Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Ulice
AutorWiadomość
Ulice [odnośnik]05.04.15 20:55
First topic message reminder :

Ulice

Dolina Godryka nie może poszczycić się dużą ilością ulic. Zaledwie jedno większe skrzyżowanie, kilka małych zaułków i jedna główna aleja przechodząca przez główny plac, łącząca wjazd i wyjazd z wioski. Wzdłuż niej, podobnie jak i przy innych, ciągną się rzędy domów, w większości zbudowanych z kamienia według starej mody. Stając na placyku i patrząc przed siebie można odnieść wrażenie, jakby cofnęło się o kilkaset lat. Na ulicach nie ma wielu samochodów, a od czasu do czasu potrafi pojawić się nawet wóz zaprzęgnięty w konie. Nocą nikłe światło dają elektryczne latarnie stylizowane na stare. Zaułki oddalające się jednak od głównej ulicy giną w mroku, który rozjaśnia jedynie odrobina blasku bijącego z okien stojących przy nich budynków.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Ulice - Page 13 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Re: Ulice [odnośnik]12.01.21 16:11
Kerry – głos Gwen załamał się ponownie, a na jej policzku pojawiły się pojedyncze łzy – masz rację, że nikt, to nie powinno się zdarzyć. Zdarzać. Gdziekolwiek, kiedykolwiek – powiedziała, szukając w głowie kolejnych słów pocieszenia, ale żadne kolejne nie przyszły jej do głowy. To chyba było wszystko, co miała w zanadrzu.
Bezsilność przerażała. Nie mogła nic zrobić, nie miała żadnego narzędzia, aby ją pocieszyć. Nie, dopóki sprawa Justine się nie zakończy. Gwen z całych sił chciała mieć pewność, że starsza siostra Kerstin już wkrótce będzie z nimi, cała i zdrowa, ale nie miała tej gwarancji. Nikt nie mógł jej mieć.  Chyba pozostało jej więc jedynie trwać u boku jasnowłosej, pozwalając jej wylać wszelki żal, smutek i złość, nawet jeśli w przypływie emocji postanowiłaby skierować je w jej stronę.
Shhh, nie bój się, nie mam zamiaru nic takiego robić, nie martw się – zapewniła, mając nadzieję, że jeśli uda jej się porozmawiać z Michaelem, będzie w stanie zrobić to tak taktownie, jak tylko potrafiła. – Czemu nie? – zmarszczyła brwi, zaskoczona.  – Przecież dopiero co u was byłam.
Odwróconym wzrok Kerstin był wyraźną podpowiedzią, że panna Tonks nie mówiła jej wszystkiego. Gwen poczuła się jeszcze bardziej zaniepokojona. Właściwie w ruchach pielęgniarki było coś podobnego do tego, jak zachowywał się Michael wtedy, na treningu, gdy nie chciał powiedzieć jej wszystkiego i…
Coś jeszcze się stało – stwierdziła, bardzo wyraźnie zaniepokojona.  – Ja…Kerry, jak nie chcesz mówić, to nie mów, ale może… może wtedy będę mogła jakoś pomóc? Wiesz, że ja… nie ważne, co się stało, nie powiem nikomu, obiecuje. – Nie miała zamiaru naciskać, ale przecież znała Kerstin na tyle, aby zauważyć tak wyraźne sygnały.
Malarce przeszło na myśl, że ma… że może mieć to jakiś związek z Michaelem. Wiedziała, że coś łączyło go z Hannah (nie wiedziała jednak dokładnie co, nie pamiętała wesela najlepiej). Poza tym Kerstin kładła za duży nacisk na to, że z jej bratem coś było nie tak.
Gdyby wiedzieli… ale „Prorok codzienny” jest w podziemiu i… nie stworzymy przecież legalnej gazety. Nie teraz. – Pokręciła głowa. – Nawet nas na to nie stać. A poczta pantoflowa nie jest w stanie dotrzeć do wszystkich, Kerry. Ja… nie wiem, jak moglibyśmy dotrzeć do wszystkich, nie stworzymy samodzielnie gazety czy rozgłośni radiowej. Co, mogłybyśmy nasyłać sowy na Londyn? – Machnęła ręką, w dalszym ciągu pozbawiona cienia nadziei na cokolwiek. Chwilę później ścisnęła ramię Kerry, chcąc dodać jej otuchy.


Przypominała sobie, że Jaskółka porównywała śnienie do ogrodu, mówiła, że można dzięki niemu choć na chwilę opuścić więzienie, naprawdę
poczuć niebo.
Gwendolyn Grey
Gwendolyn Grey
Zawód : malarka, ilustratorka "Czarownicy"
Wiek : 21
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Bo tylko tak idzie wytrzymać: śmiejąc się z ponurych zdarzeń. A im chętniej się mnożą, tym częściej należy się śmiać.
OPCM : 20
UROKI : 24
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
Za rogiem zawsze będzie czyhał jakiś nowy koszmar
Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t5715-gwendolyn-grey-budowa https://www.morsmordre.net/t5762-varda https://www.morsmordre.net/t5761-gwen-grey#135984 https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5764-skrytka-bankowa-nr-1412#135988 https://www.morsmordre.net/t5763-gwen-grey#135987

Powrót do góry Go down

Re: Ulice [odnośnik]12.01.21 16:13
W pewnym momencie zaczęły szlochać obie - jeżeli nawet Gwen nie pozwoliła sobie rozkleić się kompletnie, siedząc tak blisko, praktycznie podpierając się nawzajem ramionami, Kerstin musiała dostrzec połyskujące łzy w wielkich oczach przyjaciółki. Widok ten przyprawił młodą pielęgniarkę o dotkliwszy ból głowy, podsycony wyrzutami sumieniami. Myśląc logicznie, Gwen miała takie samo prawo jak wszyscy rozpaczać z powodu pojmania Justine, lecz Kerry zostawiła logikę porzuconą między deskami domowego tarasu i natychmiast uznała to za własną winę.
Z tego powodu pociągnęła nosem po raz ostatni, obiecując sobie w duchu, że skupi się teraz na rozmowie, na konkretnych informacjach, zamknie te rozsypane emocje przynajmniej do czasu drogi powrotnej na wybrzeże. Wyciągnęła dłoń i troskliwym gestem otarła piegowate policzki Gwen, usiadła bardziej prosto i mocno zacisnęła palce na połach własnej sukienki.
Dziewczyna zaoferowała jej już dość wsparcia, by zrzucać na nią więcej odpowiedzialności. Zdawała sobie z tego sprawę, nie chciała więc zachęcać jej do latania za zdesperowanym Michaelem, im dłużej jednak rozmawiały, tym jaśniej dostrzegała, że ona i tak nie odpuści, czegokolwiek by nie powiedziała. Mogła przynajmniej zadbać, aby pozostawała ostrożna.
- Na nasz dom nałożone są teraz zaklęcia ochronne. Nie wiem jakie, nie pamiętam. - Pokręciła głową, odwróciła wzrok ze wstydem. - Ale nikt tam nie może wejść, jeżeli nie zostanie zaproszony. Nie przeze mnie, oczywiście, ja nie mam mocy. - Nie mogła zaprosić do siebie już nikogo, ale nie złościła się z tego powodu, rozumiała konieczność bezpieczeństwa.
Wygięła usta w podkowę i zaczęła szurać pantoflami po piasku przy ławce, jak dziecko przyłapane na kłamstwie. W ostatnim czasie zatajanie czegokolwiek nie przychodziło jej prosto, a Gwendolyn i tak miała godne pozazdroszczenia wyczucie.
- Wiem, że nikomu nie powiesz. Ufam ci, naprawdę tak jest. - Złapała przyjaciółkę za dłoń. - Ale to nie chodzi tylko o mnie, ja nie chcę... opowiadać za innych ich własnych historii. - Zwłaszcza, że gdy Mike ścigał Hanię po domu w wilkołaczej formie, Kerstin tam nawet fizycznie nie było. - Jedyne, na czym mi zależy, to żebyś była ostrożna, kiedy będziesz rozmawiać z Michaelem na taki temat. Nie chcę cię straszyć, on by ci w życiu nie zrobił krzywdy! - Prawda? - Teraz jest po prostu... trudniej. Z nim również, zdarza się mu... no wiesz przecież. - Nie mogła wydusić z siebie słów, lecz nie chciała też, by Gwen zrozumiała to jakoś opatrznie. - Jeżeli jest bardzo zły albo smutny, nie zawsze panuje nad swoją chorobą - powiedziała wreszcie, bardzo, bardzo cicho, bo choć nie wspomniała jasno, o co chodzi, i tak obawiała się, że ktoś może ich podsłuchać.
Swój pomysł z propagowaniem pokoju od początku uznawała za nietrafiony, rzucony wyłącznie pod wpływem chwili, bo w tej obrzydliwej bezradności nie była w stanie wymyślić niczego innego, jak tonący brzytwy trzymała się więc prostych pomysłów. Nie spodziewała się nawet, że Gwen jakkolwiek na to odpowie, chyba, że w zamiarze sprowadzenia jej na ziemię.
Co zresztą zrobiła, choć jedynie częściowo.
- Masz na myśli sowy jak nalot, czy sowy... - Pokręciła głową, parsknęła niewesoło. - Chodzi ci o listy, oczywiście. Wiesz, to nie tak, że taki pomysł nigdy nie został zrealizowany. Jak była mugolska wojna, alianci zrzucali w Trzeciej Rzeszy ulotki na miasto... tylko że oni to robili z samolotów, a my nie mamy samolotów i żaden nie poleci nad Londynem. - Wbiła wzrok we własne dłonie. - I nie mamy tyle papieru... ani tyle sów - Wzruszyła ramieniem. Jeden Baron nie będzie w stanie niczego zdziałać, nawet gdyby pomogła mu sowa Gwen.




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 24 lata
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
For now
we are an unfinished story
waiting to be written
f o r n o w
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks

Powrót do góry Go down

Re: Ulice [odnośnik]12.01.21 16:14
Starała się oddychać spokojnie, aby być dla Kerry jak największym wsparciem. Nie miała zamiaru jej opuszczać ani pozwalać na choćby chwilę samotności, gdy przyjaciółka tego potrzebowała, toteż, nawet jeśli Tonks nie chciała jej zbyt angażować, nie miała na to większego wpływu. Panna Grey najzwyczajniej w świecie już była za bardzo zaangażowana.
Wiem, o czym mówisz – powiedziała, kiwając głową. – Michael jest strażnikiem tajemnicy, tak? – spytała tylko dla pewności. W końcu najstarszy z nich wszystkich i jeśli ktoś miał pełnić taki obowiązek to właśnie on. Poza tym, skoro tak, wystarczyło się go spytać, czy nie może jej wpuścić. Kerstin nie mogła przecież całych dni spędzać w pustym domu, a zdradzenie tajemnicy jej nie byłoby przecież żadnym niebezpieczeństwem.
Chciała wiedzieć. Nie dało się tego ukryć. Myślała, że Kerstin, jak większość dziewcząt w jej sytuacji, po prostu o wszystkim jej opowie i nie da się długo prosić, pozwalając, aby ciężar tego, co miało miejsce, rozłożył się też na inną osobę. Tak było łatwiej. Jasnowłosa pielęgniarka zaskoczyła jednak Gwen, która musiała przełknąć odmowę. Nie miała oczywiście zamiaru naciskać, rozumiała argumentacje, ale jednocześnie doskonale wiedziała, że o niebo łatwiej byłoby, gdyby... Zaraz.
Spojrzała na Kerstin oczami, w których błysnął strach.
Kerry? Czy on... czy on... ? – Nie miała zamiaru dokańczać. Przełknęła zalegającą ślinę: – Ja... potrzebujecie jakiś eliksirów? Mogę załatwić... coś na uspokojenie... dla niego i... ciebie też, jeśli potrzebujesz, ale nie wiem... nie wiem, czy na ciebie zadziałają – powiedziała, choć w głowie jednak tkwiło jej coś innego. Czy Michael mógł zaatakować Kerry? Czy mógł zrobić jej krzywdę? Na Merlina, oczywiście, że tak. A ona nie miała się jak bronić i...
To mogło skończyć się naprawdę tragicznie.
Odgoniła te myśli. Cokolwiek zaszło, Michael na pewno się opanował. Na pewno nie skrzywdziłby Kerstin. To dobry człowiek, a dobrzy ludzie nie robią takich rzeczy. Och, gdyby tam była mogłaby chociaż... właściwie co by mogła? Nie znała czarów uspokajających. Ale z drugiej strony w starciu z wilkołakiem to ona miała większe szanse. Mogłaby dać Tonks przynajmniej czas na ucieczkę. Czemy Hannah odeszła? Nie rozumiała, że w takiej sytuacji Kerstin szczególnie potrzebuje pomocy i ochrony. Poczuła nagłą irytacje na czarnowłosą czarownicę. Zostawiła ich. Porzuciła ludzi, którzy przyjęli ją pod własny dach. Och!
Pomysł z propagandą był jednak wcale nie mniej angażujący od wilkołaczej kwestii:
Słyszałam chyba o tym, ale byłam mała i... Kerry, jak nie mamy sów? Większość naszych przyjaciół ma. Pożyczymy, słyszysz? I są sowiarnie, z nich też weźmiemy ptaki – zaproponowała. – To będzie trudne, ale jak poprosimy kilka osób o pomoc to na pewno... jakoś to wymyślimy. I zorganizujemy.


