Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Romantyczna ławka
AutorWiadomość
Romantyczna ławka [odnośnik]05.11.16 22:41
First topic message reminder :

Romantyczna ławka

Legenda o pewnej zakochanej parze jest najbardziej znana hrabstwu York, ale jest ona tak przyjemna dla ucha, że szybko rozprzestrzeniła się po pozostałych częściach Wielkiej Brytanii.
Pan Diggory i pani Plum spotkali się po raz pierwszy właśnie tutaj, na tej małej ławeczce, przed którą rozciąga się widok na niemal cały Londyn. Pani Plum mocno trzymała swoją różdżkę w dłoni - rdzeń z oka lunabalii lśnił delikatną poświatą między włóknami drewna. Tuż obok niej usiadł pan Diggory i oboje niesamowicie szybko odnaleźli swój wspólny język. Rozmawiali o wszystkim i o niczym, wymieniali się opiniami na tematy polityczne i kulinarne, zaklinali rzeczywistość długim, nieskrępowanym milczeniem. Spotykali się w tym samym miejscu codziennie o tej samej porze i zawsze powtarzali swój rytuał - któreś z nich pierwsze zaczynało dialog, który kończył się daleko po północy.
Legendy głoszą, że to miejsce przesiąknęło najprostszą formą magii, jaką tylko zna świat - magii miłości wydobytej ze słów i ciszy. Gdy para zasiądzie wspólnie na ławeczce i przerwie rozmowę, by chwilę podzielić się milczeniem, usłyszy cichy, gładki i melodyjny głos. Głos, który będzie snuł cichą baśń o szczerym uczuciu pełnym prostoty. Trawy zagrają delikatną, wieczorną pieśń i podzielą się jej brzmieniem razem z cykadami.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Romantyczna ławka - Page 4 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Romantyczna ławka [odnośnik]23.02.21 20:41
Naprawdę do tego wracał, bo naprawdę nigdy tego nie przepracowali. Po prostu uciekł, zniknął. Z jej życia, z ministerialnych korytarzy jej departamentu, nawet z Anglii. Uciekał przed nią i samym sobą i najchętniej nadal by uciekał - ale nie wytrzymał.
Lubię cię takiego, no dalej, powiedz że
Nie powinienem
To nigdy nie jest ich decyzja, prawda? To bardzo wygodne...
-Wygodnie, gdy jakaś decyzja nie jest twoja. - przewrócił oczyma, bo oni wszyscy pewnie w to wierzyli. Urzędnicy, policjanci, obywatele Londynu, ci wszyscy, którzy stawali po ich stronie albo po prostu przymykali oczy, odwracając wzrok od tej wojny i łudząc się, że to nie ich problem.
Merlinie, czy on w ogóle nadal myślał o zerwaniu? Czy o teraźniejszości?
Grymas złości zniknął z jego twarzy dopiero, gdy rzuciła mu w twarz śmiercią.
Tego... tego się nie spodziewał. Zamknął się w bańce, w której umierali tylko mugolacy i brat Rileya.. Pobladł, spoglądając na Forsythię szeroko otwartymi oczyma, ze szczerym wstydem.
-Przykro mi, Sythia. - wykrztusił cicho, bo choć jej narzeczony nieprzyjemnie kłuł jego dumę, to przecież nigdy nie życzyłby śmierci komuś, z kim była szczęśliwa. Ani jej bratu. -Jak...? - może i nie wypadało o to pytać, ale nie zapanował nad smutną ciekawością. Chciałby ją jakoś wesprzeć, ale nie miał pojęcia jak. Nie mógł nawet powiedzieć, że rozumie, że sam stracił matkę. Wtedy Sythia pomyślałaby o Just, a o niej nie mogli rozmawiać.
Cholernie nieostrożny.
Umknął wzrokiem, przyjmując jej wyrok z pokorą na klatę. To zawsze było jego...
-...masz rację, to słabość. Wada. Skaza nieodpowiednia dla aurora. - przyznał cicho, uśmiechając się jakoś gorzko, smutno, tak jakby w rzeczywistości chciał zawyć z rozpaczy albo zapłakać nad własną naiwnością. -Trudno mi podejrzewać o złe intencje osoby, które niegdyś były mi... drogie. - dodał jeszcze ciszej, marszcząc lekko brwi. Mogła odnieść wrażenie, że mówił zarówno o niej i o kimś jeszcze. -Znam cenę. Jeszcze sprzed wojny. - szepnął prawie bezgłośnie, czując jak serce ściska mu się norweskim lodem. Nie trzeba wojny, by spieprzyć sobie całe życie, by zaprzepaścić trzy istnienia. Olavie, Astrid, Einarze - czy żylibyście nadal, gdybym nie okazał się sentymentalny? Może dla zagubionego Olava było już za późno, choć jego śmierć rozdzierała mu serce tak samo jak ich, przerażając dodatkowo Fenrira. Ale aurorzy, jego współpracownicy, za których był odpowiedzialni - oni byli niewinni.
-Ale trochę już cię znam. - dodał, być może nadal brnąć w ślepą uliczkę naiwności. Przeczucie podpowiadało mu, że nie był tak do końca naiwny. Miał rację, sprawdził teren - przyszła tu sama. Była sprytna, zbyt sprytna by zachować listy od niego. A on zawsze mógł stąd zniknąć dzięki magii Zakonu, choćby kosztem rozszczepienia - dla niej byłoby chyba warto, ale o tym nie mógł jej powiedzieć. Choć nie chciał jej ranić, to jakaś sadystyczna część jego osobowości pragnęła, by Forsythia wyobraziła sobie jego zimnego trupa pod nogami jej ojca.
Nie, wyszło przecież na jej. Na jej ojca. Co by poczęła z partnerem mugolakiem? Wilkołakiem?
Nie byłoby mnie tu, gdyby...
Nie, nie, nie.
Nie mógł o tym myśleć. Rozpamiętywać, czemu pojechał do Norwegii i co by było, gdyby nie pojechał. Gorycz by go zabiła.
Spuścił głowę, złagodnieli oboje. Napięcie powoli opadało.
-Dobrze. Musisz na siebie uważać. Zaraz, czego poszukujesz? - zmarszczył lekko brwi. To niedobry moment na poszukiwania. Wydawał się autentycznie zmartwiony, ale ugryzł się w język zanim zdążył spytać, czy nie mogłaby gdzieś wyjechać, przeczekać tego wszystkiego.
Jego chęć odsunięcia bliskich z dala od niebezpieczeństw zawsze rodziła jednak tylko gorycz, bunt, niezrozumienie.
Mówiła dalej, a zmarszczka na czole Michaela pogłębiła się. Co...? Nie rozumiał...
-Kogo, Sythia? O kim ty mówisz...? - tknęło go dziwne przeczucia, ale...
...niemożliwe. Chyba.


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Romantyczna ławka - Page 4 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]23.02.21 23:31
Wygodnie jest dostawać w twarz. Wygodnie jest być poniżaną we własnym domu. Wygodnie jest być zmuszoną do notorycznego kłamania. Wygodnie jest słuchać gróźb wymierzonych w tych, na których ci zależy. Wygodnie – cedziła przez zęby z ironią. To on zaczął. Chciał? To ma. A jeśli będzie kazał jej to rozwinąć, to nic mu więcej nie powie i chyba dostatecznie dała mu do myślenia, przyglądając mu się natarczywym spojrzeniem. Było jej gorąco od złości, aż mogłaby przysiąc, że para z jej ust zderzająca się z chłodnym powietrzem, wydawała się gęściejsza niż zazwyczaj. Jednak… miał w tym wszystkim trochę racji. Była wygodna – czekała tyle, wciąż tam pracowała, wciąż siedziała u ojca. Jednak… to była wygoda z ceną, okrutnie słoną patrząc z perspektywy tego, jak mogłoby inaczej wyglądać jej życie. Przykro mi, Sythia. Westchnęła, gryząc się bardzo mocno z tym co cisnęło jej się na usta. Jak...? Nie powinien zadawać jej pytań, był na zbyt wygranej pozycji. Znała jego poglądy, podejrzewała, w jakiej sprawie dzierżył różdżkę. – Narzeczonego zabił mój ojciec – martwy ton, pogodzony z utratą tego, kogo kochała. Pogodzony, z tym że jej ojciec jest chorym psychopatą, zdolnym poświęć wszystko. – Był czystej krwi, ale po prostu… o zbyt wiele pytał. Zrzucił go z dachu, pozorując wypadek. Niewiele motywacji potrzebował do takiego czynuzrozum Tonks, chroniłam cię. Chroniłam Johnatana. Chroniłam wszystkich, którzy mogli być przeze mnie zbyt blisko tego potwora. Chroniłam ich tak, jak Perseus chronił mnie. Względem brata nie udzieliła odpowiedzi, po prostu odwróciła spojrzenie. Nie wierzyła w wytłumaczenie o anomaliach, ale nie miała też dowodów na ojcowską winę.
Zamrugała kilkakrotnie, słysząc, że… przyznał jej rację. Odetchnęła, lecz to wszystko było ciężkie. Bez ozdób, bez teatralizacji, po prostu – ciężkie. Przygryzła lekko wargę, a potem jej dłonie powędrowały do włosów, zakładając zaczarowane na blond pasma za uszy. Miała wrażenie, jakby jej głowa postanowiła parować, gotując się we wrzątku. Nie wiedziała, co miała mu na to odpowiedzieć, tak naprawdę to zbił ją z tropu, sądziła, że będzie dalej się zapierać i kłócić. Chyba nabrała złej maniery przez przebywanie z ojcem. – Płacimy za nasze błędy, a czasem za cudze… Niestety – stwierdziła z lekka nostalgicznie. Teraz wszyscy płacili za niesprawiedliwość, w jaką została uwikłana Anglia. Biedni, bogaci, szlachetnie urodzeni… Szlachetni byli ci, którzy walczyli o niewinne życie. Szlachta zdecydowanie nie powinna mieć takiego nazewnictwa, byli rynsztokiem przystrojonym w girlandy i różowe atłasy. Aquila, niestety, do nich należała. Wzdrygnęła się na myśl o kuzynce i przeklęła w myślach, ale nie mogła pozwolić sobie na budowanie jej jako formy słabości. Kuzynka kąpała się w mugolskiej krwi… równie dobrze, mogła zabić Michaela dla jego krwi. Nie teraz co prawda, lecz analogia wydała się czarownicy bardzo adekwatna. – Trochę znasz – przyznała z mimowolnym, delikatnym rozbawieniem. – A ja znam ciebie. Mike… nie widzieliśmy się tyle czasu, ale widzę, że coś jest nie tak... – wypowiedziała w końcu, być może za wcześnie, być może zbyt nachalnie. W końcu wypuściła z siebie kolejny raz chmurę ciepłej pary i opadła na oparcie ławki, krzyżując ręce na piersi. Czego poszukujesz? Uśmiechnęła się lekko, podnosząc brwi do góry w bardzo niewinnym geście. – Okazji, Mike. Szukam okazji, by pomóc tym, którzy tego potrzebują – mówiła powoli, jakby próbowała coś bardzo podkreślić między słowami. – I odpowiedzi, ale część znalazłam… – przyznała, wspominając wydarzenia minionych tygodni. Potem wróciła do poprzedniej pozycji, lecz tym razem zaciskając dłonie na kolanach. Wspomnienia z pogrzebu, dobijały ją i bombardowały podjętymi tam decyzjami. Gdy zadał pytanie, w pierwszej chwili myślała, że to żart, lecz krótkie spojrzenie w jego stronę uświadomiło ją, że sam chyba wątpił. – Voldemort – nie wiedziała skąd to drżenie w głosie. Dreszcz niepokoju przepełnił jej ciało, a ona już nawet nie powstrzymywała swych słów. – Czułam się tam tak bezsilna… Stał tam, był tuż obok… Wystarczyło, żebym… ale… byłam za słaba – zawahała się i zerknęła na Tonksa ze wstydem. – Za słaba… – powtórzyła, spuszczając wzrok na ścieżkę. Nic by tym nie zyskała. Nic.


I wciąż nie starczało, i ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak

Forsythia Crabbe
Zawód : Magizoolog w Ministerstwie Magii
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
l'appel du vide
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8816-forsythia-a-crabbe https://www.morsmordre.net/t8824-maypole#262975 https://www.morsmordre.net/t8825-my-awful-tragedy#262980 https://www.morsmordre.net/f299-brook-street-72 https://www.morsmordre.net/t8821-skrytka-bankowa-nr-2082#262964 https://www.morsmordre.net/t8822-forsythia-crabbe#262969
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]24.02.21 0:00
Nie wiedział.
I, co gorsza, nie podejrzewał.
Zamarł, spoglądając na Sythię z niemą zgrozą.
Wiedział już, że przemoc domowa u Crabbe'ów dołączy do kolejnych rzeczy, których będzie umiał sobie wybaczyć. Był w niej zakochany, wydawało mu się, że ją kocha. I nic nie zobaczył. Był ślepy...? Wygodny? Głupi?
-On... - po jego twarzy przemknął krótki paroksyzm, w źrenicach rozbłysły złote iskry. I mnie nazywasz potworem...? Czuję, jak o nim myślisz, zabijmy, zagryźmy go...
-nadal... - wycedził, z trudem odzyskując pozory spokoju. -...podnosi na ciebie rekę? - czy to ważne, skoro zrobił to już raz, najwyraźniej robił to wtedy, gdy się znaliście?
Tak, to ważne.
I to nie był koniec rewelacji. Pobladł na wiadomość o jej narzeczonym, odruchowo cofnął się o krok, dłonie mimowolnie zacisnął w pięści. Nie dotarło do niego, dlaczego mu to mówiła, że chciała go chronić - w aurorskiej arogancji może sądziłby nawet, że sam nie dałby się zabić. Ale w ogóle o tym nie myślał. Myślał tylko o tym, że Forsythia cierpi. Cierpiała? Budowała wokół siebie bezemocjonalny mur, niczym sam Michael. Ale jego mury kruszyły się w obliczu tego, o czym słyszał.
Intuicja go nie myliła, Crabbe był potworem.
-Sythia, tak mi przykro... - wyszeptał tylko, i na tym powinien urwać, ale
-Jeśli przeżyję tą wojnę, to go zagr zabiję. - wypalił Michael, a może Fenrir? Przytomnie nie złożył tej obietnicy teraz, nie mógł porzucić Zakonu Feniksa i pracy dla osobistej wendetty, dostanie się do Londynu byłoby samobójcze i niewykonalne.
Ale po wojnie, jeśli wygrają... albo przegrają...
...nic go przecież na tym świecie nie trzymało.
HOLA, nie rozpędzaj się, ja lubię żyć. - Fenrir zaprotestował gwałtownie, przypominając sobie, jak Tonks wpatrywał się w październiku w gałęzie drzew w Somerset, żałując, że nie ma przy sobie szalika, z którego mógłby zrobić pętlę. Zaraz jednak wilk umilkł, z nagłym zrozumieniem.
Obietnica.
Po wojnie.
Czyli zamierzasz przeżyć - zamruczał ze złowieszczą satysfakcją. To... ułatwiało mu plany.
Zapamięta to sobie, gotów Michaelowi przypomnieć o Forsythii, jeśli ten znowu będzie chciał zrobić coś głupiego.
Zapadła głucha cisza, Tonks nie mógł z siebie wydusić nic więcej - czuł się po prostu pokonany, przytłoczony, przegrany. Jedyne co mógł, to zapragnąć krwi Crabbe'a - i to nie teraz, tylko w nieokreślonej przyszłości. Bezużyteczny, jak jej martwy narzeczony.
I jeszcze widziała, że coś jest nie tak.
Musiała widzieć, znowu było nie tak. Fenrir karmił się żądzą mordu, o mało nie zaczął mówić na głos.
-Och, Sythia. Trwa wojna, jestem mugolakiem, a i tak trafiłaś na mnie w momencie, w którym miałem inny problem. - westchnął z goryczą. -Prawdę mówiąc, nie wiem do końca co się wtedy stało, może jakaś głupia faza księżyca... nie znam się na astronomicznych anomaliach... - burknął pod nosem, uparcie chcąc sobie i jej wytłumaczyć, że problemy w Kent były natury... biologicznej, a nie psychicznej. Sam nie wiedział, co gorsze. -Masz rację, bardzo dawno się nie widzieliśmy. W grudniu 1955 trochę się u mnie zmieniło. - maska chłodnej (choć niezłośliwej, na żadną podłość nie mógłby się zdobyć, nie wobec niej, nie teraz) ironii pomogła mu zachować choć odrobinę równowagi.
Powinna wiedzieć. Że nie tylko jej narzeczony jest już martwy, jej były też.
Rozpiął płaszcz i kilka guzików koszuli, dopiero po chwili orientując się, jak bardzo drżą mu ręce. Czy ten wstyd kiedykolwiek minie?
Nie, pewnie nie.
Odchylił lekko lewą połę koszuli, na tyle, by Forsythia mogła dostrzec blizny.
Znała się na zwierzętach, domyśli się chyba...
...tak było łatwiej, niż o tym mówić.

Gdy zaczęła mówić dalej, dopiął szybko koszulę i odruchowo włożył rękę do kieszeni płaszcza, gdzie spoczywał fałszoskop. Nie mylił się, urządzenie nie wibrowało. Mówiła szczerze.
Ale to nie znaczy, że mógł jej ufać.
Nie wiedziała, o co prosi.
-Okazji. - uśmiechnął się smutno. -Zawsze to w tobie podziwiałem. - szepnął. Dobroć. Odwagę.
-To nie takie proste, Sythia. Nie pomożesz nikomu w Londynie, sama. Wiem, że chcesz, ale czasem najlepiej skupić się na... przetrwaniu. Czekać na odpowiednią okazję. - wydusił, choć gorycz ściskała mu gardło. Mówił to samo Hagridowi i co mu z tego przyszło?
Czy w ogóle powinien pozwolić jej wrócić do Londynu, do agresywnego ojca, do piekła?
Czy w ogóle powinien cokolwiek jej doradzać?
Sam był rozsypką i...
...pobladł na wspomnienie Czarnego Pana, znów patrząc na Sythię z grozą i niedowierzaniem.
Ucieknij, ucieknijmy... - nie, był starszym aurorem. A ona była dorosłą kobietą. Nie miał prawa...
-Sythia... - tylko tyle mógł z siebie wydusić, ze smutkiem i grozą i współczuciem. A potem poczuł w duszy lodowate zimno, tak jakby sam dźwięk imieina Voldemorta przywiódł za sobą wspomnienia z Azkabanu.

rzut na pamiątkę po evencie:
K1 - dopada Cię potężna fala smutku, rozpaczy. Wspomnienia z Azkabanu wracają do Ciebie z wielką intensywnością, przypominasz sobie moment pocałunku; wilk pragnie wyjść z ciebie i znaleźć się z dala od twoich koszmarnych wspomnień, chce przejąć kontrolę nad tym, co się z Tobą dzieje lub uciec. Karmi się twoimi emocjami, walczy z Tobą. Powoli przegrywasz walkę ze swoją drugą naturą; rzucasz kością na przemianę i dostosowujesz się do wyniku zgodnie z mechaniką.
K2 - potworne obrazy dopadają Cię niespodziewanie. Robi ci się zimno i gorąco na zmianę, masz zawroty głowy, serce bije ci głośno w piersi. Ogarnia Cię skrajna rozpacz, przygnębienie, żal, niechęć do życia. Trudno jest Ci przemówić do rozsądku.
K3, K4 - wokół ciebie nagle robi się potwornie zimno, a twój oddech zamienia się w kłęby pary, przynajmniej tylko dla Ciebie. Ogarnia cię apatia, zniechęcenie, bezsilność.
K5, K6, K7, K8 - nic się nie dzieje;


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Romantyczna ławka - Page 4 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]24.02.21 0:00
The member 'Michael Tonks' has done the following action : Rzut kością


'k8' : 4
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Romantyczna ławka - Page 4 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]24.02.21 2:16
Powiedziała to w końcu na głos i nie żałowała, a każda reakcja wyczytana z jego twarzy wydawała się dawać jej dziwną… satysfakcję? Jakiś rodzaj zapłaty za te wszystkie męki, jakby ktoś ją docenił? Poczuła się chyba gorzej z faktem takiego myślenia, niż sądziła. Poczuła nawet obrzydzenie do samej siebie, dokładnie takie jak do własnego ojca.
Przyzwyczaiłam się – odpowiedziała z lekka wymijająco, aczkolwiek dobitnie. Ile razy ją skrzywdził? Już nawet znudziło jej się liczenie, a wprawne medykamenty pomagały na to wszystko, zaś kosmetyki tuszowały to czego inni nie powinni zobaczyć. – Przestań tak na mnie patrzeć – skrzywiła się, a potem pokręciła głową. – Nie, nie zrobisz mu krzywdy – skwitowała. Ja to zrobię. – Wygramy tę wojnę, a wtedy będzie sądzony przez właściwych ludzi tak jak każdy z tych…  – mówiła dosadnie, a zaraz potem cofnęła się, odwracając spojrzenie w dal. Nie. Nie powiedziałam tego na głos… Uspokój się. Nie dokończyła, puściła słowa z wiatrem, pozwalając aurorowi domyśleć się reszty.  
Westchnęła, przyglądając się mu uważnie gdy odezwał się ponownie. Wiedziała, że był inny, wiele się zmieniło, niemniej jednak nie spodziewała się absolutnie jego kolejnych słów. – Faza księżyca? – zmarszczyła brwi i… chyba zdążyła zrozumieć wcześniej, niż Tonks pokazał blizny poświadczające o tym co na nim ciążyło. Jej oddech przyspieszył, a spojrzenie powędrowało na jasne znaki, tłumaczące jego wszystkie odpowiedzi. Zamarła na dłuższą chwilę, aż zrobiło jej się nawet odrobinę słabo. Rumieńce poirytowania zbielały na rzecz bladości, niemal trupiej – choć ta wydawała się przecież typowa dla krwi Blacków. Powoli odwróciła głowę w drugą stronę, przymykając oczy i ściskając usta w cienką linię, jednocześnie wbijając brodę w ramię, jakby przez chwilę próbowała skryć się przed tym widokiem. Po dłużej chwili wróciła do niego spojrzeniem, najpierw lądując ciemnymi oczętami na zapiętej koszuli, a potem na oczach. – Pijesz wywar tojadowy? – było to pierwsze pytanie, jakie nasunęło się do jej głowy. Poważne, wręcz jakby nie wyszła z pracy i była wciąż magizoologiem. Do bólu kochała swoją pracę. Nie wiedziała, jak inaczej zareagować. Współczuć? Pocieszać? – Słuchaj, to nic takiego. Jakiekolwiek nękają cię z tym problemy… można to zbadać. Masz kogoś, kto ci z tym pomaga? Zaufanego alchemika? Uzdrowiciela?  
Czuła się dziwnie, mogąc to wszystko mówić, bez obaw, bez konsekwencji, być po prostu szczerą do bólu i w każdym calu. Miłe uczucie, odmienne. Zupełnie takie jak w listach do tajemniczego pana A. Zmarszczyła brwi, może powinna mu o tym powiedzieć? Może go zna? Nie. Wstrzymała się, pójdzie od drugiej strony i opowie o tym panu A. Tak będzie prościej, łatwiej i mniej tajemniczo, wbrew pozorom. – Wiem. Zdaję sobie z tego sprawę, sądzisz, że dlaczego jeszcze stamtąd nie uciekłam? Michael… mam wiele opcji, mam przyjaciół, ale będąc w mojej pozycji… mogę więcej – przechyliła się lekko, aby móc spojrzeć na niego porozumiewawczo. – Wiesz, o co mi chodzi? – zapytała na wszelki wypadek. Nie każ mi mówić tego wprost. Westchnęła. Który to już raz?
Zawsze brakowało jej instynktu samozachowawczego i potrafiła wpakować się wprost pod szpony mantykory, aby ratować innych, czego ślady po dziś dzień nosiła na ciele. Czarny Pan był jednak znacznie gorszy, znacznie podlejszy i przebieglejszy, a jednak… wciąż miała odwagę (a może była to czysta bezczelność), aby w myślach nazywać go idiotą tak jak na pogrzebie. Przez ojca straciła częściowy lęk przed czarną magią, a właściwie… znała jej podstawy. Rozumiała ją i jej koszta, zdawała sobie sprawę z potęgi czarnoksiężnika, a mimo to… chciała walczyć przeciwko niemu. Jak wyglądałby świat pod jego rządami? Z pewnością byłby splugawiony tak jak on sam. – Nie chcę być bezsilna, Mike – wypowiedziała pewna tego, co mogły nieść te słowa. Znów wróciła na oparcie i odchyliła głowę do góry, wciągając zapach chłodnego powietrza. Zima nadchodziła. – Nie chcę drugiej takiej sytuacji… następnym razem chcę… - wstrzymała głos i zerknęła na niego z ukosa, a potem bez słowa znów wróciła wzrokiem na przelewające się gęsto obłoki. Wiedział, czego chciała, to było oczywiste.


I wciąż nie starczało, i ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak

Forsythia Crabbe
Zawód : Magizoolog w Ministerstwie Magii
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
l'appel du vide
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8816-forsythia-a-crabbe https://www.morsmordre.net/t8824-maypole#262975 https://www.morsmordre.net/t8825-my-awful-tragedy#262980 https://www.morsmordre.net/f299-brook-street-72 https://www.morsmordre.net/t8821-skrytka-bankowa-nr-2082#262964 https://www.morsmordre.net/t8822-forsythia-crabbe#262969
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]24.02.21 2:53
Michael płonął z oburzenia i nienawiści, pielęgnowanej odkąd dała mu kosza z powodu ojca i rozpalonej wyznaniami Forsythii.
Fenrir rozkosznie grzał się w tym gorącu. Nadała mu imię i ofiarowała Tonksowi cel, który odwiedzie go od samobójstwa. Krwawa zemsta, doskonale. Z tym mogą pracować. Chyba zaczynał ją lubić. Miał zresztą wrażenie, że przypominała mu kogoś, kogo lubił - on, Fenrir, a nie tylko Michael.
Przyzwyczaiłam się. Jakie to cholernie smutne - myślał Tonks, nieświadomy cichych rozważań Fenrira. Od jak dawna ją bił? Od dzieciństwa? Odkąd stała się młodą kobietą? Pewnie długo, skoro zdążyła się... przyzwyczaić.
Skinął głową i posłusznie spuścił wzrok, bo samemu też nie znosił litości. Podniósł wzrok dopiero, gdy wspomniała o sądach. O wygraniu wojny - nie przez jej ojca.
Uniósł brwi.
-Rozumiem. - skwitował cicho, nie zdradzając się z uczuciami. Kipiało w nim jednak kilka sprzecznych emocji - miłe zaskoczenie, niepokój, gorzki triumf, palący gniew i coś jeszcze. Ciepło - na razie nikłe, ale podobne do ognia, który płonął w jego sercu, gdy zakochiwał się przed laty w Forsythii Crabbe.
Zobaczymy jeszcze, jak będzie z tymi sądami.
Sądy srądy, obydwoje wiemy, że zjemy kogo będzie okazja. Znam już zapach złych ludzi.

Uparcie wbijał wzrok w ziemię, gdy Sythia patrzyła na jego blizny. Czuł, że jest jej winien prawdę, ale wstyd paraliżował. Zaraz się zacznie - obrzydliwa litość.
Podniósł wzrok na dźwięk konkretnego pytania. Na policzki wpełzł mu rumieniec zażenowania i poczucia winy. Powinien pić wywar, ale...
-Piłem, do kwietnia tego roku. Dostawałem go w Mungu dzięki posadzie w Ministerstwie, a potem... - pokręcił lekko głową. -Mam uzdrowiciela, mam alchemika, ale tojad jest trudno dostępny. - przełknął ślinę. Zwyczajnie nie było go stać na ten drogi składnik, ostatnią porcję na czarną godzinę kupił od Halberta i strzegł jak skarbu.
Nic takiego? Znów poczuł niespodziewane ciepło, ale tylko wzruszył smętnie ramionami.
-Przynajmniej łatwiej mi... walczyć. - wyrwało mu się. Nie mam już nic do stracenia. Chciał się zabić w grudniu 1955, lepiej wykorzystać to nędzne życie na chronienie osób, które kochał.
Zapiął koszulę i usiadł obok Forsythii, słuchając jej uważnie - ale choć powinien czuć podziw, wcale nie spodobało mu się to, co usłyszał.
-Sythia! Przed chwilą powiedziałaś mi, do czego jest zdolny twój ojciec, a teraz... myślisz o takich rzeczach? Spotykasz się ze mną? - gdy wysyłał do niej list, nie wiedział przecież, w jaką stronę zabrnie ich rozmowa. -Opowiadasz mi o pogrzebie swojego kuzyna? - syknął ze złością, ale w jego spojrzeniu mogła dostrzec jedynie niepokój. -Oni są pewnie zdolni nawet do legilimencji - syknął, o tym akurat wiedział, to zrobili Just -a Ty... nie jesteś oklumentką. Jakie środki ostrożności zachowujesz? - uruchomił się w nim instynkt paranoicznego aurora, ale tym razem miał przykre przeczucie, że to wcale nie paranoja. Sythia mogła się wplątać w coś naprawdę niedobrego.
Merlinie, widziała nawet Czarnego Pana!
Nie dawało mu to spokoju.
-Ten pogrzeb...jego rodzina... Blackowie, myślisz, że go zaprosili? Jak mają się Twoi kuzyni? - spytał z nieskrywaną pogardą, mam nadzieję, że cierpią. Ilu ich tam było? Nie kojarzył - kuzynka i kuzyni, chyba tak? O jakiś idiotycznych, gwiezdnych imionach.
Gwiazdy...
Nie teraz, Fenrir. Wilk bywał czasem irytująco sentymentalny. Choć Tonksa tknęło jakieś dziwne przeczucie, to nie miał zamiaru wspominać teraz gwiazd nad Kent, nie przy Forysthii, do cholery.
O, przynajmniej nazwałeś mnie po imieniu. - wspólne wspomnienie szaleństwa ich obojga było jedyną, dziwaczną kością zgody. Michael rozproszył się jednak, czując potworne zimno. Zapiął pośpiesznie płaszcz. Miał wrażenie, że palce mu zgrabiały, a oddech...
-Sythia, czujesz...? - jego oddech był kłębem pary. Zadygotał i obejrzał się przez ramię, panicznie. -Nikogo... niczego tu nie ma...? Jest tak zimno... - wyszeptał, sięgając po różdżkę. Spróbował skupić się na czymkolwiek miłym i ciepłym, na whiskey Macmillana, na dzieciństwie, na tańcach z Sythią, choćby na tamtej cholernej nocy w Kent, ale ogarnęła go apatia, bezsilność. Co, jeśli nie da rady jej ochronić? Ani teraz, ani nigdy...?


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Romantyczna ławka - Page 4 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]24.02.21 4:01
Skromne podsumowanie uszczęśliwiło ją w pełni, cieszyła się z takiego obrotu spraw. Czasem mniej słów, znaczyło więcej, a mowa ciała i oczy dawały piękniejsze potwierdzenie, niż najznamienitsza poezja.
Litość często wydawała się okropna w jej mniemaniu, mogła uwłaczać jednostkom, które przecież były w gruncie rzeczy normalne. Również tak było z wilkołakami, różnili się tylko klątwą, jaka nawiedzała ich ciało i umysł, a tak poza tym… ludzie, zwyczajni ludzie. Dotknięci pewną przypadłością, lecz i na nią istniały lekarstwa. Słuchała go uważnie, kiwając głową, jakby sporządzała w głowie raport. – Mogę spróbować zapytać kogoś, czy sprzedałby taniej. Jeśli potrzebujesz, rzecz jasna – zerknęła na jego ubranie. Czy stać go było na tojad? Czy stać go było na jedzenie? Zmieszała się w tym wszystkim i spuściła spojrzenie. – Kupię, jeśli będę miała okazję – zapewniła go, chociaż tyle mogła zrobić. Uśmiechnęła się blado na jego stwierdzenie, a potem sama wzruszyła ramionami. – Każdy walczy jak może.
I wydawało jej się, że rozmowa już się nie zaogni, aż postanowił potraktować ją jak… dziecko? Patrzyła na niego z wyrzutem, lecz akceptowała, co do niej mówił. Niemniej jednak swoje argumenty również miała… - Tonks, nie urodziłam się wczoraj. Mój wuj jest legilimentą i wierz mi, spędzam każdą jego wizytę, siedząc, jak na szpilkach – odpowiedziała równie silnym tonem. Chociaż ostatni wuj bardziej ją bawił, niż przerażał. – Nie, nie jestem oklumentką. Próbowałam się tego uczyć, nadal próbuję… ale nie znalazłam… bezpiecznego nauczyciela. A teraz… pytasz mnie o środki ostrożności, po tym jak sam wykazałeś się brakiem rozwagi? – skrzywiła się, ale miał rację. Jakie miała środki ostrożności? Paliła listy, uważała na słowa, kłamała, potakiwała… A inne? Co było z jej różdżką, jej magicznymi umiejętnościami? – Może… masz w tym trochę racji, jednak zrozum, że mam dosyć siedzenia i patrzenia na krew lejącą się na ulicach. Stałam pod portową kawiarnią, gdy za moimi plecami nieśli ciało niewinnego człowieka! Ojciec wciskał mi Walczącego Maga do śniadania, żebym popatrzyła na fotografie z przeklętej egzekucji. Tej samej, na której mąż mojej kuzynki pojmał twoją siostrę – znów się wzburzyła, znów opanowywała ją wściekłość. Wciągnęła powoli powietrze, przymykając oczy, aby zaraz potem odezwać się spokojniej. – Postaw się w mojej sytuacji, co byś zrobił na moim miejscu? Uciekłbyś? Byłbyś w stanie porzucić tych wszystkich ludzi, mając na sumieniu fakt, że mogłeś pomóc, a nie zrobiłeś tego? Powiedziałeś, że mnie znasz… - wzdrygnęła się, a zaraz potem przeczesała włosy palcami. Jeśli próbował ją odwodzić od tego, do czego zdążyła psychicznie się przygotować, z powodu… Święta Roweno, nie. Spojrzała na niego badawczo, zastanawiając się przez krótką chwilę czy i w niej mogło iskrzyć wciąż dawne uczucie. Spuściła smutno spojrzenie, odpowiadając sobie szczerze wewnątrz. Nie zadowoliłaby go chyba jej odpowiedź, gdyby musiała to zrobić, a przynajmniej tak jej się wydawało. Nikogo nie ucieszyłoby takie wyznanie. Na szczęście nie musiała, chociaż tego jej oszczędzał, jeśli faktycznie pod jego słowami tliło się uczucie.
Pytanie o pogrzeb ożywiło ją nieco, lecz po prostu wzruszyła ramionami. – Mogę zapytać, do kogo wystosowali zaproszenia, lecz po przemowie wuja Polluxa, sądzę, że go zaprosili. Tak samo… Malfoya – celowo nie ujęła go jako „Ministra”, nie był tego wart. Zaraz potem wstała z ławki, przechadzając się w tę i z powrotem.
Nagle jego zachowanie stało się niepokojąco dziwne, a młoda czarownica prędko rozejrzała się wokół, lecz nie dostrzegła niczego niepokojącego. Nawet nie zorientowała się kiedy sama sięgnęła po różdżkę, lecz nie rzuciła żadnego zaklęcia. Chuchnęła lekko, aby sprawdzić, czy może faktycznie było chłodniej – niezawodna para z ust, jako miernik temperatury. Lecz wszystko było takie samo, jak wcześniej. Pytające spojrzenie opadło na aurora, a zaraz potem zza kępy traw wyłoniły się w oddali dwie sylwetki zakochanych, zmierzające w kierunku ławki. – Musimy stąd iść – stwierdziła, wskazując różdżką na zbliżającą się parę. – Chodź – mruknęła, popędzając go gestem dłoni.


I wciąż nie starczało, i ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak

Forsythia Crabbe
Zawód : Magizoolog w Ministerstwie Magii
Wiek : 24
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
l'appel du vide
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 9
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t8816-forsythia-a-crabbe https://www.morsmordre.net/t8824-maypole#262975 https://www.morsmordre.net/t8825-my-awful-tragedy#262980 https://www.morsmordre.net/f299-brook-street-72 https://www.morsmordre.net/t8821-skrytka-bankowa-nr-2082#262964 https://www.morsmordre.net/t8822-forsythia-crabbe#262969
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]24.02.21 22:42
Kilka lat temu z całej siły starał się przy niej trzymać klasę. Dobierał ubrania o wiele dłużej niż normalnie, podpytywał nawet o czarodziejską modę Fredericka Foxa, który zawsze ubierał się dobrze, ale jakoś niewyszukanie. Przy Forsythii Mike celował w stylizację pod tytułem "jestem dobrze zarabiającym aurorem, ale wcale się nie staram i wcale nie widać po mnie mugolskich korzeni", a któż mógł dawać lepsze rady niż były lord? Mało tego, choć zabierał ją na buntownicze potańcówki, to w mowie codziennej - a szczególnie w Ministerstwie - jak ognia unikał mugolskich zwrotów. Wiedział, że Sythia pochodzi z zamożnej rodziny, więc nie nawiązywał do własnego skromnego pochodzenia i zawsze upierał się, by za nią płacić.
A teraz nie było go stać na tojad.
Zawahał się na moment, ale wojna i desperacja chyba skutecznie wyprały z niego dawne skrupuły. Widziała, jak był ubrany. Widziała cienie pod jego oczyma, bezsenność dawała mu się we znaki. Chyba nawet ostatnio trochę schudł. Uśmiechnął się z przymusem.
-Byłbym... wdzięczny. - wydusił. -Jasne, że potrzebuję. - myślisz, że chcę co miesiąc budzić się z odciskami po łańcuchach i zastanawiać się, czy pomimo srebra nikogo nie zjadłem?
Ja nie chcę. Znaczy, chcę. Kogoś zjeść, ale z tymi łańcuchami to chłopie przesadzasz.
-Dziękuję. - wyszeptał ze wzruszeniem. Niby byli sobie obcy, ale i tak się martwiła. I tak chciała pomóc.
Naprawdę chciałby rozejść się w zgodzie, ale...
Wzdrygnął się, gdy wspomniała, że jej wuj jest legilimentą. Wiedziała, a i tak ryzykowała.
-Też chcę się nauczyć... - westchnął pod nosem, wiedząc, że to nie proste. Postanowienie o nauce oklumencji powziął już w sierpniu, po przypadkowej przemianie w wilkołaka. Chaotyczny wrzesień i przejścia z Azkabanu nie sprzyjały jednak skupieniu - postanowił sobie, że na poważnie rozpocznie naukę za tydzień, dwa, miesiąc. Gdy upora się trochę z koszmarami.
-Zachowałem... - syknął ze złością. -Zawsze noszę ze sobą fałszoskop, a i bez niego... to grzech spróbować Tobie zaufać? - głos lekko mu się załamał, więc ze złością ugryzł się w język.
Zachowujesz się, jakby między nami nic nie było. - chciałby jej wygarnąć.
Może między nami nic nie było...?
Robiło się coraz zimniej, a on poczuł się dziwnie pusty. Usiłował zachować spokój i udało się, ale czuł się martwy w środku. Zdołał zwątpić nawet we własną przeszłość.
-Ja nie mam w rodzinie legilimentów, nie mieszkam pod jednym dachem z potworami. - burknął pod nosem.
Sam jesteś...
...wiem. Zamknij się, Fenrir. Żaden z nas nie lubi tego słowa. - to Michael nazywał Fenrira potworem, nie będzie mu tutaj potwór odwracał potwora ogonem!
Odwrócił gwałtownie wzrok, gdy wspomniała o Justine. Przez twarz przebiegł mu bolesny grymas - i dobrze. Nienawidził Caelana Goyle'a, a Forsythia niech myśli, że ten gniew wynika z lęku o siostrę.
Niech nie wie.
-Znam cię. Znam twoją ambicję. Odwagę. I nie chcę, byś się z tą odwagą przeliczyła. - wycedził w końcu, starając się zamaskować lęk rozsądkiem. -Nie wiem, co bym zrobił. Nie wiem, co powinnaś zrobić. Ja... przemyślę to. - szepnął w końcu. Nie był odpowiednią osobą, by... Reggiemu ufał jak bratu, Weasley był wyszkolonym wiedźmim strażnikiem. Forsythia była jego byłą dziewczyną, kobietą, która złamała mu serce. Nawet jeśli teraz czuł się jak pusta skorupa, to i tak nie ufał własnej zdolności do chłodnego, logicznego osądu jej planów. Powinien z kimś o tym porozmawiać - i zostawić decyzje komuś... obiektywnemu.
Powinnaś wyjechać, jak najdalej stąd, Sythia - powiedziałby to jej, Hannah, Corze, nawet własnej siostrze. Więc milczał.
Skinął lekko głową. Pollux, nestor Blacków, naprawdę idiotyczne mieli te imiona.
-Twój kuzyn... w "Proroku" piszą, że... atakował bezbronnych na ulicach Londynu. - podniósł na Forsythię zimne spojrzenie. Było mu tak strasznie zimno, lód ściskał jego wnętrze, serce, tęczówki. Ale i tak chciał, żeby wiedziała, nawet jeśli miałoby to jeszcze bardziej złamać jej serce. I samemu chciał się wytłumaczyć. -Dlatego nie złożyłem ci kondolencji. - dodał bezbarwnym głosem. Nie byłem w stanie.
Jego oddech nadal zamieniał się w parę, lód w piersiach zaczął zmieniać się w lęk. I wtedy dłoń Sythii okazała się kotwicą. W odpowiedzi na jej gest, Tonks otrzeźwiał, wziął ją za rękę (jak partnerkę w zbrodni, nie przejmując się konwenansami) i pociągnął za sobą wśród drzewa. Stamtąd mogli się deportować. On do domu, a ona pod Londyn, w paszczę lwa.

/zt x 2 chlip


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Zawód : Rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Can I not save
One from the pitiless wave?
OPCM : 46
UROKI : 36
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/30
SPRAWNOŚĆ : 11/36
Genetyka : Wilkołak
Romantyczna ławka - Page 4 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]17.06.21 21:36
Rosier zjawiający się dobrowolnie na ziemiach należących do rodu Carrow był niecodziennym widokiem. Mając w pamięci swój ostatni sen, wolał, aby Calypso nie podróżowała bez konieczności. Nie uważał się rzecz jasna za jasnowidza, bo takich zdolności nie posiadał w żadnym wypadku, jednak w jego głowie gdzieś tam pojawił się pewien rodzaj niepokoju, którego nie potrafił zrozumieć. Okres świąteczny był pełen spokoju, w końcu mogli odetchnąć od ciągłego myślenia o wojnie, wymienił z Lady Carrow kilka sów, czego sam w zasadzie się nie spodziewał. Ta młoda kobieta wiedziała jak zwrócić na siebie uwagę, choć Mathieu uważał, że większość jej działań mogła być zupełnie niewinna. A może ponownie się mylił i miał do czynienia z kimś, dla kogo przywdziewanie masek było zupełnie naturalnym działaniem. Powinien bardziej uważać. Z jakiegoś powodu jednak głos w głowie [nie ten głos] podpowiadał mu, że Calypso nie ma na myśli próby zgładzenia go lub zniszczenia Rosierów. W kontekście obecnie panującej wojny Carrowowie musieliby być lekkomyślni, występując przeciwko nim, szczególnie, że o niesnaskach powinni zapomnieć i skupić się na wspólnym celu.
Calypso podała mu miejsce spotkania, nie bardzo wiedział gdzie to jest, ale posiłkował się informacjami, które mu przekazała. To pewien rodzaj podchodów, które w zasadzie były przyjemnym oderwaniem od rzeczywistości, która bywała przytłaczająca. W końcu dostrzegł ją, siedziała na ławeczce, ogrzewając dłonie drobnym płomieniem, który zapewne kilka chwil temu wyczarowała. Kilkanaście metrów za nią, niczym cień, stała jej służka, której zadaniem było jak najwierniejsze pilnowanie Lady Carrow i kawalera, z którym zamierzała się spotkać jeszcze tego roku. Przez chwilę wpatrywał się w nią, aż do momentu kiedy sama go nie zauważyła. Wtedy już nie było odwrotu.
- Calypso. – powiedział na przywitanie i ujął jej dłoń, której wierzch pocałował delikatnie. – Jedynym, co może przyćmić urok tego miejsca, jest Twoja uroda. – skomplementował ją, spoglądając prosto w dziewczęce i delikatne tęczówki. Z jakiegoś powodu przepadał za blondynkami, z resztą…. Każda z jego narzeczonych do tej pory miała włosy w tym kolorze. Takie kobiety wydawały się delikatniejsze, subtelniejsze. Przynajmniej w ten sposób to odbierał.
- Mam nadzieję, że święta upłynęły Ci spokojnie. – powiedział cicho i usiadł na miejscu obok niej. Nie spodziewał się, że spotkają się w takim miejscu. Ale w zasadzie…. Gdzie mieliby się spotkać? W Sandal Castle czy może Chateau Rose? Nie był pewien jak ich rodziny zareagowałyby na taką wizytę. Byliby na cenzurowanym, a chyba w tym momencie nie było im to potrzebne.



Mathieu Rosier


The last enemy
that shall be destroyed is

death
Mathieu Rosier
Zawód : Opiekun smoków
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Here’s the misery that knows no end
OPCM : 30
UROKI : 10
ALCHEMIA : 3
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 35
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t7310-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/t7326-ehecatl https://www.morsmordre.net/t7325-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7421-skrytka-bankowa-nr-1782#202976 https://www.morsmordre.net/t7339-mathieu-rosier
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]20.06.21 13:18
27.12

Calypso miała w swojej szafie wystarczającą ilość pięknych sukien, żeby móc cieszyć się z ich różnorodności. Zupełnie więc nie przyszło jej do głowy, by wyróżniać się maskami, a każdemu napotkanemu czarodziejowi prezentować się w innej. Zawsze była ciekawska, zawsze lubiła poznawać tajemnice, a Mathieu Rosier był chodzącą niewiadomą. O ile w przypadku niektórych dziedzin magii początkowa faza fascynacji mijała wraz z odkrywanymi sekretami, tak im bardziej poznawała jego, tym więcej chciała.
Nie umiała tego do końca wyjaśnić, bo nigdy wcześniej nie czuła czegoś podobnego w stosunku do innego czarodzieja. Może to jego oczy? Może to sposób, w jaki opowiadał o smokach? A może, w jaki patrzył właśnie na nią.
Widziała go na koncercie — błysk w jego spojrzeniu, pojawiał się, gdy patrzył właśnie na nią. Schlebiała sobie być może, ale czuła, że i ta iskra pojawia się właśnie u niej. Dlatego nie zastanawiała się długo, gdy przyszło im się spotkać w okresie poświątecznym.
Czy chciała go zaatakować? Nigdy! Czy ktoś z rodziny chciałby mieć na sobie krew Rosierów? Nie byli głupi.
Może i nie brali aktywnego udziału w walkach, ale Calypso wiedziała, że jej ojciec jest człowiekiem rozsądnym. Mogła być pewna, że nawet jeśli ktoś by doniósł nestorowi o tym spotkaniu, to w najgorszym przypadku ją samą spotkałaby reprymenda, gdy lord Rosier opuściłby ich domostwo, będąc uprzednio godnie ugoszczonym.
Przysiadła na ławce, przybywając jak zawsze chwilę przed czasem. Lilianę odprawiła na pewną odległość, by móc zapewnić sobie prywatną rozmowę z Mathieu. Na widoku i tak nie czyniliby niczego nieprzyzwoitego, co nie zmienia faktu, że inaczej rozmawiało się bez dodatkowej pary uszu.
Dłonie wsunęła w mufkę, którą dostała na święta — o dłonie musiała dbać. Odmarznięte palce nie sprzyjały jej planom na wieczór — miała zamiar malować. Co prawda w ostatnim czasie miała w głowie jeden wzór, który chciała nieprzerwanie malować, ale te szkice w większości pozostawały ukryte w teczce — tej samej, którą trzymała służąca teraz. Było tam coś, co chciała podarować swojemu gościowi.
- Mathieu. - Wstała z ławki, gdy znalazł się bliżej. - To przy tobie pozwalam sobie rozkwitać. Nikt inny nie powinien mnie takiej oglądać. - Chciała zaznaczyć, że to właśnie dla niego chciała wyglądać najpiękniej. Dla żadnego innego lorda. Wysunięta z mufki dłoń została muśnięta jego wargami, a ją przeszedł delikatny dreszcz. Nie wiedziała, w jaki sposób potrafił tego dokonać, ale przy nim czuła się jednocześnie onieśmielona, ale i pewniejsza siebie.
- Bardzo spokojnie, żeby nie powiedzieć, że nieco nudno. Mam wrażenie, że ludzie nie doceniają już prostych rzeczy w tym okresie i wykorzystują święta do omawiania polityki. Jakby dla odmiany nie można było pozachwycać się tym, co przygotowała służba. - Calypso nie przywiązywała się do pokojówek, czy stajennych, ale kucharki ceniła. Lubiła te pulchne, ciepłe kobiety, które zawsze częstowały ją ciepłym mlekiem i ciastkami, gdy miała gorszy dzień. - A tobie? Czy miałeś chwilę odpoczynku od okropności, czy może w tym celu postanowiłeś spotkać się ze mną? - Podniosła na niego oczy. Poznał ją już odrobinę. Wiedział, że lekko zadziorne pytania, to nic dziwnego w jej wykonaniu. A, że nazwała się jego odskocznią? Cóż.. nie miała pojęcia, że o niej ostatnio śnił, a sen nie skończył się dobrze. Ona miała z Mathieu jedynie dobre skojarzenia, których część skryta była w wyrazistych szkicach. Tych jednak rzecz jasna, nie zamierzała mu pokazywać.



Calypso Carrow


But he that dares not grasp the thorn
should never crave the rose



Ostatnio zmieniony przez Calypso Carrow dnia 17.03.22 18:26, w całości zmieniany 1 raz
Calypso Carrow
Zawód : Malarka, Arystokratka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
I won't be silenced
You can't keep me quiet
Won't tremble when you try it
All I know is I won't go speechless

OPCM : 10
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 14
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9571-calypso-carrow https://www.morsmordre.net/t9765-tea#296315 https://www.morsmordre.net/t9766-who-sets-roses-on-fire#296319 https://www.morsmordre.net/f52-west-yorkshire-wakefield-sandal-castle https://www.morsmordre.net/t10558-skrytka-bankowa-2196#319978 https://www.morsmordre.net/t10406-c-carrow#314672
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]21.06.21 23:38
Fascynacja jego osobą była niepoprawna. Nie powinna skupiać uwagi na kimś, kto mógł okazać się jej zgubom i końcem. Nie wiedział co przyniesie jutro i czego może się spodziewać po kolejnym dniu. Czy wróci żywy z pola bitwy? A może tym razem wykrwawi się na śmierć, walcząc o to, czemu zawierzał własne życie. Pielęgnowane od pokoleń przeświadczenia i wiara w słuszność celu nie pozwalały mu myśleć o tym w inny sposób. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że poświęcenie przypłacił zdrowiem. Wiedział, że od czasu pechowego wieczoru w Białej Wywernie coś się zmieniło, a nieznajomy głos przemawiał do niego, wytwarzał w jego umyśle koszmary, których nie umiał opanować w żaden sposób. Był zakazanym owocem, po który Calypso Carrow chciała sięgnąć…
A jednak przybył do Yorkshire. Coś zupełnie nieznanego ciągnęło go ku jej osobie i choć rozsądek próbował przekonać go, że to najgłupszy z możliwych pomysłów i tak występował przeciwko niemu. Intrygowała go. Jej niewinne uśmiechy, gry słowne, to skupienie w pięknych tęczówkach. Nie mógł zapomnieć o tym spojrzeniu, podobnie jak nie mógł zapomnieć jej głosu. Wdarła się w jego umysł, a on wcale tego nie chciał. Powinien był wycofać się, kiedy jeszcze nie było za późno, ale w tych niewinnych intrygach odnajdywał pewną drogę, którą chciał iść. Czy to jego własna droga ku zatraceniu?
- Nikt inny? – spytał, wpatrując się w nią. Zasugerowała właśnie, że ten widok był zarezerwowany jedynie dla niego. Ciekawe, bardzo interesujące i zupełnie niespodziewane słowa. Był zaskoczony, ale i przyjemnie połechtane zostało jego ego. Był ciekaw co naprawdę o nim myślała, co siedziało w jej głowie…
- Niestety, moja droga, ale polityka otoczyła nas zewsząd wraz z rozpoczęciem wojny. – powiedział, spoglądając na nią uważnie. Polityka bywała męcząca w momentach, w których nie było dla niej miejsca i doskonale rozumiał podejście panny Carrow. Wiedziała co mówi i nie chodziło o to, aby rozmawiać o błahostkach, ale o to, by uszanować ten wolny czas poświęcania rodzinie i robić to naprawdę. Przy uroczystej kolacji i wręczaniu prezentów nie powinno być miejsca na mapy i planowanie strategii. – Odpocząłem. Ale spotkanie z Tobą jest dużo lepsze od błogiej laby i odpoczynku. – mruknął, uśmiechając się subtelnie. Czuł się jak na cenzurowanym, widząc wnikliwą obserwację jej służki, która na pewno za punkt honor obrała sobie doprowadzanie go do szewskiej pasji.
- Ubolewam nad tym, że nasze spotkania odbywają się tak rzadko… Pomagasz mi pozbyć się ponurych myśli. – dodał po chwili, przesuwając się w jej stronę, aby siedzieć bardziej przodem. Nie wiedział jak to robiła, ale potrafiła rozgonić chmury w jego głowie, a to naprawdę nie lada wyzwanie.



Mathieu Rosier


The last enemy
that shall be destroyed is

death
Mathieu Rosier
Zawód : Opiekun smoków
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Here’s the misery that knows no end
OPCM : 30
UROKI : 10
ALCHEMIA : 3
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 35
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t7310-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/t7326-ehecatl https://www.morsmordre.net/t7325-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7421-skrytka-bankowa-nr-1782#202976 https://www.morsmordre.net/t7339-mathieu-rosier
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]23.06.21 20:50
Chyba właśnie ta niepoprawność najbardziej ją fascynowała. Pomimo całej swojej butności ostatecznie była przecież dobrą córką, a jej ojciec nie miał nigdy prawa do narzekań. Czy teraz miał? Czy zainteresowanie tajemniczym lordem z rodu Rosier było czymś niestosownym? Był od niej odrobinę starszy, ale nie na tyle, by było to w jakikolwiek sposób nieprzyzwoite. A jego poglądy? W zasadzie domyślała, że jest po stronie odpowiedniej, ale nie zamierzała o to pytać. Polityka nie była na jej głowę — jeśli kiedyś, jej przyszły mąż, wyrazi chęć otrzymania wsparcia, to dowie się o zagadnieniu, jak najwięcej. Teraz chciała się dowiadywać wiele o Mathieu.
Uśmiechnęła się, widząc, jak wyraz zaskoczenia przemknął po jego twarzy. Nie przywykł chyba do takich kobiet jak ona. Dla niej to tylko lepiej.
Zwróciła się więc w jego stronę i nie odrywając wzroku od jego oczu, odparła szeptem
- Zupełnie nikt inny... - Taka była prawda. Żaden z lordów nie wzbudzał w niej zainteresowania. Nie, żeby do jej ręki ustawiały się kolejki, co nie znaczy, że chętnych zupełnie nie było. Niemniej jednak ktoś w Sandal Castle musiał podejrzewać, że Lady Carrow zainteresowała się jakimś kawalerem, bo nieco częściej niż wcześniej padały sugestie, że może powinno się nieco mocniej ogłosić się, że Calypso jest panną na wydaniu. A ona, chociaż rzeczywiście zainteresowana, to nie chciała nikogo z listy swojego ojca. Mathieu w jakiś sposób zakradł się do jej myśli.
Połechtało ją to, jak nazwał ją “moja droga”. Dlatego też uznała, że chcąc więcej takich słów, powinna mu zasygnalizować, że nie tylko nie ma nic przeciwko, ale też, że sprawia jej przyjemność, gdy tak do niej mówi.
- Mam nadzieję, że na tyle droga, byś nie chciał innych obdarowywać tytułami. A od drogiej, już blisko do najdroższej. - Zaśmiała się, nawijając na palec wskazujący pukiel złotych włosów. I chciała chyba jeszcze zażartować na ten temat, ale rozległ się głośny trzask, który ją rozproszył.
To Liliana chyba przypadkiem nadepnęła na gałąź, gdy próbowała chodzić w miejscu i nieco się rozgrzać. Calypso spojrzała na nią poważnie.
- Możesz sobie rozpalić ognisko, jak chcesz. - Pokręciła głową i spojrzała na Mathieu. - Czasem mam wrażenie, że zapomina, od czego ma różdżkę. - Doprawdy zdumiewające, jak sobie ludzie radzili w takich sytuacjach.
- Czy mam przez to rozumieć, że… - To było pytanie dość bezpośrednie i nie wiedziała, czy nie uzna jej za bezczelną, ale ostatecznie, gdyby chciał cichą gęś, to by oglądał się kimś w myśl zasady, że taniej mieć żonę, niż służbę. - Że też nie mogłeś się doczekać kolejnego spotkania?
Gdy przysunął się bliżej, pozwoliła sobie na to, by obdarzyć go przebiegłym uśmiechem. Takim, który zdradzał, że na rzadkie spotkania można zaradzić w bardzo prosty sposób.
- A co byś powiedział, gdybym spytała się ojca, czy nie chciałby gościć cię na kolacji? Oczywiście zrzuciłabym to karb tego, że mój - jej głos się uniósł, stając się nieco bardziej dziewczęcy i słodki. - kobiecy rozum nie pomyślał, że to nie wypada. - Zaśmiała się. Zwróceni do siebie przodem opierali się bokiem o oparcie ławki, ale drugie dłonie pozostawały nieco wolne. A przynajmniej przez chwilę, gdy Lady Carrow sięgając po swoją mufkę, niby przypadkiem musnęła jego dłoń. A może było zupełnie na odwrót? Może sięgała po materiał, żeby móc dotknąć jego dłoni?
Jakie miał plany na nowy rok? Czy może przyjdzie im go obchodzić w swoim towarzystwie?
- Myślałam o tobie… - Przyznała niespodziewanie. - O tym, czy to był taki zupełny przypadek, że spotkałam cię wtedy na terenach jeździeckich. - I o kilku innych rzeczach, o których na głos damie nie wypadało mówić, gdy kawaler nie wyraził jasnych chęci.



Calypso Carrow


But he that dares not grasp the thorn
should never crave the rose

Calypso Carrow
Zawód : Malarka, Arystokratka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
I won't be silenced
You can't keep me quiet
Won't tremble when you try it
All I know is I won't go speechless

OPCM : 10
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 14
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9571-calypso-carrow https://www.morsmordre.net/t9765-tea#296315 https://www.morsmordre.net/t9766-who-sets-roses-on-fire#296319 https://www.morsmordre.net/f52-west-yorkshire-wakefield-sandal-castle https://www.morsmordre.net/t10558-skrytka-bankowa-2196#319978 https://www.morsmordre.net/t10406-c-carrow#314672
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]23.06.21 21:37
Jej niewinność był zaskakująca. Wydawała się zachwycona jego osobą, nie ukrywała tego za woalem wstydu czy skrępowania. Powiedziała to wprost, był jak nikt inny. Co takiego zrobił, że zwrócił jej uwagę? Jakie cechy przekonały ją do tego, aby chcieć poznać go więcej, mocniej…. Ostatni rok zmienił go, patrząc wstecz, cofając się o jeden rok…. Sam zauważał kolosalną różnicę. Przede wszystkim, mimo wielu ran i problemów, stał się bardziej otwarty, zaczął doceniać to co ma i co może osiągnąć. Nie zawiedzie własnego ojca, zrealizuje jego marzenie, spełni swoje własne. Chciałby, aby Anselme powiedział wprost, że jest z niego dumny, z jego postępowania i wszystkiego, co uczynił. Pytanie brzmiało, na ile on sam był w stanie uwierzyć we własne możliwości, nie zatracając się przy tym w nadmiernym zachwycie własną osobą. Nie powinien być zbyt pewny siebie, bo brawura potrafiła być gubiąca. To właśnie zainteresowało Calypso? To sprawiło, że zaczęła chcieć go…. bardziej.
Niemniej jednak, wyraźnie go zainteresowała tym, co mówiła w jego kierunku. Szczególnie, kiedy wyraziła jasno skrywane pragnienie. Chciała być jego. To mu schlebiało, musiał przyznać to otwarcie. Przez tyle lat miał ogromny problem z takimi rozmowami, z czymkolwiek co wiązało się z przejściem na tego typu tematu. Unikał małżeństwa, unikał…. Wszystkiego w zasadzie co wiązało się z bliskimi relacjami. Ostatni rok był dla niego ciężki, a teraz? Calypso jasno dawała mu do zrozumienia, że chciałaby, aby Rosier tytułował ją najdroższa. To chyba w pewnym sensie wykraczało poza jego aktualne plany, nawet jeśli przyjemnym było słuchanie takich słów.
Chciał coś właśnie odpowiedzieć, ale nieostrożna służka Calypso postanowiła im bezczelnie przerwać. Rosier zareagował dość nerwowo, spinając mięśnie niemal całego ciała, sięgając automatycznie po różdżkę. Cholera, miał nadszarpnięte solidnie nerwy i to odbijało się na jego życiu. Niestety, ostatnie miesiące nadwyrężyły jego zdrowie psychiczne, zostawiając na nim trwały ślad.
- Nie mogłem…. się doczekać. Owszem. – odpowiedział, wracając powoli wzrokiem do oczu Lady Carrow. Musiał się skupić na jej twarzy, bo jeszcze jedna podobna sytuacja i różdżka pójdzie w ruch. Żyli w czasach wojny i na rajskie sielanki nie było miejsca, nawet jeśli otoczenie wydawało się być zupełnie niegroźne.
- Nie sądzę, aby to był dobry pomysł. Mury Sandal Castle nadal pamiętają wojnę dwóch róż i mimo tego, że oboje oddaliśmy w zapomnienie różnice pomiędzy nami, nie zostałbym przyjęty zbyt ciepło. – powiedział spokojnie. Nie chciał jej rozczarować, po prostu uważał, że on sam i całe zgromadzenie rodu Carrow było raczej słabym pomysłem. Wolał to jednak ubrać w odpowiednie słowa, aby nie urazić jej w żadne sposób. To przecież nie to, że jawnie wyrażał swoją niechęć względem Aresa…. Inni członkowie jej rodu z pewnością również nie wyrażali się ciepło o Rosierach.
- Myślałaś o mnie? – spytał, wciąż czując dotyk jej skóry. On o niej śnił i bynajmniej nie planował o tym mówić, bądź co bądź, w jego snach kończyła z reguły pozbawiona życia. Nie był pewien czy to nadal widmo ostatnich wydarzeń z Białej Wywerny czy może coś zupełnie innego. – Nie powinnaś tego robić…. – mruknął, delikatnie łapiąc jej dłoń. Wiedział doskonale, że zakazany owoc smakował najlepiej i choć nie powinna i tak to robiła, a kiedy waga urośnie to potwierdzenia tezy zakazanego owocu…. Z pewnością będzie to robiła jeszcze częściej. – Najwyraźniej los chciał, abyśmy się tam spotkali. – dodał jeszcze, przesuwając kciukiem po wierzchu jej dłoni. Zdecydowanie nie powinien był tego robić. Niemniej jednak, nikt nie mógł mu zabronić, to nie było aż tak niestosowne.



Mathieu Rosier


The last enemy
that shall be destroyed is

death
Mathieu Rosier
Zawód : Opiekun smoków
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Here’s the misery that knows no end
OPCM : 30
UROKI : 10
ALCHEMIA : 3
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 35
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t7310-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/t7326-ehecatl https://www.morsmordre.net/t7325-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7421-skrytka-bankowa-nr-1782#202976 https://www.morsmordre.net/t7339-mathieu-rosier
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]26.06.21 0:12
Inne lady może były bardziej ułożone, może ładniej składały dłonie na padołku i spuszczały niewinnie wzrok. Ale to nie była Calypso. Gdyby próbowała tak zrobić, sama ze sobą czułaby się nie w porządku, czułaby, że sama siebie okłamuje. A tymczasem Mathieu ani razu jeszcze nie zwrócił jej uwagi, a nawet wydawał się zaintrygowany jej sposobem bycia. Czy zainteresowałaby się z nim, gdyby wiedziała, jak bardzo zmienił się na przestrzeni ostatniego roku? Jak wielkie zmiany dokonały się w jego charakterze, zanim stanął przed nią wtedy przy ogrodzeniu?
Nie umiałaby teraz odpowiedzieć na to pytanie z bardzo prostej przyczyny — nie wiedziała, że jest nad czym się zastanawiać. Nie miała pojęcia, jaki był jeszcze rok temu. Jeśli patrzyłaby jedynie na powierzchowność, to wtedy bez wątpienia odpowiedź brzmiałaby, że tak nawet wtedy zwróciłby jej uwagę. Ale Mathieu był znacznie kimś więcej niż tylko ładną otoczką. Był rozmówcą fascynującym, był gentlemanem, który jednak w żaden sposób nie sprawiał, że czuła się gorsza od łajna.
A on? On wydawał się nią równie zainteresowany — nie stronił od tego, by mówić do niej pięknie, a gdy ona mówiła, że nie powinien się krępować i mówić więcej, również tego nie negował. Może nawet rozważał?
Czy wiedziała, że nie myślał o niej poważnie? Chyba mogła się tego domyślać. Nie była nawet pewna, czy gdzieś tam zakulisowo nie szykują się już nawet zaręczyny jego z jakąś panną z rodu bardziej odpowiedniego.
Czy Calypso walczyłaby o uwagę Mathieu? Cóż, jakkolwiek musi brzmieć to okropnie, najpewniej nie zrobiłaby tego — unosząc się dumą, najpewniej pozostałaby dla niego uprzejma… w zupełnie przeciętny sposób. Swoje niezadowolonej zwykła bowiem prezentować w formie złośliwej, czy aroganckiej, a raczej pod maską zimnego spokoju i zupełnego zobojętnienia, nawet jeśli w środku szalałoby 1000 pożarów.
Gdy zobaczyła gest Mathieu, ściągnęła lekko brwi, a potem od różdżki podniosła wzrok na swojego towarzysza. Lekko przekrzywiła głowę, co poskutkowało tym, że jasne włosy opadły częściowo na jej twarz.
- Mathieu… To tylko Liliana… - Chciała go zapewnić, że przecież nic takiego się nie stało. Chyba. - Nie mogę jej dalej odesłać. - Zaznaczyła, a potem westchnęła. - Nie wiem, czy to prawda, ale jeśli będę wychodzić kiedyś za mąż, to ona będzie szła za mną. A przyszły małżonek będzie mógł ją przepytać z tego, jak zachowywałam się w trakcie spotkań… wszystkich. - Leciutko wzruszyła ramionami. Być może była to bujdą wymyślona przez starą niańkę, żeby Calypso zawsze pozostała w obecności służącej. Dziewczynka bowiem od najmłodszych lat była bowiem dość niesforna.
- Mówisz do mnie, ale myślami jesteś gdzieś daleko Mathieu… Wszystko w porządku? - Jeśli będzie próbował ją zbyć, to będzie miał do czynienia z przynajmniej średnich rozmiarów niezadowoleniem.
Zwłaszcza gdy złapał jej dłoń…
Och, ona dopiero opowiadała mu o tym, że być może jej służąca będzie musiała przed innym mężczyzną opowiadać o tym spotkaniu, a tymczasem czuła ciepło jego dłoni na swojej.
- Wiem, że nie powinnam… - Odparła, a potem bardzo, ale to bardzo pomału, tak, żeby ruch ramion pozostał najbardziej niezauważony, wsunęła jego dłoń na swojej mufki, żeby z drugiej strony wsunąć swoją. Nie przerwała ani na chwilę spoglądać mu w oczy. - Powiedz tylko słowo, a przestanę o tobie myśleć. Każda sowa pozostanie bez odpowiedzi, a dotyk… dotyk zapomnę. - W ciepłym materiale splotła jego palce ze swoimi. - Powiedz tylko słowo…



Calypso Carrow


But he that dares not grasp the thorn
should never crave the rose

Calypso Carrow
Zawód : Malarka, Arystokratka
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
I won't be silenced
You can't keep me quiet
Won't tremble when you try it
All I know is I won't go speechless

OPCM : 10
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 14
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9571-calypso-carrow https://www.morsmordre.net/t9765-tea#296315 https://www.morsmordre.net/t9766-who-sets-roses-on-fire#296319 https://www.morsmordre.net/f52-west-yorkshire-wakefield-sandal-castle https://www.morsmordre.net/t10558-skrytka-bankowa-2196#319978 https://www.morsmordre.net/t10406-c-carrow#314672
Re: Romantyczna ławka [odnośnik]28.06.21 17:19
Nerwowa reakcja była dla niego zupełnie naturalna. Calypso nie miała pojęcia czym Rosier się zajmował, co robił i jak często ryzykował życiem, aby osiągnąć zamierzone cele. Czyż to nie było powodem, że na wszelkie dźwięki wykraczające poza normę reagował w taki sposób? Ten rok bardzo zszargał jego nerwy, nie tylko był budujący pod wieloma względami, nie tylko zmienił jego charakter, ale również pozostawił trwałe ślady w jego umyśle. Wszystkie popełnione błędy odbijały się echem, podobnie jak każdy sukces, który podbudowywał. Nieświadoma Calypso szła w niebezpiecznym kierunku, pchała się na nieznane wody nawiązując bliższą relację z Mathieu i mogła niekorzystnie wpłynąć na jej życie. Nie powinien decydować za nią oczywiście. Była dorosłą, dojrzałą młodą damą i tak decyzja powinna należeć tylko do niej, pytanie tylko czy Rosier był gotów uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć jej kim jest naprawdę?
- Wiem, że nie możesz. – odparł spokojnie, z lekkim uśmiechem. Nie mieli wpływu na protokół i zasady, które dyktowały im życie. Mogli głośno wyrażać swój sprzeciw i mówić, jak bardzo im to nie odpowiada, ale nic nie zmienią. Młoda dama nie powinna przemieszczać się bez służki, musiała być pod ścisłą kontrolą. To na pewno powodowało dyskomfort, Mathieu miał łatwiej, mężczyźni nie musieli być pilnowani na okrągło, co dawało zdecydowanie większą swobodę. – Pytanie jak lojalna wobec Ciebie jest Liliana… Czy zdradzi kilka Twoich sekretów czy może powinnaś zacząć nocą wymykać się ze swoich komnat, abyśmy mogli porozmawiać w spokoju. – szepnął cicho, tego na pewno służka nie mogła słyszeć. Zabawne, ale sam nie sądził, że będzie w stanie skierować w jej stronę taką sugestię. Szczególnie po tym, jak chwyciła jego dłoń i pociągnęła do siebie. Z trudem przychodziło mu ukrywanie tego gestu, na szczęście skryte ręce pod jej odzieniem…. Mógł gładzić kciukiem jej delikatną skórę. To przyjemne, zdecydowanie inny rodzaj przyjemnych rozmów, niżeli ten, który doznał do tej pory.
- Wojna spędza mi sen z powiek, to trudny czas. – przyznał nieco spokojniejszym, zawiedzionym tonem. Z pewnością Calypso też odczuwała skutki wojny. Nie najwyższej jakości tytoń to nic w porównaniu z innymi problemami, które generował konflikt w Anglii. Nie mieli wyjścia, musieli przyjąć to co dawał im los i przebrnąć przez ten najtrudniejszy czas. Nie mieli innego wyboru.
Mówiła do niego w tak delikatny sposób. Mógł jej powiedzieć, że ich drogi powinny rozejść się ostatecznie, aby nie narażał jej na większe niebezpieczeństwo. Mógł powiedzieć, żeby znalazła kogoś, kto da jej stabilizację i szczęście. Mógł powiedzieć…. Ale nie chciał tego powiedzieć. Nie chciał rezygnować z tej znajomości, choć pod każdym względem była niepoprawna.
- Nie powiem tego. – powiedział, przenosząc ciemne spojrzenie na jej oczy. – Musisz tylko wiedzieć, że to nie będzie prosta droga, wręcz przeciwnie. Wyboista i niepewna. – szepnął, nie spuszczając nawet na moment wzroku z jej oczu. Musiał ją ostrzec przez niebezpieczeństwem, które dla niej stanowił on sam.



Mathieu Rosier


The last enemy
that shall be destroyed is

death
Mathieu Rosier
Zawód : Opiekun smoków
Wiek : 28
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Here’s the misery that knows no end
OPCM : 30
UROKI : 10
ALCHEMIA : 3
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 35
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej
To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia.
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t7310-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/t7326-ehecatl https://www.morsmordre.net/t7325-mathieu-rosier https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t7421-skrytka-bankowa-nr-1782#202976 https://www.morsmordre.net/t7339-mathieu-rosier

Strona 4 z 5 Previous  1, 2, 3, 4, 5  Next

Romantyczna ławka
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach