Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Korytarz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Korytarz   03.04.15 21:58

First topic message reminder :

Korytarz

Całe szczęście!, ten nadzwyczaj paskudny okres, podczas którego większość pomieszczeń była na tyle przepełniona pacjentami, że łóżka stawiano właśnie na korytarzach, już się skończył. Pozostały po nim jednak dosyć wyraźne ślady w postaci powycieranej gdzieniegdzie drewnianej podłogi, zarysowań i obdrapań na ścianach w miejscach, gdzie kończą się powierzchnie pomalowane farbą olejną, a zaczynają te pociągnięte tylko najzwyklejszą, białą farbą łuszczącą się pomiędzy drzwiami prowadzącymi do poszczególnych sal. Dźwięk kroków niesie się tutaj głośnym echem, a stukot wszelkiego rodzaju próbek, pojemniczków na maści czy eliksiry praktycznie nie milknie. Jeśli nie chcesz, by złapał Cię ból głowy, lepiej zwyczajnie jak najszybciej przenieś się w inne miejsce.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Thomas Vane
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t5889-thomas-vane https://www.morsmordre.net/t5923-prospero#140353 https://www.morsmordre.net/t5917-if-i-m-alone-i-cannot-hate#140137 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t5922-thomas-vane#140351
opiekun testrali, były amnezjator
27
Czysta
Kawaler
when you can't beat the odds
5
25
0
0
0
5
6
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   11.04.18 16:06

O swoich problemach nie mówił nigdy, nikomu. Należały tylko do niego, a przez całe życie konfrontował się z nimi samodzielnie; zaakceptował to i nauczył się z tym żyć. Kiedyś może się tym przejmował, miał żal do całego świata, do rodziny. Do sióstr, że tak łatwo dały zmanipulować się matce, do ojca. Do samego siebie. W końcu jednak doszedł do takiego momentu w życiu, gdy dotarło do niego, jak bardzo to bezcelowe. Te problemy były miałkie w obliczu czegoś znacznie większego, czegoś, co udało mu się zobaczyć dopiero wtedy, kiedy wstąpił w szeregi Rycerzy. Tego jednak Jocelyn wiedzieć nie mogła, podobnie jak wielu innych rzeczy. Również podstawowej, być może okrutnej prawdy: starego Thomasa już nie ma. Chłopiec, który cały swój wolny czas poświęcał dwójce ukochanych sióstr, został gdzieś pod drzwiami gabinetu ojca. Może wciąż tam czekał na jakiś ochłap uwagi. Jednak stojący przed Josie mężczyzna, już do tego nie wracał. Czas spędzony przez niego w rodzinnym domu zamknął na cztery spusty, głęboko w swojej głowie i nie zamierzał tego więcej roztrząsać. Wciąż wahał się jeszcze, czy aby przypadkiem tych wspomnień nie usunąć. Stanowiły dla niego zbędny balast, ciągnący go w dół głębokiej, czarnej, bezdennej otchłani. Nie zdążył jednak zbadać, jaki miałoby to na niego wpływ. Zdrowy rozsądek i umiejętność analitycznego myślenia były ostatnimi, co mu pozostało. Gdyby kosztem świętego spokoju nadszarpnął którekolwiek, byłby to dla niego koniec znanego mu świata.
Znów dostrzegał w oczach Jocelyn nadzieję, której nie tylko nie chciał, ale i nie mógł sprostać. Po raz kolejny wiedział, że ją rozczaruje, ale teraz to już nie miało znaczenia. Jej los nie był mu całkowicie obojętny — w końcu niesiony sobie tylko znaną determinacją, pojawił się tu, wbrew temu, czego pragnął. Niestety nie mógł dać jej niczego więcej, prócz zdawkowego pytania „jak się czujesz”, które było chyba jedynym przejawem troski, na jaki był skłonny się zdobyć. Przyjął do wiadomości, że jej stan się poprawił; to mu wystarczyło. Mógłby dopytywać, co właściwie się stało, ale każda sekunda spędzona w jej towarzystwie otwierała w jego głowie drzwi, które jak sądził, zamknął już dawno temu. Patrzył na nią i dostrzegał nikłe podobieństwo do matki; jego twarz wykrzywił szyderczy wyraz, który na moment uwydatnił bliznę po lewej stronie twarzy. Wyglądał jak uśmiech, ale pozbawiony był wesołości. Zniknął jednak równie szybko, co się pojawił, choć w głębi siebie nie mógł uwierzyć, że po tym wszystkim Jocelyn potrafi się tak okłamywać, by przyszło jej do głowy, że w to wszystko uwierzy.
Wzruszająca troska — odparł jedynie, wciąż nie poruszywszy się ani o milimetr, zupełnie jakby już dopadł go dotyk meduzy i zamienił się w kamień. Właściwie dostał już to, czego chciał. Wiedział, że Jocelyn jest cała, więc mógł stąd odejść i znowu usunąć się w cień z czystym sumieniem, że spełnił swój obowiązek. Dlatego tym bardziej nie rozumiał, dlaczego jeszcze tutaj stoi i prowadzi tę rozmowę, skoro nie miała ona szansy doprowadzić ich do żadnego konsensusu. Musiałby tego chcieć, a ciężko było mówić o podobnym pragnieniu, skoro wydawało mu się, że już go to nie obchodzi. Nie do końca była to prawda; tej jednak do siebie nie dopuszczał już od dłuższego czasu. Nie widział takiej potrzeby.
Byłem za granicą, nie dostałem żadnych listów — skłamał gładko o listach, bo kwestia przebywania za granicą była akurat prawdą. Wszystkie sobie zachował, jakby stanowiły dowód w sprawie, którą zamierzał kiedyś wygrać, ale gdzieś po drodze zrozumiał, że to nie jest gra, a zwycięzca nie zabierze wszystkiego. Wciąż je miał, pieczołowicie ukryte w drewnianej skrzynce na dnie szuflady, w mieszkaniu na Pokątnej. Nie wracał już do nich, ale sobie zachował. Nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, jak niesprawiedliwie się teraz wobec niej zachowuje, obwiniając ją o cokolwiek, skoro wszystkiemu winna była Thea. Był już jednak zbyt pogodzony z tym wszystkim, by doszukiwać się prawdy. Obarczenie winą za fatalną atmosferę w domu wszystkich, było znacznie łatwiejsze, tym bardziej że istnienie matki najchętniej by zanegował. O ile czuł dalekie echa jakiegokolwiek zobowiązania wobec rodziny, co prawda coraz bardziej słabnące w obliczu oddawania się większej sprawie, tak los Thei był mu całkowicie obojętny. Nie dbał, czy żyła, czy nie, mógłby się zresztą założyć, że ona miała do niego podobny stosunek.
Co u Iris? — Zapytał po chwili, jakby celowo odciągając temat rozmowy od siebie. I tak nie mógł jej powiedzieć, czym się zajmował. Była taka niczego nieświadoma. Mimowolnie zaczął się zastanawiać, czy dalej patrzyłaby na niego w ten sposób, gdyby wiedziała, co przyszło mu robić, jeszcze przed jego zniknięciem.




These thoughts run through my head over again. Complaints of violins become my only friends.
Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
23
0
0
5
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Korytarz   11.04.18 18:58

Jocelyn nie miała pojęcia o wielu rzeczach w życiu Toma, choćby z tego prostego względu, że dzieliło ich siedem lat. W Hogwarcie się minęli, trafił tam, kiedy były jeszcze zupełnie małe, i wyszedł, zanim one pierwszy raz przekroczyły mury zamku. Później też nie było łatwo, gdy on był już dorosły, a one dopiero dorastały, nawet w Hogwarcie nie umiejąc całkowicie uwolnić się spod wpływu matki, która oplotła się wokół nich jak trujący bluszcz, próbując mieć jak największy udział w decydowaniu o ich życiu i przyszłości. Rościła sobie prawa do decydowania o tym, kim miały być jej córki. Thomas zawsze miał swoje sekrety, z pewnością miał je i teraz. Być może Josie nigdy nie dowie się wszystkiego o tym, co robił, także podczas tego rocznego zniknięcia. Mogła tylko się zastanawiać, dlaczego odciął się nawet od nich, swoich sióstr, i dlaczego nawet teraz zachowywał się jak ktoś obcy. Może dlatego w pierwszej chwili pomyślała, że to ktoś inny podszywał się pod Thomasa, przybierając wygląd, który tak dobrze znała, ale w środku nie był to Tom.
Wśród tych wszystkich rozważań nad jego dalszymi losami przewijały się i myśli o tym, czy jeśli Thomas kiedyś wróci, to czy nadal będzie tym Tomem, którego znała, czy może już kimś zupełnie innym. Zastanawiała się też, czy w ogóle wróci, czy może na progu ich domu pewnego dnia stanie urzędnik ze smutną wieścią o znalezieniu jego ciała. Albo i nie, bo wielu zaginionych nigdy się nie odnajdywało.
A teraz właśnie stał przed nią, choć zupełnie nie była przygotowana na to spotkanie. To tylko zwiększało jej konsternację i niedowierzanie, bo biorąc pod uwagę jej aktualny stan i to, że wcześniej zażywała eliksiry, nie mogłaby wykluczyć halucynacji. Ale jak się okazało wcale ich nie miała. Tom tu był, lub ktoś z jego wyglądem. Tak czy inaczej mimo całej radości na jego widok całego i zdrowego, jego oschłość stanowiła bolesną zadrę, choć starała się to ignorować. Czy nie najważniejszy był sam fakt, że jej brat żył? Próbowała tłumaczyć sobie jego zachowanie możliwymi trudnymi przejściami, które za sobą miał, bo przez ten rok mogło wydarzyć się dosłownie wszystko.
Stał przed nią, taki oschły, poważny i wyzuty z emocji. Ona wyglądała na spokojną i opanowaną tylko z pozoru, bo w środku wciąż doskwierał jej natłok różnych, często sprzecznych emocji i sama nie wiedziała, co robić, bo wszystkie te rozważania z ostatniego roku zdawały się nieistotne, a scenariusze tego, co mogłaby w danej sytuacji zrobić, uleciały jej z głowy.
- Pisałyśmy do ciebie, szczególnie na początku po twoim... zniknięciu – zaczęła w końcu. – Ojciec zgłosił twoje zaginięcie. Próbowaliśmy cię szukać, ale bez skutku. Nie wiedzieliśmy nawet... czy w ogóle żyjesz. Ale nikt cię nie porwał, prawda? Sam wyjechałeś? – mówiła wciąż, a jej głos drżał; wciąż targały nią emocje, nie do końca wiedziała też, jak w takiej sytuacji ubrać myśli w słowa. Jak na tak krótki czas spotkało ją bardzo dużo wrażeń: najpierw wydarzenia minionego dnia, a teraz nagłe pojawienie się Toma. – Cały rok czekałyśmy na wieści, mając nadzieję, że pewnego dnia nie usłyszymy... że w twoje ciało czeka w kostnicy na identyfikację.
Próbowała wciąż do niego dotrzeć. Przełamać tę chłodną fasadę, za którą zdawał się kryć. Aż zaczęła się zastanawiać, co sprawiło, że wrócił i przyszedł do niej. Chciała się tego dowiedzieć, tak jak i tego, co działo się z jej bratem przez ten długi, pełen niepokoju i niepewności rok. Samo lakoniczne wyjaśnienie, że był za granicą, w ogóle jej nie satysfakcjonowało, bo nie wyjaśniało, co i dlaczego tam robił. Również Jocelyn miała dociekliwy umysł, który kazał jej się zastanawiać i nie zadowalać się niepełnymi wyjaśnieniami, zwłaszcza gdy chodziło o członka rodziny.
- Co u Iris? – powtórzyła po nim głucho, przestępując nerwowo z nogi na nogę i mnąc dłońmi brzegi rękawów szlafroka. – Też dobrze. Była u mnie rano. Także czekała na wieści o tobie. Na pewno bardzo się ucieszy, że żyjesz, choć wolałabym... żebyś sam jej to powiedział. – Znowu chwyciła go za rękę. Nie chciała, by tak po prostu się odsuwał, odcinał od niej. – Proszę Tom, nie znikaj już więcej.
Ta niepewność co do jego losów była nieznośna, wolałaby usłyszeć, że wrócił na stałe i że wszystko będzie zmierzać ku dobremu. Nie miała pojęcia, jak bardzo negatywne są jego uczucia do matki i rodzinnych wspomnień, nie wiedziała, że najchętniej wymazałby sobie to wszystko z pamięci. Zawsze była zbyt zapatrzona w matkę, zbyt mocno ufała jej słowom, by zauważyć, że tak naprawdę to Tom zawsze był najbardziej pokrzywdzony, nie Thea. Ale chciała też naprawić dawne błędy, odczuła to pragnienie jeszcze silniej, stojąc tuż obok Thomasa i na niego patrząc. Dla niego wczoraj naraziła się na niebezpieczeństwo, choć nie czuła się gotowa, by mu o tym teraz powiedzieć, zwłaszcza że mógłby podobne deklaracje zrozumieć opacznie, uznać, że Jocelyn kłamie, żeby go zmanipulować i wzbudzić w nim poczucie winy, jak często robiła to matka.
- Co teraz robisz, Tom? I co robiłeś... za granicą? – zapytała nagle, choć nie była pewna, czy doczeka odpowiedzi, bo Thomas, którego dziś spotkała, wciąż jawił jej się obco i nieprzystępnie, zupełnie jakby odgradzał się od niej murem. A może to był wciąż ten sam mur, który zaczęła wznosić między nimi matka, a który wzmocnił się po jego zniknięciu, czy też wyjeździe? Bo może wcale nie zniknął wbrew swojej woli, jak czasem myślała?





Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Powrót do góry Go down
Thomas Vane
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t5889-thomas-vane https://www.morsmordre.net/t5923-prospero#140353 https://www.morsmordre.net/t5917-if-i-m-alone-i-cannot-hate#140137 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t5922-thomas-vane#140351
opiekun testrali, były amnezjator
27
Czysta
Kawaler
when you can't beat the odds
5
25
0
0
0
5
6
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   13.04.18 14:33

Nawet gdyby chciał przejąć się tym, jaką troską nagle zaczęli się wszyscy wykazywać, nie był w stanie. Jego myśli zaprzątały już inne rzeczy, nowe zadania, przed którymi przyszło mu stanąć ramię w ramię z ludźmi, którzy myśleli podobnie jak on. Zupełnie jakby rozpoczął nowe życie, odcinając się całkowicie od starego. Jednakże tak śmiałe założenia dopiero dojrzewały w jego głowie. Nie miał zbyt wiele czasu, by się nad tym zastanawiać, wciąż było tyle rzeczy do zrobienia. Być może właśnie dlatego patrząc teraz na Jocelyn, choć widział w niej swoją siostrę, nie czuł już ani żalu, ani w zasadzie niczego, co można by dokładnie sprecyzować. Uważał za wyjątkowo ironiczne, że potrzebne było jego zapadnięcie się pod ziemię, by rodzina doszła do wniosku, że jednak ma jeszcze jednego członka. Paradoksalnie musiał przestać dla nich istnieć, by w końcu to istnienie zauważyli. A teraz? Czy Jocelyn oczekiwała od niego wdzięczności za to, że się zamartwiała? Czy kiedykolwiek przyszło jej do głowy, jak to on się zamartwiał, kiedy Thea robiła jej sieczkę z mózgu? Nie mógł przecież nawet podejrzewać, że podjęła jakiekolwiek ryzyko tylko po to, by odnaleźć jakąkolwiek informację na jego temat. Myślenie o tym obecnie nie mogło już niczego zmienić. Ich ścieżki jako rodzeństwa się rozdzieliły, choć na pewno mogło być inaczej. Mogło, ale nie było.
W trakcie całej wypowiedzi Josie, nie poruszył się nawet o milimetr, wpatrując się w jej twarz i zauważając kolejne oznaki zmęczenia, podobne zresztą jak u Saorise. Uzdrowiciele mieli ręce pełne roboty, to nie podlegało dyskusji. Jeśli jakaś jego część była jeszcze skłonna do radości, to na pewno cieszyło go, że Jocelyn jednak podjęła karierę i podążyła za marzeniami, zamiast martwić się zamążpójściem. To może nie do końca tak, że wpisywał się w jakieś nowe ruchy społeczne; żył poza takowymi już od dawna i nie miał na ten temat głębszych przemyśleń. Tak naprawdę było mu to wszystko naprawdę zupełnie obojętne; ale kiedyś zależało mu przecież na tym, żeby bliźniaczki miały z życia coś więcej, niż całodniowe użalanie się nad sobą i malowanie średniej jakości, nudnych obrazów. Co go zawsze niezmiernie bawiło, Thei wydawało się, że wciąż będzie mogła żyć rozrzutnie niczym szlachcianka i wpoić córkom to samo. Ojciec bezmyślnie jej przytakiwał, a w trakcie, gdy się zapracowywał, Thea nie była nawet skłonna kiwnąć palcem, zapominając, że jej wygodne, szlacheckie życie zostawiła za sobą wraz z panieńskim nazwiskiem. Nikogo nie interesuje to, co przeminęło, zwłaszcza rozhukanej szlachty.
A po co ktoś miałby mnie porywać? — Zapytał jedynie, prawie rozbawiony taką ewentualnością. Prawie. Znaczył żenująco mało i doprawdy nikt nie miałby powodu, żeby go porwać. Działało to raczej na jego korzyść. Nie rzucał się w oczy, nie zwracał na siebie niepożądanej uwagi. Również dzięki temu udało mu się przebywać przed bite dwa miesiące w Anglii i wciąż uchodzić za zaginionego, mimomimo że mieli go niemal na okrągło pod nosem.
Nic nie odpowiedział na słowa o kostnicy. Biorąc pod uwagę ryzyko, jakie podjął, opowiadając się po stronie popleczników Czarnego Pana, wcale nie można było wykluczać, że go to tam na którymś etapie nie zaprowadzi. Nie chciał jednak mieć poczucia, że stał bezczynnie, kiedy na szali ważyły się losy świata. Nie chciał być jak ojciec, asekuracyjny i zapatrzony tylko w to, co dyktowała mu żona. Thomas zamierzał korzystać ze swojego braku zobowiązań, o co zresztą zadbał na przestrzeni lat, nie dając innym nic, prócz pełnego obojętności podejścia do życia. Kiedy raz nauczysz się, jak radzić sobie samemu, już nie tęsknisz do innego stanu rzeczy.
Może tak zrobię — odparł wymijająco. Jocelyn musiała mieć świadomość, że to, co woli, jest niestety w tej chwili najmniejszym problemem. Nie wiedział, czy w ogóle ma ochotę widzieć Iris. Odnowienie kontaktów z siostrami mogło okazać się kłopotliwe, odsłonić go zanadto. Poza tym oznaczało to również uświadomienie Leonardowi, że Thomas wrócił, mogło go narazić na jakieś wizyty i próby przemówienia mu do rozsądku. Nie chciał i nie potrzebował tego. Samotność okazała się wcale nie tak straszna, jak ją malowano. Choć jego spojrzenie spoczęło na palcach Jocelyn zaciśniętych na jego dłoni, nie zabrał ręki, ale i jej nie uścisnął.
Nie mogę ci tego obiecać — odparł cicho, przenosząc wzrok na bliżej nieokreślony punkt ponad ramieniem siostry. Wielu rzeczy nie mógł obiecać, jeszcze większej ilości rzeczy, których pragnęła, nie mógł jej dać. Dlatego skonfrontowany z jej prośbą wolał to od razu zaznaczyć. Nie planował wyjeżdżać, ale ciężko było przewidzieć, czy nie wymogą tego na nim zobowiązania. Gdyby Czarny Pan wydawał takie polecenie, pewnie nie zastanawiałby się nad tym zbyt długo.
Tyle pytań, tyle nadziei, że teraz wszystko ułoży. Sądził, że jeśli wróci tu po roku, nikt nie będzie już sobie nim zaprzątał głowy, tymczasem okazało się, że jest inaczej. Jakby zaplątano wokół niego siatkę, z której nie potrafił się wyplątać. Nie rozumiał, skąd ta nagła zmiana nastawienia, ciężko było uwierzyć w szczerość intencji Jocelyn. Tyle lat spędzanych pod czujnym okiem Thei musiało zaszczepić w jej usposobieniu choćby odrobinę jadu żmii; może cała była nim zatruta i próbowała obecnie jedynie wzbudzić w nim wyrzuty sumienia? Jeśli tak, to przed Jocelyn była jeszcze długa droga. Matka skutecznie go uodporniła i była to chyba jedyna rzecz, którą jej zawdzięczał.
To samo co wcześniej. Wróciłem do rezerwatu. — Być może popełnił błąd, mówiąc jej o tym. Nie chciał jednak, by odniosła mylne wrażenie, że wpakował się w jakieś kłopoty. Nie musiała wiedzieć o jego wpadce w Ministerstwie, zresztą dzięki anarchii, która zapanowała w Anglii, nie musiał się już tym chyba dłużej przejmować. Puścił mimo uszu pytanie o to, co robił za granicą. Właściwie już po raz kolejny doszedł do wniosku, że miał już prawo stąd teraz pójść, ale mimo to tkwił dalej, jakby przyrósł do podłogi, wciąż nie zabierając ręki.
Jak idzie ci staż? Podobno macie dużo pracy.




These thoughts run through my head over again. Complaints of violins become my only friends.
Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
23
0
0
5
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Korytarz   13.04.18 23:03

Odkąd Thomas zniknął, Jocelyn każdego dnia żałowała, że była tak złą siostrą i że nie zareagowała, dopóki nie było za późno, bo Tom dosłownie zapadł się pod ziemię. Nawet matka na swój sposób zauważyła brak syna, tyle że ona, w przeciwieństwie do córek, niezbyt się tym przejęła, bo dla niej pierworodny był skreślony już dawno. Jednak dla bliźniaczek to nie było bez znaczenia, że ich brat zniknął. Przecież bez względu na to, jak traktowała go Thea, był ich bratem, zawsze nim był, i nie było jej obojętne to, co się z nim mogło stać. Jego zniknięcie było jednak impulsem, by zacząć zastanawiać się nad swoim życiem oraz dostrzegać, jak wiele fałszu i toksyczności było obecnych w ich rodzinnym domu. Nie była już w końcu dzieckiem, wchodziła w dorosłość i widziała dużo więcej niż dawniej. Na idealnej fasadzie ich matki zaczęły pojawiać się rysy, choć nawet wtedy wciąż nie potrafiła przestać jej kochać, choć zapewne była to miłość równie toksyczna jak całe ich relacje. Tak czy inaczej zdecydowała się zrobić coś, czego pragnęła sama – poszła na uzdrowicielski staż, choć jak pokazał wczorajszy dzień, chyba nie była prawdziwą uzdrowicielką z powołania, a najzwyklejszym tchórzem wyżej ceniącym własną skórę niż obcych ludzi. Mimo wszystko było w niej coś z matki, pomimo podjętego zawodu nie była pozbawioną egoizmu i zdrowego rozsądku idealistką. Nigdy nią nie była. Tom być może też był egoistą, skoro zniknął z własnej woli, ale biorąc pod uwagę, jak traktowała go Thea, jak oni wszyscy go marginalizowali, nie powinna go za to winić.
Tkwiła na pograniczu, na styku dwóch światów – świata ich ojca, czarodzieja czystej krwi, biernego i zachowawczego uzdrowiciela, oraz świata matki, byłej szlachcianki, która niespełnione ambicje próbowała przelać na córki, której ambicją było ich dobre wydanie za mąż. Josie zdawała sobie sprawę, że małżeństwo to coś, co kiedyś ją czeka, Thea w końcu dopnie swego. Sama też tego w głębi duszy chciała, choć może niekoniecznie teraz, chciała chociaż ukończyć kurs. Nie była postępową feministką, by marzyć o całkowitej rezygnacji z życia rodzinnego dla kariery, wychodziła z wpojonego jej założenia, że kobieta powinna wyjść za mąż i stworzyć rodzinę – taki pogląd tłoczono jej do głowy od dziecka, choć na ten moment nie czuła się jeszcze gotowa na małżeństwo. Oby tylko jej własna była inna, szczęśliwsza niż ta, w której dorastała. Oby nie stała się ostatecznie drugą Theą – zgorzkniałą, sfrustrowaną i rozkapryszoną. Thea spędziła ostatnie niemal trzydzieści lat nieustannie użalając się nad sobą i tęskniąc do tego dawnego, lepszego życia. Nowego nigdy w pełni nie zaakceptowała, nie zamierzała być zwykłą kobietą, która musi pracować na swoje zachcianki. Wszystko spadło na barki zapracowanego i naiwnie zakochanego w niej męża, a dzieci mogły tylko przyglądać się z boku.
Tak naprawdę Jocelyn nie pasowała ani do jednego, ani do drugiego świata i miotała się, próbując znaleźć odpowiednie dla siebie miejsce w życiu.
Słysząc jego pytanie, westchnęła z konsternacją, zdając sobie sprawę, że naprawdę bardzo mało wiedziała o jego życiu.
- Braliśmy pod uwagę... różne możliwości, dlaczego tak nagle... zniknąłeś. – Może po prostu wolała myśleć, że nie zniknął z własnej woli, że jakaś siła wyższa nie pozwoliła mu wrócić? – I nie możesz tak po prostu znów zniknąć. Obie na ciebie czekałyśmy i nie chciałybyśmy znów stracić cudownie odnalezionego brata – mówiła, nie puszczając jego ręki. Zastanawiała się jednocześnie, czy ich relacje w ogóle dało się naprawić? Też była świadoma, że ich ścieżki jako rodzeństwa rozdzieliły się. Jocelyn nadal była silnie zżyta z bliźniaczką, ale Tom jeszcze przed zaginięciem stawał się coraz bardziej obcy. Teraz natomiast miała wrażenie, jakby naprawdę rozmawiała z kimś obcym, i nie sposób było powiedzieć, czy istnieje choć cień szansy, by ten stan rzeczy uległ zmianie, i czy znajdujący się między nimi mur dało się pokonać. Prawdopodobnie nie było powrotu do przeszłości. Nigdy nie miało już być idealnie, ale może mogli podtrzymać choć minimalny kontakt?
- Och, Tom, zupełnie nie wiem, co robić, jak w ogóle do ciebie dotrzeć... – wyszeptała ledwie słyszalnie, a jej usta lekko zadrżały, gdy mówiła. W tym nowym Tomie było nie tylko coś obcego, ale i niepokojącego. To sprawiało, że czuła się zakłopotana i nawet nie do końca wiedziała, o czym z nim rozmawiać. W jej głowie kłębiło się mnóstwo pytań, ale odpowiedzi, których udzielał, były bardzo lakoniczne. – Pamiętasz jeszcze te czasy, kiedy byliśmy dziećmi? Wtedy wszystko wydawało się dużo prostsze, niż teraz. – Mniej skomplikowane. Mniej naznaczone toksycznym wpływem wychowania matki. Być może ten obecny Tom był skutkiem ubocznym praktyk wychowawczych Thei. Lub po prostu przejść, których mógł doświadczyć?
Jej intencje były szczere. Thea miała na nią duży wpływ, ale nie zniszczyła całkowicie jej osobowości, nie zdusiła resztek wrażliwości, dobroci i troski, jaką miała wobec bliskich. To wszystko były słowa Jocelyn – tej prawdziwej, nie marionetki matki. Prawdziwej Jocelyn, która tęskniła za bratem, i która wczoraj mogła zginąć, dając się zwabić w pułapkę pod pretekstem poznania informacji o nim.
Gdy przyznał, że wrócił do rezerwatu, westchnęła w duchu, że już wcześniej tego nie sprawdziła; ale wszyscy sprawdzili rezerwat w tygodniach bezpośrednio po jego zniknięciu, a później przestali się nim interesować. Myśląc o tym, Josie zdała sobie też sprawę, że teraz, po dwóch latach kursu na uzdrowiciela, na pewno byłaby zdolna widzieć testrale. W samym maju i czerwcu była świadkiem paru śmierci na oddziale.
- Ach tak, rezerwat... Mogłam się domyśleć, że wciąż darzysz go sentymentem – powiedziała cicho, odnotowując w myślach tę informację. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że zapytał ją o staż. – Tak, mieliśmy... mamy trudny i pracowity okres – przytaknęła więc. – Wkrótce... czekają mnie egzaminy kończące drugi rok. Jakoś sobie radzę, Tom. – Niestety nie wiedziała, kiedy będzie mogła wrócić do czynnej pracy po urlopie, na który planowano ją wysłać po wczorajszym. Tak czy inaczej na ten moment trudno jej było myśleć o pracy, kiedy przed oczami wciąż miała wczorajsze wydarzenia, choć widok Toma na moment odgonił wspomnienia, sprawił, że mimo pewnego rozczarowania jego zachowaniem była szczęśliwa, że widzi go całego i zdrowego. Nie potrafiła mu jednak powiedzieć, co się stało, co sprawiło, dlaczego leży na oddziale zamiast mieć na sobie uzdrowicielski kitel.





Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Powrót do góry Go down
Thomas Vane
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t5889-thomas-vane https://www.morsmordre.net/t5923-prospero#140353 https://www.morsmordre.net/t5917-if-i-m-alone-i-cannot-hate#140137 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t5922-thomas-vane#140351
opiekun testrali, były amnezjator
27
Czysta
Kawaler
when you can't beat the odds
5
25
0
0
0
5
6
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   16.04.18 13:34

Być może Thomas popełnił błąd, nigdy nawet nie próbując się postawić w sytuacji młodszych sióstr. W jego zachowaniu był coś egoistycznego; nawet był tego w głębi siebie świadom. Życie nauczyło go jednak, że pewne przejawy egoizmu popłacają, a obecnie nie mógł już pozwolić sobie na to, by wrócić do dawnych kontaktów z siostrami, a przynajmniej tak starał się sobie wmówić. Tak było łatwiej. Nie miał już ochoty walczyć i szarpać się z tym, co nieuniknione. Próbował i zawiódł, a choć nie poddawał się aż tak łatwo, nie był też uparty za wszelką cenę. Taka determinacja bywała niebezpieczna, doprowadzała ludzi na skraj obłędu. Vane uważał, że zachowanie w tym umiaru było złotym rozwiązaniem na to, by nie wpędzić się w wyrzuty sumienia, choć i tych czasem nie dało się uniknąć. W końcu niezbyt przyjemną była świadomość, że próbowało się, ale zawiodło na pełnej linii. Jocelyn wiedziała niestety o jego życiu nawet mniej, niż mało. Zwłaszcza teraz, kiedy nie była jeszcze świadoma tego, czego częścią stał się jej brat. Zresztą nawet wcześniej, gdy eksperymentował z mugolami... Czy spodziewała by się po nim podobnego zachowania? Podobnych skłonności? Czy gdyby ktoś jej o tym powiedział, uwierzyłaby w to? Czy chciałaby go znać? Dawało mu to poczucie pewnego komfortu. Gdyby siostra próbowała zbyt usilnie stać się na powrót częścią jego życia, zawsze mógłby jej dać to, czego pewnie pragnęła, a co mogłoby zniszczyć resztki ich więzi: prawdę. Nagą prawdę, z każdym jej najczarniejszym aspektem.
Też nie wiedział, co powinna zrobić, by do niego dotrzeć. Wcale nie chciał, by docierała i tylko częściowo z powodu wcześniej wspomnianych, egoistycznych pobudek. Zbliżanie się do niego teraz było niebezpieczne, nie wiedział przecież, gdzie zaprowadzi go droga, którą obrał. I choć pozornie zakładał, że więzy rodzinne zostały zerwane, nie życzył jej źle i nie chciał pociągnąć jej za sobą, cokolwiek złego by się stało. Nie wiedział jeszcze, że naraziła się na niebezpieczeństwo z jego powodu, a byłoby to na pewno informacją, która wiele by zmieniła.
Nie możecie mi dyktować, co mogę, a czego nie. Nie jestem częścią tej rodziny — odparł z nowo odnalezioną w sobie łagodnością widząc, że wcześniej sprawił jej przykrość. Nie bardzo potrafił sobie poradzić z tą rozmową, nigdy nie był w tym biegły. Nie wiedział, jakiego właściwie oczekuje od niej efektu i skutków. Z jednej strony chciał być niemiły; chciał, by Jocelyn nie szukała z nim kontaktu i oszczędziła sobie kolejnych rozczarowań w przyszłości. Z drugiej, nie do końca potrafił. Słowa odmawiały mu posłuszeństwa, nawet ton głosu odmawiał, choć ciało zastygło w całkowitym bezruchu. Mogło się nawet wydawać, że nie mruga, gdy tak przyglądał się siostrze i w jego oczach na próżno doszukiwać się jakichś emocji.
Nic nigdy nie było prostsze, to tylko złudzenie — odparł jedynie, odwracając na chwilę wzrok. Mięsień szczęki drgnął mu nieznacznie, choć twarzy nie wykrzywił żaden wyraz. Kiedyś mu się wydawało, że gdy pozostawał z siostrami w dobrych stosunkach, wszystko było prostsze. Tak naprawdę jednak, jako dziecko, nigdy nie uświadczył aż takiej beztroski jak one. Gdy był w ich wieku, chociaż on starał się, by ich wspomnienia były dobre, ale jego nie były, mimo kilku tych, które wspominał z rozrzewnieniem jeszcze przed rokiem. Potem je wyparł.
Wiedział, że Jocelyn pewnie wolałaby, by wpadł tutaj, biorąc ją w ramiona i dowcipkując, ale nie byłby wtedy sobą. Nigdy nie był kimś takim; nawet wtedy, gdy wydawało się, że wszystko dąży do odrobinę lepszego zakończenia. I on skłamałby twierdząc, że w ogóle nie cieszy go jej widok. Nie chciał jednak, by wiedziała o tym, że tak jest. Może i był zobojętniały, na granicy skrajnej oziębłości. Nie potrafił nawet do końca przejąć się tym, że sprawia tym ból nielicznym, którzy mogli się interesować jego losem. Tylko gdzieś bardzo głęboko, w zupełnie wypartej już świadomości kryła się myśl, że chciałby odzyskać normalną rodzinę. I choć nie mogło to być możliwe w przypadku matki, może było w przypadku pozostałych. Wyparł do jednak do tego stopnia, że gdyby stanął przed lustrem Ain Eingarp, zdziwiłby się widząc to, co się w nim odbija.
Testrale i tak radziły sobie nie najgorzej same — rzekł, skinąwszy nieznacznie głową. Sentyment stanowił bardzo dobre określenie tego, jakie uczucia żywił do tamtego miejsca i jego mieszkańców Thomas. Jedyne, może poza Hogwartem, w którym czuł się naprawdę dobrze; do niczego nie musiał się tam zmuszać, o nic zabiegać. Był tylko on i cisza.
Jestem pewny, że z egzaminami też poradzisz sobie świetnie — dodał bezbarwnie, ponownie opuszczając na chwilę błękitny wzrok na ich ręce, jakby były czymś obcym, co widzi po raz pierwszy. Mimo tego kontaktu cielesnego, miał wrażenie, że obserwuje siostrę zza szyby. Niby widzą swój obraz wyraźnie, a jednak nie mogą się tak naprawdę połączyć. On pewnie jawił się jej jako nie mniej odległy. — Nie mów ojcu, że wróciłem — podjął po chwili. Nie chciał dawać mu powodów do tego by sądził, że coś zmieniło się najlepsze, a w jego odczuciu Thomas zmądrzał. Dobrze wiedział, że w przekonaniu ojca, marnotrawił czas i zachowywał się nieodpowiedzialnie. Po prostu nie wiedział jeszcze, że Thomas zaangażował się w coś, na co Leonardowi nigdy nie starczyło odwagi i skrupułów..




These thoughts run through my head over again. Complaints of violins become my only friends.
Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
23
0
0
5
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Korytarz   17.04.18 1:50

Jocelyn była małą dziewczynką, kiedy matka zaczęła nią manipulować i zasiewać pierwsze podziały między rodzeństwem. Musiały upłynąć lata, by zaczęła być świadoma, że coś było w ich relacjach nie tak, że ich rodzina nie była jak inne. Ale było za późno, by naprawić relacje z Tomem, który zniknął bez śladu. Najwyraźniej wybrał własną drogę, odcinając się od takich krewnych – biernego ojca, toksycznej matki i zmanipulowanych sióstr. Nigdy nie mieli zostać normalną, zdrową rodziną i nic nie mogło zmienić tego, jak spaczony stał się Thomas po tych wszystkich latach.
Nie była świadoma tego, co robił. Podobnie jak ojciec była zachowawcza i wolała nie wiedzieć tego, co niewygodne. I choć nie była przyjaciółką mugoli i mugolaków, zawsze traktując ich jak powietrze, mimo wszystko poczułaby nieprzyjemny szok, wiedząc, w jaki sposób brat nadużywał magii i swoich uprawnień. Może nie była przykładem wzorowej uzdrowicielki, ale nie zdarzyło jej się wykorzystywać swojej pozycji i umiejętności do czynienia krzywdy. Może to kwestia tego, że była młoda i życie nie wystawiło jej na złe pokusy, a wychowanie matki nie spaczyło jej zupełnie, nie wypleniło z niej dobroci, nawet, jeśli czasami dochodził do głosu zwykły brak odwagi. Ale pewnych rzeczy lepiej było nie wiedzieć, choć mimo wszystko brat pozostawał bratem. Nie potrafiła udać, że nie istnieje, nie była Theą.
- Dla nas zawsze byłeś bratem. Nadal jesteś. Bez względu na to... co mówiła matka – odparła cicho, choć zdawała sobie sprawę, że Tom stał się odrębny i niezależny, mógł robić, co chciał i rodzina nie miała na to żadnego wpływu. To tylko jego dobra wola, że w ogóle przyszedł, a przecież mógł dalej omijać rodzinę szerokim łukiem i być dla nich zaginionym. – Chciałabym jeszcze kiedyś cię zobaczyć, choć cieszę się... że przynajmniej dałeś znak życia. Będę teraz spokojniejsza, wiedząc że gdzieś tam jesteś i żyjesz, nawet, jeśli nie z nami.
Lepsze to niż dalsze trwanie w niepokoju, choć pewnie i tak będzie się martwić, zastanawiając się, co się z nim działo i dlaczego był taki... jeszcze bardziej chłodny i odległy niż wcześniej. Wydawał się poważny i pozbawiony wyrazu jak marmurowy posąg, próżno było się doszukiwać na jego twarzy wyrazistych emocji. Jeśli jakieś odczuwał, to świetnie nad tym panował. Jej było dużo trudniej ukryć drżenie warg i niespokojne spojrzenia, którymi go obserwowała, jakby wciąż się bała, że za chwilę rozpłynie się w powietrzu i zniknie, jakby nigdy go tu nie było.
Sama nie wiedziała, czego chciała, choć może gdzieś głęboko pragnęła, żeby brat tak po prostu ją przytulił i powiedział, że teraz będzie lepiej. Przeżyła wczoraj bardzo trudny dzień i czuła się osamotniona w swoich doznaniach, bo nie potrafiła tak po prostu się nimi podzielić.
- Może i tylko złudzenie, ale patrząc z obecnej perspektywy po prostu za nim tęsknię. Za złudzeniem, że złe rzeczy spotykają bliżej nieokreślonych obcych, ale nie nas. Że cały świat stoi przed nami otworem i czeka nas wiele dobrych chwil. Że jesteśmy szczęśliwi. – Ugryzła się w język, zanim wspomniała, że to matka w dzieciństwie często snuła przed dziewczętami bajkowe wizje przyszłości, w której dzięki dobremu wychowaniu osiągną szczęście jako żony odpowiednich mężczyzn, którzy dadzą im życie, jakie miała ona, zanim jej bajka prysła i musiała poślubić ich ojca. Tyle że teraz już sama nie do końca w te wyidealizowane wizje wierzyła, świadoma tego, że była gorszym, wybrakowanym towarem, bez względu na to, co latami wmawiała jej matka, a jej wychowanie dało jej przede wszystkim mętlik w głowie i poczucie, że nie przynależy prawdziwie ani do jednego, ani do drugiego świata, bo utkwiła gdzieś pomiędzy. Żadne wychowanie nie mogło nadrobić braku szlachetnego nazwiska i marzenia jej matki wcale nie są tak łatwe do zrealizowania, nawet jeśli Thea nie chciała tego zaakceptować. Dla świata matki zawsze będzie osobą drugiej kategorii, podczas gdy od świata mieszańców i mugolaków czuła się w głębi duszy lepsza i nie chciała stać z nimi w tym samym szeregu. Kim więc była? Gdzie było jej właściwe miejsce?
- Tak... Jakoś sobie poradzę. Muszę – przytaknęła, wiedząc, że egzaminy wcale nie były tak odległą perspektywą, ale zarazem nagle ucieszyła się, że w ogóle ją czekały. Po wczorajszej sytuacji zagrożenia tym bardziej doceniała nawet tak proste rzeczy, jak to, że jednak coś jeszcze ją czeka i nie leżała teraz pogrzebana pod gruzami przeklętego domostwa. Nawet, jeśli miały to być egzaminy, czy kolejne kłótnie z matką. Nie tylko przeżyła, ale spotkała brata. To podniosło ją na duchu na tyle, że pewnie nie od razu zacznie mocniej przejmować się tym, jak zachowywał się Tom podczas tego spotkania.
- Jesteś tego pewny? – zapytała, choć z drugiej strony podejrzewała, że Tom może nie chcieć rozmawiać z ojcem, bo ten na pewno robiłby mu wyrzuty i nakłaniał do powrotu. Leonard może nie był Theą, ale też swoje oczekiwania względem syna miał, zawsze pragnął, by ten został uzdrowicielem. –  Jeśli bardzo tego chcesz... Nie powiem, choć uważam, że Iris i ojciec zasługują na to, by wiedzieć – rzekła po chwili wahania, choć nie była pewna, jak długo uda jej się utrzymać język za zębami, by nie podzielić się z siostrą i ojcem dobrą nowiną o tym, że Thomas żyje. – Sam powinieneś mu powiedzieć, ale rozumiem, że pewnie obawiasz się... ewentualnych wyrzutów?
Pewnie i tak było za późno, by Leonardowi udało się wdrożyć syna w ścieżkę, którą lata temu sobie dla niego wymarzył. Wszyscy musieli przełknąć myśl, że Thomas bardzo się zmienił i miał swoje życie. I nie wiadomo, kiedy znowu jego ścieżka przetnie się ze ścieżką kogoś z rodziny. Niemniej jednak była pewna, że ojciec bardziej się ucieszy, że syn żyje, nawet jeśli był tylko podrzędnym opiekunem testrali.





Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Powrót do góry Go down
Thomas Vane
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t5889-thomas-vane https://www.morsmordre.net/t5923-prospero#140353 https://www.morsmordre.net/t5917-if-i-m-alone-i-cannot-hate#140137 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t5922-thomas-vane#140351
opiekun testrali, były amnezjator
27
Czysta
Kawaler
when you can't beat the odds
5
25
0
0
0
5
6
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   18.04.18 12:13

Być może istotnie niektórych rzeczy było lepiej nie wiedzieć, ale czy to nie czyniło z jej myślenia dokładnie tego samego toku rozumowania, co ojca? Czasy robiły się gwałtowne i coraz bardziej niebezpieczne; nie było miejsca na zostanie neutralnym, nie wtedy, kiedy ważą się losy przyszłego świata. I choć Thomas czuł, że w zasadzie nie ma już dla kogo walczyć, zawsze mógł dla własnego poczucia sprawiedliwości, być może zdaniem niektórych, zupełnie wypaczonego. Jednakże on nigdy nie odnajdywał przyjemności w zadawaniu bólu, czy zgłębianiu tajników czarnej magii; tę zresztą traktował jak dotąd bardziej jak ciekawostkę, którą każdy czarodziej powinien znać i mieć możliwość pójścia w jej kierunku, jeśli wyrazi takie życzenie. Byłby zdumiony, gdyby ktoś zarzucił mu okrucieństwo; w swoim osądzie nie zrobił nic złego. Motywowała go chęć zdobycia wiedzy, nie czysty, psychotyczny szał i pragnienie czynienia zła i szerzenia chaosu. Dlatego też nie czuł potrzeby tłumaczenia się przed kimkolwiek, również sobą. Nie było w nim miejsca na dylematy moralne, w każdym razie już nie.
Skinął na jej słowa głową, nie bardzo wiedząc, co mógłby jej odpowiedzieć. Rozmawianie o emocjach, ba! Rozmawianie w ogóle, nigdy nie było jego najmocniejszą stroną. Jego bogaty świat wewnętrzny nigdy nie znajdował ujścia na zewnątrz, jakby nie potrafił odnaleźć słów, które dobrze go oddadzą. Jocelyn się cieszyła, mogła nazwać spokojną; on sam nie pamiętał, kiedy czuł się tak po raz ostatni. Dlatego też milczał uparcie, choć nie spuszczając z Josie uważnego wzroku. Już nawet byłby skłonny uwierzyć w to, co do niego mówiła, ale nie mając świadomości tego, co sprowadziło ją do tego szpitala w pierwszej kolejności, to mogły być tylko słowa. I być może dla kogoś to by wystarczyło, ale jemu już nie. Za dużo czasu i energii poświęcił w przeszłości na takie życzeniowe gdybanie, co będzie, gdy Jocelyn i Iris w końcu pójdą po rozum do głowy. Zresztą jej wypowiedź wcale tego nie gwarantowała. Już by chyba wolał, żeby nie chciały go znać, ale uwolniły się w końcu spod krzywdzącego jarzma matki. On sam był tutaj ważny najmniej.
Dlaczego tu jesteś? — Zapytał, jakby puszczając mimo uszu jej pierwsze słowa. Nie mógł jej obiecywać, że jeszcze się zobaczą, tylko po to, żeby ją uspokoić; działania, które od pewnego czasu podejmował, narażały go na niebezpieczeństwo i resztki przyzwoitości nie pozwalały mu na to, by dawać jej złudną nadzieję. Tym samym dał sobie do zrozumienia, że jednak nie jest najwyraźniej aż tak oziębły, jak mu się wydawało, ale nie był skłonny tego przyznać nawet sam przed sobą.
To naiwne — zauważył, okrutnie, choć nie bez racji. Miał oczywiście jakiś rodzaj sentymentu do tamtych lat, ale obecnie nie było już na nie miejsca. Nie miał chęci ku temu, by wracać do czegoś, co nie wróci, łudzić się dalej. Lata dziecięce minęły bezpowrotnie, trzeba było myśleć o przyszłości, zamiast stale tkwić w tym, co już się wydarzyło. Vane miał już umysł zaprzątnięty innymi sprawami; wojną, która mogła lada chwila nadejść. — Złe rzeczy spotykają wszystkich. Śmierć spotyka wszystkich i wszyscy są wobec niej równi. Lepiej o tym pamiętać — dodał po chwili. Zabrzmiało to niezwykle ponuro w półmroku korytarza, ale daleki był już od niegdysiejszego fanatyzmu, którym zapałał po wizycie w tej samej placówce, w której znajdował się teraz. Nie chodziło o jakiś wrodzony Thomasowi nihilizm, to raczej kwestia pewnego realizmu. Czasy były niebezpieczne. Działanie zgodnie z regułami i pomoc biednym nie dawała gwarancji, że nie spotka cię nic złego; to były tylko mrzonki. Nie było już dobrej strony i złej strony, były tylko cele, które należało osiągnąć, by utrzymać świat w ryzach.
Jestem pewny. A ojciec... Nie zamierzam już być obiektem jego utopionych rozczarowań — westchnął, kręcąc lekko głową, co było chyba jedyną zmianą w jego postawie, bo dalej tkwił nieruchomo jak posąg, zupełnie, jakby dotyk meduzy dopadł go właśnie teraz i unieruchomił skutecznie już na zawsze. — Nie ma prawa mi niczego wyrzucać — kontynuował, wciąż beznamiętnie. Jakby wcale nie mówił o rodzonym ojcu, a obcym, którego mijał na ulicy, kiedy się tu wybierał. Niech zatem Leonard tak sobie myśli, że jest podrzędnym opiekunem, który odwrócił się od rodziny i zniknął. Niech jest rozczarowany. I niech najlepiej trzyma się z daleka. Ewentualna reakcja z jego strony trąciłaby jego zdaniem hipokryzją. Nikt nie robił nic, a gdy w końcu wszystko się popsuło, nagle wszyscy pragnęli jego dobra? To tak nie działało. Nie da się wymazać swoich błędów, nie, kiedy zabrnęły tak daleko i ukształtowały życie, jakie znał.




These thoughts run through my head over again. Complaints of violins become my only friends.
Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
23
0
0
5
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Korytarz   18.04.18 19:43

Jocelyn pod wieloma względami była podobna do swoich rodziców. Nie tylko jej matka była życiowo bierna, skupiona całkowicie na sobie i swoich problemach; ojciec był z kolei skupiony na pracy i na systematycznym poszerzaniu wiedzy o anatomii oraz chorobach genetycznych. Nigdy nie angażował się w nic niebezpiecznego, nawet gdy w świecie magii trwała poprzednia wojna. Nie dbał o to, dla kogo pracuje, po prostu wykonywał swoją pracę i nie podejmował się w ukryciu żadnych działań przeciwko systemowi. Choć nie brakowało mu inteligencji i wiedzy, nigdy nie był człowiekiem o silnym charakterze, raczej kimś, kto biernie płynął z prądem życia i unikał problemów, zawsze neutralny i asekuracyjny. W ich domu o wojnie czy polityce się nie mówiło, zawsze byli z boku, unikając angażowania się i otwartych deklaracji, które mogłyby zwrócić się przeciwko nim. Nie inaczej było teraz; dla Thei głównym zmartwieniem był brak szlacheckich wygód, nie przejmowała się tym, że inni cierpią bardziej. Ojciec pracował dla Munga, ale nie był idealistą i nie próbował zbawić świata. Jocelyn także trwała z boku, choć z coraz większym niepokojem obserwowała pogarszającą się sytuację, anomalie, i być może widmo kolejnej wojny, choć miała nadzieję, że do tego nigdy nie dojdzie, że wszystko zacznie się uspokajać. Sama też zawsze była daleka od idealizmu i aktów brawurowej odwagi, w Hogwarcie odwracając wzrok od gnębionych mugolaków i udając, że nic się nie dzieje, by nie zniechęcić do siebie innych czystokrwistych. Była jednak tylko kobietą, matka wychowała ją w przekonaniu, że powinna stać z boku i nie angażować się w nic niebezpiecznego.
Wczoraj przekonała się też, że nie jest uzdrowicielem z powołania, a zwykłym tchórzem, który wybrał ratowanie własnej skóry.
Och, gdyby tylko wiedziała, jak daleko Tom odszedł od zachowawczej i ostrożnej ścieżki propagowanej przez ich ojca, zboczył na niebezpieczną drogę i musnął czarnomagicznej, niepokojącej wiedzy!
Ale teraz stali naprzeciwko siebie, milcząc, a wątpliwości i pytania unosiły się wokół nich, niewypowiedziane. Czuła się coraz bardziej zakłopotana i zmieszana, w pewnej chwili pragnęła po prostu uciec i skulić się na łóżku, ale zaraz uświadomiła sobie, że nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle będzie mieć kolejną okazję do rozmowy z bratem, więc została, wytrzymując jego spojrzenie oraz pytanie, które po chwili zadał.
Ale nie była pewna, co powinna mu powiedzieć.
- Przez anomalie – skłamała, ale głos lekko jej zadrżał. – Mniej więcej. To... byłby materiał na dłuższą opowieść, ale nie wiem, czy... czy jestem teraz na nią gotowa. Nie wiem też, czy w ogóle byś w to uwierzył, ale teraz trudno uwierzyć w wiele spraw. Od maja... cóż, dzieje się dużo dziwnych rzeczy.
Nie była. Nie czuła się gotowa na to, by tak po prostu na środku korytarza opowiedzieć mu o wszystkim, co się stało, począwszy od otrzymania listu obiecującego informacje o nim, a skończywszy na trafieniu do Munga. To nie był czas ani miejsce na taką rozmowę, choć jeśli Tom zechce pozostać w jej życiu, prawdopodobnie kiedyś ją usłyszy.
- Może i naiwne, ale zawsze... wygodnie było mi tak myśleć. Byłam wtedy tylko dzieckiem, które... No cóż, zbyt mocno wierzyło rodzicom. Teraz już wiem, że to nieprawda, że nawet unikanie zagrożeń nie gwarantuje, że faktycznie ich unikniemy – przytaknęła; wczoraj się o tym boleśnie przekonała. Mogła unikać problemów, ale te ją znalazły, a to, że żyła, to prawdopodobnie kwestia zwykłego szczęścia, bo równie dobrze to ona mogła tam zginąć. Musiała o tym pamiętać; to wydarzenie niewątpliwie zachwiało dotychczasową równowagą jej życia i sprawiło, że prawdopodobnie już nic nie będzie dokładnie takie, jak było. Nie można było tego cofnąć, tak, jak nie dało się cofnąć krzywd, których doznał Tom w rodzinnym domu, które ukształtowały go tym, kim się stał.
- Och, Tom – westchnęła cicho, czując się rozdarta. Powinna mimo wszystko powiedzieć rodzinie, czy dotrzymać słowa danego bratu? Bała się, że jeśli złamie obietnicę, ten już nigdy się nie pojawi, ale wiedziała też, że trudno jej będzie przemilczeć sprawę przed Iris. – Robił to, bo mu na tobie zależało. Mogę chociaż powiedzieć Iris? Nie mam serca tego przed nią zatajać. – Bliźniaczki były jak dwie połówki jednego jabłka. Rozumiały się bez słów. Iris na pewno łatwo by się domyśliła, że Josie coś ukrywa. – Jeśli chcesz, możemy nie mówić ojcu. I tak... mało go ostatnio widzimy. Rzadko wychodzi z pracy. Matce też nie powiem. Jej i tak... – urwała, nie wypowiadając na głos, że Thei i tak byłoby to obojętne. Bardziej niż własny syn obchodziło ją to, że mąż nie chce zainwestować w brakujące jej zbytki i że przez chorobę i anomalie nie może chodzić do galerii sztuki. Leonard prawdopodobnie wolał siedzieć w Mungu niż w domu, z coraz bardziej opryskliwą i źle traktującą go żoną. To na bliźniaczki spadał główny ciężar zaopiekowania się matką, kiedy ojca nie było. Stary skrzat usługiwał jej i podtykał wszystko pod nos, a Josie czuwała nad nią i dawkowała jej lecznicze specyfiki.





Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Powrót do góry Go down
Thomas Vane
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t5889-thomas-vane https://www.morsmordre.net/t5923-prospero#140353 https://www.morsmordre.net/t5917-if-i-m-alone-i-cannot-hate#140137 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t5922-thomas-vane#140351
opiekun testrali, były amnezjator
27
Czysta
Kawaler
when you can't beat the odds
5
25
0
0
0
5
6
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   20.04.18 13:34

A tego Thomas się kiedyś najbardziej bał: że jego siostry zamienią się w chodzące kopie swoich rodziców. Nie negował nigdy, jak wielkie znaczenie miały wzorce wyniesione z domu, wszak tyle się o tym wszędzie powtarzało, jak ogromny wpływ na charakter i usposobienie dziecka ma wychowanie. Przekonał się empirycznie, jak wiele to zmienia. Wiedział zatem, że jeśli nie chce, żeby jego siostry spotkał los równie marny, co jego własny, powinny jak najprędzej uwolnić się z sideł, którymi oplotła je matka. Choć nie, gdyby komuś miał w tym zestawieniu cokolwiek zarzucić, wciąż był to bierny ojciec. To było nawet gorsze, niż gdyby ją otwarcie poparł; wówczas musiałby przecież określić jakieś stanowisko, ale to było coś, czego Vane senior nie potrafił nigdy. I gdyby Thomas był w tej chwili skłonny do nienawiści, to pewnie tam by ją ukierunkował, nie na matkę, wszak, jeśli o nią chodzi, ustalił już bardzo dawno, że nie obchodzi go, czy żyje, czy nie. Dlatego troska, którą córki obdarzały Theę była dla niego niezrozumiała. Nie chodziło o to, by zachowywać się jak rozwydrzony młodzik, który nie szanuje nikogo i niczego; ale nie czuł się zobowiązany do żadnego respektu względem matki tylko dlatego, że wydała go na świat. Nie spotkał go z jej strony nigdy nawet ochłap żadnego ciepłego, ba! Choćby neutralnego uczucia, ale nie doczekał się go nigdy. Dlatego też, jeśli towarzyszyły mu jakiekolwiek resztki poczucia obowiązku względem tych, którzy winni mu być najbliższymi, były to ewentualnie bliźniaczki. Im jako jedynym, mimo tego, jak wyglądały ich stosunki, byłby skłonny pomóc, gdyby zaszła taka potrzeba.
Tom był być może skryty i opieszały, ale pod tym względem Jocelyn wcale nie była taka różna. Nią również targały przecież wątpliwości, które być może, gdyby ich losy potoczyły się inaczej, mogliby wspólnie rozwiać. Tymczasem stali naprzeciw siebie jak dwójka zupełnie obcych osób, mierząc się wzrokiem i starając się chyba w tej drugiej stronie dostrzec coś znajomego, na próżno jednak. Ich powierzchowność nie zmieniła się zbytnio, ale przebyte doświadczenia owszem. Vane nigdy nie był na tyle egocentryczny, by sądzić, że tutaj chodziło tylko o niego, a teraz jedynie na własne oczy dostrzegał, jak bardzo. Był w tej chwili nawet mocniej, niż rozdarty, jednocześnie świadom win, których się dopuścił w stosunku do sióstr, co i dysponując gotowym usprawiedliwieniem na taki stan rzeczy. Miał im do zarzucenia wiele, ale widząc rozczarowanie w jej twarzy, pojął, że sam nie był bez skazy. I to nawet bardziej niż jego dotychczasowa gotowość do przyjęcia do wiadomości, że coś jest z nim nie tak.
Anomalie — powtórzył głucho, wciąż nie spuszczając z niej wzroku. Nie pociągnął tematu, ale drżenie jej głosu zasugerowało, że to kłamstwo; ostatnie tygodnie przyniosły mu kontakty z ludźmi, którzy oszustwem zajmowali się niemal zawodowo. I o ile tacy z łatwością mogliby go oszukać, tak z pewnością nie jego rodzona, mała siostra. Ta sama, którą z takim zapałem obwoził w wózku po ogrodach wokół domu. Ta sama, którą ratował, kiedy ślizgali się po jeziorze i pękł lód. Stała naprzeciw, tak bardzo podobna do matki i patrzyła na niego jak na obcą osobę, a on nie wiedział zupełnie, jak ma się z tym czuć. Czyżby i ona wpakowała się w coś, w co nie powinna była?
Byłaś dzieckiem, takie twoje prawo — również skinął głową. Na chwilę odwrócił wzrok, odprowadzając nim jakiegoś uzdrowiciela, który szybkim krokiem przeszedł obok, niosąc za sobą zapach dyptamu. Wyraźnie gdzieś się spieszył jak zresztą wszyscy ostatnimi czasy. Vane na chwilę przeniósł się myślami do rezerwatu. Dużo dałby, by znaleźć się tam w tej chwili, wśród ciemności drzew i zwierząt, z którymi kontakty były znacznie mniej skomplikowane, niż z innymi ludźmi. Pewnie przytaknąłby myślom Josie. Istny sprawdzian jej dobrych chęci, pozostawienie jej z podobnym sekretem. Choć nie, nie nazwałby tego sekretem. Był już w Anglii prawie dwa miesiące, nie kryjąc się szczególnie. Umykał niezauważony, co tylko utwierdziło go w przekonaniu o tym, jak niewiele znaczy. — Powinnaś już wyrosnąć z naiwności — uciął krótko kwestię uczuć ojca względem niego. Nie chciał nawet słuchać czegoś podobnego, oboje doskonale wiedzieli, że to nieprawda, a takie okłamywanie siebie nawzajem było idealnym wpisaniem się w dziedzictwo ich matki.
Iris tak — dodał po chwili zawahania się. Wszystko w jego głowie krzyczało, że popełnia błąd. Musiał pamiętać o tym, że podjął nowe życie i zobowiązania, które wiązały się z wieloma wyrzeczeniami. Obecność sióstr mu w tym nie pomoże, choć znów: tu nie chodziło o niego. Resztki przyzwoitości nie pozwalały mu na to, by zupełnie nie przejmować się siostrami, mimo tego, jak łatwo dały się zmanipulować. — Możecie mnie odwiedzić kiedyś w rezerwacie — dodał nieco ciszej, zaczerpnąwszy głęboko powietrza w płuca. Na chwilę opuścił wzrok na czubki własnych butów, jakby spodziewał się tam dostrzec coś odkrywczego. I tak zastały go ostatnie, urwane słowa Jocelyn, na które zupełnie nieoczekiwanie zaczął się śmiać, choć nie był to zbyt przyjemny śmiech; zupełnie pozbawiony wesołości i nieobejmujący oczu. Nie było w tym jednak wyrzutu; to była taka sama prawda, jak gdyby Jocelyn stwierdzała jakiś powszechnie znany fakt. Nie widział więc powodu, dla którego taktownie chciała to pominąć.
Jej i tak to nie obchodzi, czyż nie tak? Nazywajmy rzeczy po imieniu — wpadł jej w słowo. Blizna na jego twarzy pogłębiła się przy tym grymasie. Wyciągnął rękę i oparł się nią o ścianę. Wbił wzrok w siostrę, jakby oczekiwał, że potwierdzi; jakby wolał to usłyszeć od niej.




These thoughts run through my head over again. Complaints of violins become my only friends.
Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
23
0
0
5
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Korytarz   20.04.18 22:46

Wzorce wyniesione z domu miały duży wpływ na kształtowanie się charakteru. Jocelyn dopiero w Hogwarcie przekonała się, że inne rodziny wcale nie wyglądają tak, jak jej własna; wcześniej nie miała porównania, bo nie miała do czynienia zbyt wiele z rówieśnikami, trzymana pod matczynym kloszem. Thea nigdy nie pozwalała jej się bawić z dziećmi gorszego pochodzenia, zamiast tego starając się dbać, by dobrze poznała swoich krewnych od strony Selwynów. Rodzinę męża traktowała równie po macoszemu jak jego samego. Niemniej jednak, bierność ojca też z pewnością miała duży wpływ na relacje w obrębie ich rodziny. Gdyby od początku pokazał stanowczość zamiast umywać ręce od poczynań żony, może wszystko wyglądałoby inaczej. Może Tom nigdy nie musiałby czuć się odtrącony i zbędny, i nie musiałby odchodzić. Niestety, zarówno Thea jak i Leonard jako rodzice polegli na wielu polach, i nawet fakt, że to właśnie ojciec zaszczepił w córce zainteresowanie anatomią i magią leczniczą, nie mógł zmienić tego, że zawiódł on własnego syna.
Wbrew pozorom Jocelyn pod pewnymi względami przypominała brata. Była rozsądna, opanowana i starająca trzymać się racjonalności, choć teraz przychodziło jej to z trudem, bo spotkał ją kolejny wielki szok w tak krótkim czasie. Brat, co do którego obawiała się, że go straciła, stał tu przed nią, ale tkwił pomiędzy nimi dystans, którego nie potrafili przełamać. Nawet Jocelyn czuła pewną blokadę przed tym, by rzucić się w jego ramiona i wyznać mu prawdę o wczorajszym, o tym, jak bardzo pragnęła go odzyskać lub przynajmniej poznać prawdę o jego losach. Chciała to zrobić, ale coś ją powstrzymywało, poczucie, że nie jest gotowa na tak trudną opowieść, że to jeszcze nie jest ten moment, choć obawiała się też, że może stracić okazję, bo skąd miała wiedzieć, czy Tom znów nie postanowi zerwać kontaktu?
Żadne z nich nie było idealne. Ani rodzice, ani oni. Każde dopuściło się jakiejś przewiny, a Josie bardzo żałowała, że nie pomogła bratu, kiedy był na to czas. Wtedy nie widziała problemu, dostrzegając go gdy już było za późno, a potem musiała z tym żyć. Teraz będzie musiała pogodzić się z myślą, że chociaż brat żyje, wyrósł między nimi mur.
Nigdy nie była tak biegła w kłamstwach i manipulacjach jak ich matka. Thea była prawdziwą mistrzynią kłamstw i szantaży emocjonalnych, a jej córce nie przychodziło to tak naturalnie. I zdecydowanie wpakowała się w coś, w co nie powinna była – dla brata. A jednak spłyciła to wszystko do spontanicznego kłamstwa, że to anomalie ją tu sprowadziły, choć czuła, że Tom w to nie uwierzył. Sama też by nie uwierzyła.
Także zauważyła mijającego uzdrowiciela; najwyraźniej był tak czymś zajęty, że nie przystanął przy Josie, by zwrócić jej uwagę, że była poza łóżkiem.
- Masz rację – przytaknęła cicho. – Powiem tylko Iris, nikomu więcej. I z pewnością cię odwiedzimy. – Josie na pewno miała zamiar to zrobić. Rezerwat miał stanowić punkt zaczepienia, miejsce, które mogła powiązać z Thomasem i mogła go tam szukać. – Musisz mi kiedyś pokazać testrale – dodała cicho, wciąż próbując mimo wszystko złapać jakąś więź z bratem, by to spotkanie nie było ostatnim.
Nagle jednak Tom zaczął się śmiać, a Josie szybko domyśliła się, że ten chłodny, pozbawiony wesołości śmiech spowodowały jej urwane słowa. Przygryzła nerwowo wargę, wahając się. Nie była pewna, co powinna powiedzieć. Może nie powinna była wypowiadać wcześniejszych słów, ale to zrobiła.
- Jej nie obchodzi nikt i nic poza nią samą i jej marzeniami o idealnym życiu – przyznała w końcu, po czym uciekła wzrokiem; rzadko pozwalała sobie na tak bezpośrednie krytykowanie matki, wypowiadanie na głos słów kwestionujących jej idealność, w którą latami pragnęła wierzyć. Ale taka była prawda, Thea zawsze myślała przede wszystkim o sobie. Nawet dbając o córki i rozpieszczając je w dzieciństwie robiła to dla siebie, miały bowiem spełniać jej ambicje. Gdyby Josie wyszła za kogoś niezaaprobowanego przez Theę, cała jej uwaga i zainteresowanie skończyłoby się w jednej chwili, a Jocelyn popadłaby w niełaskę jak Tom. Mimo to nie potrafiła przestać kochać matki, było to silniejsze od niej.
- Wiesz, że nawet mnie nie odwiedziła, odkąd tu wylądowałam? Byli u mnie Iris i ojciec, a nawet ty... ale matka nie pojawiła się nawet na chwilę. – Odwiedzanie córki na oddziale magipsychiatrycznym z pewnością nie było czymś, co pasowało do idealnych wyobrażeń Thei. A Josie mimo wszystko odczuwała iskierki żalu że matka do niej nie przyszła, może dlatego wypowiedziała te myśli na głos, co pewnie mogło zaskoczyć Toma.





Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Powrót do góry Go down
Thomas Vane
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t5889-thomas-vane https://www.morsmordre.net/t5923-prospero#140353 https://www.morsmordre.net/t5917-if-i-m-alone-i-cannot-hate#140137 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t5922-thomas-vane#140351
opiekun testrali, były amnezjator
27
Czysta
Kawaler
when you can't beat the odds
5
25
0
0
0
5
6
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Korytarz   Yesterday at 15:05

Na szczęście teraz Thomas nie czuł już nic — ani tego, że jest zbędny ani tego, że niechciany. I choć czasem wydawało mu się, że gdzieś tam głęboko tkwi w nim jakiś żal, że nawet gdyby chciał, nie byłby się w stanie należycie tym przejąć, szybko mijał. Teraz kiedy stał naprzeciwko Jocelyn, wrócił. Nie jego intencją było wypominać komuś przeszłe winy, które obecnie nie miały już znaczenia. Owszem, ukształtowały go, ale stałe rozpamiętywanie było poświęcaniem im niepożądanej uwagi. Uwagi, na którą nie zasługiwały. Dlatego nie rozpamiętywał, choć niestety spotkanie z siostrą obudzi w nim wszystkie te wspomnienia i siłą rzeczy zaczną się one wysypywać jak z dziurawego kosza. Nie sposób jednak dostrzec w nim jakichś emocji, które zakwalifikowałyby rzeczone wspomnienia do kategorii tych dobrych, lub złych. Po prostu się pojawiały, a Thomas przeżywał je na nowo, choć wyzuty już z emocji, które mu niegdyś towarzyszyły. Być może dlatego coraz trudniej było mu wyczarować patronusa; przywołanie świetlistego kruka coraz częściej kończyło się sromotną porażką, choć pragnął z całego serca cieszyć się jednym z nielicznych wspomnień, które napawało go kiedyś radością i dumą. Thomas wpadł w błędne koło, którego nie potrafił opuścić. Chciał czuć, chciał się przejmować, a jednak nie potrafił. Nic już nie sprawiało mu radości w czystej jej postaci, po prostu istniał na tym świecie; ciężko powiedzieć, gdzie by go to zaprowadziło, gdyby nie to, że odnalazł w końcu cel; sprawę, którą uważał za słuszną. A choć nie budziła w nim jakichś skrajnych emocji, to przynajmniej miał poczucie, że coś robi, a nie ogranicza się jedynie do obskakiwania żony, która ma go w głębokim poważaniu. W takich chwilach cieszył się, że dla rodziny był niemal jak wyklęty. To mu oszczędziło kłopotliwych sytuacji, wiążących się z koniecznością znalezienia mu żony. Byłaby tylko kolejną osobą, którą mógłby wpisać na listę tych, którzy mieli względem niego oczekiwania, którym nie zamierzał sprostać.
Thomas również nie był jeszcze biegły w tych sprawach; stoicka natura dawała mu jednak podłoże, by się w tym kierunku rozwijać. Na próżno doszukiwać się w nim wszak typowych oznak kłamcy. Drżącego głosu, trzepoczącego nerwowo serca, czy unikania kontaktu wzrokowego. Musiał się jednak jeszcze wiele nauczyć i jeśli tylko miało się to okazać konieczne, chętnie to zrobi, mimo oczywistych oporów etycznych, których powinien się przez to nabawić. Jak na razie jeszcze nie spotkał się z żadnym dylematem moralnym, w każdym razie nie w swoim mniemaniu. Spojrzał uważnie na Jocelyn, intensywnie, niemal jakby samym tylko wzrokiem chciał na niej wymusić, żeby nawet nie próbowała informować ojca o tym spotkaniu. Nie miał ochoty na moralizatorskie rozmowy, które i tak nie odniosłyby skutku. Trwonienie czasu i energii, które mógłby spożytkować na coś znacznie bardziej produktywnego, leżało w jego naturze. A czas na pogadanki i poświęcanie uwagi synowi już minął. Nie zamierzał dawać drugich szans i łudzić się, że jego zniknięcie cokolwiek zmieniło. Teraz to wszystko było już pozbawione znaczenia. Milczał na słowa o testralach; ciszę tę Jocelyn mogła odebrać jako zgodę. Mądrym posunięciem z jej strony było zahaczenie o ten właśnie aspekt jego życiorysu. Nie zamierzał jednak mówić, że może takiego spotkania nie doczekać. Kolejne dni miały przynieść przecież wiele zmian, a podjęte przez niego działanie mogło mieć różne skutki, również opłakane dla niego samego. Był jednak gotów na podjęcie odpowiedzialności, z czymkolwiek miałaby się wiązać. W zamian za zaangażowanie dostał cel i nie zamierzał go tak łatwo porzucać, niezależnie od ceny, jaką przyjdzie mu za to zapłacić. Nie po latach krążenia bez niego.
Właściwie chyba nawet zaczęła go bawić ostrożność, z jaką traktowała go Jocelyn. Kompletnie nie wiedziała, jak się wobec niego zachować; on zresztą nie wiedział, jak zachować się względem niej i ta nieporadność była łatwo wyczuwalna. Doszukiwał się w pamięci jakichś schematów, które by mu to podpowiedziały, ale nie potrafił tutaj niczego dopasować. Nawet bazowanie na cudzych relacjach nie sprawiało, że czuł się pewniej w kontakcie z siostrą, która powinna być mu przecież bliską.
Potrzebowałaś aż tylu lat, by to zrozumieć? — Zapytał cicho, wzdychając. Nie było w jego tonie złośliwości czy protekcjonalności, a prawda w nagiej postaci. Dzieliło ich dużo, bo aż siedem lat, ale nie potrafił zrozumieć, jak siostry mogły być przez tyle lat aż tak krótkowzroczne. Thea nie była skłonna do szczerych uczuć i nie mieściło mu się w głowie, jak bardzo zaślepione musiały być bliźniaczki, by nie wyczuć fałszu pod pozorną skorupą dobrej matki, która pragnie dla nich jak najlepiej.
Zapamiętaj to sobie. Bo to tylko początek — odparł krótko. Jocelyn była winna podjęcia kariery, której w oczach matki jako dama podejmować nie powinna. Nic zatem dziwnego, że skoro przestała grać tak, jak jej matka grała, tej drugiej niekoniecznie się to spodobało. Choć sama znajdowała się pod stałą opieką uzdrowicieli, zawód ten kojarzył jej się najwyraźniej jedynie z mężem, który nie odpowiadał jej oczekiwaniom. Gdyby to Thomasowi chciano wkręcić małżonkę taką, jak jego matka, zniknąłby szybciej, niż ktoś byłby w stanie zaoferować mu jej rękę. Był przez to poniekąd uprzedzony do szlachcianek jako takich; na szczęście nie miał z nimi zbyt wielkiej styczności i całe szczęście. Tamten świat nigdy specjalnie go nie pociągał. Świat ograniczeń i fałszywych uśmiechów, zapięcia w sztywne ramy konwenansów. Piękne oblicza, zgniłe wnętrza; obliczona na efekt wrażliwość, podszyta wątłym wspomnieniem o dawnej świetności arystokratów. Na plus należało oczywiście przyjąć ich dbałość o czystość krwi; ale i to nie było regułą, która odnosiła się do wszystkich. — Powinienem już iść. A ty powinnaś odpoczywać — zauważył.




These thoughts run through my head over again. Complaints of violins become my only friends.
Powrót do góry Go down
Jocelyn Vane
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Stażystka uzdrowicielstwa
20
Czysta
Panna
Idź za marzeniem i znowu idź za marzeniem
I tak dalej aż do końca
10
10
0
23
0
0
5
0
Czarownica

PisanieTemat: Re: Korytarz   Yesterday at 23:08

I w Jocelyn to spotkanie niewątpliwie obudzi wspomnienia i wątpliwości. Przez ostatni rok dużo myślała o Tomie, ale teraz te myśli przybiorą innego wymiaru, skoro wiedziała, że jej brat żył. Pewnie będzie się zastanawiać, co robił i jak będzie wyglądało kolejne spotkanie, czy będą mogli coś zrobić, żeby ich relacje zaczęły się normować. Nie chciała już zawsze rozmawiać z bratem z taką niezręcznością, choć pozostawało jej się cieszyć że w ogóle miała taką możliwość. Oby nie dobiegła ona końca; musiała więc być ostrożna, by nie zniechęcić brata. Stąpała po kruchym lodzie, wystarczył jeden niewłaściwy ruch, żeby zepsuć tę kruchą płaszczyznę porozumienia. Nie chciała go urazić, bała się, że mógłby stąd odejść w poczuciu rozczarowania, niechętny do kolejnej próby kontaktu. Cóż, nie co dzień odzyskiwała brata po roku nieobecności; łatwo było się w tej sytuacji pogubić i zwyczajnie zapomnieć, jak się używa języka i jak się rozmawia z bratem, ale ich rozmowy jeszcze przed ich zniknięciem stawały się coraz bardziej niezręczne, bo oddalali się od siebie już od bardzo dawna. Pewnie dopiero po odejściu Toma w jej umyśle pojawią się słowa, które powinna wypowiedzieć, ale które nie padły.
Zależało jej na nim. Gdyby tak nie było, nie odpowiedziałaby na list nieznajomej kobiety, która obiecywała informacje na jego temat. Nigdy nie znalazłaby się w jej przeklętym domu na wyspie, ale znalazła się, bo mimo wielu lat przebywania z Theą Vane wciąż kochała swojego brata, czarną owcę rodziny. Był jednak wolny, nie ograniczano go tak, jak jej. Po zniknięciu mógł żyć jak chciał, nikt nie zmuszał go, by pojął za żonę jakąś nadętą czystokrwistą panienkę. Nawet jeśli Thei było obojętne, czy syn przedłuży rodzinę Vane, czy nie, bo nigdy nie czuła się ich częścią, tak Leonard na pewno chciałby mieć potomków, którzy przekażą dalej jego nazwisko. To dziewczęta najprawdopodobniej w ciągu najbliższych paru lat zostaną czyimiś żonami. Nawet jeśli Thei nie uda się żadnej z nich oddać jakiemuś szlachcicowi, choćby staremu wdowcowi, na pewno znajdzie im mężów z dobrych czystokrwistych rodzin, innej opcji nie było i nie będzie. Zdawała sobie sprawę, że dla Thei najbardziej liczyło się nazwisko, pozycja i majątek, nie uczucia, i oddałaby ją nawet mężczyźnie który mógłby być jej ojcem lub dziadkiem, byle tylko miał przymioty które uważała za wartościowe.
Nie wiedziała, że kolejne dni Toma nie będą należały do łatwych, i że jej ciche rozmyślania o kolejnych spotkaniach wcale mogą się nie spełnić. Bo Tom znalazł w swoim życiu cel i odrzucił asekuracyjną neutralność wpajaną im wszystkim przez ojca, ale o tym Josie nie wie i się nie dowie.
- Przepraszam, Tom – szepnęła ledwie słyszalnie, niepewna, za co właściwie go przeprasza. Za to, że pewne rzeczy zrozumiała tak późno? Czy za to, że nie pomogła mu, kiedy potrzebował oparcia bliskich, zanim jeszcze odciął się od nich grubą linią? – Może tak naprawdę od dawna to czułam, tylko... nie potrafiłam przyjąć tego do wiadomości? – dodała po chwili, ale sama nie była pewna, jak wyglądała prawda. Tak czy inaczej jako dziecko niczego nie pragnęła równie mocno, jak aprobaty matki i wyrazu zadowolenia na jej twarzy. Jej akceptacji i uwagi pożądała bardziej niż akceptacji ojca, bo jej nie otrzymała za darmo, a musiała o nią walczyć. – To nasza matka, kocham ją mimo jej wad. Ale wtedy, kiedy zniknąłeś... Nagle przekonałam się, że to wszystko nie powinno się tak skończyć. – Nie powinno. Ale było już za późno, bo nie dało się cofnąć przeszłości. – Początek? – powtórzyła po nim, zastanawiając się, co dokładnie miał na myśli. Początek nieuchronnego popsucia relacji z matką, która z roku na rok była coraz gorsza, coraz bardziej wypełniona frustracją i coraz rzadziej miła? Josie nie pamiętała, kiedy ostatni raz matka była dla niej naprawdę miła, najczęściej była opryskliwa i marudna.
Zdawała sobie sprawę, że czas, który udało im się wykraść na to spotkanie, nieuchronnie dobiegał końca, o czym nieprzyjemnie przypomniała uzdrowicielka, która właśnie zjawiła się na korytarzu.
- Panno Vane, dlaczego nie leży panna w swoim łóżku? – zapytała ją. Nie była teraz stażystką Vane, a po prostu panną, jedną z wielu pacjentek.
- Zaraz tam wrócę – zapewniła szybko, odwracając wzrok od brata. – Muszę się tylko pożegnać. Proszę – rzuciła uzdrowicielce błagalne spojrzenie.
Kobieta weszła do sali obok, a Josie znów spojrzała na Thomasa. I tak aż się dziwiła, że nikt już wcześniej nie zagonił jej z powrotem do łóżka, ale w końcu musiał nadejść ten moment. Nie mogli tu stać i rozmawiać całą noc, choć tak bardzo chciała skraść jeszcze choć kilka chwil z bratem. Ale przypomniała sobie o rezerwacie; miała punkt zaczepienia, miejsce, gdzie mogła go odnaleźć, kiedy już wyjdzie z Munga.
- Tak... – powiedziała cicho. – Niemniej jednak... Dziękuję, że przyszedłeś i że chciałeś się ze mną spotkać choć na tę krótką chwilę. Czuję się... spokojniej. – Dzięki temu mogła z większym spokojem znosić leczenie i czekać na powrót do domu. – Do zobaczenia, Tom. – To musiało być „Do zobaczenia” a nie „Żegnaj”. Musiało kiedyś nadejść to zobaczenie, uczepiła się tej myśli i pozwoliła sobie nagle objąć brata, choć trwało to krótko, bo szybko cofnęła się, zmieszana tą nagłą poufałością, która wyrwała się spod warstwy powściągliwości. Uzdrowicielka tymczasem wróciła po nią i odchrząknęła znacząco, a Josie pozostało tylko odprowadzić brata wzrokiem i wrócić do sali, gdzie kobieta podała jej nową dawkę eliksiru, dzięki któremu mogła zasnąć nie bijąc się z myślami.

| zt?





Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Powrót do góry Go down
 

Korytarz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 7 z 7Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

 Similar topics

-
» Korytarz
» Korytarz
» Podziemny korytarz
» Czerwony korytarz
» Korytarz

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of Westminster :: Szpital Świętego Munga :: III piętro: Urazy magipsychiatryczne-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18