Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Gospoda "Pod Bazyliszkiem"
AutorWiadomość
Gospoda "Pod Bazyliszkiem" [odnośnik]10.03.12 23:05
First topic message reminder :

Gospoda "Pod Bazyliszkiem"

-
Wbrew swej nazwie jest to gospoda nie tylko dla czarodziejów - bywają w niej również mugole. Zaniedbany i zapuszczony budynek gospody znajduje się już w odleglejszej części wioski, tej mniej uczęszczanej, stąd też o wiele mniejsze zainteresowanie odwiedzających Salisbury. Lokal ten nijak nie może poszczycić się dobrej opinią, większość mieszkańców omija go szerokim łukiem - a to pewnikiem z racji podejrzanej klienteli nawiedzającej jej progi, dobijanych tam ciemnych interesów czy samej nieprzyjemnej obsługi. Przy wejściu zawieszony został brelok złożony z małych, szpetnych buziek, lubujących się w wulgaryzmach i odstraszaniu młodziaków chcących w sposób całkowicie nielegalny napić się trochę trunków dlań nieprzeznaczonych.
Po wejściu do środka pierwsze wrażenie nie ulega zmianie - izba jest zaniedbana, zakurzona, zwyczajnie zapuszczona. Blaty nielicznych stolików są wyszczerbione, a ich nogi chwiejne. Kontuar znajdujący się naprzeciw wejścia sprawia wrażenie, jakby nie sprzątano go od dawien dawna; podobnie jak i zapuszczona podłoga skrzypiąca przy każdym kroku. Naczynia, by nie odstawać od reszty, są brudne i poobtłukiwane, nijak nie zachęcające do licznych wizyt. Chyba, iż w poszukiwaniu nielegalnego hazardu czy handlu kradzionymi rzeczami.


Lokal zamknięty

Podchodzicie do drzwi wejściowych i dostrzegacie panującą wewnątrz pustkę. Dopiero po chwili odszukujecie spojrzeniem brzydki napis spisany w pośpiechu zamknięte. Domyślacie się, że wojna musiała zmusić właścicieli do wycofania się z prowadzenia biznesu. I kto wie? Może również ucieczki?


Lokal został zamknięty do odwołania. Można jednak prowadzić rozgrywki mające miejsce przed budynkiem.

Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Gospoda "Pod Bazyliszkiem" - Page 4 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Gospoda "Pod Bazyliszkiem" [odnośnik]08.09.20 23:18
Milczała, pozwalając by wina osiadała na jej ramionach. I tak czuła się, a może właściwie była odpowiedzialna. Milczała też nie sądząc, by rozmowa w barze na tematy, które mogli poruszyć była właściwa. Nie była w ogóle. Sama też nie bardzo wiedziała, od czego mogłaby, powinna zacząć. I to milczenie, stało się dla niego kolejnym argumentem, gdy wpatrywała się w niego niebieskimi tęczówkami licząc na to, że jednak zdecyduje się na wyjście. Pomyliła się, słysząc pełne wyrzuty słowa. Krzyki może bardziej. Przypominał zranione zęby, które szerzy kły, by odsunąć od siebie każdego chcącego chociaż spróbować podejść. Drgnęła, kiedy szkło z hukiem rozbiło się o drewnianą podłogę baru, powstrzymując chęć cofnięcie się. Nadal, nie przemiennie milcząc. Dopiero moment, w którym stal błysnęła w jego dłoni sprawiła, że jej ciało poruszyło się zdumione gestem i zachowaniem. Kłócili się i godzili już nie raz. Ale nigdy na taką skalę, nigdy kiedy w jego dłoni znajdował się nóż. A zdawała sobie sprawę z posiadanej przez niego siły. Ręka mimowolnie powędrowała w stronę kieszeni uważnie obserwując co zrobi dalej. Zamachnie się, na nią. Mógłby?
Nie na nią, na blat, który nie wytrzymał pod naporem jego dłoni i Justine była wdzięczna, że to nie ona znajdowała się właśnie w tym miejscu. Jednak kiedy ten nie tylko wbił się, ale i przebił na drugą stronę a lokal przeszył dźwięk pękającego drewna zrobiła krok do przodu chcąc w jakimś odruchu zrobić cokolwiek. Ale bylo za późno. Nóż zakończył swoją wędrówkę w udzie Botta. Zrobiła ku niemy kolejny krok, unosząc dłonie gestem sygnalizując, że nie ma złych zamiarów. Naprawdę. Ale to nie był koniec, Mat zachwiał się i szczęśliwie ten pion utrzymał. Zrobiła jeszcze krok, ale kiedy z jego ust wydostały się kolejne słowa zatrzymała się. Opuszczając dłonie i prostując. Jedna z jej dłoni opadła na biodro. Był wściekły, widziała to dokładnie. Zacisnęła usta kiedy zwrócił się bezpośrednio do niej. Kiedy ostatnim razem głupio upierała się by zostać i porozmawiać, tylko pogorszyła sprawę. Dlatego nadal niezmiennie milczała. Nie wstrząsnęły nią aż tak te słowa. Chociaż to nie znaczy, że były przyjemne. Patrzyła jak kuśtyka do wyjścia, unosząc jedną z dłoni, żeby potrzeć nią kark. No za dobrze, to sobie nie poradziła z pewnością. Spojrzała na kelnerkę i wyciągnęła trochę galeonów żeby zapłacić za swój alkohol i dołożyć kilka sztuk za kufel. W ciszy opuściła lokal chwilę po nim, rozglądając się na boki dostrzegła jego sylwetkę. Ruszyła za nim, wsadzając dłonie w kieszenie. Zatrzymała się już nad nim, kiedy usiadł na bruku, ale nie przyśpieszyła wcześniej. Uniosła różdżkę.
- Lumos. - wypowiedziała wyciągając różdżkę, by ukucnąć obok. - Na ciebie. To chyba jasne. - odpowiedziała bo nie bardzo było ku czemu innemu kierować swój wzrok. - Zabierz ją, wyleczę to. - powiedziała podbródkiem wskazując na koszulkę którą przyciskał do rany. - A potem porozmawiamy. Chyba że wolisz nadal się wydzierać. - na dwoje babka wróżyła. Mogła rozwścieczyć go tylko bardziej. Bo wątpiła, by cokolwiek mogła powiedzieć, by złagodzić jego złość.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Gospoda "Pod Bazyliszkiem" - Page 4 Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Gospoda "Pod Bazyliszkiem" [odnośnik]09.09.20 19:33
Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że to ja zacząłem się zapętlać w swoich żądaniach. Jak zacięta płyta. Może też taki byłem. To nie pierwszy raz, kiedy uciekałem. Może nie tak dosłownie bo przecież tkwiłem w miejscu, lecz rozbiegane, nerwowe myśli mówiły same za siebie. Odrętwiałe, upojone toczyły się i wiły pod czaszką jak dzikie zwierzęta przeobrażając mnie samego na swój obraz i podobieństwo. A może było na odwrót? Sam w sobie dziką bestią przecież byłem. Może dziś ta cienka granica została zatarta przez żal, alkohol, urazę. Może dziś faktycznie byłem niczym innym jak dzikim zwierzęciem w ludzkiej skórze. Zaśmiałbym się do tego pomysłu, lecz raniony i poniżony nie miałem na to nastroju. Chwiejnie się ewakuowałem by jak ostatnia ofiara losu kisić się teraz w sosie własnych konsekwencji. Ciągle szumiało mi w uszach z emocji, lecz teraz przypominało to bardziej natrętne buczenie przybierające na sile w chwili w której nie mogłem wyplątać się z koszuli i cichnące kiedy ostatecznie z tego starcia wyszedłem zwycięsko. Przyciskając zmielony w ręce materiał do rany drugą przysłoniłem twarz ręką. Skrzywiłem się. Blady blask lumosa wydał mi się dziwnie oślepiający - zabieraj to gówno - warknąłem poirytowany, zniechęcony, zmęczony. Tak jak chwilę wcześniej rozrywała mnie niemal energia, tak teraz zaliczałem jakiś zjazd. Nie odsłoniłem rany. Zamiast tego docisnąłem materiał. Ból wydał mi się dziwnie satysfakcjonujący, kojący. Jeżeli postrzegała mnie jak złapane we wnyki zwierzę gotowe odgryźć wyciąganą ku niemu rękę to niech wie, że nie wpadłem w nie przypadkiem. Wlazłem w nie specjalnie. Specjalnie się staczałem w panicznym poszukiwaniu jakiegokolwiek dna. Potrzebowałem tego. Byłem przekonany, że potrzebuję, że inaczej nie dam rady ruszyć do przodu jeżeli się nie odbiję od dna, którego jeszcze nie umiałem znaleźć.  
- Nie chcę - ani rozmawiać, ani krzyczeć - Mam dość. Po prostu mam dość - poczułem nieprzyjemny ścisk w klatce - Dość tego jak wszyscy umierają za moimi plecami - Czując nieprzyjemną słabość podparłem twarz na rozczapierzonej dłoni. Przez palce spoglądałem na bruk, a potem na czarownicę. Dziwnie obcą i jednocześnie bliską. Byłem zmieszany - Kim ja dla was jestem...? - dla Mii, Bertiego, Samuela, Ciebie...? - Myślicie, że można tak po prostu nasrać na mnie, a potem udawać, że wam zależy...? - tak to widziałem swoimi pijanymi, przeszklonymi oczami. Całą tą kilkuletnią dziwną zmowę milczenia z której mnie wykluczano. I to mnie chyba właśnie bolało najmocniej. O wszystkim dowiadywałem się o tyle o ile los uznał, że powinienem. Czułem się jakbym odwalał przez lata jakiś popierdolony szajs przed ludźmi na których mi zależało tylko po to by się dowiedzieć, że chuja to warte. Jak wyrzucony na ulice pies; jak jakaś nielubiana ofiara losu, która niestety dowiadywała się o jakichś imprezach na których nie było dla niej miejsca - tak się czułem - nie wiem co chcesz usłyszeć, co mam ci powiedzieć więcej. Jestem zmęczony - nie wiem czy chciałem słuchać ale nie powiedziałem, że nie czekając na... właściwie nie wiem. Zapewnienie, że wcale tak nie jest...?


I'll survive
somehow i always do


Matthew Bott
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 3
ZWINNOŚĆ : 20/45
SPRAWNOŚĆ : 30/55
Genetyka : Wilkołak

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3558-matt-w-budowie#62851 https://www.morsmordre.net/t4002-poczta-matta https://www.morsmordre.net/t3632-klopot https://www.morsmordre.net/f136-smiertelny-nokturn-36-5 https://www.morsmordre.net/t4772-skrytka-bankowa-nr-901 https://www.morsmordre.net/t3713-matthew-bott
Re: Gospoda "Pod Bazyliszkiem" [odnośnik]11.09.20 18:17
Zabieraj to gówno.
Nie zabrała. Spoglądała na niego z góry, bez większych emocji na twarzy. Przykucnęła obok. Jej brwi pomknęły do góry dopiero, kiedy zamiast zabrać rękę, przycisnął ją mocniej do rany. Złość pojawiła się na jej twarzy. Widocznie, nie kryła tego. Kretyn.
- Nie wszyscy. - odpowiedziała mu mrużąc lekko oczy. Te kilka słów, jasno określało powód który przyniósł stan na który właśnie patrzyła. Zawieszone w przestrzeni pytanie i kolejne słowa wypowiedziane z jego ust wypadły z nocne powietrze. Milczała przez chwilę, wciągając w nozdrza nocne powietrze, czując jak coraz bardziej irytuje ją ten stan. Nie stan, tylko sposób w jaki złożył swoje zdania. Jakby tylko on poniósł straty. Jakby tylko on kogoś stracił Jakby tylko jego dotknęła strata.
Była winna, taka się czuła. Winna milczenia. Winna tego, że nie nie powiedziała mu wszystkiego. Zawiniła nie raz. Popełniła wiele błędów i wiedziała, że popełni kolejne, ale ostatnie miesiące odcisnęły też na niej swoje piętno. Myślał że tylko on kogoś stracił? Tylko on czuł się paskudnie? Matt Bott, pępek świata. Ta myśl przyniosła złość. Na złość mu ktoś robił, że śmiał zginąć nie informując go o tym wcześniej. Jakby zginąć każdy chciał, byle zrobić mu na złość. Opadła na tyłek, unosząc rękę, którą przetarła twarz. Zatrzymała gest, kiedy odezwał się ponownie. Kiedy pytanie zawisło w powietrzu. - Nasrać na ciebie? - powtórzyła za nim przecinając stojące wokół nich powietrze. - Żartujesz prawda? - zapytała widocznie już rozdrażniona jego słowami. Dźwignęła się do pionu. - Pieprzony narcystyczny pępek świata.  - wycedziła widocznie poirytowana jego słowami. Obróciła się na pięcie robiąc krok, jakby miała odejść, ale zaraz zwróciła się ponownie w jego kierunku. - Myślisz że tylko ty jeden na całym świecie cierpisz? - wyrzuciła z siebie nie kontrolując już emocji. Wina, mieszała się ze złością. - Zrób sobie rachunek, kiedy obszedł cię ktoś obcy? Kiedy przejąłeś się dupą kogoś innego, niż swoją lub kogoś bliskiego? Każdy z nas miał swoje powody. Ja mogłam czekać aż ci pierdoleni psychopaci zabawią się ze mną, albo spróbować coś z tym zrobić. Ale oczywiście, jeśli wstanę któregoś dnia i stwierdzę że to świetny dzień żeby umrzeć, pierwszy co zrobię to wyślę ci pieprzoną wiadomość. - zaironizowała, sięgnęła do wewnętrznej kieszeni płaszcza w której zawsze nosiła wycinek artykułem z Proroka Codziennego. Tym samym, którego część napisała. Tym samym, który zawierał nazwiska wszystkich Rycerzy. Pochyliła się i położyła wycinek przed nim. - Nie wiem czy na pewno i nie wiem który, wiem czego się podejmował. - dodała, prostując się. Wybuchła, nadal nie potrafiła kontrolować się dobrze, kiedy jej zależało.
- Ja też. - przyznała po chwili milczenia. - Też jestem zmęczona. - rozłożyła ręce na boki. Brała oddechy próbując się uspokoić, niepotrzebnie wybuchła. Teraz żałowała. Mogła trzymać gębę na kłódkę. Zawsze najpierw mówiła, a później dopiero myślała. - Wyleczyć to, czy zostawić cię samego? - zapytała więc, tym razem nie zamierzając przyklejać się do podłogi, ani dłużej próbować namawiać go do niczego.



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Gospoda "Pod Bazyliszkiem" - Page 4 Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Gospoda "Pod Bazyliszkiem" [odnośnik]14.01.21 21:21
Lokal zamknięty

Podchodzicie do drzwi wejściowych i dostrzegacie panującą wewnątrz pustkę. Dopiero po chwili odszukujecie spojrzeniem brzydki napis spisany w pośpiechu zamknięte. Domyślacie się, że wojna musiała zmusić właścicieli do wycofania się z prowadzenia biznesu. I kto wie? Może również ucieczki?


Lokal został zamknięty do odwołania. Można jednak prowadzić rozgrywki mające miejsce przed budynkiem.

Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Gospoda "Pod Bazyliszkiem" - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Gospoda "Pod Bazyliszkiem" [odnośnik]26.01.21 1:18
Kiedy patrzyła na mnie ze złością było łatwiej. Wszystko stawało się oczywistsze, prostsze. Upojona wyobraźnia naciągała i wykrzywiała widziany obraz sprawiając, że stawałem się powodem jej gniewu. Zresztą przecież tak było. Sam się o to postarałem, do tego doprowadziłem nie wiedząc co chcę właściwie osiągnąć. Wyłbym do brzeżyca z bezradności, gdybym mógł, lecz ludzka szczęka radziła sobie tylko z powarkiwaniem. Więc warczałam, pokazywałem kły, dawałem upust rozwichrzonym emocjom. Te drgały niebezpiecznie pod skórą przy każdym wyższym tonie - moim lub jej. Zaśmiałem się trochę szaleńczo, kiwając głową, zupełnie jak świr przyjmujący równie popierdolony komplement. Och, ale jakie to wszystko byłoby prostsze, gdybym był tylko pieprzonym narcyzem, pępkiem świata w którym martwiłbym się tylko i wyłącznie o siebie. Ile bym osiągnął...? Zaśmiałem się mocniej, a w uszach mi zaszumiało. Nie wszystkie słowa do mnie doszły.
- Bardzo dobrze. W końcu o czymś może się dowiem przed wszystkimi - prychnąłem szczeniacko, wyzywająco - I no tak, jestem ten zły bo nie wiszę na kamienicach, nie robię nic dla każdej pieprzonej szlamy i co gorsze jeszcze - przez to żyję - furknąłem nie zamierzając pozwalać na to by mierzyła mnie swoją miarą. ICH miarą. Nie wiedziałem z jakiej racji interesowanie się nikim miało być cnotliwsze od tych, którzy otaczali cię na co dzień. W jaki sposób czyniło to kogokolwiek lepszym. Nie wiedziałem. Nie wiedziałem też, że wciąż wychodzą kolejne numery Proroka. To ich miałem winić, te nazwiska...? Sięgnąłem po kartkę. Było jednak za ciemno, litery skakały na wietrze i w mojej wyobraźni.
Po wybuchu emocji odezwała się pierwsza, lecz ja sam nie potrafiłem odnaleźć słów, którymi mógłbym ją uraczyć.
- Zostaw mnie - tę ranę, nas - Macie swoją walkę, swój świat - specjalnie mówił w liczbie mnogiej bo przecież bez względu na wszystko, nie była sama, prawda? Ukuło mnie uczucie zazdrości - Nie chcę mieć z tym nic wspólnego - Nie umiałem tracić, a straciłem rodzinę. Nie umiałem tracić, a większość tych których znałem była ścigana. Jak długo pożyją...? Nie umiałem tracić, a z każdą chwilą odnosiłem wrażenie, że tracę w jej oczach. Niech je zamknie, odwróci i zniknie. Ja zrobię to samo.

|zt


I'll survive
somehow i always do


Matthew Bott
Zawód : Prace dorywcze
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Jam jest Myśląca Tiara,Los wam wyznaczę na starcie!
OPCM : 10
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 3
ZWINNOŚĆ : 20/45
SPRAWNOŚĆ : 30/55
Genetyka : Wilkołak

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t3558-matt-w-budowie#62851 https://www.morsmordre.net/t4002-poczta-matta https://www.morsmordre.net/t3632-klopot https://www.morsmordre.net/f136-smiertelny-nokturn-36-5 https://www.morsmordre.net/t4772-skrytka-bankowa-nr-901 https://www.morsmordre.net/t3713-matthew-bott
Re: Gospoda "Pod Bazyliszkiem" [odnośnik]21.02.21 2:37
Poddała się złości. Mimowolnie, ulegając jej, bo tak było łatwiej. Była zmęczona. Miała dość, dość bycia wyrozumiałą, dość stawiania się w skórze kogoś innego, dość prób zrozumienia. A on jej to zdecydowanie ułatwił, na tyle, że nie zapanowała nad słowami, które zaczęły wypływać z jej ust. Matt Bott posiadał pewną zdolność, której ulegała. Potrafił ją bardzo szybko rozbawić, ale i równie łatwo doprowadzić do furii. Często się kłócili, sprzeczali, przerzucali argumentami, by później znów się pogodzić. Ale teraz zdawało się inne niż wcześniej. Oni oboje byli inni. Czuła to pod skórą. Ale może musiała w końcu wybuchnąć, choć wcale tego nie planowała słowa zaczęły wypadać podszyte ironią i złością którą w niej obudził. Kpiną, chociaż wcale tego nie zamierzała. Wydobywający sie z jego ust śmiech wyginał jej usta w dół. Patrzyła na niego ze złością. Zależało jej na nim. Czy naprawdę nie potrafił tego zrozumieć? A jednocześnie wydawało jej się, że znała go dobrze. Co, jeśli się myliła?
Kiedy odpowiedział jej, wyzywająco, całkowicie w opozycji otworzyła usta w złości
- Świetnie! - uniosła głos, rozkładając ręce. Świetnie, proszę bardzo, od razu mu powie. Jasne, bo będzie przecież wiedziała, który z dni będzie jej ostatnim i czy dzisiaj wróci do domu. Pieprzony Bott. - JA JESTEM SZLAMĄ! - straciła cierpliwość. Całkowicie. Słyszała to słowo nie raz. Obelgę wypowiadaną w jej kierunku. Ale nie z jego ust. Nie widział tego, nie rozumiał? Że nie chodziło o nich, albo obcych. Że każdy mógł podzielić jeden i ten sam los, niezależnie od tego czy walczył, czy jedynie próbował przetrwać. Ona zwyczajnie nie zamierzała czekać, aż śmierć sama ją dopadnie. Rzuciła mu pod nogi kartkę z nazwiskami. Wybuch minął. Sumienie znów w nią uderzyło. Oddychała ciężko, wypowiadając krótkie pytanie. Zatrzymała się w pół kroku do niego, kiedy kazał się zostawić.
- Jesteś częścią mojego świata, Matthew. - odpowiedziała cicho, nie ruszając się jednak dalej. Bliżej niego. Zaprzeczyła tylko wypowiadanym słowom. - Nie umiem cię odpuścić. Nie chcę. - dodała jeszcze, odwracając się w bok, wsadzając dłonie do kieszeni. - Ale kolejną rozmowę, jeśli już, przeprowadźmy jak będziesz trzeźwy. - rzuciła, odchodząc, lekko garbiąc ramiona. Przegrała. Chwytała się go, bo był znajomy, bliski, jej. Przypominał o prostszych czasach. Ale przecież wcale nie musiał chcieć nadal widywać poszukiwanej terrorystki. Dzisiaj oboje powiedzieli jednak zbyt dużo.

| zt



And oh, stupid things I do. I'm far from good, it's true. But still, I find you
next to me.
Justine Tonks
Zawód : Rebeliantka
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58
UROKI : 37
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 13
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Gospoda "Pod Bazyliszkiem" - Page 4 Just6
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Gospoda "Pod Bazyliszkiem" [odnośnik]01.03.21 22:33
6 listopada

Z nieba deszcz lał jak z cebra, gdyśmy z Emersonem pojawili się przy starym młynie w Somerset, aby odebrać zebrane zapasy żywności, które mieliśmy przetransportować do Oazy. Szmalcownicy zaskoczyli nas, nie spodziewaliśmy się ich tam, nie tam, nie wtedy. Wydawało się, że młyn został dobrze zabezpieczony - a jednak byliśmy w błędzie. Pierwsze zaklęcie uderzyło mnie w plecy. Commotio, poczułem to aż zbyt dobrze, gdy prąd przeszył boleśnie moje ciało. Zaraz potem uderzyło drugie, chyba czarnomagiczne, bo poczułem jak kość prawego przedramienia prawdopodobnie pęka, a przynajmniej to tak cholernie bolało. Odwróciłem się natychmiast i odpowiedziałem atakiem na atak, lecz było nas ledwie dwóch przeciwko pięciu. Emerson zniknął, trafiony zaklęciem, które wyrzuciło go gdzieś nie-wiadomo gdzie. Ja trwałem jeszcze w swoim miejscu, łudząc się, że zdołam odeprzeć ten atak, lecz moja obrona zaczęła zawodzić, a ja dostałem kolejnymi zaklęciami.
- Huc desperato - zawołał nieznajomy mężczyzna o twarzy podziobanej przez młodzieńczy trądzik i z grubą blizną przecinającą prawą brew i oko. Promień zaklęcia wystrzelił z jego różdżki z wielką siłą, czułem ją, próbowałem nakreślić przed sobą tarczę, by się obronić... Zbyt dobrze znałem tę inkantację, wiedziałem co ona oznacza, lecz ból okazał się za silny. A może ja już za słaby na to, by się obronić. Wiązka zaklęcia przerwała kształtującą się barierę i uderzyła mnie prosto w pierś. Ja zaś poczułem znajome szarpnięcie w okolicy pępka i stary młyn zniknął mi sprzed oczu.
- Sukinsyn - warknąłem z wściekłością pod nosem, gdy niespodziewana teleportacja zachwiała mną i upadłem na kolana w obcym miejscu. Okazało się, że na jakąś brukowaną ulicę pogrążoną w półmroku nadchodzącego wieczoru. Tutaj nie padało, nie wiało tak przeraźliwie, po uliczce leniwie tańcowały pojedyncze, pożółkłe liście. Było spokojnie. Nienaturalnie wręcz cicho. Nie rozpoznałem tego miejsca, nie wiedziałem jeszcze gdzie jestem, a szyld na który uniosłem spojrzenie - Gospoda Pod Bazyliszkiem" - właściwie niewiele mi mówił. W niektórych oknach paliło się światło, lecz kątem oka dostrzegłem jak ktoś gwałtownie zasuwa firankę - może dojrzał mnie, krwawiącego i z trudem podnoszącego się na nogi, stwierdził, że nie chce mieć kłopotów.
Niczego nie widzę, to znaczy, że nic się nie dzieje, to motto wciąż niektórym przyświecało.
Dźwignąłem się do pionu, wierzchem prawej dłoni, w której wciąż ściskałem różdżkę, starłem strużkę krwi spływającej po twarzy z rozbitego łuku brwiowego. Prawa ręka wciąż pulsowała nieznośnym bólem, podobnie jak i plecy, które piekły - prawdopodobnie były poparzone. Emerson, przypomniałem sobie od razu. Musiałem go znaleźć i upewnić się, że przeżył, że jakimś sposobem nie deportowali go do swoich koleżków.
Nie mogłem się jednak teleportować. Nie byłem w stanie. Wiedziałem, że jedynie bym się rozszczepił i jeszcze bardziej pogorszył swoją sytuację. Musiałem znaleźć jakiś środek transportu, miotłę, świstoklik... Cokolwiek. Pokuśtykałem wzdłuż ulicy, a ujrzawszy w oddali pierwszą żywą duszę, kobietę, która właśnie opuściła jedną z kamienic - przyśpieszyłem kroku, by się do niej zbliżyć.
- Proszę pani - zawołałem. - Proszę mi powiedzieć... Co to za wioska? Jakie to hrabstwo? - wydusiłem z siebie. Mogła się przestraszyć, mogła zaniepokoić widokiem obcego mężczyzny z podartej przez zaklęcia szacie, krwawiącego i z kroplami deszczu ściekającymi z włosów, ale musiałem wiedzieć gdzie jestem.


| k100 na poazkabanowe konsewkencje


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Gospoda "Pod Bazyliszkiem" - Page 4 Hss7
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Re: Gospoda "Pod Bazyliszkiem" [odnośnik]01.03.21 22:33
The member 'Cedric Dearborn' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 82

--------------------------------

#2 'Zdarzenia' :
Gospoda "Pod Bazyliszkiem" - Page 4 CdzGjcQ
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Gospoda "Pod Bazyliszkiem" - Page 4 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Gospoda "Pod Bazyliszkiem" [odnośnik]16.03.21 22:46
Praktycznie cały dzień spędziła w lecznicy wypełniając swoje obowiązki, ale również chcąc skupić się wyłącznie na nich, aby odciąć swoje myśli od tego co się działo. Ucieczka w pracę zawsze była dla niej najlepszym i najłatwiejszym rozwiązaniem, po które sięgała częściej niż chciałaby się do tego przyznać. Rozwiązaniem chwilowym, ale wciąż pożytecznym. Nie miała zamiaru udawać, że problemy nagle zniknęły. Wiedziała jednak, że ciągłe zamartwianie się, roztrząsanie, zastanawianie się nad tym co by było gdyby, niczego nie zmieni, a jednak, nawet z tą świadomością, wciąż siedziała do późnych godzin, wpatrując się z uporem w ścianę myśląc o... wszystkim. Więc o ironio, to praca pozwala jej na chwile wytchnienia. Swój dzień pracy w dokach zakończyła dziś jednak wcześniej chcąc wybrać się za Londyn z wizytą domową. Późnym popołudniem zjawiła się Wiltshire. Regularnie starała się odwiedzać rodziny, które uciekły z portu. Nie wszystkie oczywiście. Nie miała pojęcia gdzie podziała się połowa tych, którym udało się opuścić Londyn, mogła tylko mieć nadzieje, że znaleźli dla siebie bezpieczne miejsca. Nie mogła im zaoferować wiele. Eliksirów brakowało nawet dla jej pacjentów w lecznicy, tak samo jak i zresztą jedzenia. Gdyby nie pomoc innych nie byłaby w stanie obecnie zająć się praktycznie nikim w należyty sposób. Jej wizyty więc w dużej mierze ograniczały się do oferowania swoich własnych zdolności. Wiedziała, że to niewiele, ale to jedyne co mogła dla nich zrobić. W mieszkaniu Państwa Chestnut spędziła więcej czasu niż planowała. W ranę starego marynarza wdało się zakażenie, które przerodziło się w gangrenę. Na szczęście martwica nie zdążyła się jeszcze rozprzestrzenić, przez co poradziła sobie w opanowaniu jej. Ich sytuacja była naprawdę ciężka. Wiltshire nie było najbezpieczniejszym miejscem dla mugolaków, w osiem osób gnieździli się w małym mieszkaniu, a tylko jedna z nich posiadała stałe źródło dochodu. Nie miała zielonego pojęcia jakim cudem wciąż jakoś wiązali koniec z końcem. Cóż, nie mieli większego wyboru.
Wychodząc z budynku zauważyła ze zdziwieniem, że zaczęło już się ściemniać. Przezornie schowała ręce w kieszeniach płaszcza zaciskając jedną z dłoni wokół różdżki. Ostatnie lata spędzone w porcie nauczyły ją ostrożności. Wiedziała, których uliczek unikać, czy jak reagować na zaczepki. Zdawała sobie sprawę, że prawdopodobnie w starciu z kimś najzwyczajniej w świecie by sobie nie poradziła, więc wołała po prostu unikać kłopotów co, no cóż, czasami średnio jej wychodziło. Zanim zdążyła się przeteleportować do swojego własnego mieszkania usłyszała wołanie oraz następujące po nim pytanie. Zaniepokojona odwróciła się w kierunku głosu chcąc odpowiedzieć lecz na widok mężczyzny oddalonego o kilka metrów na chwile całkowicie zamilkła. Dzięki światłu z latarni zobaczyć mogła, iż był on cały przemoczony, w podartej szacie i we krwi. Chwilę zajęło jej wywnioskowanie, że krew ta należała prawdopodobnie do niego samego zauważając, że był ewidentnie ranny. - Trowbridge w Wiltshire.- Odpowiedziała niepewnie stawiając kilka kroków w jego stronę jeszcze mocniej zaciskając palce wokół różdżki wciąż ukrytej w kieszeni płaszcza. Co jeśli miał on złe zamiary? Co jeśli to nie daj Merlinie szmalcownik? Nie była w stanie tego ocenić, spytanie wprost też nie miało większego sensu, a jedyne co widziała przed sobą to rannego, ewidentnie potrzebującego pomocy człowieka. Będąc bliżej mogła dokładniej przyjrzeć się tym odsłoniętym ranom, które ewidentnie nie były wynikiem zwykłej bijatyki. Mogła też przyjrzeć się i samemu mężczyźnie, który znacznie górował nad nią wzrostem. Kojarzyła skądś te rysy twarzy, tak jakby już kiedyś gdzieś go widziała. - Pan Dearborn? - Zapytała szczerze zdziwiona rozpoznając w mężczyźnie przed sobą aurora, którego miała już okazję wcześniej spotkać. Co tu robił? Na dodatek sam i w takim stanie? Wciąż służył jako auror? A może służy on teraz komuś innemu, komuś kto z wymiarem sprawiedliwości miał niewiele wspólnego? A może wręcz przeciwnie? - Nie wiem czy mnie Pan kojarzy, Yvette Budelaire, byłam uzdrowicielką w Mungu, mieliśmy okazje rozmawiać w mojej lecznicy w porcie. - Przedstawiła się chcąc go zapewnić o swoich dobrych intencjach. Może i nie wyglądała na groźną, ale w tych czasach nikomu nie można było ufać, a już tym bardziej, gdy było się rannym w obcym miejscu. - Jeśli nie miał by Pan nic przeciwko mogłabym pomóc. - Zaproponowała skracając jeszcze bardziej dystans między nimi, wyciągając ręce z kieszeni płaszcza, w tym i różdżkę, której jednak nie uniosła do góry, aby w żaden sposób nie zaalarmować mężczyzny przed sobą. - Obawiam się, że w tym stanie za daleko Pan nie zajdzie.


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 30
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466
Re: Gospoda "Pod Bazyliszkiem" [odnośnik]21.03.21 16:11
- Wiltshire? - powtórzyłem za nieznajomą, zdziwiony i wściekły jednocześnie, nie byłem nawet pewien które z tych uczuć dominowało we mnie bardziej.
To oznaczało, że czarnoksiężnik zdołał się mnie pozbyć, wyeliminować z walki i przenieść o wiele mil dalej, aż do sąsiedniego hrabstwa, nie miałem teraz szans, by wrócić w okolice starego młyna w Somerset na czas. W tym stanie teleportacja nie wchodziła w rachubę. Nie miałem przy sobie miotły, nie miałem też świstoklika. Pozostawało mi jedynie mieć nadzieję, że Emersonowi uda się ewakuować. Szanse na zwycięstwo były niewielkie nawet wtedy, kiedy byłem z nim - czarnoksiężnicy mieli przewagę liczebną. Lepiej, jeśli się wycofa i powrócimy tam lepiej przygotowani. Wierzyłem, że to zrobi. Nie był głupi i lekkomyślny. Znałem go nie od dziś.
Kobiecy głos od razu wydał mi się znajomy. Słyszałem go nie po raz pierwszy. Nie od razu jednak się na nim skupiłem, moje myśli powędrowały ku Somerset, na twarzy malowało się zmartwienie, złość i ból jednocześnie. Sytuacja drugiego aurora bardziej mnie martwiła niż to, czy znam tę kobietę. Dopiero, kiedy zbliżyła się do mnie kilka kroków, a z jej ust padło moje nazwisko powróciłem do Trowbridge, na brukowaną ulicę pod zamkniętą gospodą, zaalarmowany tym, że je znała.
Skąd?
Natychmiast poderwałem różdżkę do góry, gotów w każdej chwili, aby się bronić lub odpowiedzieć atakiem na atak - w dłoniach czarownicy nie było jednak własnej różdżki, od razu też zaczęła się tłumaczyć. Wysłuchałem jej z uwagą, lecz nie opuściłem różdżki. Jeszcze nie.
- Baudelaire? - znów powtórzyłem za nią, próbując przypomnieć sobie skąd je znam; po chwili zaczęły wracać do mnie wspomnienia wizyt w szpitalu świętego Munga, gdzie niejednokrotnie trafiałem pod jej opiekę. Pojawił się też obraz rozmowy, przeprowadzonej w dzielnicy portowej, chyba rok temu, kiedy prowadziłem tam śledztwo - jeszcze z ramienia Ministerstwa Magii. Nie rozumiałem wtedy dlaczego przestała pracować w Mungu i przeniosła się w tak parszywe miejsce. Nie dała mi wtedy też szansy, by o to zapytać. Uprzejmie odmówiła składania zeznań, twierdząc, że nic nie wie - a ja niezadowolony z podobnego obrotu sytuacji, nie potrafiąc przekonać Yvette do zmiany zdania odszedłem w swoją stronę. Nie przypuszczałem, że jeszcze się spotkamy. Nie w takich okolicznościach.
- Pamiętam panią - powiedziałem w końcu, lewą ręką sięgając do twarzy, by zetrzeć strużkę krwi ściekającą po policzku. Czy Merlin miał mnie w opiece, że posłał mnie akurat tu, gdzie spotkałem magomedyka? Tego jeszcze nie wiedziałem - w końcu chroniła ludzi z portu.
- Co pani tu robi? O tej porze? Sama? Dlaczego nie wyciągnęła pani od razu różdżki? Mogłem być szmalcownikiem, czarnoksiężnikiem - pouczyłem ją, zamiast odpowiedzieć na pytanie, gdy zaproponowała mi pomoc. Miała jednak zupełną rację - daleko sam bym nie zaszedł. Wyraźnie kuśtykałem, czułem się coraz słabszy. - Lepiej schowajmy się gdzieś - zasugerowałem. Odsłaniani się na środku ulicy nie wchodziło w rachubę. To Wiltshire, hrabstwo Malfoya, pewnie roiło się tu od jego ludzi. Pani Baudelaire nie powinna była być tu sama o tej porze, nawet jeśli miała czystą krew - choć co do tego nie miałem pewności.


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Gospoda "Pod Bazyliszkiem" - Page 4 Hss7
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Re: Gospoda "Pod Bazyliszkiem" [odnośnik]27.03.21 18:44
Na widok wymierzonej w nią różdżki przeszedł ją dreszcz. Jej dłoń drgnęła jakby niemo sugerując, że i ona powinna przyjąć postawę podobną do tej mężczyzny przed nią, jej nogi gdyby same mogły zadecydować już dawno zaczęłyby biec, umysł zaś zwykle przepełniony rozmyśleniami, teraz krzyczał, aby ta zrobiła coś, cokolwiek. Yvette wciąż jednak stała w tym samym miejscu nie spuszczając swojego wzroku choćby na chwile przyglądając się jego ranie, śledząc ściekającą stróżkę krwi po policzku, która szybko została starta, czy w końcu wracając do orzechowych oczu. Jej zdenerwowanie jednak było widoczne gołym okiem. Nie codziennie ktoś mierzył w nią swą różdżką, na dodatek w nieznanym celu. Odetchnęła z ulgą słysząc, że mężczyzna ją rozpoznał. Wierzyła, że nawet w obecnym stanie bez większego problemu by sobie z nią poradził, nawet gdyby i ona sama mierzyła swą różdżką w niego. Nie była typem wojownika. Nie krzywdziła ludzi, pomagała im, nawet w obronie nie była zbyt dobra skupiając się całkowicie na rozwijaniu swych umiejętności w magii leczniczej.
- Mógłby Pan? - Zapytała rzucając sugestywne spojrzenie na wskazaną na nią różdżkę, a następnie ponownie na jej właściciela. - Naprawdę Panie Dearborn gdybym miała wobec Pana złe zamiary już dawno by się Pan o tym przekonał. - Definitywnie mogłaby nauczyć się od niego nieco ostrożności. Nie spodziewała się innej reakcji od auroraa. Świat nigdy nie był kolorowy, a teraz jego szarość zastąpiła głównie czerń. Zaufanie komuś, szczególnie obcemu byłoby istnym przejawem głupoty.
- Obawiam się, że z Nas dwojga to jednak Pan miał nieprzyjemność na nich trafić. - Stwierdziła omiatając wzrokiem zakrwawioną twarz mężczyzny zastanawiając się czy to naprawdę byli szmalcownicy, bądź czarnoksiężnicy. Był, bądź wciąż jest aurorem. Walczył przeciwko takim jak oni. Nie mógłby teraz chyba stać po ich stronie, czyż nie? - Ma Pan jednak absolutną rację, powinnam być ostrożniejsza. Właśnie wracam od pacjenta, a wizyta zajęła mi dłużej niż się spodziewałam. Jeśli chodzi o resztę ciężko znaleźć mi jakiekolwiek usprawiedliwienie. - Wyjaśniła pokrótce nie wdając się w niepotrzebne szczegóły. Musiała przyznać mu racje. Określiłaby siebie mianem raczej rozsądnej kobiety, która sama nie pcha się w kłopoty, prędzej to te same odnajdują ją, ale bardzo dobrze zadawała sobie sprawę, że jej racjonalne myślenie ustępowało miejsca intuicji w sytuacjach takich jak ta. Widziała kogoś w potrzebie i reagowała bez większego zastanowienia, co w obecnych czasach było mało odpowiedzialne i zapewne kiedyś okaże się dla niej być zgubne. Oby tylko nie dziś.
Ponownie musiała zgodzić się z Panem Dearborn - nie mogli tu zostać. Wiedziała, że jeśli poprosiłaby o przysługę Państwa Chestnut ci bez zbędnych pytań zgodziłaby się od razu, ale nie mogła przecież tego zrobić. Nie mogła go tak po prostu zaprowadzić do mieszkania pełnego mugolaków. Nie znała Pana Dearborn. Jej wrażenie względem jego osoby mogło być mylne, mogła nie mieć racji. Ryzyko jakie ponosiła ona to jedno, była to część jej pracy, ale ryzykowanie zdrowiem i życiem innych? Do tego nie mogła dopuścić. - Obawiam się, że nikt nas nie przyjmie do swojego domu, a już szczególnie o tej porze i w Pańskim stanie. Chowanie się po mniejszych uliczkach to równie zły pomysł co zostanie na tej głównej. - Zastanowiła się przez chwilę rozglądając się po oknach najbliższych budynków. Każde jedno zasłonięte było firanami, a tylko przez niektóre przebijało się słabe światło. - Da Pan radę dojść do kamienicy, z której wyszłam? Na parterze stoi puste mieszkanie. Rozgrabione, ale wiem, że nikt tam nie pomieszkuje. - Od Pani Chestnut wiedziała, że wiele tu było takich mieszkań. Sami by uciekli, gdyby tylko mieli gdzie i gdyby jej ojciec był w lepszej kondycji. Choć zapytała, nie czekając na odpowiedź chwyciła mężczyznę delikatnie, lecz pewnie pod ramię nie będąc pewną jakie dokładnie są jego obrażenia, a chcąc choć nieco odciążyć jego zmęczone ciało. Na szczęście ich, a kamienice dzieliła krótka droga.


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 30
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466
Re: Gospoda "Pod Bazyliszkiem" [odnośnik]23.05.21 13:31
- Mógłbym - przytaknąłem burkliwie, opuszczając różdżkę, nie mierząc osikowym drewnem w blondynkę, lecz nie miałem najmniejszego zamiaru chować jej do kieszeni. Trzymałem ją w palcach wciąż w pogotowiu, tak na wszelki wypadek. Jeśli to Wiltshire, to nie mogło być tu bezpiecznie. - Nie miałem pewności kim pani jest - odpowiedziałem dość oschle. To nie ją oskarżałem o złe zamiary, choć właściwie to i wobec niej powinienem był pozostać ostrożny - nie znałem jej za dobrze. Od wielu miesięcy w ogóle pani Baudelaire nie widziałem. Skąd mogłem wiedzieć po której stanęła stronie? Z tego co pamiętałem, to pracowała w magicznym porcie. Kręcili się tam różni ludzie. Teraz opuściłem różdżkę, bo kobieta nie stanowiła dla mnie zagrożenia; nie ujmując jej talentom, to byłem pewien, że nawet w tym stanie poradziłbym sobie z uzdrowicielką. Chyba, że posługiwała się magią o jaką nie podejrzewałbym takiej kobiety jak ona.
- Niestety - skomentowałem krótko. Nie mogłem powiedzieć pani Baudelaire więcej, nie mogłem zdradzić jej żadnych szczegółów o tym, co miało miejsce zaledwie kilka minut wcześniej, gdy byłem jeszcze w zupełnie innym hrabstwie. Wiele jednak mówić nie musiałem - mój stan sam o tym mówił. Baudelaire sama się domyśliła. - Niech się pani nie usprawiedliwia, tylko następnym razem będzie ostrożniejsza - westchnąłem. Oczywiście, że miałem rację. Jednak sama tego świadomość, tego, że wie, że powinna być ostrożniejsza, bardziej nieufna i przezorna nie wystarczy. Tę świadomość musiała przekuć w konkretny czyn. Wyrobić sobie odpowiednie nawyki, które mogą uratować życie. Ofiarami tej wojny nie byli wyłącznie niemagiczni i ludzie powiązani z Haroldem Longbottomem. Pochłaniała także przypadkowe ofiary. Czarodziejów i czarownice czystej krwi, którzy znaleźli się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Wiltshire o tak późnej godzinie na pewno się w to wliczało.
- Sam wolałbym nie ryzykować wizyty w cudzym domu, jeśli nie jest to ktoś w pełni zaufany - odparłem. Ja także wolałbym nie ryzykować. Życiem swoim i tych ludzi. Nie mógłbym mieć pewności, że nie wezwą kogoś z Ministerstwa Magii zaniepokojeni tym stanem, ewidentnie świadczącym, że jeszcze kilka chwil wcześniej toczyłem pojedynek - mogli pomyśleć, że ma to miejsce całkiem niedaleko i poczuć się zagrożeni. Zakląłem w duchu, - Ma pani rację - mruknąłem. Chowanie się w ciemnych uliczkach nie było najlepszym pomysłem w obecnej sytuacji. W każdej chwili mógł zjawić się patrol. Ktoś mógł nas zauważyć, donieść, nie wytłumaczyłbym się z tego, nie miałem też zarejestrowanej różdżki, ona mogła mieć przeze mnie kłopoty... Chciałem już odejść, zapewnić, że sobie poradzę, lecz Yvette zaproponowała, że tu blisko jest opuszczone mieszkanie. Przystanąłem, spojrzałem na nią uważnie.
Mogłem jej zaufać?
- Jest pani pewna? - spytałem tylko.
Ból był na tyle dotkliwy, że musiałem to zrobić. Nie teleportowałbym się teraz sam, jeśli nie chciałem ryzykować rozszczepieniem. Nie miałem przy sobie świstoklika i w pobliżu nie znałem nikogo, kto mógłby mi pomóc. Musiałbym zdobyć jakąś miotłę. Zaryzykowałem jednak i ruszyłem za panią Baudelaire, gdy wskazała mi drogę. Różdżkę wciąż trzymałem w pogotowiu, a zanim weszliśmy do mieszkania, o którym mówiła - powstrzymałem ją. - Sprawdzę, czy na pewno jest puste - wyszeptałem, po czym rzuciłem Homenum Revelio. Zaklęcie wykryło ludzką obecność, podświetliło sylwetki, ale na piętrze i po drugiej stronie budynku. Wewnątrz mieszkania było pusto. - Jest czysto - potwierdziłem i pchnąłem drzwi, by przepuścić Yvette pierwszą. Zamknąłem je za nami, lecz nie rzuciłem żadnego Lumos, aby rozgonić ciemność - jeśli mieszkanie było opuszczone, to światło w oknach mogło przyciągnąć niepotrzebną uwagę. Nawet jednak w mroku, w blasku ulicznych latarni, wpadającym przez okiennice, widziałem, że wnętrze jest w kiepskim stanie - wszędzie panował bałagan.
- Może mi pani pomóc? Zapłacę - zwróciłem się do Yvette, odwracając do niej z opuszczoną różdżką.


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Gospoda "Pod Bazyliszkiem" - Page 4 Hss7
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Re: Gospoda "Pod Bazyliszkiem" [odnośnik]05.08.21 20:03
Opuszczenie różdżki przez mężczyznę nieco ją uspokoiło. Czujność była całkowicie zrozumiała biorąc pod uwagę okoliczności, ale i przykre, niepewne czasy. Pan Dearborn jako auror zapewne rozumiał wagę zapobiegawczości bardziej niż ktokolwiek inny, gdy w grę wchodziło nie tylko powodzenie misji, ale i jego własne życie. - Postaram się. - Nie mogła niczego w końcu obiecać. Unikanie kłopotów, czy przypilnowanie godziny, aby mieć pewność, że wróci się przed zmrokiem do mieszkania to jedno, ale co jeśli znów zostanie postawiona w sytuacji jak ta? Nie mogłaby tak po prostu zignorować kogoś, kto mógłby potrzebować pomocy. Wierzyła, że były auror postąpiłby podobnie, tylko że w porównaniu do niej najpewniej poradziłby sobie, gdyby coś poszło nie tak. Każdy podejmował ryzyko, jej zawód również się z tym wiązał biorąc pod uwagę, że było to jej powołanie, a nie maszynka do zarabiania galeonów. Zdawała sobie dobrze sprawę, że świstek papieru świadczący o zarejestrowaniu różdżki i czystości jej krwi nie uratuje jej życia. Nie jeśli natrafi na kapryśnego szmalcownika, nie jeśli ktokolwiek dowiedziałby się po co tu dziś się zjawiła, nie jeśli znalazłaby się w środku walki. Śmierć nie wybiera. Można prowadzić dysputy na temat tego czy jest sprawiedliwa czy nie. Z jednej strony zabiera niewinnych, dobrych, młodych, tych, którzy mieliby jeszcze wiele długich lat przed sobą, z drugiej jednak, ostatecznie spotka ona ich wszystkich. Bogatych, czy biednych, szlachetnie urodzonych, czy mugoli. Ostatecznie niczym się nie różnili.
Oschłość mężczyzny nie zraziła jej. Trudno było oczekiwać po nim innego zachowania w takiej sytuacji. Zauważyła jednak, że wciąż był niezmiennie uprzejmy, co mogło być zaskakujące biorąc pod uwagę jego stan. Państwu Chestnut mogła zaufać w pełni, ale panu Dearborn? Samo zaprowadzenie go do tej samej kamienicy, w której obecnie przebywała cała rodzina mugolaków było ryzykowne. Nie wiedziała o tym mężczyźnie praktycznie nic, a bycie aurorem nieszczególnie zmieniało postać rzeczy patrząc choćby na funkcjonariuszy magicznej policji. Nie miała jednak za dużego wyboru. W tym stanie nie było mowy o teleportacji, a zostanie tu tylko przysporzyłoby im kłopotów. - Tak. - Na zadane pytanie odpowiedziała bez cienia wątpliwości, bo i tych nie miała. Rozmawiała o tym mieszkaniu nawet dziś z panią Chestnut, która stwierdziła, że z chęcią by się tam wszyscy przenieśli z racji na większy metraż, ale nie liczyła się teraz wygoda, a przetrwanie. Ich przeniesienie się tam nie zostałoby niezauważone, a i właściciel mieszkania mógł zawsze wrócić, o ile oczywiście wciąż żył.
Po dotarciu do środka kamienicy zamierzała jak najszybciej wejść do mieszkania, lecz mężczyzna zatrzymał ją w porę upewniając się najpierw czy faktycznie nikogo nie było w środku. Spojrzała w bok by móc się mu przez chwilę przeglądnąć, jak w skupieniu i powagą wyrytą na twarzy obserwował otoczenie wykazując się klarownością umysłu nawet będąc rannym. Wiadomość o tym, że mieszkanie faktycznie było puste przyjęła z ulgą chcąc jak najszybciej zająć się obrażeniami Pana Dearborn. - Dziękuję. - Wyszeptała wchodząc jako pierwsza i rozglądając się po pomieszczeniu. Krótki przedsionek prowadził do wspólnej przestrzeni, którą była kuchnia, salon i jadania, w opłakanym stanie. Przez światło wpadające do ulic widziała wszystko jak na dłoni. Wszystkie drzwiczki, od regału, czy mebli kuchennych były otworzone, a rzeczy z nich zostały wyrzucone na podłogę. Krzesła były poprzewracane, kanapa w całości rozstała rozpruta. Ktoś zapewne szukał jedzenia, ale i jakiś kosztowności z nadzieją, że właściciel mieszkania zostawił je za sobą. Nie umknęło jej nie rzucenie przez szatyna Lumos, czego i ona nie zrobiła. Faktycznie pomieszczenie było na tyle naświetlone, że nie musieli ryzykować zwróceniem na siebie jakiekolwiek uwagi. Tak długo jak zachowają względną ciszę nikt nie powinien dowiedzieć się o ich obecności tutaj.
Zdziwiła się słysząc prośbę mężczyzny, pozytywnie, lecz chyba znał już odpowiedź biorąc pod uwagę, że wciąż tu wraz z nim była. Przecież nie zaprowadziłaby go tu, żeby go ot tak zostawić bez pomocy. - Oczywiście, że tak i niech się pan nie przejmuje zapłatą, w końcu sama zaoferowałam pomoc. - Zapewniła szczerze nie zakładając nawet, że miałby jej płacić. Gdyby zależało jej na pieniądzach nigdy nie odeszłaby ze Świętego Munga. Otwierając lecznice liczyła się z tym, że będzie zarabiać tyle co nic, chciała jednak pomóc, zrobić coś więcej. Czasami było ciężko, teraz szczególnie i na początku, gdy na własne życzenie przewróciła swoje życie do góry nogami w dość mało odpowiedzialny sposób. Ominęła Cedrica wchodząc w głąb pokoju podniosła jedno z krzeseł. - Proszę, niech pan usiądzie. - Choć mężczyzna zachowywał przytomność umysłu wciąż był ranny, obawiała się, że poważnie. Rozbity łuk brwiowy, który jako pierwszy rzucał się w oczy był tu akurat najmniejszym problemem. Kuśtykał, wyraźnie coś było nie tak z jego prawą ręką, a i stan jego szaty wskazywał, że najpewniej rzucono na niego jakieś zaklęcie. Odeszła od mężczyzny rozglądając się ponownie po pomieszczeniu. Zajrzała do kilku szafek wyjmując z jednej z nich stalową miskę, a następnie z dna komody wygrzebała najprawdopodobniej jedyne ostanę czyste prześcieradło. Obawiała się, że "wypożyczenie" tych rzeczy przez nią było obecnie ostatnim zmartwieniem właściciela mieszkania, o ile jeszcze jakiekolwiek miał. Prześcieradło rozdarła w dłoniach, a miskę napełniła wodą, po czym wszystko położyła na stoliku, za mężczyzną.
- W najbliższej okolicy nie ma żadnej rzeki. Balneo czy teleportował się pan tu w takim stanie? - Zapytała po czym wyjęła ponownie różdżkę spoglądając na niego z innym pytaniem wypisanym w oczach. Nie chciała skierować na niego swojej różdżki bez jego pozwolenia. Po otrzymaniu zgodny w końcu uniosła ją rzucając ciche Evanesco. Musiała przeprowadzić z nim wywiad, nie wiedziała jednak ile mężczyzna będzie skory jej zdradzić. Nie chciała znać szczegółów, nie potrzebowała wiedzieć kto mu to zrobił, ani dlaczego, obchodziło ją teraz wyłącznie to co mogłoby jej się faktycznie przydać w uleczeniu go. Nie opuściła od razu różdżki kierując ją na czoło pana Dearborn wypowiadając Fosilio. Dopiero wtedy sięgnęła po wcześniej przygotowane prześcieradło, które zamoczyła w wodzie, a następnie wycisnęła z niego jej nadmiar, po czym zaczęła delikatnie oczyszczać czoło mężczyzny i pozostawioną na jego policzku stróżkę krwi. Żeby wyleczyć ranę musiała widzieć co w ogóle robi, a krew niezbyt jej to ułatwiała. - Co się stało? Chodzi mi oczywiście o pana obrażenia. Pamięta pan jakie zaklęcia zostały na pana rzucone? Ma pan nudności, zawroty głowy? - Z rany przeniosła swój wzrok w pełni na niego chcąc dowiedzieć się jak najwięcej.


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 30
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466
Re: Gospoda "Pod Bazyliszkiem" [odnośnik]12.09.21 21:52
Niektórzy odbierali moje pouczenia o tym, aby zachować ostrożność, czujność, ograniczone zaufanie do drugiego człowieka jako przesadę. Uniesioną różdżkę traktowali jako intencję ataku, zranienia i czuli się tym niemal urażeni. Teraz może już mniej, ale jeszcze przed dwoma laty przypuszczałem, że kobieta taka jak pani Baudelaire byłaby na mnie śmiertelnie obrażona, że potraktowałem ją jak zagrożenie. Niektórzy aurorzy po latach pracy i tropienia czarnoksiężników uchodzili za dziwadła. Niektórzy rzeczywiście dorabiali się paranoi. Nosili przy sobie mnóstwo falszoskopów i innych magicznych przedmiotów, które miały wykryć złe intencje, zamiary i najmniejsze ślady czarnej magii. Na początku swojej drogi aurora sam się temu dziwiłem, uznawałem niektóre słowa za sporą przesadę - z biegiem czasu przekonałem się jednak, że mieli rację, że to nie nadwrażliwość. Zrozumiałem jak wiele jest wokół zła i jak podstępni potrafią być czarnoksiężnicy, jak bezwzględnie potrafią wykorzystać cudze zaufanie i brak ostrożności, a nawet lekkie zagapienie się. Szczególnie teraz. To prawda, że licho nie śpi i śmierć czekała na każdym rogu. Wojenna zawierucha jaka ogarnęła kraj nie zwracała uwagi na to, czy człowiek był aurorem, mugolem, czarodziejem czystej krwi, mugoakiem, rebeliantem, czy też zwyczajnym cywilem - mogła pożreć każdego i to zupełnym przypadkiem. Właśnie dlatego należało zachować czujność i ostrożność, jeśli chciało się przeżyć. Pani Baudelaire życie nie mogło być aż tak niemiłe, by tak ryzykowała włócząc się sama po nocach w tym hrabstwie. Z drugiej jednak strony - przyznała, że musiała odwiedzić pacjenta. Nie dopytywałem dlaczego potrzebował pomocy i kim był. Ona też nie znała mnie na tyle, aby mi się spowiadać. A jednak sama zaprowadziła mnie do kryjówki, gdzie chciała udzielić mi pomocy medycznej. Niezaprzeczalnie jej potrzebowałem. Bardzo. Podążyłem więc za kobietą, sprawdziłem, czy w środku nie ma nikogo. Nie miałem podstaw, by sądzić, że to mógłby być podstęp, trafiłem tu przypadkiem, nikt się tego nie spodziewał. Chyba przede wszystkim ja.
- W tych czasach trudno o pracę, a ja nie lubię mieć długów wdzięczności - odpowiedziałem na słowa blondynki. Trudniła się uzdrowicielstwem, a pracowała w portowej lecznicy, nie szpitalu świętego Munga. Tam chyba nie płacili najlepiej, biorąc zaś pod uwagę windujące jak szalone o góry żywności, to nie powinna była odmawiać.
Krzesło wskazane przez uzdrowicielkę wyglądało dość chybotliwie, usiadłem więc na nim ostrożnie, czując lekką ulgę. Wciąż wszystko cholernie mnie bolało, marzyłem o tym, aby się położyć, ale do tego momentu pozostało jeszcze wiele czasu. Jeśli tylko pani Baudelaire udałoby się zaleczyć moje rany na tyle, abym mógł się teleportować - zamierzałem wrócić pod stary młyn. Spod przymrużonych powiek obserwowałem jak czarownica chwilę kręci się po opuszczonym pomieszczeniu, wyciąga miskę i napełnia ją wodą. Przypuszczałem, że po to, aby zdezynfekować rany. Zzułem płaszcz, by ułatwić jej dostep.
- Nie teleportowałem się sam - mruknąłem. - Jest takie zaklęcie, które może wyrzucić człowieka w przypadkowe miejsca. Nie zdążyłem się przed nim obronić - przyznałem szczerze. Gdy uniosła swoją różdżkę i spojrzała na mnie pytająco skinąłem głową, potwierdzając, że może rzucać zaklęcia. Poczułem niewysłowioną ulgę, kiedy zaczęły działać.
- Pamiętam Commotio i Lamino - odpowiedziałem po chwili zastanowienia. Spojrzałem na jej twarz, kiedy przemywała moją wilgotną szmatką, by zmyć z niej krew. Musiałem wyglądać gorzej niż źle. Poczułem jednocześnie, że winien jej byłem wdzięczność za to, że zdecydowała mi się pomóc - widać na pierwszy rzut oka było, że miałem kłopoty, a ona pewnie chciała ich unikać. - Tak. To znaczy zawroty głowy - przyznałem szczerze. To nie moment na zgrywanie niezłomnego, jeśli zamierzałem wrócić do towarzyszy. - Ja... naprawdę jestem pani wdzięczny za tę pomoc.


when injustice
becomes law
resistance
becomes duty



Cedric Dearborn
Zawód : Rebeliant
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
anger makes you stupid

stupid gets you killed
OPCM : 29
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
Gospoda "Pod Bazyliszkiem" - Page 4 Hss7
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t7241-cedric-dearborn https://www.morsmordre.net/t7249-nike#195067 https://www.morsmordre.net/t7242-znajde-cie https://www.morsmordre.net/f238-oaza-chata-nr-30 https://www.morsmordre.net/t7248-skrytka-bankowa-nr-1776#195061 https://www.morsmordre.net/t7247-cedric-dearborn#195054
Re: Gospoda "Pod Bazyliszkiem" [odnośnik]15.12.21 18:15
Popadanie w paranoję w czasach takich jak te było bardziej niż zrozumiałe. Często był to wybór miedzy byciem ostrożnym, a martwym. Nie miała zamiaru obrażać się na pana Dearborn za próbę obrony. Cieszyła się, że koniec końców trafiła na niego, a nie na kogoś kto trzymałby wymierzoną w nią różdżkę z zupełnie innym zamiarem. Miała nauczkę na przyszłość. Miała zamiar poważnie potraktować sugestię mężczyzny i faktycznie następnym razem zachować większą ostrożność. Licho nie śpi, a jej nie śpieszno jest do żegnania się z życiem. Podchodzenie do nieznajomego jej mężczyzny wieczorem, w czasie wojny, w mało przyjaznym hrabstwie można było nazwać głupotą, ona użyłaby jednak słowa "naiwność", choć i z tym do końca by się nie zgodziła. Aurorzy podejmowali ryzyko cały czas, wciąż jednak działali, nie unikali niebezpieczeństwa tylko dlatego, że mogło się to dla nich źle skończyć. W jej przypadku wcale nie wyglądało to aż tak inaczej. Była uzdrowicielem, też miała swoją misję, też była gotowa podjąć ryzyko byleby ją wykonać. Liczyła się z tym, że pewnego dnia mogłoby jej się nie poszczęścić. Że następnym razem może trafić na kogoś, kto odwdzięczy jej się za chęć pomocy rzuconą w nią klątwą. Mogła jednak umrzeć w lecznicy, na ulicy, nawet we własnym mieszkaniu. Nie miała na to wpływu. Nie taki jaki chciałaby mieć. jeśli miała już zginąć to właśnie tak. Ze świadomością, że chciała pomóc, że może nawet udało jej się pomóc. Nie miała zamiaru rezygnować z podejmowania ryzyka, jeśli sytuacja będzie tegoż ryzyka od niej wymagać, choć wolała go jednak unikać.
- Szkoda. Ten dług wdzięczności nie brzmi najgorzej. - Jedna awaryjna prośba pomocy od byłego jak mniemała aurora nie była czymś czym by wzgardziła. Z długów wdzięczności głównie teraz żyła. Jeszcze przed wojną nie miała serca pobierać jakiekolwiek opłaty za swoje usługi od ludzi. Jak mogła zabrać ostatniego knuta komuś kto nie miał nawet czego włożyć do garnka? Ludzie byli jednak pamiętliwi i podobnie jak pan Dearborn przeważnie nie lubili być dłużnikami, więc odwdzięczali jej się jak mogli, okazując się już nieraz większą pomocą niż mogłaby sobie wyobrażać. - W porządku. Proszę sobie jednak tym na razie nie zaprzątać głowy. Wyślę panu rachunek później. - Kąciki jej ust wykrzywiły się w lekkim uśmiechu, który jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął na rzecz malującego się na jej twarzy skupienia. Słuchała go uważnie obmywając jego rany, aby ułatwić sobie dostęp i zobaczyć z czym dokładnie ma do czynienia. Doceniała szczerość. Miała przynajmniej nadzieję, że właśnie nią była, choć nie widziała jakiegokolwiek powodu dlaczego miałby ją okłamywać. Niektórzy pacjenci byli... problematyczni. Dokładne wyjaśnienie tego co się stało było niezwykle pomocne, ułatwiało jej pracę, a co za tym szło skuteczniej mogła postawić trafną diagnozę, co z kolei prowadziło do tego, że szybciej ktoś mógł wrócić do pełnego zdrowia. Nie była to rzecz, na której to jej powinno najbardziej zależeć, a właśnie pacjentowi. Rzuciła Curatio Vulnera Maxima na ranę na łuku brwiowym, w końcu przechodząc do tych poważniejszych. - Zawroty mogą być skutkiem teleportacji, bądź utraty krwi. Rana na głowie jest od uderzenia, czy cięta? -Poprosiła mężczyznę o zdjęcie również i koszuli chcąc obejrzeć i wyleczyć jego obrażenia po rzuconym na niego Lamino i Commotio. Widząc rany szczerze zdziwiła się, że ten wciąż potrafił ustać na nogach. Stracił już nieco krwi, a i obrażenia po porażeniu były bardzo rozległe. Najpierw zajęła się ranami ciętymi, aby zaraz później rzucić Cauma Sanavi Horribilis. -To nic. Naprawdę. Jak mniemam i pan by nie zignorował kogoś w potrzebie. - Stwierdziła, choć jej zdanie brzmiało bardziej jak pytanie. W końcu wciąż do końca nie wiedziała z kim miała do czynienia, opierając swoją ocenę jego osoby na "wrażeniu" i obserwacji.


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 30
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466

Strona 4 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

Gospoda "Pod Bazyliszkiem"
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach