Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Kościół z cmentarzem
AutorWiadomość
Kościół z cmentarzem [odnośnik]05.04.15 20:53
First topic message reminder :

Kościół z cmentarzem

Kościół stojący przy głównym placu Doliny Godryka robi największe wrażenie ze wszystkich znajdujących się tam budowli. A może raczej nie tyle, co robi największe wrażenie, ale bardzo się wyróżnia. W przeciwieństwie do innych zabudowań jest cały z drewna, bardzo stary. W jego oknach stoją kolorowe witraże przedstawiające sceny biblijne. W środku zaś niewielkie ławy i wiszące nieliczne obrazy tworzą to święte miejsce bardzo przytulnym. Charakterystyczny zapach sosnowych bali unosi się w nim nieprzerwanie od setek lat i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie sytuacja ta miała się zmienić.
Z tyłu kościoła znajduje się cmentarz. Niewielki, ale bardzo stary. Znaleźć można na nim groby nie tylko wielu mugoli, którzy w Dolinie Godryka zmarli, ale także licznych czarodziejów. Wśród nich rodziny Dumbledorów, leżą na nich kwiaty od tych, którzy wdzięczni są Albusowi za walkę w ich obronie, do której stanął i w której stracił własne życie. Innym nagrobkiem mogącym budzić zainteresowanie, jeśli odgarnie się z niego liście bluszczu jest tajemnicza, stara mogiła ze znienawidzonym znakiem Grindenwalda wyrytym w kamieniu. Niemalże zamazany napis głosi zaś „Ignotus”.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Kościół z cmentarzem - Page 11 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Kościół z cmentarzem [odnośnik]02.02.22 13:40
Nie odpowiedział, unosząc jedynie na niego spojrzenie i dostrzegając wzrok wbity w nagrobek, parę jasnobłękitnych tęczówek śledzących uważnie wyryte na płycie litery. Bell. Miała na nazwisko Bell. Otworzył usta, odpowiedź na niewypowiedziane pytanie zatańczyła przez sekundę na jego języku, ale ostatecznie się rozmyślił. Nieistotne, co by powiedział, zawsze brzmiałoby to jak wymówka, jak tłumaczenie się kogoś, kto zawiódł o jeden raz za dużo, zresztą – snującej się wzdłuż alejek ciszy nie zakłóciły żadne słowa zakończone znakiem zapytania. Był mu za to wdzięczny; nie znosił, gdy ludzie dopisywali własne historie do zdobytych przypadkiem skrawków informacji, zatruwając jasne wspomnienia krzywdzącymi domysłami i zmuszając go do rozdrapywania na nowo starych, zasklepionych już dawno ran. Nie chciał robić tego dzisiaj, miał wystarczająco wiele blizn świeżych i jeszcze rwących; chociaż szczęśliwie snujące się za nim zjawy zaczynały powoli odchodzić w niepamięć, to czasami spoglądając na przecinające alejkę cienie czuł instynktowny niepokój, obawę – że mimo wszystko coś z nich wypełznie, że gdzieś za jego plecami znów rozlegnie się szmer bosych stóp zatapiających się w śniegu i to przeraźliwe, wywołujące mdłości szuranie.
Była nieodpowiedzialna. Zamrugał szybko powiekami, ledwie zauważalnie kręcąc głową; kto?, chciał zapytać, przed oczami nadal mając postać z długimi ciemnymi włosami, w więziennej, brudnej i poprzecieranej szacie. Potrzebował pełnej sekundy, by zrozumieć, że Hector mówił o żonie – odpowiadając na unoszące się w mroźnym powietrzu pytanie. Uniósł na niego spojrzenie, odrywając wreszcie wzrok od zamazanych liter, lewą dłonią przecierając oczy; szczypały go od mrozu. Zmarszczył brwi, podświadomie czekając, aż czarodziej powie coś więcej, i rzeczywiście – kolejne krótkie, wypowiedziane na jednym wydechu słowa zabarwiły przestrzeń, malując w jego wyobraźni krwistoczerwone obrazy wilkołaka atakującego bezbronną kobietę. Coś przewróciło się nieprzyjemnie w jego żołądku, gdy z jakiegoś powodu pomyślał o Hannah; o tym, co powiedziała mu w tamten wypełniony żalem i wyznaniami wieczór na kornwalijskiej plaży. Przełknął ślinę, czując na języku rdzawy posmak; jak niewiele wtedy brakowało? – P-p-przykro mi – powiedział szczerze, tym razem patrząc Hectorowi w oczy. Zdawał sobie sprawę, że raczej nie miało to znaczenia, nie znał Beatrice, poniekąd nie znał ich obojga – ale nie mówił tego tylko po to, żeby wypełnić przesiąkniętą niezręcznością ciszę. Znał utratę; wiedział, jak gorzko smakowała, i wiedział, co oznaczała dla dziecka w wieku Deimosa – on sam stracił matkę zbyt wcześnie, jeszcze wcześniej – zabrakło jej dla Amelii, dla dzieciaków w Oazie, które tydzień w tydzień przychodziły na boisko, odnajdując tam nie tylko radość z gry, ale przede wszystkim zrozumienie, oparcie, poczucie przynależności. – Dawno temu? – zapytał. Nie wiedział, który z nagrobków należał do niej, nie widział znaczącej go daty.
Westchnął bezgłośnie, raz jeszcze spoglądając na imię Camille; drobny płomień świeczki przyciągał wzrok, teraz płonąc już stabilnie – knot schował się między szklanymi ściankami naczynia, osłonięty od chłodnego, zimowego wiatru. – Anomalie – odpowiedział krótko, bo właściwie nie wiedział, co mógłby dodać; znał okoliczności jej śmierci, powiedziano mu o nich – ale nigdy nie zobaczył ciała. Domyślał się, dlaczego. – P-p-pierwszomajowy wybuch. Niekontrolowana teleportacja. – Wiedział, że niestabilna magia wielu ludzi wyciągnęła tamtej nocy z łóżek; że budzili się na klifach, w środku lasu albo mugolskich budynków – że okrzyki przerażenia i płaczu rozbrzmiewały aż do rana, gdy ślepi, pozbawieni różdżek i poczucia bezpieczeństwa czarodzieje starali się odnaleźć drogę do domów. A później było tylko gorzej.
Nie planował wspominać o Ulyssesie, słowa same jednak opuściły jego usta, a gdy już się to stało – nie był w stanie ich cofnąć. Spodziewał się gwałtownej reakcji, oburzenia, może złości – uniósł więc w zaskoczeniu brwi, kiedy w głosie Hectora doszukał się smutku. Ten sam zdawał się tlić w jasnych oczach, w niebieskich tęczówkach zamigotała szczerość i powaga, zmuszająca go do zmięcia w ustach kolejnego ironicznego komentarza. Kiwnął głową, to była prawda; jego ojciec zawsze powtarzał, że złego diabli nie biorą. – Dlaczego? – zapytał po prostu; dlaczego mu wierzył? Dlaczego teraz, po tych wszystkich latach – kiedy połowa magicznej społeczności uważała go za przestępcę, groźnego członka siejącej terror organizacji? – Co się zm-m-mieniło? – ciągnął, zastanawiając się, co takiego zrobił Ulysses, co otworzyło Hectorowi oczy. Przyglądał mu się przy tym uważnie, wspomnienie o zaślepieniu zwróciło jego uwagę; na co jeszcze był ślepy wtedy – a teraz już nie?
Uśmiechnął się lekko, unosząc wyżej jedną brew. – Może tak – zgodził się, wzruszając ramieniem. – Ale chyba nie wszyscy są niebezpiecznymi p-p-przestępcami? – zagadnął. Naigrywał się, w jego głosie nie było śmiertelnej powagi, choć żartobliwy ton zaprawiony był goryczą. Nie przechodził obok tego obojętnie – zdarzały się momenty, gdy w środku nocy budziło go klaustrofobiczne poczucie zaszczucia, kiedy dławił się niesprawiedliwością – ale żarty czasami pomagały, odejmując (nawet jeśli tylko złudnie) wagi ciążącym na nim oskarżeniom. – Nigdy nie zaatakowałem nikogo, kto nie zaatakował p-p-pierwszy – dodał po chwili uspokajająco, mylnie interpretując zmianę malującą się na twarzy Hectora. Chyba powiedział za dużo, kolejne słowa zachwiały się na końcu jego języka – ale zanim zdążyłby je wypowiedzieć, stłamsiła je zalewająca go złość.
Odwrócenie się plecami do czarodzieja pomogło ostudzić emocje jedynie na chwilę, niepotrzebnie potwierdzenie i stuknięcie laski o alejkę były jak ciężkie kamienie wrzucane do wzburzonej już wody; spokojny ton głosu nie pomagał, dlaczego był tak cholernie spokojny? Chciał odwrócić się, odejść, zamilknąć, ale kiedy już raz się odezwał, nie potrafił powstrzymać wysypujących się spomiędzy warg słów. Może gromadził je za długo, może i tak wcześniej czy później wyrzuciłby je z siebie – a może to Vale miał w sobie coś takiego, że zwyczajnie nie był w stanie długo trzymać przy nim języka za zębami. W szkole było tak samo, mówił mu więcej, ufał mu bardziej – nawet jeśli teoretycznie nie trzymali się razem, połączeni trudną do określenia nicią pojedynczych incydentów, paroma dobrymi słowami i życzliwymi gestami.
Wyksztuszone pytanie zbiło go z tropu, urywając pędzące myśli w połowie; zamrugał, zaskoczony, w pierwszej chwili chcąc zwyczajnie odburknąć, że to nie była jego sprawa – ale zaskoczenie wybrzmiewające w głosie Hectora brzmiało szczerze. Otworzył usta, tylko po to, żeby po chwili je zamknąć, na nowo zalany tą samą falą wyrzutów sumienia i żalu, która tuż po Azkabanie prawie zrównała go z ziemią. Nie zapomniał – pustki we wbitym w sufit spojrzeniu, łagodnego kołysania zbyt drobnego ciała, ani tego, jak jej twarz na krótki, przerażający moment, przybrała znajome rysy jego córki. Wciągnął do płuc powietrze, oddychając z ulgą, gdy zorientował się, że smakowało mrozem i wilgocią, a nie paskudnym odorem rozkładających się ciał. Pokręcił głową. – Znalazłem ją za p-p-późno. Nie miała już duszy, chciał powiedzieć, ale nie przeszło mu to przez usta. – Oddychała, żyła, ale nie była – sobą, nie b-b-było z nią kontaktu. Kiedy rzuciłem homenum revelio, nic n-n-nie było widać. – Jej sylwetka nie podświetliła się złotym blaskiem, mimo że klatka piersiowa unosiła się miarowo, a oczy pozostawały żywe. Wtedy nie zrozumiał tego do końca, a może – nie chciał zrozumieć, wiedząc przecież doskonale, co powodował pocałunek dementora.
Opadł z westchnieniem na ławkę, kilka kroków nie wystarczyło jednak, żeby odepchnąć od siebie wspomnienia całkowicie; gardło nadal miał ściśnięte, wydostające się przez nie słowa wydawały się zniekształcone, mokre. Przetarł twarz, ciężar męskiej dłoni na ramieniu sprawił, że przez sekundę miał ochotę ją z siebie strącić – drgnął nerwowo, nieruchomiejąc, usztywniając barki – ale ostatecznie się nie poruszył. – Nie, nie rozumiesz – zaprzeczył. Już bez złości, między sylabami pobrzmiewało jedynie jej echo. – Nie jestem od-d-dważny – dodał. Bał się przecież; o siebie, o córkę, o przyjaciół, o rodzinę. Nie był nieustraszony, obawiał się przyszłości – tego, co się stanie, kiedy go złapią; tego, że wojna nigdy się nie skończy – albo tego, że skończy się zbyt prędko, że zawiodą. Że nie będzie tu już dla nich miejsca – że nigdzie go nie będzie. – Jestem zmęczony – przyznał, unosząc wzrok na Hectora. Widział dłoń zaciśniętą mocniej na lasce, ciężar ciała przesunięty na jedną stronę. Siadaj, powiedziałby mu, nie chciał go jednak urazić – sięgnął więc do kieszeni, żeby wysunąć stamtąd wymiętą już trochę paczkę papierosów. Trzymał je dla kogoś innego, ale teraz nie miało to już znaczenia. – P-p-palisz? – zapytał, przesuwając się nieznacznie na ławce, robiąc mu miejsce; on nie palił, uświadamiał sobie jednak, że perspektywa spędzenia paru minut w towarzystwie starego znajomego nie wydawała się aż taka nieznośna.


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Kościół z cmentarzem [odnośnik]03.02.22 1:55
Camille Bell, odszukał wzrokiem nazwisko. Bell, nie Moore. Zrozumiał, ale nawet nie mrugnął. W młodości bywał równie... spontaniczny, a wcześniej słyszał w tonie Billy'ego ciepło zarezerwowane dla Camille. Rodzaj uczucia (nostalgii, miłości, czułości? Próbował je nazwać, wymykało mu się) jakiego Hector nie potrafił wykrzesać względem żony ani jakiejkolwiek kochanki. Nawet zmierzając do jej grobu, nawet świadom, że o zmarłych nie powinno się źle myśleć ani mówić. Zawsze czuł, że jest trochę inny - ostrożny, zachowawawczy, zdystansowany - ale dopiero śmierć Beatrice uświadomiła mu jak bardzo. Pamiętał, jak tęsknie spoglądała na artystów, poetów, dyrygentów, jak łaknęła uwagi i wrażliwości. Gwałtownych emocji i pasji, których nigdy nie umiał jej podarować. Doskonale wiedział, że jego spokój potrafił irytować, irytował ją w końcu każdego dnia. A co wiedziała o nim ona? Czy już kilka lat temu obojętność przerażała ją tak bardzo, jak tydzień temu przeraziła jego? Zamrugał, chcąc pozbyć się spod powiek wspomnienia własnego oblicza w lustrze sprzed kilku dni - bez emocji, bez wyrazu. Takiego mnie widziałaś?
Nawet Billy zareagował na nieostrożne słowa bardziej ekspresyjnie niż sam zakłopotany Hector. W mimice Moore'a odmalowało się niezadane pytanie, pośpieszne wyjaśnienia zaowocowały współczuciem. Prawdziwym, niewymuszonym. Każda emocja przychodzi ci bez trudu? - poczuł ukłucie irytacji, bo jego dumie łatwiej byłoby przełknąć fałszywą litość. Billy'emu było przykro, Hectorowi nie. Może nie powinien tu przychodzić i wskrzeszać tamtej upiornej pustki - nie odczuł jej przecież po raz pierwszy z powodu ducha, demona, czymkolwiek była moc drzemiąca w dziwacznej pacjentce. Po raz pierwszy nie czuł zupełnie nic, gdy dowiedział się o śmierci Beatrice - a złość przyszła dopiero później, gdy spoglądał w oczy syna. Jeśli było mu przykro, to tylko z jego powodu, nie jej. Nienawidził się za to.
Umknął spojrzeniem, choć rzadko kiedy zrywał kontakt wzrokowy pierwszy.
-W sierpniu. - odpowiedział cicho, zachowawczo. -Mi też przykro z powodu waszej straty. - dodał po krótkiej pauzie. Mina (nieświadomie zaciskał szczękę, palce kurczowo zacisnął na główce laski) złagodniała, gdy słuchał o okolicznościach śmierci Camille. Straszny wypadek, niczyja wina. Wina wymagała kary, tak go wychowano. Nie mógł ukarać Beatrice, ale świadomość, że tamten nieodpowiedzialny wilkołak nadal jest na wolności była nie do zniesienia.
Ulyssess, kolejna rozdrapywana rana. Nie spuszczał wzroku z twarzy Billy'ego, choć trudno było mu patrzeć na jego niedowierzanie. Myślał, że są do siebie podobni?
-Mnie też próbował wbić nóż w plecy. Metaforycznie. - wzruszył smutno ramionami, wyginając usta w posępnym uśmiechu. Nie wchodził w szczegóły, były upokarzające - bo o to przecież Ulyssesowi chodziło. O zawstydzenie Hectora i Valerie w oczach ich rodzin, zszarganie jej reputacji. Długo zastanawiał się, co brat chciał na tym zyskać, aż z przykrością zrozumiał, że nic. Młodszy Vale był zbyt inteligentny, by łudzić się, że donos na starszego brata naprawi jego relacje z ojcem, każda inna motywacja byłaby jeszcze mniej logiczna. -Powiedzmy, że... rozumiem go lepiej niż w szkole. - dodał przez zaciśnięte gardło. Nie wiedział, jak czuł się Ulyssess, ale gdy samemu nie czuł nic, był zdolny do rzeczy, które zawsze przychodziły bratu bez trudu. Metodycznego wytępienia myszy, próby zabicia kota, nawet na ludzi spoglądał wtedy z tą samą obojętnością, co brat na wilkołaki. Może powinien mu współczuć, ale za bardzo się bał. -Chciałem wtedy napisać, parę lat temu, że miałeś rację. Ale było za późno. - przepraszam, próbował chyba powiedzieć, ale wstyd tłumił słowa w gardle.
Uśmiechnął się blado w odpowiedzi na zaskakujący żart, ale oczy pozostały smutne.
-Niektórych nie ściga prawo, ale czy to coś zmienia? - rzucił cicho, nie wchodząc w szczegóły. Nie mógł, etyka kazała mu strzec ich prywatności - ale czasem miał wrażenie, że niesie ich grzechy, grzechy których nie byli świadomi, na własnych barkach. Tamtego ojca, który patrzył na szesnastoletnią córkę w nieodpowiedni sposób; niewiernych małżonków i okrutnych rodziców; lorda Traversa chełpiącego się wojennymi wizjami i lady Rosier usiłującej kontrolować poglądy najbliższych. Nie mógł nimi gardzić, nie gardził nikim kto stawił się w jego gabinecie, ale nie był przecież ślepy.
Spojrzenie złagodniało dopiero, gdy Billy zaczął się tłumaczyć. Pokręcił prędko głową, tym razem chyba samemu chcąc go uspokoić.
-Wiem, że nie, Billy. Wiem, że nie. - powiedział miękko, bo choć dystans minionych lat i złowieszcze hasła z plakatów zachwiały jego poczuciem bezpieczeństwa, to w ciągu kilku minut zdążył się już przekonać, że to ten sam Billy ze szkoły. Nie zmienił się, a Hector opuścił gardę i wiedział już, że nie musi uważać na każde słowo.
Ty nikogo byś nie zaatakował, a mój brat wbiłby ci nóż w plecy. - przemknęło mu przez myśl. Przed oczyma stanęło wspomnienie Ulyssessa i ojca powracających z polowania. Zawsze podchodzili do zwierząt tak zimno, tak metodycznie. Tak jak Hector niedawno do tamtego kota. Czy był do nich podobny? Niegdyś wydawało mu się, że nie, nigdy nie wzięli go na polowanie. Teraz nie był już taki pewien.
Słowa nic nie pomogły, emocje i chłód wisiały w powietrzu. Zwykle wiedział, co powiedzieć w każdej sytuacji, ale opowieść o dementorach zupełnie zbiła go z tropu. Spoglądał na Billy'ego z wyraźnym zaskoczeniem, pytająco. W gazetach pisali, że Ministerstwo kontroluje dementory, jak to się stało? Jak dokładnie działało Homenum Revelio, o czym to świadczyło? Pamiętał, że chyba pokazywało żywe istoty, ale to nie miało żadnego sensu, skoro ta dziewczynka ży...
...zrozumienie uderzyło go nagle, chyba wtedy, gdy wychwycił mokrą nutę w głosie Billy'ego.
-Nie... - pokręcił gwałtownie głową, nie wierząc w to, co słyszy. Powiedz, że to nieprawda, że można było jej pomóc. - błagał w myślach Williama - kogoś, kto nawet nie używał medycznych zaklęć do sprawdzenia funkcji życiowych. Może uwierzyłby nawet w miłosierne kłamstwo, ale nie usłyszał zapewnienia, którego tak pragnął.
Cofnął dłoń, gdy młodszy mężczyzna napiął mięśnie. Nie chciał mu dokładać kolejnego ciężaru.
-Chyba rozumiem. - wymamrotał szczerze, choć czuł obłudną hipokryzję własnego zrozumienia. Był czystokrwistym, uprzywilejowanym czarodziejem, zdolnym zarabiać na siebie pomimo kalectwa. Pomimo wojennego kryzysu, nie brakowało mu właściwie niczego, ostatnio kupił nawet kakao i cukier dla syna, może uda się gdzieś dostać mleko. William Moore od miesięcy żył w nieustannym strachu, niektórzy chcieli, by dla jego i jego córki nie było już miejsca w tym kraju.
A jednak był zmęczony - pomyślał, siadając w milczeniu obok. Oparł laskę o ławkę i na moment przytknął palce do skroni, zdając sobie sprawę, że zmęczenie nie opuszcza go od kilku lat. Lat życia pod dyktando ojca, nawet po jego śmierci. Lat odpowiedzialności za rodzinę i reputację, spełniania każdej zachcianki żony. Nie ograniczał jej wolności, ale ona ograniczała jego - mimo wszystko, nie chciał by żyło się im źle i wskutek tego nie miał odwagi podjąć żadnej decyzji dla siebie.
-Nie przy dziecku, ale... - palce nerwowo bębniły nieokreślony rytm na kolanie, chciał coś zrobić z rękami, papierosy uspokajały. -Dziękuję. - uśmiechnął się lekko, z wdzięcznością. Zapalił, zaciągnął się dymem. Nie patrzył na Williama, wzrok miał wbity gdzieś w dal, wciąż roztrząsając jego poprzednie słowa. Pięciolatka. Powoli wypuścił powietrze z płuc.
-Rhyl Coast Road 8 w Walii. Tam teraz mieszkam, mam gabinet. - powiedział nagle, bez żadnego wstępu, na jednym wydechu. Odsunął papierosa od ust, mocniej zacisnął go w palcach, ale to nie pomogło. Dłonie mu drżały, Billy mógł to zauważyć.
Bał się (nie Billy’ego, a wagi własnej deklaracji), ale strach to uczucie. Silne, elektryzujące.
Dobrze było się bać. Od dawna, od jej śmierci, nie czuł czegoś równie intensywnie. Może najwyższa pora ją pochować, bo gdyby nadal żyła i gdyby był za nią odpowiedzialny, nie dodałby kolejnych słów:
-Gdybyś potrzebował uzdrowiciela, albo... - albo potrzebował go ktoś inny, albo potrzebowałbyś bezpiecznego miejsca. Głos mu zadrżał, odchrząknął prędko, skronie zapiekły bólem i dawnym wspomnieniem. Uważaj na siebie, Hector, mówiła zawsze matka, ale pod jej dyktando też nie chciał już żyć. -Nie musisz się zapowiadać, ale drzwi od strony gabinetu nie są bezpieczne, pacjenci... - pokręcił lekko głową, troszczył się o każdego z nich i nie ufał żadnemu z nich. -...musiałbyś użyć tylnego wejścia. - mówił prędko, nieco chaotycznie, niepewny, czy Billy zrozumie. Oderwał wreszcie wzrok od grobów i przeniósł poważne, roziskrzone spojrzenie na twarz rozmówcy.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701
Re: Kościół z cmentarzem [odnośnik]10.04.22 17:59
Nie szukał w słowach Hectora drugiego dna, nie wychwycił fałszu w głosie ani gestach; nie próbował go zresztą dostrzec – krótkie przykro mi przyjmując z milczącym kiwnięciem głową, nie podejrzewając, że łącząca ich nić porozumienia mogła być jednostronna. Chociaż on i Camille nie zdążyli stanąć na ślubnym kobiercu, nie wyobrażał sobie, by związek dwojga ludzi mógł wyglądać inaczej; widział, obserwował przez lata czułość i oddanie, z jakim jego ojciec spoglądał na matkę, całując ją w dłoń, okrywając ramiona płaszczem; pamiętał troskę, z jaką matka przygotowywała dla niego zioła, uśmiech, z jakim podawała talerz ulubionej zupy, cerowała przetarcia na rękawach płaszcza i przypominała, by nie wychodził na zewnątrz bez wyświechtanego kapelusza. Było w tym wszystkim coś nieśmiertelnego, nieblednącego z czasem; oczywistego i naturalnego, choć bywały momenty, w których wciąż się dziwił – temu, że po tylu latach potrafił bez trudu przypomnieć sobie słowa piosenki nuconej przez Camille, gdy wkładała do dzbanka bukiet przyniesionych przez niego śnieżyczek. Jej palce nimi pachniały, woń mieszała się z leczniczymi eliksirami i ulotnym cynamonowym aromatem. Nie miał jej za złe niczego – ani tego, że nie powiedziała mu o Amelii, ani długich lat milczenia, ani ucieczki; kiedyś nie potrafił tego zrozumieć, dzisiaj – pozostały mu wyłącznie dobre wspomnienia, ciepłe, drogie. Czy Hector czuł to samo, czy od śmierci jego żony nadal jeszcze nie minęło wystarczająco dużo czasu, by zetrzeć gorycz i przesiąknięty poczuciem niesprawiedliwości żal?
Tobie? – powtórzył z niedowierzaniem, przenosząc zaskoczone spojrzenie na słabo oświetloną twarz Hectora. Być może nie powinno go to dziwić, o Ulyssesie miał w końcu zdanie najgorsze z możliwych, obrócenie się przeciwko własnemu bratu w jakiś sposób nie mieściło mu się jednak w głowie. Nie wyobrażał sobie próby skrzywdzenia Volansa, Cilliana, Aidana; za każdego z nich bez zastanowienia skoczyłby w metaforyczny i dosłowny ogień, nawet jeśli zdarzały się momenty, w których się nie zgadzali i zacięcie kłócili. – Nie sądziłem, że… – zaczął, gubiąc myśl gdzieś po drodze; niepewny, w jaki sposób powinien dokończyć to zdanie. – M-m-myślałem, że wobec ciebie zachowywał się inaczej – przyznał, przypominając sobie lojalność, z jaką Hector bronił dawniej brata – nie przyjmując do wiadomości rzucanych przez Williama oskarżeń. Zamrugał szybko oczami, marszcząc przy tym brwi. – Za p-p-późno? Dlaczego? – zapytał, nie rozumiejąc.
Uśmiechnął się słabo w odpowiedzi na padające z ust Hectora zapewnienie, wciąż czując w ustach gorzki posmak; nie wiedział, skąd brała się potrzeba usprawiedliwienia samego siebie, w końcu daleko mu było do przestępcy, którym okrzyknęły go porozwieszane w mieście plakaty. Czy był jednak całkiem niewinny? Podnosił już niejednokrotnie różdżkę przeciwko innym: ludziom przed apteką, którzy przyszli pozbyć się starszego właściciela; nieznajomym na podlondyńskim cmentarzu; strażnikom zagradzającym im drogę do podziemnego więzienia; czarodziejowi, który zaatakował jego i Marcela w Londynie. Powtarzał sobie, że robił to jedynie we własnej lub cudzej obronie, ale czy koniec końców to cokolwiek zmieniało? Każda ze stron chowała się za jakąś motywacją; gdzie leżała granica, o której mówił Volans? Czy już ją przekroczył?
Czy fakt, że nie zdążył uchronić przed okrutnym losem Sarah, czynił go współwinnym w niewyobrażalnej zbrodni?
Wypuścił ze świstem powietrze z płuc, opadając ciężko na ławkę, w reakcji na słowa Hectora jedynie kręcąc głową. Może rzeczywiście rozumiał – może częściowo, może na jakimś poziomie; może nie miało to znaczenia, bo tak naprawdę wcale nie potrzebował zrozumienia – a towarzystwa. Obecności kogoś, kto znał go wtedy, zanim usta wypełnił rdzawy posmak, a myśli zalały wojenne obrazy. To nimi był zmęczony – nie mając już sił na uginanie kolan pod ciężarem kolejnych tragedii, nie potrafiąc znieść tego, że nie miał nawet szans na opłakanie jednych przyjaciół, bo do krwawego korowodu raz po raz dołączali następni. Przetarł przymknięte powieki opuszkami palców, z pomiętej torebeczki również wyciągając papierosa. Obrócił go w dłoni, odpalając go dopiero po chwili.
Po raz pierwszy zaciągnął się zbyt płytko, za słabo; gryzący dym wypełnił gardło, wywołując gwałtowny kaszel; pochylił się do przodu, szybkim ruchem wycierając pojawiające się w kącikach oczu łzy, początkowo rozproszony na tyle, że nie zrozumiał powodu, dla którego Hector podał mu adres. Niewypowiedziana do końca propozycja dotarła do niego z opóźnieniem, a gdy już to zrobiła – wyprostował się, po raz kolejny tego wieczoru obdarzając czarodzieja zaskoczonym spojrzeniem. Otworzył usta, po czym ponownie je zamknął; włożył papierosa do ust raz jeszcze, tym razem szczęśliwie unikając zakrztuszenia. – Nie w-w-wiedziałem, że jesteś uzdrowicielem – powiedział; ich ścieżki rozbiegły się lata temu, a mimo że dosyć wnikliwie śledził poczynania Ulyssesa, to nigdy nie przyszło mu do głowy, by sprawdzić, czym zajmował się jego brat. Poniekąd wynikało to z faktu, że uszanował jego wybór, celowo odsuwając się na bok. – Dziękuję – odezwał się po chwili, cicho, szczerze; zdawał sobie sprawę z ciężaru złożonej przez Hectora propozycji, obaj wiedzieli, co groziło za pomoc poszukiwanemu przestępcy; samo pojawienie się Williama u progu jego drzwi mogło ściągnąć mu na głowę kłopoty, a jednak – mężczyzna z jakiegoś powodu świadomie się na to godził, choć pozornie nic już ich nie łączyło. Nie widzieli się od lat, nie byli sobie nic winni.
Wydmuchał powoli porcję szarego dymu; przełknął ślinę. – Nie narażę cię – was – na nieb-b-bezpieczeństwo – dodał, pozwalając tym słowom zawisnąć w otaczającej ich przestrzeni. Obiecując nie tylko jemu, ale i również sobie, że z uzdrowicielskiej pomocy Hectora skorzysta tylko w razie absolutnej ostateczności.

| zt :pwease:


I've polished this anger and now it's a knife
William Moore
Zawód : lotnik w oddziale łączności, szkoleniowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył
OPCM : 30
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 22
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5432-william-moore https://www.morsmordre.net/t5459-bursztyn https://www.morsmordre.net/t5433-b-b-b-billy https://www.morsmordre.net/f376-irlandia-gory-derryveagh https://www.morsmordre.net/t5461-skrytka-bankowa-nr-1345 https://www.morsmordre.net/t5460-billy-moore
Re: Kościół z cmentarzem [odnośnik]11.04.22 2:05
Nie wiedział, że nie musi nawet się starać, by kłamać, że pewne sytuacje były po prostu w rodzinie Williama niewyobrażalne. Skłóceni bracia, nieszczęśliwi małżonkowie, zdrady i przemoc, to wszystko nie mieściło się w codzienności Moore'a. Tak samo, jak w codzienności Hectora nie mieściły się małżeństwa z miłości, czułość i, co najważniejsze, przestrzeń na popełnianie błędów. Ojciec był ambitny i wymagający, a matka bardziej od ojca kochała synów. Anselm Vale karał ją zresztą adekwatnie gdy powiedziała coś niemądrego w towarzystwie. Dopiero w Walii, tuż przed śmiercią, wydawała się tak naprawdę spokojna. Aranżowane małżeństwa takie bywały: jasny układ, czysta krew. Nie przypominał sobie między czułości między rodzicami i nie potrafił okazać jej żonie - chyba na początku próbował, ale tamte wspomnienia rozpłynęły się w morzu późniejszego chłodu, kpin, jadu i toczonych ściszonym głosem kłótni. Tak, by dziecko niczego nie słyszało - ale czy na pewno dobrze się z tym kryli? On sam przecież wiedział, co ojciec robił matce, choć nigdy nic nie widział.
Podniósł na Billy'ego zmęczony wzrok, czując, że jest mu winien wyjaśnienia, ale wiedząc, że nie przejdą mu przez gardło. Wstydził się tego, że mu nie wierzył, że najwyraźniej kochał kiedyś brata na tyle mocno, by pozostawać ślepy na prawdę. Jeszcze bardziej wstydził się tego, po czym otworzył oczy. Uwiódł córkę sąsiadów, z perspektywy czasu nie wiedział właściwie dlaczego. Wtedy to wydawało się pociągające, wtedy chciał coś wreszcie poczuć i stać się mężczyzną, teraz zastanawiał się na ile te emocje były szczere, czy nie kierowało nim po prostu egoistyczne pragnienie zabawy. Ona była przecież szczerze zakochana, ale on... Może tamtą niefrasobliwość dałoby się odkupić, gdyby Ulysses tak podle się w to wszystko nie wmieszał. Samemu może zasłużył, rodzinny dom nie wybaczał błędów idealnego syna (choć ojciec, zdawałoby się, mu wybaczył - przedstawił mu szybko Beatrice, bo jego zdaniem była naprawdę piękna i chyba świadomość bezkarności bolała jeszcze bardziej), ale brat dla głupiej satysfakcji zniszczył życie tamtej dziewczynie, wydanej za karę za sporo starszego mężczyznę.
-Zachowywał się inaczej, bo zawsze czekał na moje potknięcie. - wyjaśnił cicho, nie wchodząc w szczegóły pomimo ewidentnej ciekawości rozmówcy. Mocniej zacisnął dłoń na lasce. Nie cofnął wzroku, ale spojrzenie miał dziwne puste - Billy nie wiedział pewnie (a przynajmniej Hector miał taką nadzieję), że dobór słów wcale nie był przypadkowy.  W życiu nie było miejsca na błędy, a Hector Vale się na nich uczył. Nie zamierzał wybaczać bratu dwa razy.
Zmarszczył lekko brwi, chyba zaskoczony tym, że Billy nie rozumiał. Oczywiście, że było za późno. Chwytał za pióro kilkukrotnie, czasami wyobrażając sobie reakcję Williama na przyznanie mu racji, ale niewinnego wybaczenia i przejścia do porządku dziennego nad dawnym błędem nie było w żadnym z tych scenariuszy. Wyobrażał sobie raczej coś w rodzaju "a nie mówiłem?", i to w najlepszym przypadku. -Za późno, bo nie uwierzyłem tobie. A mnie nie zrobił nic, za co mogłyby go spotkać konsekwencje. - wytłumaczył zwięźle. W przyznaniu komuś racji, gdy samemu padło się ofiarą krzywdy nie było nic szlachetnego, jego zdaniem byłoby czystym pragmatyzmem, nie odbudowałoby straconego zaufania. Rozważał czasem, czy mogliby ukarać Ulyssessa za tamtą sytuację z Hogwartu, ale nie był nawet jej świadkiem, więc pogodził się z myślą, że nie. Że jego słowo i wsparcie nic już nie zmienią. Nie wiedział, że William nadal interesuje się jego bratem - wiedział tylko, że jest gwiazdą Quidditcha i myślał, że ruszył do przodu ze swoim życiem. Nie lubił rozdrapywać cudzych ran w prywatnym kontekście, choć zajmował się tym zawodowo w swoim gabinecie.
Stare blizny bledły zresztą w porównaniu z obecnymi ciężarami. Nawet teraz nie potrafił powstrzymać profesjonalnego nawyku obserwowania swojego rozmówcy. William wydawał się taki sam jak przed laty, ale zarazem inny. W najlepszym razie zestresowany, ale sposób, w jaki mówił o tamtej dziewczynce...
Co widzisz, gdy patrzysz tam, w dal? Dajesz jeszcze radę sypiać, Billy? - korciło go zapytać, ale nie chciał się narzucać. Może zresztą używał freudowskiej projekcji, samemu próbował nie spać przez ostatnie kilka nocy, usiłując uciec od koszmarów sennych.
Był zmęczony i niewyspany - ale nie na tyle zmęczony, by rzucać słowa na wiatr. Starał się nigdy nie mówić nic pochopnie. Powoli opuścił dłonie, lewą zaciskając na nogawce spodni, a w prawej miętosząc papierosa. Nie chciał, by Billy zwrócił uwagę na to, że drżą, nie chciał, by widział jego strach. Wystarczyło, że sam nie spuszczał z Moore'a bacznego spojrzenia, że dostrzegł jego zaskoczenie. Spodziewał się zresztą zdziwienia i próbował sobie wmówić, że wcale go nie zabolało. Logicznie rzecz biorąc William Moore pewnie nie miał powodów mu ufać ani spodziewać się odwagi po kimś takim jak Hector Vale. Był Gryfonem, jemu bohaterstwo przychodziło pewnie... łatwiej.
-Magipsychiatrą. - poprawił go odruchowo. -Ale przechodzimy kurs uzdrowicielski, jak każdy przed wyborem specjalizacji. Potrafię leczyć. - dodał równie machinalnie i nieco defensywnie, nie wiedząc ile William wie o wykształceniu magipsychiatrów. Zapomniał, że chyba nie musi mu udowadaniać, że umie leczyć, nie jemu. Odruch obronny wyrobił sobie słuchając przez dekadę narzekań Archibalda o tym, że magipsychiatria to nie prawdziwa medycyna. Ilekroć myślał o dawnym przyjacielu (a ostatnio próbował nie myśleć o nim wcale) nie słyszał jednak w głowie znajomego wspomnienia ich intelektualnych dysput, a wrzaski Beatrice po majowych listach gończych. Nigdy nie lubiła Prewettów, a niechęć i strach okazały się takim paliwem, że nie ściszyła głosu nawet przez wzgląd na syna - narazisz nas wszystkich przez swoje durne przyjaźnie, chcesz pociągnąć rodzinę na dno?!
Ale Beatrice nie żyła, a wyrzuty sumienia ściskały go w żołądku tak mocno, że bolało. Wziął głęboki oddech, zastanawiając się, czy teraz - gdy odważył się przeprosić Williama - z kolejnymi przeprosinami poszłoby odrobinę łatwiej.
Te wszystkie myśli przemknęły mu przez głowę, gdy czekał na decyzję rozmówcy. Gdy Moore zrozumiał propozycję, napięcie trochę opadło, a Hector wreszcie zdołał się zmusić do bladego uśmiechu.
-Wiem, że nie. - odpowiedział łagodnie, a choć pewność w głosie mogła dziwić, to początkowy strach ustąpił. Jeśli na czymkolwiek znał się w życiu, to na ludziach, a William Moore okazał się takim samym człowiekiem jak przed laty. Hector zaś przez moment znów poczuł się tak, jak tam, na błoniach Hogwartu - gdy bezradnie patrzył na laskę zawieszoną na drzewie, oszołomiony złością i strachem, a młodszy Gryfon zapewniał go, że wszystko będzie dobrze. A on, pomimo różnicy wieku, tak bardzo pragnął mu wtedy wierzyć.


/zt  :pwease:


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 5
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale#331701

Strona 11 z 11 Previous  1, 2, 3 ... 9, 10, 11

Kościół z cmentarzem
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach