Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Portret przeszłości
AutorWiadomość
Portret przeszłości [odnośnik]04.12.16 0:39
First topic message reminder :

Portret przeszłości

★★★
W bocznej sali londyńskiej galerii sztuki można znaleźć jedyną w swoim rodzaju dekorację - unikatowe lustro, na którego tafli za pomocą czarów zobrazowano przełomowy moment w historii magii. Przedmiot ten ma szczególne znaczenie dla Brytyjczyków, bowiem przedstawia potężne mury Hogwartu, które uwieczniono tak, jak w wyobrażeniach renesansowych mistrzów wyglądał tuż po wybudowaniu, na przełomie IX i X wieku. Tylko nieliczni ze zwiedzających zdają sobie sprawę z tego, że wystarczy wypowiedzieć motto szkoły (brzmi ono: Draco dormiens nunquam titillandus), aby widoczne na pierwszym planie schody wysunęły się przez taflę i umożliwiły czarodziejom swoistego rodzaju powrót do przeszłości. Przekroczenie złotych ram wygląda jak przejście przez framugę zwyczajnych drzwi, twórcy dzieła zadbali jednak o wszystko: można odnieść wrażenie, że oddycha się zupełnie innym, znacznie czystszym powietrzem, wiatr łopocze połami ubrań i podrywa włosy do tańca, a mury zamku oraz otaczająca je sceneria wydają się istnieć naprawdę - perfekcyjnie odwzorowano nawet najdrobniejsze szczegóły. W porównaniu z tym, jak Hogwart wygląda współcześnie, pewnie niektórym z byłych uczniów przejdzie przez myśl, że twierdza w ogóle się nie postarzała. Zmiany w otaczającej ją przestrzeni, potrafią jednak zaskoczyć: schody prowadzą aż do wrót zamku, dalej ścieżka zachęca do przejścia się wokół budynku i powrócenia na trasę wyznaczaną przez kamienne stopnie, by zakończyć wycieczkę na powrót w galerii sztuki. Sporym mankamentem dla zwiedzających z pewnością będzie to, że w rzeczywistości po drugiej stronie lustra nie można spotkać ludzi z tamtych czasów, niezadowalający może być również zakaz zbaczania ze ścieżki i brak możliwości przespacerowania się chociażby po Błoniach. Do Portretu Przeszłości można dostać się tylko z Sali Południowej.


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 21:11, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Portret przeszłości - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Portret przeszłości [odnośnik]09.06.17 19:28
| 06.04?

Jocelyn, korzystając z wolnego dnia, postanowiła sprawić przyjemność matce i wybrać się wraz z nią do galerii sztuki. Za tydzień miał się tu odbyć mały wernisaż, na który zresztą planowała się wybrać z kuzynką, ale wiedząc, jak rzadko ostatnimi czasy jej matka wychodziła z domu, zaproponowała jej to wyjście; nawet w zwykłe dni zawsze było tutaj co oglądać. Dawniej to Thea Vane zawsze zabierała córki do galerii, na koncerty, występy i w inne miejsca, w których mogły obcować z kulturą i poznawać odpowiednich ludzi. Ale lata mijały i pogłębiała się zarówno choroba genetyczna kobiety, jak i jej wyobcowanie i tęsknota za dawnymi, lepszymi czasami. Dziś Thea potrafiła całymi dniami przesiadywać w swojej sypialni, przeszklonej części ogrodu na tyłach domu lub w swojej pracowni, gdzie dawniej tworzyła naprawdę piękne obrazy, a która teraz tylko budziła w niej głównie frustrację i nostalgię. A Josie naprawdę nie wiedziała, jak jej pomóc i co więcej mogłaby zrobić poza usilnymi staraniami bycia dobrą córką i spełniania jej oczekiwań. Przynajmniej tych, które były na ten moment w jej zasięgu.
Podczas wizyty w galerii cały czas szła u jej boku; Thea Vane wiedziała naprawdę dużo na temat sztuki, w końcu niegdyś sama malowała, debiutowała w galeriach i marzyła o wielkiej karierze, którą pokrzyżowała choroba i wydanie za mężczyznę niższego stanu. Chociaż nigdy nie była pięknością, nawet po wielu latach od zostania żoną Leonarda Vane i utraty tytułu wciąż była elegancka i poruszała się z dumą widoczną nawet mimo lekkiego utykania spowodowanego sztywnieniem nogi, a jej wyniosłe spojrzenie uważnie lustrowało otoczenie. Oprócz dzielenia się z córką swoimi spostrzeżeniami od czasu do czasu zadawała jej pytania, by zorientować się, jak prezentowała się jej wiedza. Nie od dziś było wiadomo, że Thea wolałaby widzieć córkę jako artystkę spełniającą się w malarstwie lub jakiejkolwiek innej sztuce niż stażystkę uzdrowicielstwa.
Wszystko wydawało się być w porządku i nic nie zapowiadało nagłej zmiany nastrojów, dopóki w jednej z sal, które odwiedzały, noga Thei nie zesztywniała zupełnie. Jednym z powodów, dla których Thea ograniczyła wyjścia w miejsca publiczne był jej wstyd przed tym, że ktoś postronny mógł zobaczyć ją podczas ataku choroby, która w ostatnich tygodniach uległa czasowemu zaostrzeniu i epizody sztywnienia kończyn przydarzały jej się częściej niż normalnie.
Przy pomocy Josie Thea opadła na ławeczkę ustawioną dla zwiedzających na przeciwko jednego z obrazów; sala, w której przebywały, szczęśliwie była opustoszała, jednak kobieta i tak wpadła w gniew i krzyknęła na córkę, każąc jej ją puścić i wyjść. W tej chwili nie przypominała już tej wyniosłej, eleganckiej kobiety, z jaką Josie jeszcze pół godziny temu przechadzała się po salach i rozmawiała o sztuce. To była ta strona Thei, którą młódka instynktownie starała się unikać, a która dochodziła do głosu o wiele częściej niż dawniej, co sprawiało, że ich relacje stały się trudne i przywodziły na myśl stąpanie po bardzo kruchym lodzie.
Chcąc uniknąć kłótni w miejscu publicznym, w sali, do której w każdej chwili mógł ktoś wejść, uszanowała wolę matki, która chciała pozostać sama i wyszła, mówiąc cicho, że niedługo po nią przyjdzie. Wiedziała że nie było poważnego niebezpieczeństwa, zesztywnienie niedługo minie, a w razie potrzeby matka miała w torbie odpowiedni eliksir; Jocelyn sama zadbała o to przed wyjściem. Wychodząc z sali na korytarz zacisnęła usta i powieki, tłumiąc cisnące się do oczu łzy. Z tego powodu nie zauważyła mężczyzny, na którego chwilę później wpadła...
- Bardzo przepraszam... - szepnęła, zadzierając głowę do góry, by na niego spojrzeć.



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Portret przeszłości [odnośnik]09.06.17 23:05
Aldrich marzył w przeszłości, by przy którejś wizycie w muzeum, może nawet odległej o dwadzieścia lat, zobaczyć na ścianie wśród wystawy pejzaż spod pędzla matki; ten sam, który przypominał o domu wisząc od dawna w londyńskim mieszkaniu. Brakowało mu jednak nie tylko widoków ze Szkocji. Tęsknił też za unoszącym się w powietrzu ostrym zapachem terpentyny oznaczającym przypływ natchnienia. Portrety, które matka malowała na zamówienie nigdy nie pachniały tak mocno jak widoki na jezioro, nie zachęcały do zejścia na dół i obserwowania mistrzyni przy pracy. Adele McKinnon była jednak mistrzynią rzemiosła jedynie we własnym domu; nigdy właściwie nie aspirowała do prestiżu artystki uznanej: wystarczało jej przeżywanie własnej sztuki osobiście i zarobki, które przynosiły właśnie zamówione przez zamożniejszych znajomych podobizny.
Aldrich znalazł się w galerii sztuki pod wpływem impulsu. Zdarzyło się akurat, że miał w ciągu dnia chwilę wolnego czasu i mógł spożytkować ją na wypicie kolejnej kawy albo wizytę tutaj. Przyczyn, dla których kawa przegrała w tym starciu nie trzeba chyba tłumaczyć. Przechadzał się po salach jakby był tu po raz pierwszy, może nawet znalazł kilka nowych ulubionych obrazów. Przed laty często przeglądał albumy przybliżające historię malarstwa, czytywał nawet ogłoszenia domów aukcyjnych, by być na bieżąco nie tylko ze sztuką dawno uznaną, ale też najświeższymi dziełami. Z zainteresowaniem śledził sprawę sprzedaży rzekomo zaginionego obrazu Vermeera, później zdemaskowanego jako falsyfikat, z czasem jednak powrócił do przeglądania albumów, które matka dawała mu często w prezencie na święta.
W tej galerii nie miał raczej spotkać żadnego z płócien wymienionych w swoich książkach, a mimo to zwiedzał z przyjemnością. Tęsknił za urokiem zwiedzania, za nowością paradoksalnie ukrytą w starych malowidłach. Dawał sztuce okazję, by go zaskoczyła, a atmosfera muzeum – opustoszałego o tej porze roku i dnia – uspokajała go, wprowadzała w specyficzny nastrój. Oglądając obrazy łatwo zapominał o Londynie za oknami, wyobraźnia (a wobec tej nie żywił już niemal nadziei) odżywała, obiecując, że chociaż na trochę przeniesie go gdzie indziej, nie tylko w przestrzeni lecz i w czasie. Spacerował pomiędzy salami, próbując zdecydować, w jakim medium będzie mu najwygodniej wyobrazić siebie samego tak długo, aż nie natrafił na pewne wyjątkowe lustro. To jedno akurat zapamiętał z poprzednich wizyt w galerii. Przyjrzał się badawczo schodom wymalowanym na pierwszym planie i uśmiechnął się słabo. Magia w takich miejscach, bez pośpiechu i użytkowości, jakby mocniej oddziaływała, łatwiej wprawiała w zachwyt. Aż nabrał ochoty, by wspomnieć motto szkoły i skorzystać z możliwości powrotu do Hogwartu choćby w ten sposób. Zanim jednak zbliżył się do obrazu, ktoś – z całego ogromu sal w galerii przechodzący akurat tędy – potrącił go.
Osóbka była raczej niewielka, a Aldrich, biorąc poprawkę na swój solidny wzrost, odruchowo przytrzymał ją za ramię póki ewentualność potknięcia się nie została zażegnana.
- Nic nie szkodzi. – odpowiedział życzliwie, a skrzywienie zawodowe kazało dopytać: - Wszystko w porządku?
Zerknął na twarz kobiety, by upewnić się, że nic jej się nie stało, ale oprócz tego także ją rozpoznał, może tym szybciej, że nie spodziewał się spotkać tu kogoś z pracy, skoro właśnie wyszedł ze szpitala.
- Panna Vane? Dzień dobry. – dziewczyna była stażystką i dopiero przed kilkoma tygodniami po raz pierwszy trafiła na jego oddział. Aldrich pamiętał z tamtego dnia ogromne obłożenie i to, jak nieoceniona okazała się najmniejsza jej pomoc. Tym bardziej jednak zdziwił go jej widok, gdyż wyglądała na co najmniej wstrząśniętą, a ponieważ muzea nie dostarczają na ogół aż tak silnych wrażeń, był zaskoczony. – Co pani tu robi? Czy coś się stało?
Aldrich McKinnon
Zawód : uzdrowiciel
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I am and always will be the optimist. The hoper of far-flung hopes and the dreamer of improbable dreams.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4821-aldrich-mckinnon https://www.morsmordre.net/t5110-poczta-aldricha https://www.morsmordre.net/t4830-al-mckinnon https://www.morsmordre.net/f123-earl-s-court-road-17-3 https://www.morsmordre.net/t6054-aldrich-mckinnon
Re: Portret przeszłości [odnośnik]10.06.17 0:54
Jocelyn, mimo posiadania artystycznej duszy, nigdy nie aspirowała do wyjścia ze swoją sztuką do szerszego grona odbiorców. Zazwyczaj rysowała lub malowała dla siebie, ewentualnie dla grona bliskich lub znajomych, chociaż odkąd zaczęła kurs, rzadko miała czas, żeby na dłużej przysiąść do bardziej czasochłonnych prac. Z tego powodu częściej tworzyła szkice lub ilustrowała zielniki i tego typu rzeczy, wykorzystując to dodatkowo podczas swojej nauki na staż. Robiła to dla przyjemności i odskoczni od obowiązków, nie była osobą wybitnie utalentowaną, ale, prawdę mówiąc, nie pragnęła zostać artystką i wystawiać swoich prac w galeriach. To było marzeniem jej matki, nie jej. To Thea przed laty poznała smak bycia twórcą, to jej marzenia runęły w gruzach, zanim na dobre się ziściły. Josie słabo pamiętała czasy jej świetności, praktycznie w ogóle, bo miało to miejsce jeszcze przed jej narodzinami i znała to tylko z opowieści. Gdy była starsza, matka tworzyła w domu, w zaciszu własnej pracowni, zazwyczaj wstydząc się pokazywać komuś spoza rodziny swoje prace, z biegiem lat coraz bardziej zniekształcane przez chorobę. Jej dłonie nie były już tak sprawne jak przed laty, co przekładało się na jakość obrazów i na jej własną satysfakcję z nich. Wiele namalowanych obrazów zniszczyła; Jocelyn nie raz znajdowała w pracowni podarte płótna i rozlane farby, wymowny krzyk rozpaczy i tęsknoty wrażliwej duszy uwięzionej w ponurej, szarej rzeczywistości. Mimo tego wszystkiego Josie przed laty zaczęła malować właśnie ze względu na matkę, całym swoim dziecięcym serduszkiem wierząc, że Thea to zauważy i doceni. Polubiła to i choć nie była już tak naiwna jak wtedy, wciąż darzyła sztukę sentymentem, nawet jeśli za sprawą obowiązków na stażu w ostatnich miesiącach częściej ją oglądała niż tworzyła.
Niestety w obecnym czasie wizyty w galeriach z matką nie były takie same jak kiedyś. Thea z roku na rok była coraz trudniejsza do zniesienia i nie trzeba było wiele, żeby wpadła w drażliwy nastrój i stała się zgryźliwa i szorstka. Nawet w takich chwilach Josie przejmowała się jej stanem, ale nauczyła się już, że najlepszym sposobem jest danie matce czasu na ochłonięcie. Skoro ta chciała zostać sama, dopóki nie przejdzie jej sztywność, Josie uszanowała to, zresztą nie miała ochoty na wysłuchiwanie opryskliwych uwag. Wyszła z sali, w której były, przechodząc pospiesznie do sąsiedniego pomieszczenia. Niestety przez pochłonięcie myślami zupełnie nie zauważyła Aldricha dopóki na niego nie wpadła.
- Och – szepnęła, gdy mężczyzna przytrzymał ją, niewątpliwie ratując przed zatoczeniem się i upadkiem. Szybko jednak wyprostowała się i starała się przybrać jak najbardziej spokojną, neutralną minę. Trudno było ukryć emocje i lekko szklące się oczy, więc szybko odwróciła wzrok zaraz po upewnieniu się, z kim miała do czynienia. – Dzień dobry – wybąkała, zdając sobie sprawę, że jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności wpadła na jednego z uzdrowicieli, z którym niegdyś miała okazję współpracować. – Tak, wszystko w porządku. Ja... zamyśliłam się – skłamała; Josie nie była jednak dobrym kłamcą, więc nie trzeba było wiele, żeby wychwycić w jej tonie nieco fałszywy ton, mający za zadanie uspokoić McKinnona i utwierdzić go w przekonaniu, że nic złego się nie dzieje. – Ja tylko... Zwiedzałam galerię. Czasami lubię tu przychodzić, gdy akurat nie muszę być w pracy. Bardzo ładne mają tu obrazy, prawda? – mówiła, wciąż nieporadnie starając się zatuszować poruszenie i niepokój, w które wpędziła ją sprzeczka z matką, jej atak sztywności i zmienne nastroje, rzutujące także na samą Jocelyn. – Nie wiedziałam, że pan też lubi sztukę – ciągnęła dalej, byle odwrócić jego uwagę od tego, co najwyraźniej zauważył i co mogło go zaniepokoić.



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Portret przeszłości [odnośnik]11.06.17 13:02
Kiedyś nie trzeba było być dobrym kłamcą, by przekonać Aldricha; cechowała go przesadna ufność granicząca wręcz z naiwnością, o którą zresztą często posądza się wychowanków Hufflepuff. Al, co prawda, poczuł się zawiedziony swoim przydziałem w pierwszej chwili, lecz po latach od ukończenia szkoły był zadowolony z decyzji Tiary. Nie odczuwał przynajmniej w dorosłym życiu potrzeby brawurowych wyskoków czy pogoni za wieczną chwałą. Za to lepiej już rozpoznawał kłamstwo; przywykł do niechęci pacjentów do przyznawania się, jak to niekoniecznie postępują zgodnie z jego zaleceniami, a także musiał nauczyć się rozpoznawać, gdy jego siostrzenica coś kręciła, by mógł jej pomóc z problemem, który chciała ukryć. Choć Jocelyn miała dwadzieścia lat, a nie cztery, niektóre zachowania najwyraźniej nie zanikały. Ponieważ jednak Jocelyn miała dwadzieścia lat, a nie cztery i nie była jego pacjentką ani tym bardziej podopieczną, postanowił uszanować jej prywatność i podjął rozmowę, którą starała się nawiązać.
- Owszem, bardzo ładne.ładne mogło wystarczyć na określenie obrazku wiszącego nad kanapą w salonie u ciotki i Aldrich na pewno nie poprzestałby na nim opisując swoje ulubione obrazy (które często były naturalistyczne i mogły wręcz uchodzić za brzydkie), lecz ogół wystawionych tu dzieł właśnie do tego słowa pasował. Z wielu sal dużo było wypełnionych mdłymi obrazami przedstawiającymi łączki, plaże i parki, jakich wszędzie było mnóstwo. Jego wzrok prześlizgiwał się po nich, nie dostrzegając prawie nic interesującego. – Czy ma pani jakiś swój ulubiony?
Nie chwalił się nigdy swoim zainteresowaniem sztuką. W pracy nie rozmawiało się na wiele tematów wykraczających poza zakres fachowej wiedzy uzdrowicielskiej, zwłaszcza nie z rozbieganymi stażystami, których trudno było nawet zapamiętać. Chociaż powinno go cieszyć, że tak wielu młodych ludzi wybierało karierę uzdrowiciela, chciałby także móc pracować z ich mniejszą liczbą przez dłuższy czas: w ten sposób więcej by się nauczyli.
- Bardzo lubię. – przyznał, splatając ręce za plecami. – Moja mama kiedyś malowała i przekazała mi swoje zainteresowania i wiedzę. Talentu niestety już nie.
Nie należał do osób, które z wiekiem zaczynają uważać słowo „mama” za dziecinne i zastępować je określeniem „matka”, które jemu zawsze wydawało się surowe i niewdzięczne. Rodzicielka Aldricha nie tylko sama wychowała dwoje dzieci, a jeszcze pozostała przy tym wspaniałą osobą, życzliwą i wierną swojej wizji świata. Nie mógł, choć czuł się czasem skrzywdzony jej nagłym odejściem i zupełnym odseparowaniem od syna, stracić do niej szacunku i wdzięczności, która po części przecież go ukształtowała. Rzadko chodzili razem do muzeów. Banchory nie miało swojej galerii sztuki, więc Al dopiero w Londynie odkrył urok oglądania na własne oczy oryginałów starych dzieł. W dzieciństwie zdarzało mu się z ciekawości i chęci „pomocy” w wykańczaniu przypadkowo psuć matczyne obrazy, szybko jednak nabrał do sztuki należnego jej respektu.
Nie wiedząc, jaki temat poruszyć ze stażystką, by nie zboczyć na zawodowe tory, odchrząknął niezręcznie i spojrzał na lustro oglądane wcześniej. Patrząc na nie, w głowie zaświtał mu pewien pomysł. Każdy miał z Hogwartu dobre wspomnienia i może przywołanie ich mogło zdziałać coś dobrego dla zdenerwowania Jocelyn.
- Panno Vane, może ma pani ochotę na wizytę w Hogwarcie sprzed tysiąca lat? – zaproponował z uśmiechem, po czym, nie czekając nawet na odpowiedź, wymówił motto szkoły. O sztuczce pozwalającej przenieść się w głąb obrazu dowiedział się już jakiś czas temu od znajomego, który w ogóle pokazał mu wcześniej niezauważone lustro po raz pierwszy.
- Draco dormiens nunquam titillandus.
Aldrich McKinnon
Zawód : uzdrowiciel
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I am and always will be the optimist. The hoper of far-flung hopes and the dreamer of improbable dreams.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4821-aldrich-mckinnon https://www.morsmordre.net/t5110-poczta-aldricha https://www.morsmordre.net/t4830-al-mckinnon https://www.morsmordre.net/f123-earl-s-court-road-17-3 https://www.morsmordre.net/t6054-aldrich-mckinnon
Re: Portret przeszłości [odnośnik]11.06.17 15:48
Wbrew pozorom Jocelyn także miała w sobie coś z puchońskiej łagodności i naiwności. Nie na darmo Tiara Przydziału rozważała umieszczenie jej w tym domu i być może wylądowałaby tam, gdyby nie jej wewnętrzny sprzeciw. Jej siostra chwilę wcześniej trafiła do Ravenclawu, tam byli też jej rodzice, więc Josie nie wyobrażała sobie, że sama miałaby trafić gdzieś indziej, zostać rozdzieloną z Iris, która czekała na nią przy stole Krukonów. Ostatecznie Tiara krzyknęła nazwę Ravenclawu i tym sposobem Jocelyn dołączyła do swojej bliźniaczki, ale jeszcze długo później zastanawiała się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby została Puchonką. Późniejszymi latami w Hogwarcie udowodniła jednak, że posiada w sobie duszę prawdziwego Krukona. Była ambitna, lubiła się uczyć i mimo wewnętrznej wrażliwości dążyła do obranych przez siebie celów. Nie kwestionowała autorytetów, zawsze chciała być dostatecznie dobra. Spełniać oczekiwania własne i bliskich. Mimo że nie była osobą szlachetnie urodzoną, matka, prócz znajomości etykiety i sztuki, starała się też wpoić jej pewne swoje przekonania. Jocelyn chyba jednak nie przejęła zbyt wiele z jej umiejętności manipulacji, ale mimo nieudolności kłamstwa, którym uraczyła McKinnona, ten nie drążył tematu. Może uznał, że nie jest to coś, czym powinien się interesować, a Josie przynajmniej nie musiała się tłumaczyć ani wtajemniczać go w swoje problemy z matką.
Skinęła głową; nieco jej ulżyło, gdy podchwycił temat sztuki i nie zapytał o powód jej zdenerwowania.
- Galerie sztuki zawsze robią na mnie wrażenie. To niesamowite, jaki wspaniały talent skrywają w sobie niektórzy ludzie – przyznała. Jej własne obrazy i rysunki wypadały skromnie w porównaniu z dziełami wiszącymi na ścianach tego przybytku, ale nie miało to znaczenia, skoro sprawiało jej przyjemność samo obcowanie ze sztuką. Nawet jeśli wiedza o innych jej rodzajach wywietrzała z jej głowy i chyba wypadałoby ją odświeżyć, jeśli nadal chciała uchodzić za kulturalną, obytą w artystycznym światku pannę. – Najbardziej chyba lubię pejzaże jakichś ładnych, przyjemnych miejsc. – Może to dla niektórych było nudne, ale Josie lubiła patrzeć na to, co piękne. Sielskie widoki działały na nią uspokajająco i brakowało jej ich w Londynie. – Chociaż bardziej niekonwencjonalna sztuka też bywa całkiem interesująca, szczególnie jeśli obrazuje wyobraźnię twórcy. – Artyści niekiedy odchodzili od klasycznych ram i próbowali nowości, które także potrafiły być ciekawe dla widza.
Uniosła brwi, słysząc, że jego matka także malowała.
- Naprawdę? – zapytała z zainteresowaniem, choć jej spojrzenie pomknęło w bok, w stronę sali, z której chwilę temu wyszła, pozostawiając tam matkę. – Moja także. Była... jest naprawdę zdolną malarką i wiele mnie nauczyła w zakresie sztuki – dodała, w ostatniej chwili poprawiając się. Matka z pewnością poczułaby się mocno dotknięta, gdyby córka użyła przy niej czasu przeszłego, nawet jeśli obie doskonale wiedziały, że jej talent należał do przeszłości, został poważnie nadszarpnięty przez rozwijającą się latami chorobę. Ale przyznawanie tego wprost mogłoby w oczach Thei uchodzić za nietakt. – Sama także tworzę, choć odkąd zaczęłam kurs uzdrowicielski... nie mam na to zbyt wiele czasu.
Naprawdę dziwnie było tak po prostu z nim rozmawiać o sztuce tuż po sprzeczce z matką. Powinna po prostu wyminąć go i odejść, ale wtedy zapewne wzbudziłaby w nim większą podejrzliwość, no i istniało prawdopodobieństwo, że mógłby wejść do sali, w której siedziała Thea. W jej obecnym nastroju raczej nie zostałby potraktowany miło, a i dla samej Thei byłby to stres, którego Josie chciała jej oszczędzić.
Słysząc jego propozycję zdziwiła się i nieco spłoszyła. Czy powinna to zrobić, skoro za drzwiami znajdowała się jej matka? Może jednak nie powinna jej tak zostawiać, gdy była w stanie emocjonalnego rozchwiania? Aldrich mógł wychwycić, że na dłużej zawiesiła spojrzenie na drzwiach sąsiedniej sali, zupełnie jakby próbowała dostrzec przez nie swoją matkę i upewnić się, czy wszystko było z nią w porządku. Dopiero po chwili niemrawo skinęła głową i ruszyła za nim.
- Ach, Hogwart. Nie minęło wiele czasu, odkąd opuściłam jego mury, ale przyznaję, że czasami mi tego brakuje – przyznała, po raz kolejny próbując odwrócić jego uwagę. Ostatnie dwa lata nauki nie były tak beztroskie jak pierwsze, i to wcale nie przez ilość nauki i presję egzaminów, które musiała zdać jak najlepiej, a przez zmiany, które dokonały się w magicznej placówce po nastaniu rządów nowego dyrektora. Niemniej jednak dobrze wspominała te siedem lat, podczas których nie musiała myśleć tyle o matce i jej oczekiwaniach i wymaganiach, a mogła skupić się przede wszystkim na innych aspektach pobytu w starym zamczysku i nauki magii.
Spojrzała na towarzyszącego jej uzdrowiciela, czując się nieco dziwnie, tym bardziej, że do tej pory ich relacje ograniczały się tylko do sfery zawodowej, gdy czasami mijali się na szpitalnych korytarzach, lub niekiedy mieli sposobność współpracować. Dla niego była pewnie jedną z wielu stażystek, on dla niej jednym z wielu uzdrowicieli, chociaż tych było mniej niż samych stażystów. Ale, jak się dzisiaj okazało, był pasjonatem sztuki i także miał matkę artystkę... Czego nowego się jeszcze dowie?



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Portret przeszłości [odnośnik]16.06.17 20:41
Hogwart był w dzieciństwie marzeniem, odległym punktem, w który usilnie wpatrywały się wszyscy magiczni malcy, czekając, aż przyjdzie im gdzieś spożytkować zebraną przez pierwsze lata życia energię. Aldrich zafascynowany słuchał opowieści matki o magicznej szkole i nie mógł się doczekać przydziału do Gryffindoru, który był domem obojga jego rodziców. W momencie jednak, gdy Tiara Przydziału dotknęła czubka jego głowy nie zastanawiała się nawet nad ogłoszeniem jego przynależności do Hufflepuff. Fakt ten zaczął mu doskwierać tym mocniej, gdy okazał się jedynym McKinnonem nienoszącym barw Gryffindoru, lecz do czasu, gdy Millie przybyła do Hogwartu miał już przyjaciół wśród Puchonów i czuł się w szkole całkiem dobrze.
Być może dlatego nawet kilka lat po opuszczeniu jej murów pozostała bezpieczną przystanią, źródłem najstaranniej pielęgnowanych wspomnień. Będąc uczniem pierwszego i drugiego roku mały Aldrich zastanawiał się wręcz, dlaczego mama nie malowała w dorosłym życiu już tylko przyszkolnego jeziora i Zakazanego Lasu, skoro także pamiętała je z Hogwartu. Nawet jeżdżenie na łyżwach po jeziorze w Banchory, które wcześniej wypełniało mu całe zimowe dnie nie mogło się równać ze wspaniałością oglądania magicznych zwierząt i roślin podczas zajęć i przesiadywania na rozległych błoniach w czasie przerw. Wtedy Al przekonał się, że zaczął się okres w jego życiu, gdy na każdym kroku coś może go zaskoczyć, nierzadko dając okazję, by nauczył się czegoś nowego. Zawód uzdrowiciela z kolei nie pozwolił mu się zatrzymać, nadal musi powiększać swoją wiedzę, co uniemożliwiało zajmowanie się znalezionymi w szkolnych latach hobby.
Zdziwienie, jakie odczuł na wieść o artystycznych ciągotach Jocelyn właśnie z tego wynikało: uzdrowiciel mógł być tylko uzdrowicielem, ewentualnie jeszcze po godzinach wychowywać dzieci w podmiejskim domku. Zainteresowania i wątpliwości, które odczuwało się przed ukończeniem stażu schodziły z czasem na drugi plan, gdy człowiek nie miał czasu się nimi zajmować, dać im się rozwinąć.
- To bardzo ważne, by uzdrowiciel zachował wrażliwość, a sztuka bardzo w tym pomaga. – Londyn nie obfitował w piękne miejsca. Rzadko maluje się pośpiech miasta, by ukazać sielankę, do której tęsknią odwiedzający muzeum. Ponadto w szpitalu widzi się szczególnie dużo brzydoty i choć ta brzydota wraz ze starością i bólem staje się w końcu kwintesencją życia, trudno się z nią pogodzić, a równie trudno od niej uciec w pierwszych latach pracy. – Wyobraźnia jest w naszym zawodzie równie ważna, co fachowe przygotowanie i zdrowy rozsądek.
Być może wydawało jej się to niemożliwe do osiągnięcia, gdy tak opowiadał (sam zresztą nie sądził, by posiadał w asortymencie swoich cech charakteru wszystkie z wymienionych, przynajmniej nie w odpowiedniej proporcji), lecz doświadczenie nauczyło go, że lekarz nie może być po prostu sprawnym rzemieślnikiem i żeby dobrze zaopiekować się pacjentami musi w sobie mieć też coś z humanisty, który potrafi zrozumieć, co czuje osoba chora i osłabiona.
- Ale pewnie przyszła tu pani, by nie myśleć więcej o pracy, proszę wybaczyć. – rzeczywiście, sytuacja mogła wyglądać dość niezręcznie, lecz Aldrich pozostał właśnie z czasów nauki w Hogwarcie osobą towarzyską i otwartą na innych, a stanowisko Jocelyn w szpitalu nie stanowiło dlań problemu. Uważał, że najlepiej będzie traktować wszystkich stażystów, jakby byli zwyczajnie jego kolegami z pracy. Nie pozwalał im, rzecz jasna, wykonywać najtrudniejszych procedur, gdy znajdowali się pod jego opieką na oddziale chorób i urazów magizoologicznych, ale nierzadko korzystał z ich wiedzy, której podstawy były jeszcze świeże w umysłach zmęczonych jeszcze po końcowych egzaminach w Hogwarcie.
W tym czasie schody prowadzące do zamku zbliżyły się do nich i Aldrich szybko zrobił kilka kroków, by znaleźć się wewnątrz obrazu. Odetchnął powietrzem, tak innym od tego, którym oddycha w Londynie lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku i z uśmiechem spojrzał na zamek, osłaniając oczy dłonią.
Wieże, później będące miejscem Pokoi Wspólnych Gryfonów i Krukonów, zdobiły już budynek tysiąc lat temu. Aldrich dostrzegał niewiele zmian w porównaniu z zamkiem, w którym się uczył, ale być może nie pamiętał już zbyt dobrze niektórych szczegółów. W jego pamięci świeże były tylko najczęściej odwiedzane miejsca, włącznie ze szklarniami, gdzie miał lekcje zielarstwa. Tych jeszcze brakowało, ale uzdrowiciel i tak poczuł ulgę i sentyment, gdy szedł wzdłuż ścieżki.
- Mnie również. Ale mówiliśmy o obrazach. Może pamięta pani portret sir Cadogana z siódmego piętra? Zawsze bardzo go lubiłem, choć on faworyzował Gryfonów, do których grona rzekomo należał na życia. – przytaknął ze wzrokiem wciąż utkwionym w przybliżającej się budowli. – A w którym domu pani była?
Dopiero zadawszy to pytanie spojrzał na stażystkę. Chociaż szybko zaczął podejrzewać, że młoda kobieta jest czymś zdenerwowana, spróbował to zignorować. Miał nadzieję, że uda mu się rozładować napięcie nawiązując do znajomych im obojgu spraw i miejsc. Po chwili jednak pożałował tego (w końcu wcale jej nie znał i być może powinien był się zastanowić zanim w ogóle zaczął rozmowę z nią) i podjął temat z powrotem:
- Jest pani pewna, że dobrze się czuje? Wydaje się pani nieco roztrzęsiona.
Aldrich McKinnon
Zawód : uzdrowiciel
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I am and always will be the optimist. The hoper of far-flung hopes and the dreamer of improbable dreams.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4821-aldrich-mckinnon https://www.morsmordre.net/t5110-poczta-aldricha https://www.morsmordre.net/t4830-al-mckinnon https://www.morsmordre.net/f123-earl-s-court-road-17-3 https://www.morsmordre.net/t6054-aldrich-mckinnon
Re: Portret przeszłości [odnośnik]17.06.17 0:18
Jedenastoletnią Jocelyn prawdziwie przerażała wizja rozdzielenia z ukochaną siostrą bliźniaczką. Wpatrując się w twarz bardzo podobną do własnej siedzącą przy stole Krukonów nie wyobrażała sobie, że mogłaby do niej nie dołączyć. Na szczęście Tiara zawahała się z decyzją wystarczająco długo, by Josie mogła się przestraszyć i wyrazić sprzeciw; było to zupełnie irracjonalne, ot, reakcja dziecka bojącego się samotności i rozdzielenia z rodzeństwem, czegoś obcego i nieznanego, co mogłoby ją czekać w innym domu. Podobno było to normalne, to, że Tiara nieraz rozważała różne domy przed ogłoszeniem ostatecznego werdyktu, zdarzało się też rozdzielanie rodzeństw. Łatwiej było mierzyć się z zupełnie nowym otoczeniem i ludźmi, mając obok siebie siostrę; musiało minąć trochę czasu, zanim niezbyt śmiała Josie w pełni odnalazła się w Hogwarcie, choć oczywiście, jak większość dzieci od dawna czekała na wyjazd do szkoły magii. Pochodząc z magicznej, czystokrwistej rodziny od najwcześniejszych lat słuchała opowieści o czarach i Hogwarcie i trafienie tam było naturalną koleją rzeczy. Te siedem lat bardzo wiele jej dało; wcześniej nie mająca zbyt wiele kontaktu z rówieśnikami Josie musiała nauczyć się funkcjonować wśród nich, przyswajała też niezbędną wiedzę i odkrywała siebie. To w Hogwarcie narodziło się wiele jej pasji i pragnień, mogła też przekonać się, jak wygląda życie z dala od wymagań stawianych przez matkę. Choć oczywiście nawet w szkole starała się do nich stosować, czasami mogła pozwolić sobie na odrobinę luzu.
Jocelyn nie chciała sprowadzać swojego życia wyłącznie do pracy. Mimo obowiązków chciała zachować inne ważne aspekty swojego życia, inne pasje, jak sztuka, czy nawet życie rodzinne i towarzyskie. Czasami chęć pogodzenia tego wszystkiego owocowała małą ilością snu i częstym zmęczeniem, ale nie przejmowała się tym, dopóki jeszcze nie dotarła do pewnej granicy. Zarówno uzdrawianie, jak i sztuka były częścią jej osoby. Odkąd sięgała pamięcią, nierozerwalnie splatały się ze sobą wzorce przekazywane przez ojca oraz przez matkę, dwie strony jej jestestwa. Z jednej strony była Jocelyn – dobrze wychowaną, obytą panną przygotowywaną przez matkę, by zaistnieć na salonach, z drugiej Josie, młodą stażystką uzdrowicielstwa, delikatną i wrażliwą dziewczyna, która wierzyła, że to wszystko dało się pogodzić. Że mogła jednocześnie być dobrą uzdrowicielką i przykładną młodą damą o artystycznej duszy, z której mogliby być dumni oboje rodzice.
- Tak... Nie wyobrażam sobie, że mogłabym tak po prostu z tego wszystkiego całkowicie zrezygnować. Życie jest uboższe bez sztuki. I tak obawiam się, że zaniedbałam ją w ostatnim czasie... – powiedziała, żałując, że czas nie pozwalał jej na wytrwałe pielęgnowanie całości artystycznej wiedzy wpojonej niegdyś przez matkę i rozwijanie jej. – Miło wiedzieć, że są uzdrowiciele, którzy doceniają przydatność sztuki w tym zawodzie – dodała; spodobało jej się jego podejście i to, że nie uznał jej zainteresowania za fanaberię, ba, sam wydawał się bardzo zainteresowany sztuką, mimo że jako pełnoprawny uzdrowiciel zapewne miał jeszcze więcej zajęć niż młodziutka Josie. W pracy często jednak stykali się z brzydotą i nieszczęściem, więc tym bardziej potrzebna była odrobina koloru i piękna. I wyobraźnia, ta także była potrzebna, gdy nie wystarczała wiedza i doświadczenie.
- Nic się nie stało – rzekła. Mimo niezręcznego początku trochę się rozluźniła; może miała na to wpływ przyjazna postawa McKinnona, a może samo uwolnienie się od nieprzyjemnej aury matki. – Ale tak, chętnie zapomniałabym na chwilę o obowiązkach, jakie zostawiłam za sobą dzisiaj i do których będę musiała wrócić jutro. Myślę że każdy czasem tego potrzebuje.
Niedługo później, po krótkim zawahaniu Jocelyn, oboje znaleźli się we wnętrzu magicznego obrazu. Thea Vane pozostała w sąsiedniej sali; tam też powinny pozostać troski młódki. Szkoda tylko, że nie było to takie proste jak wejście do tego niesamowitego miejsca. Nawet tu gdzieś z tyłu jej głowy czaiły się obawy, czy na pewno dobrze robiła, tak po prostu znikając.
- Pamiętam to. Lubiłam obrazy w Hogwarcie, można było z nimi porozmawiać o wielu rzeczach. Poza tym były bardzo pomocne w przypadku zgubienia się gdzieś... a to chyba zdarzało się każdemu w pierwszych latach nauki – powiedziała. Gubienie się w labiryncie korytarzy było rzeczą normalną, ale wtedy na pomoc przychodziły duchy lub portrety, wskazując zbłąkanym uczniom odpowiednią drogę. – Trudno byłoby zapomnieć sir Cadogana. Pamiętam, że próbował wyzwać na pojedynek każdego, kto przechodził obok jego płótna, a kiedyś podążał za mną i moją siostrą przez kilka innych obrazów. Byłyśmy w Ravenclawie, więc chyba nie należałyśmy do grona jego ulubieńców. A pan?
Uśmiechnęła się lekko; interesującym doświadczeniem było nie tylko rozmawiać o Hogwarcie, ale też widzieć jego wierne (jak się wydawało) odwzorowanie sprzed tysiąca lat.
- Mam wrażenie, że pod pewnymi względami niewiele się zmieniło. Przynajmniej z zewnątrz. Takie właśnie mury pamiętam – powiedziała, rozglądając się uważnie. – Niby dwa lata to mało czasu, ale bywają momenty, kiedy mam wrażenie, że minęło go znacznie więcej. A w innych wydaje mi się, jakbym zaledwie miesiąc temu skończyła szkołę. Czy pan też tak miewa?
Zamyśliła się, ale z tej chwilowej zadumy wyrwało ją jego czujniejsze spojrzenie i pytanie, które zadał chwilę później.
- Tak! – odpowiedziała odruchowo, nieco się pesząc. – Czuję się dobrze... Ja tylko... Przyszłam tu z matką, która... ma pewne problemy – wyznała w końcu dość lakonicznie i kulawo, chociaż jej głos drżał lekko. Szybko jednak wyprostowała się i starała się przybrać możliwie neutralny i spokojny wyraz twarzy, nie myśleć o niczym przygnębiającym. Przecież przyszła do galerii właśnie po to, żeby się zrelaksować i zapomnieć o stresie i obowiązkach. Szkoda tylko, że choroba matki nie dawała o sobie zapomnieć, rujnując samopoczucie nie tylko jej, ale też jej córkom.



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Portret przeszłości [odnośnik]18.06.17 1:13
Odkrywanie dziedzin wiedzy, o których wcześniej nie miał pojęcia było dla małego McKinnona obietnicą własnej nieomylności; z chęcią uczył się podstaw astronomii i warzelnictwa eliksirów i dobrze szło mu pisanie drobnych referatów i odpowiadanie na pytania nauczycieli. Zwłaszcza z początku, gdy jego młodsza siostra przybyła do Hogwartu czuł się bardzo mądry, dokładnie obeznany z topografią zamku i zasadami w nim panującymi. Czuł się tam jak w domu, posiadłość rodzinna wydawała się wręcz mała w porównaniu. Swoboda, jaką odczuwał wewnątrz zamkowych murów nigdy nie przełożyła się na pragnienie podróżowania po świecie: świadomość, że może zamknąć pomieszczenie, w którym się znajduje, a przed oczyma i agresją obcych chronią go stare, mocne konstrukcje sprawiała, że czuł się bezpieczniej z dala od rodziny. Oczywiście, tęsknił za matką przez cały czas, utrzymywali ze sobą listowny kontakt i chociaż zdarzało mu się spędzać poza domem ferie świąteczne, jego sentyment pozostał podzielony na równe połowy, z czego jedna należała się Hogwartowi, a druga – domowi z dzieciństwa.
- To, obawiam się, naturalna kolej rzeczy. Choć doceniam artystów i ich wysiłki, by upiększyć nam życie codzienne, pozwolę sobie ocenić, że wybrała pani właściwe priorytety. Leczenie może być niezwykle satysfakcjonującym zajęciem. Ale dość już o szpitalu.
Aldrich starał się dbać, by jego chrześnica zainteresowała się różnymi obszarami wiedzy o magicznym świecie, nie chciał wypełniać jej chłonnego umysłu trudnymi informacjami, które kształtowały jego poglądy – trudno na dodatek, by czterolatka, nawet bystra jak na swój wiek, cokolwiek na nich skorzystała. Wprowadzenie w życiu podziału na sprawy zawodowe i osobiste było, gdy ktoś wybrał zawód uzdrowiciela, trudnym zadaniem; w każdym zawodzie zresztą konieczne były podobne poświęcenia. Aldrich, nawet bardziej niż malarstwem, pasjonował się magicznymi stworzeniami, ale wizyty w ogrodach zoologicznych i rezerwatach udawały mu się jeszcze rzadziej niż wyprawy do galerii. Obrazy mógł pooglądać w centrum miasta, a by udać się do zoo i obejrzeć nawet tylko egzotyczne zwierzęta potrzeba więcej czasu, nawet jeśli teleportacja załatwi sprawę podróży. Nie mógłby odmówić towarzystwa swojej siostrzenicy, która zawsze nalegała, by zajrzeć do każdej klatki i wybiegu, być może poczekać do pory karmienia hipopotamów. Hipopotamy były, swoją drogą, ogromnie zabawne. Ale w szpitalu nie było dla nich miejsca, nawet nie jako ozdoba na sterylnej szacie. A przydałoby się jakoś ocieplić wizerunek uzdrowicieli. Często musieli zabierać pracę do domów; los pacjentów, szczególnie tych w ciężkim stanie, długo ciążył na ich myślach, strach przed popełnieniem błędu czasem był przytłaczający. Na szczęście dziewczynka pod jego opieką chętnie w rozmowach nawiązywała do najróżniejszych rzeczy i sprowadzała go z powrotem do tego drugiego świata, gdzie żył z rodziną a nie kolegami z pracy. Tam nigdy nie było się przygotowanym na wszystko, nieważne, jak mocno każdy z nich starał się o dobre wyniki w szkole. Pobyt w Hogwarcie dla czarodziejskiej młodzieży był bez wyjątków wolny od odpowiedzialności i trosk świata dorosłych. A tak byli przekonani o swojej dojrzałości już w ostatniej klasie – wszystkie najtrudniejsze decyzje wydawały się już podjęte, a przed nimi roztaczała się piękna wizja wymarzonej przyszłości.
- Mnie również zdarzało się z nimi gawędzić. Nigdy nie stanąłem do pojedynku z sir Cadoganem (zawsze spadał z konia). Udało mi się natomiast zamienić kilka słów z Dylis Derwent. To znana uzdrowicielka z osiemnastego wieku, jej portret wisi także w szpitalnej izbie przyjęć, na pewno widziała go pani nieraz. Nie pamiętam już dlaczego znalazłem się w gabinecie dyrektora. Ale zwykle to Gruby Mnich pomagał mnie i innym Puchonom, bo właśnie do tego domu mnie przydzielono, trafić do różnych miejsc, gdy zbłądziliśmy. Szczególnie trudno było mi zapamiętać drogę do Izby Pamięci na siódmym piętrze. A może trzecim? Rzeczywiście, nie wszystko się po latach pamięta. Zwłaszcza z tymi kapryśnymi schodami.
Wydawało mu się, że postarzał się nagle odwiedzając ponownie szkołę, a raczej jej namiastkę. A jednocześnie oboje byli wobec ponad tysiącletnich murów wręcz śmiesznie młodzi. Al nie zastanawiał się nigdy, ile pokoleń przed nim wykształciło się w Hogwarcie i ile będzie pobierać tam nauki w przyszłych latach, być może już w zmienionym świecie.
- Zdarza mi się czekać na koniec dyżuru tak jak się kiedyś czekało na koniec lekcji. A kiedy publikuje się nowe materiały szkoleniowe dla nas, mam wrażenie jakbym wręcz wrócił do szkoły, a nie tylko niedawno ją ukończył. – chociaż prawie nigdy nie było mu na rękę dokształcanie się (brakowało mu na to czasu i skupienia), obiektywnie uważał to za dobrą rzecz, słuszny obowiązek, który powstrzymywał uzdrowicieli przed popadnięciem w rutynę. Choroby, podobnie jak technologie ich zwalczania, rozwijały się i zmieniały przez lata.
- Może mógłbym jakoś pomóc? – zapytał, gdy zbliżyli się do końca ścieżki. Prawdziwą gratką byłoby przekroczenie progu zamku, lecz Aldrich wątpił, by próbowanie zwiedzenia wnętrza Hogwartu było teraz dobrym pomysłem, bądź też w ogóle skończyło się sukcesem. Gdyby matce Josie dolegało coś poważnego, być może powinien z nią porozmawiać, ocenić jej stan wprawnym okiem. A może kobieta ma tylko atak migrenowy, a on znowu wychodzi na przewrażliwionego panikarza. Jeśli jednak Jocelyn była już tak zmęczona „problemami” swojej matki, zapewne nie istniało dla nich rozwiązanie, ale z tym zawsze było trudno się pogodzić uzdrowicielom, choć właśnie oni najwięcej zwykle wiedzą o niepowstrzymanym przebiegu chorób genetycznych.
Aldrich McKinnon
Zawód : uzdrowiciel
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I am and always will be the optimist. The hoper of far-flung hopes and the dreamer of improbable dreams.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4821-aldrich-mckinnon https://www.morsmordre.net/t5110-poczta-aldricha https://www.morsmordre.net/t4830-al-mckinnon https://www.morsmordre.net/f123-earl-s-court-road-17-3 https://www.morsmordre.net/t6054-aldrich-mckinnon
Re: Portret przeszłości [odnośnik]18.06.17 22:41
Świat Josie tak naprawdę był podzielony zawsze. Także w Hogwarcie, mimo bycia z dala od domu, często kierowała się tym, z czego jej matka byłaby zadowolona, a z czego nie, chociaż przekonała się, że niektóre sprawy wyglądają nie do końca tak, jak przedstawiała to Thea żyjąca w swoim własnym świecie straconych marzeń. Ale nie była sama, miała Iris, kilka klas wyżej wciąż uczył się Tom, który dla młodszych sióstr stanowił kogoś w rodzaju przewodnika dobrze obeznanego ze szkolnymi realiami. Na wakacje wracała do domu, gdzie matka znów starannie uczyła je zasad etykiety, wiedzy o sztuce i innych rzeczy które powinny potrafić dobrze wychowane panny. W końcowych latach nauki, kiedy już planowała dostanie się na uzdrowicielski kurs, uczyła się także podstaw anatomii z książek ojca oraz innych wiadomości, które miały jej się przydać. Można więc uznać, że już w dzieciństwie i wieku nastoletnim była osóbką z dużą ilością obowiązków, ale ambicje nie posiadały jej osiąść na laurach. Chciała być jak najbardziej bliska ideału, który pragnęła w niej widzieć matka, chciała też dążyć do zostania uzdrowicielką jak ojciec. Dwa światy będące częścią jej jestestwa miały się spleść. Nic więc dziwnego, że nie miała nigdy czasu na typowo nastoletnie szaleństwa, o to zadbały ambicje matki oraz jej własne. Podczas stażu było jeszcze trudniej niż w czasach Hogwartu, bo do nauki trudnych zawiłości anatomicznych i zaklęć leczniczych dochodziła presja i świadomość, że jej działania mogą mieć realny wpływ na czyjeś zdrowie lub życie. Póki co przy trudniejszych przypadkach zawsze asystowała bardziej doświadczonym uzdrowicielom, którzy pilnowali, by nie popełniała błędów, ale stres jej nie omijał. Czasami nawet w domu rozmyślała o niektórych przypadkach, a szczególnie często o własnej matce, która od tylu lat borykała się z chorobą i nikt nie potrafił zrobić nic więcej niż jedynie opóźniać jej postęp, nawet ojciec, który od ponad trzydziestu lat pracował na oddziale chorób wewnętrznych. Pytanie tylko, czy rzeczywiście to była ta właściwa droga, czy nie pomyliła się w swoich młodzieńczych marzeniach?
O wiele przyjemniej było jednak pogawędzić o Hogwarcie i szkolnych obrazach niż o pracy, zwłaszcza w takiej niesamowitej scenerii, która sprzyjała snuciu wspomnień z dawnych lat.
- O tak, widziałam jej portret, chociaż dopiero w Mungu. Raczej nie zdarzyło mi się lądować w gabinecie dyrektora. – Josie była grzeczną dziewczyną i nie szukała kłopotów, już szczególnie nie za czasów obecności w Hogwarcie Grindelwalda. Chyba nikt nie chciałby wylądować w jego gabinecie. Josie zresztą rzadko traciła punkty, szlabany właściwie jej się nie zdarzały, pamiętała może jeden czy dwa i to w początkowych latach. – Trudno byłoby przegapić portrety uzdrowicieli, zwłaszcza te, które wmawiają każdej mijającej je osobie jakieś dziwaczne schorzenia – powiedziała po chwili, zanim przypomniała sobie, że miało nie być rozmów o pracy. – A w Hogwarcie... Tak, przez te ruchome schody często się gubiłam na pierwszym roku, gdy czasami zaniosły mnie nie tam, gdzie potrzeba. I sama wieża Ravenclawu... Żeby dostać się do środka, trzeba było odgadnąć odpowiedź na zagadkę, jeśli akurat się jej nie znało, trzeba było czekać na kogoś, kto potrafił odpowiedzieć. – Josie radziła sobie całkiem nieźle, ale w początkowych latach nauki zdarzyło jej się czasami nie znać odpowiedzi i czekać. Chyba zdecydowana większość Krukonów miała za sobą taką sytuację, bo niektóre pytania były naprawdę podchwytliwe. Kiedyś na pierwszym roku czekała tak pod drzwiami prawie przez godzinę, zanim ktoś ją wpuścił.
Uśmiechnęła się lekko i powiodła spojrzeniem w stronę, gdzie majaczyła strzelista wieża Ravenclawu, w której spędziła tak wiele czasu w Hogwarcie i skąd roztaczał się wspaniały widok na góry otaczające stare zamczysko. Ale gdy McKinnon powiedział, że był Puchonem, coś w środku niej drgnęło, choć nie przyznała, że Tiara rozważała ten dom w jej przypadku. Niewielu osobom o tym mówiła, nawet Iris opowiedziała dopiero parę lat po fakcie, że niewiele brakowało a nie byłyby w jednym domu. W każdym razie, te siedem lat nauki było naprawdę niczym w obliczu całego tysiąclecia istnienia szkoły i mnogości uczniów, którzy przeszli przez jej mury i którzy dopiero przez nie przejdą.
- Czasami też się tak czuję. Szczególnie wtedy, gdy nadal muszę się uczyć mimo że Hogwart skończyłam prawie dwa lata temu – przyznała. Wielu uczniów myślało, że to koniec ślęczenia nad podręcznikami, ale nie dla wszystkich, bo młodzi adepci sztuki uzdrawiania nadal mieli do przyswojenia dużo wiedzy i to nowej, nie wykładanej w Hogwarcie. Gdyby nie pomoc ojca i wcześniejsze przygotowania pewnie byłby to dla niej jeszcze większy szok.
Dość szybko obeszli całą ścieżkę, zbliżając się z powrotem do wyjścia. Właśnie wtedy rozmowa nieoczekiwanie zeszła na temat jej matki, od razu zmieniając panujący między nimi nastrój pozornie beztroskiej pogawędki o czasach szkolnych.
- Moja mama jest teraz... w bardzo drażliwym nastroju – wyznała z wahaniem, zastanawiając się, jak delikatnie ubrać to w słowa. – Cierpi na chorobę genetyczną, Dotyk Meduzy. Znowu zesztywniał jej staw, dlatego... zdecydowała się zostać w sali obok i poczekać, aż to minie – przyznała w końcu, czując się bardzo dziwnie, mówiąc o tym komuś, ale biorąc pod uwagę, że McKinnon był uzdrowicielem, wyznanie mu tego było czymś innym niż powiedzenie o tym osobie nie zajmującej się leczeniem, nie zobowiązanej do zachowywania tajemnic zawodowych. Gdyby nie to, zapewne nie powiedziałaby mu o tym, ale uznała, że może rzeczywiście powinien ją zobaczyć ktoś bardziej doświadczony, nawet jeśli nie wydarzyło się nic odbiegającego od normy, a takie ataki przydarzały się matce regularnie.
Po chwili wyszli z obrazu, znowu znajdując się w sali. Spojrzenie Josie pomknęło w bok, w stronę pomieszczenia obok; nie było jej łącznie może dziesięć minut, ale i tak się martwiła. Po chwili znowu spojrzała na McKinnona, zastanawiając się, co on zrobi; zgani ją za to, że zostawiła swoją rodzicielkę, czy może uprze się, żeby wejść tam z nią i ją obejrzeć?



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Portret przeszłości [odnośnik]19.06.17 0:19
Duma rodziców nie była priorytetem dla Aldricha, chociaż oczywiście nigdy nie chciał sprawiać matce kłopotów. Gdy poszedł do szkoły, zdarzało mu się wręcz martwić, czy poradzi sobie sama w starym dużym domu z młodszą siostrą na głowie, kiedy nie miała do pomocy ani jego ani ojca, którego dawno już wtedy nie było. Taka troska była być może urocza, ale nigdy nie trwała długo, zastąpiona przez rozrywki i naukę nowych rzeczy. Wracając do domu na wakacje nie wyczekiwał zachwyconej miny mamy na widok przywiezionych dyplomów czy odznak, a raczej wypicia kubka gorącej czekolady przy kuchennym stole i wymieniania z nią opowieści. Bardziej niż ambicja liczyła się dla niego bliskość i zrozumienie, które matka zawsze miała dla jego wyborów i pasji. Ucieszyła się, gdy powiadomił ją o zamiarze zostania uzdrowicielem, lecz w żartach często upominała go, by nigdy nie zmienił się w zadufanego doktorka, który na lewo i prawo szasta trudnymi terminami medycznymi, a do pacjenta podchodzi jak do otępiałej krowy. Poznał i takich podczas pobytu w Mungu, ale niektórych pamiętał jeszcze z wcześniejszych lat.
- Rzeczywiście, spotkało mnie to nawet kilka razy. Niezbyt przyjemne wspomnienia, aż mam nadzieję nigdy nie dokonać przełomowego odkrycia w medycynie. Nie chciałbym, by mój portret tak straszył uczniów chętnych do rozmowy z obrazami. W ostatnich klasach miałem już coraz mniej czasu na pogawędki z nimi. Dobrze, że mogli chociaż odwiedzać się nawzajem.
Zaśmiał się, kierując wzrok ku najbliższym oknom, jakby mógł przez nie dojrzeć korytarz, na którym prawie dwie dekady temu wynalazca magicznego mikroskopu wmawiał mu uparcie, że chłopak na pewno zakaził się wyjątkowo niebezpiecznym zarazkiem. Rzekomo naukowiec z portretu całe życie szukał nań antidotum, lecz nie udało mu się, więc zapewniał Aldricha, że ten niechybnie umrze w męczarniach. Przeżył jednak bez większego uszczerbku na zdrowiu, nawet mimo tamtej wizyty w gabinecie dyrektora. Pewnie trafił tam wraz z siostrą lub gdy przypadkowo był świadkiem jakiegoś dziwnego wydarzenia; nie przychodziło mu nigdy do głowy, by tracić czas na wygłupy i szlabany. Nie czuł potrzeby zwrócenia na siebie uwagi i chociaż był starszym bratem i lubił, gdy Millie przychodziła do niego po pomoc w pracach domowych nie starał się być od niej lepszy. Chociaż było ich dwoje do podziału uwagi matki wychowującej ich samotnie nie współzawodniczyli ze sobą. Wyścigi na łyżwach wokół jeziora w Banchory oczywiście odbywały się między nimi co roku i bardzo często zdarzało im się pokłócić się na śmierć i życie, lecz Al szybko (nawet zbyt szybko, jak wywnioskował analizując swoje szczenięce lata) zamiast dokuczliwego starszego brata stał się bratem opiekuńczym, który zgrywał dorosłego i nieprzychylnie patrzył na kręcących się wokół siostry chłopców (a taki niby przyjazny…). Jocelyn najwyraźniej także miała siostrę, więc pewnie ominęły ją podobnie żenujące sytuacje (Millie nie omieszkała nigdy okrzyczeć Ala, gdy otwarcie zniechęcał ją do umawiania się w Hogsmeade ze złośliwymi Ślizgonami lub przemądrzałymi Krukonami; ale to chyba naturalne, że faworyzował przedstawicieli własnego domu?), ale one także należały do uroku błędów młodości i o ile wtedy wydawało mu się, że spłonie ze wstydu, teraz te wspomnienia przywoływały jedynie uśmiech na jego twarz.
- Tak, słyszałem o tych zagadkach. Zawsze ciekawiło mnie, czy dałbym sobie z nimi radę. Tiara najwyraźniej uważała, że nie, ale kiedy się ma naście lat wydaje się człowiekowi, że wszystkich przechytrzy. – dopiero z czasem trzeba było się przyzwyczaić do realnej szansy na popełnienie błędu i schować gdzieś nastoletnią dumę, by móc nauczyć się czegoś od starszych i bardziej doświadczonych. Szczególnie podczas odbywania stażu w szpitalu trudno było powstrzymać się od przebąkiwania, że „w podręcznikach pisali inaczej”. Dopiero pełnoprawni uzdrowiciele uświadomili Aldrichowi i innym stażystom z jego roku, jak prawdziwe przypadki różnią się od idealnych książkowych opisów i ile pracy trzeba włożyć w wykluczenie niejasnych przesłanek i postawienie prawidłowej diagnozy, nie mówiąc już o wdrożeniu właściwego leczenia.
- Współczuję. – rzekł cicho, nie określając, czy ma na myśli panią Vane, czy Jocelyn. Dotyk Meduzy, choć powodujący koszmarne zmiany w ciele i umyśle chorego, z czasem postępowania odbijał się także na cierpliwości i spokoju rodziny osoby dotkniętej tym schorzeniem. Aldrich nie zajmował się cierpiącymi na nie pacjentami, nigdy też nie musiał całymi dniami opiekować się żadnym z rodziców (choć oboje prędzej czy później zetknęli się z jakąś chorobą), więc nie do końca rozumiał sytuację stażystki. U jego matki wykryto „tylko” traumę krwi, co nie jest śmiertelną chorobą, a Aldrich dokładał wszelkich starań, by kobieta badała się regularnie. Nie mógł jej zapewnić zupełnego spokoju i lepszego stanu emocjonalnego, więc wiedza, którą pozyskał na temat traumy i nieustępliwość w kwestii kontroli krwi musiały z jego strony wystarczyć. W miarę specjalizacji w kierunku chorób magizoologicznych, jak każdej innej, wytracało się stopniowo wiedzę i wprawę w radzeniu sobie z każdym rodzajem zakażeń, urazów i przewlekłych przypadłości. Mimo to znał podstawy postępowania w kontakcie z Dotykiem Meduzy i było to poniekąd jego obowiązkiem, by zaoferować dalszą pomoc, zwłaszcza że Jocelyn, choć pozornie przygotowana do sytuacji, mogłaby w nerwach skupić się na narzekaniach bądź lęku matki zamiast jasnych wskazań do działania, które czasem trzeba podjąć szybko i bez wahania.
- Myślę, że powinniśmy już wrócić. Jeśli chciałaby pani, mogę z nią porozmawiać i pomóc, jeśli okaże się to konieczne. – mówił, przestępując przez ramy obrazu z powrotem na muzealny korytarz. Choć przyjemna, krótka wizyta w Hogwarcie nie mogła odpędzić na dobre zmartwień, którymi w końcu trzeba się będzie zająć. Być może nie powinien mówić o mamie stażystki jak o pacjentce, skoro nie znajdowali się w szpitalnym środowisku, ale złośliwość wrodzonych chorób leżała w ich nieprzewidywalności. Domyślał się, że obie panie Vane wolałyby, by nikt inny nie oglądał ich w niezręcznej sytuacji (czuł się zresztą trochę, jakby wychodził na nadgorliwego i narzucał im się), ale mimo to zapytał.
Aldrich McKinnon
Zawód : uzdrowiciel
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I am and always will be the optimist. The hoper of far-flung hopes and the dreamer of improbable dreams.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4821-aldrich-mckinnon https://www.morsmordre.net/t5110-poczta-aldricha https://www.morsmordre.net/t4830-al-mckinnon https://www.morsmordre.net/f123-earl-s-court-road-17-3 https://www.morsmordre.net/t6054-aldrich-mckinnon
Re: Portret przeszłości [odnośnik]19.06.17 18:04
W przypadku Josie niestety nie wyglądało to tak pięknie. Na miłe słowa ze strony matki i na jej uwagę zawsze musiała zapracować. Thea nie była zbyt rodzinnym typem, a raczej typową przedstawicielką szlacheckiego chowu. Chociaż nie dopisało jej szczęście do odpowiedniego małżeństwa, próbowała przelać swoje ambicje na córki, a jedynego syna marginalizowała. Przez całe dzieciństwo Josie chciała jednak wierzyć, że mama naprawdę je kocha i chce dla nich jak najlepiej; w jakiś pokrętny sposób tak było, nawet jeśli Thea nie potrafiła być ciepła i opiekuńcza. Bardziej interesowały ją ich postępy w nauce odpowiednich umiejętności niż ich uczucia, chociaż tego Jocelyn nie chciała zauważać, woląc żyć w swoim świecie dziecięcych złudzeń. Dopiero dorosłość przyniosła pewne zrozumienie, ale nie sprawiło to, że odwróciła się od matki, usprawiedliwiając jej zachowanie chorobą i rozczarowaniem życiem. Nawet gdy zaginął Tom, nadal wynajdywała kolejne usprawiedliwienia, nie chcąc burzyć obrazu rodziny, w który zawsze wierzyła.
- Tak, te obrazy czasami zaczepiają mnie na klatce schodowej w Mungu – przytaknęła; to tam znajdowały się mówiące portrety uzdrowicieli, choć kilka było też na korytarzach i w niektórych salach. – Zazwyczaj po prostu ignoruję podobne uwagi i idę dalej, chociaż od niektórych z nich można dowiedzieć się czegoś interesującego.
Ze swoim rodzeństwem zawsze miała dobre relacje, szczególnie z siostrą. Josie i Iris stanowiły swoje bliźniacze dopełnienia, chociaż w czasach szkolnych stało się jasne, że ich zainteresowania podążały w różne strony. Niczego to jednak nie zmieniało w ich stosunkach i tym, że zawsze były sobie bliskie. Sprawa z Tomem skomplikowała się znacznie w miesiącach poprzedzających jego zniknięcie; najstarszy syn państwa Vane nagle zaczął odsuwać się od rodziny, aż w końcu zaginął. Dziewczęta zostały same; ojciec jeszcze bardziej zajął się pracą, a matka pogrążała się we własnym świecie. Jedyną dobrą stroną tej nieprzyjemnej sytuacji była to, że na pewien czas przestała przebąkiwać o możliwie szybkim małżeństwie córek.
Życie pod jednym dachem z nieuleczalnie chorą osobą nie było łatwe, nawet jeśli Josie w pewnym sensie do tego przywykła. Choroba matki była o tyle podstępna, że rozwijała się latami, z biegiem czasu coraz silniej wpływając na organizm chorego, a także na jego psychikę. Thea Vane to właśnie chorobę obwiniała o większość swoich nieszczęść, ale to wszystko miało pewien wpływ także na jej rodzinę. Josie dzięki kursowi uzdrowicielskiemu umiała rozpoznawać jej ataki i odpowiednio dawkować eliksiry, ale poza tym oraz poza okazywaniem wsparcia i zrozumienia nie mogła wiele zrobić. Wszyscy mogli tylko czekać, aż pewnego dnia choroba ostatecznie zwycięży i zawsze była przygotowana na to, że taki dzień kiedyś nastąpi. Może za rok, może za kilka, kilkanaście lat, ale było to nieuchronne. Największym zaś marzeniem Thei było doczekanie ślubów córek z odpowiednimi mężczyznami.
Zarumieniła się nieznacznie, gdy mężczyzna okazał jej współczucie i poczuła się nieco zmieszana. Mimo to w głębi duszy cieszyła się, że nie był zupełnie obojętny i zainteresował się problemem, mimo że jak doskonale wiedziała, nie specjalizował się w chorobach genetycznych.
- No... dobrze. Dziękuję za chęć pomocy. Tylko uprzedzam, że mama w chwilach swoich ataków jest naprawdę... trudna – powiedziała, gdy zaoferował, że może z nią porozmawiać. Ale ostatecznie uzdrowiciele bardzo często stykali się z trudnymi, opornymi pacjentami, Thea Vane z pewnością nie była jedyną osobą, która nawet przy uzdrowicielach demonstrowała swoje humorki. – Sprawdzę, co się z nią teraz dzieje – rzekła jeszcze i pierwsza zajrzała do sali. Jak się okazało, Thea wciąż siedziała samotnie na ławeczce, masując zesztywniałe kolano. Nie wyglądało na to, żeby działo się coś poważnego, więc Josie nieco się uspokoiła, ale po krótkiej wymianie zdań na wszelki wypadek uprzedziła matkę, że ktoś może chcieć z nią porozmawiać i skinęła na Aldricha, pozwalając mu podejść bliżej. Przedstawiła go swojej matce, zaznaczając, że był uzdrowicielem z Munga, którego przypadkiem spotkała w sali obok; Thea spojrzała na niego uważnym wzrokiem, a mężczyzna mógł zauważyć, że mimo bycia w średnim wieku i choroby wciąż emanowała aurą dumy i wyniosłości. Mimo utraty tytułu z chwilą poślubienia Leonarda Vane, w głębi duszy zawsze pozostała osobą szlachetnie urodzoną i tak zwykła się zachowywać. Nieszczególnie przepadała za uzdrowicielami, ale zaakceptowała ich częstą obecność w swoim życiu jako konieczność, tym bardziej, że także w domu miała przedstawicieli tego zawodu.
Josie spojrzała na mężczyznę przepraszająco, gdy Thea odezwała się do niego wyniosłym tonem, chociaż zdawała sobie sprawę, że teraz pewnie będzie przez niego postrzegana przez pryzmat tej sytuacji. Ale najważniejsze było teraz doprowadzenie matki do porządku, tak, aby mogły w spokoju wrócić do domu.



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Portret przeszłości [odnośnik]22.07.17 22:16
Zanim człowiek się przekona, jak trudno jest być rodzicem, łatwo jest osądzać wybory i poczynania tych, którzy go wychowali. Al także miał w dzieciństwie sporo żalu, lecz skierowany był on głównie w kierunku ciągle nieobecnego ojca i obudziły się w nim, gdy miał kilkanaście lat, więc było już za późno na naprawienie błędów w ich relacji, bo ojciec już nie żył. Nierzadko, a na pewno częściej niż życzyliby sobie tego optymiści tacy jak Aldrich, takie osądy okazywały się niestety słuszne, a odsetek perfekcyjnych rodzin raczej zawodzi, a nie zaskakuje pozytywnie. Znał kilkoro przedstawicieli szlachetnych czysto krwistych rodów i z początku podczas spotkań z nimi odczuwał zwykle pewnego rodzaju zażenowanie, przekonany że zetrze się z perfekcyjnym wychowaniem, dystynkcją mowy i ruchów i opowieści o wielopokoleniowych zżytych rodzinach, która stoi murem za sobą. W końcu jeśli byli najlepsi z całej magicznej społeczności, tym samym długo w jego wyobrażeniach stanowili też wzór życia rodzinnego. Tymczasem okazywało się, że rodzice małych arystokratów często bywali oschli, mieli wobec dzieci wygórowane ambicje i stawiali im wymagania, którym trudno sprostać. Nie miał pojęcia, że „trudność” w relacjach z matką Jocelyn będzie wynikała także z szlacheckiego wychowania kobiety, więc gdy przechodzili z sali do sali pozostawał dobrej myśli. W sąsiednim pomieszczeniu kobieta siedząca na ławeczce z nogą wyprostowaną przed sobą nadal była jedyną osobą w pokoju. A obrazy, które w nim wisiały swoją drogą bez wątpienia zasługiwały, by podziwiał je cały tłum. Po ostrzeżeniu stażystki Al uznał, że tym lepiej, jeśli nikt nie będzie się przyglądał. Dotyk Meduzy manifestował się czasem dość spektakularnie i nie zdziwiłby się, gdyby kobieta czuła się niepewnie wystawiona na wzrok obcych. W końcu prawdopodobnie przyszła do galerii się odprężyć i przykro byłoby patrzeć, jak sytuacja z miłego spotkania z córką zmienia się w zupełnie odwrotną.
Na znak dany mu przez Josie zbliżył się do ławeczki. Na twarz przywołał łagodny przyjazny uśmiech. Szczęśliwie zarówno w pracy jak i w domu miał doskonałe warunki, by wykształcić duże pokłady cierpliwości, choć nigdy przedtem nie zaistniała możliwość, że wyczerpie je nieznana mu damulka w średnim wieku, więc nie miał pojęcia, na jak długą wymianę zdań mu wystarczą. Na razie mógł zaczerpnąć z nich dość, by w ogóle nie zrazić się do kobiety mimo wyższości, z jaką się do niego odniosła. Większość społeczeństwa nie kochała uzdrowicieli, może źle się kojarzyli? A może sami robili wrażenie wyniosłych? Tak czy inaczej, ukłonił się płytko gdy Jocelyn przedstawiła go matce i usiadł przy niej.
- Droga pani, chciałbym pomóc. Jeśli zgodzi się pani, rzucę drobne zaklęcie uspokajające, które powinno rozluźnić mięśnie, a potem kolejne rozgrzewające. Dzięki nim szybciej odzyska pani sprawność w nodze. – mówił przyciszonym głosem, ale starał się jednocześnie dać jej do zrozumienia, że im szybciej pozwoli mu coś zdziałać tym prędzej będzie mogła wrócić do domu.
Kobieta odzywała się wyniośle, lecz z pozornym spokojem, ale Aldrich po kilku chwilach dojrzał spięcie, które jej towarzyszyło wraz z nerwami. Może rozmowa z córką nie była tak miła jak przypuszczał na początku…? W końcu Josie jakby płakała, gdy przypadkiem wpadli na siebie przed kwadransem. Odczekał moment, licząc że kobieta bez marudzenia przystanie na jego propozycję i gdy się zgodziła zerknął jeszcze na Jocelyn, jakby chcąc skonsultować z nią podjętą decyzję. Na krótką chwilę zatrzymał na niej swój wzrok, dopiero teraz zastanawiając się, czy dobrze zrobił nalegając na swój udział w tym przykrym przypadku; obawiał się, czy potem, z dala od jego oczu i uszu, kobieta nie zruga córki za obnażanie wstydliwych spraw przed kimś zupełnie obcym. Nigdy nie zajmował się pacjentami z Dotykiem Meduzy, ale z tego co pamiętał ze stażu, rozgrzewanie, ewentualnie masaże powinny doraźnie pomóc w czasie ataku choroby. Nie wspominał dobrze kilkutygodniowego pobytu na oddziale chorób genetycznych i nigdy nie zdecydowałby się na specjalizowanie w tym kierunku: miał w końcu świadomość, choć była to wiedza zupełnie innego rodzaju niż ta, którą dysponowała Josie żyjąca z ofiarą jednej z tych chorób na co dzień, że uzdrowiciele na tym oddziale toczą bój z góry przegrany. W momencie potwierdzenia diagnozy równocześnie znikała nadzieja na pełne wyzdrowienie pacjenta.
- Paxo. – wypowiedział pierwszą formułkę wykonując jednocześnie odpowiedni ruch ręką. Gdy poznał, że zaklęcie zadziałało rzucił kolejne i po chwili przyjrzał się kobiecie. Ponad jej ramieniem spojrzał także na Jocelyn, gdyby ona rozpoznała oznaki poprawy samopoczucia matki.
- Czy czuje się pani lepiej?
Aldrich McKinnon
Zawód : uzdrowiciel
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
I am and always will be the optimist. The hoper of far-flung hopes and the dreamer of improbable dreams.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4821-aldrich-mckinnon https://www.morsmordre.net/t5110-poczta-aldricha https://www.morsmordre.net/t4830-al-mckinnon https://www.morsmordre.net/f123-earl-s-court-road-17-3 https://www.morsmordre.net/t6054-aldrich-mckinnon
Re: Portret przeszłości [odnośnik]23.07.17 13:48
Pozory często myliły. Osobom z zewnątrz często mogło się wydawać, że szlacheckie rodziny są piękne i idealne, ale pod tą fasadą często skrywało się coś zupełnie innego. W rodzinach tych to nie uczucia były najważniejsze, a spełnienie oczekiwań wobec rodu oraz dbanie o pozory. Zdecydowana większość małżeństw była zawierana nie z miłości, a z potrzeby przedłużenia czystokrwistej linii rodu. Wadliwe egzemplarze, czyli nieurodziwe lub stare panny jak Thea niekiedy były oddawane mężczyznom takim jak Leonard Vane. Josie w pewnym sensie tkwiła na pograniczu dwóch światów, a dzięki wychowaniu matki i jej naukom, a także posiadaniu szlacheckich krewnych, wiedziała o tym świecie znacznie więcej niż czarodzieje bez takich powiązań. Jednocześnie sama nie posiadała odpowiedniego nazwiska i tytułu, więc wciąż pozostawała niżej w społecznej hierarchii i nie mogła liczyć na równe traktowanie, a pewne miejsca pozostawały dla niej zamknięte. Jej matka była typową przedstawicielką takiego sztywnego chowu, który stosowała też wobec własnych dzieci. Ale rodziny były różne, znała i kilka takich, które wcale nie szły drogą Thei. Słyszała też o dużo gorszych, jeszcze bardziej zimnych i konserwatywnych przypadkach. Tak czy inaczej, na własnej skórze przekonała się o wymaganiach, bo musiała spełnić cały ich szereg, żeby zapracować na matczyną miłość i uwagę, a atmosfera w jej domu nigdy nie była prawdziwie ciepła i rodzinna. Ale Josie, nie mając innych wzorców, uważała to za normalne i sama starała się dbać o matkę, gdy było z nią gorzej. Przynajmniej z jej strony rozkapryszona Thea mogła zaznać trochę ciepła i szczerej troski, nawet jeśli sama nie potrafiła tego odwzajemnić.
Sala w galerii z pewnością była piękna, ale szczęśliwie dla nich i dla Thei, o tej porze odwiedzających było na tyle mało, że pomieszczenie świeciło pustkami. Ale Josie szybko zauważyła Theę siedzącą wciąż w tym samym miejscu. Nie wyglądała bardzo źle, przynajmniej nie fizycznie. Tylko wyraz jej twarzy mówił, że jest sfrustrowana i niezadowolona z takiego przebiegu wydarzeń, z tego, że choroba niszczyła jej nawet przyjemność z obcowania ze sztuką.
Jocelyn przypuszczała też, że pojawienie się Aldricha nie przypadnie jej do gustu. Nawet jeśli w jego obecności nie skwituje dosadniej tej sytuacji, mogła się spodziewać, że po powrocie do domu zostanie zalana falą wyrzutów i pretensji. Nie byłby to pierwszy raz; w ostatnich latach, im bardziej choroba się rozwijała, Thei coraz częściej zdarzyło się robić bliskim wyrzuty. W przypadku Josie trafiały one na podatny grunt i umiejętnie wzbudzały poczucie winy. Zresztą w momencie, gdy wybiegła z sali i spotkała Aldricha, rzeczywiście płakała z powodu sprzeczki z matką. W domu mogła czekać ją poważniejsza kłótnia, ale mimo to uważała, że postąpiła słusznie, prosząc o pomoc bardziej doświadczonego uzdrowiciela, skoro przypadkiem na niego wpadła. Sama oczywiście potrafiła rzucić odpowiednie zaklęcia i robiła to, gdy matka była mocno podenerwowana, ale nie do końca ufała swojej ocenie sytuacji właśnie dlatego, że była zbyt mocno zaangażowana osobiście, i skoro McKinnon sam zaoferował jej pomoc, w końcu się zgodziła i zaprowadziła go do swojej matki. Thea obrzuciła uzdrowiciela wyniosłym spojrzeniem, ale pozwoliła mu rzucić na siebie zaklęcia, o których wspomniał. Chociaż tyle, że nie dała pokazu swojego niezadowolenia; najwyraźniej tak bardzo chciała już wrócić do domu, że wolała jak najszybciej uwolnić się od towarzystwa mężczyzny, a to mogła zrobić tylko współpracując. Dlatego też po jego słowach skinęła głową, ale Josie zatrzymała na dłużej wzrok na jej twarzy, próbując wypatrzeć oznaki kłamstwa.
- Mamo, na pewno już lepiej? – zapytała, podejrzewając, że nawet gdyby zaklęcie nie podziałało, Thea wolałaby udawać, że czuje się znacznie lepiej, byle przerwać to niezręczne spotkanie i móc przenieść się do domu za pomocą galeriowego kominka. Ale widząc wątpliwości córki, próbowała zgiąć nogę; poszło jej to trochę nieporadnie, ale przynajmniej mogła już zgiąć staw i poruszać nogą. Sztywność ustępowała, ale zaklęcie także mogło mieć swoją rolę w przyspieszeniu tego procesu. Dla pewności Josie odczekała jeszcze kilka minut.
- Dziękuję – powiedziała do McKinnona. – Chyba rzeczywiście po prostu zabiorę ją do domu. W razie potrzeby ponowię zaklęcie i podam kolejną dawkę eliksiru; zawsze dbamy, żeby miała cały zapasik. – W domu przynajmniej zniknie spora część czynnika stresowego. W samotności jej matka uspokoi się i wyciszy; w każdym razie już po tym, jak zrobi córce wyrzuty. – Muszę zaprowadzić ją do kominka... Mamo, dasz radę wstać i przejść ten kawałek, który dzieli nas od kominka podłączonego do sieci Fiuu? – znowu spojrzała na matkę, zadając jej pytanie. Ostrożnie podała jej rękę i zerknęła znacząco na McKinnona; być może będą potrzebowały jego pomocy w podprowadzeniu matki do kominka, a Josie nie chciała, żeby podczas przejścia korytarzem Thea upadła. Nie poprosiła go o to na głos, ale liczyła, że mężczyzna odczyta jej intencje. Póki co wyglądało na to, że faktycznie było lepiej, ale Josie odetchnie z ulgą dopiero po wszystkim, gdy matka znajdzie się u siebie i w spokoju pójdzie spać po kolejnej dawce mikstury. Ostrożnie trzymając ją pod ramię, zaczęła ją powoli prowadzić. Mogło to wyglądać jak przechadzka dwóch bliskich sobie kobiet, ale Josie i teraz także McKinnon wiedzieli, jak było naprawdę.
Dotarli w końcu do kominka, gdzie Josie pożegnała się z McKinnonem, wiedząc, że pewnie i tak wkrótce spotka go na korytarzach Munga. I najpierw Thea, a potem ona zniknęły w rozbłysku szmaragdowych płomieni, przenosząc się do domu.

| zt.



Zamknięci w ramach schematówPamiętajmy, by nie zgubić siebie.

Jocelyn Vane
Zawód : Stażystka uzdrowicielstwa
Wiek : 20
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
,,,
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t4647-jocelyn-vane https://www.morsmordre.net/t4674-poczta-jocelyn https://www.morsmordre.net/t4673-j-c-vane https://www.morsmordre.net/f316-maxwell-lane-84 https://www.morsmordre.net/t4747-skrytka-bankowa-nr-1200 https://www.morsmordre.net/t4675-jocelyn-vane
Re: Portret przeszłości [odnośnik]14.05.19 22:25
26 listopada

Nie mogli przecież podarować sobie obejrzenia tej sztuki! Cały dzień. Cały długi dzień fruwała wokół rodziców, wspominając spektakl, który widziała dwa tygodnie temu w Londynie. Oczy miała jak dwie iskierki, nie dało się pominąć tego blasku. Uderzała w każdy czuły punkt, opowiadała o tej wielkiej damie i o jej nieznośnym mugolskim zalotniku, z którym rozprawiał się jej mąż. Przeobrażała, słodziła, dodawała pikanterii, mocno powracając oczami wyobraźni do tamtych momentów, kiedy razem z przyjaciółką zapadały się w miękkich, czerwonych fotelach londyńskiego teatru. No przecież musieli tam pojechać jako wielcy miłośnicy sztuk teatralnych. Klepała im bez najmniejszej przerwy, irytując pewnie nie tyko samych rodziców, ale i również brata. Musiała jednak jakoś ich zmusić, aby właśnie tamtego dnia pojechali do tego miasta. Kłamczuchą bywała okropną, a intrygantką tym większą. Nie miała jednak wyboru. W ostatnim czasie bardzo dużo podróżowała do Londynu, a warunki pogodowe pozostawały wciąż niesprzyjające. Dlatego wierzyła, że jeżeli pojadą razem z nią, to mniej podejrzane będzie cała ta wyprawa. Tym bardziej, że niechętnie gdziekolwiek ją puszczali.
Plan był znakomity i zdecydowanie z trudem powstrzymywała emocje. Miała ich odprowadzić pod sam teatr, a później udać się do tamtej galerii sztuki. Przecież na owym przedstawieniu była, więc nie mogło ich dziwić to, że wolała w tym czasie zaczerpnąć nieco innej formy artyzmu. Trochę byli zdziwieni, że jeszcze raz nie chciała tego spektaklu obejrzeć, ale nie drążyli tematu. Matka cieszyła się, że Bella wykazywała zainteresowanie malarstwem, bo zwykle dziedzina ta nie cieszyła się jej największą miłością. Podróż z rodzicami zapewniała jej bezpieczeństwo, a wiedząc, że będą wygodnie siedzieć w fotelach na widowni, mogła spotkać się z Alexem. Przecież nic w tym podejrzanego, prawda? Ot, zwykły spacer po korytarzach galerii, na których przypadkiem spotka jakaś osobę… Jakąś! Och, ale to było męczące, gdy wiedziała, że nawet go nie rozpozna. Bała się jednak o niego tak mocno, że nie mogła sobie wyobrazić, by tak po prostu spotkali się w gronie nieznajomych osób. Pamiętała też o podsłyszanych u Fawleyów historiach o pewnej tajemnicy jednego z portretów. Może właśnie tak uda im się odnaleźć kąt prywatności i spokojnie porozmawiać?
Chłodny był to wieczór, uliczki stolicy skrywały się w pierwszych płatkach śniegu. Nie było jeszcze tak zimno, ale pogoda sprawiła Isabelli wyjątkową niespodziankę. Zachwycała się tak prostymi i lekkimi elementami rzeczywistości. Nietrudno było rozpalić w niej płomień radości. Wielce żywo prowadziła z rodzicami rozmowę. Byli już blisko teatru, chyba za mocno ściskała ramię ojca. Serce wirowało, łaskocząc ją całą od środka tak złośliwie. Nie mogła się doczekać spotkania. Całe szczęście, że jej ekspresja w ogóle ich nie dziwiła, bo mogliby zacząć zadawać niepotrzebne pytania. Wkrótce uściskała bliskich i życzyła im udanego seansu. Kilka uliczek dalej znajdował się cel jej podróży. Nawet te mokre, przybłocone ulice nie zdołały wpędzić jej w złość, choć żałowała, że ubrała tak jasną, bladoróżową suknię, na której było widać każdą czarną krople.
Wreszcie weszła do środka. Rozglądała się czujnie. Oddała pelerynkę do szatni. Gdy szła w kierunku Sali Południowej, zbyt mocno ściskała broszurę. Wiedziała, że nie wolno jej było być przy nim. Tylko naprawdę w tej krótkiej chwili nie istniało coś, czego pragnęłaby bardziej. Będzie, prawda? Stał gdzieś tutaj, podziwiał paskudny portret starszej pani i nawet nie wiedziała, że to on. Stanęła przy Portrecie Przeszłości i palcem przesunęła po pięknej ramie. Dopiero teraz ogarnął ją ten największy niepokój.
Isabella Cattermole
Zawód : Stażystka w lecznicy
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczona
Najmilszy sercu jest prawdziwy w nim pożar.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
Portret przeszłości - Page 2 A8172ec5839139146051f7b54e49c5d0
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7405-isabella-selwyn https://www.morsmordre.net/t7416-iskierka https://www.morsmordre.net/t7414-bardzo-nieprzykladna-lady#202782 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t7417-skrytka-bankowa-nr-1810#202799 https://www.morsmordre.net/t7415-isabella-selwyn
Re: Portret przeszłości [odnośnik]27.06.19 1:33
| Przybywam stąd, wyglądam tak (za wyjątkiem oczu, które zostają alexowe)

Alexander obserwował, jak jego odbicie w lustrze zmienia się. Na nowej twarzy czarodzieja wykwitł uśmiech triumfu - może i nie robił tego ostatnio za często, ale w dalszym ciągu to potrafił. Przez chwilę co prawda, zaraz na początku lipca, nie potrafił zdobyć się na pokonanie psychicznej bariery i używanie swojego daru.
Jesteś uzdrowicielem, legilimentą i metamorfomagiem.
Tyle z niego wtedy pozostawił Mulciber i tylko to, razem z nazwiskiem, miało budować jego osobę - bo śmierciożerca nic więcej nie potrzebował, by Farley stanowił w jego rękach uyżteczne narzędzie. Chłopak gardził więc przez chwilę swoimi talentami i wmawiał sobie, że wcale nie potrzebuje z nich korzystać. Nie minęło jednak wiele czasu nim uświadomił sobie, jak głupie było to przeświadczenie i jak bardzo marnował swój czas, w którym mógłby stawać się o wiele, wiele lepszy w tym, co już potrafił. Wracał więc powoli do dawnej wprawy, a patrząca na niego z lustra twarz tylko to potwierdzała. Alexander złapał za kubek z herbatą i jak gdyby nigdy nic wyszedł z łazienki, kierując się do swojego pokoju. Tam założył prostyą, czarną szatę niezwykle zbliżoną wyglądem do mugolskiego garnituru. Na kark zarzucił szary, wełniany płaszcz, a szyję okręcił zielonym szalikiem. Nie pamiętał, skąd go miał - zwłaszcza, że zieleń nie była go końca jego kolorem - jednak z tego względu był wręcz idealnym elementem garderoby. Sam nie spodziewał się po sobie, że by go założył.
Z pożegnaniem krzykniętym w stronę pokoju siostry Alexander zbiegł po schodach i założył buty, po czym wyszedł w targany deszczem świat. Przeszedł kawałek w stronę dna Doliny Godryka i dopiero będąc w odpowiednio dalekiej odległości od domu przywołał Błędnego Rycerza. Podróż do Londynu zajęła mu dziś odrobinę dłużej, niż to obie wcześniej wyliczył, jednak wciąż przybył z pewnym zapasem czasu. Kiedy postawił stopę na chodniku ściągnął lekko brwi zauważając, że deszcz zaczynał przemieniać się w śnieg. Zapowiadało się na to, że zima w tym roku będzie długa i bezlitosna - na tę myśl serce się w Alexandrze ścisnęło niezwykle boleśnie. Przygotowania do zakonnej wyprawy do Azkabanu wciąż trwały i nie zapowiadało się na to, że wyruszą przed świętami. Farley potrząsnął jednak głową, lekko, prawie niezauważalnie, po czym przekroczył oddzielający go od galerii chodnik i wszedł do środka. Ciepłe i jasne wnętrze różniło się zupełnie od szarej, mokrej i zimnej rzeczywistości poza murami. Pozostawił płaszcz w szatni i udał się na sale. Obrazy oglądał z połowicznym zaciekawieniem, bardziej niż sztuce swoją uwagę poświęcając otoczeniu. Zabrało mu to chwilę, jednak w końcu ją dostrzegł, kiedy znikała łuku prowadzącym do Sali Południowej. Niespiesznie udał się za nią, chłonąc spojrzeniem jej spiętą i podenerwowaną sylwetkę, palce bielejące od siły, z jaką ściskała broszurę. Nie mógł powstrzymać delikatnego uśmiechu, kiedy podążył za nią do ukrytej sali, w której wisiał tylko jeden obraz. Zaraz jednak zmienił swój wyraz twarzy, ściągając groźnie brwi i ogólnie przybierając postawę kogoś, kto nie był zadowolony z tego, co widzi.
- Przepraszam panią, ale wstęp do tej części galerii jest zakazany. Nie powinno tu pani być - powiedział, stojąc po przeciwnej stronie pomieszczenia i uważnie obserwując reakcję kuzynki.


Alexander Farley
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 22
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Zaręczony

Alex, you gotta fend for yourself

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Metamorfomag
Portret przeszłości - Page 2 9545390201fd274c78230f47f1eea823
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-farley https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t3768-skrytka-bankowa-nr-277 https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392

Strona 2 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Portret przeszłości
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach