Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Zatoka Syren
AutorWiadomość
Zatoka Syren [odnośnik]04.12.16 0:59
First topic message reminder :

Zatoka Syren

Cicha zatoka znajdująca się przy wschodnim wybrzeżu wyspy wydaje się instynktownie omijana przez mugoli - tę ciszę zawdzięcza zaklęciom ochronnym rzucanym przez pomieszkujące tutaj syreny. Płytka plaża, w piasku której nietrudno znaleźć szczątki dawno temu zmarłych smoków, osłonięta jest przed wiatrem wysokimi skałami. Latem, przy odrobinie szczęścia, łatwo dostrzec w wodzie błysk łuski syreniego ogona. Strzegą ich trytony - bardziej dyskretne i mniej rzucające się w oczy, a jednak gotowe złapać harpunem każdego, kto odważy się zakłócić ich spokój. Letnimi oraz wiosennymi wieczorami wzdłuż plaży rozbrzmiewają się ich pieśni - spokojne, ciche, rozleniwiające... i usypiające. Zimą ponoć istoty te kryją się w podwodnych jaskiniach, z których wynurzają się dopiero, kiedy nadejdą cieplejsze temperatury.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Zatoka Syren - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Zatoka Syren [odnośnik]06.04.18 16:10
/23.06

Gdybym był kobietą, nieustannie pąsowiałbym na twarzy z powodu korespondencji jaką od jakiegoś czasu wymienialiśmy z Fantine. Niemal codziennie, czasem nawet kilka razy w przeciągu doby, odsyłałem jej umazaną moim atramentowym pismem kartkę, nie szczędząc komplementów oraz subtelnych aluzji dotyczących rychłego spotkania. Aż wreszcie doszło do niego dość przypadkowo, bo na sabacie u lady Nott. Oczywiście, że się tam spodziewałem królowej róż; zdziwiłbym się, gdyby ten kwiat arystokracji nie zaszczyciłby swą obecnością progów Hampton Court (nawet pomimo ostatnich, bardzo tragicznych wydarzeń), ale wspólne uczestnictwo w konkursie tańca na lodzie nie było tym, co przewidywałem. Aktualnie było wiele panien na wydaniu i prawdopodobieństwo dobrania nas w parę było dość małe, ale widocznie lady Adelaide uznała sparowanie nas za wyśmienity wybór. Nie przeczyłem, że podczas starania się o przychylność lady Rosier, wspólne znoszenie trudów utrzymania równowagi na śliskiej powierzchni stawu przysparzało mi wielu emocji, ale nie zawsze pozytywnych. Nie, kiedy mi zależało na jej opinii oraz nieośmieszeniu nas w tym lodowym wyścigu. Czarownica taktownie twierdziła, że zajęcie trzeciego miejsca nie było niczym złym, ale wiedziałem, że byliśmy jednako ambitni i brak bezapelacyjnego zwycięstwa ubódł ją, nawet jeśli nie jakoś szczególnie dotkliwie. To był przecież tylko taniec, nic szczególnie istotnego; nie zamierzałem rozmyślać nad swymi błędami w nieskończoność, ale czułem niedosyt. Całość naprawdę mogła skończyć się dużo lepiej, oboje mieliśmy tego świadomość. Zresztą, mężczyznom prawdopodobnie trudniej znosiło się porażki, nawet te najdrobniejsze; męska duma nie była jedynie sloganem z mało ambitnych gazet dla pań domu, a czymś prawdziwym i… denerwującym.
Nie bardziej niż panująca na zewnątrz pogoda. Choć powoli zaczęło się ocieplać, a śnieg topniał z każdym dniem, to nadal było po prostu zimno. Obecnie świat w niczym nie przypominał letnich dni angielskich, za to doskonale nadawałby się na końcówkę zimy, której tak nie znosiłem. Mniej niż przegranej, ale ten niesatysfakcjonujący akcent wbijał kolejną szpilę pod żebra sprawiając, że intensywnie poszukiwałem słodyczy oraz przyjemności dla rozgonienia burzowych chmur skupiających się tuż nade mną. Niemal czułem smagania piorunów kiedy w geście spontanicznej decyzji napisałem do Fantine kolejny list. Opisując w nim emocje dotyczące naszego ostatniego spotkania poprosiłem ją o kolejne. Tym razem mającym być miodem dla serca, bez rywalizacji na oczach całej arystokracji, bez potencjalnych porażek. Tylko my, nasza (być może?) wspólna gra, gdzie przecież byliśmy najważniejszymi pionkami. Królem i królową na szachownicy słów i gestów. Wyzwanie dość odważne, bo nienaznaczone oficjalnymi wizytami na dworach jednej z rodzin, bez asysty w postaci Evandry, która była pewnego rodzaju spoiwem łączącym nasze dwa przeciwległe światy. I przede wszystkim bez możliwości natknięcia się na Melisande, która niestety swą obecnością mroziła nawet najgorętsze serca i żałowałem, że miałem tego świadomość.
Niestety zimna całkowicie nie mogłem zniwelować, ale słońce świecące wysoko na niebie sprawiało, że trudy niespodziewanych przymrozków były łatwiejsze do przełknięcia. I sprzyjało propozycji wspólnego spaceru brzegiem plaży wokół wyspy. Spotkaliśmy się przy Thorness Manor, skąd po wymianie standardowych uprzejmości pod uważnym okiem przyzwoitki, ruszyliśmy w drogę.
- Tak się cieszę, że przyjęłaś moje zaproszenie lady – zacząłem z wolna, zerkając to na piasek osuwający się pod nogami, to na Fantine kroczącą obok. – Minęły ledwie dwa dni, a już nie mogłem doczekać się, aż znów cię ujrzę. Uważam, że każdy dzień powinien zaczynać się tak pięknym widokiem umilającym trudy życia – kontynuowałem, choć chyba się trochę zagalopowałem; kto jak kto, ale my akurat nie powinniśmy mówić o problemach, bo tak naprawdę ich nie posiadaliśmy. Choć osobiście uważałem, że to dość zgrabnie podkreśliło sugestię, że bez niej dzień był tak naprawdę ciężki. I stracony. – Żałuję, że zastała nas tak przykra pogoda, ale nie wytrzymałbym do prawdziwego lata – dodałem szybko, po czym rozejrzałem się wokół. Gdzieniegdzie widniały jeszcze kupki nieroztopionego śniegu, choć z pewnością bliskość wody sprawiała, że tereny te były mniej zaśnieżone i zlodowaciałe niż inne rejony Anglii. – Chciałbym cię lady spytać o samopoczucie, bo czasy są dość skomplikowane nawet pomimo minionego sabatu – rzuciłem na koniec, zanim zacząłem jakiś konkretny temat. Wypadałoby podpytać ją o zdrowie oraz samopoczucie. Na pewno żałoba, jaką nosiła, była wciąż jeszcze żywa.


na brzeg
wpływają rozpienione treny
w morzu płaczą syreny,
bo morze jest gorzkie

Flavien Lestrange
Zawód : pomocnik dyrektora artystycznego rodowej opery
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
De la musique avant toute chose,
Te pour cela préfère l’Impair.
OPCM : 15
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5559-flavien-lestrange#129850 https://www.morsmordre.net/t5572-jean-claude#130040 https://www.morsmordre.net/t5570-flavienowe#130037 https://www.morsmordre.net/f317-wyspa-wight-thorness-manor https://www.morsmordre.net/t5579-skrytka-nr-1373#130152 https://www.morsmordre.net/t5578-flavien-lestrange#130148
Re: Zatoka Syren [odnośnik]07.05.18 16:54
Gdyby tylko listy na papeterii przyozdobionej herbem rodu Lestrange, kreślone prędko przez Flaviena, trafiały do innej damy, najpewniej wywoływałyby spodziewaną reakcję - niewinne rumieńce na policzkach, zawstydzone spojrzenie, niepewność. Jean-Claude przysiadał o poranku i nierzadko kilkukrotnie w ciągu całego dnia na parapecie Fantine Rosiera, damy rózniącej się od pozostałych dziewcząt w jej wieku - rzecz jasna w sposób akceptowalny. Nie buntowała się wszak przeciwko swemu losowi, nie wygłaszała głośno herezji o niezależności, czy pracy zawodowej, prezentowała swą osobą wartości i poglądy cenione przez jej rodzinę, jednako nie wtrącając się w sprawy polityczne. Dziewczęta w jej wieku bywały jednak nadwyraz niedoświadczone i niewinne w relacjach damsko-męskich; Fantine sprawiała jedynie takie wrażenie - było ono jednak na tyle przekonujące, kłamała wszak naprawdę dobrze, grała niczym wyśmienita aktorka, lecz w rzeczywistości mogła pochwalić się większym... doświadczeniem. Czytając listy nie rumieniła się więc wcale, a kreśląc własne słowa nie było w niej niepewności, nie sięgała po cudze rdy - jej pewność siebie tańczyła na granicy arogancji. Płynące jednak ze słów lorda Lestrange miód i słodycz mile łechtały jej ego, sprawiały, że stawało się jeszcze bardziej rozbuchane, a Fantine czuł się coraz pewniej, choć dbała, by tego nie okazywać - mężczyźni nie lubili kobiet pewniejszych od siebie, byli wszak łowcami. Lady Cedrina nauczyła najmłodszą Różę jak z nimi postępować.
Otrzymawszy od niego zaproszenie wahała się, czy powinna była je przyjąć; nie dlatego, że byłoby w tym coś złego, bądź nie miała na nie ochoty, wręcz przeciwnie. Połączenie ich w parę przez lady Adelaide Nott było trafne, jego towarzystwo podczas ostatniego sabatu było Fanny niezwykle przyjemnym. Nie zwyciężyli, lecz mimo wszystko czuła triumf - bo widziała jak na nią spoglądał. Słowa Marine o tym, co później o niej mówił, a także zaproszenie, które jego płomykówka przyniosła jej w kilka godzin później, jedynie utwierdziły Fanny w przekonaniu, że nie może przestać o niej myśleć - dlatego wahała się, czy powinna się z nim spotkać, czy może powinna była doprowadzić go swymi kaprysami do szaleństwa. W ostateczności uznała, że na to przyjdzie jeszcze przecież pora, dlatego odesłała mu swą łaskawą zgodę, a nazajutrz pojawiła się na Wyspie Wight.
Pogoda nie sprzyjała spacerom na łonie natury, lecz mróz nie był już tak dotkliwym; morze iskrzyło się od padających nań promieni słońca, wysoko wiszącego na niebie, a niebo zachwycało instensywnością błękitu. Na umówionym miejscu spotkania zjawiła się chwilę spóźniona, lecz wybaczalnie, oczywiście z przyzwoitką, nie mogło być inaczej; przed nieprzyjazną aurą pogodową chroniło ją ciemne futro, pod którym miała sobie bogato zdobioną, złotą suknię. Ciemne włosy spleciono jej finezyjnie nad karkiem, w uszach lśniły rubinowe kolczyki - Fantine nigdy nie prezentowała się skromnie.
- To niezwykła przyjemność odwiedzać tak piękne miejsce, to ja dziękuję za zaproszenie, milordzie - odparła uprzejmie, krocząc z wdziękiem u jego boku, z dłońmi splecionymi przed sobą. Karmił ją komplementami, na usta wychynął więc figlarny uśmiech. - Ma pan na myśli zatokę? - spytała niewinne, ciągnąc go za język, łasa na pochwały jak zawsze. - Jest pan niezwykle niecierpliwy, lordzie Lestrange. Co jest tego przyczyną? - spytała z pozorną przyganą w głosie. - Czuję się zaskakująco dobrze, panie, dziękuję, że lord pyta - odparła po chwili zastanowienia, zgodnie z prawdą; biorąc pod uwagę wszystkie te straszne zdarzenia, które miały ostatnio miejsce - nie było z nią źle. Nie spodziewała się jeszcze tego, co czekało nań na Bezimiennej Wyspie następnej nocy. - A pan, milordzie? Czy coś pana dręczy?


Była także pewna chwila, której nie zapomnę. Był raz wieczór rozmarzony i nadzieje płonne przez dziewczynę z końca sali podobną do Róży, której taniec w sercu moim święty spokój zburzył.
Fantine Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 22 lata
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
emanowała namiętnością skroploną winem

wiem, że pachniała jak Paryż choć nigdy tam nie byłem
OPCM : 5
UROKI : 10
ALCHEMIA : 22
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
królowa kier
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5048-fantine-rosier https://www.morsmordre.net/t5137-desdemona#111449 https://www.morsmordre.net/t5140-fanny-rosier https://www.morsmordre.net/t5141-komnaty-fantine https://www.morsmordre.net/t5136-skrytka-bankowa-nr-1272 https://www.morsmordre.net/t5138-fantine-c-rosier#111457
Re: Zatoka Syren [odnośnik]05.06.18 16:08
Nie znałem Fantine tak dobrze, jak chciałbym znać. Biła od niej pewność siebie, ale to dobrze. Nie przepadałem za osobami niezdecydowanymi, chowającymi się po kątach lub fałszywie skromnych. Od urodzenia mieszkając w przepychu oraz z wkładanymi do głowy słowami, że nasz ród jest najlepszy (każdy jeden tak o sobie myślał, nie było w tym niczego zaskakującego) nie wyobrażałem sobie, że mógłbym się wahać lub drżeć na myśl o kontaktach z innymi. Tego samego oczekiwałem od potencjalnych rozmówców. Lady Rosier od razu trafiła w mój gust zatwardziałą walką w obronie swej nieutalentowanej przyjaciółki; raczej mało która dama zdecydowałaby się na taki krok, by zganić ledwie znanego jej mężczyznę, w dodatku z zaprzyjaźnionego rodu. A jednak pomimo pozornej arogancji posiadała także ogromne serce postanawiając pomóc naszym wspólnym przyjaciołom. Zasługiwała na wszystkie pochwały świata i wiele więcej. Nawet nie starałem się ich miarkować będąc przekonanym, że w ten sposób szybciej zrealizuję swój plan i dotrę do serca pięknej Róży. Nie do końca byłem pewien z czego wynikały moje śmiałe plany, z ambicji? Chęci utarcia jej nosa, zwabienia, a potem złamania serca, by dać jej nauczkę? Meta, punkt docelowy, do którego do tej pory zmierzałem, powoli zaczął się rozmywać na horyzoncie. Nie byłem już tak pewien swego jak wcześniej, bo naprawdę podobało mi się towarzystwo Fantine. Jej uśmiech, gładkie słowa, pewna frywolność nieprzekraczająca granicy dobrego smaku czy odgórnie przyjętych norm. Nie spodziewałem się, że nie tylko ja rozkładałem sidła; że po drugiej stronie ktoś również szykował dla mnie pułapkę. Mogłem się tego spodziewać, ale czy naprawdę chciałem to widzieć? Była przecież taka młoda, taka niewinna, prawda? Co złego mogło się wydarzyć? Otóż wszystko, a ja nie wziąłem tego pod uwagę. Powinienem cechować się większą ostrożnością i przede wszystkim nie lekceważyć przeciwnika tylko ze względu na płeć lub inne niepozorne przymioty.
Coś spowodowało, że naprawdę chciałem się spotkać z lady Rosier. Pomimo przegranej podczas sabatowego konkursu, towarzystwo tak interesującej Róży okazało się być nadzwyczaj przyjemne. Dlaczego miałbym nie spróbować szczęścia ponownie? Gdyby moja śmiała propozycja spotkałaby się z odmową, na pewno nie poddałbym się zbyt szybko, choć nikt chyba nie lubił biec za królikiem w nieskończoność. Śmiem sądzić, że wszystko w pewnym momencie może stać się męczące jeśli trwa zbyt długo, nawet upojenie się szczęściem. Na początku zawsze chce się więcej, a apetyt rośnie w miarę jedzenia, ale w końcu nadchodzi taki moment, w którym ma się serdecznie dość. Lepiej wtedy odpuścić, by za jakiś czas odkryć radość na nowo. Tak, na nowo.
Teraz byłem na etapie pragnienia więcej. Wsłuchiwania się w aksamitny głos idącej obok czarownicy, widoku jej jasnej, pięknej twarzy, nawet szelest bogatej sukni zgrywał się ze spokojnym szumem wód. Zachwycający błękit nieba oraz beż osuwającego się pod stopami piasku plaży dopełniał wspaniałej atmosfery, ale może było to spowodowane moimi genami? Tym, że zachwyt w kierunku wyspy Wight towarzyszył mi od zawsze, by prawdopodobnie pozostać już na wieki? Czy to możliwe, że jednak gesty oraz słowa Fantine mamiły mnie słodką obietnicą wspaniałej, dalszej części tego dnia? Nie przeszkadzało mi ani drobne spóźnienie, ani przygana czająca się gdzieś w jednym z momentów rozmowy. Jedynie idąca za nami przyzwoitka była naprawdę denerwująca. Co jakiś czas oglądałem się za siebie w nadziei, że wreszcie ją zgubimy. Nie miałem niecnych zamiarów, ale chciałem okolicę pokazać mojemu drogiemu gościowi, nie jakiejś przybłędzie.
- Ależ oczywiście, że nie. Zatoka choć naprawdę piękna, nie może się równać z twą urodą lady – stwierdziłem, chętnie obdarowując Rosierównę komplementem. Uśmiechnąłem się nawet, szeroko, pełen dziwnego spokoju oraz relaksu, jaki poczułem. – Wybacz mi lady, ale będąc na moim miejscu również nie mogłabyś się doczekać spotkania – dodałem przepraszającym tonem. Będąc pewnym, że w takim razie moja niecierpliwość zostanie mi wybaczona. – Teraz już nie – rzuciłem bardzo sugestywnie, na powrót unosząc kąciki ust. – Wystarczyła lady obecność, bym zapomniał o wszystkich troskach jakie tylko mogłyby spoczywać na moich barkach – stwierdziłem, choć tak naprawdę niewiele miałem problemów. Pomijając operę, wszystko układało się po mojej myśli. – Niech spojrzy lady o tam, na tamte skały. To ulubione miejsce syren kiedy wygrzewają się letnią porą na słońcu – powiedziałem, wskazując na nie tak odległy punkt w kierunku wody. Zamierzałem pokazać jej wszystkie uroki tego miejsca.


na brzeg
wpływają rozpienione treny
w morzu płaczą syreny,
bo morze jest gorzkie

Flavien Lestrange
Zawód : pomocnik dyrektora artystycznego rodowej opery
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
De la musique avant toute chose,
Te pour cela préfère l’Impair.
OPCM : 15
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5559-flavien-lestrange#129850 https://www.morsmordre.net/t5572-jean-claude#130040 https://www.morsmordre.net/t5570-flavienowe#130037 https://www.morsmordre.net/f317-wyspa-wight-thorness-manor https://www.morsmordre.net/t5579-skrytka-nr-1373#130152 https://www.morsmordre.net/t5578-flavien-lestrange#130148
Re: Zatoka Syren [odnośnik]02.07.18 15:40
Czy kiedykolwiek mógłby poznać ją tak dobrze jakby sobie tego życzył? Najpewniej nie. Fantine wiedziała doskonale, że żywot arystokracji to nieustanna gra pozorów. Salony brytyjskiej szlachty przyminały misternie utkaną pajęczynę z kłamstw i fałszu; człek raz się w nią zaplątał i nie mógł się już wydostać, musiał za to lawirować na każdej nitce niczym cyrkowiec stąpający po linie. Nie było tam miejsca na prawdę i szczerość; jeśli dama miała choć odrobinę oleju w głowie, to przwydziewała maskę i uśmiech czyniła są zbroją. Maski były różne, w zależności od nazwiska panny; niektóre rodziny w istocie ceniły skromność, wychowywały swe córki na cnotliwe i skromne, spuszczające wzrok w obecności mężczyzn i rumieniące się pod wpływem ich słów. Inne od maleńkości kwitły od komplementów i przekonywań o swej wyższości nad każdą inną. Rodzice, rodzeństwo, wujkowie, ciotki - wszyscy roztkliwiali się nad urodą i talentami Fantine odkąd tylko pamiętała, a ego Róży puchło i puchło coraz bardziej; nie tylko zachwyt jej osobą był przyczyną pewności siebie tańczącej na granicy arogancji - otrzymała ją w genach tak jak każdy Rosier wraz z krwią francuskich królów. Skromność uważała za fałszywą, lecz gdy wyczuła, że jest pożądana - potrafiła doskonale udawać. W towarzystwie lorda Lestrange nie odnosiła podobnego wrażenia, była więc bardziej prawdziwa, niż zazwyczaj - lecz nie odsłaniała się przed nim za nadto, nie była głupia, aby pokazywać wszystkie swoje karty. Duszę i serce obnażała jedynie przez bratem i siostrą.
Podążył spojrzeniem za wzrokiem Flaviena, ku przyzwoitce; ona także życzyłaby sobie ją zgubić, wcale nie miała ochoty na jej towarzystwo, rozmowa bez jej obecności byłaby znacznie ciekawsza - nie miała jednak pewności, czy może lordowi Lestrange zaufać. Lubiła balansować na krawędzi, jednakże reputacja była wszystkim, co posiadała dama; nie mogła pozwolić, by została nadszarpnięta przez plotki. Na całe szczęście Emma była kobietą nad wyraz taktowną i czasami zapominała, że w ogóle za nią podąża - niczym cień.
Na kolejny komplement odpowiedziała znów ujmującym uśmiechem. Lord Lestrange z łatwością ubierał myśli w piękne słowa, obdarowywał ją pochwałami, karmiąc rozbuchane ego - przyjmowała je z pozorną łaskawością, ciesząc się każdym słowem, które były zresztą w pełni uzasadnione, a ponadto - czyż kobieta taka jak ona nie zasługiwała na jeszcze więcej? Dopiero się jednak poznawali, wszystko było tak świeże i młode, stąpali po cienkim lodzie. Odnotowała w myślach fakt, że głośno uznał wyższość jej urody nad pięknem rodzinnych stron - i złotowłosych syren.
- Jakże mogłabym nie? Oczywiście, wybaczam - odparła z łaskawością, z karminowych ust nie znikał uśmiech. Tak naprawdę nie było czego wybaczać, lecz lubiła podobne gierki słowne. - Niepoprawny z pana pochlebca - stwierdziła z pozorną przyganą, choć zaśmiała się perliście. - Gdyby naprawdę było to takie proste, być może pojawiałabym się tu częściej, aby odjąć trosk pańskiej rodzinie - dodała z troską; niewątpliwie ród Lestrange także został doświadczony przez los w ostatnich latach.
Podążyła spojrzeniem za gestem Flaviena, spoglądając na skały; oczekiwała, że ujrzy osławione piękności z rybimi ogonami - nic jednak bardziej mylnego, było pusto.
- A gdzie są teraz? - spytała z ciekawością, zmarszczyła przy tym lekko brwi.


Była także pewna chwila, której nie zapomnę. Był raz wieczór rozmarzony i nadzieje płonne przez dziewczynę z końca sali podobną do Róży, której taniec w sercu moim święty spokój zburzył.
Fantine Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 22 lata
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
emanowała namiętnością skroploną winem

wiem, że pachniała jak Paryż choć nigdy tam nie byłem
OPCM : 5
UROKI : 10
ALCHEMIA : 22
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
królowa kier
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5048-fantine-rosier https://www.morsmordre.net/t5137-desdemona#111449 https://www.morsmordre.net/t5140-fanny-rosier https://www.morsmordre.net/t5141-komnaty-fantine https://www.morsmordre.net/t5136-skrytka-bankowa-nr-1272 https://www.morsmordre.net/t5138-fantine-c-rosier#111457
Re: Zatoka Syren [odnośnik]06.07.18 13:12
Poznawanie się było szczególnie trudną sztuką, a w warunkach salonowych intryg wręcz niezwykle skomplikowaną zagwozdką. Liczył się nie tylko ten, kto potrafił przywdziewać piękne maski, ale też ten, który potrafił wypatrywać pod nimi prawdziwe oblicze. Nigdy nie byłem przesadnie dobry w sztuce kłamstwa, wolałem zręcznie operować słowem oraz charyzmą niż mówieniem nieprawdy, dlatego moje słowa, choć piękne i nierzadko podniosłe, to były również naznaczone sporą ilością szczerości. Przez to wszystko nie byłem aż tak dobrym graczem na arystokratycznej scenie, spostrzegawczość również była u mnie na dość niskim poziomie, choć trzymałem się normy. Miałem inne zalety, jak na przykład opanowanie umysłu oraz emocji, dzięki czemu nikt nie mógł zajrzeć w głąb mnie; nie tylko odczytać myśli, ale też zanurzyć się w duszy. Wili urok już dawno przestał działać, dlatego tym dziwniejszy wydawał mi się wpływ Fantine na mnie samego. Lekką dłonią prowadziła mnie tak, jak tego chciała i choć to ja wyszedłem z inicjatywą spotkania, odniosłem wrażenie, że to jej znakomita gra aktorska przywołała mnie do niej ponownie. Wtedy, kiedy postanowiłem wysłać list niemal tuż po samym sabacie, który spędziliśmy razem. Jak miałem nie angażować się w tę znajomość kiedy chciałem utrzeć kobiecie nos za to, co wypisywała na mnie wcześniej? Nie spodziewałem się, że podważenie moich kompetencji w doborze śpiewaczek kiedykolwiek mnie ubodnie, ale tak właśnie się stało. Co dziwniejsze, i tak odczuwałem podziw w stosunku do idącej obok mnie czarownicy; rzadko zdarza się, by ktoś tak zaciekle walczył o honor przyjaciółki. To nie pierwszy raz jak piękna Róża rozchylała swe szkarłatne płatki przed innymi, starając się im pomóc i chyba to zaciekawiło mnie w niej najmocniej. Niestety trudno mi było podjąć tę grę dalej, skoro za nami snuł się ktoś, kto pewnych rzeczy nie powinien słyszeć. Korespondencja wciąż nosiła znamiona tajemnicy jakiej nie mieliśmy nikomu wyjawić, a przynajmniej tak to sobie wyobrażałem.
Przez to szedłem nieco spięty, bo wydawało mi się, że nie mogłem komplementować damy bez ustanku, nie oferując niczego więcej. Nawet najwspanialsze pochlebstwa wreszcie się nudziły, a to było ostatnim, czego w tamtej chwili pragnąłem. Dlatego obejrzałem się na przyzwoitkę i ułożyłem w głowie plan, choć nie wiedziałem czy krocząca obok Rosierówna byłaby na tyle zwariowana, by dać się ponieść chwilowemu szaleństwu.
- Jestem ci dozgonnie wdzięczny lady – podziękowałem za łaskawe wybaczenie moich tak naprawdę nieistniejących przewin. Ukłoniłem się nawet lekko, choć drżący na wargach uśmiech zdradzał, że nie do końca poważnie podjąłem akurat ten temat. Nie widziałem nic złego ani w komplementach, ani w śmiałości wyznania, że tęskniłem za jej nadobnym towarzystwem. – Obiecuję, że to jedyna moja wada – dodałem pewien siebie, choć nie spuszczałem z ukrytego, żartobliwego tonu. Wiadomym było, że każdy z nas posiadał niedostatki, ale nikt nigdy nie przyznałby się do tego na głos, chyba, że postawiony pod ścianą. – Nigdy nie zaszkodzi spróbować – zachęciłem wahającą się kobietę. Raz jeszcze obejrzałem się przez ramię, by potem wskazywać już na konkretne skały. – Są pod wodą. Tam jest znacznie cieplej niż na powierzchni teraz – wyjaśniłem spokojnie. Zaraz potem skierowałem nas dalej od brzegu, w prawą stronę, zmierzając do pewnego konkretnego miejsca. – Ile jesteś w stanie poświęcić lady Rosier, by poczuć się jak władczyni wyspy Wight? – spytałem cicho, by słowa dotarły jedynie do adresatki. Nieświadomy, że mogłem tym samym sugerować coś zupełnie odwrotnego niż miałem na myśli; zwyczajnie chciałem pokazać jej urokliwe miejsce, ale to wymagało pewnych kroków. Gdybyśmy znali się lepiej, po prostu bym ją tam zabrał, ale w obecnej sytuacji wolałem poczekać na przyzwolenie lub jego brak.


na brzeg
wpływają rozpienione treny
w morzu płaczą syreny,
bo morze jest gorzkie

Flavien Lestrange
Zawód : pomocnik dyrektora artystycznego rodowej opery
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
De la musique avant toute chose,
Te pour cela préfère l’Impair.
OPCM : 15
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5559-flavien-lestrange#129850 https://www.morsmordre.net/t5572-jean-claude#130040 https://www.morsmordre.net/t5570-flavienowe#130037 https://www.morsmordre.net/f317-wyspa-wight-thorness-manor https://www.morsmordre.net/t5579-skrytka-nr-1373#130152 https://www.morsmordre.net/t5578-flavien-lestrange#130148
Re: Zatoka Syren [odnośnik]26.08.18 11:24
Na szlacheckich salonach trudno było o prawdziwość, gdy wszyscy powinni byli kłamać na prawo i lewo, aby przetrwać w tym światku utkanym z kłamstw. Mało kto decydował się na ściągnięcie maski i pokazanie prawdziwego oblicza, a zarazem - nawiązanie szczerych i silnych relacji graniczyło z cudem. Należało wszak nie ufać, nie zdradzać swych sekretów, aby nie narażać się na niebezpieczeństwo. Chować swoje prawdziwe ja i odgrywać swą rolę. Jak w takich warunkach poznać kogoś tak naprawdę[/i}? Fantine nauczyła się, że ufać może jedynie swej rodzinie, że jedynie na nich może liczyć, że tylko oni nigdy jej nie zdradzą - bo więzy krwi i miłość był potężniejsze od czarów.
Sądziła, że coraz lepiej zna się na ludziach, że mimo wszystko potrafi ich choć trochę rozszyfrować przez wzgląd na to, jak sama dobrze łgała. Flavien Lestrange stanowił dla niej jednak niemałą zagadkę - był nad wyraz spokojny, opanowany, dziwnie [i]zamknięty
.
Jakie prawdziwe myśli ukrywasz, Flavienie?
Skinęła głową z łaskowością godną królowej, gdy podziękował jej za wybaczenie. Ona droczyła się z nim, a on podejmował grę, którą tak uwielbiała. Łechtał jej ego, lecz nie w sposób banalny i oczywisty, lecz intrygujący. Fantine była kobietą wymagającą, skomplikowaną, a ponadto - potrzebującą silnych wrażeń, żyjącą dzięki silnym emocjom i uczuciom. Łatwo się nudziła i nie znosiła oczywistości. - A cóż uważa pan za swoją największą zaletę? - podchwyciła temat Fantine, niezmiennie promiennie uśmiechnięta. Skromność uważała w większości przypadków za cechę fałszywą, za ułudę, a jeśli była prawdziwa - to najwyraźniej nie było czym się chwalić. Skromność zarezerwowana była dla ludzi brzydkich, ubogich, ułomnych i brudnych, którzy nic sobą nie reprezentowali - ni piękna, ni talentu. Czarodzieje i czarownice tacy jak oni, Fantine i Flavien, winni byli znać swą wartość i nie wstydzić się jej. Pewność siebie była ogromną zaletą.
Zaintrygowana przyśpieszyła kroku, wciąż lekko i z wdziękiem stąpając u boku lorda Lestrange; mróz uszczypał ją w policzki, zimne westchnienie wiatru podrażniło nosek - nic dziwnego, że syreny ukryły się w obawie przed tą nienaturalną i paskudną kobietą. - Potrafi je lord wezwać? Są wam posłuszne? - zapytała z ciekawością, dostrzegając pod spokojną taflą wody złoty błysk. Czy była to jedna z tych osławionych, jasnowłosych istot? Fanny była ciekawa, czy Lestrangowie potrafią zmusić je do posłuszeństwa; magiczne istoty wzbudzały w niej zainteresowanie, miała to we krwi, Rosierowie słynęli wszak ze swego smoczego rezerwatu - to było ich dziedzictwo, o którym myślała z niezwykłym sentymentem. Nie mogła doczekać się badań krwi schwytanej rybojadki.
Znieruchomiała, gdy z ust lorda Flaviena padło pytanie. Niezwykle wymowne pytanie.
Odwróciła głowę w jego stronę powoli, obdarzając przystojną, młodą twarz przeciągłym, zaintrygowanym spojrzeniem. Uśmiechnęła się lekko, wzruszyła ramieniem.
- Pytanie powinno brzmieć: ile pan jest w stanie poświęcić i co uczynić, lordzie Lestrange, abym poczuła się władczynią wyspy Wight? - odparła niemal szeptem, tonem ocierającym się o granicę słyszalności.
Czy jesteś w stanie podjąć tę walkę, Flavienie?


Była także pewna chwila, której nie zapomnę. Był raz wieczór rozmarzony i nadzieje płonne przez dziewczynę z końca sali podobną do Róży, której taniec w sercu moim święty spokój zburzył.
Fantine Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 22 lata
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
emanowała namiętnością skroploną winem

wiem, że pachniała jak Paryż choć nigdy tam nie byłem
OPCM : 5
UROKI : 10
ALCHEMIA : 22
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
królowa kier
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5048-fantine-rosier https://www.morsmordre.net/t5137-desdemona#111449 https://www.morsmordre.net/t5140-fanny-rosier https://www.morsmordre.net/t5141-komnaty-fantine https://www.morsmordre.net/t5136-skrytka-bankowa-nr-1272 https://www.morsmordre.net/t5138-fantine-c-rosier#111457
Re: Zatoka Syren [odnośnik]05.09.18 12:04
Część kart było dobrze odkryć, ale stopniowo oraz umiejętnie. Zostawiając jedynie margines tajemniczości, pokusy, by zerknąć w coś, co pozostaje zagadką. Nikt nie lubił oczywistości, a niebezpieczeństwo lub sekrety zawsze działały na wyobraźnię. Z drugiej strony nieznanie kogoś wcale też nie było dobrym pomysłem. Wtedy trudno o zaufanie oraz wiarę w wypowiadane słowa czy nawet dokonywane czyny. Ciągła podejrzliwość zburzyłaby każdą relację, nie tylko tę naznaczoną romantycznością. Dobrze było wiedzieć, że istnieli ludzie, na których można polegać i po których przynajmniej w większości przypadków można było mieć pojęcie czego się spodziewać. Salony stanowiły twardy orzech do zgryzienia, bo tam każdy czekał, aż tej drugiej osobie powinie się noga. Zrozumiałbym podobne pragnienia, gdyby dotyczyły one zdrajców krwi ukrytych za fasadą szlachectwa, ale w reszcie przypadków uważałem, że powinniśmy się jednoczyć. Tylko razem stanowiliśmy siłę, jaką nie dałoby się odeprzeć byle frazesami o tolerancji. Żałowałem, że byłem dość odosobniony w swoim myśleniu, ale nie mogłem nic na to poradzić. Byłem jedynie pionkiem na wielkiej szachownicy nestorów wszystkich arystokratycznych rodów. Nikt nie zabraniał mi myśleć czy marzyć dopóki nie próbowałem rządzić tymi, którymi rządzić się nie da. To jedno, o co mogłem być bezpieczny, to właśnie moje zaplątane w umyśle dywagacje. Rozpierała mnie duma na myśl, że by zajrzeć w moje prawdziwe oblicze należało odznaczać się umiejętnością trudnej sztuki za jaką uważana jest legilimencja; zawdzięczałem ojcu więcej niż kiedykolwiek mógłbym przypuszczać. I choć nie przyznawałem się do tego, to nie byłem również niewdzięcznym synem marnotrawnym. Lord Lestrange pokładał we mnie wiele swych nadziei, byłem jego jedynym dziedzicem, a upojony wilim urokiem skazał się na posiadanie córek. Choć moja macocha była ledwie półwilą, to i tak szansa na kolejnego męskiego potomka malała, szczególnie wraz z upływającym czasem. Chcąc nie chcąc Odyseusz został zmuszony do dbania o mnie.
Tak jak ja kiedyś zamierzałem dbać o swoje dzieci, nawet jeśli nie wiedziałem z kim przyjdzie mi założyć rodzinę. Snucie fantazji o Fantine było jeszcze zbyt niedojrzałe oraz nieśmiałe, naznaczone wiedzą, że korespondencyjny flirt naznaczony był pragnieniem zemsty. Słodkim, bo smakującym na zimno; nie wiedziałem jeszcze jak bardzo oddaliłem się już od początkowego założenia. Papier przyjmie wszystko, więc mamienie lady Rosier słowem pisanym nie było ani trochę trudne. Gorsze były konfrontacje w cztery oczy. Jej uroda, urok i wdzięk przysłaniały wszystko, co mogłoby stanowić dla niej zagrożenie. Powoli zatapiałem się w grząski grunt tej podstępnej relacji, zupełnie tak jak zapadały się buty w przybrzeżnym piasku. Wyczekiwałem jej listów, a także kolejnych okazji do spotkań nawet nie przypuszczając, że również z drugiej strony czekały na mnie zastawione sidła.
- Trudno wybrać spośród tak wielu – zacząłem pokrętnie, nie przestając się uśmiechać. – Ostatecznie postawiłbym wszystko na wiedzę. O muzyce konkretnie. To właśnie to definiuje mnie jako członka rodu Lestrange i to właśnie ta cecha napawa mnie największą dumą – wybrałem w końcu, zerkając na świeżą twarz mej towarzyszki. Nie zamierzałem być skromny, to nie leżało w mojej naturze. Sam nie przepadałem za takimi ludźmi, niektórzy mnie wręcz bawili swoim zahukaniem. Prawdziwym lub udawanym, to nie miało znaczenia. Nam arystokracji przeznaczona była wielkość, nic innego. – Jestem jednak ciekaw czy ty lady byłabyś w stanie wyłuskać swoją jedną jedyną, największą zaletę spośród imponującego wachlarza? – spytałem jej, chcąc bliżej poznać młodszą z pięknych Róż. Od początku to przecież tylko o to mi chodziło, prawda?
Szedłem szybciej, co jakiś czas zerkając przez ramię. Potem moje spojrzenie spoczęło na tafli lodowatej wody. – Nie. To wolne duchy. Są z nami związane emocjonalnie, odczuwają dokładnie to samo co my. Wspierają nas w trudnych chwilach i radują się z nami podczas szczęśliwych momentów. Moja droga siostra umie się z nimi porozumiewać, ja poświęciłem się muzyce i ekonomii – wyjaśniłem spokojnie. Nie, nie było mi wstyd, że nie znałem języka trytońskiego. Nigdy mnie on szczególnie nie interesował, wolałem zresztą oddać się innym zajęciom. Z magicznych stworzeń dużo ciekawsze wydawały mi się… smoki.
Kąciki ust uniosły się wyżej, kiedy Fantine wypowiedziała zakamuflowane wyzwanie do tego, bym zrobił to, co zamierzałem. Moje spojrzenie wyraźnie mówiło, że sama tego chciałaś. Pociągnąłem kobietę za rękę, jeszcze na chwilę przyspieszając kroku. Szybko dotarliśmy do wysokich skał znajdujących się z tyłu plaży, przy lądzie. Za jedną z nich znajdowały się wyciosane w kamieniu, dość pokraczne schody, dlatego delikatnie ująłem kibić czarownicy, oplatając ją sobie na ramieniu. Wędrówka chwilę trwała, ale widok na samym szczycie był tego wart, tak uważałem. Dookoła rozciągało się morze, a także cała wyspa Wight. – Idealne miejsce dla władczyni – skomentowałem odstawiając Rosierównę na ziemię, jednocześnie trzymając ją lekko za ramię, w bezpiecznej odległości. Nie było tu barierek, więc o upadek bardzo łatwo, a do tego nie mogłem i nie chciałem dopuścić.


na brzeg
wpływają rozpienione treny
w morzu płaczą syreny,
bo morze jest gorzkie

Flavien Lestrange
Zawód : pomocnik dyrektora artystycznego rodowej opery
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
De la musique avant toute chose,
Te pour cela préfère l’Impair.
OPCM : 15
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5559-flavien-lestrange#129850 https://www.morsmordre.net/t5572-jean-claude#130040 https://www.morsmordre.net/t5570-flavienowe#130037 https://www.morsmordre.net/f317-wyspa-wight-thorness-manor https://www.morsmordre.net/t5579-skrytka-nr-1373#130152 https://www.morsmordre.net/t5578-flavien-lestrange#130148
Re: Zatoka Syren [odnośnik]03.10.18 21:05
Zaśmiała się cichutko, perliście na stwierdzenie lorda Lestrange o ilości zalet, z których trudno wybrać tę jedną; cieszyło ją, że nie jest mężczyzną fałszywie skromnym, a pewnym siebie i świadomym swej wartości. Ceniła to w innych, to także świadczyło o sile charakteru; a właśnie niego poszukiwała w mężczyznach. Nie mogło być inaczej, gdy wychowywała się mając za ojca lorda Corentina, a Tristana za brata. Mężczyzna musiał być stanowczy i silny, tak jak oni.
- Pańska wiedza o muzyce jest naprawdę godna podziwu... - najwyraźniej ma jednak pewne braki, bo nie dostrzega talentu mej przyjaciółki, kończyło niemo wypowiedź błyszczące spojrzenie Fantine. Zacisnęła jednak usta, nie chcąc poruszać w tej chwili drażliwego, dla obojga, tematu. - Czy zechce pan się ze mną nią podzielić? - zapytała zamiast tego, uśmiechając się czarująco. O muzyce nie wiedziała tak wiele jakby sobie tego życzyła. Po pytaniu o jej największą zaletę zamyśliła się na kilka uderzeń serca.
Tak rozkochana w sobie kobieta jak Fantine mogłaby wyliczać bez końca swe uroki i zalety. Była wszkak przekonana o własnym pięknie, wdzięki i uroku, o inteligencji, przebiegłości i artystycznych talentach. Jeśli miała jednak wybrać tę jedną, jedyną...
- Potrafię być bardzo przekonująca - odrzekła w końcu figlarnym tonem, uśmiechając się nieprzewrotnie. Zawsze dostawała to, czego pragnęła.
Zawsze.
Zaintrygował ją złoty błysk, który dostrzegła pod zamarzniętą taflą wody. Zielone tęczówki Fantine przygasły nieco, przez zawód, która przyniosła odpowiedź Flaviena. Wielka szkoda, że nie potrafili nad nimi zapanować, to dopiero byłoby ciekawe! Przypuszczała, że było to możliwe; w końcu syreny nie ziały ogniem, nie miały długich pazurów i śmiercionośnych ogonów zakończonych ogonami. W gruncie rzeczy jawiły się jej jako absolutnie niegroźne stworzenia, za to wyjątkowo rozkoszne, dlatego przypuszczała, że odpowiednim sposobem można było wziąć je we władanie. Skoro jednak nieustannie towarzyszyły rodzinie Lestrange, dzieliły z nimi smutki i radości, nie zamierzała wygłaszać podobnych uwag na głos. Pokiwała głową ze zrozumieniem i zaciekawiona dopytała. - Och, doprawdy? Lady Alix musi być naprawdę utalentowaną dyplomatką - odezwała się, przemycając drobny komplement pod adresem siostry Flaviena, której nie znała dobrze, a właściwie niemal wcale. W przeciwieństwie do Evandry, z którą łączyła ją wieloletnia przyjaźń, nie uczęszczały do tej samej szkoły. - Myślę, że w pewien sposób muzyka też jest obcym językiem, skoro za jej pomocą tak wiele można przekazać - wyrzekła łagodnie, niezmiennie uśmiechnięta; ceniła wiedzę, także tę o językach obcych, jednakże najbliższa jej sercu była sztuka, każdy jej rodzaj, choć sama chwytała za pędzel, nie muzyczne instrumenty. Nauczono ją gry na flecie poprzecznym, nie czuła się jednak pewnie mając go w dłoniach, wygrywane przez nią melodie nie zachwycały tak bardzo jak powinny, a ponieważ lubiła błyszczeć, trzymała się tego, w czym była najlepsza.
Ciemne brwi uniosły się lekko, gdy dostrzegła dziwny wyraz na twarzy Flaviena, jak gdyby zaakceptował rzucone wyzwanie; nie protestowała, kiedy ciągnąc ją za rękę przyśpieszył kroku. Podążyła za Flavienem bez słowa protestu, zaintrygowana tym, co pragnie jej pokazać. Nie oglądała się za siebie, po cichu mając nadzieję, że przyzwoitka w swych pantofelkach za nimi nie nadąży. Poczuła się niepewnie, gdy dotarli do stromych, wyciosanych w kamieniu schodów; pokrywał je szron, z pewnością były śliskie, a ona miała na stopach obcasy. Mogła skręcić sobie kostkę próbując się tam wspiąć! Zaraz poczuła jednak silne, męskie ramię na swej wąskie talii, a jej stopy oderwały się od ziemi. Nie czuła zawstydzenia, bynajmniej, lata spędzone na salonach wyuczyły ją jednak odpowiednich odruchów; odwróciła spojrzenie, niby zawstydzona tą nagłą bliskością, skromnie jak na pannę przystało. Objęła jednak wątłymi ramionami szyję lorda Lestrange, dla lepszej stabilizacji i własnego bezpieczeństwa. Schlebiła jej ta troska, choć w głębi serca była pewna, że po prostu na nią zasługuje - nie tylko na nią.
Dotarłszy na szczyt postawił ją na ziemi, pozostali jednak blisko, za co była mu wdzięczna. Wspięli się wysoko, a ten punkt widokowy pozbawiony był barierki, do tego dochodziło śliskie od śniegu podłoże, czuła niepokój patrząc w dół. Starała się tego nie robi, skupić spojrzenie na rozpościerającym się przedeń widokiem - krajobraz wyspy Wight, jej wybrzeża, klifów i rozbijających się o nie morskich fal był naprawę zachwycający.
- Jak tu pięknie... - westchnęła lekko, zachwycona i upojona pięknem tego miejsca; mogłaby tu spędzić więcej czasu, odkrywając jego uroki. - Chciałabym pewnego dnia uwiecznić je na płótnie - odezwała się cicho, nie wiedzą, czy słowa te wypowiada do Flaviena, czy też bardziej do siebie.


Była także pewna chwila, której nie zapomnę. Był raz wieczór rozmarzony i nadzieje płonne przez dziewczynę z końca sali podobną do Róży, której taniec w sercu moim święty spokój zburzył.
Fantine Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 22 lata
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
emanowała namiętnością skroploną winem

wiem, że pachniała jak Paryż choć nigdy tam nie byłem
OPCM : 5
UROKI : 10
ALCHEMIA : 22
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
królowa kier
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5048-fantine-rosier https://www.morsmordre.net/t5137-desdemona#111449 https://www.morsmordre.net/t5140-fanny-rosier https://www.morsmordre.net/t5141-komnaty-fantine https://www.morsmordre.net/t5136-skrytka-bankowa-nr-1272 https://www.morsmordre.net/t5138-fantine-c-rosier#111457
Re: Zatoka Syren [odnośnik]15.10.18 11:38
Fałszywa skromność nie przyniosłaby wymiernych rezultatów; nie w środowisku, z którego pochodziliśmy i w którym obracaliśmy się na co dzień. Dużo częściej arystokracja wielbiła siebie nad wszystkich innych, pyszniąc się nazwiskiem oraz umiejętnościami i tym nasiąkliśmy już za młodu. Drzewo wydało odpowiednie plony, z których nie zamierzałem rezygnować tylko dlatego, że ktoś inny mógłby poczuć się urażony moją pewnością siebie. Cieszyłem się, że Fantine prezentowała podobne poglądy do moich, dzięki czemu widziałem szansę na nić porozumienia między nami, co szczególnie było przydatne w dobie szalejących roszad politycznych. Choć nigdy nie patrzyłem na mą towarzyszkę przez ten pryzmat to musiałem przyznać, że rodzinne dobro szczególnie leżało mi na sercu, dlatego robiłem wszystko, by utrzymać przyjazne relacje między naszymi rodami. W tym celu wyciągnąłem dłoń do Melisande i choć ona skrupulatnie ją odtrącała, to miałem nadzieję, że czas wreszcie zaleczy wszelkie rany lub przynajmniej zakryje ich szpetny wygląd przed powierzchownością.
Tak naprawdę wiele mną kierowało dzisiejszego dnia; pragnienie dowiedzenia się czegoś więcej o nadobnej lady Rosier, czego papier nie mógł zdradzić, stało się jednym z priorytetów na popołudnie. Razem z konfrontacją relacji wspólnych przyjaciół ceniącymi sobie dobroduszność Róży. Nie miałem powodu, by im nie wierzyć, ale jednocześnie będąc w posiadaniu dociekliwej natury lubiłem doświadczać pewnych zdarzeń empirycznie w celu wydania niezależnego osądu danej sprawy. Jednak musiałem przyznać, że próby rozgryzienia prawdziwego charakteru oraz emocji należących do Fantine były dość absorbujące, przez co męczące, ale jednocześnie sądziłem, że warte zachodu.
- Z wielką chęcią – przytaknąłem z uroczym uśmiechem pełnym niewinności. – Jednak nie tutaj i nie teraz, brakuje nam odpowiednich do tego warunków. Jeśli skorzystasz lady z zaproszenia do naszej opery w Hampshire, to muzyka niczym malarstwo przestanie mieć dla ciebie jakiekolwiek tajemnice – dodałem, nie opuszczając kącików ust ani na chwilę. Zaproszenie do wspólnego spędzenia czasu wraz z przemyconym komplementem wydawało mi się strzałem w dziesiątkę jeśli chodziło o rozwijanie naszej dalszej relacji. W końcu miałem tylko ją w sobie rozkochać i złamać serce, prawda? To, że pragnąłem jej obecności, uwagi, głosu oraz powabu o niczym nie świadczyło, nie mogło przecież.
- Bez wątpienia – potwierdziłem usłyszawszy wybór tej jednej jedynej zalety, którą lady Rosier uważała za największą. – Jestem jednak trudnym przeciwnikiem – dopowiedziałem z łobuzerskim błyskiem w oku. Cóż, może faktycznie ulegałem wdziękom pięknych, dobrze wychowanych niewiast, ale potęga umysłu częstokroć była trwalsza niż zrywy serca. Czyżbym chciał się sprawdzić?
- Jest nią w istocie – przyznałem nie bez dumy. Alix, choć tak naprawdę była moją siostrą przyrodnią, była jednocześnie moim oczkiem w głowie, kimś, za kim wskoczyłbym w ogień i osobą, która dostarczała mi wiele radości. Jej inność niektórych mogłaby odpychać, ale nie mnie, bo taki był urok Lestrangów. – Syreny i trytony dużo chętniej spełniają jej prośby dzięki temu talentowi. Gdybyś zechciała nauczyć się ich języka lady, to z twoją charyzmą zrobiłyby dla ciebie wszystko – dodałem, nie kryjąc się z wesołością widoczną na mojej twarzy. I tak, mówiłem szczerze. – Masz lady absolutną rację. Muzyka to połącznie dusz i serc, porozumienie najwyższej intymności, bo potrafi zbliżyć do siebie ludzi – uznałem, chcąc przytaknąć słusznemu rozumowaniu Rosierówny. Jeszcze zanim zdecydowałem się na ten szalony bieg, a później wspinaczkę po kamiennych schodach na szczyt widokowej skały, skąd rozpościerał się widok na całą wyspę oraz wodę obmywającą jej brzegi. – Jak tylko zrobi się cieplej, to zapraszam. Specjalnie zadbam o twój komfort podczas pracy, pani – powiedziałem, ledwie słysząc wyrażone przez czarownicę życzenie. Coraz więcej tych zaproszeń rozdawałem, nie będąc pewnym, czy to nie zakrawało już o sugestię zostania tutaj na zawsze.
Potem wskazałem Fantine jeszcze kilka urokliwych zakątków, jakie było widać z tej wysokości, ale nie mogliśmy się nacieszyć tym widokiem zbyt długo. Wreszcie dopadła nas zdyszana przyzwoitka oznajmiająca, że dla dobra mej towarzyszki powinny wrócić do domu. Odprowadziłem więc obie kobiety do miejsca, z którego mogły wrócić do dworu w Dover. – Bardzo dziękuję ci za spotkanie, lady. Ukoiłaś moje nieutulone z tęsknoty nerwy – rzuciłem na zakończenie spotkania, całując dłoń zakutą w gustowny materiał rękawiczki dłoń. Faktycznie żałowałem, że to już koniec, ale chwilowo żar nienasycenia został ugaszony.

z/t


na brzeg
wpływają rozpienione treny
w morzu płaczą syreny,
bo morze jest gorzkie

Flavien Lestrange
Zawód : pomocnik dyrektora artystycznego rodowej opery
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
De la musique avant toute chose,
Te pour cela préfère l’Impair.
OPCM : 15
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5559-flavien-lestrange#129850 https://www.morsmordre.net/t5572-jean-claude#130040 https://www.morsmordre.net/t5570-flavienowe#130037 https://www.morsmordre.net/f317-wyspa-wight-thorness-manor https://www.morsmordre.net/t5579-skrytka-nr-1373#130152 https://www.morsmordre.net/t5578-flavien-lestrange#130148
Re: Zatoka Syren [odnośnik]17.10.18 12:07
Skinęła głową na znak, że rozumie i akceptuje ten plan. Najpewniej byłaby zawiedziona, gdyby lord Lestrange bez pomyślunku tutaj i teraz zaczął odkrywać przed nią tajemnice muzyki, opowiadać historie o największych muzycznych geniuszach i wychwalać pod niebiosa najmilsze sercu utwory. O wszystkim tym pragnęła usłyszeć z jego ust, ale nie w tak surowych okolicznościach. Nie, gdy chłodny wiatr szczypał blade policzki, a ona mimo wszystko drżała z zimna pod futrzanym płaszczem. Lord Lestrange był doskonale wychowany, z pewnością zadba o komfortowe warunki do rozmowy, co potwierdził, zapraszając ją do ich rodowej opery. Uśmiechnęła się zadowolona.
- Z najwyższą przyjemnością skorzystam z tego zaproszenia, sir - zgodziła się łaskawie. Lubiła przebywać w towarzystwie sztuki, nie tylko malarskiej, czy rzeźb, bo przecież i muzyka zawsze była nieodłącznym elementem jej egzystencji. Lady Cedrina nauczała śpiewu, a starsza siostra... Nikt nie mógł równać się z jej talentem. Śpiew Marianne pamiętała doskonale, wyraźnie, często słyszała go we śnie - i z tych snów budziła się ze łzami w oczach. Także teraz poczuła ukłucie w sercu, spojrzała więc gdzieś w dal i potrząsnęła głową, aby strząsnąć z powiek żal.
- Lubię wyzwania, milordzie - odparła Fanny z szelmowskim uśmiechem przejawiającym się w uniesionym jednym kąciku ust. Lord Lestrange stanowił dla niej zagadkę. Nie przywykła do tak opanowanych mężczyzn, tak spokojnych, trudno jej było go rozgryźć, lecz miała o swej intuicji tak wysokie mniemanie, że była pewna, że to tylko kwestia czasu.
- Język trytonów byłby kolejnym wyzwaniem, być może podejmę tę rękawicę... - zastanowiła się ostrożnie. Tak po prawdzie nie czuła takiej potrzeby, było tyle piękniejszych języków obcych, którym mogła by się poświęcić, choć i tak to język francuski najmilszy był dla jej uszu. Władała nim biegle, doskonale, uczono ją języka przodków od samego początku. Na dworze bardzo często rozmawiali po francusku, a nauka w Instytucie Magii Beauxbatons wyuczyła ją doskonałego akcentu.
Uśmiechnęło się, gdy z ust Flaviena padły kolejne piękne słowa. Ceniła to w nim niezwykle. Lubiła go słuchać, wspaniale władał słowem i potrafił ją wzruszyć, a do tego - rozumiał i miłował sztukę. Coraz trudniej było jej o nim myśleć jako o obiekcie zemsty, nauczki, którą należało wymierzyć za jej biedną przyjaciółkę. Oboje czuli się coraz bardziej zagubieni w tej grze pozorów.
- Będę wyczekiwać tego dnia. Oby prawdziwe lato nie przyniosło już tak przykrych niespodzianek - westchnęła ciężko Fantine; jej kreacje przygotowane na sabaty mające odbyć się w ciepłe, przyjemne wieczory wciąż wisiały w szafach - niezałożone wciąż ani razu.
Zatoka Syren okazała się niezwykle urokliwym miejscem i pragnęła, aby spacer ten trwał dłużej. Lord Flavien był interesującym przewodnikiem, a jego towarzystwo przynosiło jej pewnego rodzaju ulgę. Poczuła żal, gdy odnalazła ich przyzwoitka, aby zabrać ją do domu.
W chwili gdy Lestrange całował jej dłoń obdarzyła go przeciągłym spojrzeniem. Miała nadzieję, że niebawem się znów zobaczą.

| zt


Była także pewna chwila, której nie zapomnę. Był raz wieczór rozmarzony i nadzieje płonne przez dziewczynę z końca sali podobną do Róży, której taniec w sercu moim święty spokój zburzył.
Fantine Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 22 lata
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
emanowała namiętnością skroploną winem

wiem, że pachniała jak Paryż choć nigdy tam nie byłem
OPCM : 5
UROKI : 10
ALCHEMIA : 22
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
królowa kier
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5048-fantine-rosier https://www.morsmordre.net/t5137-desdemona#111449 https://www.morsmordre.net/t5140-fanny-rosier https://www.morsmordre.net/t5141-komnaty-fantine https://www.morsmordre.net/t5136-skrytka-bankowa-nr-1272 https://www.morsmordre.net/t5138-fantine-c-rosier#111457
Re: Zatoka Syren [odnośnik]25.02.19 12:45
/25.10

Czas nie obchodził się z nikim łaskawie, znacząc na plażowym piasku kolejne ślady. Ślady po tym, co minęło i miało już nigdy nie wrócić; choć czerwcowy śnieg stopniał ustępując rześkiej, ciepłej pogodzie, wciąż czułem chłód nadciągający z morza. A może to zimne powietrze kotłującego się nad nami kataklizmu? Bałem się ciężkich chmur osiadających na szarym niebie, niespokojnych członków rodziny snujących się po wyspie ze strapionymi minami. Nie chciałem oglądać ich smutnych, wypłowiałych twarzy, bez iskry szaleństwa czającego się w spojrzeniu każdego Lestranga. Brakowało mi sił do przeciwstawienia się okrutnemu losowi, który powoli odkrywał przede mną karty. Karty przerażenia trawiącego wnętrzności, wypychającego się na powierzchnię poprzez stępiony wzrok. Musiałem nad tym zapanować, ale nie potrafiłem. Zanurzałem się w dźwiękach słodkiej, syreniej muzyki wierząc, że tam odnajdę ukojenie rozszarpanej przez rzeczywistość duszy. Lęki wypowiadane na głos przez Alix zaczęły uderzać we mnie z większą częstotliwością niż wzburzone fale o brzeg, zaś kolejne wiadomości nie przynosiły niczego prócz kolejnego ciosu. Oczekując chwili wytchnienia, łagodności oraz harmonii otrzymałem kolejny niepokój do unoszenia na swych barkach i nie wiedziałem jak do tego podejść.
Chwilowo polityka wrząca w żyłach każdego czarodzieja musiała odejść na dalszy plan. Tak samo jak nagląca i niepokojąca sprawa nieznikających anomalii, niedziałającej teleportacji i zaburzonej sieci Fiuu. Najważniejsze było to, że… spóźniłem się. Prawdziwie spóźniłem. W zuchwałym planie postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce składając nestorowi własną propozycję na brzmienie mej przyszłości. Miały być strategiczne wyliczenia, niezłomne argumenty, tchnienie obietnic oraz intensywne poszukiwania. Wszystko po to, by utrzymać w dłoniach ułudę kontroli nad swym życiem. Wszystko na nic. Zbyt późno obudziłem się z postanowieniem złożenia wujowi wizyty, wieść dobiegła do moich uszu momentalnie. Ojciec wydawał się dumny i zaniepokojony jednocześnie biorąc pod uwagę fakt pokrewieństwa lady Crouch z Carrowami, co w moim przypadku nie skończyło się zbyt dobrze. Jednak nic nie zostało jeszcze przesądzone.
Z mieszaniną zakłopotania wraz z niegasnącymi obawami przyjąłem do wiadomości nieuchronność nadciągającego losu. Ledwie pamiętałem burzę złotych loków okalających gładką, wtedy dziecięcą jeszcze buzię; tkwiła we mnie jedynie bolesna myśl, że wraz z ujrzeniem tamtych jasnych, zdystansowanych oczu znów zobaczę przed sobą sylwetkę Edith. Zapomnę, że martwi nie wstają z grobów, że to nie jej słowiczy trel wyląduje w mych uszach i że to nie jej sprawne dłonie zachęcą skrzypce do owocnej współpracy. Więc niepokój pożerał mnie żywcem, pragnienia spalały serce popiołem, ale wreszcie udało mi się nakreślić te kilka słów pięknie zawoalowanej prośby. Prośby o łaskawie tąpnięcie na rozgrzanych zachodem słońca piaskach, wystawienia twarzy w stronę morza, skąd dochodził cichy śpiew syren. Na swoim terenie miałem poczuć się pewniej, dzięki czemu wybadanie gruntu jawiło się jako prostą formalnością, ale przecież mogło wydarzyć się dosłownie wszystko. Minęło sporo czasu odkąd przestałem zauważać te wizyty w Wight; od czasów pochowania najmłodszej siostry odcinałem się od przykrych wspomnień.
Dziś mogły uderzyć we mnie z mocą najstraszliwszego huraganu, ale byłem już dorosły. Musiałem nauczyć się żyć i walczyć z przeciwnościami, niszczyć słabości będące słabym punktem każdego człowieka. Dlatego wyciągnąłem dłoń jako pierwszy, by w chwili konfrontacji ucałować ją ledwie wyczuwalnie; może to tylko powiew jesiennej bryzy? – Dziękuję, że zgodziłaś się przyjąć moje zaproszenie, lady. – Przerwałem w końcu nieznośną, ciążącą na duszy ciszę. Moment, w którym oglądaliśmy siebie nawzajem, ważąc w myślach pierwsze wrażenia, wnioski oraz oczekiwania. Jak zwierzyna krążąca wokół ofiary, początkowo czająca się z dystansu, ale zataczająca coraz ciaśniejsze okręgi. – Podejrzewam, że byłaś tu już wiele razy – kontynuowałem, gdy krótko po podaniu ramienia do wsparcia zacząłem wyznaczać trasę wzdłuż wybrzeża. Soczyste barwy zachodzącego na horyzoncie słońca pięknie mieniły się w spokojnej tafli wody. – Ale na pewno nigdy nie myślałaś o tym miejscu jako o swoim domu – ciągnąłem może nawet zbyt odważnie, ale przecież wiedziała. Zdawała sobie sprawę z tego, co miało nastąpić i jak ta wiedza wpłynie na nas oboje. – Podejrzewam, że to całkowicie zmienia percepcję – dodałem z cichym westchnięciem. Może nieroztropnie obnażałem się z prawdy, ale dobrze byłoby wiedzieć czy miałem otrzymywać jej kolejną porcję w zamian czy wręcz przeciwnie, od zawsze pozostać karmiony kłamstwami.


na brzeg
wpływają rozpienione treny
w morzu płaczą syreny,
bo morze jest gorzkie

Flavien Lestrange
Zawód : pomocnik dyrektora artystycznego rodowej opery
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
De la musique avant toute chose,
Te pour cela préfère l’Impair.
OPCM : 15
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5559-flavien-lestrange#129850 https://www.morsmordre.net/t5572-jean-claude#130040 https://www.morsmordre.net/t5570-flavienowe#130037 https://www.morsmordre.net/f317-wyspa-wight-thorness-manor https://www.morsmordre.net/t5579-skrytka-nr-1373#130152 https://www.morsmordre.net/t5578-flavien-lestrange#130148
Re: Zatoka Syren [odnośnik]26.03.19 0:10
Lubiła niespodzianki, drobne występki i przeciwności losu, mniej i bardziej przyjemne zwroty, które urozmaicały banalną codzienność. Mimo że odnajdywała się w listach obowiązków oraz szczegółowych planach, czerpiąc odrobinę nieracjonalną radość z wypełniania kolejnych zadań, zmiany nigdy nie napawały ją złością czy strachem; gotowa stawiać czoło kolejnym wyzwaniom, zwykła przyjmować je ze stoickim spokojem oraz naturalną ciekawością. Dlatego właśnie gdy pewnego popołudnia składała w całość odczytywane słowa dostojnego, być możne nawet odrobinę znajomego pisma, wiedziała już, że nie odrzuci zaproszenia, które jawiło się spomiędzy zamaszystych liter, pewne, choć przy tym uprzejme. Zaskoczenie – dominujące, obecne w momencie składania równie grzecznej odpowiedzi (choć idealnie zaowalowane na potrzeby papierowej korespondencji), zdawało się wyznaczać tor myśli dni, które dzieliły ją od wyznaczonej daty.
Znała Flaviena, w dużym uproszeniu – jego twarz powoli wyłaniała się spomiędzy obłoków nieidealnej pamięci, wtedy jeszcze niosąca zdecydowanie mniej dorosłych oznak niż zapewne teraz, spojrzenie, równie uważne oraz rysy w pewnych punktach zbiegające się z owalem buzi Edith. Ostatnimi czasy coraz częściej powracała do strzępków wspomnień, które znaczone biegiem czasu, odrobinę rozmazywały się oraz pierzchły, starała się utrzymać je, przyjrzeć, poznawać na nowo oraz analizować. Ostrożnie i z uwagą chłonęła również wszelkie informacje; jeśli gdzieś w otoczeniu padało nazwisko Lestrange lub wymieniane były personalia, nadstawiała uszu, dbając, aby jednocześnie na jej twarzy nie malowało się wiele poza kurtuazyjną obojętnością. Tak długo jak plany stanowiły jedynie zarys przyszłości, usiłowała nie wybiegać zanadto do przodu, kolejnych ruchów oczekując jedynie ze strony ojca.
W obliczu zaproszenia jednak ciekawość finalnie wygrała, w widoczny sposób zagarniając uwagę Lavinii. Liczyła że jej dociekliwość w końcu choć odrobinę zostanie zaspokojona, że świadomość pewnych oczywistości da choć namiastkę obrazu przysłowiowego jutra, że odkryje nie tylko intencje, ale i ich podłoże, a także choć odrobinę przekona się, kim był lord Lestrange.
Interesowało ją to, a zarazem odrobinę wytrącało z równowagi, dlatego ostatecznie, gdy już znalazła się na Wyspie Wight, pewność siebie delikatnie spadła; choć teren nie pozostawał jej obcy, wciąż nie był równie bliski co rodowa siedziba w Londynie czy chociażby rodzinne strony matki, po których poruszała się pewnie, nie obawiając żadnych potknięć. Potrzebowała więc chwilę, aby przywyknąć do drobnych odmienności krajobrazowych, do światła pewnie przedzierającego się przez zasłonę chmur oraz nowego towarzystwa. Nie zostało na to przeznaczone jednak zbyt wiele czasu – konwenansom musiało stać się zadość, dlatego podała lordowi dłoń, choć miała wrażenie, że w momencie, gdy męskie usta powinny zetknąć się z gładką powierzchnią delikatnego naskórka, nie wydarzyło się niewiele ponad owianiem obłokiem ciepłego powietrza, choć uważne, śledzące jego ruchy spojrzenie, zdawało się mówić co innego.
Obserwowała wnikliwie również i gdy wypowiadał pierwsze słowa, na które, na jej wargach, pojawił się cień uśmiechu – Cała przyjemność po mojej stronie, lordzie – odparła gładko oraz z oczywistą pewnością, wszak i ona oczekiwała po spotkaniu jak najwięcej dobrego. Milcząco skupiała chłód tęczówek na jego postaci, mając świadomość, że i Lavinia w tej chwili podlega wielokrotnym oceną oraz analizą, a jednocześnie przeczuwając, że odgadnąć coś więcej wcale nie będzie łatwo. Stoicyzm, który emanował z postaci lorda na pierwszy rzut oka zdawał się stwarzać powłokę idealnie opinającą w każdym miejscu, być może nawet pozorną neutralność, pod którą mogło, ale nie musiało kryć się coś więcej.
Niestety sama doskonale wiedziała, że maski stwarzające pozór obojętności najtrudniejsze były do zdarcia.
Nieśpiesznie poprawiła suknię, delikatnie falującą na wietrze oraz założyła niesforny kosmyk włosów za ucho, zanim pozwoliła poprowadzić się wzdłuż wybrzeża, tylko Flavienowi znaną drogą. Wyspa Wight zdecydowanie posiadała w sobie niezwykły urok, który przyciągał spojrzenia, dlatego jej własne na zmianę przeskakiwało między osobliwością uroku zatoki oraz sylwetką mężczyzny, nie do końca będąc w stanie pochłonąć na raz ilość docierających bodźców. Drgnęła lekko, gdy odezwał się po raz kolejny, być może nawet zauważając, jak bardzo pochłaniał ją urok tamtejszych terenów. Nie przerwała mu jednak od razu, przeczuwając, że chodzi o coś więcej, a swego rodzaju bezpośredniość, której użył, zaskoczyła ją odrobinę.
Nie zatrzymała się, choć pozostający na ustach cień uśmiechu, odrobinę się rozmył, ustępując miejsca zamyśleniu. Bywała w tych stronach kilka lub może nawet wiele razy – sam przecież był świadkiem owych wizyt, gdy towarzyszyła Edith w dziewczęcych zabawach, gdy spotykały się latem, aby odpocząć od trudów uczniowskich obowiązków. Wymiar owych spotkań znacznie odbiegał od tego, które trwało teraz, ale wciąż poniekąd nie docierało to do niej; przynajmniej nie w tej bezpośredni sposób, jednak gdy już o tym wspomniał, musiała i chciała poświęcić chwilę tej myśli.
- To prawda, choć jeszcze nie teraz.  – Teraz i tutaj wciąż była Crouchem, jej domem pozostawała rezydencja Waterloo Avenue, a Londyn miastem, które powinno być najbliższe sercu. Pomijając wszelkie sprawy pewnego dysonansu, który pojawiał się niekiedy w kwestiach przynależności, związanie z Wyspą Wight wciąż wydawało się czymś odległym. – Być może nigdy nie pozbędę się sentymentów do rodzinnych stron, wszak czas, który spędziłam w domu wydaje się bezcenny, jeśli mowa o wszystkim, co mogłabym z niego wynieść. – Mimowolnie przyszło jej na myśl również drugie dno tego stwierdzenia, bardziej materialistyczne, choć przecież nie o nim mówiła. – Nie potrafiłabym tego zapomnieć – zapewniła, choć nie wiedziała czy bardziej jego czy samą siebie. – Tak jak nie potrafiłabym zapomnieć pewnych uczuć, które towarzyszą mi, gdy pojawiam się tutaj. I wydaje mi się, że to na ich trwałym gruncie z czasem zbuduję kolejne i one będą mi to ułatwiać – odpowiedziała rozważnie, dokładnie zastanawiając się nad każdym słowem. Zabarwienie prawdy, uczucia oraz pewna historia, która, jak miała wrażenie, będzie przeplatać się w tle przez resztę spotkania – wspominana, lecz nigdy niewypowiedziana wprost.
- Od najmłodszych lat uczymy się kochać zarówno innych, rzeczy, jak i miejsca, zgadza się, lordzie? Jeśli tylko istnieją odpowiednie podwaliny tej decyzji, podejmujemy ryzyko. Czy mógłby mi lord powiedzieć, za co kocha Wyspę Wight? – zapytała, ponownie wyłącznie na nim skupiając spojrzenie.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Zatoka Syren [odnośnik]01.07.19 12:26
Powinienem wędrować myślami w meandrach wspomnień, a przede wszystkim złości, jaka pojawiła się w ostatnich tygodniach. Może to był dobry czas na rozpacz, skoro i tak życie przeciekało mi między palcami, a podjęcie jakiejkolwiek, nawet niewiążącej decyzji sprawiało masę problemów. Tylko, że ja nie czułem nic. Uczucia rzadko pojawiały się w sferze zrozumienia, czy samego wręcz odczuwania; jedynie gniew wciąż palił mi wnętrzności, gdy pojawiał się zaskakująco często, z zaskakującą precyzją odnajdując klucz do wstrząśnięcia całym moim światem. Jednak to wszystko, nic zarazem. Żadnej nostalgii, smutku, prawdziwej, nieskażonej dystansem radości. Każda emocja musiała być odpowiednio stłumiona, ewentualnie precyzyjnie wyważona, nic nie mogło pójść nie tak. Surowe, oceniające spojrzenie ojca miało tę przypadłość, że potrafiło dopaść mnie dosłownie w każdej chwili, a nierozsądnie było igrać z kimś tak potężnym. Nauczyłem się wiec żyć tak, jak tego ode mnie oczekiwał, choć sprawy opery wciąż odbijały się czkawką na mojej prezencji. Dlatego powinienem przybyć na spotkanie z oczyszczonym umysłem, gotowym do chłonięcia informacji, nie dając jednak wiele w zamian; tego by ode mnie oczekiwał. Im bliżej było do godziny zero, tym więcej wątpliwości pojawiało się w mojej głowie. Wszystko za sprawą przeszłości, jaka splatała nas ze sobą, obojętnie czy tego chcieliśmy czy nie. Słowa faktycznie nigdy nie miały zostać wypowiedziane, jakby wspomnienie Edith było zbyt grząskim gruntem, pułapką, z której nie było wyjścia oraz ogniem gotowym spalić doszczętnie każdą zaangażowaną duszę. Nie byłem na to gotów, nigdy nie byłem. Nawet jeśli wyglądałem jak ktoś, kto już dawno zapomniał o rodzinnej tragedii, to było to jedynie pozorami, jakimi musiałem się odznaczać na forum publicznym. Mężczyznom nie wybacza się słabości, przecież muszą być jak skała w trakcie sztormu: stali, niezmienni, gotowi do wsparcia tych bardziej chybotliwych, niezdolnych do obrony samych siebie. Silni, zdecydowani. Usiłowałem taki być, wszystkie ewentualne sentymenty zamykając w ciasnej klatce swojego umysłu. I nigdy nie otworzyłem do niej drzwi, choć teraz sprawa wyglądała na bardziej skomplikowaną. Ciężej jest się powstrzymać przed ekshibicjonizmem kiedy rozmawia się z kimś, kto ma pojęcie o twoim bólu. Nie chciałem widzieć Lavinii jako wroga, który mógłby swoją wiedzę obrócić przeciwko mnie; z tego powodu trudno mi było się dostatecznie skupić na samym meritum spotkania. A powinienem. To ja wystosowałem zaproszenie, moim obowiązkiem było zapewnienie przynajmniej minimum komfortu.
Oczywiście, że się przyglądałem. Przypominaliśmy w tej chwili dzikie zwierzęta, które okrążając siebie nawzajem jednocześnie mierzą wzrokiem przeciwnika. Odnajdują jego wady oraz zalety, słabe punkty, coś, co sprawia przyjemność i czym można później negocjować. Starałem się być mimo wszystko niedosłowny i nienachalny, dbając przede wszystkim o etykietę. Drobne gesty jak ledwie wyczuwalny dotyk ust na dłoni, wyciągnięcie ramienia do wsparcia się, ślad uprzejmego uśmiechu. Trochę nienawidziłem siebie za to, że kurtuazyjna linia powitania była tak bardzo krótka, przez co niemal od razu przeszedłem do sedna sprawy, nie dając kobiecie czasu na przygotowanie taktyki. Pewnie wierzyła, że spotkanie miało przebiec gładko i… sztucznie, jak wszystkie arystokratyczne zaproszenia. Graliśmy w tę grę od urodzenia, rozstawialiśmy pionki wierząc, że to my kontrolujemy sytuację, ale czasem odnosiłem wrażenie, że to tylko złuda prowadząca do zamydlenia nam oczu. Ostatecznie i tak byliśmy zdani na łaskę jednego człowieka.
- Niestety, czas działa na naszą niekorzyść – zauważyłem pozornie neutralnie, ale gdzieś na końcu głosu czaiło się westchnięcie bezradności. Nie znosiłem tego uczucia. Wiedzy, że szamotanie się oraz walka na nic się nie zda, bo ostatecznie to właśnie my jesteśmy tymi pionkami, nawet jeżeli wydaje nam się inaczej. – To całkowicie zrozumiałe. To nic złego odczuwać wdzięczność – stwierdziłem spokojnie, w ostatniej chwili gryząc się w język. Miałem wypowiedzieć się na temat szkodliwości sentymentów oraz trzymania się przeszłości, ale to byłby strzał zaklęciem w kolano, do którego nie mogłem dopuścić. – Tak czy inaczej cieszę się, że nie przekreślasz całkowicie przyszłości. Myślę, że… jeśli będziemy chcieli, to uda nam się zbudować coś trwałego – dodałem w celu złagodzenia goryczy własnych myśli, choć nie wiedziałem czy czarownica była ich świadoma. Nie znałem jej tak, jakbym tego chciał, nie wiedziałem ile jest w stanie zauważyć swoim uważnym spojrzeniem. Jednak temat miłości tym razem mnie wyprowadził z równowagi, odrobina zaskoczenia pojawiła się na mojej twarzy. Nie wiedziałem czy powinienem teraz uważnie dobierać słowa czy być całkowicie szczerym. – Miłość… to ogromne ryzyko – powiedziałem, nie wiedząc dlaczego decydując się na strzępek prawdy o tym, że miłość musiała wiązać się ze stratą. Te wnioski nie mogły w żaden sposób poprawić panującego nastroju. Nawet jeśli słońce pięknie odbijało się od srebrzystych fal wybrzeża, to chyba nie było w stanie stopić powagi rozmów, jakie sam zresztą zacząłem. – Ale jeśli miałbym bezwarunkowo kochać to miejsce, to za romantyzm. Najpiękniejsze wschody i zachody słońca, delikatne melodie utkane z syrenich strun głosowych, subtelny powiew morskiej bryzy, krople chłodnej wody podczas jazdy na hipokampusach i muszle szepcące najbardziej wyjątkowe historie – rzuciłem miękkim, ciepłym głosem, który chyba zaskoczył mnie samego. – Wiem, że to całkowicie niepraktyczne, może wręcz naiwne, ale takie rzeczy kocha się najprościej i najszczerzej – dopowiedziałem, zerkając na towarzyszkę. W tej perspektywie zdawało się, jakby jej złote włosy były słońcem odbijającym wszelkie światło. Zaskakujące. – A czy istnieje coś, co ty kochasz, lady? – spytałem na koniec, ciekaw. Nie wiedzieć jednak czemu podejrzewałem, że lady Crouch należała do osób bardziej ceniących sobie praktycyzm, co byłoby zrozumiałe. Ale chciałem o tym posłuchać.


na brzeg
wpływają rozpienione treny
w morzu płaczą syreny,
bo morze jest gorzkie

Flavien Lestrange
Zawód : pomocnik dyrektora artystycznego rodowej opery
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
De la musique avant toute chose,
Te pour cela préfère l’Impair.
OPCM : 15
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5559-flavien-lestrange#129850 https://www.morsmordre.net/t5572-jean-claude#130040 https://www.morsmordre.net/t5570-flavienowe#130037 https://www.morsmordre.net/f317-wyspa-wight-thorness-manor https://www.morsmordre.net/t5579-skrytka-nr-1373#130152 https://www.morsmordre.net/t5578-flavien-lestrange#130148
Re: Zatoka Syren [odnośnik]13.07.20 14:09
??.06

- Szczerze to trochę ratujesz mi dupsko tym spotkaniem, także nawet sobie nie wyobrażasz jaki jestem ci wdzięczny, naprawdę - kiwam głową, wbijając spojrzenie w Morgana; idziemy ramię w ramię, pokonując razem kolejne obszary wyspy Wight. Wokół jest cicho i spokojnie, nasze uszy pieszczą tylko dźwięki Natury, oprócz nas nie ma żywej duszy, nie licząc oczywiście owadów oraz małych zwierzątek kryjących się w norach przed tupotem naszych kroków. Unoszę papierosa do ust, ściągając z niego kolejną chmurę dymu, która już po chwili opuszcza moje płuca - Ta robota to, hm... - milknę na moment, wolną dłonią przeczesując włosy, palce plątają się w niektórych za mocno zwiniętych lokach - Widzisz, zamówiono u mnie płótna na otwarcie nowego skrzydła w Fantasmagorii - kolejna chwila ciszy, ponownie wtykam szlugę między wargi, dając mu moment na przetrawienie tej, bądź co bądź, absurdalnej nowiny. Doskonale wiem jak to wygląda - ja i taki elegancki przybytek jak la Fantasmagorie? Serio? Chyba komuś za mocno słońce przygrzało, bo przecież nijak nie wpasowywałem się w tamten klimat wyższych sfer; byłem za to wręcz książkowym przykładem sfer najniższych. Zresztą z Morganem wcale się aż tak bardzo nie różniliśmy; on też wiele razy sięgał poziomu mułu i dna, jak na przykład wtedy kiedy wyłoiliśmy chyba z wiadro alkoholowej mieszanki i rzygnął w kąt Parszywego, później długo udawaliśmy, że nic takiego nie miało miejsca, aż zapach był nie do wytrzymania. Filipa nie była zadowolona, ale zgodnie z Morganem przyznaliśmy, że widzieliśmy jak tamten kulawy przy barze puszcza pawia na ścianę i umyka z miejsca zdarzenia; jakoś nam się wtedy upiekło. W każdym razie już po chwili kontynuuję swój monolog - Ja wiem, że to brzmi co najmniej niewiarygodnie, ale przysięgam na życia wszystkich moich kobiet, że to prawda - kiwam energicznie głową, przysuwając dłoń z papierosem do piersi - No i powiedzmy, że mam już jakiś tam pomysł, ale potrzebuję jeszcze paru szkiców. Konkretniej to syren. Na początku myślałem, że po prostu schowam się w jakiś krzakach, poczekam na syreny i coś tam sobie porysuję, ale im dłużej o tym myślałem, tym gorszy wydawał mi się ten pomysł, no bo po pierwsze to nie miałem pojęcia gdzie w ogóle szukać syren, no a po drugie to niekoniecznie chciałbym się narażać na ich gniew, a nie jestem pewien czy by im się spodobało, że jakiś facet gapi się na nie z krzaków - nawet mnie by się to nie spodobało, a przecież byłem zbokiem i perwersem - Myślisz, że one serio żrą ludzkie mięso? - pytam nagle, bo takie historie krążyły wśród marynarzy. Ja z kolei zupełnie nie znałem się na magicznych stworzeniach, wiedza na poziomie zerowym; w Hogwarcie na lekcjach zazwyczaj zajmowałem się obserwowaniem najładniejszych stworzonek z naszego rocznika, albo myślałem o jakiś kolorowych migdałach, więc w sumie nie ma się co dziwić. Ale skoro Morgan nawet gadał w ich języku, to chyba jakieś obycie w temacie posiadał, nie? - No a ty wiesz, jesteś czarujący, uśmiechniesz się ładnie spod wąsa, zapytasz je czy mogę sobie porysować i chyba się zgodzą, co? - ściągam ostatniego bucha i już mam wyrzucić peta pod siebie, ale jest tu tak czysto i pięknie, że szkoda mi to psuć, więc zatrzymuję się na moment i wspieram o ramię przyjaciela, coby przygasić fajkę o podeszwę, po czym upycham ją w kieszeni. Szczerze? Nosiłem tam już gorsze rzeczy. Powracam spojrzeniem do mojego towarzysza - W ogóle to daleko jeszcze? Mam wrażenie, że przeszliśmy już całą wyspę.




Johnatan Bojczuk
Zawód : maluje, kantuje, baluje
Wiek : 25
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
kto kombinuje ten żyje
OPCM : 3
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 10
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 24
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t5318-johnatan-bojczuk https://www.morsmordre.net/t5328-majtek#119230 https://www.morsmordre.net/t5329-ahoj-przygodo#119234 https://www.morsmordre.net/f167-gloucestershire-okolice-bibury https://www.morsmordre.net/t7231-skrytka-bankowa-nr-1332 https://www.morsmordre.net/t5516-johnatan-bojczuk
Re: Zatoka Syren [odnośnik]20.07.20 23:15
Ściągam z nóg znoszone buty, wiążę je w parę przy pomocy sznurowadeł i tak zawieszam je sobie na szyi. Po plaży wygodniej chodzić na boso, można poczuć piasek i to wszystko, co działo się z ziemią przez kilka miliardów lat. Każde ziarenko, które wdziera się w piętę i wchodzi między palce to pamiątka po świecie sprzed wieków, pozostałości po erupcji przede wszystkim czasu i ja pierdolę, robię się tak nieznośnie poetycki, gdy przychodzi mi myśleć o czymś, co naprawdę kocham.
-Ściągnij buty - rzucam do Bojczuka, choć nie zdradzam się nawet zmarszczką na czole, dokąd to powędrowałem ani co mi gra pod ciężką powieką. Ziemia jest nagrzana od słońca, a ja czuję z nią łączność, jakbym wcale nie był panem tych gruntów, a ich mieszkańcem, poświęcającym lata, by do niej dotrzeć i ją zrozumieć. Nie mogę już jej odkryć, więc zostaje mi to: adorowanie jej każdym krokiem, cieszenie się z ciepła, przez które za chwilę włosy przylepią mi się do karku i unikanie kontaktu wzrokowego z symptomami zbliżającej się wojny. Dobrze sobie radzę, nie? Jak na kogoś, kto ma zobowiązania.
Dodajmy, że wiele dziwów w życiu widziałem - jak przystało na czarodzieja i to w dodatku Lestrange'a - jednak wieści od Bojczuka i tak plasują się w ścisłej czołówce. Słucham go osłupiały, kopara mi opada aż po kolana i potem sukcesywnie niżej, niżej i niżej, aż zatrzymuje się wreszcie w piachu po kostki. Że co? Muszę mieć wyjątkowo głupią minę, ale kiedy tylko odzyskuję czucie w szczęce, to zbieram się do kupy, jąkając dopytując się o szczegóły.
-Fantasmagoria? Ten wyjebany budynek w magicznym porcie? Ten, z tym ogrodzeniem? - dociekam, znacząco naciskając na fragment o cudownych przęsłach; jedno kosztowało pewnie tyle, ile hipotetyczna chałupa Morgana - ale jak? Ty? JAK? - popędliwość Lyncha ujawnia się tej krótkiej serii głośnych wykrzykników, odpowiednio opatrzonych natężoną gestykulacją. Kręcę głową z niedowierzaniem, moje buty wesoło podskakują zawieszone na szyi, wiatr nieco odpędza nieznośnie suche powietrze - a ty masz w ogóle zarejestrowaną różdżkę? Ta buda należy do Rosiera, a wszyscy wiemy, jaki on jest - znaczy się, ja wiem. Po naszej małej pogawędce nie mam złudzeń, mugoli ma za robactwo, mugolaków - podobnie. Takiego Johny'ego to wetrze w ziemię tak, że jeśli ktoś później wdepnie w to, co z niego zostanie, to z podeszwy i tak nie będzie czego zeskrobywać. Powoli dociera do mnie sens tej dedukcji i nagle ogarnia mnie panika. Tu się zaciągnę fajką, a w żołądku, vive la revolution! Dym ust idzie blady, zupełnie jak moja twarz - tam nie tolerują takich, jak my - kończę to jakoś kulawo, wyjątkowo chwytając się pięknego eufemizmu. Oto moja brzytwa, bo właściwie wykrzyczałbym to inaczej i wulgarnie, z wyrzutem, pretensją i emfazą, bo chyba jestem idealistą. Może nawet ostatnim, skoro jaram szluga w towarzystwie mugolaka, a w głowie pryska mi sprawiedliwością jak gorącym olejem. Potykam się o kamień, a pieprzyć to, mogłem chodzić w klapkach.
Kiwam powoli głową, znając go, posiadam powody, by sądzić, że ot tak, dla spełniania własnego kaprysu tudzież wyjątkowo dobrze  mi znanej fantazji, zapragnął nasycić się widokiem syrenich wdzięków, lecz wierzę mu. Bez specjalnych zastrzeżeń, po ludzku przejęty losem Bojczuka. Co, jeśli powinie mu się noga? Co, jeśli połapią się, że Johny nie tylko ręce ma brudne?
-Nie. Zabijają ludzi, owszem, ale ich nie jedzą - odpowiadam lekko zirytowany, że ten przejmuje się bujdami, a do paszczy smoka pakuje się dobrowolnie i na dodatek wesoło merdając ogonem - kto ci takich bzdur naopowiadał? Sal Silver? - staram się jak mogę, wykrzesać z siebie energię Morgana, ale w zderzeniu z wojenną rzeczywistością, która przebiła się przez moją bańkę, idzie ciężko - ty już się o nic nie martw, zagadam tak, że będą ci pozować cały dzień - zaręczam, to już ustalone, chociaż na potrzeby Johnatana zainscenizujemy małe przedstawienie - już niedaleko - mruczę, prowadząc go dalej za skalną połać i wskazując na niewielką zatoczkę. Woda tu jest dość płytka i znacznie czystsza niż w pozostałej części wyspy - albo może tylko mi się tak wydaje?
-Jak w ogóle będziesz malował te syreny? Bo wiesz, tak sobie pomyślałem... - urywam i wydymam usta, wyciągając z kieszeni szczelnie zamkniętą papierową torbę - że może chciałbyś się poczęstować - podsuwam ją Bojczukowi, niech Merlin ma nas w swojej opiece. Myślę sobie źle, ale i tak już dzieje się źle na tyle, że gorzej już nie będzie. A jak będzie, to zupełnie nie pożałuję żadnego swojego wyskoku.


Tak, możesz zapalić znicz
Chociaż wiem, że już nic
Mnie nie czyni człowiekiem
Morgan Szalbierz
Zawód : staram się
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
I Tend The Light
OPCM : 15
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Duch
Zatoka Syren - Page 3 0a8b1-img_1302
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange

Strona 3 z 4 Previous  1, 2, 3, 4  Next

Zatoka Syren
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach