Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Romantyczna ławka
AutorWiadomość
Romantyczna ławka [odnośnik]05.11.16 22:41
First topic message reminder :

Romantyczna ławka

Legenda o pewnej zakochanej parze jest najbardziej znana hrabstwu York, ale jest ona tak przyjemna dla ucha, że szybko rozprzestrzeniła się po pozostałych częściach Wielkiej Brytanii.
Pan Diggory i pani Plum spotkali się po raz pierwszy właśnie tutaj, na tej małej ławeczce, przed którą rozciąga się widok na niemal cały Londyn. Pani Plum mocno trzymała swoją różdżkę w dłoni - rdzeń z oka lunabalii lśnił delikatną poświatą między włóknami drewna. Tuż obok niej usiadł pan Diggory i oboje niesamowicie szybko odnaleźli swój wspólny język. Rozmawiali o wszystkim i o niczym, wymieniali się opiniami na tematy polityczne i kulinarne, zaklinali rzeczywistość długim, nieskrępowanym milczeniem. Spotykali się w tym samym miejscu codziennie o tej samej porze i zawsze powtarzali swój rytuał - któreś z nich pierwsze zaczynało dialog, który kończył się daleko po północy.
Legendy głoszą, że to miejsce przesiąknęło najprostszą formą magii, jaką tylko zna świat - magii miłości wydobytej ze słów i ciszy. Gdy para zasiądzie wspólnie na ławeczce i przerwie rozmowę, by chwilę podzielić się milczeniem, usłyszy cichy, gładki i melodyjny głos. Głos, który będzie snuł cichą baśń o szczerym uczuciu pełnym prostoty. Trawy zagrają delikatną, wieczorną pieśń i podzielą się jej brzmieniem razem z cykadami.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Romantyczna ławka - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Romantyczna ławka [odnośnik]27.02.20 0:21
Widzę, jak zbliża się ku mnie, ale widzę nieostro. Dostrzegam ledwie kontury i ciemną plamę w miejscu jej falujących włosów - falują, na pewno, rozsiewając przy okazji świeżą woń polnych kwiatów i warzywnego targu. Taka świeża, taka dziewczęca - wymarzona. Jej krok jest lekki, lecz nie baletowy. Za to jak stawia stopy nie odpowiadają lata katorżniczych treningów i wyrzeczenia, a naturalny, prawie dziecięcy wdzięk. Czy to źle, że przypisuję jej cechy właściwe dziewczynkom, a nie kobietom? Ale to przecież nieprawda: jej ciało jest rozhuśtane i gibkie, giętkie, a linia bioder zahacza konkretne łuki, by skusić moje oko. Poluje, to drapieżca, łagodnymi pozorami pragnie mnie usidlić i złapać, tak, bym już się nie wymknął. Nie wie, że faktycznie nie chcę protestować. Nie chcę i co więcej: nie będę. Kocham każdy jej krok postawiony bosą stopą na trawie, uwielbiam bufiasty rękaw zsuwający się z lewego ramienia i tą żarłoczną kibić, wodzącą na pokuszenie. Gdy się zaśmieje, drzewa zaśmieją się z nią. Związała się z naturą tak mocno, że i jej nie jest obojętna, zaprzyjaźnili się bardzo, czarownica i odwieczna moc, drzemiąca w ziemi, krążąca w powietrzu. Jak inaczej wyjaśnić, że choć nie ma wiatru, pukle jej włosów unoszą się lekko, jakby poruszane sprzyjającym zefirkiem, a pod jej nogami wyrastają kwiaty? Jest niezwykła, jest piękna, jest mądra, jest dobra, co ważniejsze - jest moja. Dotykam jej karku, przeciągając chwilę, w której wreszcie ujrzę twarz swej lubej, pieszczę skórę i wsuwam palce we włosy, zdrowe i błyszczące. Po takich włosach mógłbym wspiąć się na najwyższą wieżę, to znaczy, z nimi stałoby się to fizycznie możliwe. Znajdziecie mi drugą taką panią?
Chwytam ją za ramiona i delikatnym gestem nakłaniam, by się odwróciła. Nagle się peszy i odwraca twarzyczkę. O, droczy się ze mną. Przerywam te głupoty zdecydowanie, przytrzymuję jej policzek i nareszcie stykamy się ustami. Całuję ją z pasją, prawdziwie namiętnie, aż w końcu otwieram oczy i widzę, że moje kochanie ma twarz Tristana. Co do kurwy?
-Ja pierdolę - mamroczę pod nosem. Już nie rozespany, a całkiem trzeźwy, irracjonalnie wycieram sobie usta od tego wyśnionego pocałunku. Ble. Ohyda. Aż przechodzą mnie dreszcze, a ja sam podskakuję, budząc się na tyle gwałtownie, że strącam z ławeczki piknikowy kosz, który przygotowałem specjalnie dla swojej randki. Trochę nim telepie, ale chyba nic się nie stało. Nachylam się, żeby go podnieść i nagle już wiem.
Wiem, że tu jest.
Że przyszła.
Zapach jaskini się nasila, mimo że jesteśmy pośrodku ukwieconej łąki. To wyłącznie jej sprawka. Tylko ona sprawia, że dosłownie szaleję, dygoczę jak narkoman mający ścieżkę pod nosem, a niemogący jej wciągnąć. Porównanie kiczowate, ale nic nie odda mego stanu lepiej - musicie to zobaczyć sami.
-Shelta - szepczę cicho, rozpoznając drobną sylwetkę. Moje serce wyrywa się ku niej, biegnie pierwsze na przodzie peletonu i wiem, że nikt, ani nic go nie prześcignie. Ja sam stoję przy drewnianej ławeczce jak zamurowany, sycąc się jej obecnością. Dzieli nas ledwie parę kroków, ale nie mam odwagi, by zburzyć ten wspaniały dystans. Pozwalam, by brzmiał, bo brzmi niczym arcydzieła Mozarta, rozgrywane między dwójką kochających się ludzi.
Ma najpiękniejszy podbródek na świecie. Boże święty, nigdy jeszcze takiego nie widziałem. Idealna część ciała, wyeksponowana skromnie, ale jakże ponętnie, z wdziękiem sukowatej pensjonarki. Jak to robi, że nic nie robi, a ja jestem cały w nerwach? Zwraca się ku mnie ze spojrzeniem wyczekującym, tak słodkim, że niemal czuję w ustach smak mango, a mi głos zamiera w gardle. Na sztywnych nogach podchodzę bliżej i obejmuję ją nieśmiało, wtulając się w zagłębienie jej szyi. Nie czuję ciała, jedynie materiał sukni i szala, którym się otuliła - słusznie, dość wietrznie tutaj.
-Byłem taki głupi - mówię ze skruchą, odrywając się od niej. Odrzucić ją - szaleniec, idiota, debil, bałwan, dureń, błazen, kretyn, przygłup, jełop, głąb kapuściany! Oto ja, we własnej osobie. Ale nie popełnię tego samego błędu drugi raz, nie dam jej odejść! Klękam więc na jedno kolano, otumaniony miłością i wonią dochodzącego tęgoskóra.
-Shelto Vane, czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz mą drogą małżonką? - pytam, pewien, że może odpowiedzieć tylko w jeden sposób. Powie tak i urządzimy sobie wesele marzeń, mój stary przestanie zrzędzić a Wandzie się zamartwiać. No i namówię Sheltę, by zrobiła ją pierwszą druhną. Potem podróż poślubna, może do Amazonii, trójka dzieci i sielankowe życie rodzinne pełne miłości i śmiechu bąbelków.


Tak, możesz zapalić znicz
Chociaż wiem, że już nic
Mnie nie czyni człowiekiem
Morgan Szalbierz
Zawód : staram się
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
I Tend The Light
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Duch
Romantyczna ławka - Page 3 0a8b1-img_1302
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]26.03.20 20:20
Nie jest pewna co do tego czy serce jej dygocze z tęsknoty, podekscytowania czy też jednak kompletnie zamarło na widok jego osoby stojącej tu, na przeciw niej. Błękitna peleryna łopotała połyskując złotem opinając jego wysoką, smukłą sylwetkę. Obserwując ten obrazek nie mogła nie poczuć ukłucia na sercu bo - Och, jak zazdrościła! Jak zazdrościła przetkanym przez maszty linom wyobrażając sobie jak sprawnie piął się po nich, wplatał i przeplatał, obłapiał i obciążał swoim spoconym ciałem wznosząc się ku bocianiemu gniazdu po to by zaraz zgrabnie spłynąć po ich siatce ku burcie. Przyrzec chciała, iż w tym momencie pragnęła być jak ta lina, lecz w niepokornym wydaniu - taką co spęta, uwięzi, zatrzyma go dla siebie nie pozwalając odejść nigdzie indziej. Czy jednak można jej było tego chcieć? Czy ten egoizm, żądanie, pragnienie nie było właśnie tym co go spłoszyło...? Och, świecie...! Niechaj i tak będzie. Niech będzie i wolny! Jak ptak! Byle tylko nazywał ją swoją, by mówił jej Stokrotko, by się pochylał od święta i częstował zmęczoną słońcem skórą.
- Morgan... -  westchnęła z namaszczeniem, radością, spokojem. Zupełnie jakby odkrywała znaczenie tego słowa na nowo. Byłaby gotowa przyrzec iż obecnie było to miano morskiego bóstwa w cień zrzucającego Posejdona, jak i Neptuna. Smakującego ciemnym rumem, odurzającego morską bryzą, drapiącym dymem.
Gdy znalazł się już obok, gdy zetkną i dotykał jej ciała na moment pewna była tego iż przeistoczy się w pianę. Niemniej - wytrwała. Wspięła się lekko na palcach chcąc by znikł w zagłębieniu szyi. Otarła się swoim policzkiem o jego by z rozmarzonym spojrzeniem patrzeć na wieczorne niebo rozciągające się za jego plecami, przysłonięte brązowymi kosmykami, zaprawione zapachem morskiej przygody. Jego zapachem. Trzymając jedną dłoń na jego piersi, wsunęła ją pod wierzchnią, błękitną szatę przeciągając nią po miękkiej fakturze białej koszuli, kładąc w miejsce bijącego serca.
- Y-ym  - mruknęła kiwając zaprzeczająco głową - Wcale nie. To ja byłam egoistyczna, niecierpliwa...chciałam cię dla siebie zapominając, nie myśląc kompletnie o tym, czego ty chciałeś. Zasługiwałeś na coś lepszego, na kogoś lepszego. Ciągle zasługujesz, wiesz...? - palce dłoni delikatnie się poruszyły gładząc skórę piersi przez materiał białej koszuli w pocieszającym, uspokajającym, pieszczotliwym geście. Niech się nie zadręcza z jej powodu - bo sama skona tu za chwilę z udręczenia. Niech myśli ma spokojne, klarowne - bo na takie tylko zasługuje.
Przez chwilę dygocze z niepokoju, kiedy się od niej odsuną przekonana, że lada moment ją zostawi samą sobie w ciemnościach. On jednak klękną. Aż zamrowiła ją twarz, a w żyłach zamiast krwi popłynęła lawa. Nie wiedziała kiedy jej usta rozwarły się w szerokim uśmiechu - Tak! - wykrztusiła czując dopiero teraz, jak fala euforii napływa przez jej ciało, a ona nie ma zielonego pojęcia co z nią zrobić - Tak, tak, tak, tak... - powtarzała, głos jej się cieszył, radował. Jeżeli wstał to teraz wisiała mu na szyi oplatając wokół niej ramiona, a jeśli nie - opadła na ziemię przy nim chcąc by odjął od niej nadmiar radości nim ta ją zdusi - Och, Morgan... Nawet nie masz pojęcia, jak cię kocham - wyznała dławiona szczęściem - Myślałam już, że cię straciłam, a ty chcesz bym z tobą była, bym przy tobie została... Tak bardzo się cieszę, że nie mam pojęcia co sobą zrobić. To wszystko, jest jak kawałek urzeczywistnionej bajki. Ty, taki...jak książę czy bóg mórz - przeciągnęła spojrzeniem po złotych, syrenich spinkach - ...chcesz mnie - siedzącą w wierzy wariatkę i jeżeli tak jest, to cała jestem twoja - zaśmiała się ciepło, pieszczotliwie i jeżeli był to sen - niech jej nie szczypie



angel heart | devil mind
Shelta Vane
Zawód : Naukowiec
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 25
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarodziej
 https://i.pinimg.com/originals/a8/4a/37/a84a37cf278a89bc1624516ff1f8d801.gif
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6786-nathalie-dluga-budowa#177379 https://www.morsmordre.net/t7019-fiu#184686 https://www.morsmordre.net/t7020-shelta-vane#184691 https://www.morsmordre.net/f255-lancashire-stara-latarnia-morska-w-fleetwood https://www.morsmordre.net/t7030-skrytka-bankowa-1707#184954 https://www.morsmordre.net/t7029-shelta-vane
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]27.03.20 11:58
Podoba mi się każda kobieta - w każdej znajduję coś, za co można ją pokochać, za co można umrzeć, z tym, że sam daleki jestem od poświęcania swego serca. Kocham bezpiecznie i na odległość, trzymając moje uczucia w skrzyneczce zamkniętej na cztery spusty, bo moje zaangażowanie to przynajmniej mała katastrofa. Głupi jestem i póki to nie przyszło, myślę, że dam radę się bronić. A jakże, stawiam się, jak nieposłuszny wypłosz swemu ojcu, mimo że przed laty doskonale zaznajomiłem się z wynikami takiej konfrontacji. Ze starym przegrywam, a miłość także depcze mnie tuż po gongu, a to dopiero początek! Pierwszy raz czuję tak mocno i intensywnie, to więcej niż pożądanie i więcej niż tylko pragnienie, by zawsze być obok. Nie umiem tego nazwać, ale szaleństwo krąży w mych żyłach wespół z krwią, robiąc ze mnie wariata, który myśli tylko o jednym. Przypominam sobie, że to jej dłonie tak mnie ujęły: poruszające się w niezwykle szybkim tempie, zaciśnięte na nasadzie pióra, ślizgające się po pergaminie, pokrywającym się literami i obliczeniami dla mnie zupełnie obcymi. Jakby pisała w innym języku, lecz to nieistotne, nie muszę rozumieć. Bladą skórę często ma splamioną atramentem i pachnącą starymi księgami - czasem się bałem, że jeśli schwycę za mocno, rozsypie się, jak te wszystkie antyczne woluminy, z których zdmuchiwała kurz, ale i tak całowałem jej dłonie z czułością. Nauka nigdy nie była tak atrakcyjna, jak wtedy, gdy sczytywałem z kleksów ukryty w nich magiczny potencjał albo po prostu patrzyłem, jak szarogęsi się przy swoim wielkim biurku, ważna, zaaferowana i całkowicie pogubiona w nieudowodnionych teoriach. Jeśli uosobienie mądrości stanowi dla ciebie jakaś antyczna Atena - głupiec z ciebie. To moje jest żywsze, prawdziwsze i piękniejsze, krząta się, proponuje herbatę, od czasu do czasu rzuca mi to specjalne spojrzenie, prosząc, bym podszedł i odciągnął ją od pracy. Jej policzek jest gładki, ale i tak dla mnie ma fakturę stronnicy gwałtem wyrwanej z drogocennej księgi. Mój - drapie, trzydniowy zarost noszę słuszny, ale przytrzymuję tą pieszczotę, szorstką, ale jakąś ciepłą, wyrażającą wszystko, a przede wszystkim tęsknotę. Za jej ramieniem rozciąga się krajobraz trochę dziki, cały krzyczący, żebym ją całował. Wysokie trawy falują, jak bujne ciało, chyba mam omamy, albo cała ta natura to rozwinięcie pieprzenia.
-Przestań - warczę, agresywnie, nieco mieszając w tej słodkiej baśni. Nie chcę tego słuchać - o mych błędach, za które ona dobrowolnie bierze odpowiedzialność. Czy mnie tłamsiła? Tak mi się wydawało, ale wtedy nie moglibyśmy po prostu być razem, a teraz wszystkie przeszkody są nierealne, liche. A nawet, gdyby wyrosły wysokie jak pieprzone Himalaje i tak bym je pokonał z palcem w nosie. Jej ciepła ręka przesuwająca się pod moją koszulą to wystarczająca przynęta, przytrzymuję ją swoją własną: stop, najpierw nacieszmy się sobą inaczej. Muszę to zrobić porządnie. Muszę to zrobić właściwie. Pierwszy raz kocham kogoś tak mocno, że wypala to moje wnętrzności. Pierwszy raz: kocham w ogóle i wiem, że chcę z nią spędzić każdy wieczór i każdy poranek, przynosić jej ręcznik do łazienki i narzekać, że zabiera mi kołdrę. Padam przed nią na kolana, dobre i to, pozwala ukryć drżenie tychże i stan podobny atakowi paniki. Nie mogę nabrać powietrza, dopóki nie odpowie, a gdy z jej ust pada tak, mam wrażenie, że przestaję słyszeć. Nie ma już świata, tylko jej drobna sylwetka przede mną, tulę się do jej nóg, osłupiały ze szczęścia i zbieram się w górę powoli, jakby czekała mnie wspinaczka właśnie na górskie szczyty. Nie mam czego wsunąć jej na palec, więc milcząc rwę chwasty, co wpadają mi w ręce, zwykłe mlecze, jakieś polne kwiaty, których nie rozpoznaję i źdźbła długiej trawy, na poczekaniu wyplatając weselny wianek.
-Zróbmy to jeszcze dziś. Na statku. Kapitanowie mogą udzielać ślubów, a tak się składa, że znam niejednego - proponuję z rozpłomienionymi oczami, ściskając jej dłoń. Walić przygotowany piknik, kit z rodzinną uroczystością: zróbmy to teraz. Dotykam jej ust swoimi, powoli - kiedy całowałem je ostatnio? Smakują tak samo, czy przypanoszyło się tam coś nowego?


Tak, możesz zapalić znicz
Chociaż wiem, że już nic
Mnie nie czyni człowiekiem
Morgan Szalbierz
Zawód : staram się
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
I Tend The Light
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Duch
Romantyczna ławka - Page 3 0a8b1-img_1302
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]25.05.20 2:15
Nigdy nie tryskała nadmiarem pewności siebie. Pasmo porażek jakie plotła w swym życiu uczuciowym nie pomagało zbudować zalążka tego, ucząc ją w zamian czegoś zgoła innego - to ona, jej postawa była problemem, to że miała w zwyczaju szukać czegoś więcej, wymagać, doszukiwać się czegoś czego nie było. Jak choroba przekonanie to obłapiało myśli, zatruwało krew, paraliżowało pragnienia. Jesteś taka egoistyczna, nie zasługujesz, po co w ogóle wyciągasz ręce - szeptały na ucho niewidzialne mary, a ona jak krnąbrne, słusznie karane dziecko spuszczała spojrzenie, wiła palcami dłoni w zakłopotaniu, przygryzała wargę w zażenowaniu. Teraz też czuła, że robi coś nieodpowiedniego, niewłaściwego dla niej - znów chce go dla siebie. Tak po prostu. Ujęta zgrabnie spisanym listem, z nim przed sobą czekającym właśnie na nią, przywdzianym w błękit, przyozdobiony złotem. Jak to spłoszone, niedowierzające w swe szczęście dziewczę zaczęła się tłumaczyć, płaszczyć, wznosić jego ponad siebie. Nieznoszący sprzeciwu warkot jego słów obmył ją z głupich myśli niczym opadła na klify burzowa fala - z łoskotem, siłą. Oczy się rozszerzyły z zaskoczenia, by zaraz schylić powieki w miękkim, czułym wyrazie rozczulenia. Chciał jej bez względu na wszystko
- Umm... - mruknęła zgodnie z jego wolą nie mówiąc więcej. Jak słowa tak szorstkie mogły obmywać serce z delikatnością najdroższego balsamu..? Oswobadzać, dodawać skrzydeł? Wypuściła nadmiar powietrza z płuc z westchnieniem ulgi i spokoju jakiej nigdy dotąd nie odczuwała. Wsuwając rękę pod materiał wierzchniej szaty, kładąc mu ją niemalże na sercu ogarniała ją słodka euforia tego, że bije dla niej nie ciszej i wolniej niż jej wyrywające się w tym momencie z piersi. Zaraz jej perspektywa widzenia uległa zmianie. Znajdował się u jej stóp wydając się tym samym uosobieniem całego jej świata, który dla niej i ku jej powstał malując odważne plany najbliższej i dalekiej przyszłości. Nie mogła nie czuć płomiennego mrowienia ogarniającego całe jej ciało - Jeszcze nie tak dawno czuła urazę do swojego kuzyna za to, że ożenił się po kryjomu informując ją o tym po fakcie, a dziś, w tym momencie - wiedziała, że niepotrzebnie żywiła podobne uczucia - Oszalałeś - mruknęła ukazując w uśmiechu radości ząbki - Ale tak, koniecznie, jeszcze dziś - powtórzyła żarliwie, z przekonaniem by po sekundzie, dwóch nie umieć się skupić na czymkolwiek innym jak na jego ustach opierających się na jej. Wilgotny, powolny pocałunek przywodził jej na myśl opadającą falę porywającą swym prądem pod powierzchnię wszystko co tylko stanęło na jej drodze. Skojarzenia budzone przez amortencję ocierały się o zęby, język. Alkohol, tytoń, morze... smakował jak wytrawny drink. Odsuwając się chcąc zaczerpnąć tchu. Policzki miała rumiane, a oczy kochające. Zaświergotała ciepłym śmiechem widząc jak go pomalowała - Nałożyłam chyba trochę za dużo szminki... - sięgnęła chcąc początkowo zetrzeć, lecz ostatecznie rozciągnęła jej nadmiar na wardze Morgana z miną malarza kończącego dzieło swego życia. Oplotła zaraz ramiona wokół szyi swego przyszłego męża jej dzieci. Niby przypadkowo ocierając naznaczony malinową szminką paluszek o kołnierz swego wybranka dokonując tym samym iniekcji jego osoby do siebie. Skoro idą do portu niech wiedzą, że należy do niej - Nie boisz się mnie wpuścić na pokład, Morganie? A co jak zapuszczę tam korzenie i beze mnie nigdzie już nie wypłyniesz...? - przekomarzając zmrużyła oczy dusząc perlisty śmiech ekscytacji wymieszanej z rozbawieniem gdzieś jednak, pod skórą pragnąc być przy nim, kiedy będzie odbijał od portu ku otwartemu morzu, tak jak zwykli to robić marynarze - Pójdźmy później świętować. Tego nie odpuszczę! Chcę przetańczyć z tobą noc! - Przeżyć życie. Zawyrokowała - każdą możliwą... - poprawiła się jednak zaraz rozumiejąc, że jedna to może być za mało - na każdego rodzaju parkietach... - podkreśliła. Czy to deski okrętu, przydrożnego baru, domu który wybudują, stołu, sypialni... Na ostatnią myśl niepokorny, wdzięczący się rumieniec zapląsał się na muśniętej słońcem twarzy - Znam kilka knajpek. Mój wuj prowadzi jedną, lecz jakby ci to nie odpowiadało to na myśl przychodzi mi jeszcze jedna irlandzka. Irlandczycy to bardzo gościnni ludzie, a sama Irlandia... - ach - Myślisz,m że moglibyśmy tam uciec na miesiąc miodowy, albo trzy...? - z dala od wojennego zgiełku. Tylko ty, ja, MY.



angel heart | devil mind
Shelta Vane
Zawód : Naukowiec
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 25
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarodziej
 https://i.pinimg.com/originals/a8/4a/37/a84a37cf278a89bc1624516ff1f8d801.gif
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6786-nathalie-dluga-budowa#177379 https://www.morsmordre.net/t7019-fiu#184686 https://www.morsmordre.net/t7020-shelta-vane#184691 https://www.morsmordre.net/f255-lancashire-stara-latarnia-morska-w-fleetwood https://www.morsmordre.net/t7030-skrytka-bankowa-1707#184954 https://www.morsmordre.net/t7029-shelta-vane
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]25.05.20 14:17
Skoro natura to pieprzenie, to czym jesteśmy my? Prymitywnie osadzeni na świecie, pogubieni między miłością a rozmnażaniem, bo to przecież wcale nie jest to samo. Ale ktoś zadbał, by tak nam się zdawało, by chemia w mózgu pięknie łączyła się z drżeniem ciała, by rozgoniony wzrok i przyjemność leniwie  płynąca wzdłuż kręgosłupa owocowała po dziewięciu miesiącach. Bach, kolejny cykl, jakim strzela nam się w twarz, tuż obok pór roku i następstwach dnia i nocy. Opary eliksiru czynią ze mnie pierdolonego myśliciela, gotowego wykazać Shelcie, co, jak i dlaczego, pogrążyć się w omawianiu przyrodniczej równowagi, jednocześnie scałowując rosę z jej dłoni mierzwiących trawę. Jesteśmy zaklęci, proste, ale przecież nie istnieje klątwa, której nie można złamać.
Tylko, że wcale nie chcę z nią walczyć.
Gdy na nią patrzę, to prawie tak, jakbym stopniowo przestawał oddychać. Woda zatyka mi usta, płuca pieką ostrym ogniem, brak mi realnego tchu, a wszystko podyktowane jest ciałem. Jej, moim, dążącymi, żeby się scalić.
Ale nie tak tanio.
Nie żałośnie ckliwie, jesteśmy przecież odrębni, myślimy o nas i o sobie, a prócz tego o kwitnieniu jabłoni i syrenach. Widzę to niemal rytualnie, nawet brudno i przebiegle. Bez sukienki, bez koszuli na mej piersi, mam ochotę wyrwać z jej włosów spinki, zetrzeć makijaż, kopiąc głęboko, aż do całkowitej nagości. Znam ją przecież tak dobrze, szczupłe łokcie, nieco wystający brzuch, chude uda, nawet zabawnie długie palce u stóp, to wszystko wywołuje we mnie niemożliwe drżenie, straszliwą niecierpliwość.
Porażoną drętwotą; drętwieją moje członki, a wraz z nim kamienieją też myśli, w pierwszej chwili przerażone, że to właśnie się dzieje i nieodwołalnie zamieniam się w posąg. Lecz nie, to moment kontemplacji, uchwycenia odpowiedniego kadru w stop-klatce. Dygot zachłannych dłoni, szusowanie nieuporządkowanych strzępków myśli, chore pragnienie drążące we mnie z nieustępliwością pracowitego górnika. Czy coś w ogóle jest dalej? Co się stanie, gdy ją dotknę, znowu, gdy wrócą wspomnienia? Powrócę w czasie do igraszek w ciemnym pokoju, oświetlonym tylko słabym, żółtym płomieniem, do smaku jej skóry, przegryzającym się z woskiem i tuszem zrobionym z sadzy? Po co to, nie chcę tego, muszę to zniszczyć, wehikuł tylko nas uwstecznia. Trzyma w szachu, kiedy się wyrywamy, ale już dość. Przed nami jest wszystko, prawdziwe życie, domowe, skrzące się od obowiązków i rozkoszy, pachnące praniem no i nią, moim potem, zużytą bielizną, mlekiem. Kupię błyszczącą farbę i połączę piegi na jej twarzy, a później poszukam na niebie odpowiadających im konstelacji. Odsunę jej krzesło, przeniosę przez próg, zaparzę kawę, gubiąc się po drodze w prostych czynnościach i prosząc o wskazówki. Wokół domu postawię płot i zawiesimy na nim kolorowe dzbanki.
Przysięgać będę z uśmiechem, a nie, jak zawsze sądziłem - ze strachem.
Przytrzymuję jej dłoń i kręcę głową, to wcale nie tak, Shelto, wcale nie tak. Jestem świadomy, moje wariactwo to ledwie historyczna wzmianka, ułamek wśród rodziny, nie oszalałem.
-Nigdy wcześniej nie byłem niczego tak pewny, jak teraz - mruczę i zamykam oczy. Niech ten pocałunek będzie niezwykły, czuły, mocny, obiecujący. Usta mam suche i spierzchnięte od wiatru, muszę jej to wynagrodzić, to i kłujące policzki. Nie umiem, nie umiem, wbijam palce w jej chude ramiona i cofam się na oślep, prowadząc jej ciało gdziekolwiek, atakując usta swoimi ustami. Mocno, żarłocznie, jakbym właśnie celebrował ostatnią wieczerzę, po której odpowiedziałbym za grzech nieumiarkowania. Zęby zgrzytają, szkliwo trze o szkliwo i dopiero wtedy przytomnieję, odrywając się od niej. Włosy ma w nieładzie, wargi spuchnięte, a oczy błyszczą już tylko radością. Daję jej się poprawić, daję się umalować, smakując szminki też ze swych ust, choć na nich nie wywołuje prędkiego skurczu serca. Biorę ją za rękę i całuję po kolei każdą kosteczkę, skrajnie romantyczny gest po pocałunku uzewnętrzniającym mój najgorszy popęd i głód.
-Nie chcę pływać bez ciebie. Nie chcę pływać w ogóle. Możemy pojechać gdziekolwiek, założyć prawdziwą rodzinę. Dzieci muszą mieć przy sobie oboje rodziców - deklaruję cicho, dla niej rezygnuję z morza, z podróży, z bycia włóczykijem i wagabundą, posiadającym tobołek i koszulę na grzbiecie - ty będziesz dalej mogła pracować, a ja nauczę się wszystkiego, co trzeba, byśmy byli szczęśliwi. Zadbam o ciebie - szepczę cicho, to ta obietnica, której nie złamię. Jak mógłbym? Chcemy tego samego, wspólnych nocy i poranków, odgłosów małych stóp na łazienkowych kafelkach, smug dżemu w kuchni, czułej, hardej miłości.
-Będziemy tańczyć - odpowiadam jej, przyciągając ją do siebie raz jeszcze, mocno, władczo kładąc dłoń na jej tali i przechylając ją do tyłu, całując powoli dekolt i szyję - będziemy się kochać - snuję wizje niedalekiej przyszłości, kilku godzin, gdy wypełnimy małżeńskie powinności - do Irlandii - potwierdzam, pojedziemy tam, jeśli tylko sprawi ci to przyjemność. Pojedziemy wszędzie, żebyś była zadowolona. Tymczasem jednak, deportujemy się do Londynu, do ponurego portu, który o tej porze wygląda ponuro i cuchnie rybą. Chwytam Sheltę za rękę i ciągnę ją pomiędzy zacumowanymi statkami, szukając tego, który na dziobie ma wyrzeźbioną mantikorę.
-Garry? Garry? - trap jest ściągnięty, ale to nie problem, mamy magię, a stary Roche nie zabezpiecza swej łajby zbyt dobrze. Łomoczę w drzwi kabiny tak długo, aż ze środka wypada podkurwiony mężczyzna z przerzedzonymi jasnymi włosami i przekrwionymi oczami.
-Czego tu znowu? - wrzeszczy, startując do mnie z brudnymi paluchami, ale zamiera, kiedy dostrzega Sheltę - Lynch, postradałeś rozum do reszty? Baby na pokładzie przynoszą pecha! Już, fora ze dwora, zanim tu licho jakie przyciągnięcie! - krzyczy, pryskając na mnie kropelkami śliny.
-Już wyjaśniam, Garry, spokojnie. To jest Shelta. Chcemy wziąć ślub i no, myślałem, że może mógłbyś, jako kapitan...
-]Aaa, mówże tak od razu, smarku, dobrze trafiłeś! Więcej w życiu ślubów udzieliłem niż te ulizane urzędasy z Ministerstwa, no dobra, chodźcie tu, gołąbeczki - przerywa mi wyraźnie zadowolony Garry, zacierając ręce. Spogląda przy tym pożądliwie na Sheltę, aż muszę mu dać kuksańca w bok, żeby się opamiętał.
-Nie praktykujemy prawa pierwszej nocy - uświadamiam go, ściśle obejmując Sheltę, na co stary tylko rechocze, ale przestaje się tak gapić i każe nam stanąć naprzeciw niego.
-Zebraliśmy się tutaj, by... Och, jebać to, powiem po swojemu. Zara będziemy świętować miłość, która jest zupełnie, jak to morze - Garry zatacza łuk swoją wielką łapą tak gwałtownie, że aż muszę się uchylić. Posyłam Shelcie nerwowy uśmiech, zaczynam łapać tremę  -głęboka, piękna, nieokiełznana w swej burzliwości, mogąca zalać nas i zmyć aż po same... kostki. To nie tylko miłość Morgana i... jeszcze raz, ja wołasz na tą swoją szproteczkę?  - pyta, a mnie już krew zalewa i czerwienię się jak burak ze wstydu.
-Shelta - warczę, a jej posyłam przepraszające spojrzenie. Oby nie uciekła mi sprzed ołtarza przez tego buca.
-... i Shelty, ale miłość wszystkich ludzi do wszystkiego. Moją do mojej baby, jej do listonosza, listonosza do swojego psa, psa do kiełbasy - coraz mniej przytomnie wylicza Garry, a ja mam już dosyć tego przedstawienia.
-Przejdźmy już może do tego, co ważne - wpadam mu w tą badziewną wyliczankę i chwytam swą wybrankę za dłonie - Shelto, nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałem, że ta chwila może dać mi tyle szczęścia. Nauczyłaś mnie, że kluczem do tego szczęścia, wcale nie jestem ja, tylko druga osoba. Gdy jesteśmy razem, mam wrażenie, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych, a niebo już dawno przestało być limitem. Dziękuję ci. Za wszystko, co dla mnie zrobiłaś i za to, że teraz pozwalasz, bym ja także zrobił wszystko dla ciebie - kończę w akompaniamencie niezwykle głośnego smarkania Garry'ego, ale prawie go nie słyszę, otumaniony tym, co właśnie się dzieje. Żenię się, żenię się z nią, z kobietą, którą kocham.


Tak, możesz zapalić znicz
Chociaż wiem, że już nic
Mnie nie czyni człowiekiem
Morgan Szalbierz
Zawód : staram się
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
I Tend The Light
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Duch
Romantyczna ławka - Page 3 0a8b1-img_1302
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]07.06.20 3:16
Jego pewność syciła jej serce radością i umiłowaniem jeszcze większym niż tym odczuwanym przed sekundą. Jak piękne to było. Jak wspaniałe! Niby dwa umysły, a myśli po nich się błąkające już teraz zdawały się być ze sobą połączone, wspólne tak jak spalany w żarliwym pocałunku oddech. Nie potrafiła określić w którym momencie pochłoną ją swą gwałtownością, pragnieniem, lecz nie miało to większego znaczenia bo ochoczo dążyła do połączenia się ze stojącym przed nią żywiołem. Wychodziła więc miękkimi, kobiecymi ustami na przeciw mięsistym, męskim. Zrobiło się parno, ciepło. Mogłaby przysiąc, że traci kształt i przepływa między zaciskającymi się na ramionach palcami. Chyba tylko one trzymały ją jeszcze w ryzach rzeczywistości.
Płuca ściskały się boleśnie zmuszając do opamiętania. Nie mogła się nie uśmiechnąć pod nosem widząc potargane włosy, upojone szczęściem oczy, spuchnięte i umazane szminką usta swojego wybranka. Czy był odbiciem jej samej? Było w tym obrazku coś czułego, ciepłego. Nieśpiesznie poprawiała bałagan ugłaskując jasne włosy, bawiąc się szminką. Czerpała z tego niewysłowioną przyjemność i radość. A to był przecież ich pierwszy dzień zjednoczenia, uświadomienia sobie o wzajemnej miłości!
- Będą więc mieli - przyznała czując, jak serce jej trzepocze na myśl jak wiele chciał jej oddać, jak wielkich wygód się wyzbyć. Stawiał ją ponad morze, oceany, przygody i tym razem nie negowała, nie odtrącała, nie chciała odtrącać jego zapewnień, podarków podsuwanych pod jej stopy jak muszle przez spienione fale. Jak by mogła skoro chwilę wcześniej przekonał ją o tym, że to ona jest jego szczęściem i pragnieniem. Nie było potrzeby by po raz kolejny musiał jej o tym warkliwym upomnieniem przypominać. Tak więc, jeżeli miała być portem w którym pragnął zatrzymać się na zawsze to niech tak będzie - bardziej szczęśliwa z tego tytułu być nie mogła - Tylko ty możesz - zadbać o mnie, sprawić, że zawsze będę miała wszystko czego mi potrzeba bo to właśnie ty jesteś wszystkim - Nie miała co do tego wątpliwości. Chciała by wiedział - Ja zaś zajmę się tobą - obiecała chcąc by on był przy niej tak szczęśliwy jak ona przy nim. Będzie mu gotowała to co lubi, cerowała i parowała skarpetki, poprawiała kołnierzyki koszuli, budziła do pracy nawet jeżeli musiałaby wstawać wcześniej niż powinna.
Przyciągnięta do tanecznej pozy ułożyła dłoń na męskim barku, pozwalając by ciało z zaufaniem odnalazło podparcie w jego dłoniach. Obsypała go kilkoma głoskami filuternego rozbawienia. Pocałunki, za które bez wątpienia ktoś pokarałby karcącym spojrzeniem gdyby nie intymna sceneria roztoczona wokół romantycznej ławeczki, pieszczotliwie załaskotały, a zapowiedź zbliżającego się wieczora sprawiło że pielęgnować zaczęła kiełkujące w niej zniecierpliwienie i niepokój. Zupełnie jakby miał być to jej pierwszy raz.
Powoli galopujące wyobrażenia rozmyła brnąca do przodu rzeczywistość. Wystarczyło mrugnąć, a znajdowali się we dwójkę w porcie. Szumne trawy i przestrzeń zastąpił bruk oraz portowa infrastruktura wątpliwej jakości. Nie było to jednak ważne, nie było to nawet straszne! Nie mogło być, kiedy trzymał ją przygarniętą tak blisko siebie jak tylko mógł. Ona sama również go nie puszczała. Z wplecioną w jego palce dłonią pożądała za nim aż na pokład statku na którym to przyszło poznać jej Garrego. W samą rozmowę się nie wtrącała, czując jednak lekkie zawstydzenie, kiedy to owy kapitan zaczął ją wzroczyć nazbyt intensywnie. Instynktownie poprawiła chustę na dekolcie. Uśmiechnęła się nieco kanciaście w reakcji na kapitański rechot by zaraz jednak stanąć na przeciw człowieka, który miał ich życie związać. Początkowa rezerwa do Kapitana zaczęła topnieć pod naporem jego gestów, ruchów i słów, które wpędzały Morgana w pocieszne dla oczu zakłopotanie sprawiając, że jej własne zdawało się nieco lżejsze do uniesienia. Czuła się jak na scenie podczas szkolnego, wyczekiwanego od dawna przedstawienia choć na łodzi byli tylko we troje pozbawieni nadmiaru publiki. Poczuła zażenowanie w chwili w której ujął ją za spotniałe dłonie w nadziei, że te nie wyślizną mu się jak świeżo wyłowione szprotki albo, że przez to uzna ją faktycznie za jakiś rodzaj obślizgłej ryby. Oby nie! Przyziemne problemy podobnej kategorii rozpłynęły się jednak, umniejszyły i rozpadły w nicość ustępując rezonującym w jej ciele głosie Morgana splatające jej przeznaczenie z tym należącym do niego.
- Chociaż to ja mieszkam w latarni tak jednak w chwili w której cię poznałam odniosłam wrażenie, że to ty rzucasz na mnie światło sprawiając, że świat wokół zaczął wydawać się lepszy, znośniejszy, bezpieczniejszy. Dziś już wiem, że to wcale nie było złudzenie. To ty podarowałeś mi tych kilka lekkich oddechów dzięki którym podniosłam się z kolan. Pragnę by twoja obecność przyświecała mi tak długo, jak długo bić będą nasze serca, byśmy mogli wspólnie z podniesionymi wysoko głowami wyglądać przyszłości której początek damy dziś - kończąc zacisnęła drżące z podekscytowania i rozczulenia dłonie na jego. Oczy jej się zaszkliły, a kąciki ust się unosiły wysoko, szeroko. A więc tak to było płakać ze szczęścia...?



angel heart | devil mind
Shelta Vane
Zawód : Naukowiec
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 25
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarodziej
 https://i.pinimg.com/originals/a8/4a/37/a84a37cf278a89bc1624516ff1f8d801.gif
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6786-nathalie-dluga-budowa#177379 https://www.morsmordre.net/t7019-fiu#184686 https://www.morsmordre.net/t7020-shelta-vane#184691 https://www.morsmordre.net/f255-lancashire-stara-latarnia-morska-w-fleetwood https://www.morsmordre.net/t7030-skrytka-bankowa-1707#184954 https://www.morsmordre.net/t7029-shelta-vane
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]18.06.20 13:29
Z niejednego pieca chleb jadłem i wiele ust całowałem, ale żadne nie smakowały w ten sposób. Narkotycznym uzależnieniem, gorzkawym proszkiem, posmakiem rozgrzanych w słońcu kamieni oraz tajemnej morskiej wilgoci, cichą obietnicą późniejszej namiętności w narastającym dystansie. Ten między naszymi ciałami prawie namacalnie parzy, lecz nie jestem w stanie postąpić ani kroku do przodu, zamieram tuż przy niej, rozdygotany uczuciem i pewnością, która przesłania mi wszystkie inne myśli. My możemy istnieć w oderwaniu, moja wyobraźnia skwapliwie karmi mnie obrazem totalnego zawieszenia, miejsca, gdzie jesteśmy sami, a tło dopowiemy sobie wedle naszej woli. Jednego dnia w pałacu, drugiego w skromnej chatce, gdzie na kaflowym piecu będzie wygrzewać się kot, trzeciego zaś w głuszy, na boso, pod dachem ze splecionych koron drzew. Lubię, gdy mnie w swoich długich palcach poznaczonych smugami tuszu moje włosy, lubię, kiedy wiatr podwiewa jej grzeczną sukienkę w górę, a ona łapie za skraj materiału i udaremnia mi spojrzenie na nogi, lubię, gdy upina sobie fryzurę i pokazuje odstające uszy. Lubię, kiedy mówi, przeważnie mądrze i o rzeczach, których nie rozumiem. Nawet wolę to niż nieprzyzwoitości, które mruczę, całując jej dekolt, które kiedyś szeptałem, siedząc między jej udami, podczas gdy ona oddawała się pracy piórem. Cielesność mnie porusza, lecz uczucie przebija to na wylot, chcę ją po prostu kochać. Przykrywać dłonią jej małą rączkę, nakrywać do stołu, załatwiać sprawunki, by odciążyć ją od żmudnych, codziennych obowiązków. Klękać za nią, gdy bierze kąpiel i myć jej włosy, pieścić klatkę piersiową, masować obolałe łydki, całować z wdzięcznością za każdy uśmiech i za jej widok w małym oknie z niebieskimi okiennicami.
-Będę dla ciebie najlepszy - odpowiadam cicho, to równe przysiędze. Nie chełpię się, to żadna arogancka odzywka buca, który siebie uważa za pępek świata i sądzi, że jego baba już lepiej nie trafi, to zobowiązanie, bym naprawdę takim się stał. Nie muszę o tym pamiętać, to już się dzieje, ja już się zmieniam. Myślę o przyszłości i jesteśmy w niej my, liczba mnoga. Czy to wystarczy?
-Ja... - szepczę jeszcze, głucho, pośpiesznie, gdy werbalizuję słowa bez większego użycia swej woli, jakby wydostawały się ze mnie tempem różdżki sypiącej iskrami - chcę się o ciebie zatroszczyć. Naprawdę mi na to pozwolisz? - pytam jeszcze z naiwną nadzieją, dłońmi sunąc po jej filigranowym ciele. Łapczywie, zachłannie, jakbym pragnął ją zatrzymać dla siebie i nigdy nie oddać. Nie posiąść, a wręcz wchłonąć, zatopić się, stopić w jedność. Zimne ręce zatrzymuję na  jej biodrach i patrzę na nią łakomie, zrobię co tylko sobie zażyczy, muszę przełknąć ślinę, muszę przestać. Oddycham ciężko, jakbym na jednym tchu przebiegł niewyobrażalny dystans, lecz to nie płuca mnie palą. Nawet nie lędźwie, choć prymitywnie wybiegam myślami do wieczora, gdy nasza miłość upłynnia się w akrobatyce ciał. Niesamowite, że krople potu mogą być tak pociągające, a każda niedoskonałość na bladym obliczu aż prosi się o pieszczotę, ułożenie dłoni na policzku. Chwytam jej dłoń i gryzę palce, patrząc przy tym na nią spokojnie. Czy to zdrożne, czy już tylko piękne, skoro jestem zakochany?
A lada moment: żonaty.
To wszystko dzieje się tak szybko, jak w najbardziej popierdolonym śnie, ale cały czas trzymam ją za rękę, a mój nieprzytomny uśmiech zderza się z błyszczącymi podekscytowaniem oczami Shelty. Tubalny głos Garry'ego słyszę jak dziwne echo, totalnie rozkojarzony sytuacją, drobnymi bodźcami przepływającymi z jej ciała, natężającym się zapachem morza i narkotyków. Zamykam oczy, gdy mówi, nie ma prawa zobaczyć, jak się wzruszam, a czerstwa morda wilgotnieje na polikach wysmaganych wiatrem. Czuję dziwną lekkość, mogąc nareszcie ją pocałować, tak na poważnie, tak, żeby to coś znaczyło. Moje wargi na jej ustach układają się miękko, dłoń wsuwam w jej włosy, a język po prostu głębiej, przesuwam nim po zębach i rozrywam niewinny status quo, bo Shelta jest już moją żoną.
-Będę cię pieprzyć do samego rana - mruczę jej cicho prosto w usta, a moja dłoń dyskretnie zagłębia się między kobiece kolana - wyliżę cię. Wezmę cię tak, jak lubisz. Gdziekolwiek - szepczę coraz mniej przytomnie, masując jej uda - gdzieś, gdzie jeszcze tego nie robiliśmy - kontynuuję, całując jej szyję i obserwując falującą pierś. Gdybym wiedział, że tak to wygląda, przysięgam, ochajtałbym się już dawno temu.
Z nią.
I bylibyśmy szczęśliwi, dokładnie tak, jak teraz.


Tak, możesz zapalić znicz
Chociaż wiem, że już nic
Mnie nie czyni człowiekiem
Morgan Szalbierz
Zawód : staram się
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
I Tend The Light
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Duch
Romantyczna ławka - Page 3 0a8b1-img_1302
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]12.07.20 19:59
Codzienność miała od dziś dźwięczy jego głosem, zamykać w uścisku opalonych rąk, łaskotać skórę szyi ciepłymi pocałunkami i było to po prostu... piękne. To, że będzie blisko i nie pozwoli na to by dopadły ją samotne myśli. Będzie ją rozśmieszał lekkimi, pewnie nie raz zmyślonymi historiami. Ubarwiał jej zawiłe, pełne naukowych schematów świat prozą życia - tą zwyczajną, napełniającą życiem serce. Czy był metaforą powietrza...? Jeśli tak, to miała ochotę tracić oddech wykrzykując jego imię tylko po to by na nowo napełnił jej płuca sobą. Nie miała co do tego wątpliwości. Ściskała jego dłoń, zadzierając spojrzenie w górę - ku oczom w których widziała ich wspólną przyszłość. Jej własne szkliły się od wzruszenia słysząc obietnice, przyrzeczenia oraz zapewnienia z których biła szczerość, prawdziwe oddanie, jak i troska. Ona tez się o niego zatroszczy. Dziś uczyni to w sposób szczególny chcąc świętować tą słodką chwilę zawiązania - Niczego innego nie mogę się doczekać... - Kącik ust uniósł się kokieteryjnie z zapowiedzią czegoś upragnionego wpisaną w coś niewypowiedzianego lecz mającego swój początek w rozlewającym się ciepłem spływającym z męskich dłoni na okrywanych nimi kobiece biodra. Oszołomiona wyzywającym gestem zaniemówiła. Gorący, wilgotny oddech opierający się na opuszkach zamkniętych między zębami palców, sunący dalej po długości ramienia. Rozszerzone źrenice zwęziły się. Palce mozolnie wygrzebały się z uścisku zębów wilka morskiego. Upewniając się ze patrzy zlizała wilgoć z długości wskazującego palca niczym kocica smakująca śmietanki. Zachowywała się wyjątkowo zdrożnie, zapominając o bytności starego marynarza między nimi czy też o tym, że nie byli skryci za ścianami prywatnej sypialni. Nie miało to jednak znaczenia - dziś czuła że jest w stanie zapomnieć o całym świecie jeżeli tylko był obok, a wszystko co robiła dla niego nie mogło być nieodpowiednie, niewłaściwe. Byli mężem i żoną, jedną duszą i sercem. Rozedrgane ciało niecierpliwie dążyło do tego by już teraz nadgonić uczucia i również dokonać ceremonialnego połączenia.
- Och Morgan... - jęknęła szeptlkiwie - nazwij mnie panią Lynch - nakazała mieszając podniecenie z rozbawieniem w chwili w której wulgarna zapowiedź dzisiejszego wieczoru załaskotała ją w szyję. Oparła głowę na jego przytrzymując go w zagłębieniu szyi. A może szukając w jego sylwetce oparcia dla swojej? - Pieprzyć Irlandię... - warknęła półprzytomnie zapożyczając jego języka - Chodźmy do mnie - spojrzała na niego półprzytomnymi oczami, a w jej głosie tliło się coś błagalnego, proszącego. Dłoń zamknęła na jego przerywając niemoralną wędrówkę po to by przyćmiony zapowiedzią przyjemności umysł otrzeźwiał na tyle by mógł ich dwójkę bezpiecznie aportować za pomocą świstoklika pod latarnię w której spędzić mieli słodko całą noc.

|zt x2



angel heart | devil mind
Shelta Vane
Zawód : Naukowiec
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 10
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 25
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Czarodziej
 https://i.pinimg.com/originals/a8/4a/37/a84a37cf278a89bc1624516ff1f8d801.gif
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6786-nathalie-dluga-budowa#177379 https://www.morsmordre.net/t7019-fiu#184686 https://www.morsmordre.net/t7020-shelta-vane#184691 https://www.morsmordre.net/f255-lancashire-stara-latarnia-morska-w-fleetwood https://www.morsmordre.net/t7030-skrytka-bankowa-1707#184954 https://www.morsmordre.net/t7029-shelta-vane
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]23.02.21 15:54
15.10

To pewnie nie był dobry pomysł.
Pewnie powinien siedzieć cicho, milczeć, zapomnieć.
Ale wobec niektórych osób był lojalny jak pies.
Zwłaszcza osób, z którymi dzielił...
...zbyt wiele.
Nie mógł zignorować listu, prośby, nerwowości ukrytej między słowami.
Znał ją zbyt dobrze, by nie wyczuć, że coś jest nie tak.
Choć, czy w ogóle kiedykolwiek ją znał? Czy poznał ją naprawdę? Czy już raz nie przekonał się o tym, był ślepy i głupi i naiwny?
No dobrze, znał siebie zbyt dobrze, by wiedzieć, że sumienie zeżre go od środka, jeśli to wszystko zignoruje.
Naprawdę? Mnie ignorujesz. Kogoś innego też już zignorowałeś, mimo moich prrrrrróśb i jestem za to barrrrrrrrdzo zły.
Zacisnął powieki. Fenrir potrafił być uparty, ale Michael na razie wygrywał tą walkę. Wiedział, o co wilk ma pretensje, ale postawił na swoim. Dzisiaj też postawi na swoim. Bezpieczeństwo przede wszystkim. Jej, własne, innych osób do których nie pisał (lub pisał)...
O miejscu i dacie mogła wiedzieć tylko ona, a o jej intencjach upewnił się już wtedy, gdy bez wahania ratowała go przed wilczycą. Nie pragnęła jego krzywdy. Chyba. Oby. Jeśli tak, to… poradzi sobie. Musiał. Celował już różdżką w Lyalla Lupina, dawnego kolegę, teraz brygadzistę. Zabił Olava, byłego najlepszego przyjaciela, wilkołaka - w obronie własnej i aurorów, ale na co to się komu zdało? I tak nikt nie przeżył, nikt poza Fenri Michaelem. O tak, ta śmierć ciążyła mu na sumieniu najmocniej - pozbywać się nieznajomych zawsze było łatwiej. Czym w porównaniu z tym byłoby szybkie Oblivate wymierzone w pannę Crabbe?
Crabbe? Pewnie nosiła już nazwisko męża.
Zapomnienie nie pomaga, bo zawsze się czuje, że coś jest nie tak. - wtrącił Fenrir, tonem zbyt mądrym jak na siebie, a Michael przygryzł mocno wargę. Mógłby po prostu tutaj nie przychodzić, oszczędzić im tego wszystkiego...
Już była zmartwiona, już czuje, że coś jest nie tak. Poznała zresztą ciebie, wielkie d z i ę k i. - wytknął wilkowi i podszedł bliżej ławki. Powinien na niej usiąść?
Całowali się niegdyś na tej ławce, bez wytchnienia, z namiętnością, która sprawiła, że się w niej zakochał. Na zabój. Nieroztropnie, nieostrożnie, boleśnie.
Nie, lepiej pozostać na nogach, stać, nie siadać. Nie wspominać.
Nic nie czuć.
Spokojnie, tylko spokojnie. I obojętnie. Czuł się zmartwiony i ostrożny, ale w sercu nie znajdował chyba nic więcej - wmawiał się, że ma tam już tylko pustkę, ale w istocie w jego duszy szalał po prostu chaos.
Rozejrzał się.
Yorkshire nie było już przyjaznym i spokojnym miejscem.
Ona nie była już tamtą dziewczyną.
Zresztą, nigdy nią nie była.
Widział w niej kogoś innego, niż zalęknioną konformistkę, zastraszoną przez ojca. Powinien pewnie założyć, że nadal jest taka...
...ale nie potrafił. Ten list, był taki dziwny. Niepodobny do niej. Słowa zdawały się palić.
Wziął głęboki wdech, mocniej naciągając kaptur na głowę. Da radę podejść do tego chłodno, spokojnie, bez emocji. Musiał. Trochę obawiał się Fenrira, ale ten zdawał się na razie ułatwiać mu sprawę - to Michael tęsknie wył do przeszłości, wilk nigdy jej nie doświadczył.
Powinien był zapuścić brodę, bez zarostu łatwiej go rozpoznać - ale wahał się nad lustrem tyle, że w końcu się ogolił. Przez pamięć starych czasów, cholera jasna.
-Homenum Revelio. - westchnął, chcąc sprawdzić teren. Dobiegało południe. Ostatnia szansa, by się rozmyślić i ewakuować.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Romantyczna ławka - Page 3 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]23.02.21 15:54
The member 'Michael Tonks' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 38

--------------------------------

#2 'Zdarzenia' :
Romantyczna ławka - Page 3 CdzGjcQ
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Romantyczna ławka - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]23.02.21 16:51
Rzuciła list na porcelanowe naczynie i niewerbalnym zaklęciem pozwoliła, aby strawiły go płomienie. Robiła tak z każdym, który mógł stanowić zagrożenie dla piszącego, a także dla niej. Nie wiedziała już, czy ojciec rewidował jej pokój, czy robił to również z pustym pomieszczeniem po bracie, gdzie wciąż odnajdowała nowe sekrety. Nie mogła już sobie pozwolić na to, aby ukrywać w kątach, za tapetą czy pod łóżkiem to, co nigdy nie powinno trafić w ojcowskie dłonie. A te inne korespondencje? O nie również zadbała. Domownicy powoli przestali zwracać na nią uwagę, szczególnie gdy przestała bruździć i wydziwiać, no… może poza tym demimozem, którego sprowadziła. Niemniej jednak ostatecznie został przyjęty odpowiednio, a że mieszkała najwyżej, to nikt nie musiał się nim przejmować. Tego dnia zostawiła go samego, zresztą, czuł się już znacznie swobodniej, a w dodatku uwielbiał przesiadywać w garderobie przeczesując wszystkie ciuchy panny Crabbe. Nie miała z tym najmniejszego problemu, jedynie to długie, lśniące włosy, które zostawiał, mogło nieco irytować. 
Gdy tylko wyszła z domu, skręciła w jedną z ciaśniejszych uliczek, która miała kilka rozwidleń. Mogła tam zgubić niechciane spojrzenia i uszy, które wydawały się ją śledzić. Niewerbalne Capillus zmieniło włosy, zalśniły blondem skrócone o kilkanaście centymetrów, a na czoło opadła rozproszona grzywka. Drastyczna zmiana koloru i fryzury powinna, chociaż pozornie zmylić tych, którzy by ją spostrzegli. Pamiętała gdy pierwszy raz rzucała to zaklęcie z jego siostrą… Ech, Tonks… Boję się nadal, co mogli ci zrobić po pojmaniu… Był jej bratem, może coś wiedział? A może… chciał się dowiedzieć? Co mogła mu powiedzieć, nic nie wiedziała, nawet nie odważyła się przemknąć obok więzienia, zaledwie zapaliła świece w kapliczce za jej intencję i innych. Następna niewerbalna inkantacja Coloritum rzucona na płaszcz, przemieniła żałobną czerń w głębię szmaragdu. Wyszła na zupełnie innym skrzyżowaniu, a potem prędkim krokiem udała się poza Londyn, aż wreszcie mogła zniknąć w trzasku teleportacji. 
Płaszcz rozwiewał wiatr, a jej kroki były pewne i niezachwiane. Wciąż kipiała, wciąż miała w sobie złość – nie do niego, rzecz jasna. O niego… martwiła się. Dokładnie tak samo, jak o każdą osobę, która przy obecnej polityce mogła być narażona na ceremonialną dekapitację czy publiczne obłożenie czarnomagiczną niewybaczalną klątwą. Wspomnienie Lorda Voldemorta wciąż żywo odciskało się w jej pamięci, a uczucie odrazy wzbierało z dnia na dzień coraz mocniej – już nie tylko do czarnoksiężnika, lecz również wszystkich, którzy znajdowali się wówczas w krypcie. Nawet do samej siebie.
Dostrzegła go z daleka, lecz nie machała, ani nie krzyczała na odległość, zaledwie zdążyła wyciągnąć różdżkę z kieszeni. – Salvio Hexia – wypowiedziane temperamentnie rozgrzmiało i z pewnością dotarło do jego uszu, gdyż znajdowała się już dostatecznie blisko. Wyrysowała różdżką okrąg, obejmujący ich, ławkę i kawałek terenu, lecz nadal podążała ku niemu, nawet nie zwalniając. Gdy skończyła, była przy nim lustrując go ciemnym spojrzeniem i analizując jego stan. Wyzbierał się po tamtym upadku? Najwyraźniej… Kiwnęła mu na powitanie, lecz nie była w stanie znaleźć odpowiednio surowych słów, tak aby wiedział, że nie będzie słuchała kłamstw i dyrdymałów. Zaoferował jej spotkanie, więc powinien… – Tłumacz się – nie miała cierpliwości i zbyt dobrze go znała. Nie będzie chodziła jak lisek koło drogi, bez ręki i bez nogi. Byli za barierą, wokół zresztą nie spotkała również nikogo, lecz przezorność zmusiła ją do zaklęcia. Mógł mówić, a ona mogła słuchać, nawet jeśli miało być to coś, czego słyszeć nie chciała. – Proszę... – dodała łagodniej po chwili.


I wciąż nie starczało, i ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak

Forsythia Crabbe
Zawód : Magizoolog w Ministerstwie Magii
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
l'appel du vide
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8816-forsythia-a-crabbe https://www.morsmordre.net/t8824-maypole#262975 https://www.morsmordre.net/t8825-my-awful-tragedy#262980 https://www.morsmordre.net/f299-brook-street-72 https://www.morsmordre.net/t8821-skrytka-bankowa-nr-2082#262964 https://www.morsmordre.net/t8822-forsythia-crabbe#262969
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]23.02.21 17:25
W swojej paranoi zastanawiał się nawet nad nałożeniem pułapki Muffilato, ale Homenum Revelio nie wykazało w okolicy zupełnie nikogo, poza jedną, jedyną sylwetką. To musiała być ona.
Dostrzegł ją z daleka, rozpoznając znajomą sylwetkę. Zmrużył oczy aby dojrzeć rysy twarzy. Blond włosy lśniły obco, nie wyglądała w nich jak Forsythia, którą pamiętał (i dobrze, powinna na siebie uważać), a raczej trochę jak....
Astrid? A niby szukałeś w Oslo ciepła kogoś zupełnie innego. Cholera, chłopie, to jednak miałeś kiedyś swój t y p. - zadrwił Fenrir, a choć Michael przywykł do jego złośliwości to coś ścisnęło mu serce lodowatymi kleszczami. Przez myśl przemknęło mu wspomnienie z Norwegii, ich najwcześniejsze wspólne wspomnienie, jasne włosy zbryzgane krwią, rozharatana połowa twarzy...
Przełknął ślinę. Dość.
Widział różdżkę w dłoni Forsythii i przezornie mocniej ścisnął własną. Była tutaj sama, nie mogłaby zmierzyć się z aurorem, nie wierzył, że mogłaby mieć złe zamiary... ale poczucie zagrożenia nie opuszczało go od kwietnia, zasiewając w duszy złowieszcze wątpliwości. Wkrótce rozbrzmiało donośne Salvio Hexia, a Mike uniósł lekko brew. To trudne zaklęcie, a Forsythia skutecznie i dokładnie skryła ich za ni musiała ćwiczyć odkąd...
...odkąd zerwali. Kiedyś ćwiczyli razem, chciał ją nauczyć wszystkiego. Może jej narzeczony też z nią ćwiczył białą magię? Albo... czarną magię? Cholera wie, kogo zaaprobował jej ojciec.
Stary, minęło tyle lat i nadal jesteś zazdrosny? Jesteśmy? Ej, też powinienem być zazdrosny? Przedstawisz mnie jej wreszcie? Ostatnio nam przerwałeś zaba...
ZAMKNIJ SIĘ. Zacisnął mocno zęby i na kilka sekund skupił się na własnym umyśle, pętając wyrywającego się wilka ciasnym kagańcem. Fenrir zawył smutno, ale jego warkot stawał się wreszcie coraz cichszy - emocje, odczuwane na widok Forsythii, pozwoliły Michaelowi skutecznie zakneblować niechcianą obecność w głowie.
Fenrir to sobie zapamięta.
Mike podniósł wzrok na Forsythię - poważną, zaciętą, spoglądającą na niego z napięciem. Spodziewał się wielu słów, ale nie...
"Tłumacz się?"
Uniósł lekko brwi.
W sensie... tak, po to się spotkali. Ale sam nie wiedział, oczekiwał jakiejś kurtuazyjnej gry wstępnej, wyczucia chwili, wyczucia siebie nawzajem. Nie widzieli się od tak dawna, a w Kent nie był do końca sobą.
Przełknął ślinę.
-Jestem... - wilkołakiem, aurorem, buntownikiem. -...cały i zdrowy, jak widać. - skrzyżował ramiona na torsie, w podświadomym, obronnym geście. (Nie)dyskretnie zerknął na dłonie Forsythii, ale nie dostrzegł na jej palcu obrączki. Dziwne.
-Jak twoja kostka? - zaczął, choć wiedział, że to nieudolna zmiana tematu. Widział przecież, że chodziła już normalnie. -Sprytny dobór fryzury. - wyglądasz jak nie ty.
Zapadło kilka sekund niezręcznej ciszy.
-Dlaczego właściwie jesteś zaniepokojona? - wyrwało mu się w końcu, choć z całej siły usiłował zdusić pretensję, która podszyła te słowa. -Nosisz nazwisko Crabbe, albo... pewnie nosisz już nowe nazwisko, prawda? Nie powinnaś się martwić o Tonksa. - syknął, nawiązując do listów gończych. Powiedz mi, Sythia, co robiłaś dwudziestego pierwszego sierpnia? Ojciec wziął cię na tamtą egzekucję? Widziałaś, jak katują moją siostrę?
A co robiłaś pierwszego kwietnia, gdy mugole ginęli na ulicach naszego miasta, w a s z e g o miasta?
Jakim p r a w e m się martwisz?


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Romantyczna ławka - Page 3 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]23.02.21 18:20
Ścisnęła dłoń na różdżce, aby zaraz potem schować ją do kieszeni. Czekała na odpowiedzi, ale najwyraźniej nie takie, które dostała. Oczywistości, prawie jakby dał jej w twarz. Po co ją tu w takim razie ściągał? Czemu chciał się spotkać? I to jeszcze w tym miejscu? Wpakowała dłonie do kieszeni, gdy na nie zerknął – szukał czegoś? Zmarszczyła brwi, patrząc na niego spode łba, wysłuchując najpierw pytania, a potem… komplementu? Nawet nie wiedziała, jak powinna to odebrać. – Lekarze w Mungu się nią zajęli – przyznała, względem naruszonej kostki. Natomiast stwierdzenie o włosach pominęła, nie wiedziała, co chciał tym uzyskać i nawet nie chciała się domyślać. – Czytałeś list, nim go wysłałeś, że się pytasz? – zapytała, unosząc brwi szczerze zdziwiona, a potem on… patrzył na nią z wyrzutem? Zacisnęła pięści w kieszeniach i parsknęła zdenerwowanym śmiechem. – Co cię interesuje moje nazwisko, Tonks? – zapytała kąśliwie, nie wierząc, że po tylu latach postanowił zadać takie pytanie i to prawie na samym początku. Sama miała problem ze swoim nazwiskiem, z jednej strony wiele ułatwiało, a z drugiej… no właśnie, druga strona mogła patrzeć na nią jak na wroga. Nie, nie wierzyła w to, że mógł tak pomyśleć. Patrzyła na niego w skupieniu i ciszy, badawczo zaglądając w błękit wzburzonego oceanu, kryjącego się w jego oczach. – Martwię się o was wszystkich, do ciężkiej cholery. Just, Billy’ego, Marcellę, myślisz, że łatwo patrzy mi się na ich twarze na listach gończych? Myślisz, że jestem ślepa i tępa? Myślisz, że nie zachodzę w głowę co z nią zro… – głos zadrżał w połowie słowa, na myśl o tym co dręczyło ją od tak wielu tygodni. Wiedział, o co jej chodziło. Przerwała, spoglądając w bok na trawy, snujące się w tańcu wraz z wiatrem. – Sądzisz, że nie domyślam się, co AUROR może robić po… tym wszystkim? – ściszyła głos, podchodząc do niego bliżej. Wbiła w niego spojrzenie, lecz nie oczekiwała odpowiedzi, było to przecież pytanie retoryczne. Pokręciła głową z niedowierzaniem i skrzyżowała dłonie na piersi, cofając się o kilka kroków i odwracając do niego plecami. Kopnęła jakiś kamień, aby stoczył się ze wzgórza, a potem przewędrowała spojrzeniem po trasie jego lotu. Właśnie tak samo stoczyła się jej wierność do rodziny, jakakolwiek. – Patrzysz na mnie jak na wroga… – zaczęła, odwracając się w jego kierunku. – A nigdy twoim wrogiem nie byłam – przyznała szczerze, wzdychając ciężko. Nie spoglądała przez pryzmat tych uczuć, które dzielili w tym miejscu, potrafiła to wszystko odsunąć na dalszy plan. Zbyt wiele razy była do tego zmuszona i weszło jej to w nawyk, a poza tym… rządziły nią teraz inne emocje. – Nie powinnaś prosić o prawdę w listach wysyłanych do Londynu – zacytowała jego słowa, wznosząc wzrok ku niebu. – Kurwa mać, Tonks. Gdybym stała po ich stronie… Zdajesz sobie sprawę, jak to podejrzanie brzmi? – załamała ręce i znów roześmiała się nerwowo. Gdyby tylko była inna, on również byłby już na plakatach gończych, wystarczyłaby jej insynuacja w ucho ojca. Gdyby była inna. A może o to mu chodziło? Może to była akcja samobójcza? – Skuliby cię i zabrali, a może zabili na miejscu. To jakaś taktyka, żeby dostać się do Justine? Liczyłeś, że na ciebie doniosę? – gonitwa myśli wprowadziła ją w te konkluzje, które chociaż absurdalne, wydawały jej się nadzwyczajnie prawdziwe.


I wciąż nie starczało, i ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak

Forsythia Crabbe
Zawód : Magizoolog w Ministerstwie Magii
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
l'appel du vide
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8816-forsythia-a-crabbe https://www.morsmordre.net/t8824-maypole#262975 https://www.morsmordre.net/t8825-my-awful-tragedy#262980 https://www.morsmordre.net/f299-brook-street-72 https://www.morsmordre.net/t8821-skrytka-bankowa-nr-2082#262964 https://www.morsmordre.net/t8822-forsythia-crabbe#262969
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]23.02.21 18:44
-Ciebie interesowało moje nazwisko. Moja krew, pochodzenie, jakkolwiek chcesz to ująć. - odparował nagle, niemalże wchodząc jej w słowo, zanim zdążył pomyśleć.
O cholera, no proszę.
Wziął szybki, urywany wdech, ale wyrzuconych z autentycznym gniewem słów już nie dało się cofnąć.
-Wtedy. A teraz się martwisz. - dodał ciszej, ale zdradziecki rumieniec złości i zażenowania i tak wpełzł mu już na policzki. Ciężko być blondynem o jasnej karnacji.
Wtedy zareagował z pozornym spokojem, ze wszystkich sił starał się zachować klasę, rozumiem Sythia, tak, to pewnie nie ma przyszłości, Sythia, o, znalazłaś sobie nowego czystokrwistego faceta, gratulacje Sythia.
Wtedy wierzył jeszcze, że uda mu się zaistnieć w ich świecie. Może nie u boku pięknej, czystokrwistej czarodziejki, ale przynajmniej w pracy. Że schowa ogon pod siebie, nie będzie mówił nic pochopnego, nie będzie się zachowywał jak niewychowana szlama i wszystko jakoś się ułoży.
No i się, kurwa, nie ułożyło.
Wszystko się posypało, a dawna uprzejmość wydawała mu się już nieuzasadniona, sztuczna, pusta. Pięknie, wygrał wtedy zerwanie, bo zachował spokój. I przegrał teraz, obnażając się z dawną zadrą.
-Nieważne, to przeszłość. - warknął. -Spotykam się z tobą zresztą ze względu na przeszłość, ale pytam o teraźniejszość. Nie wiem nawet, czy twój narzeczony, czy tam mąż ani ojciec nie wykonują... ministerialnych rozkazów - nie pracowali co prawda w policji, ale czyż nie wszyscy robili teraz straszne rzeczy dla Czarnego Pana i Malfoya? Nawet pierdolony lord Alphard Black, jej kuzyn, trup.
-Nie wiem którzy koledzy z policji, współpracowałem przecież z nimi jako auror... najchętniej cisnęliby we mnie Avadą, czasem nic już nie wiem - kontynuował, czując że zaraz pęknie i wyleje z siebie całą gorycz. Jak w ministerialnych ruinach przy pewnym nieznajomym, któremu potem wymazał pamięć i który już nie był nieznajomym - ale tak, przyszedłem tutaj dla ciebie, więc nie patrz na mnie z takim rozczarowaniem i nie bądź zdziwiona ostrożnością.
Drgnął, gdy wspomniała o Just i zamilkł raptownie. Pozwolił na to, by po twarzy przemknął mu grymas bólu - na myśl o jej obecnym stanie, cudzym język, wyrwanych ze stawów nadgarstkach - tak trzeba, niech Forsythia myśli, że...
...o Just lepiej niech nic nie myśli. Uniósł brwi, gdy zarzuciła mu podstęp, by dostać się do siostry.
Mógł pomyśleć o tym w sierpniu, ale słuchał się Gwardii.
-Nie jestem samobójcą, Sythia. - uściślił miękko, ton wreszcie mu złagodniał.
Usiadł ciężko na ławce, na moment ukrył twarz w dłoniach.
-Przepraszam. Czasem nie wiem już... - kto jest przyjacielem, kto wrogiem, a kto kobietą, która złamała mi serce. Nie, tego nie może powiedzieć. Pokręcił głową, westchnął i podniósł wreszcie wzrok na Sythię. Pamiętał już, dlaczego kiedyś wierzył, że naprawdę byłaby skłonna porzucić rodzinę - w głupiej pysze sądząc, że dla niego. Uwielbiał ją, gdy była wściekła, ognista, zapalona.
-Domyślasz się, co robią teraz aurorzy. Wiesz, że więcej nie mogę ci zdradzić. Chciałem... - żebyś się nie martwiła, pokazać ci, że jestem cały i zdrowy, że jestem sobą, a nie n i m... -...wiesz, wiem, że i tak będziesz się martwić. Chyba po prostu chciałem ci się pokazać i nie znikać znienacka. Chyba to ja chciałem nie martwić się o ciebie. - przygryzł lekko wargę, wreszcie przyznając prawdę przed sobą, przed nią. Zobaczyć cię, ostatni raz. Przekonać się, czy...
...czy nadal czuje się na jej widok tak, jak dawniej. Czy może zepsuł się gdzieś po drodze, szukając ciepła w cudzych ramionach, u przygodnych kobiet, u Astrid, u niego. Sythia nadal była piękna, ale był zbyt zdenerwowany, by myśleć o dawnych amorach. Przez myśl przeszło mu, że musi być jej cholernie ciężko w Londynie. Tam nie wypadało się... martwić. O nic, a tym bardziej o ludzi z listów gończych.
-Jak ty sobie radzisz? - zawsze byłaś wrażliwa, zbyt wrażliwa.
Wiedział, że powinien jej wyjaśnić Kent - i że jego zachowanie w smoczej jamie nie miało nic wspólnego z Biurem Aurorów ani Zakonem Feniksa.
Ale nie wiedział jak. Chyba podświadomie chciał, by pamiętała go innego.
Normalnego.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Romantyczna ławka - Page 3 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]23.02.21 19:38
Wracał do tego, naprawdę do tego wracał i kazał jej zderzyć się ze ścianą bólu wywołaną przez ojca po raz kolejny. Powiedzieć mu? A jakie miałoby to znaczenie? Cierpiała tak samo jak przy Johnatanie, choć nie… wtedy była młodsza, wtedy bolało bardziej. – To nie była moja decyzja – warknęła. Chociaż nie, to była jej decyzja, lecz dyktowana słowami kogoś innego. Zawsze przyparta do muru musiała słuchać się ojca, bo się go bała. Strach robił z ludźmi różne rzeczy, lecz w końcu przestała czuć się więźniem Faustusa. Słuchała Tonksa w milczeniu, zastanawiając się, czy powinna w takim razie oświecić go, wyjaśnić, dlaczego musiała postąpić w taki, a nie inny sposób. Nim jednak zdążyła zdecydować się na jakąkolwiek odpowiedź w tej kwestii, wszystko potoczyło się dalej. – Mój narzeczony nie żyje – wycedziła krótko, bezwzględnie, może nawet bez uczuć? Nie, tliły się w tym uczucia. Rozgoryczenia, tęsknoty i złości. – Podobnie jak brat – spuściła kolejną bombę, lecz teraz jej głos zadrżał. Persues… kochany Perseus.
Słuchała go dalej, lecz to, co miała powiedzieć, już powiedziała. Chłodny wiatr rozwiewał kosmki włosów, przypominając jej, że będzie musiała zakończyć działanie czarów, nim wróci do domu. Nawet jeśli nikt nie spostrzegłby jej po drodze. – Ostrożnością? Nie, Mike. Ty jesteś cholernie nieostrożny – skrzywiła się, wytykając mu błąd, jaki popełnił, pisząc do niej. Chociaż… nie, to nie było błędem, ale mogłoby być, a to było najbardziej przerażające. – Tym jestem zdziwiona – dodała dobitniej, aby uświadomić go w tym, że powinien bardziej uważać. Mógł być aurorem, ale w sprawach… międzyludzkich, społecznych i uczuciowych, wydawał się równie kruchy co ona, więc rościła sobie prawo do takiego samego upominania go, jak on próbował upominać ją. A wiek? Był przecież starszy, czyż nie? A jakie to miało znaczenie, tak naprawdę? Bywali czterdziestolatkowie zachowujący się, jak nastolatkowie, paskudna generalizacja jednostek. Każdy człowiek był inny i wymagał osobnego podejścia.
Forsycja była lustrzanym odbiciem swoich rozmówców, naturalnie przyjmując ich wizualne emocje, gesty i zachowanie, dopasowując się do danej sytuacji. I choć przyszła z własnym rozgoryczeniem, tak wystarczyło, aby Tonks złagodniał, aby również i ona spuściła z tonu. Wciągnęła chłodne powietrze powoli, pozwalając sobie przymknąć na moment oczy. Ona była samobójczynią, niedoszłą, lecz chciała skoczyć. Chciała pozbawić się życia i uciec do krainy wiecznego snu. Momentami wydawało jej się, że Perseus ją nadal wołał, chciał zabrać ze sobą, szczególnie gdy mary senne nawiedzały jej umysł nocami, które odważyła się poświęcić na sen. Chociaż przestała przerażać ją trumna, przestał obrzydzać ją tak bardzo zapach pogrzebowych kwiatów, tak dziwne uczucie pustki wciąż pozostawało. Było złe? Nie. Zrobiło miejsce dla tego, co przynosił jej los w ciągu ostatnich tygodni. Pozwoliło jej to pomieścić i rozebrać samą siebie z dotychczasowych szat bezpieczeństwa. Potrzebowała zbroi, więc wykuła ją w rozpaczy i przemowie gorzkich słów Czarnego Pana, żałobników oraz rodziny. Ich oręż, przekuła we własną obronę.
Prześledziła spojrzeniem jego kroki, wahając się, czy powinna postąpić podobnie, usiąść tuż obok niego i pokazać mu, że rozumie. Czy to było jej rozliczenie się z przeszłością? – Wiemi to popieram. Wcięła się w jego słowa. Podeszła bliżej, stając przed nim, lecz nie odważyła się siadać obok. Bała mówić się pewne rzeczy na głos, zbyt często musiała uważać na swoje myśli, a co dopiero słowa.
Westchnęła ciężko, słysząc jego kolejne stwierdzenia, nie bardzo wiedząc, jak powinna zareagować. Czy kryło się pod tym wszystkim coś jeszcze? Jeśli myślał o uczuciach… Ponownie spojrzała na niebo, szukając jakiegokolwiek wsparcia od przelatującego nad nimi ptactwa. Ech, gdyby tylko potrafiła zmienić się w taką wronę i uciec od tej rozmowy na chwilkę, na krótki momencik. Kolejne pytanie zmusiło ją, do opuszczenia głowy, a także miejsca, w którym stała. W końcu usiadła obok, splatając dłonie ze sobą na kolanach, niemal tak nienagannie, jak powinna robić to dama – którą nigdy nie zostanie. Przenigdy.
Pracuję, oddycham, udaję – wyrecytowała, unosząc lekko brwi do góry. – Kłamię, kombinuję i poszukuję – przechyliła delikatnie głowę na bok, skupiając swoje spojrzenie na jednym z pomarańczowych listków, okręcających się w wirze powietrza na ścieżce. – Widziałam go, Mike… – wypaliła nagle. – Ociekał złem… wtedy… na pogrzebie Alpharda. Pojawił się… – znów ogarnęła ją ta dziwna bezsilność i niemoc. Właśnie tak sobie radziła - nie radziła. Musiała komuś w końcu powiedzieć to na głos i być oburzona wtargnięciem czystego zła w jej życie. Oślizgły i przebiegły wąż, znacznie gorszy od ojca, który najwyraźniej był zaledwie preludium tego utworu.


I wciąż nie starczało, i ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak

Forsythia Crabbe
Zawód : Magizoolog w Ministerstwie Magii
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
l'appel du vide
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8816-forsythia-a-crabbe https://www.morsmordre.net/t8824-maypole#262975 https://www.morsmordre.net/t8825-my-awful-tragedy#262980 https://www.morsmordre.net/f299-brook-street-72 https://www.morsmordre.net/t8821-skrytka-bankowa-nr-2082#262964 https://www.morsmordre.net/t8822-forsythia-crabbe#262969

Strona 3 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

Romantyczna ławka
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach