Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Kościół z cmentarzem
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Kościół z cmentarzem

Kościół stojący przy głównym placu Doliny Godryka robi największe wrażenie ze wszystkich znajdujących się tam budowli. A może raczej nie tyle, co robi największe wrażenie, ale bardzo się wyróżnia. W przeciwieństwie do innych zabudowań jest cały z drewna, bardzo stary. W jego oknach stoją kolorowe witraże przedstawiające sceny biblijne. W środku zaś niewielkie ławy i wiszące nieliczne obrazy tworzą to święte miejsce bardzo przytulnym. Charakterystyczny zapach sosnowych bali unosi się w nim nieprzerwanie od setek lat i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie sytuacja ta miała się zmienić.
Z tyłu kościoła znajduje się cmentarz. Niewielki, ale bardzo stary. Znaleźć można na nim groby nie tylko wielu mugoli, którzy w Dolinie Godryka zmarli, ale także licznych czarodziejów. Wśród nich rodziny Dumbledorów, leżą na nich kwiaty od tych, którzy wdzięczni są Albusowi za walkę w ich obronie, do której stanął i w której stracił własne życie. Innym nagrobkiem mogącym budzić zainteresowanie, jeśli odgarnie się z niego liście bluszczu jest tajemnicza, stara mogiła ze znienawidzonym znakiem Grindenwalda wyrytym w kamieniu. Niemalże zamazany napis głosi zaś „Ignotus”.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Kościół z cmentarzem - Page 10 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Ona nie zauważyła braków, a podejrzewała, że w momencie, kiedy biegł na ciebie wilkołak, sam też niezbyt zastanawiałeś się, czy aby na pewno ma odpowiednią ilość uzębienia albo czy jego pazury odpowiednio lśnią. A przynajmniej tamten mężczyzna niespecjalnie chciał to zrobić, za co Thalia mogła być jedynie wdzięczna, a że najczęściej nie przejawiała tej radości dopóki nie była całkowicie bezpieczna, obecnie jednak nie do końca wiedziała jak zareagować. Nie dlatego, że był duchem, ale skoro w tym momencie nie znała zbytnio wiedzy o tym, kim był i jak się wobec niego zachowywać…w sumie to co miała zrobić w takim wypadku? Czy będzie brzmieć jak kompletny imbecyl w tej rozmowie?
Nie skupiała się teraz na powiązaniu Cilliana i Caleba, dwóch braci, z którym kontaktu nie miała wiele…znaczy więcej miała z Cillianem, chociaż nie znała go pod jego prawdziwym imieniem. W sumie mało kto w towarzystwie przemytników i przestępców chwalił się, kim naprawdę był. Mimo to, na tym nie skupiała się teraz na tym, z kim Caleb mógłby być powiązany albo i nie, bardziej zastanawiając się, czy mogła rzeczywiście coś dla niego zrobić.
Uśmiechnęła się na jego słowa, rozglądając się jeszcze za miejscem, które mogłaby wykorzystać, zaraz też kierując się ostrożnie w stronę małej ławeczki, wycierając rękawem miejsce na którym ostatecznie przysiadła. Dłoń powędrowała do buta, delikatnie zsuwając go z nogi aby wybadać skórę, ale przy okazji paru ruchów absolutnie nie wydawało się, że coś miałoby być uszkodzone. Odetchnęła z ulgą, odrzucając włosy do tyłu, wzdychając lekko.
- Cóż, uratowałeś mnie, to zdecydowanie coś, za co miło cię poznać. W tym wypadku zdecydowanie mam za co być wdzięczna. Jestem Thalia. – Przedstawiła się z uśmiechem, rozglądając się jeszcze po okolicy. Wydawała się cicha, ale cmentarze zawsze były dla niej o wiele bardziej smutne, niż przerażające. Jeszcze raz spojrzała na Caleba, wiedząc, że nie mogła wyciągnąć dłoni w jego kierunku aby potrząsnąć jego własną, mimo to wskazała na miejsce obok siebie gdyby tylko chciał je zająć.
- To dobrze, mam nadzieję, że Dolina jest dla ciebie przyjazna? – Miała szczerą nadzieję, że nikt go stąd nie chciał przeganiać. Skoro chciał egzystować to kim ona była, aby mu przeszkadzać? Wydawał się zresztą stawać w obronie innych, więc tym bardziej był cenny nie tylko przez swoje talenty, ale również jako dusza człowieka.
- Nie, lepiej nie informować nikogo. Jeszcze się zmartwią, a już i tak od dawna mam sporo kłopotów. Sama nie wiem…za dużo razy wpadam w kłopoty. Ale pewnie masz lepsze rzeczy do robienia niż słuchać tego, co mam do powiedzenia, dużo dramatycznych działań, mało podniosłości, ale też głównie problemy z higieną u współpracowników…. – Oczywiście schodził z niej stres, dlatego zaczęła gadać piąte przez dziesiąte.
Thalia Wellers
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 12
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697

Powrót do góry Go down

Poważne, błękitne oczy, bledsze niż należałoby spodziewać się u żywego człowieka, śledziły uważnie kroki Thalii, doszukując się oznak urazu. Nie kuśtykała, ale nie poruszała się też z pewnością. Mogła być roztrzęsiona, ale i upojona adrenaliną, która tłumiłaby ból skręconej kostki. Westchnął i bezradnie rozwichrzył włosy palcami. Co właściwie chciał osiągnąć, ofiarując obcej osobie tyle zainteresowania i troski? I tak nie mógł jej pomóc, miała szczęście, że akurat znajdował się w pobliżu, aby odegnać jej napastnika, ale przecież nie podąży za nią i nie zagwarantuje bezpieczeństwa. Nie mógłby nawet pomóc jej z tą nogą, co najwyżej wezwać znajomego aptekarza.
- Jestem Caleb - przyznał po jakimś czasie z nutą wahania, ponuro. Sporo ryzykował podając jej swoje prawdziwe imię, ale nie mogła tego wiedzieć. Za życia odznaczał się większą ostrożnością, teraz chyba było mu już wszystko jedno; tak długo, jak długo ktoś interesował się nim, a nie jego przyjaciółmi.
Zauważył ten subtelny ruch, przesunięcie ciała na ławce, sugerujące zaproszenie. Czy naprawdę chciała zmarznąć bardziej niż już była zmarznięta? Przy fantomowej postaci ducha zawsze było chłodniej, epatowali tą specyficzną aurą, która jednym kojarzyła się z dementorami, a innym z zimną pustką katakumb. Ostatecznie nie chciał wyjść na nieuprzejmego, wzruszył więc ramieniem i przysiadł na skraju ławki. Zajął mało miejsca, ale to przecież nie tak, że było mu niewygodnie; nawet nie czuł lodowatej powierzchni drewnianych desek, z których sklecono tę marną ławeczkę. Uśmiechnął się słabo, długo nie odpowiadając na zadane pytania.
- Jest dobrze. Lepiej niż w Londynie, to na pewno. A nawet gdyby nie było, i tak bym został. To moje miejsce, jestem z nim związany. Musieliby się naprawdę wysilić, żeby mnie stąd wyrzucić - mruknął i odchylił głowę w tył, żeby spojrzeć na niebo. Po tylu latach nie obawiał się już nazywać tego cmentarza domem, choć na samym początku wzbudzało to w nim wiele goryczy. Uniósł brew, niepewny uśmiech stał się bardziej szczery, gdy Thalia okazała więcej emocji, plącząc się w słowach, jakby ta rozmowa wzbudzała w niej stres. Wątpił w to, nerwy pewnie dopiero z niej schodziły i stąd to zmieszanie. - Jeżeli tak chcesz. Możesz mówić, ja chętnie słucham. Niewiele więcej mogę, a tak chociaż czuję się przydatny - zasugerował swobodnie, żeby wyprowadzić ją z tego błędnego koła. - Problemy z higieną, co? Jak dobrze, że ja nie muszę już brać prysznica. Na cmentarzu nie zbudowali łazienki - powiedział ze sztuczną powagą, mając nadzieję, że Thalia nieco się rozluźni.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Umrzeć, usnąć? Śnić może?
Bowiem sny owe, które mogą nadejść pośród snu śmierci, gdy już odrzucimy wrzawę śmiertelnych, budzą w nas wahanie, zmieniając życie w klęskę...
Caleb Macnair
Caleb Macnair
Zawód : Aktualnie bezrobotny
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
If anyone needs me,
I'll be in my grave
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Duch
deceased
Duchy
Duchy
https://www.morsmordre.net/t9272-caleb-macnair#282376 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9380-duch-z-doliny#284767 https://www.morsmordre.net/t407-kosciol-z-cmentarzem https://www.morsmordre.net/t9392-caleb-macnair#285075

Powrót do góry Go down

BARDZO przepraszam, ja tylko na szybko zrobić świstoklik (to dla Ciebie Thalia, wiec chyba się nie obrazisz?)

6 stycznia 1958

Zgodnie ze zleconym mu zamówieniem udał się na Cmentarz w Dolinie Godryka, ten znajdujący się tuż za kościołem, aby przygotować tam świstoklik. To dość specyficzne miejsce, w styczniu zimniejsze niż kiedykolwiek, a obecność martwych ciał i grobów wcale nie dodawała otuchy. Nie był przesadnie ciekaw, w jaki sposób ludzki organizm rozkłada się na części, ale od ostatniego wypadku z olbrzymem zaczął większą uwagę zwracać na własne zdrowie, to jak funkcjonuje schorowane i stare już ciało. Jeśli miał udzielać się w wojnie, musiał umieć doraźnie sobie pomóc, a w tym celu należało się doszkolić, co zresztą zwykle robił z największą chęcią. Wzdrygnął się nieznacznie na myśl o trupach zakopanych tam obok niego i podążając ścieżką bardziej na tyły tego miejsca, powoli czuł, że wzięcie dodatkowego szalika, nie byłoby wcale takim złym pomysłem. Nie było już sensu wracać się do domu, zamierzał najpierw skończyć pracę. Do przygotowania był świstoklik w kształcie wisiorka, a właściwie samej jego zawieszki, chociaż Stevie przygotowany miał do tego rzemień, aby dobrze się nosiło właścicielce, która zamówiła u niego sprytny przedmiot o stosunkowo podstawowym działaniu. Zamierzał wyjaśnić jej wszystkie zawiłości tego, ale w liście, niepewny, czy kobieta wie dokładnie, w jaki sposób takie urządzonko uruchomić. Obliczenia dokonywane skrupulatnie na czerpanym papierze prawdopodobnie były poprawne, ale Stevie już nie raz i nie dwa zawodził się na własnym umyśle, gdy to szczęście, albo prościej mówiąc pech, potrafiły wyrwać go z zadumy i przenieść hen daleko, poza obszar bezpiecznego Warsztatu. Wyrzeźbiony w koralu morskim kształt kotwicy miał symbolizować bezpieczną przystań, a przynajmniej tak sobie to wyobrażał Beckett, usiłując dopisać mu jakieś znaczenie, chociaż szybko porzucił ten pomysł. Był przede wszystkim naukowcem, którego nie raz i nie dwa dziwiły cuda tego świata, nigdy jednak nie próbował dopisywać znaczenia temu, czego nie było widać na pierwszy rzut oka. Wskazując różdżką na koralik, który na sobie nosił ślady księżycowego pyłu i upewniając się, że wszelkie wiązania, które na niego nakładał są poprawne, wypowiedział ostatni czar, mający złączyć wszystko w przyjemną całość. - Portus - oby transmutacja nie sprawiła mu figla.

jeśli udane, zt
świstoklik z księżycowego pyłu, typ I - koralik w kształcie kotwicy
st 40 (-26 transmutacja, -13 talizman) = 2 (byle nie k1)


Am I going crazy? Would I even know? Am I right back where I started forty years ago?
Wanna guess the ending? If it ever does... I swear to God that all I've ever wanted was
A little bit of everything, all of the time, a bit of everything, all of the time
Apathy's a tragedy, and boredom is a crime. I'm finished playing, and I'm staying inside.
Stevie Beckett
Stevie Beckett
Zawód : twórca świstoklików, wynalazca
Wiek : 57
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
The blues ain't nothing but a good man feelin' bad.
OPCM : 15
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9282-stevie-beckett https://www.morsmordre.net/t9293-einstein https://www.morsmordre.net/t9292-wujek-stevie#282938 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9294-skrytka-bankowa-nr-2137 https://www.morsmordre.net/t9295-stevie-beckett

Powrót do góry Go down

The member 'Stevie Beckett' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 61
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Kościół z cmentarzem - Page 10 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Doceniała nawet tę odrobinę troski, nawet jeżeli nie mogła być okraszona równym zaangażowaniem ze strony ciała co ducha. Mimo to, wydawało jej się to całkiem miłe, że starał się jak mógł, a chociaż sam zdawał się tego tak nie widzieć, już samo przegonienie napastnika dawało jej wiele. Lata przyzwyczajały ją do tego, że w większości problemów pomoc dla niej nigdy nie nadejdzie, a niebezpieczeństwu będzie pozostawiona sama sobie. Wszelkie odmiany i rozróżnienia w tej materii były miłą i słodką niespodzianką, nawet jeżeli jej towarzysz nie przejawiał tej pomocy w dość…typowy sposób.
- Thalia – odruchowo wyciągnęła dłoń w ramach powitania, reflektując się dopiero po chwili. Zmarszczyła brwi, opuszczając rękę i wzdychając lekko, rzucając mu spojrzenie w którym wykazać chciała absolutne rozczarowanie swoją własną osobą, potrząsając lekko głową. Nie skupiła się nawet na tym, że jego imię mogło być ciężarem, głównie dlatego, że było to łatwiejsze, a także po prostu nie chciała być kimś, kto miałby teraz rozdrapywać przeszłość Caleba. Był martwy, nie było powodów aby w żaden sposób mu dokładać.
Uśmiechnęła się kiedy przycupnął na skraju ławki. Nie wiedział tego, nie miał jak, ale nawet mimo tego całego chłodu który przynosił się na jej skórę, sprawiając, że jeszcze tego nie odczuwała, ale zaraz wszystko to zacznie jej przeszkadzać. Mimo to, cieszyła się z jego obecności, bo w paradoksalny sposób dodawał jej otuchy, bo kiedy otaczały ją ciągle koszmarne i ciemne zmory, teraz wiedziała odcinające się od nich światło. Miło było dostać sygnał z zaświatów, który wydawał się nie przelewać nienawiści na jej własną egzystencję.
- Spokojnie, ja nie zamierzam wyganiać. Jak ktoś ci będzie podskakiwał i będzie za bardzo namolny to przyjdę i wyniosę, jakby już sam nie uciekał. – Starała się do tego podejść z humorem, nie wiedziała jednak, jak podejść do tego może Caleb. W końcu nie chciała siedzieć tutaj i opowiadać jak bardzo mu współczuje, bo tego pewnie już i tak się nasłuchał. Na wspomnienie o tym, że chociaż w ten sposób może poczuć się przydatny. W tej jednej, zwykłej rozmowie?
- Naprawdę? Wiesz, jakby…nie oceniam, co tam robisz po śmierci, bo sama jakbym umarła, to bym pewnie straszyła ludzi na wodach, ale nie mów, że nie jesteś przydatny. Te umiejętności mogłyby pomóc tak wielu ludziom i na ten moment mogę znaleźć już ze sześć zastosowań twoich zdolności! No, w zależności od tego jak działają to może być więcej albo mniej, bo nie powiem, że się znam, jak się nie znam. – Znów mówiła o wszystkim i o niczym, ale tym razem dążyła bardziej do celu i tym, że śmierć wcale nie oznaczała bezsilności. A przynajmniej nie dla Caleba. Na kwestie łazienek zaśmiała się, zaraz poważniejąc w ten teatralny sposób, dłoń kładąc na swojej piersi z rozważeniem tego równie dramatycznie.
- Ah widzisz, co za pech! A już wierzyłam, że uda mi się dziś porządnie wykąpać i będę od nich czystsza! Jak to nie ma tutaj łazienki? A prysznice? Marnują tę całą wolną przestrzeń, a mogły by być łaźnie.
Thalia Wellers
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 12
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697

Powrót do góry Go down

Wyciągnięta dłoń, tak prosty i ludzki gest, równocześnie tak boleśnie przypominający Calebowi o wszystkim, co utracił. Nie, żeby długo pozwalał sobie na przeżywanie goryczy; dziesięć lat dla ducha mogło być zaledwie westchnieniem, pojedynczym mrugnięciem, ale wystarczyło, by nauczył się tłamsić chłód i ból, ściskać go i zamykać za lodową powłoką, która teraz tworzyła jego eteryczne ciało. Nie okazał zażenowania, gdy szybko cofnęła rękę i zmarszczyła brwi w przepraszającym grymasie. Subtelny, melancholijny uśmiech nadal nie opuszczał jego ust, nie uczynił też dziewczynie przykrości, komentując tę całkowicie zrozumiałą wpadkę. Jak często czarodziej natykał się na duchy? Nie przypominał sobie ani jednego, którego spotkałby za życia po ukończeniu Hogwartu.
- Chcesz być strażniczką mojego cmentarza? - zapytał, zaskoczony jej deklaracją. Rozumiał rzecz jasna, że uwaga była żartobliwa, frywolna, równie ulotna, co wirujący w powietrzu śnieg, ale i tak poczuł jak narasta w nim sympatia. - No proszę, zapamiętam. Chętnie zobaczyłbym cię w sprawiedliwej walce. - Nie tak nagłej i szokującej, jak jej dzisiejsza ucieczka przed obcym napastnikiem. Choć sprawa wciąż go zastanawiała, nie zasypywał Thalii namolnymi pytaniami. - Wyglądasz na wojowniczkę. Nie chodzi tylko o włosy, rzecz jasna - zaplątał się nieco, zdając sobie sprawę, że jego komplement mógł okazać się nie tak przyjemny jak to sobie zamierzył. Uśmiechnął się czarująco, błyskając białymi zębami i mierzwiąc włosy palcami. Choć nie należał do typu podrywacza, zawsze trochę polegał na właściwym spojrzeniu, gdy rozmawiał z kobietami i szukał szybkiego wyjścia z niezręcznej sytuacji, w którą sam się wepchnął.
Thalia jednak nie była zwyczajną dziewczyną, co do tego nie miał już większych wątpliwości, zwłaszcza, gdy tak otwarcie zaoponowała jego przygnębiającej uwadze.
- Tak myślisz? Jakie na przykład sposoby przychodzą ci do głowy? - zapytał ze szczerym zaciekawieniem. Nadal wątpił w to, czy mógł okazać się naprawdę przydatny dla żywych, ale pewność siebie i swoboda Thalii rozbudziły w nim dawno nieodczuwane pragnienie doświadczenia czegoś innego, nowego... przygody.
Zaśmiał się cicho pod nosem, kiedy złapała haczyk jego żartobliwej uwagi. Zdusił w sobie ochotę wypomnienia jej, że całe wolne miejsce na cmentarzu zapewniono po to, aby kiedyś pochować tam zmarłych. Mimo niesprzyjających okoliczności, nie chciał psuć rozluźniającej się atmosfery.


Umrzeć, usnąć? Śnić może?
Bowiem sny owe, które mogą nadejść pośród snu śmierci, gdy już odrzucimy wrzawę śmiertelnych, budzą w nas wahanie, zmieniając życie w klęskę...
Caleb Macnair
Caleb Macnair
Zawód : Aktualnie bezrobotny
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
If anyone needs me,
I'll be in my grave
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Duch
deceased
Duchy
Duchy
https://www.morsmordre.net/t9272-caleb-macnair#282376 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9380-duch-z-doliny#284767 https://www.morsmordre.net/t407-kosciol-z-cmentarzem https://www.morsmordre.net/t9392-caleb-macnair#285075

Powrót do góry Go down

Nie chciała w żaden sposób Calebowi sprawić przykrości – ale w momencie, kiedy pływała na świecie, z duchami kontakt wciąż miała dość nieczęsty. Nie to, że w ogóle ich nie widywała, ale jej miejsca były wypełnione częściej żywymi niż zmarłymi. Przynajmniej do tego, jak to było dwa lata temu, ale otaczające ją upiory nie były jakoś chętne do interakcji, jedynie stojąc gdzieś na granicy i snując się za nią, tak jakby nie mogły istnieć bez jej ingerencji. Nie miała pojęcia, czemu tak robią, ale nie chciała też poświęcić się całkowicie rozważaniu nad tym – bała się nie śmierci nade wszystko, ale szaleństwa, a jeżeli poddałaby się temu, mogłaby już zupełnie zatracić siebie w rozmyślaniu nad bólem, który widziała dookoła siebie.
- No cóż, czemu w sumie nie? Każde miejsce potrzebuje opieki i ochrony, ten cmentarz ma to od ciebie, ale ja też się mogę przydać. Nie wiem czy wiesz, ale jestem doskonałym elementem komediowym. – Teatralnym gestem położyła swoją dłoń na klatce piersiowej, podbródek zadzierając wyżej jakby miała teraz publiczność, gotową do bycia podziwianą i oklaskiwaną za swój talent, niemal odruchowo po tym wszystkim parskając śmiechem. – Nie wiem, na ile by była sprawiedliwa, bo wciąż się tego wszystkiego uczę. W walce wręcz idzie mi lepiej. Może dlatego, że mało kto zaczyna bić się samotnie z człowiekiem, który ma nóż. – I właśnie dlatego go ze sobą nosiła. Nie była chętna do robienia komuś krzywdy na zawołanie, ale jeżeli wybór miał paść pomiędzy kimś innym wychodzącym z tego żywym a nią samą…to zdecydowanie wolała, aby to ona przetrwała.
- Dziękuję! Nieczęsto słyszę takie komplementy, a to naprawdę bardzo miłe. Blizny też dodają charakteru, ale najczęściej dopóki ktoś nie usłyszy historii za nimi stojącymi. W końcu „jedną mam odkąd pamiętam, a przy drugiej złoili mi tyłek i byłoby źle, gdyby nie auror” zdecydowanie nie brzmi wybitnie. Ale za komplement dziękuję. – Nie oszukiwała, naprawdę było jej miło. Chociaż nie mogła powstrzymać myśli (którą jednak zachowała dla siebie), czy to oznaczało, że wszyscy gentlemani byli obecnie martwi, skoro było ich tak mało w jej otoczeniu. To nie zwiastowało dobrze ani jej, ani też jej przyjaciółkom.
- Cóż, to wiele zależy od tego, gdzie możesz być, jak długo się twoja moc utrzymuje i jakie masz preferencje, ale jest tak wiele rzeczy…możesz patrolować okolice i od razu ostrzegać osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo Doliny, że pojawia się ktoś niebezpieczny, mógłbyś nakładać iluzje na kryjówki, zwłaszcza te z towarami, tak aby nikt ich nie zobaczył, mógłbyś przepłaszać takich typów jak ten, co mnie gonił, tylko na znacznie większą skalę, aby nie skrzywdził żadnych mugoli, brać udział we wszelkich akcjach poszukiwawczych i takich, które miałyby na celu pilnowanie kogoś. Idealny zwiadowca, idealny przemytnik. Znaczy, z mojej perspektywy. Pewnie teraz nie robię sobie reklamy, prawda? – Podejrzewała, że raczej Caleb nie będzie zachwycony tym, co właśnie opowiadała. Brzmiała na jakąś dziwną kobietę z bojówki, kiedy to się stało?
Thalia Wellers
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 12
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697

Powrót do góry Go down

Im dłużej rozmawiali, tym silniejsze odnosił wrażenie, że gdyby los skrzyżował ich ścieżki wcześniej - zanim jeszcze życie Caleba zakończyło się za sprawą niewielkiej, zimnej fiolki z trucizną - byliby w stanie nawiązać więź sympatii, może nawet przyjaźni. Thalia była odważna, zabawna, nie obawiała się mówić tego, co chodzi jej po głowie; na pierwszy rzut oka był w stanie ocenić, że Gryfonka. W Hogwarcie pewnie by się trzymali na dystans, domowa rywalizacja, nieśmiertelne stereotypy, wiadomo - ale później, w dojrzałym życiu? Zawsze miał nosa do ludzi łaknących przygody, nie sądził, aby zmieniło się to teraz.
- Tego nam potrzeba, odrobiny komedii i dobrego nastroju - rzucił z lekką ironią, ale przyjaźnie, udając, że rozpiera się wygodniej na ławce, tak jakby był w ogóle w stanie poczuć jej chłodną fakturę. - Jak pewnie zauważyłaś, trochę tutaj ponuro. Grobowa atmosfera. Można umrzeć z nudów - Jak wiele suchych żartów przyjdzie mu jeszcze na myśl? Chyba nie chciał dalej się upokarzać.
Butna deklaracja go zaskoczyła. Jednym była kobieta walcząca we własnej sprawie i nosząca nóż dla obrony przed wieczornymi skurwysynami, ale walka na pięści? Nie mieściło się to w jego wyobrażeniu kobiet. Nie powinny czuć się zmuszone do tego, by bronić w ten sposób. Caleb nie myślał jak Cillian, nie uważał, że każdy mógł zasłużyć na cios. Na bicie kobiet miał tradycyjne poglądy, w życiu nie podniósłby na żadną ręki.
- Powinnaś na siebie uważać. Mimo wszystko nigdy nie wiadomo, kiedy natrafisz na silniejszego przeciwnika - powiedział poważnie, dochodząc do wniosku, że strofowanie jej nie przyniesie skutku i nie było potrzebne; w końcu był jedynie duchem, nikim, kto mógłby rościć sobie prawo do mówienia Thalii jak ma żyć. Zacisnął lekko usta na wspomnienie o ludziach łojących jej tyłek, ale nie pozwolił sobie na szorstką uwagę. - W bliznach nie ma niczego wstydliwego, w historiach, które się za nimi kryją również. Te historie nas kształtują, są śladami naszej przeszłości. Moja historia jest już skończona - Westchnął. - Cokolwiek się wydarzy, nie będę miał więcej blizn. Czasami myślę, że bym chciał.
Z ponurego nastroju wybiła go rozmowa na temat jego możliwości oraz potencjalnych sposobów ich wykorzystania. Skłamałby, gdyby stwierdził, że nigdy nie zastanawiał się nad tym, jakby to było pracować na rzecz dobrych ludzi, pomagać im przetrwać, ale nie sądził dotąd, że ktokolwiek uznałby to za dobry pomysł. Był tylko duchem, jak mógł okazać się godny zaufania? Może gdyby miał inne nazwisko. Może.
Parsknął pod nosem i pokręcił głową.
- Robisz sobie bardzo dobrą reklamę. Musisz sobie świetnie radzić w trudnych czasach, ważniejszych cech już nie ma - Przyłożył dłoń do brody jakby się nad czymś zastanawiał. - Przemyślę to, wszystko, co powiedziałaś. Jesteś z Doliny? Chętnie bym z tobą jeszcze porozmawiał, może w trochę lepszych warunkach niż te. - Zimny wiatr wciąż szarpał gałęziami drzew na cmentarzu, śnieg wirował w powietrzu, a usta Thalii robiły się sine i suche. - Powinnaś iść, schronić się gdzieś na noc. Zamarzniesz tu ze mną - szepnął, nie dając jej czasu na protest. Po prostu zniknął, bo nie chciał dłużej dawać jej powodu do pozostawania na cmentarzu w środku nocy. Tak przynajmniej sobie wmawiał, w rzeczywistości poszukując samotności i czasu na przemyślenie wszystkiego, co usłyszał. Pogodzenie się z myślą, że może cały ten czas trwał w błędzie.

/zt <3


Umrzeć, usnąć? Śnić może?
Bowiem sny owe, które mogą nadejść pośród snu śmierci, gdy już odrzucimy wrzawę śmiertelnych, budzą w nas wahanie, zmieniając życie w klęskę...
Caleb Macnair
Caleb Macnair
Zawód : Aktualnie bezrobotny
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
If anyone needs me,
I'll be in my grave
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Duch
deceased
Duchy
Duchy
https://www.morsmordre.net/t9272-caleb-macnair#282376 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9380-duch-z-doliny#284767 https://www.morsmordre.net/t407-kosciol-z-cmentarzem https://www.morsmordre.net/t9392-caleb-macnair#285075

Powrót do góry Go down

Ciekawa była, jak ich relacja wyglądałaby, gdyby tylko ona i Caleba mieli jeszcze spotkanie za życia, znaczy życia Caleba. Nie miała oczywiście pojęcia, że w tym momencie rozmawia z duchem narzeczonego swojej kuzynki, błogo nieświadoma tego, co się działo kiedy tylko jej nie było w kraju. Sama też pewnie za czasów szkolnych prędzej próbowałaby wsmarować jego głowę w murawę, nic sobie nie robiąc z tego, że był kimś z nazwiskiem i miał brata, bo to nigdy jej nie przeszkadzało. Łatwo było nazwać ją stereotypowym Gryfonem, ale w momencie dotarcia do szkoły była już tak przyzwyczajona do walczenia o swoje, że ciężko w ogóle było ją uspokoić. Za to podczas podróży została nieco utemperowana, więc pewnie taka relacja miałaby już zupełnie inne podłoże.
- W takim razie zrobię wszystko, aby w tym momencie utrzymać swoją rolę. Mogę wyhodować wąsy, to zawsze dodaje do poczucia humoru. – Jeżeli dalej będą rzucać tak dramatycznie słabymi żartami, to chyba kolejne osoby tutaj umrą, a to cmentarz, więc nie powinno to być aż tak łatwe. – Nie myśleliście o jakimś przyjęciu, co? Kiedy balować jak nie po śmierci, nie ma na co czekać.
Potrząsnęła lekko, wcale nie mając nic złośliwego, odchylając się jednak aby ostatecznie spoglądając na niebo, tak jakby nagle miała ochotę na wpatrywanie się w gwiazdy. Wszystko wydawało się interesujące, ale to właśnie niebo relaksowało ją najbardziej i nie mogła się powstrzymać, co sprawiało, że przez chwilę z uśmiechem wpatrywała się ciemność nad nimi zanim znów nie skierowała swojego spojrzenia na towarzyszącego jej ducha, poważniejąc na temat walki.
- Nie pakuję się w nic specjalnie, nie teraz. A jeżeli już specjalnie muszę, to zawsze biorę ze sobą kolegów. – Do pilnowania jej czy zagrożenia, teraz to już nie miało znaczenia, ale sama też się starała aby wychodzić z takich sytuacji bezpiecznie. Momentami martwiła się za bardzo, to fakt, ale od czasów szkolnych minęło bardzo dużo lat, nauczyła się więc ostrożności. – Mów mi tak jeszcze, a z pewnością zacznę cię więcej odwiedzać. – Nie potrafiła jednak utrzymać tej atmosfery powagi na długo, uśmiechając się do niego. Wiedziała, a przynajmniej tak czuła, że on też potrzebował tego rozluźnienia.
- Cóż…czasy głodu, braku rodziny czy bezdomności nie są dla mnie nowością, więc można powiedzieć, że jestem w tej sytuacji dość przygotowana. Bywam w Dolinie Godryka i mogę zaglądać tu w razie czego. – Smutna prawda ale prawda, bo przecież nie mogła zmienić swojej przeszłości. Mogła jedynie pomóc tym ludziom w tym momencie, tak aby lżej im było radzić sobie z rzeczywistością. Zdecydowanie chciałaby powiedzieć coś jeszcze, ale zanim zdążyła, mężczyzna rozpłynął się przed jej oczyma, zaraz też znikając gdzieś w ciemności.
- Dziękuję. I do zobaczenia. – Powiedziała jeszcze głośno, nie wiedząc, czy ją usłyszał, ale w tym momencie nie mogła zrobić nic więcej poza udaniem się do schronienia i zadbania o swoją kostkę, pamiętając okazaną jej dzisiaj życzliwość.

zt
Thalia Wellers
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 12
UROKI : 6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 1
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697

Powrót do góry Go down

| 5 lutego

Śnieg skrzypiał cicho pod jego butami, kiedy – naciągając wyżej kołnierz ciepłego, zimowego płaszcza – skręcał w znajomą alejkę starego cmentarza, oświetlonego wyłącznie żółtawym blaskiem wydobywającym się z witrażowych okiennic drewnianego kościoła. Zmrok zdążył zapaść już dobrą godzinę temu, w ostatnich miesiącach przychodząc wyjątkowo wcześnie, choć gruba warstwa białego, odbijającego światło puchu sprawiała, że poruszanie się pomiędzy marmurowymi i granitowymi płytami nagrobnymi nie przysparzało Williamowi problemów. Mimo że minęło dobrych parę miesięcy, odkąd był tu po raz ostatni, nie błądził – przechodząc pod gałęziami rozłożystej, płaczącej wierzby, i zatrzymując się tuż przed przycupniętym na tyłach nagrobkiem. Prosty i lekko zaokrąglony, podobnie jak wszystkie inne pokryty był miękką, śniegową czapą, jednak wyryte w nim znaki były wyraźne. A może wcale nie – może odczytywał je jedynie z pamięci, imię i nazwisko ułożone z kanciastych liter, tak bardzo niepasujących do czarownicy, która je nosiła.
Wypuścił powoli powietrze z płuc, razem z nim wydmuchując kłąb biało-szarej pary; opuścił spojrzenie, na sekundę zatrzymując je na prostej wiązance jasnych kwiatów: kilkanaście śnieżyczek przewiązanych błękitnym sznurkiem, takich samych, jakie zwykły stać na stole w ich wspólnej kuchni; takich samych, jakie przynosił w każde jej urodziny, z jakiegoś powodu nie będąc w stanie zaprzestać tej tradycji nawet po tym, jak odeszła na zawsze – zbyt nagle i zbyt niesprawiedliwie. – No cześć – odezwał się cicho, głosem zachrypniętym od chłodu; mroźne powietrze i wszechobecna biel kojarzyły mu się z dniem, w którym dowiedział się o jej śmierci – naznaczonym cieniem anomalii, sprowadzającymi nad Anglię jedną z najsroższych zim – i to w samym środku lata.
Nie oglądał się za siebie, nie sprawdzał, czy nikt go nie obserwował; otulająca cmentarz cisza działała na niego kojąco, a chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że dzisiaj nigdzie nie było już bezpiecznie – to panująca dookoła atmosfera zimowego wieczoru miała w sobie coś z cieplejszej i jaśniejszej przeszłości; z lodowych wzorów malowanych na okiennych szybach i ognia trzaskającego na kominku; ze ściszonych głosów i beztroskiego śmiechu. Przykucnął, pochylając się nieco do przodu, żeby przedramieniem ściągnąć z jasnej płyty świeżą warstwę puchu; część śniegowych płatków uniosła się w górę, wirując w słabym, filtrowanym przez witraże świetle. – Byłabyś zachwycona t-t-tym całym śniegiem – powiedział, z uśmiechem przebijającym się między głoskami. Camilla kochała zimę; wciąż pamiętał nieskrępowaną, dziecięcą niemal radość, z jaką wybiegała na zewnątrz, gdy tylko z nieba zaczynały spadać pierwsze białe płatki, kompletnie nie przejmując się tym, że lada moment miały stopnieć, zamieniając się w bardziej charakterystyczną dla Anglii, burą breję. – Amelia jest. Ostatnio ulepiliśmy p-p-prawdziwy zamek w ogrodzie, z wieżami i bramą. Upierała się, że b-b-będzie w nim spać. Nie martw się – dodał szybko, raz jeszcze obracając w palcach kwiatową wiązankę, a później ostrożnie kładąc ją na odśnieżonej płycie – nie p-p-pozwoliłem jej na to. – Uśmiechnął się. Z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyciągnął maleńki znicz, świeczkę zamkniętą w słoiczku z kolorowego szkła; przechylił go, własnym ciałem osłaniając od wiatru, a drugą ręką sięgając po różdżkę. – Incendio – szepnął; maleńki płomień przeskoczył z drewna na knot, rozpalając go na pomarańczowo. – U nas wszystko jest w p-p-porządku – mówił dalej, wyciągając dłoń, żeby odstawić lampkę; przesunął ją kilka razy w zamyśleniu, jakby szukając odpowiedniego miejsca. – Hannah często nas od-dwiedza. Amelia ją uwielbia. Ja – zaczął – ale dalsza część zdania rozmyła się gdzieś w przestrzeni, gdy tuż za sobą usłyszał chrzęst śniegu; zamarł instynktownie, po plecach przebiegł mu dreszcz; palce, wciąż ściskające różdżkę, zacisnęły się na niej mocniej, w odruchu wyrobionym w trakcie długich mil przebytych na miotle. Praca łącznika wyczuliła go na sygnały mogące oznaczać zasadzkę, a chociaż nie spodziewał się jej tutaj – to i tak nie schował różdżki, kiedy prostował się powoli, odwracając się na pięcie; w panującym dookoła półmroku starając się dojrzeć sylwetkę zbliżającego się w jego kierunku człowieka. Mężczyzny. Czarodzieja? Zrobił krok w prawo, wyglądając zza długich, zwisających pionowo gałęzi wierzby płaczącej, w pierwszej chwili nie potrafiąc dopasować rysów do dawno niewidzianej twarzy.
Jakie było prawdopodobieństwo, że spotykał go dzisiaj – kiedy zaledwie parę dni temu natknął się na jego brata? – Nie szukam k-k-kłopotów – odezwał się zapobiegawczo, świadomy istnienia wystawionych za nim listów gończych – oraz tego, jaki wizerunek wymalowało mu Ministerstwo Magii. Czy wiarygodny? Wstrzymał oddech, dudniącego w klatce piersiowej serca spowolnić jednak nie był w stanie; miał wrażenie, że biło na alarm, obijając się o mostek i ściągając wszystkich ludzi Malfoya, którzy tylko mogli kręcić się po okolicy.


nothing ever ends poetically.
it ends and we turn it into poetry.
all that blood was never once beautiful.
it was just red


William Moore
William Moore
Zawód : lotnik na usługach Macmillanów
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 25
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 25
SPRAWNOŚĆ : 20
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore

Powrót do góry Go down

5.02

Starał się odwiedzać grób żony regularnie. Najpierw co tydzień, potem co dwa tygodnie, ilekroć Deimos bywał u dziadków w Dolinie Godryka. Początkowo zabierał tutaj syna, ale wizyty na grobie matki zdawały się wpływać na niego niekorzystnie. Przez pierwsze kilka tygodni po jej śmierci był smutny i rozczarowany, że nie wraca, jakby nie docierało do niego, że odeszła na zawsze. Hector też z niepokojem wyglądał jej ducha, ale Beatrice nie była typem osoby, którą zatrzymałyby sprawy doczesne. Nie oglądała się na własnego syna, gdy wymykała się nocą do kochanków - dlaczego śmierć miałaby cokolwiek w tej kwestii zmienić?
Potem Deimos stał się dziwnie zobojętniały na grób matki, a Hectora niepokoiło to osobliwe zachowanie syna. Dla własnego - i Deimosa - spokoju zaczął więc przychodzić tu sam. Zawsze z białymi różami, pilnując by grób był odśnieżony i posprzątany. Jeśli w głębi serca nie potrafił być kochającym i pogrążonym w żałobie mężem, to starał się przynajmniej sprawiać takie pozory dla świata.
O ile wizyty były regularne, o tyle ich pora już nie. Minęło już prawie pół roku, ale nadal miał nadzieję - upartą, głupią i nieco mściwą. Nadzieję, że spotka tutaj któregoś z nich, z szeregu jej rozrywek. Że spojrzy kiedyś w oczy temu ostatniemu, temu, którego tożsamość tak starannie zataiła, temu, który zwabił ją wtedy do lasu. Nie wiedział, co chciał mu powiedzieć - chyba chciał po prostu zobaczyć jego minę. Doszukać się żalu na dnie źrenic, przekonać, że chociaż jego smutek jest szczery.
Nie znalazł go w południe, nie znalazł go o poranku, nie znalazł o zachodzie słońca. Dzisiaj przyszedł po zmroku, choć nocą mróz zdawał się jeszcze dotkliwszy niż zwykle. Zacisnął mocno zęby, czując jak zimno przenika go do szpiku kości, wychwytując początki tępego bólu w chromej nodze. Reagowała na tak okropną pogodę, szczególnie w wietrzne dni. Wiedział, że zapłaci cenę za ten spacer, a choć starał się nie nadużywać eliksirów przeciwbólowych, to może nie zaśnie dziś bez mieszanki otępiających ziół.
Zmierzając w stronę właściwej alejki, z rozczarowaniem przekonał się, że jest pusta. Ktoś stał tylko na drodze do grobu Beatrice, kilkanaście nagrobków wcześniej. Męski głos niósł się cichym echem po cmentarzu, a choć Hector nie był w stanie odróżnić z daleka poszczególnych słów, to wychwycił - albo tylko wyobraził sobie - jakąś czułość. Uśmiech zaklęty w zgłoskach, pewnie tęsknotę. Wszystko, czego sam nie mógł z siebie wykrzesać. Przez pierwsze kilka tygodni próbował do niej mówić, zwłaszcza przy Deimosie - ale poddał się, gdy tylko syna zabrakło u jego boku. Nie potrafił znaleźć właściwych słów, a co dopiero właściwych emocji. Pustka, pustka, pustka.
Nieznajomy, którego twarzy jeszcze nie widział, był szczupły i postawny. Nawet pomimo zimowego płaszcza Hector mógł bez trudu dostrzec, że mężczyzna jest od niego lepiej zbudowany, zapewne umięśniony. Trzymał się na nogach prosto, odgarniał śnieg z płyty nagrobnej łagodnym i pewnym siebie ruchem. Gdyby Vale zobaczył go bliżej grobu żony, spojrzałby na niego z podejrzliwością - gesty (przynajmniej dla wprawnego oka kogoś, kto całe życie obserwował pacjentów i kto musiał obserwować każdego mężczyznę, który kręcił się przy Beatrice) zdradzały, że chyba jest wysportowany, w jej typie.
Ale mówił do kogoś innego.
Hector by mu nie przeszkadzał, nie naruszałby czyjejś żałoby (nawet nie potrafiąc przeżywać własnej), wyminąłby go bez słowa. Laska stuknęła o oblodzoną alejkę, gdy Vale usiłował znaleźć bezpieczne przejście pośród śniegu.
Wtedy nieznajomy odezwał się bez słowa, a Hector od razu rozpoznał jego twarz. Nie zapominał twarzy, a nawet gdyby czas zatarł wspomnienie kolegi z Hogwartu, to rozwieszone w całym Londynie (i całej Anglii) listy gończe nie dałyby mu zapomnieć.
Przystanął, kątem oka widząc, że niebezpieczny członek Zakonu Feniksa trzyma w dłoni różdżkę.
Niegdyś nigdy nie uznałby Williama Moore za niebezpiecznego. Młodszy Gryfon wyciągnął do Hectora pomocną dłoń, gdy jego laska jakimś cudem (śliskim, ślizgońskim cudem) znalazła się na jednym z najwyższych drzew przy hogwarckich błoniach. Billy był w wieku Ulyssessa, Hector potrafił dogadać się z chłopcami w jego wieku, kilkakrotnie odciął się nawet kąśliwie wobec dokuczających jąkale-mugolakowi dzieciaków. Był wtedy nieco przemądrzałym Krukonem, zaczytanym w książkach o magipsychiatrii, znał dużo fachowych terminów na elokwentna wyzwanie kogoś od samolubnych półgłówków. Status krwi Billy'ego nigdy mu nie przeszkadzał i nie rozumiał, dlaczego był powodem do złośliwości - przyjął to okrucieństwo za równie normalizowane i równie niesprawiedliwe, jak naigrywanie się z kalek. Choć Anselm Vale mieszkał w zarządzanym przez nienawistnych lordów Avery Shropshire, to dzieci wychował w neutralności względem czystości krwi i poczuciu, że w życiu liczą się intelekt i ciężka praca. Zarówno Hector, jak i Ulysses, patrzyli na mugoli i ich prymitywną technikę z lekką wyższością, ale - szczególnie u Krukona, który nie miał kiedy nasiąknąć ślizgońskimi uprzedzeniami - trudno było szukać u nich pogardy lub niechęci wobec czarodziejów o mogolskiej krwi.
Teraz ta krew stanęła między Hectorem i Williamem niczym mur, ale wcześniej poróżniło ich coś jeszcze. Ulysses, wobec którego Billy zaczął żywić jakieś fantazyjne i nieuzasadnione podejrzenia. Próbował nawet porozmawiać o tym z Hectorem, ale starszy Vale szybko go zbył, nie chcąc nawet tego słuchać. To byłoby nielojalne wobec brata, a Hector stawiał wtedy rodzinę ponad wszystko. Nie poznał jeszcze smaku zdrady, nie spodziewał się, że Ulyssess będzie zdolny wbić mu nóż w plecy i donieść ojcu Valerie o ich romansie. Do czego jeszcze był zdolny? - zastanawiał się wtedy Hector, a wspomnienie smutnego Gryfona wracało uparcie, ale Billy robił już wtedy karierę, na pewno nie obchodziły go już młodzieńcze zadry z Hogwartu, a Hector zawsze był dumnym człowiekiem. Chwycenie za pióro byłoby przyznaniem się do błędu, więc nie napisał do Moore'a nigdy.
Do czego zdolny był William Moore? - powinien zapytać teraz sam siebie i z goryczą przyznać, że nie wie. Jako nastolatek miał dobre serce, ale to, co pisano w gazetach o podobnych jemu...
Kątem oka widział imię wypisane na nagrobku, przed którym stał Moore. Rozmawiał z Camille. Czy Hector wiedział już zbyt wiele? Ministerstwo płaciło ponoć za informacje o rebeliantach, a oni sami chcieli zabić cywili na Connaught Square. Co zrobiliby komuś, kto wiedział, gdzie leżą ich bliscy?
-Ja też nie... - nie jąkał się, w odróżnieniu od Williama, ale głos lekko drżał, a na zazwyczaj spokojnej twarzy odbił się wyraźny strach. Zaczął częściej mrugać, jak zawsze, gdy był zdenerwowany. Umiał przecież deeskalować wybuchy swoich pacjentów, nie może okazać strachu. Wziął głęboki wdech.
-Idę tylko na grób żony. Beatrice leży w głębi tej alejki. - wyjaśnił możliwie spokojnie, nie robiąc żadnych gwałtownych ruchów. I tak nie zdążyłby sięgnąć po różdżkę, laska ślizgała się po lodzie. Nie śledzę cię, przysięgam. Świadomie użył imienia żony, chcąc uczłowieczyć się w oczach starego znajomego, znajomego, którego kiedyś nie chciał nawet wysłuchać. Przepraszam. -Nie widziałeś mnie tu wcześniej, bo zwykle przychodzę z synem, za dnia. - dodał jeszcze, tylko po to, by zaznaczyć jakoś, że ma dziecko. Potrafił manipulować ludźmi, ale zawsze się tym brzydził. Dziś - dziś gotów był powiedzieć wszystko, by odejść stąd w spokoju.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 30/31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
We men are wretched things.
OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 15
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701

Powrót do góry Go down

Strona 10 z 10 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10

Kościół z cmentarzem

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach