Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Kościół z cmentarzem

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Kościół z cmentarzem   05.04.15 20:53

First topic message reminder :

Kościół z cmentarzem

Kościół stojący przy głównym placu wioski robi największe wrażenie ze wszystkich znajdujących się tam budowli. A może raczej nie tyle, co robi największe wrażenie, ale bardzo się wyróżnia. W przeciwieństwie do innych zabudowań jest cały z drewna, bardzo stary. W jego oknach stoją kolorowe witraże przedstawiające sceny biblijne. W środku zaś niewielkie ławy i wiszące nieliczne obrazy tworzą to święte miejsce bardzo przytulnym. Charakterystyczny zapach sosnowych bali unosi się w nim nieprzerwanie od setek lat i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie sytuacja ta miała się zmienić.
Z tyłu kościoła znajduje się cmentarz. Niewielki, ale bardzo stary. Znaleźć można na nim groby nie tylko wielu mugoli, którzy w Dolinie Godryka zmarli, ale także licznych czarodziejów. Wśród nich rodziny Dumbledorów, leżą na nich kwiaty od tych, którzy wdzięczni są Albusowi za walkę w ich obronie, do której stanął i w której stracił własne życie. Innym nagrobkiem mogącym budzić zainteresowanie, jeśli odgarnie się z niego liście bluszczu jest tajemnicza, stara mogiła ze znienawidzonym znakiem Grindenwalda wyrytym w kamieniu. Niemalże zamazany napis głosi zaś „Ignotus”.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
starszy auror
28
Czysta
Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
42
20
1
0
0
1
5
15
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kościół z cmentarzem   07.03.17 0:22

Był zmęczony. Paskudnie wręcz czując, jak resztki utrzymywanych sił wypełzają z niego, niby robaki, które gdzieś tam w ziemi wierciły się poszukując kolejnych ofiar. Momentami sam chciałby trafić tam pod czarne połacie piachu i błota. Głuchy na wszystko, oddzielony od całej masy emocji, która torpedowała jego ciało. A im większy chaos panował w jego głowie i sercu - tym na zewnątrz spokojniejszy był. Głupota właściwie, ale nawyk oplatał go ostatnimi czasy coraz częściej. Nie wiedział co właściwie z sobą począć stojąc na cmentarnej ziemi, wpatrując się w dwa napisy, dwie wypisane z życiowego rejestru tożsamości przyjaciół. Dorea i Charlus.
Od czasu do czasu zerkał na otaczających zasypywany dół ludzi. Znajomi. W większości znajomi. I niemo cieszył się (chociaż nie potrafiłby wypowiedzieć tego na głos), że obok znajdowała się Just. mały wyznacznik, światełko, które przypominało, że ma jeszcze kilka osób, dla których musiał być silny. Dla których chciał być silny, nawarstwiając milczące postanowienia.
Nienawidził cmentarzy. A jednak zbyt często przez ostatni czas musiał się na takowych pojawiać. Kolejne sylwetki znikały pod czarną ziemią, przykryte kamiennym nagrobkiem. A Samuel uparcie trwał, trzymając się życia...czy nie powinno być odwrotnie? Czy to nie on powinien zginąć za nich wszystkich? Czy to nie jego rola? Obowiązek? Tymczasem on pozostawał, patrząc jak przyjaciół pochłania śmierć. Ile jej miał jeszcze oglądać, nim sam zaścieli ich miejsce? Poprawił kaptur płaszcza, którym szarpał nieznośny wiatr i nawet związane włosy wymykały się w dziwnym tańcu, jakby umykały przed niebezpieczeństwem, którego nikt więcej nie dostrzegał.
Poruszył się przytomniejąc dopiero, gdy na szorstkiej dłoni poczuł delikatny dotyk. Just. Smukłe palce zaplotły się na tych należących do niego, a Skamander bez zastanowienia zamknął ją w uścisku ręki. I dopiero teraz nieco uważniej otoczył spojrzeniem zebranych. I jedna jedyna nie pasowała do krajobrazu. Oddalona, stojąca pod starym drzewem zupełnie jak czająca się na ofiary bestia. Długi płaszcz skrywał oblicze, ale im dłużej Skamander przyglądał się kryjącej? się sylwetce, tym więcej elementów dostrzegał. Kto i dlaczego czaił się w takim miejscu, obserwując pogrzebowy kondukt?
Aurorski instynkt szybko wziął górę i Samuel (ku uldze zbolałego umysłu) w końcu zaczął analizować sytuację. Nie pierwszy raz spotykał się w pracy, że oprawcy często wracali na miejsce zbrodni, jakby węsząc zapachu swoich ofiar. Mógł się mylić, oczywiście, ale nikt kto miał czyste sumienie, nie powinien kryć się w cieniu jak zbieg.
- Czy to jest... - odezwał się w końcu z niedokończonym pytaniem do Justine, nadal zerkając na postać stojącą w oddaleniu. Nienachalnie, bez uporczywego informowania, ale czujnie, próbując wypadać grunt. Można było go posadzić o przewrażliwienie, ale jako auror - miał to gdzieś. Uczyli go węszyć za niebezpieczeństwem, a to co widział - nie podobało mu się.






Cause I walk through the valley of the shadow of death

And I fear no evil because
I'm blind.

Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
25
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Kościół z cmentarzem   20.03.17 21:50

Nie odrywałam wzroku od słów wrytych na kamiennej płycie. A koniec jest początkiem i nową nadzieją. Naprawdę chciałam przyjąć te słowa. Zaakceptować je. Może nawet zrozumieć. Ale nie mogłam. Nie teraz. Nie tutaj i dziś. Bowiem w chwili obecnej dalsza droga zdawała mi się niemożliwa.
Ta myśl, tylko mnie rozjuszyła. Ja nadal posiadałam sposobność, by chociaż spróbować postawić kolejny krok. Jeszcze raz zmierzyć się ze światem. Dwójka moich przyjaciół opuściła na zawsze nas świat. Pozostawiając mnie, nas wszystkich pewnie, w uczuciu cholernej bezdennej samotności. Co gorsza – bezradności. Jak odnaleźć zagubioną ścieżkę. Gdzie szukać nadziei? Skoro, zdawać by się mogło, że wszystko spaliło się, wraz z ogniem, który strawił ich dom i ciała?
Moja twarz, szarawa, zmęczona, z tęczówkami, które świeciły się bezdennym smutkiem wyrażała wszystko, jednocześnie nie wyrażając nic. Przygryzałam dolną wargę nie potrafiąc ocenić, czy robię to za mocno, czy za lekko. Bowiem, w dziwacznym otumanieniu, w które popadłam, tylko ból zdawał mi się przypominać, że żyję.
Ból, i ciepło dłoni Skamandera. Dłoni, którą odnalazłam machinalnie, nawet nie spoglądając w jej stronę. Tak, jakbym od zawsze wiedziała, w którym miejscu należy jej szukać. A moja ręka, samoistnie zmierzała od zawsze właśnie w tym kierunku. I gdy tylko nasze palce splotły się, a znajome uczucie zaczęło wnikać przez kończynę do mojego ciała. Właśnie wtedy, kompletnie nieświadomie, przestałam przygryzać wargę, którą zadrasnął lekko ząb, znacząc wychylającą się nieśmiało czerwienią krwi. Uniosłam drugą z dłoni jej wierzchem wycierając wargę. Nadal nie potrafiąc oderwać wzroku od słów, które -choć pięknie - zdawały mi się ciężkie.
Dopiero głos Samuela wyrywa mnie z letargu w który popadłam. Odciąga moje spojrzenie od kamiennej płyty. Choć na chwilę pozwalając skupić się na czymś innym. Przynieść odpoczynek zapętlonej w tych samych myślach głowie. Na chwilę odciągnąć rozedrgane z żalu serce.
Unoszę niebieskie spojrzenie ku górze. Na jego profil. Stateczny. Poważny. Dostojny. I nieprzemiennie przystojny. W jakiś sposób bezpieczny. Przez kilka sekund badając wzrokiem jego twarz. Zaraz jednak patrzę w którą stronę kieruje swoje spojrzenie. Wędruje za nim swoim własnym. Biorąc głębszy, bolący oddech, gdy moje soczewki ogniskują się na jednostce. Mimowolnie zaciskając mocniej dłoń na palcach Samuela.
-…Mulciber. – potwierdzam cicho. Mam wrażenie, że mój głos ledwie niesie się na wietrze. Jeśli w ogóle jest słyszalny. Ciało zalewa mi pierwsza fala. Czuję paraliżujący strach, ten sam, który jeszcze kilka dni temu odczuwałam na moście. Rany na plecach, same dają o sobie znać, gdy nieświadoma swojego gestu, postępuję krok naprzód. Nie robię jednak drugiego, bo kolejne uczucie rozlewa się po mnie. Złość. Tak okropna, że docierającą do ostatnich komórek mojego ciała. Znacząc się czerwienią na końcówkach moich, białych dziś, włosów. Wprawiając dłonie w lekkie drżenie. Kolor ten znikł zaraz jednak, nie pozostawiając po swoim istnieniu żadnego śladu.
Co tu robił? Czego szukał? Jak śmiał zjawiać się tutaj dzisiaj w tym dniu? Jego obecność  nigdy nie zwiastowała niczego dobrego. Oddech przyśpieszył w mojej klatce. Mięśnie na twarzy napięły się. Budził we mnie sprzeczne uczucia, nieznane mi dotąd. Strach, ale jednoczesną chęć walki. Zmierzenia się z nim. Oddania, pięknym za nadobne.
Nie tutaj. Nie dziś. – upomniałam sama siebie, próbując się uspokoić. Ale mój spokój został zburzony widokiem jego twarzy. Ale czułam, że mój rozum, przegrywa z rozszalałym z żalu sercem. Postąpiłam drugi krok, a potem kolejny  dopiero wtedy zrozumiałam, że moje stopy samoistnie zmieniły trajektorie toru, po którym się poruszały. Zamiast zmniejszać dystans między mną a Ramzejem, zmniejszyłam jeszcze bardziej ten, który dzielił mnie od Sama.
-Nie. – powiedziałam cicho, nie wiedząc, czy nakazuję to sobie, czy wypowiadam prośbę w kierunku Samuela. Układając drugą z dłoni na jego biodrze. Przytykając czoło do klatki piersiowej. Potrzebując usłyszeć znajome bicie serca. Bowiem zdawało mi się, że tylko ono może zapobiec drganiom mojego ciała. Że tylko ono, pomoże zwolnić szaleńczy bieg mojego organu. Że tylko zapach przenikający przez materiał koszuli odgoni sprzed oczu wspomnienia z mostu, zabierze ból, towarzyszący wspomnieniu.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Garrett Weasley
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley https://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 https://www.morsmordre.net/t630-garrett https://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 https://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kościół z cmentarzem   23.03.17 16:52

To właśnie gorycz była mu najbliższą przyjaciółką. Nienawidził tego, że wiatr nie smagał mu policzków; nienawidził chmur sunących leniwie po niebie i faktu, że tego dnia nie lał deszcz, brutalnymi kroplami rzeźbiąc w ich skórze historię niewysłowionego żalu. Nienawidził tego, że nie musiał w odmętach szafy doszukiwać się żałobnych strojów; pragmatyzm (i częstotliwość uroczystości pogrzebowych?) sprawił, że wszystkie jego szaty barwiły się czernią - i dzień ten nie wyróżniał się niczym. Słońce wstało na wschodzie i niespiesznie toczyło się po obwodzie półokręgu, ptaki niosły nieszczęsną pieśń wśród konarów nieopierzonych liśćmi drzew, a gorzka kawa o poranku smakowała tak samo - Garretta przerażał fakt, że świat nie zawalił się nawet wtedy, gdy skruszył się u samych podstaw.
Bo Charlus był zawsze - wiecznie obok, Garry z trudem doszukiwał się szkolnych wspomnień, w którym echem nie odbijał się jego głos, a burza ciemnych loków nie znaczyła horyzontu; Dorea do obrazu ich miniaturowej iluzji szczęścia dołączyła niedługo potem, burząc jego światopogląd i - mimo swego nazwiska - malując ponurą rzeczywistość wszelkimi odcieniami ciepła. Nie wyobrażał sobie bez nich świata i wciąż nie potrafił tego zmienić; nawet dostrzegając zbierające się tłumy żałobników, wypierał z myśli wszystkie wstrząsające nim bolączki, nawet krzyżując spojrzenie ze zrozpaczonymi rodzicami Charlusa, brnął w zaprzeczenie, w ułudę, w kłamstwo. Obserwował niebo; jego błękit tonął w objęciach całunów kłębiącej się szarości. Przepełnione prochami urny skrywały się w odmętach ciemnej, chłodnej ziemi i ktoś przeraźliwie załkał - dopiero wtedy Garrett ocknął się z przerażającej apatii, by uświadomić sobie, że odczuwał pustkę. A pustka była najgroźniejsza; zakrzywiała rzeczywistość, gotowa przerodzić się w każde, najgorsze z uczuć. Modelował ją według partytury własnej rozpaczy, powoli zatracając się w objęciach nicości - a z tej rodziła się tylko złość i pragnienie dokonania zemsty. Za wszelką cenę. Wolał zduszać w sobie żałobę resztkami wzniecającej się ogniem wściekłości i pielęgnował nienawiść, czyniąc ją swoją największą bronią; przestawał zadawać pytania, dlaczego zginęli właśnie oni, zamiast tego łaknął zadośćuczynienia i rozpaczliwie doszukiwał się sprawiedliwości - nawet jeśli już dawno pogodził się z faktem, że ta nie miała prawa istnieć.
Na grobie nawarstwiały się pogrzebowe wieńce i wiązanki skryte w objęciach ciemnych liści; Garrett dusił się, myśląc, że powinien składać bukiety polnych kwiatów na dłonie Dorei, mówiąc jej, jak pięknie dziś wygląda - zamiast tego ściskał je w dłoni, nie potrafiąc nawet ułożyć ich na zimnym kamieniu. Brzmiało to jak pożegnanie, brzmiało jak ostateczność - nie lubił ślepych zaułków, dróg bez powrotu i świadomości tego, że odtąd nic nie będzie takie samo. Doszukiwał się winnych, odnajdując ich w przypadkowych twarzach, we wrogach, we własnych rysach kreślących się na lustrze pokrytym szarością kurzu.
Wędrował spojrzeniem, próbując odnaleźć kotwicę, która wyprze kruszącą go pustkę i zatwierdzi w rzeczywistości; przemykał wzrokiem po znajomych sylwetkach, mimowolnie próbując dostrzec wśród nich tę jedną, ale gdy wreszcie ją odnalazł, nawet nie drgnął; znów naszły go myśli o słowach Bathildy i ponownie zatracał się w ostateczności, której nienawidził, raz za razem podejmując decyzję, która skreśli to, czego pragnął najbardziej.
Z dala od gromad żałobników - rodziny, przyjaciół, bliskich - skrywał się ktoś, kto pomimo sięgającej ziemi, ciemnej jak noc peleryny wyróżniał się na ich tle kontrastem. Garrett potrzebował chwili, by wyrwać się z ramion apatii i zatopić się w chwilowym niezrozumieniu; badał błądzące w tłumie oczy Ramseya Mulcibera i nie potrzebował wiele więcej, by poczuć narastającą złość. Skrajną, bolesną, rozrywającą na strzępy wściekłość - więc wbijał w niego rozognione spojrzenie, starając się wyczytać z milczenia odpowiedzi na wszystkie pytania, których nigdy nie zadał. Sama obecność intruza zmuszała go do niepodejmowania jakiegokolwiek ryzyka; nie podchodził bliżej osób, które były dla niego najważniejsze, nie chciał wyzywać losu - nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że jego obawy zakrawały o irracjonalność. Gdy w żałobnej ciszy obserwował każdy gest Mulcibera czającego się nieopodal rozłożystego dębu, gdzieś w uścisku bezdennej nienawiści powoli tonął paraliżujący go żal.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler
Tańcz na me skinienie, rozświetl czernię nocy, rozgoń mroczne cienie, oświetl dorgi kręte, ciemne skrzyżowania, a pobocza wyrwij z nocy panowania.
25
20
0
0
0
45
5
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Kościół z cmentarzem   23.03.17 19:17

Jak widzieli śmierć? Czy miała postać mrocznej zjawy, ducha w długim, powłóczystym płaszczu, czarodzieja, którego trupio bladą twarz okrywał kaptur głębokiej peleryny? Czy może była zwykłą pustką rozdzielającą ich dobre, cicho bijące serca, których krew powoli i w niewyobrażalnym bólu sączyła się na zewnątrz? Czy lada moment miała nastąpić eskalacja uczuć, które drgały w ich wnętrzach na widok błyszczących urn dwójki młodych ludzi, czy może z każdą minutą odczuwali coraz większy spokój, żegnając się z przyjaciółmi, którzy zasłużyli — a może wcale nie, na okrutną śmierć? Czy świadomość, że już nigdy nie złapią się za ręce, nie spojrzą w oczy, nie podzielą śmiechu i smutku była dławiąca? Czy myśleli w tej chwili o tym jacy byli i jak wiele ich łączyło? Czy wspominali smutne i szczęśliwe chwile, śluby, narodziny dzieci? Czy łączyli się w porażkach i wzlotach, których razem doświadczali? Było tak wiele możliwości, tak wiele ścieżek, z których każdy z nich mógł przyjąć inną.
Cisza. Jemu towarzyszyła wyłącznie cisza, nawet kiedy wiatr ustał, a zapach wiosennej trawy zatrzymał się gdzieś poza zasięgiem jego nosa. Słuchał jej z przyjemnością, nie odczuwając ani satysfakcji, ani błogiego szczęścia, nie myśląc też zupełnie o niczym. Wyzbyty ze wszystkiego patrzył po zebranych, badając ich twarze, zatrzymując na nich wzrok wyłącznie na tak długo, aby zapamiętać szczegóły, które w przyszłości pozwolą mu na identyfikację. Wielu nazwisk nie znał, choć sporo twarzy wydawało się boleśnie znajomych.
Gdzie jesteś, James?
Poczuwszy na sobie czyjś wzrok szybko zlokalizował odpowiedzialną za to jednostkę. Mała Justine Tonks, której włosy zapłonęły czerwienią niemalże przyprawiła go o uśmiech. Być może gdyby nie drażniące go zmęczenie i ból, puściłby jej oko, ucieszony, że wciąż budzi w niej tak intensywne i niekontrolowane odczucia. Jej sarnie oczy nawet z tak daleka zdawały się ściągać każdego potencjalnego oprawcę. Była łatwym, słodkim i niezwykle wdzięcznym celem, przystawką przed wytworną kolacją, albo śniadaniem składających się z jajek na bekonie po długiej i upojnej nocy. Była początkiem dnia, który przyprawiał o uśmiech i poprawiał samopoczucie.
Wiktymologia jest mi kompletnie obca.
Jej dłoń kurczowo ściskała Skamandera, po którego sylwetce prześlizgnął się szybko, nie tracąc chwili, aby spojrzeć mu w oczy. Już kieyśw ie spojrzał, ale wydawały się wyjątkowo zamknięte, choć pełne pasji. Być może, gydby spojrzał głębiej ujrzałby drobne pęknięcia, które jak nieszczelna szklanka wypuszczają powoli pojedyncze krople nasycone emocjami, które Mulciber spijałby jak nektar. Jego osoba już dawno temu zapadła mu w pamięć, a jego relacje z kobietą, która w sposób żałosny i śmieszny ich poruszyła w pierwszej chwili, sprawiły, że stawał się idealnym kandydatem do tworu Zakonu Feniksa mieszczącego się w jego wyobraźni. Nie musiał poświęcaj więcej czasu, aby mu się przyglądać, skoro wkoło znajdowało się tak wiele innych, ciekawych jednostek.
Aż w końcu dostrzegł i jego, choć to nie rude, zmierzwione włosy ściągnęły ku sobie jego uwagę, a pełen bólu, nienawiści i frustracji wzrok. Jego mina sprawiała, że mógł oszaleć ze szczęścia dla tych utkanych z pozłacanej trawy kilkunastu sekund, które mu poświęcił. Nie mrugnąwszy ani razu próbował sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek widział jego twarz beztroską i roześmianą, czy zawsze przypominał męczennika dźwigającego na swych kruchych barkach ciężar ludzkości.
Czemu nasz świat milczy blady od wzruszeń, Weasley?
Kąciki jego ust uniosły się nieznacznie. Zauważony, odkryty, ujawniony — nie miało najmniejszego znaczenia. Nie zrobił nic, by kryć swą tożsamość, ale przybycie tu nie wzbudziło w nim najmniejszych obaw — nie mieli na niego zupełnie nic. Uniósł dłoń i z lekką ignorancją pokiwał rudzielcowi, dziwiąc się jednocześnie jego reakcjom, ale w końcu nie potrafił pojąć, że są na pogrzebie i wszyscy poza nim cierpią.





pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Powrót do góry Go down
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
starszy auror
28
Czysta
Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
42
20
1
0
0
1
5
15
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kościół z cmentarzem   06.04.17 21:06

Dziwił się na początku, że świat nie otulił się duszną aura burzowych chmur. Nie tych symbolicznych, ciemnych i złowieszczych wiszących nad Anglią. Nie. Wojna była widmem wręcz namacalnym, stawiając coraz wyraźniej Skamandera na linii frontu. Dziś myślał o innej zawierusze. Deszczowej. Czy rzeczywistość nie powinna zapłakać nad niewidzialną już dwójką złożoną w grobie? Nad popiołami ugniecionymi grudową ziemią? Tą samą, którą własnymi stopami udeptywali zebrani żałobnicy? A może przez pryzmat czasów, świat wykluczał tych dobrych zostawiając niedokończony rachunek zemsty na barkach pozostawionych przyjaciół? Trudna lekcja, przerażająco bolesna - tylko po to, by przez blizny stać się siłą. Czy Skamander tę wartość dostrzegał?
Utkwione w przestrzeni zamyślenia spojrzenie wróciło do chłodu tulącego się do skamanderowego serca. I paradoksalnie, wciąż trawił je ogień.
Mulciber - nazwisko wypowiedziane głosem Justine zadziałało otrzeźwiając. I nie tylko niosą ze sobą naznaczenie wcześniejszych spotkań i kobiety, która tak łatwo wbiła między nich...pustkę. I truciznę jednocześnie. Znał Tonks wystarczająco długo, by z drgających sylab, powstałych w jeden wyraz - odnaleźć ostrzeżenie. Jednocześnie plączący się gniew, strach i ból. Wszystko mieniące się w jasnych źrenicach, niby morska fala pochłaniająca plażę.
Nie odpowiedział, gdy dłoń zaciskała się na jego palcach, nie spoglądał nawet w stronę oddalonej sylwetki Ramseya. Nie patrzył, by te same intuicyjne wrażenia przylepiały się do rysu mordercy. Po co przybywał na pogrzeb osób, których - nawet jeśli znał? - nie mógł mieć bliskich relacji? Nie wierzył, by Dorea, czy Charlus obdarzyli zaufaniem podobną gnidę personę. Zbieg okoliczności? Pomysł od razu zgasł wraz ze swoją absurdalnością. Nie było mowy o przypadku i jakiś cel musiał mieć, by pojawić się akurat tu, akurat teraz...i w taki sposób się jawiąc swoją obecność. Jak zbieg.
Oprawcy często wracali na miejsce zbrodni, jakby węsząc zapachu swoich ofiar.
Myśli zapętliły się tworząc umysłowy loop. I cała kontemplacja przebiegła właśnie w momencie, w którym Justine spoglądała w jego twarz. Utonął na moment, ale tylko pozornie.
Nie zorientował się, kiedy lekko podniósł jedną dłoń, kierując palce w stronę intruza. Czoło naznaczyło się zmarszczką, a w myślach zatańczyła zaklęciowa inkantacja...przerwana cichym nie.
- Nie - powtórzył wyraz nie nadając mu żadnego z nasuwających się znaczeń. Zatrzymał niezidentyfikowany gest dłoni, która opadła na powrót, by zatrzymać swoją trajektorię na plecach kobiety. I dopiero wtedy uniósł brodę wyżej, odwracając się w stronę zakapturzonej sylwetki. Miał ochotę cisnąć w niego zaklęciem i zmusić...do czego? Do przyznania się? I w całej absurdalności tłoczących się w nim emocji - kąciki warg uniosły się, malując na twarzy Skamandera wręcz wilczy uśmiech. Przeznaczony dla jednej persony.
Licz godziny Mulciber.
Katem oka rejestrował innych, tych bliżej i dalej z nim związanych, ale żadne nie cisnęło się na rozmowę. Nic dziwnego. Słowa były zbędne, ściśnięte w gardłach, ale malujące się w źrenicach emocji. Na dziś już ich wystarczy. Ci, którzy tak mocno zasługiwali na świat, o który walczyli - odeszli. A ich małego spadkobiercę, któremu odebrano możliwość poznania rodziców - Skamander musiał ukryć. Daleko od nienawistnych spojrzeń...i tlących się zgliszczy dawno domu.






Cause I walk through the valley of the shadow of death

And I fear no evil because
I'm blind.

Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
25
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Kościół z cmentarzem   27.04.17 7:15

Powinno padać, lać okrutnie przemaczając nas do suchej nitki. Wielkie i ciężkie krople powinny lecieć z nieba i padać na nasze ciała. Niebo z żałoby winno zanosić się płaczem za dwoma jednostkami, których dobroć była ponad przeciętną średnią.
Powinno padać, bowiem czułam się brudna. Od ostatniego spotkania z intruzem, który teraz znajdował się niewiele dalej zaplenił się we mnie strach. A ziejące w jego tęczówek obrzydzenie zdawało się przeniknąć mnie na wskroś, wpełznąć po cichu do mojego serca i od wydarzeń z mostu trawić mnie sumiennie od środka. Milimetr po milimetrze z każdym dniem coraz bardziej. I choć nigdy nie sądziłam, że moje serce zdolne jest do tak czystej nienawiści wiedziałam że ta którą odczuwam jest najczystszą jej postacią. Nie potrafiłam, a nawet nie chciałam, wybaczyć mu tego co mi zrobił. Każdy jeden gest i ruch budził we mnie odrazę, swoistego rodzaju pogardę ale i strach. O obecności wszystkich tych uczuć dane było dowiedzieć mi się właśnie dzisiaj. Dlatego nie mogłam do niego podejść choć chciałam skonfrontować z nim wszystko – choć jeszcze nie wszystko wiedziałam. Prawdopodobnie jedynie rozbawiłabym go i fakt ten, rozsierdzał mnie jedynie mocniej. Budził we mnie uczucia i odruchy, których nie chciałam budzić. Odnajdywałam w swoich myślach okrucieństwo i zło, cierpienie, które pragnęłam by stało się jego własnością.
Wtuliłam twarz w klatkę piersiową Samuela. Musiałam ochłonąć, potrzebowałam ostoi. Przystani, która od zawsze sprawiała, że czułam się dobrze. Która nigdy nie zmieniła swojego miejsca. Podczas gdy Ramsey wzbudzał we mnie wszystkie uczucia i emocje których doznawać nie chciał, albo o których istnieniu nawet nie wiedziałam, tak Samuel był jego kompletnym przeciwieństwem. Bezgraniczny spokój, to towarzyszyło jego ramionom. Chłodne opanowanie tańczące wokół wraz z każdym wydechem. I w końcu nieskończenie piękne bicie jego serca, do którego mogłabym usypiać każdego wieczoru. Był moim przyjacielem, towarzyszem, mężczyzną którego kochałam od lat. Czemu więc nie powiedziałam mu o klątwie, czemu nie wyznałam co spotkało mnie na moście? Czy aż tak bałam się ujrzeć litość w jego spojrzeniu, że odkładałam tą rozmowę na nie mające nadejść szybko kiedyś?
Jego dłoń opadła na moje plecy, nieświadomie dotknął jednej z ran która roziskrzyła się bólem na całej długości pleców. Drgnęłam, wciągając powietrze przez nos i marszcząc nos z bólu. Ciesząc się, że nie jest w stanie w chwili obecnej dostrzec reakcji na mojej twarzy. Oddech przyśpieszył, by zaraz ponownie wrócić do miarowego tempa. Byłam słaba, choć z całych sił starałam się być silna. Gorzki posmak goryczy przewinął się wraz ze świadomością obejmująca mój umysł. Mimo że próbowałam temu zaprzeczać nie mogłam poradzić nic na to, że właśnie takim był fakt. A nic nie świadczyło o tym lepiej niż spotkanie na moście. I nagle złość na nowo zatańczyła w moim sercu. Złość na siebie samą, na Samuela, który nie był niczemu winien i na Ramseya, który był winien więcej niż wiedziałam. Poczułam się źle, obco w ramionach, które nie należały do mnie.
Byłam brudna na tak wiele sposobów, choć usilnie próbowałam przekonać siebie i innych, że nie.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kościół z cmentarzem   10.05.17 1:21

W ten ponury dzień brak deszczu zdawał się być złośliwością losu. Kpiną i szydzeniem sobie z nich wszystkich. To tak, jak gdyby świat starał się pokazać im, że nie mają wpływu na nic. Kompletnie nic. Na swoje życia, na to co ich spotka następnego dnia, na to jak im pójdzie w pracy, na to kiedy zginą i na to czy bliskie im twarze nie są widziane przez nich po raz ostatni. A nawet na pogodę. Kiedy najbardziej pragnęli, by niebo płakało razem z ich sercami, ono pokazywało im jak nic nie znacząca była to śmierć dla wszechświata. Dla nich było to coś strasznego; nawet nie chciał wyobrażać sobie jak wielkim piekłem musiało to być dla najbliższych przyjaciół Charlusa i Dorei oraz rodziny; ale dla świata - to było nic. Bo czymże była jedna czy dwie śmierci, gdy ludzie umierali każdego dnia na całym świecie?
Właśnie z tego powodu dziś złościł się na świat jeszcze bardziej. Stojąc na ponurym cmentarzu przeżywał nie tylko tę śmierć, lecz również rozdrapywał rany sprzed kilku miesięcy - te nie do końca jeszcze zagojone. Frustrował się, nie mógł wybaczyć światowi. Bo jak mógł wybaczyć fakt, iż czyjaś śmierć, dla niego będąca tragedią, dla wszechświata była niczym?
Tak naprawdę nie chciał tu być. Nie chciał patrzeć na zimny, kamienny nagrobek z wyrytymi imionami oraz datami. Nie chciał dotykać go i układać pod nim kwiatów. Wolałby być teraz w kwaterze Zakonu, w Szpitalu, gdziekolwiek. A jednak tu był, chcąc na siłę pokazać światu, że ta śmierć nie była niczym. Rozglądał się po twarzach innych zdobionych przez czerwone od chłodu policzki, zapuchnięte od płaczu oczy oraz spojrzenia, które wbite były w płytę nagrobkową, a jednak wcale na nią nie patrzyły. Dla tych ludzi śmierć tych dwojga była niczym koniec świata. I świat musiał to rozumieć.
Miał wrażenie, że ktoś łapie go za serce i ściska za nie boleśnie. Niewidzialne ręce sięgały jednak nie tylko jego. Spojrzał na Justine będącą w towarzystwie osób, które znał. Spojrzał na Floreana i uniósł dłoń, by poklepać go po ramieniu, gdy ten znalazł się nieco bliżej. Widział, że cierpieli; cierpieli dużo bardziej od tych, którzy teraz leżeli martwi pod ziemią, którzy nie czuli już nic. I mieli cierpieć długo, jeszcze bardzo długo. Miał tylko nadzieję, że odchodząc z tego świata nie cierpieli tak bardzo jak wszyscy ludzie, którzy zebrali się tego dnia na cmentarzu próbując zrozumieć coś, co wcale nie było takie łatwe do zrozumienia - że już ich nigdy więcej nie zobaczą.
Chciał coś powiedzieć: emścimy się; odpłacimy im za to; ich śmierć nie pójdzie na marne. Nic jednak nie przeszło mu przez gardło, lecz pełne bólu spojrzenie rzucał w stronę Floreana, który zdawał się być z nimi dużo bliżej niż sam Alan. Jeszcze raz rozejrzał się po twarzach innych, kiwając w ich kierunku jeżeli ich spojrzenia się spotkały. Widział ból na ich twarzach, widział wszystkie oznaki straty. Widział twarze znajome, ale również nieznajome, lecz wszystkich łączyło to samo: ból. Prawie wszystkich. Dopiero po chwili dostrzegł stojącą na uboczu postać, której nijak nie mógł rozpoznać nie tylko przez oblicze skryte w cieniu, lecz również przez nieznajomość tej osoby. Bystry wzrok wyłapał spojrzenia rzucane mu przez Skamandera, a także wyraz twarzy Justine. Ale co to oznaczało? I dlaczego myśląc o tym czuł narastający niepokój?





There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Niewymowny
30
Czysta
Kawaler
Tańcz na me skinienie, rozświetl czernię nocy, rozgoń mroczne cienie, oświetl dorgi kręte, ciemne skrzyżowania, a pobocza wyrwij z nocy panowania.
25
20
0
0
0
45
5
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Kościół z cmentarzem   13.06.17 11:11

Z trudem przełamywał uciążliwe pragnienie podejścia bliżej, stanięcia nad wilgotnym, przepastnym dołem, w którym spoczął symbol po członkach Zakonu Feniksa, bowiem po szatańskiej pożodze fizycznie nic nie pozostało. Wciąż czuł gorąc liżących go płomieni; jego dłonie pokrywały świeże blizny, podobnie jak pierś i nim znikną miną tygodnie. Wierzył w specyfiki swojej uzdrowicielki, jej uzdolnione dłonie, które pozbawią go uciążliwego dyskomfortu, wszak ślady były mu obojętne. Nie miał też różdżki, z którą jak każdy prawdziwy czarodziej czuł się bezpieczniej. Odrzucił więc pokusę stanięcia ramię w ramię z aurorami i całą resztą potencjalnych członków parszywej organizacji, a także małą, spłoszoną Tonks. Jeszcze będzie miał okazję, by spojrzeć im w twarz i spytać, czy są w stanie wyobrazić płonących żywcem przyjaciół, których ostatnim pragnieniem było mordowanie siebie wzajemnie.
Przyglądał się Tonks, która powinna być już martwa. Miała zadziwiające szczęście, zdolność przetrwania, pomimo klątwy jaką na nią rzucił, pomimo ostatniego spotkania. Nie dawała się zabić, choć, prawdę mówiąc, jego starania były raczej niezobowiązującą rozrywką, nie celem samym w sobie. Dlatego nie czuł zawodu jej widokiem, wręcz przeciwnie. Kiedy ich spojrzenia się krzyżowały, miał tylko nadzieję, że nie pozostaje temu obojętna, że jego widok obudzi w niej najgorsze z możliwych emocji; mógł to być strach, lęk, a także nienawiść, obrzydzenie, niesmak. Jej wzrok poświadczał, iż się nie mylił, a krępe objęcie Skamandera dopełniało słodyczy całego obrazka. Miała swego protektora, świetnie. Można było upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. O, ironio.
Dostał to, na co liczył. Twarze żałobników zgromadzonych w kupie, blisko siebie. Sylwetki potencjalnych wrogów, osób być może ze sobą związanych w sposób, który najbardziej go interesował. Doszukiwał się gestów pomiędzy nimi, porozumiewawczych spojrzeń, ciepłych reakcji, pomocnych dłoni; bowiem mogło to zawęzić krąg poszukiwań. Być może w najmniej oczekiwanym momencie natchnie go, jego wewnętrzne oko otworzy się na zdarzenia, które jeszcze nie miały miejsca, a twarze zgromadzonych rozświetlą mu drogę interpretacji. Tego wieczora spojrzy w swe unikatowe lustro z nadzieją, że przyszłość przestanie być nieznana.
Poprawił kaptur na głowie, który nasunął się głębiej, kryjąc jego twarz w cieniu; nie dla anonimowości, a ochrony przed drażniącym go słońcem; ręce schował pod pelerynę i wycofał się spod wielkiego drzewa, aby w końcu wolnym, niespiesznym krokiem udać się w stronę bramy cmentarnej.
Pożegnanie przyjaciół zaliczył. Pozostał tylko zakup różdżki, więc udał się w tym celu do Ollivandera.


|zt dla mnie?





pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Powrót do góry Go down
Alan Bennett
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1283-alan-bennett https://www.morsmordre.net/t1333-poczta-alana https://www.morsmordre.net/t1336-alan-bennett#10315 https://www.morsmordre.net/f182-harley-street-11-3 https://www.morsmordre.net/t1511-alan-bennett
Uzdrowiciel - specjalista od chorób genetycznych
28 lat
Czysta
Kawaler
Mądrego los prowadzi, głupiego - popycha.
10
5
3
22
1
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kościół z cmentarzem   06.08.17 18:15

Ciężka atmosfera zdawała się być niemalże namacalna, jak gdyby ktoś mógł wyciągnąć nóż i pokroić ją na kawałeczki, podać na talerzu. Ciążyła mu na barkach i był całkowicie pewien, że nie tylko jemu. Wiedział jednak, doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że było to konieczne. Czasu nie mogli cofnąć, nikt nie mógł przywrócić życia tej dwójce ludzi, którzy dla jednych byli zupełnie obcymi, dla innych byli całym światem. Pożegnanie. To właśnie takie było prawdziwe znaczenie cichej, żałobnej uroczystości, która zebrała ich wszystkich na cmentarzu. Żegnali się z nimi po cichu, żegnali się z nimi poprzez kwiaty i pełne nostalgii i smutku myśli. On żegnał się z nimi, wyszukując w pamięci te niewiele wspomnień, w których pojawiały się ich twarze i uśmiechy. A jednak, jakieś były. Nie byli dla niego jedynie literkami wygrawerowanymi na szarym nagrobku. Byli kimś, kto pojawił się w jego życiu, więc nie byli nieistotnym, nieznajomym bytem.
Chciał obiecać sobie, im i wszystkim dookoła, że wspomnienie tej dwójki nie zatrze mu się w pamięci, że z biegiem lat ich śmierć i życie nie zostanie przekryte przez ważniejsze dla niego sprawy. Lecz nie mógł tego obiecać. Pamięć była ulotna jeszcze bardziej niż życie, które teraz wydawało mu się kruche niczym porcelana. Życie, które powinni cenić, dbać jak o najważniejszy skarb. Nikt nie mógł obiecać, że on czy ktokolwiek z zebranych tutaj dożyje do jutra. I teraz, gdy żegnali przyjaciół, którzy odeszli tak nagle - stało się to boleśnie oczywiste.
Jeszcze raz spojrzał na Florka z współczuciem i całą gamą innych, adekwatnych do sytuacji emocji. Nie zatrzymywał długo wzroku na jego twarzy, po raz ostatni przesuwając spojrzeniem po wszystkich zebranych, także po oddalającej się powoli postaci, która jeszcze chwilę wprowadzała nutkę mroku i niepokoju pomiędzy zebranych. Nie zastanawiał się nad tym. Nie miał na to ochoty, nie teraz, nie dzisiaj. Po prostu podszedł jeszcze raz do Floreana, rzucając ciche ,,Trzymaj się", po czym odwrócił się i skierował powolne kroki w stronę wyjścia z cmentarza. Nie chciał zakłócać żałoby tych, dla których Dorea i Charles byli najbliżsi.

zt





There are no escapes  There is no more world Gone are the days of mistakes There is  no more hope
Powrót do góry Go down
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
starszy auror
28
Czysta
Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
42
20
1
0
0
1
5
15
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kościół z cmentarzem   09.08.17 20:11

Niebo, chociaż zachmurzone, nie łkało deszczem. Gdzie burza, która miała runąć na ziemię? Gdzie szum, którym ukryć miał cmentarny jęk? I czemu krzyk rwał serca, zamykając usta w drążącej linii milczenia? Cisza była wręcz absurdalna, tak nierealnie różna od szalejącego smutku, głęboko ukrytego w otwartej ranie serca. Samotne sylwetki, chociaż stojące razem, spoglądając na ziemię i kilka wyrytych w kamieniu liter. Śmierć zbierała coraz liczniejsze żniwo wśród Zakonników, czy Los rzeczywiście był sprawiedliwy w zbieraniu okrutnej kary, czy uparł się na wybór ciemności?
Samuel patrzył w mrok, rzucał wyzwanie, a rękawica płynęła gdzieś obok, uderzając w tych, których..nie powinna? Jak pionki na tarczy szachowej, przewracane przez niewidzialną rękę wroga. A z pionków ciemności, jeden z nich, jak parszywy, tchórzliwy szczur chował się w cieniu. Obserwował, nawet nie troszcząc się o zachowanie jakichkolwiek ram niewidzialności. Czy chciał by go dostrzeżono, karmiąc się bólem, jak ghul martwym ciałem? I coś w porównaniu prawdziwego było. Tylko przeklęci pielęgnowali martwa zgniliznę w sobie, lgnęli do śmierci, do tego co pozostawiała po sobie. I chociaż tak potężni się czuli, wędrując w krok za śmiercią, chociaż zbierali żniwo, głos cichszy od szeptu mówił, że ciemność jest wierna tylko sobie, atakując tych co klękali pod jej czarnym butem.
I ty upadniesz Mulciber - nie musiał patrzeć, ale spojrzał, natrafiając na ukryte w mroku oblicze. Niewystarczająco, by zniknąć w cieniu, ale wciąż pogrążone w mroku. Miał ochotę zmieść chudą postać, złamać tak, jak łamie się suche gałęzie. Zamiast tego uniósł kącik ust - absurdalnie, nie pasując do obrazu smutku, który zalegał na dnie oczu.
Miał o kogo i dla kogo walczyć. A dopóki istniała nikła iskra nadziei i on nie mógł zniknąć. I nie mógł tez być samotny w swoim postanowieniu, w wartości, która powołała Zakon do życia. Sylwetki znajome i te mniej trwały obok, a Skamander czekał, obejmując ramieniem jasnowłosa ratowniczkę w jasnym pragnieniu opieki. Odpowiadał za nią, niezależnie od wiedzy, jak silna potrafiła być, silniejsza niż sama wierzyła, silniejsza niż myśleli wrogowie.
Czekał, aż nienawistna obecność zniknie, uciekając - Jeśli chcesz, możemy już iść - nachylił się, kierując słowa do obejmowanej kobiety. Ceremonia umilkła, zebrane sylwetki rozpraszały się, pozostawiając zaledwie kilka postaci stojących nieruchomo. Jak strażnicze anioły.






Cause I walk through the valley of the shadow of death

And I fear no evil because
I'm blind.

Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
25
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Kościół z cmentarzem   28.08.17 14:52

Jeszcze nie wiedziałam, jak podnieść się następnego dnia, jak dalej oddychać, skoro klatkę przyciska wielki i ciężki głaz. Ale musiałam się tego nauczyć. Nawet nie dla siebie, a dla wszystkich innych. Skryta w cieniu postać nie powinna była znaleźć tutaj dziś dla siebie miejsca. Nie tu, nie dziś, nie mogłam nic poradzić na mnogość uczuć, które roztoczyły się w moim ciele, które ogarniały mnie ciemnymi szponami rozlewając po organizmie negatywne uczucia niczym truciznę.
Ludzie powoli zaczynali się rozchodzić, ponurej ciszy w której zawierał się lament wszystkich obolałych serc, prawie nikt nie przerywał. Nie odwracałam się, nie szukałam go już wzorkiem, pozostając w objęciach w których dzisiaj po raz pierwszy było mi mniej wygodnie, ale które nadal, mimo wszystko uspokajały mnie. Przymykałam powieki starając się uspokoić, starając odsunąć od siebie myśli które toczyły się przez głowę trucizną, które sprawiały, że nie czułam się odpowiednia. Ciepły oddech zatańczył koło głowy wynurzając mnie z ciemnych myśli. Odsunęłam się lekko unosząc głowę. Spoglądając na niego ze swojego pułapu. Na poważną minę, uważne spojrzenie nadal przemykające po linii drzew pod którymi stał Mulciber. Na ciemne włosy okalające twarz. Uniosłam dłoń czując nagłą potrzebę poczucia pod palcami faktury krótkich włosów na brodzie.
- Jeszcze chwila.  – poprosiłam zabierając dłoń. Wymykając się z objęć obróciłam się w stronę grobu, nieświadomie kompletnie zerkając w stronę, w której widziałam jego. Spojrzenie prześlizgnęło się między drzewami nie dostrzegając nikogo. Musiał zniknąć. Po co się tutaj pojawił? Nie miał tu przyjaciół, wątpiłam by w ogóle jakichkolwiek posiadał. Ale wiedziałam, że niczego nie robił bezcelowo, nawet jeśli jego jedynym celem miała być rozrywka cudzym kosztem.
Pokręciłam lekko głową starając się wyrzucić go z myśli, nie powinien ich zajmować. Nie dzisiaj, zbliżyłam się do ostatniego posłania moich przyjaciół klękając przy nim, układając pośladki na stopach, wzdychając lekko, garbiąc ramiona i pochylając głowę. Uniosłam ją zaraz by przeczytać jeszcze raz słowa wyryte na kamieniu. Nie przejmowałam się tymi, którzy stali na około. Nie, bowiem oni rozumieli, oni też stracili dwie ważne dla siebie jednostki. Kilka łez wydobyło się z kącików oczy, nie rozszalały płacz, nie wstrząsający szloch, ciche łkanie strapionego serca. Nie unosiłam dłoni,  by je otrzeć, pozwalałam im płynąć.
- Dora, Charlus… - zaczęłam łamiącym się głosem, unosząc się trochę na kolanach, znów dotykając dłonią zimnego kamienia. – Nie mówię „żegnajcie”. – wyjaśniłam im cicho, jedna z łez spadła z policzka zdobiąc mokrą plamą kamień. Przymknęłam powieki, chcąc się uspokoić. Skupiłam się na cichym szumie drzew, na nieśmiałych promieniach słońca muskających skórę, paradoksalnie pogoda była piękna. – Mówię „do zobaczenia” – szepnęłam otwierając oczy, unosząc lekko kącik ust w smutnym ciężkim uśmiechu, zabrałam dłoń układając ją na nogach razem z drugą. Nie byłam pewna, czy jeśli ktoś nie zadecyduje za mnie, nie przesiedzę tutaj całej nocy.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
starszy auror
28
Czysta
Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
42
20
1
0
0
1
5
15
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kościół z cmentarzem   01.09.17 23:46

Czuł popiół w ustach. Gorzki, chrzęszczący pod zębami. Zupełnie jak w momencie, gdy dotarł na miejsce. Za późno. Pogorzelisko było wszystkim, co otrzymał, osłaniając twarz przed żywiołem pożogi, która pożerała jego przyjaciół. A teraz, ci sami, zmieszani z mokrym popiołem, trwali pod ciężkimi zwałami ziemi. Marny pył, który po nich został i wciąż żywe wspomnienie, których nie dało się rozdzielić. Do wielowarstwowej aury win, dotarła kolejna. Znowu nie zdążył, znowu pojawił się za późno o kilka ważnych chwil, które ukradł mu czas. Wyrzucenie z głowy obrazu ognia, który trawił zachłannie walące się fragmenty domu, tego samego, w którym go przyjęli. W tym samym, w którym witał małego Jamesa. Pozostały zgliszcza.
Rozejrzał się baczniej po pustoszejącym cmentarzu i coraz cichszych nagrobkach. Wzrok powędrował dalej, do miejsca, tak często odwiedzanego. Miejsca, którego teraz nie miał prawa bezcześcić. Rocznica była blisko, równając się z bólem, który miał eksplodować. Niewidoczny dla obcych oczu. Przestał wpatrywać się w cień pod drzewem, w którym nie było już zgnilizny w wersji Mulcibera. Kiedyś, po prostu go nie lubił. Dziś zmieniło się w rosnącą nienawiść. Tak wiele poszlak i żadnego dowodu, a jednak aurorska intuicja mówiła więcej. Gonił za nią czasem zbyt pochopnie, ale - znowu - nie miało to znaczenia teraz, pośród nagrobków. Wypuścił bez pospiechu kobietę, która zdawała się teraz bardziej być duchem, niż ciałem. Ile takich wędrowało pośród mgielnych pochówków?
Nie podążył za Just, przestępując tylko o krok, obserwując drgające, kobiece ramiona i ten dziwny moment upadku na kolana. Rozumiał po co, ale obraz malował się, jak pękniecie na lustrze. W milczeniu przysłuchiwał się słowom, wypowiadanym cicho, a mimo to słyszał dokładnie, jakby niesione wiatrem, który targał liśćmi na ziemi. W odległym zamyśleniu siegnał do kieszeni, natrafiając na gładką powierzchnię...wstążki. Zacisnął palce mocniej, wciągając cienką materię w barwie czerwieni. Ta sama, znajdowała się na dziecięcej miotełce, która podarował małemu Jamesowi. I tylko oni mogli zrozumieć gest, który wykonał.
Ciężko ruszył, równając się z klęczącą przy nagrobku Just. Nie patrzył na nią, upatrując w skale charakterystycznej wyrwy. W końcu kleknął na jedno kolano. Obok kwiatów i wieńców, które zaścielały miejsce wokół pochówku, znalazła się jedna, niemal pusta gałązka, przewiązana wstążką, czerwoną jak sama krew. Cichym zaklęciem przytwierdził tuż pod dwoma imionami i w tym samym milczeniu podniósł się - Chodź - wyciągnął dłoń, w której wcześniej trzymał gałązkę.






Cause I walk through the valley of the shadow of death

And I fear no evil because
I'm blind.

Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
25
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Kościół z cmentarzem   06.09.17 20:08

To wszystko było nie tak. Nie taka była pogoda, deszcze nie lał się strumieniami z nieba, a ja nie mogłam zrozumieć, czemu niebo nie płacze z tymi dwiema jednostkami? Nie tak był powód, który nas wszystkich tutaj sprowadził. Nie tak, bo przecież dopiero zaczynali życie. Dopiero się go uczyli, dopiero co przecież urodził im się syn.
Ramiona przygarbiły się gdy imię chłopca przebiegły przez moją głowę. Nie tak powinien zaczynać życie. Nie bez rodziców. Nie dlatego, że został z nich osierocony. Nie potrafiłam się podnieść, pół siedząc, pół klęcząc przed nagrobkiem wpatrywałam się w słowa wyryte na kamieniu nie potrafiąc ich do siebie przyswoić. Czując się dziwnie nierealnie, przecież ledwie kilka dni temu wychodziłam od Dorei po kubku parującej herbaty. Ledwie chwilę temu wszyscy byliśmy na chrzcinach małego Pottera. Pełno radości, nadziei, czując miłość rozgaszczającą się leniwie w ich domu. Miłość i szczęście.
Gdzie były teraz?
Rozsiane gdzieś na zgliszczach ich domu, po którym nie zostało nic poza popiołem. On sam stał się jedynie wspomnieniem, niczym więcej. Ruch obok mnie nie oderwał spojrzenia. Podświadomie czułam kto znajdował się obok, a dłoń układająca obwiązaną czerwoną wstążką gałązkę mogła należeć tylko do niego. Dłoń, która skierowała się w moją stronę. Dłoń, której nie potrafiłam odmówić. Skinęłam lekko głową, jednak zanim w końcu za nią złapałam musiało minąć niewiarygodnie wiele sekund. Jakby niepewna, czy powinnam opuszczać swój posterunek. Czy pozostawić ich samych. Złączonych na zawsze razem, nawet w obliczu śmierci. Uniosłam niebieskie tęczówki na twarz Samuela zawieszając je na nim. Dłoń skubnęła kciuka drugiej. Potem obie uniosły się, by założyć za uszy kosmyki włosów. Skinęłam głową raz jeszcze i w końcu moja dłoń powędrowała do tej wyciągniętej ku mnie. Ujęłam ją, pozwalając, by pomógł mi dźwignąć się na nogi. Spróbowałam się uśmiechnąć, ale wyszło to niemrawo, niczym odbycie w krzywym zwierciadle, więc odpuściłam. Odwróciłam wzrok jeszcze raz spoglądając na nadgarstek.
- Zostanę dzisiaj u ciebie. – nie, nie oznajmiałam. Prosiłam cicho, w oczach przesyłając prośbę. Wiedziałam, że sama, we własnym łóżku nawet z zapachem malinowej herbaty Margie nie uda mi się zasnąć. Dziś do snu mogły utulić tylko jego ramiona. I tylko one mogły mi odmówić.





I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
starszy auror
28
Czysta
Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
42
20
1
0
0
1
5
15
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Kościół z cmentarzem   12.09.17 20:54

Gorycz zalegała już nie tylko na języku. Ciężka do przełknięcia gula bez ustanku utrudniała wypowiedzenie kilku słów więcej. Ale milczał nie tylko dlatego. Każdy wyraz, który przychodził mu do głowy, wydawał się trywialny i zwyczajnie durny. Co miał niby równać się rangą ze śmiercią, która kruszyła w posadach i tak nadszarpniętą nadzieję? A ta, chociaż podobno - tak mawiają mugole - była matka głupców, oni - zakonnicy, nadal czepiali się tych rozsypanych fragmentów, na nowo zbierając (albo przynajmniej próbując).
Powinien czuć się bezsilny, powinny zalewać go fale nieutulonego gniewu i bólu, który zalegał i uderzał chaotycznym dzwonem w piersi. A w momencie, gdy szczur zniknął w ciemności, jedyne co szerzyło się gdzieś pod skórą - była pustka. Chłodne powietrze miało zapach popiołu i Samuel miał wrażenie, że za chwile ujrzy kolejna, gorejącą plamę na niebie, jakby niebo chciało mu bez końca przypominać winę, którą znowu popełnił. Pierwszy na scenie, gdy aktorzy już upadli. Pierwszy, by patrzeć na śmierć, za późno by samemu się z nią przywitać.
Okrutna.
Czy to nie on powinien zając ich miejsca? Los twardo omijał go , szarpiąc od czasu do czasu szponiastymi łapami, pokazując fragment ciemności, ale nim go pochłonąć miała w całości - znikała. Jaki był w tym cel? Ile win miał jeszcze nosić, nim sam pogrąży się pod ziemią, w zapomnieniu?
Nie patrzył na towarzyszącą mu sylwetkę długo, nim para jasnych, pogrążonych w smutku źrenic, utkwiła w jego twarzy. Odwrócił się powoli, łapiąc kontakt. Patrzyła na niepewną reakcję, na wahanie i ból, który powinien już się w błękitach nie mieścić. Powinien, a mimo to, całe pokłady błądziły w tęczówkach i nie znajdując ujścia, znikały gdzieś głębiej. Co z nim robiłaś Just?
W końcu pustka dłoni, zapełniła się, gdy drobna dłoń została zamknięta w uścisku. Podniósł ją do pionu, nawet jeśli sam czuł, że coś przeraźliwie ciężkiego gniecie mu barki. Nie mówił o tym nikomu, nawet gdy zdawało się, że zebrane brzemię, kiedyś po prostu runie, razem z nim. Nie miało być to dziś. Czy i kiedy - miał się dowiedzieć w przyszłości. Ciemniejszej i bardziej przerażającej, niż czarne przepowiednie, których słuchał będąc dzieckiem.
Kiwną głową na słowa kobiety, ale nadal milczał. Nie mówił też, że dziś nie planował spać. Sen był mu zabroniony. Nawet jeśli wolał witać senne koszmary nocy. Dziś miał czuwać. Tak jak wiele kolejnych nocy. Tak, jak wybrał, wędrując śnieżką aurora i zakonnika.

| zt x2






Cause I walk through the valley of the shadow of death

And I fear no evil because
I'm blind.

Powrót do góry Go down
 

Kościół z cmentarzem

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia :: Dolina Godryka-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18