowieścią o panienkach z wyższych sfer. - zagadnął prawie czarująco, nalewając sobie obficie whisky do niezbyt czystej szklanki, ciekawy, czy najlepszy temat smoków i kobiet chwyci w tym niezbyt fortunnym ostatnio czasie.


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
5
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala główna   26.07.15 11:04

Tristan skinął głową na powitanie, jakby niechętnie unosząc spojrzenie znad kufla.
- Nie widziałem cię - stwierdził, niejako z wyrzutem, choć trudno stwierdzić, czy kierowanym w stronę Benjamina, czy raczej swoim własnym. Sądził, że panował nad sytuacją, tymczasem nie zauważył za swoimi plecami kogoś takiego, jak Benjamin... jeśli nie chciał dołączyć do siostry, naprawdę powinien zacząć odbierać jakiekolwiek zewnętrzne bodźce; Benjamin nie był pozorny, ba, mógł przypominać niedźwiedzia! Niedźwiedzia, na którego on nie zwrócił większej uwagi - i niepokoiło go to, choć oczywistym było, że Benjamin wtapiał się w tłum tej części Londynu o wiele umiejętniej niż on. Z niesmakiem łypnął do środka kufla z piwem; gdyby wiedział, że i on zjawi się wcześniej, zamówiłby od razu whisky. Machnął więc dłonią na dziewczynę plątającą się między stolikami, gestem zapraszając ją do siebie. Nie wstał, zapewne w przeciwieństwie do Benjamina był jednak przyzwyczajony do usługiwania mu.
Na słowa kompana uśmiechnął się samym kącikiem ust, najbardziej lubił go chyba za to, że nie zadawał głupich pytań. Tych typu: "jak się trzymasz po tym, jak kundle rozszarpały zwłoki twojej bezbronnej siostry"? Lubił nie pamiętać, nawet jeśli okrutne wspomnienia nawarstwiały się i piętrzyły z każdym kolejnym dniem. Lubił  też zapominać - chociaż na chwilę. I lubił zapijać, wziął więc kilka obfitych łyków zamówionego portera.
- Wiesz jak szybkie potrafią być greyhoundy, a zapewniam cię, że ten jest wśród nich czempionem - rzekł nad wyraz rzeczowo, ze spokojem i powagą, spode łba przyglądając się żwawej reakcji Enjolrasa na pieszczotę. - Nazwij go jeszcze raz pudlem, a odgryzie ci tę łapę tak szybko, że nie zdążysz nawet zawyć. - Tristan także, pomimo pobrzmiewającej w głosie kpiny, odezwał się doń z sympatią i półżartem; było dla niego bardziej niż oczywiste, że pies nie kłapnie zębami na kogoś, kto siedzi z nim przy jednym stole, a tym bardziej na kogoś, kogo dodatkowo znał dość dobrze. - Bukiet zapachów na Nokturnie jest dla niego jak magia, chowany wśród róż mojego rodzinnego domu musi się tutaj czuć jak poza swoją rzeczywistością. - Urwał na moment, zastanawiając się nad wypowiedzianymi przez siebie słowami; w istocie Nokturn był innym światem również dla niego. - Nigdy nie zrozumiem, dlaczego psy uwielbiają zapach szczyn - dodał, wciąż w zamyśleniu. - Ale zapewne byłbym hipokrytą, gdybym odmówił mu tych drobnych przyjemności. Bawimy się, niech i zabawi się również on. - Dopiero teraz przenosząc spojrzenie na twarz Benjamina i wciąż uśmiechając się samym kącikiem ust, gdy ten prawił o błękitnej krwi. Błękitna krew jest czerwona, zapragnął odpowiedzieć marudnie, czerwona, brunatna i czarna, momentami z żółcią. Nie, żeby było to coś odkrywczego - lecz wracały do niego obrazy wyjęte z najgorszych koszmarów. Jej piękne młode ciało, przez wilki rozszarpane.
- Być może spróbuję - odparł jednakże, ton jego głosu wciąż mógł się wydawać zamyślony. - Ale jeśli wtedy wciąż nie załapią aluzji, będziesz mi wisiał przynajmniej kilka kolejek Ognistej. Tylko graj uczciwie, niech ktoś inny przeczyta im ten napis. - Drwiący uśmiech na jego twarzy pogłębił się mocniej, właściwie nie wiedział, jak wielu bywalców Nokturnu nie potrafiło czytać, ale szacował, że była to lwia część nożowników. Nie mówił rzecz jasna poważnie, nie śpieszyło mu się na drugą stronę, choć momentami - i w odpowiednim stanie - rzeczywiście było mu wszystko jedno, co się z nim stanie. U dziewczyny, która podeszła do ich stolika, zamówił Ognistą, nieco zbyt długo przyglądając się jej młodziutkiej i zbyt gładkiej jak na Nokturn twarzy.
- Ostatnio połączyłem jedno z drugim nad wyraz trafnie i zająłem się wilami - przyznał bez ociągania z nieco szczerszym uśmiechem, gdy ku jego wyobraźni powróciły obrazy o wiele przyjemniejsze, jego kuzynki były niebywale pięknymi kobietami, podobnie jak Evandra. Niewiele znał osób, przy których mógł się wyrażać o szlachciankach w taki sposób bez żadnej obawy i za to również niezwykle wysoko cenił sobie towarzystwo Benjamina. Jego wzrok podążył za odchodzącą kelnerką; zaczynał poważnie zastanawiać się nad tym, o której ta panna kończy pracę. - Smoki wydają się nieco mniej wybuchowe, ale czasem mam wrażenie, że to dotyczy wszystkich kobiet. - Kpina nieodłącznie towarzyszyła jego głosowi. - Słyszałeś o tym świństwie, Śnieżce? Jedną z nich  porwano, żeby ją na to przerobić. - Pokręcił z niedowierzaniem głową. - Nie rozumiem jak można zabić dla czegoś, co żywa kobieta może dać co noc, choć skłamałbym, gdybym rzekł, że ja nie jestem ciekaw smaku tego specyfiku. - Ostatnie zdanie dodał niejako z zawahaniem; nigdy nie stanął przed wyborem, ale nie wydawało mu się, aby mógł się przełamać,  aby go zażyć. Rozkosze kusiły, zbrodnia odrzucała. - Damy z wyższych sfer są niesamowite, Benjaminie, eteryczne, zniewalająco piękne i doskonałe w każdym względzie, od dziecka przyuczane do ról żon idealnych. Ale w większości nie dadzą ci tego, co panienki stąd. - Przyjął uśmiech iście paskudny; większość, niektóre były wyjątkowe – jak Venus chociażby. Większość dam z Nokturnu natomiast dawno temu zapomniała, czym jest cześć i godność kobiety, co niewątpliwie miało swoje całkiem spore zalety. - Skoro przy tym jesteśmy, wiesz, jak ma na imię?  - zapytał, marszcząc brew; niewątpliwie miał na myśli kelnerkę. Benjamin był jednak częstszym gościem Wiwerny niż on i z całą pewnością lepiej obracał się w tutejszym środowisku. - Wydaje mi się, że wcześniej jej tutaj nie widziałem...  - Temat smoków pozostawił póki co na drugie danie.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala główna   26.07.15 11:50

Na początkowy wyrzut Tristana Benjamin zareagował tylko nieco chrapliwym śmiechem. Doskonale wiedział, że Rosier nie jest typowym wymuskanym paniczykiem, świecącym na prawo i lewo swoim pochodzeniem, naiwnie sądząc, że cudowne połączenie rodzinnej fortuny ze znanym nazwiskiem ochroni go także w czeluściach Nokturnu. Jak na osobę skażoną arystokracją, Tristan okazywał się być całkiem konkretnym kompanem, świadomym istnienia innego świata, całkiem innego od luksusowych salonów, w których rozbrzmiewała piękna muzyka i równie estetyczne rozmowy o niczym. Jaimie nigdy nie darzył wielkim szacunkiem czystokrwistych gwiazdek magicznego firmamentu: przynajmniej dopóki nie poznał dobrze Tristana, pracującego przy smokach. Może i była to profesja nobilitująca, pokazująca odwagę i męskość, ale jednak wymagająca fizycznego wysiłku. Rosier wykazywał się sporym darem do tych niebezpiecznych zwierząt, dzięki czemu Ben traktował go jak równego sobie, puszczając w niepamięć wizję paniczyków w rajstopkach, grających na fortepianie i tańczących z panienkami na wyciągnięcie ramion. Brunet pięknie przełamywał ten schemat, porozumiewali się więc między sobą bez przeszkód, nie zważając na różnicę krwi, pozycji i bolesnej dla Benjamina ekonomii, acz ostatnio ta ostatnia kwestia wykazywała tendencję rosnącą - szemrane interesy przemytnicze - dzięki czemu mógł pozwolić sobie na tyle butelek ognistej, ile chciał. Przynajmniej tego wieczoru.
- Nie przeczę, że jest szybki. Widać mu żebra. Chude suki też bywają niezwykle zwinne - odparł ze śmiertelną powagą, unosząc tylko kpiąco brwi, po czym podrapał jeszcze raz Enjolrasa za uszami, wpatrując się w jego mądre, czujne ślepia. - Nie odgryziesz ręki staremu kompanowi, co? Kto wtedy dawałby złote rady twojemu wymuskanemu paniczowi z salonów? I gdzie ów panicz znalazłby takiego doskonałego kompana do chlania w śmierdzących barach? - spytał konkretnie, zwracając się do psiny, po czym zaśmiał się lekko, powracając wzrokiem na Tristana. Niegroźne złośliwości były wpisane w tę relację; początkowo obywaj traktowali się z należnym dystansem, ale teraz nie było - przynajmniej ze strony Bena - takiej świętości, w jaką obawiałby się uderzyć. Nie ze złością a z typową męską czułością, nakazującą traktowanie przyjaciół nieraz ostrzej niż wrogów. W chwili zagrożenia nie wahałby się jednak zaryzykować swojego bezpieczeństwa, byleby tylko ustrzec arystokratyczny tyłek szlachcica przed spopieleniem.
Na komentarz o analfabetyzmie złoczyńców Nokturnu znów zareagował głośnym śmiechem, urwanym dopiero w chwili, w której sięgnął po szklankę, wypijając whisky jak wodę - bez należnego szacunku, delektowania się i przyglądania płynowi. Alkohol miał działać a nie pobudzać zmysły do artystycznych wzruszeń. Których widocznie nie brakowało Tristanowi: słuchał jego salonowych opowieści z coraz szerszym uśmiechem, obracając szklankę w dużych dłoniach, w których wyglądała jak część zabawkowej zastawy dla dzieci.
- Zająłeś się tymi wilami przynajmniej konkretnie, czy tylko wzdychając i pisząc poematy o ich ślicznych oczętach? - spytał bezpardonowo, kiwając jednocześnie głową na retoryczne wspomnienie o wybuchowości wszystkich kobiet. Znał przecież żeńskie wariactwa, doskonale odgrywając rolę typowego napompowanego testosteronem samca. Nie zwierzył się przecież nikomu ze swojej chwilowej słabości, pozostającej jego największą tajemnicą. Na scenie baru, z alkoholowymi rekwizytami, prezentował się doskonale, nie mijając się aż tak mocno z prawdą. Uwielbiał przecież łatwe kobiety, ale to trudni mężczyźni fascynowali go najmocniej. - Śnieżka? Słyszałem. Jeśli chcesz, mogę załatwić ten miły sercu specyfik. Co będzie kosztowało, ale...podobno jest tego warte. - zaoferował tonem prawdziwego biznesmena z szemranego półświatka, w głowie odtwarzając już skomplikowane powiązania przedsiębiorczych znajomych. Znów nalał sobie whisky, unosząc szklankę w niemym toaście za puszczalskie przedstawicielki nieszlachetnej społeczności. - Nie rozumiem idei małżeństw z tymi doskonale wychowanymi kukłami. Gdybym chciał oglądać coś pięknego, wybrałbym się do muzeum albo sprawił najdroższą miotłę i wstawił do gabloty - skomentował eteryczne panienki z wyższych sfer ze swoistą prymitywną emfazą, śledząc wzrokiem spojrzenie Tristana, zahaczające zdecydowanie często o obsługującą ich kelnerkę, teraz przystającą przy stoliku na końcu sali. - Niezły tyłek, prawda? - rzucił z uznaniem, oblizując wargi z alkoholu, i także wpatrując się w odwróconą panienkę. - Bodajże Catherine. I słusznie sądzisz, mój spostrzegawczy przyjacielu. Zazwyczaj pracuje tutaj na poranną zmianę. Jest bezpieczniej dla takiej ślicznotki. - odpowiedział bardzo szczegółowo, będąc na bieżąco z każdą zmianą personalną w barach Nokturnu. Przesiadywał w nich przecież bardzo często, praktycznie nie ruszając się poza kwadrat śmierci ulubionej ulicy: tutaj załatwiał sprawunki, pracował, nawiązywał kontakty, upijał się do nieprzytomności. Wychodzenie poza ten margines społeczeństwa nie stanowiło dla Bena pociągającej alternatywy. - A co, jeśli i mi się spodobała? Stoczymy honorowy pojedynek o jej słodką rączkę czy po prostu się nią podzielimy, jak prawdziwi bracia, nie zważający na różnicę krwi? - spytał teatralnie podniosłym tonem, po czym zarechotał rubasznie, wypijając kolejną szklankę trunku i odstawiając ją po chwili z cichym stukotem na blat stolika.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
5
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala główna   26.07.15 15:05

Tristan roześmiał się na wspomnienie o zwinności chudych suk; niewątpliwie istniało między nimi silne porozumienie, pozbawione ckliwej czułości i pozbawione kurtuazyjnej kurtyny, jaką musiał utrzymywać przy większości znanych mu ludzi. Wychowany w duchu szlachectwa rzeczywiście wierzył, że jego błękitna krew plasuje się ponad tą zwykłą, przeciętną, że jego idealnie czysty rodowód czyni z niego człowieka lepszego od innych równie mocno, co doskonały rodowód Enjolrasa wyróżniał go spośród łańcuchowych burków. Ale bywał również realistą, wiedział - a nawet widział - że krew błękitna w rzeczywistości jest równie czerwona, co każda inna, pracował też z ludźmi przeciętnymi, arystokraci z rzadka wybierali prace, przy których łatwo o utratę zdrowia. Nie podobały mu się kajdany konwenansów, jakie go uciskały, lecz jednocześnie wygodnie było mu ich nie zrzucać. Relacja z kimś takim, jak Benjamin, była mu potrzebna, żeby nie odszedł od zmysłów, spotkania pomagały mu odpocząć od męczącego świata kłamstw, wszechobecnego pudru i fałszywych uśmiechów.
Wciąż z rozbawieniem wychylił do dna kufel piwa, podczas gdy Benjamin rozmawiał z jego psem; choć nie dał tego po sobie poznać, był mu wdzięczny za tą dość mocno zawoalowaną troskę. Nie należeli do osób, które przepadały za okazywaniem czułości - co nie znaczy, że nie odczuwali sympatii; Tristan również z pewnością byłby w stanie wskoczyć za nim do bagna i ubrudzić szlacheckie dłonie, gdyby tylko zaszła taka potrzeba. Nie brał również do siebie jego złośliwości, wszak mimo nieczęstych spotkań miał wrażenie, że zna go już dość dobrze, a w każdym razie na pewno zbyt dobrze, by pewne rzeczy rozumieć.
- Nie bądź taki skromny - odmruknął tylko na ostatnie słowa o doskonałym kompanie; był nim bez wątpienia, o czym Tristan wiedział równie dobrze, co Benjamin, ale nie miał najmniejszego zamiaru prawić mu z tej okazji komplementów. Skinął głową panience, która postawiła przed nim butelkę Ognistej oraz naczynie i przez krótki czas w milczeniu odprowadzał ją spojrzeniem z powrotem do baru. Skrzywił się lekko, z wyraźną niechęcią, słysząc pytanie Benjamina.
- Pomyślmy - mruknął bez entuzjazmu, unosząc pustą jeszcze szklankę i krytycznie przyglądając się brudowi zaległemu na jej ściankach; raptem zalał ją whisky. - Evandra dała mi w pysk. Constance wydaje się zbyt mądra, za to Rosalie trzepocze rzęsami. Ale gdybym tknął choć jedną z nich, ich ojciec oskórowałby mnie żywcem, utopił w bagnach Fenlandu, a następnie przepędził wzdłuż miejsca mojego błogiego spoczynku stado wygłodniałych trolli. - Niewiele myśląc, przechylił szklanicę Ognistej, biorąc spory łyk alkoholu. - Kusząca wizja, ale chyba będę musiał obejść się smakiem i nacieszyć jedynie oczy ich słodkim widokiem i w istocie podziwiać iskry błyszczące w tych hipnotyzujących oczach. - Westchnął, nie do końca takim osiągnięciem chciałby się móc pochwalić. - I właśnie dlatego preferuję panny stąd - dodał, przenosząc spojrzenie na młodziutką kelnerkę, która znów ruszyła między stoliki; nie było to do końca prawdą, tanie kobiety były dla niego jedynie substytutami doskonałych piękności, jakie poznawał, a jakich nie mógł posiąść. Skinął głową i również uniósł szklankę w toaście, rozumiejąc jego gest bez słów; przechylił do końca.
- Mówisz? - zainteresował się, ważąc wszelkie "za" i "przeciw"; Śnieżka rzecz jasna była odrażająca, a sposób jej pozyskiwania, przez ostatnie wydarzenia związane z Evandrą, zaczynał go przerażać, ale czy wieczór z podobnym specyfikiem nie wynagrodziłby mu tych wielogodzinnych westchnień za doskonałością wilej urody? - Ile? - rzekł, z uwagą przykuwając wzrok ku jego źrenicom. Tristan nie miał zbyt silnej woli.
Na rozważania o szlacheckim ożenku jedynie uśmiechnął się lekko. Benjamin raczej nie zrozumiałby idei konieczności przedłużenia rodu i spłodzenia potomków, które przejmą rodzinną schedę. Tristan miał względem rodziny obowiązki, którym prędzej czy później będzie musiał podołać.
- To tylko obrączka. - Napełnił whisky szklaneczkę. - Z trofeum do kompletu, które ogrzeje łoże i użyczy bioder, by odpocząć na nich po ciężkim dniu. Zadbanym i pięknym trofeum. - Przeniósł rozmarzony wzrok z powrotem na Benjamina. - Ich dłonie są miękkie, nieskażone pracą, paznokcie idealne, wszak nie mają się gdzie łamać. Palce smukłe, zręczne - coś złowieszczo błysnęło w jego oku - przyuczone do kobiecych instrumentów. Skóra zadbana, delikatna, bez otarć, sińców i zadrapań, pachnąca piżmem. Włosy doskonałe, pielęgnowane najdroższymi specyfikami. Usta miękkie, niespierzchnięcie, zadbane. Bogate, nieczęsto na tyle chude, by nie miały piersi. Głosy mają melodyjne, wiele z nich od dziecka uczy się śpiewu. I są posłuszne, nauczone, że mężczyźnie nie należy się sprzeciwiać. To wysublimowane piękno, Ben, iście sakralne piękno; zupełnie inne od tego, jakie bije od charakternych panien stąd. Takimi kobietami nie powinno się dzielić i takie można znieść na co dzień, nawet, jeśli są w utrzymaniu o wiele droższe od skromniejszych dziewcząt. - Kącik jego ust uniósł się paskudnie. Dobrze wiedział, że towarzysz nie podzielał jego wzruszeń, lecz szybko wypity alkohol zaczynał powoli pulsować w tętnicach, a Tristanowi trudno było wyjść z poetyckiego ciągu, kiedy już w niego wszedł. Benjamin jednak z pewnością mógł dostrzec w jego oczach coś jeszcze, obawę? - Naciskają na mnie, Ben - wyznał. - Nie pobędę już zbyt długo kawalerem. - I niewątpliwie nie był z tego powodu szczęśliwy; życie bez obowiązków dawało mu więcej radości, pomimo uwielbienia, jakim darzył kobiety z wysokich rodów.
Powoli skinął głową, całkowicie zgadzając się z komplementem przyjaciela względem kelnerki. Miała świetny tyłek.
- Catherine - powtórzył, ponownie rzucając spojrzeniem w stronę dziewczyny. - Piękne oczy. Jak dobrze, że tu dla niej jesteśmy, w tej niebezpiecznej, wieczorowej porze... - Uśmiechnął się, nie odwracając spojrzenia od kelnerki. - Pojedynku nie jest warta, a ja nie jestem jeszcze dość pijany, by mieć ochotę oglądać cię bez gaci. Może sama zdecyduje? - Zerknął wyzywająco na Benjamina; lubił rywalizować o kobiety. Często gonienie sprawiało mu więcej przyjemności, niż samo łapanie, i wiedział, że byłoby to trudne, niecodzienne... i ciekawe wyzwanie. Benjamin był masywny, silny, sprawiał wrażenie mężczyzny, w którym kobiety pociąga wszystko; swojego rodzaju dzikość, nieobliczalność, a może i lęk niewinnego serca młódki przed brutalnością, lęk, który dla pewnego typu panien był najlepszym afrodyzjakiem.




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala główna   26.07.15 20:05

Ognista whisky kiedyś działała na niego mocniej. Doskonale pamiętał swój alkoholowy pierwszy raz na wakacjach przed szóstą klasą: wystarczył wręcz sam ostry zapach trunku, by wprawić nastolatka w stan względnego upojenia, uchodzącego wtedy za wielką euforię. Aż dziwne, że po wypiciu jednej butelki w sześciu chłopa, potrafił cokolwiek przywołać w pamięci. Słodkie, szczenięce lata, kiedy wszystkie bodźce wydawały się niesamowicie silne. Teraz nawet trzy szklanki trunku, wypite praktycznie duszkiem, nie sprawiały, że przenosił się do lepszego świata. Oczywiście poczuł już pierwszy podmuch gorąca, obejmujący jego zarośniętą twarz, ale do mrowienia w palcach i podwójnego widzenia brakowało jeszcze przynajmniej kolejnych czterech porcji, serwowanych już może z większym zaangażowaniem zmysłów. Alkohol wchłaniał się w ustach, sięgnął więc po szklankę i tym razem pociągnął łyk ognistej z prawdziwym zaangażowaniem, wpatrując się w ciemne oczy Tristana. Nie musiał się nawet kpiąco uśmiechać, żeby skomentować łączącą ich więź: słowa i gesty wydawały się zbędne. Obydwaj wiedzieli, że mogą na siebie liczyć i wszelakie obietnice czy ckliwe wyznania są po prostu nie w ich stylu. Co nie znaczyło, że świadomość takiej męskiej bliskości nie łechtała mile ego Benjamina. I zapewniała bezpieczeństwo: posiadanie przyjaciela z wyższych sfer z pewnością kiedyś okaże się przydatne. Na razie wolał jednak nie prorokować niezbyt przyjemnych wypadków. W tej chwili wszystko przecież szło wspaniale, a on mógł słuchać wstydliwego niemalże wyznania Tristana z coraz szerszym, kpiącym uśmiechem.
- Wstyd mi za ciebie, Rosier. Wstyd - zacmokał ze zdegustowaniem starszego brata, widzącego nieporadność młodszej latorośli w trudnej sztuce ars amandi. - Przecież nie musisz ich obracać przy ojczulku. A nie będą się mu skarżyć i opowiadać, jak to okropny Tristan obdarł ich z honoru - znów zaśmiał się krótko, w końcu kończąc delektowanie się trunkiem. Przyglądał się jednak teraz szklance, nie rozmówcy, jakby zastanawiając się nad odpowiednim przelicznikiem przynoszenia kompanowi największej radości. Zdobywanie zabronionego narkotyku dla kogoś ze znajomościami Benjamina nie było może i trudne, ale wiązało się ze znacznie większym ryzykiem niż poprzednie przemytnicze dokonania bruneta. Bo tak, chodziło wyłącznie o ryzyko - Wright, wbrew pozorom, nie miał problemu z moralnością. Istniała tylko ta jedna, hedonistyczna, gdzie liczyła się przyjemność i doskonały interes. Nie wahał się więc długo, rozciągając wąskie wargi w szerokim, nieco przerażającym uśmiechu. - Stać cię, mój książę. Najwyżej zastawisz jeden czy drugi dworek - odparł z lekkim sarkazmem, sięgając po butelkę. - Zresztą, dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach. Może powinien raczej poruszyć bolesny temat spoglądania tym twoim wilom w oczy, po tym, jak już spożyjesz coś, co pozostało z ich martwej krewniaczki? Dasz radę to zrobić? Chyba, że później któraś z nich stanie się ślicznym materiałem na kolejną porcyjkę Śnieżki - zagadnął bezpośrednio, wręcz ostro, odwzajemniając uważne spojrzenie. Nie, nie miał zamiaru odwodzić Tristana od decyzji ani tym bardziej nawracać go na drogę światła. Ta była nudna, przewidywalna; chciał go tylko sprowokować, zobaczyć coś żywszego w tych ciemnych, niepokojących oczach. Wolał Rosiera szczerze zirytowanego czy też mocno wytrąconego z równowagi niż smutnego. Albo...pełnego literackiej pasji, jaka często wylewała się z panicza Tristana. Na początku irytowało to konkretnego Benjamina niesamowicie, ale z czasem przywykł do chwilowego podniosłego transu. Teraz także po prostu przyglądał się kompanowi z uniesionymi brwiami, korzystając z okazji do sięgnięcia po papierosy, schowane w kieszeni płaszcza. Mugolskie; odpalił więc jednego zapałką, zaciągając się z ukontentowaniem. - Romantyczne pierdolenie. - podsumował tylko całą barwną opowieść o kobietach, wydmuchując powoli szary, gryzący dym. - Wolę dobre rżnięcie od sakralnego piękna. I ty, w głębi ducha, też to wolisz. Nawet jeśli ubierasz swoje pragnienia w okrągłe, gładkie słówka - dodał z dziwną, rubaszną pewnością, strzepując popiół papierosa na stolik, całkiem do tej pory czysty. Na kolejne wyznanie Tristana odpowiedział jednak z większym zrozumieniem, kręcąc ze zdegustowaniem głową. - I co, stracę najlepszego smoczego kompana? Na rzecz owej gładkiej, piżmowej paniusi? A niedługo potem - ryczącego dzieciaka? - skrzywił się nieco. Obrączka na palcu Tristana oznaczała złote kajdany, przykuwające Rosiera do domu. Co przekreślało niebezpieczeństwa, przygody, smoki, nieodpowiedzialność. I chlanie w Wywernie do białego rana. Benjamin prychnął z niechęcią, znów zaciągając się smrodliwym papierosem. - Przynajmniej znasz potencjalną wybrankę rodziny? Zgrabniejsza od naszej drogiej Cathy? - znów powiódł wzrokiem za kelnereczką, układająca teraz szklanki za kontuarem baru. Gdy Tristan wesoło prowokował go do rozpoczęcia rywalizacji, ciągle przyglądał się jak jej zręczne dłonie układają naczynia w małą piramidę. Nie używała magii, zdając się na własne wyczucie równowagi. Benjamin uśmiechnął się przelotnie, znów posyłając w duszne powietrze głąb szarego dymu.
- Wypij więc jeszcze - polecił więc z sztuczną łaskawością a przez sekundę w jego oczach błysnęło coś trudnego do zidentyfikowania; zniknęło jednak równie szybko, co się pojawiło, rozpływając się w kolejnej porcji rubasznego rechociku. - Oddaję ci pole, Rosier. Pokaż mi, jak działają prawdziwi arystokraci. Bo zaciągnięcie jej za włosy do ciemnej uliczki nie jest chyba w waszym stylu? - spytał z prawie autentyczną ciekawością, rozsiadając się wygodniej na krześle. Zacmokał cicho, a Enjolras podniósł łeb, opierając go o jego udo. Tak wygodniej mógł głaskać psinę po szorstkiej sierści, nie bojąc się ostrych zębów czarnoskórej bestyjki.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
5
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala główna   27.07.15 9:35

Tristan westchnął, słysząc reprymendę - tak łatwe danie za wygraną z pewnością nie było w jego stylu. Obrócił butelkę whisky, przyglądając się pozostałej zawartości, ostrożnie ważąc w myślach jego słowa, nie zwracając większej uwagi na jego kpiący uśmiech - wydawał się autentycznie zamyślony. Rzeczywiście mógł starać się bardziej - ale nie był pewien, czy chciał. Naprawdę lubił te dziewczyny i naprawdę robiło na nim wrażenie ich piękno, nie chciał ich wykorzystać, ani tym bardziej skrzywdzić w tak okrutny dla szlachcianki sposób.
- To bardziej skomplikowane w świecie pstrokatych rajstop, Ben. - Skrzywił się, opróżniając szklankę Ognistej. - Gdyby okazały się nieczyste w dniu ślubu, ich ojciec szukałby winnego, i sądzę, że nawet by go znalazł. Ale przyznaję, że nie tylko o to chodzi... to byłoby jak zerwanie róży z krzaka. Po co zrywać ją tylko po to, by zwiędła? Rozkwitnięta bardziej cieszy oczy. A tak się składa, że ja kocham róże. - Na Tristana whisky działała zdecydowanie szybciej; być może pomogła gorąca pogoda, być może na szybko wypite piwo, może zbyt intensywny dzień w pracy w połączeniu z chronicznym niewyspaniem, a może opary dymów w knajpie. Śladem druha wyjął z kieszeni papierosy - czarodziejskie, nieco bawiło go to zderzenie dwóch światów - i nieśpiesznie wyjął jednego, zapalił, mocno zaciągnął się nikotyną, następnie wypuszczając gęsty, obfity obłok dymu na bok. Nie był przekonany do słów, które wypowiedział, za wile ciało oddałby wszystko, a rozterki moralne zapewne szybko wywietrzałyby mu z głowy, gdyby tylko natrafiła się odpowiednia okazja. Tristan nigdy nie był dobry w mocnych postanowieniach.
Zastukał palcami w ściankę szklanki, zastanawiając się nad ofertą; zrozumiał aluzję i domyślał się, że specyfik swoje będzie kosztował swoje, ale nie płaciło się za nic. Początkowo słowa Benjamina go nie ruszyły, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal; miał nadzieję, że Śnieżka nie przypomina bijącego serca i spożyje się ją jak każde inne świństwo, lecz wizja, by i "jego" wile zostały pożarte, rzeczywiście rozpaliła w jego oczach gniewne iskry. Nie pozwoliłby ich skrzywdzić, dokładnie tak, jak nie pozwolił skrzywdzić Evandry przez ostatnie, nie tak dawne przecież dni. Benjamin nie mógł powiedzieć niczego trafniejszego, jeśli chciał go sprowokować.
- Kracz dalej jak sroka, a powyrywam ci spod ogona wszystkie pióra - syknął ze złością, aż pociągając whisky z gwinta i tym samym uciekając od niego spojrzeniem. Odstawił butelkę z łoskotem, lecz przez moment jeszcze trzymał dłoń na jej szyjce; zmarszczył brew i przymrużył ślepia jak rozzłoszczony kocur. - Nikt im nic nie zrobi, ani teraz, ani potem, ani nigdy. - Głos, choć przesycony gniewem, ściszył, nie chciał, by ktokolwiek postronny, nawet i przypadkiem, usłyszał choć strzęp tej rozmowy. - Nawet włos nie spadnie im z tych ślicznych główek, zaś nieszczęścia pozostaną nieświadome. A jeśli, nie daj Merlinie, wydarzy się coś innego, sam mnie doprowadzisz do tych swoich kontaktów. - Nie mógłby pozwolić na uczynienie krzywdy którejkolwiek z nich; były pięknymi młodymi kobietami, na dodatek jego kuzynkami. Mógł ich pragnąć, mógł wymieniać z nimi czułe słówka, mógł próbować bałamucić, ale to była tylko zabawa; przenigdy nie dałby ich naprawdę skrzywdzić. - I pomożesz mi ich wyrżnąć. - Zastygł na moment w bezruchu, wpatrując się w ciemne tęczówki jego oczu.
Dalszym jego słowom nie oponował, w gruncie rzeczy mieli na myśli jedno i to samo.
- Być może - przytaknął więc, gdy Benjamin nazwał jego przemowę romantycznym pierdoleniem; a wyglądał przy tym, jak gdyby autentycznie zastanawiał się nad sensem owego zwrotu. Pierdolił - na pewno, był w końcu pijany. Romantycznie pewnie też, bo romantycznie pierdolił zazwyczaj. A koniec końców i tak chodziło o rżnięcie. Odruchowo przesunął dłoń z zapalonym papierosem nad stolik, spojrzeniem wyraźnie poszukując popielniczki...  lecz po chwili ze zrezygnowaniem strzepnął popiołek na drewnianą posadzkę. - Zbytek luksusu - miotnął tylko z niesmakiem niby klątwę. - Wciąż jednakże - dodał z westchnięciem, wracając do tematu - wolę zwać to miłością. Przyznasz też, że kontakty z damami, którym lepiej byłoby przysłonić twarz, nie należą do najlepiej wspominanych. - Uśmiechnął się, jak miał w zwyczaju, szyderczo samym kącikiem ust. Obaj mieli na sumieniu co najmniej kilka grzeszków, o których zapewne woleliby nie pamiętać, lecz jak na złość alkohol pamięć usuwa wybiórczo.
Skrzywił się również, gdy Benjamin w zdegustowaniu jął wymieniać kolejne stadia ustatkowanego życia; nie podobała mu się ta wizja. Nie miał zamiaru zajmować się dzieckiem, będą więc musieli nająć opiekunkę, później zapewne guwernantkę i nie minie parę lat, a jego cichy dworek przemieni się w miejsce pełne obcych ludzi. Oczywiście, były również zalety - przynajmniej jego dworek nareszcie faktycznie będzie jego dworkiem.
- Nic pewnego - odpowiedział krótko, kiedy Benjamin zapytał o zgrabność przyszłej panny młodej. - Nie narzekałbym, trwają negocjację z rodziną wili. Panna już zdążyła dać mi do zrozumienia, że za mną nie przepada... kiedy usłyszała, że odebrałem wianek jej bliskiej kuzynce. - Ze zrezygnowaniem uniósł szklaneczkę whisky. - Za pannę młodą, Ben. - Pominął głębszą warstwę tej opowieści; tą o jego uczuciach i konieczności ochrony Evandry. - Niech mnie nie rozszarpie, kiedy przyjdę z pierścionkiem.  - I przechylił szklanicę.
Parsknął śmiechem, kiedy kompan zachęcał go do dalszego picia - nie wyglądał, jakby miał zamiar oponować. Ognistej nigdy za dużo, choć butelka zdawała się już pustoszeć.
- Troglodyto - z niesmakiem skwitował jego pomysł na podryw, nie oglądając się już na dziewczynę. - Patrz i ucz się, przyjacielu, arystokrata nie musi nic robić. Widziała wcześniej, że na nią patrzyłem, zostawmy ją na moment w słodkiej konsternacji, dlaczego już tego nie robię. Łatwo mi ją oddałeś, mam rozumieć, że twoje życie ostatnimi czasy kwitnie bujniej od mojego?




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala główna   27.07.15 15:23

Towarzystwo Tristana stanowiło doskonałą odmianę po ostrej samotności, jaką ostatnio wybierał z masochistyczną premedytacją. Oczywiście ciągle spotykał ludzi, wymieniał informacje, przedmioty, opinie, często także - ciosy, ale prawdziwa, nieskrępowana rozmowa z kimś, kogo znał już od dłuższego czasu, należała do rzadkości. Nie dopuszczał do siebie ludzi, nie tak blisko. Z boku ta rozmowa mogła wyglądać na typowo męskie, bezmyślne dzielenie się niezbyt wzniosłymi komentarzami na temat płci pięknej, ale dla Benjamina ta pogawędka była naprawdę istotna. Orzeźwiająca, pomimo dymu, gryzącego go w oczy. Mruganie zostawiał jednak ciotom: dzielnie wydmuchiwał kolejne porcje szarych chmur z płuc, śmiejąc się naprawdę radośnie z określeń Rosiera. Pstrokate rajstopy wydawały się mu nagle najzabawniejszym określeniem na świecie.
- Rajstopy, róże, czystość w dniu ślubu. Macie naprawdę przewalone, paniczu. Jak dobrze, że moja matka puściła się z mugolem - skomentował po swojemu, nie mając żadnego problemu z nazywaniem rzeczy po imieniu. Szacunek do rodziców wydawał mu się staroświeckim ciężarem, podobnie jak cała ta sprawa z czystością krwi. Niechęć, jaką żywił do rodu Lestrange, co prawda miała charakter nieco ekstremalny, ale nie chodziło o dawne urazy wydziedziczonego krewnego. Takie bzdurki nie zaprzątały jego umysłu, zaczynającego już odpływać wgłąb ognistego oceanu whisky. Nieco tłumiącego ostre słowa Tristana, które skwitował jeszcze szerszym uśmiechem, wręcz przecinającym brodatą twarz na pół.
- W końcu mówisz jak prawdziwy bohater - skwitował ni to z kpiną ni to z podziwem, wytrzymując spojrzenie towarzysza i decydując w duchu, że poniesie ryzyko zdobycia zakazanego towaru. Zarówno z powodu braterskich przysług jak i zapłaty, jaka z pewnością zapewniłaby mu alkoholowe libacje wysokiej klasy przez następny tydzień. - Dobrze wiesz, że do ewentualnego mordobicia jestem pierwszy. Chyba, że jestem zajęty jakąś zwinną łanią, wtedy, niestety, zemsta musi poczekać - kontynuował beztrosko, siląc się na nieco elokwentniejszy ton, co nie wychodziło mu zbyt dobrze. Zaśmiał się więc raz jeszcze, gasząc w końcu peta na drewnie stolika i wylewając z butelki resztkę whisky. Czas zamówić kolejną. Na to jednak poczekał, porozumiewawczo mrugając do Rosiera, kiedy temat zszedł na niezbyt urodziwe niewiasty. - Twarz nie jest istotna, Rosier. Ani miłość. Mówi ci to starszy, doświadczony życiowo przyjaciel. Będąc w moim wieku wspomnisz słowa starego druga Wrighta - podsumował tonem styranego życiem tetryka, marudzącego na współczesne czasy. Pełne miłosnych fanaberii, róż i...małżeństw z wilą?
Ponownie podniósł wzrok na twarz bruneta, tym razem kiwając głową z pewnym ukontentowaniem. Zwłaszcza, kiedy usłyszał o skradnięciu kwiatu dziewictwa. Tak, takie przygody potrafił zrozumieć i docenić, dlatego wypił duszkiem resztę whisky, która została na dnie szklanki, przecierając usta wierzchem dłoni. - Jednak cię nie doceniałem. Żona pierwsza klasa. Do tego dziewica. Będziesz miał uciechę. Nawet jeśli początkowo trochę cię poharata, to jednak w ogólnym rozrachunku będziesz górą - przyznał z dobrze udawaną zazdrością, zastanawiając się przez chwilę, czy sięgnąć po kolejnego papierosa, czy po kelnereczkę. Postanowił jednak powstrzymać chęć obejrzenia konfrontacji Rosiera z Catherine. Wyjął więc nieco pomiętą fajurkę i znów pobawił się w mugolaka, wyrzucając tlącą się zapałkę na podłogę, po czym przygniótł ją ciężkim butem. - Patrzę więc i z niecierpliwością czekam na szlacheckie sztuczki podrywu. Zadziw mnie - Oparł się wygodniej o wysoki zagłówek drewnianego krzesła, w niemym oczekiwaniu na cud w postaci ślicznej Cathy, wdzięczącej się do Tristana. Miał nadzieję, że kelnereczka niedługo tutaj podejdzie - chciał zamówić kolejną butlę Ognistej. Albo dwie? Lub trzy; im więcej, tym lepiej dla jego opowieści o podbojach miłosnych. Właściwie zgodnych z prawdą, jeśli pominąć jeden, malutki, nieistotny szczegół płci. - Zawsze kwitło bujniej, przyjacielu - odparł z nonszalancką pewnością siebie, przestając w końcu drapać psinę za uszami. Zwierzę znów położyło się grzecznie u ich stóp, ciche acz czujne. - Powiedzmy, że...nie narzekam na brak rozrywek. Wszelakiego rodzaju. Moje kochanki użyczają mi nie tylko bioder - dodał z szelmowskim uśmiechem człowieka zaspokojonego kompletnie rozlicznymi perwersjami, po czym ponownie zaciągnął się papierosem.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
5
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala główna   29.07.15 18:18

Tristan westchnął poetycko, zaglądając wgłąb pustej już szklanki. Zaciągnął się papierosem, wydychając na bok, na raty, nikotynowy dym. Jemu to spotkanie też było potrzebne. Dzięki Benjaminowi mógł zapomnieć, z dala od zdegustowanych spojrzeń, zapomnieć choćby chwilowo, choćby na ten jeden, zbyt krótki zapewne wieczór. Przed niewieloma ludźmi się otwierał, przed Benjaminem - też nie do końca, choć czasem odnosił wrażenie, że ten wiele potrafi wyczytać z jego twarzy i oczu. Potrzebował zrozumienia, jakie ich łączyło, potrzebował go dzisiaj. Zgniótł niedopałek o kraniec stołu i wyrzucił ogarek na podłogę, następnie wsparł zgiętą nogę o pobliskie krzesło - nawet w tak prostackich gestach przejawiał swojego rodzaju książęcą nonszalancję.
- Gdybym się urodził kobietą w mojej rodzinie... chyba zabiłbym się jeszcze zanim w pełni dotarłoby do mnie, jak bardzo mam przesrane. - Arystokratów wiązało wiele konwenansów, ale zdecydowanie więcej z nich tyczyło się dam. Tristanowi ciążyło wiele aspektów związanych z jego szlacheckim pochodzeniem, chociażby to, że nikt nie powinien go tutaj zobaczyć. Ale jednocześnie wiedział, że to wszystko, jak zawsze, ujdzie mu płazem, musiało ujść. Był w końcu dziedzicem. Jedynym, jakiego mieli, czy chcieli tego, czy nie. - Chcesz mi powiedzieć, że twoja matka miała czystszą krew od twojej? - Na jego usta ponownie wstąpił złośliwy, lekko kpiący uśmiech. - Nie wątpię, że i ona jest przeszczęśliwa. Dużo o tobie pisali, kiedy zniknąłeś z Jastrzębi, Ben, pisali, że jesteś szlacheckim bękartem. - Przyjrzał się mu badawczo, zawieszając w powietrze nieme pytanie o pochodzenie. Nie, nie robiło mu to różnicy, mimo niższego statusu krwi Benjamin był doskonałym kompanem, a Tristan żywił względem niego szacunek, nie tylko przez wzgląd na sposób, w jaki zaklinał smoki, ale zapewne przede wszystkim z uwagi na to, co Benjamin potrafił na boisku Quidditcha, czarodziejskiego sportu narodowego. Kierowała nim właściwie wyłącznie ciekawość.
Przewrócił oczyma, kiedy nazwał go bohaterem. Dobrze wiedział, że był jedną z ostatnich osób, które można było w ten sposób nazwać. Częściej tchórzył niż wykazywał się heroizmem, ale nawet jego rozpusta miała swoje granice i niewątpliwie jednym z jej wyznaczników były więzy krwi. Zrobiłby wszystko dla swoich sióstr, a wobec kuzynek, tym bardziej córek ojca chrzestnego, nie mógł czuć się niezobowiązany. Zapalczywy gniew dość szybko jednak rozpuścił się w coraz mocniej rozrzedzającym krew alkoholu. Czuł się już silnie otumaniony.
- Zwinną łanią - powtórzył z niesmakiem i udawaną obrazą. - Co takiego ma taka łania, czego nie mam ja? Mordobicie może uciec, lania poleży i poczeka... o ile nie znajdzie innego... jelenia. - Melancholijnie obrócił w ręku pustą butelkę.
- Na szczęście jestem jeszcze piękny i młody - odpowiedział, tym samym tonem, choć z wyżej uniesionym kącikiem ust. - Póki co mogę przebierać w panienkach.
Coś niebezpiecznie błysnęło w jego oku, kiedy skomentował wybór przyszłej małżonki. Zmarszczył brew i jął delikatnie kołysać się na krześle, trawiąc w myślach jego słowa.
- Oby tak było - przytaknął w końcu. - I oby prędko zrozumiała, że nawet wila nie odciągnie mnie od smoków... ani wywern. - Znów zamyślił się na krótki moment, po chwili z łatwością wracając do mało wybrednych żartów. - Gra na harfie, Ben, jej dłonie... wysmukłych palców zwinna ośmiornica. - W zadumie spojrzał w przestrzeń; nie powinien był wygłaszać sprośnych uwag pod adresem przyszłej narzeczonej, ale przy Benie i po odpowiedniej ilości Ognistej, nie miał oporów. Uniósł wzrok dopiero na niepewnie uśmiechniętą kelnerkę, gdy ta sama przyszła do ich stolika, pytając, czy niczego już im nie trzeba. Z paskudnym grymasem wpierw spojrzał na Benajmina, potem wręczył jej kilka sykli za dwie kolejne butelki Ognistej i odprawił z obojętnością.
- Postawisz następną kolejkę - dodał mimochodem. - Szlachecki podryw to zabawa na dłużej, cierpliwości. U nas wszystko się robi wolniej. Nawet pije się wolniej... - Krytycznie przyjrzał się pustym butelkom, jak długo już tutaj siedzieli? Godzinę? Pół? Pewnie coś pomiędzy, opróżnienie w tak szybkim czasie dwóch butelek Ognistej nie przypominało wystawnej degustacji.
- Chciałbyś - skomentował krótko i roześmiał się podle, kiedy Benjamin opisał pokrótce swoje bujne życie towarzyskie. - Co ostatnio? Wywerna, czy Mantykora?




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala główna   30.07.15 9:57

Kiwnął tylko głową na dość samobójcze podsumowanie życia magicznych szlachcianek. Faktycznie, czystokrwiste dziewczęta nie miały łatwego życia, chociaż znał takie wyjątki od reguły - najsłodsza Venus - które doskonale odnajdywały się w tym połświatku świecidełek i luster, potrafiąc przy tym nudnym aktorstwie wykrzesać z siebie odrobinę pasji. I tą pasją obdzielać strudzonych wędrowców, przypadkowo zabłąkanych w pobliżu jej wygodnego łóżka. Uśmiechnął się przelotnie do swoich myśli. - Niektóre wiodą żywot całkiem rozkoszny - dorzucił tylko tonem uczonego znawcy arystokratek z dwudziestoletnim doświadczeniem. Którym nie był, rzecz jasna i oczywista. Właściwie już pomijając kwestie genetyczne, czuł się bardziej typową szlamą niż księciem półkrwi. Mugolskie mieszkanie, mugolski ojciec, popędliwa mugolska matka, mugolskie plakaty nad mugolskim łóżkiem. W jego życiu nie pozostało nic szlacheckiego, nic, co wskazywałoby na wyjątkowe pochodzenie, krystalizujące się w żyłach specjalną mocą. Jakoś mu to nie przeszkadzało, nigdy też nie dzielił się z nikim opowieściami o wydziedziczonej gałęzi rodu Lestrange. Historia nie warta świeczki, chociaż widocznie jednak opłacalna, skoro ten temat poruszyły plotkarskie gazety.
Uniósł lekko krzaczaste brwi. Kiedy zniknął z Anglii w ogóle nie zajmował się tym, jakie bagno pozostawi po sobie. Mało interesowały go opowieści dziwnej treści, aczkolwiek nie przypuszczał, że pismaki wywęszą akurat taki temat. Nie, żeby w jakikolwiek sposób go to raniło. Nie teraz, nie z Ognistą buzującą w żyłach zamiast krwi.
- Szlachecki Bękart. Muszę przyznać, że brzmi lepiej niż Morderczy Jastrząb. - skomentował ze śmiechem, przypominając sobie świetlane lata swojej kariery. Sześć lat ciągłych sukcesów, bo przecież nawet meczowe porażki przyciągały tłumy widzów. Byleby tylko zobaczyć, jak Wright rozwala komuś szczękę tłuczkiem lub zrzuca na ziemię ulubieńca publiczności. Chociaż skrywał to bardzo dobrze, potwornie tęsknił za tamtymi latami. Nie ze względów finansowych, bogactwo przychodziło i znikało, ale na miotle, w szatni, z drużyną był naprawdę szczęśliwy. I na odpowiednim miejscu. - I kto wie, Tristan, może naprawdę jesteśmy braćmi? - zasugerował, szczerząc niepokojąco białe, ostre zęby, nadające mu wygląd dwumetrowego drapieżcy. Podejrzewał, że gdyby jego matka nie zwariowała na punkcie mugola, mogliby znać się z Rosierem od dziecka, będąc dalekim kuzynostwem. Albo śmiertelnymi wrogami; kompletnie nie znał się na powiązaniach rodowych i animozjach między nimi. I tak traktował Tristana jak pewne zastępstwo młodszego brata, idealistycznego marzyciela o słabszej głowie i silniejszym sercu.
- Chętnie szczegółowo opisałbym części ciała, które posiada łania a których natura poskąpiła tobie, Rosier, ale chyba masz już za sobą tą uświadamiającą rozmowę - odparł radośnie, czując rosnące rozbawienie po autokomplementach kompana. Normalnie jego myśli pokierowałyby się na niegodne, złe tory. Tris jednak był platonicznym wyjątkiem, potwierdzającym braterską regułę. W jego towarzystwie nic nie było niesmaczne czy ryzykowne - no chyba, że próbowali po męsku rywalizować przy smokach. Wtedy zazwyczaj kończyło się na poparzeniach i znieczulaniu Ognistą, co teraz uskuteczniali nawet bez morderczego zwierzęcia tuż za plecami. Chyba, że owym zagrożeniem miała być przyszła pani Rosier. Wila. Ben znów westchnął z mieszaniną zazdrości i zadowolenia, że jego młodszy brat trafił na tak doskonałą narzeczoną.
- Na pewno ustalisz jej jasne zasady działania i powrócisz na stałe do przygód. - odpowiedział dziwnym tonem, mieszczącym się na skali gdzieś pomiędzy ostrą ironią a naiwną nadzieją, że małżeństwo nic nie zmieni w jego relacjach z najdroższym przyjacielem. - Oczywiście po pierwszym zachwycie delikatnym ciałkiem młodej wili. Będę oczekiwał wyczerpującej relacji. - dodał już poważniej, a przynajmniej tak chciałby brzmieć, gdyby nie alkohol, już zaczynający oddziaływać na jego ciało. Zaciągnął się papierosem, znów zgasił go o blat stolika; znów obok ich pojawiła się Catherine, znów zastukało szkło butelek. Tempo, jakie sobie narzucili, należało do tych bardzo szybkich, nawet dla zaprawionego w knajpianych bojach Benjamina, acz odpuszczanie nie wchodziło w rachubę. Nie teraz, kiedy czuł się coraz pewniej, machając łaskawie ręką - mógł postawić kolejkę całej spelunce. A później obić kilka pobliznowaconych pysków stałych bywalców.
- Nie będę ci się spowiadał, paniczyku, bo jeszcze zgorszę twój młody i piękny umysł - odparł z szlachecką (powiedzmy), nonszalancją, sięgając po butelkę i nalewając hojnie zarówno sobie, jak i Rosierowi. - Ale i na Nokturnie możesz znaleźć prawdziwe ślicznotki. Mające zręczne nie tylko palce - westchnął z zbyt sztucznym rozmarzeniem. Nigdy nie był fanem komplementowania urody panienek. Ani długich podchodów, flirtów i romansowania. To zostawiał arystokratom z najwyższych półek.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
5
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala główna   31.07.15 3:59

Tristan uśmiechnął iście diabelsko na uwagę Benjamina, choć pewność jego tonu wzbudziła parsknięcie, którego nie zdołał powstrzymać  - nie spodziewał się tego po nim. Naturalnie miał rację, kobiety z pasją dało się znaleźć wszędzie, również wśród szlacheckich panien; niejednokrotnie słyszał plotki o nacinanych palcach celem zakrwawienia prześcieradła po pierwszej nocy, pasję łatwo dało się odnaleźć również u niektórych mężatek. Kobiety te jednak ryzykowały bardzo dużo - bliskość rodziny, szlachecki tytuł... czyli niejednokrotnie wszystko, co w życiu miały, bo kobietom często na więcej nie pozwalano.
- Chcesz się czymś pochwalić, Ben? - zapytał, z wyraźnym, choć udawanym powątpiewaniem w głosie. Zaskoczył go, ale mógł się przecież domyślać, że Benjamin otarł się kiedyś, dosłownie i w przenośni, o choć jedno szlacheckie łóżko, mimo różnicy krwi. Jeśli nie teraz, to wcześniej, gdy nie znikał z okładek gazet. Wysunął z paczki, którą pozostawił wcześniej na stole, papierosa i zapalił kolejnego - za drugim czy trzecim razem. Alkohol coraz mocniej zaburzał koordynację jego ruchów.
Tristan plotki znał. Nie tylko interesował się Quidditchem (i Jastrzębiami zwłaszcza), ale i obracał się w szlacheckim towarzystwie, gdzie przy męskim stole tematy często schodziły na sportowe. Nie był, rzecz jasna, prenumeratorem Czarownicy, ale tak naprawdę, przez salony, siłą rzeczy i do niego musiały docierać podobne informacje. O dziwo, Benjamin je jednak potwierdził.
- Wolałbym jednak Jastrzębia - przyznał bez ogródek, kącik jest ust uniósł się nieco wyżej. Nie spodziewał się, że tkwiła w tym prawda. - Rosierem nie była, wiedziałbym - dodał z przekonaniem, zaciągając się papierosem; dym wypełnił powietrze między nimi. - Moja matka jest z Crouchów, najwyżej od nich... Ale postawiłbym raczej na Yaxleya albo Rowle'a. Może Macmillan? - Przyjrzał mu się z lekkim rozbawieniem. Miał nadzieję, że z jakiegokolwiek rodu nie pochodziłby Benjamin, nie był to żaden, wobec którego miał zobowiązania. Carrowowie, ot, ich nie obawiałby się obrazić pokazywaniem się z ich bękartem. Nieważne, że inni nie wiedzieli - ten jeden dom z pewnością pamiętał. Po prawdzie Tristan poczuł trochę ukłucie żalu, kuzyn taki jak Benjamin, a brat tym bardziej, byłby dla niego w życiu bardzo silną podporą i, cóż, na pewno zalążkiem setki niesamowitych wspomnień, ale los różnie rozkłada karty i tym razem musiało stać się inaczej. Nigdy nie miał starszego brata  - wychował się z trzema siostrami, a rola, którą musiał przez to przyjąć, czasem go przerastała. Żałował, że nie miał go przy sobie, kiedy był młodszy, w czasach, kiedy rozmowy tego typu rzeczywiście go krępowały.
- Futro? - zapytał, wciąż z niesmakiem, dekadencko obracając w ręku czarodziejskiego papierosa. Nie przestawał huśtać się na krześle; raczej chciał się odgryźć, niż prowokować. Tristan, choć uwielbiał bez reszty oddawać się cielesnym rozkoszom każdego rodzaju, nie myślał w ten sposób również o mężczyznach. Wszelkie podteksty traktował jedynie w kategoriach żartu, pozostając koneserem jedynie kobiecego piękna. Benjamin słusznie wątpił w poradność Tristana po ślubie, znając go, wiedział, jak łatwo tracił rozum dla pięknych kobiet. Tristan zaś zatuszował własną obawę śmiechem na wspomnienie jej młodego ciałka. Dobrze wiedział, że nie powinien mówić w taki sposób o swojej narzeczonej, podobnie, jak nie powinien pozwalać mówić o niej w ten sposób innym - ale alkohol mocno uderzył mu już do głowy, a kolejne samcze przechwałki sypnęły się zbyt trudną do powstrzymania lawiną.
- Możesz na to liczyć - oświadczył z lekkością. - Ale ja nie mam zamiaru wyciągać cię z dołka, kiedy zbyt rozbudzoną wyobraźnię ugasisz potem w jakimś ciemnym zaułku. - Na jego ustach drgał uśmiech balansujący pomiędzy drwiną a rozbawieniem. - Ta panna jest tak rozkapryszona, ze pewnie będzie mnie kosztowała więcej, niż stałe zakwaterowanie w Wenus z całodobową obsługą - mruknął z gorzką ironią, przechylając napełnioną przez Benjamina szklanicę. - Mam nadzieję, że jej inne przymioty rzeczywiście to zrewanżują, to i wydrapane oczy. Przedstawię, jej zadaniem będzie przecież być mi posłuszną - rzekł, zupełnie jakby sobie to sprytnie obmyślił i wymyślił. - Będzie musiała się dostosować - zakończył, ni to do siebie, ni do Bena, ni to z przekonaniem, ni z obawą. Na odmowę spowiedzi uśmiechnął się już szerzej, jak to po alkoholu.
- Potem się przekonam -  odparł, mimowolnie wodząc spojrzeniem za przechodzącą Cathy. - A jak u was w Peak District? Chodzą słuchy, że jeden z waszych staruszków niedomaga, prawda to? Szkoda byłoby bestii, pamiętam, jak uciekła od was, sześć, czy siedem lat temu...




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala główna   03.08.15 19:50

Chwalenie się podbojami miłosnymi bardzo pasowało do schematu komunikacyjnego Benjamina, naczelnego narcyza Jastrzębi, najbieglejszego w autoerotyzmie. Wspominanie o rozlicznych kochankach było przecież wyłącznie rozpaczliwą próbą upewniania wszystkich w rzeczy dla nich oczywistej: żaden z kompanów Wrighta nie podejrzewał, że pod bujną, kruczoczarną czupryną mogą roić się treści tyleż niegodziwe, co nie do pomyślenia właśnie. Oczywiście Jaimie poniekąd o tym wiedział i zachowywał się niesamowicie swobodnie, co nie zmieniało parnej rzeczywistości jego pokręconego umysłu. Brnął więc w szalone opowieści z autentyczną frajdą, nie tylko snując namiętne baśni ale też i owe baśni odgrywając. Dla samej przyjemności, dla dowodów, dla kompletnego rozwiania jakichkolwiek zwątpień. Przezorny zawsze ubezpieczony, toteż Ben ubezpieczał się z jurną częstotliwością, mogąc teraz bez cienia kłamstwa opowiadać swojemu druhowi o rozlicznych nałożnicach.
Także tych najlepszej klasy. Zanim odpowiedział Tristanowi, uniósł wysoko krzaczaste brwi. Znacząco. - Powiedzmy, że mam jedną bliską przyjaciółkę, chociaż jej błękitna krew nie jest akurat wyznacznikiem mojej fascynacji jej nieskromną osobą - odparł w nieco zawoalowany sposób, zachowując się jak na prawdziwego dżentelmena przystało. Nie chciał, by Venus spotkała jakakolwiek przykrość - za bardzo lubił te drobną diablicę - dlatego wyjątkowo poskromił męską chęć ploteczek. Na jaką miał wielką ochotę, zwłaszcza po alkoholu, zwłaszcza w stanie coraz większego upicia. I rozbawienia. Zaśmiał się cicho, obserwując nieudane próby odpalenia tristanowego papierosa. - Może mam podać ci ogień, moja księżniczko? - wyszczerzył rząd ostrych zębów, poruszając najdoskonalszy temat do żartów. Rosier nigdy nie zachowywał się zbyt arystokratycznie, ale Ben nie odpuścił żadnej okazji do wytknięcia mu zbyt rasowego pochodzenia. Pewnie w jego przypadku dobierano geny z podobną uwagą jak na prawdziwej rasowej hodowli. Może stąd coraz większe podobieństwo do pięknego psa, leżącego grzecznie pod dębowym stolikiem? Idąc tym tropem zwierzęcego porównania Jaimie posiadałby pospolitego kundla. Jednak wcale mu to nie przeszkadzało.
- Próbuj dalej. Ale...czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Arystokraci to jeden wielki tygiel tych samych genów. I tak wszyscy hajtacie się pomiędzy sobą. Kazirodztwo - zaakcentował ostatnie słowo z wyraźnym zdegustowaniem, jakby poruszał temat najbardziej chwiejny moralnie. Słodka hipokryzja, tym przyjemniejsza w smaku, im więcej wlewał do gardła Ognistej. Już nie liczył szklanek, koncentrując się tylko na tym, ile płynu ubywa z przeźroczystych butelek, tak pięknie łapiących przytłumione światło baru. Zaczynał rozumieć poetyckie powołanie Rosiera: w tym stanie gorejącego upojenia alkoholem był w stanie pisać poematy o brudnym stoliku. I o pośladkach Cathy odzianych w dość obcisłą sukienkę. I o...futrze Rosiera?
Na tą ostatnią wzmiankę wręcz ryknął pijackim śmiechem, co już zwiastowało niezbyt przyjemną pobudkę następnego ranka. Jeśli nie panował już nad okazywaniem radości, to oczywistym było, że cienka czerwona linia, oddzielająca go od kaca-mordercy, została brutalnie przekroczona. Na szczęście wyrok ulegał zawsze odroczeniu: na razie bawił się doskonale, w końcu uspokajając rechocik, dzięki któremu już całkiem upodabniał się do mugolskiego marynarza. - Rozumiem, że dbasz o siebie tak jak te egzotyczne piękności? Jakaś...depilacja? - dopytał drżącym z rozbawienia głosem. Rosnący komizm sytuacji ugasił w końcu w procentowym trunku, koncentrując się już wyłącznie na palącym alkoholu, przeżerającym mu gardło. To była przyjemniejsze od ewentualnego wyobrażania sobie gibkiej, ślicznej wili w sytuacjach względnej niemoralności. - Cóż, powodzenia. Zawsze możesz rzucić zaklęcie petryfikujące. Na pewno wtedy nie wydrapie ci oczu - poradził dość serio, przyglądając się nieco krytycznie chwiejącemu się krzesłu Tristana. Dobry starszy brat powinien ostrzec go przed możliwością wyrżnięcia potylicą o podłogę, natomiast najlepszy starszy brat (jakim był), wolał, by panicz nauczył się o takich niebezpieczeństwach na własnej skórze. Nawet, jeśli miałby go później zbierać z podłogi. - Ale masz rację, nie wnikam już w waszą noc poślubną. Mam nadzieję, że na samą ceremonię mnie zaprosisz. Dostanę jakieś najgorsze miejsce w rzędzie ze służbą? - dopytał już całkiem poważnie, bo mimo typowego benjaminowego olewactwa w jakiś dziwny pokręcony sposób zależało mu na zobaczeniu przysięgi wierności Rosiera. Okazywanie takiego przywiązania byłoby jednak skrajnie niemęskie, dlatego z ulgą przyjął zmianę tematu na ten związany ze smokami. Nie istniało bardziej męskiej zajęcie od radzenia sobie z tymi olbrzymimi bestiami.
- Niedomaga to za mało powiedziane. Chyba, po prostu, biedaczyna zdycha. - odpowiedział po naprawdę długiej chwili milczenia i picia, jakby potrzebował dodatkowej, śmiertelnej dawki alkoholu do przetrawienia smutnej wiadomości. - Wiesz, jakie są te edalskie. Jeśli w jednym ogonie wda się zakażenie, to nie ma co ratować. A szkoda bestii. Charakterna. Tylko mi pozwala do siebie podchodzić. Nawet jak ją naszprycują lekami, to uzdrowiciela zmiecie samym ruchem łba. A mnie nie ruszy - dodał z niesamowitą czułością, odchrząkując po chwili, jakby zawstydzony tak emocjonalnym podejściem do podopiecznych. Wiedział jednak, że Tristan na pewno go zrozumie. Albo przynajmniej - że taktownie przemilczy niemalże kobiecą wrażliwość w stosunku do tych pokrytych łuskami stworzeń.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
5
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala główna   05.08.15 20:43

Tristan roześmiał się w głos, słysząc o przyjaciółce z salonów - po czym z uznaniem pokręcił głową; dziewczęta z salonów, zazwyczaj, uchodzić próbowały za płochliwe, delikatne i pełne gracji - kobiece w taki sposób, w jaki inni od nich kobiecości oczekiwali. Tristan nie potrafił sobie wyobrazić zbliżenia takiej panny z Benem przypominającym nieokrzesanego niedźwiedzia  - choć każdy przecież wiedział, że brutalność i dzikość od wieków jak nic innego kobiety pociągało, nawet, jeśli kryły to za maską sztucznej poprawności i nieszczerej bojaźni. Uwielbiał tę grę. Zgadzał się z nim, nie o błękitną krew chodziło w przypadku kochanek z wyższych sfer, i choć zapewne Ben miał na myśli co innego, Tristan uwielbiał eteryczne piękno panien, które całe dnie poświęcały wyłącznie na dbaniu o własne delikatne ciało. Nie wnikał w imiona, alkowy arystokratek miały prawo do swoich tajemnic.
- Nie trzeba - warknął, rzeczywiście jak rasowy ogar, odmawiając ognia. Mimo tonu na jego ustach wciąż błądził uśmiech rozbawienia, nim w końcu udało mu się samemu rozpalić papierosa; zaciągnął się nim i wypuścił obfity kłąb dymu na bok.
Wzruszył ramionami, gdy Benjamin wspomniał o znaczeniu pochodzenia; właściwie nie miało znaczenia. Im bardziej Tristan był pijany, tym mniej znaczenia odnajdywał we wszystkim. I tak spotykał się z nim głównie na Nokturnie, gdzie żaden z jego dobrotliwych wujów raczej  go nie widywał. Ograniczali się do obrzeży Alei, gdzie mieścił się Borgin & Burkes, z dala od kurzów, dymów i pijackich okrzyków.
- Nie przesadzaj - odparł z autentycznym niesmakiem, nie zdając sobie sprawy z komizmu własnej reakcji. - Nigdy nie ożeniłbym się z własną siostrą, od dawna się tego już nie praktykuje. Pomyśl, Ben, co by było, gdybyśmy dopuścili do nas geny takie jak, bez urazy, twoje. - Melancholijnie zakołysał szklaneczką whisky, przechylając jej połówkę do dna. Skrzywił się lekko, po czym jął kontynuować:
- Nasze niebiańskie nimfy zamiast łabędzi zaczęłyby przypominać niedźwiedzie. Może nawet wyrosłyby im brody. Niektórym się to zdarza. - Z niesmakiem uniósł spojrzenie na Benjamina, jakby chcąc się upewnić, czy wie, że kobieta może mieć na twarzy zarost. Alkohol coraz mocniej szumiał w głowie Tristana, a podłoga... zaczynała falować. - Tylko doskonale dobrana krew gwarantuje tak piękną twarz, Ben, poza tym, czym bylibyśmy bez Ondyny i Serpentyny? Pustką, z żywotem przepełnionym monotonnością. - Ironizował, oczywiście; przez to, że rzadko dopuszczali do siebie krew spoza wąskiego grona arystokracji, często prześladowały ich różnego rodzaju przypadłości. Z wielu względów temat ten był mu ostatnio bliski i prawdopodobnie dlatego uciekł od niego tak szybko, jak szybko go zaczął. Przetarł w zamyśleniu brodę, zastanawiając się nad jego kolejnymi słowami. Po wystarczająco dużej ilości Ognistej brzmiały dla niego całkiem poważnie.
- Myślisz, żeby spróbować? - zapytał więc zupełnie serio, jakby wcale nie zauważył wybuchu wesołości przyjaciela. - Mieli kiedyś w Wenus dziewczynę z Sudanu. Miała ciało jak aksamit. Całe. - Jego wzrok zastygł w zamyśleniu na pobliskim oknie. Nieco zbyt mocno odepchnął się nogą wspartą o krzesło, zachybotał się, ale nie spadł. I nie przestał się huśtać.
- Jak zaklęcie minie, to wydrapie mi już nie tylko oczy. - Westchnął, z szumiącym w głowie alkoholem zaklęcie petryfikujące wcale nie wydało mu się tak głupim pomysłem, jakim wydałoby mu się na trzeźwo, ale mimo to był dość trzeźwy, by wiedzieć, że podobna zabawa zaprzepaściłaby jego szanse na zdobycie wilich względów na zawsze. Jasne, pewnie mógłby ją okiełznać przemocą, trzasnąć kilkoma klątwami i zmusić do posłuszeństwa, mógł. Ale wtedy byłby chłopcem, nie mężczyzną. Chciał ją chronić. Nie krzywdzić.
- Nie wiem, Ben - odpowiedział szczerze. - Organizacja przyjęcia, razem z listą gości, to ostatnie, o czym decyduje rodzina panny młodej. Ale może pozwolą mi przesłać jakąś... sugerowaną listę, którą po odpowiedniej cenzurze zaakceptują. Byłeś gwiazdą, zobaczymy, czy ten twój rodowód Jastrzębia okaże się wystarczająco długi. - Nie było mu łatwo, choć tego po sobie nie pokazał, wolał jednak postawić sprawę jasno. Nie chciał, by Ben sądził, że Tristan nie przesłał mu zaproszenia z powodu własnej szlacheckiej arogancji, naprawdę nie wiedział, czy będzie mógł to zrobić. Skrzywił się lekko, teoretycznie to wciąż jednak było jego przyjęcie, będzie musiał wymusić to zaproszenie. I on jednak nie chciał pokazać, że chciałby tam zobaczyć Bena, choćby i po to, by obśmiał jego przysięgę wierności, z uwagą więc wysłuchał wyznania odnośnie smoczego zdrowia. Nie zwrócił uwagi na jego czuły ton, a raczej nie dostrzegł w nim niczego niecodziennego, sam się zasępił. Smoki były niezwykłe, legendarne, pradawne bestie, które powoli wymierały. Nie mogły żyć między mugolami, a czarodziejski świat był zbyt mały, żeby je pomieścić. Robili, co mogli, aby je chronić, ale tyle, ile mogli, to wciąż było zbyt mało. Nie było już rozbawiony.
- Jego zdrowie- z grobową miną podniósł szklaneczkę. - Niech nie cierpi długo - dodał, z wyraźną w głosie tęsknotą. - Charakterny to mało powiedziane, wtedy, siedem lat temu, kiedy zwiał, rozwalił tym ogonem chyba trzy mugolskie budynki - z rozrzewnieniem uśmiechnął się sam do siebie. - I strącił jedną maszynę z nieba... Musieli postawić wtedy na nogi chyba wszystkich amnezjatorów. - Pokręcił z niedowierzaniem głową. - Potrzebuje cię, to zrozumiałe - dodał, tonem, jakiego nie powstydziłaby się kobieta stojąca nad kołyską chorego dziecka. - Czuje, co się dzieje... Sam się tak urządził, czy... - splunął na bok z odrazą - kłusownicy... - podczas splunięcia Tristan stracił równowagę. Znów zakołysał się zbyt mocno do tyłu, a krzesło przechyliło się wraz z nim, wpierw uderzając jego czaszką o ścianę, potem z łoskotem walnęło o drewnianą posadzkę. Pies szczeknął niegłośno, zerwał się na cztery łapy i zaszedł za Benjamina, przez moment przyglądając się panu jak idiocie, a po krótkiej chwili do niego przyczłapał. Tristan miotnął kilka parszywych przekleństw...




the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns outgrown

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Sala główna   09.08.15 9:14

Pijacka rozmowa zahaczała o coraz ciekawsze tematy, płynąc tak swobodnie jak morze alkoholu, przelewające się przez ciała obydwu mężczyzn. Nie był to najzdrowszy sposób spędzania letniego wieczoru, ale eleganckie przyjęcia czy też wizyty w operze zajmowały ostatnie miejsce na liście ulubionych zajęć Benjamina. Inna sprawa, że do żadnego z tych miejsc nie zostałby wpuszczony. Nawet jako kelner: ciężko było pomylić Jaimiego z kimkolwiek innym. Mimo upływu pięciu lat ciągle pozostawał rozpoznawalny, co wcale go nie dziwiło. Wyróżnienie dwumetrowego brodacza w tłumie wymuskanych paniczyków stanowiło najłatwiejszą zagadkę w dziejach. Powinien puchnąć z dumy, że jego legenda jako najbrutalniejszego pałkarza dwudziestolecia przetrwa drugie tyle, acz...chyba przestał lubić popularność. Wtedy smakowała doskonale: czerwienią ust narzeczonej, pieniędzmi, adrenaliną. Lepiej jednak czuł się w słabym świetle podrzędnej spelunki niż w blasku reflektorów. Udawanie, nawet najprzyjemniejsze, zawsze prędzej czy później powodowało psychiczny dyskomfort. Teraz także nie czuł się królem świata, ale przynajmniej mógł pozwolić sobie na kompletne zachlanie mordy z Rosierem, bez obawy, że jutro plotki o jego alkoholizmie rozpełzną się po mieście niczym karaluchy.
Jeden przedstawiciel tego nieśmiertelnego gatunku poruszał się szybko po podłodze w kącie sali, dekoncentrując Bena nagle mocniej niż najkrótsza spódniczka przechodzącej niewiasty. Wywerna stanowiła przybytek niemalże pięciogwiazdkowy przy najgorszych miejscach spod ciemnej gwiazdy (świeć panie nad obrzydliwą duszą Mantykory) i nigdy wcześniej nie spotkał się tutaj z robactwem. Zawiesił wzrok na dłużej na robactwu, zastanawiając się gorączkowo, czy i czasem w jego mieszkaniu nie spaceruje sobie właśnie rodzina karaluchów. Dawno nie sprzątał. Poprzysiągł sobie w duchu, że zajmie się swoim apartamentem. I że zaprosi tam w końcu Rosiera. Może z jego przyszłą narzeczoną?
Zaśmiał się cicho, dopiero teraz włączając odsłuch i wyłapując ostatnie, nieco pogardliwe, zdanie Tristana o jego krwi. Wyszczerzył zęby jeszcze szerzej, powracając wzrokiem do huśtającego się bruneta. Dawał mu pięć minut, zanim wyrżnie o ziemię. - Moje geny są doskonałe. Stuprocentowy samiec ze mnie. Nie to co gładkolicy szlachcice o loczkowanych włoskach - pokręcił ze zdegustowaniem głową, pociągając kolejny łyk prosto z butelki. Szklanka zniknęła gdzieś za horyzontem zdarzeń albo po prostu troiło mu się w oczach. Kolejny sygnał do zaprzestania uczty bożków; kolejny zignorowany sygnał. - Ja mógłbym się ożenić z twoją siostrą. Z tą...niebiańską łabędzicą. O ile nie ma piór. I narzeczonego - podsumował podniosły wywód Tristana, niesamowicie ciekawy jak zareagowałby ród Rosierów na taki podły mezalians. Humor poprawił mu się jeszcze bardziej, kiedy Tris wspomniał o egzotycznej piękności i...kiedy brunet zaczął gorączkowo (tak to przynajmniej wyglądało w zapitych ślepiach Bena) tłumaczyć się z ewentualnego przyjacielskiego faux pas, jakim z pewnością byłby brak zaproszenia na ślub.
Jaimie machnął tylko ręką - szybowała w powietrzu dziwnie powoli, jakby znów połamał sobie prawy bark - odkładając z głośnym stukotem butelkę na blat stołu. - Spokojnie, bracie. Ważne, żebym to ja zorganizował twój wieczór kawalerski. Będą same wypielęgnowane, dzikie piękności - obiecał solennie, unosząc brwi wysoko, kiedy Rosier po raz kolejny rozhuśtał się do granic wytrzymałości krzesła. Ben dalej jednak obserwował balansowanie na krawędzi całkowitego paraliżu w milczeniu, obstawiając w głowie zakłady, po ilu szklankach będzie musiał zbierać paniczyka z podłogi.
- Kocham tego bydlaka - westchnął po wzniesieniu butelkowego toastu. Wspomnienie o ulubionym smoku, zbliżającym się do kresu ziemskiego życia, nieco popsuło mu doskonały humor, wiedział jednak, że rozpacz nie przynosi żadnego pożytku. Wolał korzystać z ostatnich momentów życia charakternej bestyjki i wspominać dobre chwile, takie jak ta, o której opowiadał Tristan. Uśmiech znów powrócił na twarz Wrighta, poszerzając się tylko do granic możliwości i praktycznie znikając w zaroślach brody, kiedy następne pytanie Rosiera zostało przerwane w połowie przez głośny łomot.
Ben nawet nie mrugnął, rechocząc z wielkim ukontentowaniem. Wygrał zakład w swojej głowie, dopił więc swoją butelkę do dna, na hejnał, jednocześnie walcząc z atakiem śmiechu. - Piękny lot, paniczu. Zupełnie nie wiem czemu nie postawiłeś na karierę miotlarską. - skomentował, siląc się na poważny ton. Poklepał zaniepokojonego psa po głowie, podnosząc się z krzesła i wzdychając ciężko. Powinien radośnie poobserwować gramolącego się z podłogi Tristana, ale postanowił wspaniałomyślnie oszczędzić mu kwadransa czołgania po brudnej podłodze. Ominął stolik i podał brunetowi rękę, bez problemu stawiając go do pionu, mało delikatnie otrzepując jego szatę z kurzu. - Na pewno przykułeś ofiarę Cathy. Nikt tak pięknie nie zalicza gleby jak arystokraci - wyszczerzył zęby, po czym postawił krzesło i usadził na nim Rosiera niczym nieposłusznego dzieciaka. Kiedy wrócił na swoje miejsce, zapalił ostatniego papierosa z paczki i powoli wydmuchnął dym.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
 

Sala główna

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 27Idź do strony : 1, 2, 3 ... 14 ... 27  Next

 Similar topics

-
» Sala operacyjna
» Sala lekcyjna nr 2
» Sala segregacji
» Neuschwanstein - Sala Tronowa
» Sala przesłuchań

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Śmiertelnego Nokturnu :: Biała Wywerna-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18