Przypominała sobie, że Jaskółka porównywała śnienie do ogrodu, mówiła, że można dzięki niemu choć na chwilę opuścić więzienie, naprawdę
poczuć niebo.
Gwendolyn Grey
Gwendolyn Grey
Zawód : malarka, ilustratorka "Czarownicy"
Wiek : 21
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
Bo tylko tak idzie wytrzymać: śmiejąc się z ponurych zdarzeń. A im chętniej się mnożą, tym częściej należy się śmiać.
OPCM : 20
UROKI : 24
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica
Za rogiem zawsze będzie czyhał jakiś nowy koszmar
Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t5715-gwendolyn-grey-budowa https://www.morsmordre.net/t5762-varda https://www.morsmordre.net/t5761-gwen-grey#135984 https://www.morsmordre.net/f143-kornwalia-puddlemere-dwor-macmillanow https://www.morsmordre.net/t5764-skrytka-bankowa-nr-1412#135988 https://www.morsmordre.net/t5763-gwen-grey#135987

Powrót do góry Go down

Re: Ulice [odnośnik]12.01.21 16:18
Na upartego Gwendolyn mogłaby uznać, że Kerstin wymiguje się od odpowiedzi na zadawane pytania, lecz nie było w tym ani krzty braku zaufania lub chęci duszenia czegokolwiek w sobie. Wiele by dała, aby poczuć się dość swobodnie, by wygadać się ze wszystkiego co jej ciążyło i nie mieć później wyrzutów sumienia z powodu plotkarstwa - ale to nie było takie łatwe. Gdyby jeszcze te sekrety były niewielkie, niewinne, może wtedy przychodziłoby jej to łatwiej, ale sytuacja rozwijała się zbyt szybko, zbyt dramatycznie, aby dało się o tym opowiedzieć w prosty, jasny sposób, bez nieopatrznego wyrządzenia krzywdy. Trzymała się tego, co istotne, nie miała wystarczająco woli oraz sił, aby w tym momencie decydować, o czym słusznie byłoby powiedzieć, a o czym nie w porządku.
- Nie - mruknęła przez ściśnięte gardło, przesuwając podeszwami po kamykach przy ławce i osłaniając wrażliwe oczy przed wyglądającym zza chmur słońcem. Kiedy na rzęsach wciąż zalegały łzy, światło było jakieś bardziej drażniące. - Michael nie jest strażnikiem. Justine była... jest. - Przyłożyła dłoń do ust, żeby stłumić szloch. - Rozumiem tylko podstawy tego, jak to działa.
Bardzo szybko jednak pojawiła się okazja, aby skupić na czym innym - musiała uspokoić przyjaciółkę, bo już dostrzegała, że jej tłumaczenie nie wyszło tak zgrabnie, jakby sobie życzyła. Gwen zdawała się przerażona, co dla Kerstin stanowiło efekt odwrotny od zamierzonego.
- Nie, nie potrzebujemy. Tak myślę. Gwen, on... - Złapała ją za obie dłonie, ścisnęła mocno i pociągnęła na własne kolana. Musiały sobie spojrzeć w oczy, musiała jej uwierzyć. - Nic się nie stało, wszystko jest już dobrze. Michael nie zrobił nikomu krzywdy. - Ostatnie zdanie podkreśliła mocno, akcentując każdą zgłoskę. Od siebie by jeszcze dodała, że nie zrobił i nie zrobi, ale nie mogła w ten sposób usypiać czujności przyjaciółki. To, że sama wolałaby chyba umrzeć niż zwątpić we własnego brata, nie oznaczało, że Gwendolyn nie powinna zachować ostrożności; choćby częściowej. - Nie daj mu, proszę, poznać, że o tym mówiłam. Albo przynajmniej, że cię ostrzegłam. To nie tak, że to wielka tajemnica, ale... - Podrapała się z zażenowaniem po ramieniu. - Będzie mu przykro.
Spodziewała się, że spotkanie będzie dobiegało końca, wyrzuciła z siebie wszystko, co miała wyrzucić i po prawdzie czuła się już trochę zmęczona; ostatnio wcale nie wychodziła z domu, w niebywale krótkim czasie zdążyła odzwyczaić się od przebywania na zewnątrz. A może była to jedynie kwestia bezsenności? Gwen jednakowoż okazała się podejrzanie podekscytowana pomysłem o listach.
- Pożyczymy... od wszystkich? - bąknęła trochę niemądrze, na szybko próbując policzyć w głowie, ile by tego wyszło. Jakby zapytała w lecznicy, w Oazie, napisała do znajomych... och, ale to głupie, w jaki sposób by takie prośby uargumentowała, przecież chyba by zauważyli, że pożycza ich tak wiele? - Potrzebowałyśmy więcej ludzi, Gwen, we dwie wzbudzimy za wiele podejrzeń, tylko... co właściwie byśmy napisały w tym liście? I czy to jest bezpieczne? Ktokolwiek będzie chciał pomóc? - Miała wiele wątpliwości, lecz w oczach przyjaciółki już pojawiła się charakterystyczna iskierka. Kerstin natomiast odniosła wrażenie, że płomyk ten rzuca światło wprost na jej serce i przymusza je do szybszego bicia. A jeżeli znajdą się chętni?
- Myślę, że możemy to rozważyć. Ale na razie w tajemnicy, dobrze? Nie chcę, żeby Michael się dowiedział. - Czuła bowiem podświadomie, że brat nie byłby zadowolony z niczego, co obejmowałoby angaż jego najmłodszej siostry.

/zt x 2




The bees had declared a war, the sky wasn’t big enough for them all
Kerstin Tonks
Kerstin Tonks
Zawód : Pielęgniarka
Wiek : 24 lata
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Panna
For now
we are an unfinished story
waiting to be written
f o r n o w
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Charłak
please be brave
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t8101-kerstin-tonks https://www.morsmordre.net/t8192-parapetowa-skrzynka-pocztowa#235933 https://www.morsmordre.net/t8115-sister-kerstin#232161 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t8799-skrytka-bankowa-nr-1965#261717 https://www.morsmordre.net/t8213-kerstin-tonks

Powrót do góry Go down

Re: Ulice [odnośnik]16.01.21 12:01
|czerwiec-wrzesień

Słońce wisiało wysoko na niebie. Powietrze było suche, szorstkie. Ziemia od wielu dni nie miała okazji spijać deszczu więc każdy krok podnosił w powietrze tumany kurzu. Pył osadzał się na spodniach, drażnił nos. Koszula przyklejała się do spotniałego ciała. W myślach odliczał czas do zachodu słońca. Zielone oczy z ukrycia obserwowały budynek do którego godzinę temu wszedł Jorge. Miał go śledzić, obserwować zgodnie z wolą zleceniodawcy, który zgłosili się do Findlay, a która to wskazała mu, że za taką fatygę dostanie sykla lub dwa. Jeszcze rok temu trwonił pieniądze na drogie talizmany, zachciewajki. Tyle ile miał dziś zarobić wydawał na obiad na mieście, a teraz miała być to jego dniówka. Chociaż bardziej dwudniówka bo wczoraj również obserwował mężczyznę, który jednak zniknął mu z oczu. Nie nadążał za nim i by nie zostać odkrytym porzucił zadanie, a potem kolejnego dnia ponownie spróbował złapać kontakt z celem co się szczęśliwie udało. Tym razem nie zgubił go z oczu. Nie był metamorfomagiem, ani też animagiem, nie umiał się sprawnie i niezauważenie przemieszczać za celem w efekcie czego teraz robił nadgodziny. Mało ciekawe nadgodziny. Szczęśliwie mu to akurat nie przeszkadzało. Był cierpliwy, nie potrzebował nieustannie być w ruchu, potrafił usiedzieć w miejscu więc siedział, przez kolejne cztery godziny w niemalże pełnym słońcu obserwując budynek usytuowany przy ulicy Liliowej 54. Budynek opuścił dopiero pod wieczór i udał się do swojego domu świetlikiem. Mieszkał w innej miejscowości, w innym hrabstwie. Z tego co udało się Skamanderowi ustalić zaciągając dyskretnie języka, mieszkanie należało do starszej wdowy, której mąż zmarł gdzieś jeszcze podczas anomalii w trakcie załatwiania biznesowych interesów w stolicy. Była bardzo sytuowaną osobą. Może Jorge odwiedzał dotrzymywać starszej kobiecie towarzystwa? - pomyślał, jeszcze chwilę przed tym, jak zdawał sprawozdanie byłej wiedźmiej strażniczce by dowiedzieć się, że człowiek ten tak właściwie zajmował się uwodzeniem samotnych, bogatych wdów. Samo zaś zlecenie przyszło od innej już wiekowej oraz zazdrosnej czarownicy. Cóż... miał wrażenie, że bez tej wiedzy też potrafiłby przeżyć. Chociaż czy naprawdę robiło mu to różnicę do czego odnosiła się jego praca...? Ważne, że kilka srebrnych monet szemrało znów w mieszku, a on będzie miał za co zjeść. Jutro miał umówioną akcję w Londynie.

Ciężko było nie natknąć się na trupy. Zwłaszcza, kiery poruszało się ścieżkami, które były ryzykowne. Tymi, uczęszczanymi przez zbiegów, do których lgnęli również i strażnicy kuszeni wizją premii za złapanie kolejnych winnych. Ciała ofiar zwykle zalegały w rynsztokach, lub były wciśnięte między wąskie uliczki. Wysoka temperatura sprawiała, że odór rozkładu niósł się na wiele metrów w przód. Nim jeszcze dało spostrzec się ciało do uszu dochodził dźwięk namolnych much. Nocą znośniejszy niż za dnia. Skamander umiał już czytać podobne sygnały. Być może nie było to odpowiednie, właściwe, lecz nie omijał szerokim łukiem podobnych niespodzianek. Nieraz los mu dawał do zrozumienia, że należało z podobnych okazji korzystać. Przy niektórych martwych można było znaleźć czasem różdżki ułatwiające przemieszczanie się po Londynie, a jeszcze kiedy indziej mniej lub bardziej cięższe sakiewki. Ostatnimi czasy bardziej mniej, lecz to nie zaskakiwało. Anthony nie interesował się biżuterią. Jeszcze, kiedy nie zdawał sobie sprawy z tego, jak ciężko sprzedać takie rzeczy pozwalał sobie i na to, lecz teraz wiedział, że nie było to warte zachodu. Nie interesował się tymi najbardziej śmierdzącymi, najgłośniej brzęczącymi wiedząc, że ktoś już zdążył przed nim podjąć się szabrunku. Nie to było jednak jego głównym powodem zjawienia się. To był jedynie dodatek pomagający mu przetrwać codzienność. Szukał Dementorów, uciekających z Londynu, strażników z których mógł wydobyć informacje. Dlatego kiedy przemieszczał się dalej i kiedy natrafił na ślady walki prowadzące do na wpół zrujnowanego budynku nie zignorował tego. Poprawił chwyt na różdżce i ostrożnie zaczął przemieszczać się po ciemnym wnętrzu. Przyzwyczajające się do nowej ciemności oczy skanowały wnętrze, tak jak uszy wyczulały się na dźwięki. Jedynymi słyszalnymi były kroki aurora. Przynajmniej dopóki nie udało mu się dojść na półpiętro. Jeszcze na schodach znalazł martwego strażnika patrolu egzekucyjnego. Kiedy przykucnął dostrzegł ślady krwawych stóp na kolejnych stopniach. Te nie pasowały do taktycznego obuwia pracownika patrolu. To zaalarmowało wszystkie jego zmysły, każąc mu z jeszcze większą uwagą podążać za śladami prowadzącymi przez hol do zatrzaśniętych drzwi. Klamka również była obsmarowana na wpół zeschniętą krwią. Stojąc na przeciw wejścia wyinkantował niewerbalnie zaklęcie umożliwiające mu pogląd tego co znajdowało się po drugiej stronie drzwi. Dostrzegł kolejnego czarodzieja zapierającego się plecami o te. Siedział bezwładnie na podłodze. Gdy podszedł jeszcze bliżej to nie uszło jego uwadze, że spod progu wyciekała krew. Zaczął się już domyślać. Uchylił drzwi, a bezwładne ciało upadło martwo na posadzkę. Krew w kałuży zachlupotała. Czarodziej którego widział był ubrany w spanachane, mugolskie ubrania. Wtedy też w stan gotowości wprawił go niespodziewany dźwięk. Uniósł brwi wyżej. Postąpił kolejny krok wchodząc do łazienki - bo tym też było to pomieszczenie. Wypowiedział zaklęcie lumos by upewnić się, że widzi to co faktycznie widział. W wannie, skulony i zasmarkany leżał chłopiec. Rękami zaciskał uszy. Wyglądał tak, jakby znajdował się na granicy zmęczenia z histerycznego płaczu. Kiedy zauważył Anthonego był w jakimś apatycznym stanie - nie spłoszył się, a załkał głośniej. Poruszyły się jedynie jego źrenice.
- Zabiorę cię stąd - zapowiedział spokojnie biorąc na ręce chłopca w wieku siedmiu lub dziewięciu lat - Zamknij oczy - jeżeli ten chciał stawiać opór to nie miał siły. Anthonemu ciężko było również ocenić, czy zamierzał podążyć za jego nakazem. Byłoby dobrze, gdyby jednak darował sobie widok martwego, rozciągniętego po podłodze mężczyzny. Właściwie dwóch. Droga poza Londyn z takim niespodziewanym dodatkiem miała być trudniejsza. Nie marnując czasu ruszył wykorzystując ciemność wokół.

Skamander stronił od pomocy oferowanej od rodziny. Chodź coraz częściej zarobienie pieniędzy wiązało się z przełamywaniem kolejnych moralnych zasad tak niechętnie przychodziła mu myśl, że miałby otrzymać zapłatę od własnego ojca. Z jakiegoś powodu wydawało mu się to bardziej upokarzające niż klęczenie przed własnym wrogiem. Uległ jednak, kiedy po znajomości otrzymał propozycję by był ochroną. Chodziło o transport większego ładunku z jednego z przymorskich miast hrabstwa Lancastshire do siedziby Abbottów. Sieć Fiu w dalszym ciągu nie funkcjonowała należycie. Korzystano z siły pociągowej magicznych stworzeń. Taki transport nie był więc do końca bezpieczny, zwłaszcza, że musiał przelecieć nad nieprzychylnymi terenami. Polityka między szlachetnymi rodami się zaogniała. Wrogowie byli coraz bardziej jaskrawsi. Wszyscy byli podejrzliwsi, ostrożniejsi. Należało również wziąć pod uwagę zwykłych ludzi, którym coraz bardziej dokuczał głód, a więc i coraz częściej sięgali po rozwiązania, które do tej pory znajdowały się poza ich pojmowaniem. Granice wszystkich się przesuwały.
Anthony rozumiał zagrożenia i zgodził się przystać na proponowane warunki. Jeszcze przed świtem udał się w podniebną podróż w stronę portowego miasteczka w którym to doglądał z końskiego grzbietu, czujnym okiem całego przeładunku oraz okolicę w której doszukiwał się podejrzanych ruchów, zachowań. Być może jego krytyczne, aurorskie oko rozbiło to zbyt skrupulatnie, lecz niektórych nawyków nie dało się po prostu zignorować. Kilka inkantacji wykrywających dziwne niepożądane efekty nie wykryło jednak niczego. We względnym spokoju trzy powozy wzniosły się w powietrze. Poruszający się na grzbiecie niezaprzęgniętego eatonana, Anthony ze swobodą przelatywał to na przód, to zaraz cofał się do ostatniego w szyku powozu. Z wysokości spoglądał na ruch dziejący się pod nim, to nieraz koło niego w formie przelatujących na miotłach innych czarodziei. Ostatecznie wylądowali na ziemi, nieopodal samej posiadłości do której wszystko miało trafić. Czy tak będzie za każdym razem?


iustitias vestras iudicabo


Anthony Skamander
Anthony Skamander
Zawód : Rebeliant
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You don't need a weapon when you were born one
OPCM : 25
UROKI : 50
ALCHEMIA : 1
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t5456-budowa#124328 https://www.morsmordre.net/t5494-hrabina#125516 https://www.morsmordre.net/t5473-thony#124691 https://www.morsmordre.net/f256-bexley-high-street-27-4 https://www.morsmordre.net/t5495-skrytka-bankowa-nr-1354#125517 https://www.morsmordre.net/t5479-anthony-skamander#124933

Powrót do góry Go down

Re: Ulice [odnośnik]25.01.21 11:25
1.10.

Dobra, przyznaję - nie zdawałem sobie sprawy z tego, że jest tyle rzeczy do załatwienia przed ślubem Lexa... i że jest tak mało czasu. Sierpień minął nawet nie wiem kiedy, a we wrześniu był kocioł i... No zawaliłem, no. Obudziłem się z ręką nie powiem gdzie w PAŹDZIERNIKU. Za trochę ponad miesiąc miał się odbyć ślub, a ja byłem w czarnej dziurze nawet z wieczorem kawalerskim. Pierwszy raz miałem okazję być świadkiem podczas ceremonii przyjaciela... i właśnie docierało do mnie, że nawalę w pełnym zakresie.
Sklep spożywczy pani Spencer znajdował się naprzeciwko zrujnowanej kamienicy (która, jak powiedział mi Alex, wcale nie była zrujnowana, tylko zaczarowana i znajdował się w jej wnętrzu czarodziejski pub, niestety dla mnie niewidoczny). Właśnie bezskutecznie próbowałem wybłagać od właścicielki sklepu choćby kroplę alkoholu. Byłem tu już trzeci raz w przeciągu tygodnia dokładnie w tym samym celu i tym razem nawet nie wpuściła mnie do środka. To znaczy jak tylko mnie zobaczyła zmierzającego w stronę sklepu, stanęła na progu ze skrzyżowanymi rękami i kręciła powoli głową z miną mówiącą "od poprzedniej rozmowy nic się nie zmieniło".
- Nadal nic? Nie przywieźli? Na pewno? A może gdzieś by się znalazło...? Gdzieś w kącie magazynu? Wino. Zwykłe wino, przecież nie proszę o... - zacząłem, kiedy się przed nią zatrzymałem.  
Pokręciła głową.
- Butelkę. Jedną butelkę byle czego.
Znów pokręciła głową.
- Proszę się zlitować. A piwo? - znałem odpowiedź, a jednak nie dawałem za wygraną.
- A jakbym u pani pracował przez miesiąc? ...Przez pół roku? - podbiłem stawkę błagalnie.
- Nie wiem kiedy będzie kolejna dostawa alkoholu, kochaniutki, wszystko zostało wstrzymane. Mógłbyś i przez rok pracować, ale to nie sprawi, że trunki się tu w magiczny sposób pojawią.
Zupełnie odruchowo wzdrygnąłem się na sam dźwięk tego słowa.
- Ale gdyby jakimś cudem dostawa dotarła, to da mi pani znać? To sprawa najwyższej wagi. Naprawdę! Przyjaciel się żeni - ponowiłem prośbę.
- Tak, tak, słyszałam to już z dziesięć razy. Znam go bardzo dobrze, poskładał nogę mojemu synkowi. Jak coś się pojawi, to odłożę i dam znać... ale na twoim miejscu bym na to nie liczyła. Brakuje nawet zwykłych produktów, a co dopiero alkoholu...
- A w Rodway? Może tam by się coś znalazło? Cannington? - pytałem zdesperowany, ale właścicielka sklepu tylko kręciła głową jak sowa Alexa. Miałem wrażenie, że zaraz jej się ta głowa odkręci zupełnie, spadnie z szyi i potoczy po ulicy.
- To już by trzeba próbować w większych miastach. W Bridgwater może... albo w portach.
Zgarbiłem się jeszcze bardziej, ale pokiwałem głową wyraźnie niepocieszony.
No więc stało się tak jak mówiłem - byłem najgorszym drużbą wszechczasów. Zapowiedziałem, że jeszcze wrócę, po czym ruszyłem powoli z powrotem do Kurnika ze zwieszoną smętnie głową.
- Niech to czarna dziura pochłonie - mruknąłem pod nosem kopiąc jakiś kamyk na drodze, ot, dla rozładowania napełniającego mnie poczucia beznadziei i bezradności. Może faktycznie powinienem pojechać do Bridgwater? W takim dużym mieście na pewno nie kończy się tak szybko zapas alkoholu w sklepach... Urwę się z Lecznicy któregoś dnia i przetrząsnę całe miasto, słowo daję, całe Bridgwater w poszukiwaniu choć jednej butelki trunku. Już nawet nieważne jakiego.


Make love music
Not war.


Ostatnio zmieniony przez Louis Bott dnia 31.01.21 15:29, w całości zmieniany 1 raz
Louis Bott
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott

Powrót do góry Go down

Gramofon przygrywał o poranku najznamienitsze hity Celestyny, gdy młody Francuz wisiał w zastanowieniu nad stolikiem, wyciągając karty z zapytaniem o dzisiejszy dzień – nie tylko swój, ale i znajomych, których dane mu było poznać po pojawieniu się w malowniczej Dolinie Godryka. Padło Słońce – zapowiadało radosne chwile, przyjemnie spędzony czas, dobre nowiny, inspirację, szczęście, a to wszystko układało się w krętą, acz piękną ścieżkę dnia dla młodego Farleya. Później padła karta dla sąsiada Paź Monet – czyżby praca badawcza miała przynieść mu nową szansę? Julien wykładał, i wykładał, aż zdał sobie sprawę, że zapomniał o sobie, a przecież był ciekaw, co go dziś spotka. Przetasował karty i pozwolił, aby płomień świecy ogrzał talię, oczyszczającym blaskiem. Zapukał w rewers i… tasował. Przekładał. Dotykał uważnie każdej z kart, lecz te wydawały się unikać chęci przepowiedzenia czegokolwiek. Westchnął ciężko, mamrocząc coś pod nosem, aż nagle jednak z kart wypadła mu z rąk, lądując na obrusie, którego Julien wciąż nie ściągnął ze stołu, nie uprał, nie uprzątnął.
Karta Głupca, leżała samotnie pośród kilku zeschniętych kwiatów i kopcącej się białej szałwii. Młody de Lapin uśmiechnął się pod nosem, a potem dziarsko uprzątnął karty, dokonując wszelkich niezbędnych rytuałów. Wysuszone zioła, które wisiały nad kuchennym blatem, kruszyły się delikatnie na podłogę, gdy podmuchy wiatru prześlizgiwały się przez rozchylone okno, wtłaczając do wnętrza zapach jesieni. Kwiaty wysuszonej macierzanki opadły w końcu na rozczochraną czuprynę Juliena, gdy ten sięgał po jabłko, które dostał od jednego z sąsiadów na powitanie. Jako siostrzeniec Herdy, przysporzył sobie całkiem sporo sympatii okolicznych mieszkańców, choć niektórzy zdawali się krzywo spoglądać na jeego zbyt kolorowe ubrania. Zarzuciwszy na siebie płaszcz, obszyty wzorami w żółte kwiaty wybył w kierunku sklepu, czując wybitną potrzebę kupna octu spirytusowego.
Nucił pod nosem, rozglądając się po spokojnych widokach Doliny, która rok temu wyglądała… właściwie bardzo podobnie. Były to jednak na tyle odmienne krajobrazy, że Francuz czuł się za każdym razem jak na poetyckiej podróży, gdzie powinien czerpać inspiracje jak inni wspaniali twórcy, choćby Hugo, de Musset, Goethe… Westchnął lekko, zbiegając po zboczu prowadzącym do głównej drogi. Pokracznie przeskoczył rów z wodą, pełny po nocnej deszczówce, aż niemal wpadł w poślizg, który prawie skończył się pokaźną glebą. Na szczęście utrzymał równowagę, a jedynie kilka kur z pobliskiego gospodarstwa zagdakało prześmiewczo. 
Otrzepał się więc dziarsko z niczego i ruszył przed siebie, podśpiewując jedną z piosenek, które pochodziły z jego ukochanego kraju. - Non, rien de rien, non, je ne regrette rien-AUĆ! – kostka powędrowała do góry, gdy kamyk uderzył o nogę. Zielone spojrzenie prześledziło trajektorię lotu i spostrzegło pocieszną sylwetkę nowego przyjaciela, choć ten najpewniej jeszcze nie wiedział, że przyjaźń wisiała w powietrzu, tak dla Juliena był to ewidentny znak, który dziś wyczytał o poranku. – LOUIS! – zakrzyknął, nie wyzbywając się charakterystycznego francuskiego akcentu. Czasem nim się bawił, ot po prostu dla samej maniery. – Cóż to za agresja przelana na niewinny kamień, kruszynę pośród bezmiaru innych celów? – zagaił, znajdując się już dostatecznie blisko, aby nie krzyczeć. Zmarszczył brwi. - Alkoholu nadal brakuje? – zapytał już mniej teatralnie, zerkając na witrynę, a potem kojarząc porannego tarota. Podrzucał przez chwilę czerwonym jabłkiem, czekając na odpowiedź, aż w końcu wgryzł się w słodki owoc.


A on biegł wybrzeżami coraz innych światów. Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów
Julien de Lapin
Julien de Lapin
Zawód : poeta i wróżbita
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
je raisonne en baisers

OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t9230-julien-de-lapin#280581 https://www.morsmordre.net/t9250-walentyna https://www.morsmordre.net/t9252-wrozbita-julek https://www.morsmordre.net/f314-dolina-godryka-makowka https://www.morsmordre.net/t9251-skrytka-bankowa-nr-2157#281325 https://www.morsmordre.net/t9253-julien-de-lapin

Powrót do góry Go down

Szczerze mówiąc, po kopnięciu kamyka nawet nie popatrzyłem gdzie poleciał, skupiony na rozmyślaniu o podróży do Bridgwater. Kompletnie nie zwracałem uwagi na to, co działo się wokół i mógłby mi nawet meteoryt przelecieć nad głową i bym go nie zauważył. Nie zauważyłbym też naszego nowego sąsiada (a szkolnego przyjaciela Lexa), gdyby nie ten jego jęk. Na jego dźwięk wróciłem błyskawicznie na Ziemię i wreszcie ujrzałem... swoją ofiarę - dedukcja nie zajęła mi dużo czasu - przed chwilą kopnąłem ten nieszczęsny kamyk mniej więcej w jego stronę.
- Och, przepraszam, Julian, nie chciałem! - uczucie bezsilności, które jeszcze przed chwilą mnie ogarniało, w mgnieniu oka zostało zastąpione szczerym zaniepokojeniem. Przyspieszyłem kroku, by zmniejszyć dystans między nami.
- Nic ci nie jest? - zapytałem z przejęciem, jakbym co najmniej cisnął w niego głazem wielkości ludzkiej głowy, a nie przez przypadek ugodził kamykiem... ale w mojej ocenie na jedno wychodziło.
Piękne początki znajomości, nie ma co - kamieniowanie sąsiada.
Na szczęście Julian nie sprawiał wrażenia poważnie rannego - nie kulał (tak na moje oko) i mówił... w ten swój dziwaczny sposób. Już jak był w Kurniku pierwszy raz, to łapałem się na tym, że totalnie gubiłem wątek jak o czymś opowiadał. Początkowo zwalałem winę na ten jego francuski akcent, ale nie, to wcale nie chodziło o to. Julian czasami mówił jakby... wierszem. Miał bardzo poetyckie porównania i wplatał w zdania słowa, których według mnie w ogóle nie powinno tam być. W ten sposób z prostej (chyba) informacji tworzył się słowny supeł, w którym zwyczajnie się gubiłem i sam już nie wiedziałem czy nadal była mowa o kamyku... czy może już o czymś zupełnie innym. Tak jak teraz. Otworzyłem usta, jakbym chciał odpowiedzieć, ale zastygłem tak w bezruchu. Zawsze miałem problem z poezją... Francuz równie dobrze mógł do mnie mówić w swoim ojczystym języku - tyle samo bym z tego zrozumiał. Na szczęście zadał kolejne pytanie. Krótkie i proste.
- Tak, nie wiadomo kiedy i czy w ogóle będzie jakaś dostawa w najbliższym czasie - odparłem na nowo zmarkotniały. - Chyba będę musiał pojechać do Bridgwater, może tam by się coś znalazło - dodałem... po czym zmarszczyłem brwi właśnie zdając sobie z czegoś sprawę. SKĄD Julian w ogóle wiedział, że byłem w sklepie w sprawie alkoholu? Przecież sam dopiero zmierzał w tamtym kierunku, prawda? Więc... jak?
- Też polujesz na alkohol - bardziej stwierdziłem, niż zapytałem. To w końcu było jedyne racjonalne wytłumaczenie, prawda? Chociaż trochę mnie zaniepokoiło. Jak wiele osób oprócz mnie czai się na tą dostawę? A jak w końcu przybędzie, ale się spóźnię, bo wszyscy mieszkańcy Doliny rzucą się do sklepu? Niech to meteor...! Naprawdę muszę jechać do tego Bridgwater. Może tu mieszkają sami alkoholicy?


Make love music
Not war.


Ostatnio zmieniony przez Louis Bott dnia 31.01.21 15:32, w całości zmieniany 1 raz
Louis Bott
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott

Powrót do góry Go down

Re: Ulice [odnośnik]31.01.21 15:24
Były dwie możliwości na pociągnięcie tej sytuacji. A: odegranie teatru godnego paryskiej sceny, o tym, jakie cierpienie wywołało uderzenia, a później zanoszenie się śmiechem z braku własnego talentu. B: podejście do sprawy na poważnie i zapewnienie nowego znajomego o tym, że kamyczek był zaledwie frazesem w tym całym rozgardiaszu życia. Czasu było niewiele, a sekundy dzieliły od przeminięcia okazji. Julien miał tę dziwną tendencję, którą można czytać jako błogosławieństwo, ale również przekleństwo, przez którą nowo poznanych znajomych traktował jak dawnych przyjaciół. Może to była również wina tego, że przyjaciele Alexa byli jego przyjaciółmi? Sam nie wiedział, niemniej jednak zaraz potem dramatycznym tonem zaczął biadolić. – Och, nie! Och. Nie. Ma pięta Achillesa, skażona ciosem Parysa, kamiennym ciosem, rozpadnie się w pył. Biada mi – dramatyzował na środku ulicy, aż w końcu, zerknął rozbawiony na zatroskanego Louisa. Czy on tak na poważnie go o to pytał? Francuz poprawił płaszcz, a zaraz potem pokręcił kostką, upewniając się, że nic jej nie jest, gdyż może z pespektywy osoby trzeciej wyglądało to tragiczniej? Jednak żaden ból nie przeszywał ciała, ani nic nawet nie szczypało w miejscu uderzenia. – Jak widać, jestem zdrów – stwierdził, podciągając jeszcze na wszelki wypadek nogawkę luźnych, ciemnofioletowych spodni. Pomarańczowa skarpetka zamigotała wesoło, swą barwą poprawiając humor noszącemu. Również wtedy Julien zastanowił się, czy druga stopa była obleczona podobnym kolorem, bo coś mu mówiło, że zakładając buty, widział inny kolor. Ryzyk-fizyk. Podniósł drugą nogawkę, a tam żółta skarpeta przywitała go wesoło, na co zmarszczył lekko brwi. – Oszukałyście mnie, nierządnice – stwierdził cicho, a jego spojrzenie zdawało się mówić, że za ten ewenement „policzą się w domu”. Choć to i tak była jego wina, tak wolał udawać, że nie. Przecież skarpety same wskakiwały na stopy, prawda? Nie, ale to nieważne.    
Zdziwił go brak wytłumaczenia tej całej agresji, jednak również nie miał po co tego drążyć, skoro odpowiedź i tak zmierzała w jakimś kierunku. Tylko ta pauza wydawała się jakaś dziwna, kompletnie nie pasująca, a jednocześnie nadzwyczajnie odpowiednia. Paradoks? A może czysty nonsens myślowy. Na kolejne pytanie uzyskał odpowiedź, więc pokiwał głową, słuchając uważnie kolegi. – Hm… Daleko to Bridgwater*? – zapytał, akceptując całkowicie fakt, że w okolicznym sklepie nie było nic, co mogłoby się zdać na wesele. Na geografii się nie znał, ale mogli przecież wybrać się na wycieczkę, czyż nie o tym mówiła poranna karta? – Właściwie to na ocet… - wymamrotał, chociaż nad alkoholem też powinien się zastanowić. Ślub zbliżał się wielkimi krokami, a zapasy ubożały z dnia na dzień. Wojna już taka była – pamiętał, jak to było na kontynencie, gdy zawierucha skalała ukochaną Europę plamami krwi niewinnych. W tym wszystkim zawsze najbardziej cierpieli cywile, tylko po to, aby bufony wyżej mogły handlować złudnym poczuciem przewagi. Nie chciał o tym myśleć, nie teraz, czasem odnosił wrażenie, że tym przyciągał te najgorsze wizje – co rzecz jasna, było zaledwie wymysłem, te przychodziły po prostu w najmniej odpowiednich momentach. Poprawił płaszcz ponownie i przekrzywił lekko głowę. – W każdym razie, lecimy do Bridgwater? – zapytał nagle. – Na mej miotle wystarczy miejsca dla nas dwóch, tylko musimy po nią zajść do Makówki. 

| *Pamiętaj Luidżi zedytować też u siebie to miasto.


A on biegł wybrzeżami coraz innych światów. Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów
Julien de Lapin
Julien de Lapin
Zawód : poeta i wróżbita
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
je raisonne en baisers

OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t9230-julien-de-lapin#280581 https://www.morsmordre.net/t9250-walentyna https://www.morsmordre.net/t9252-wrozbita-julek https://www.morsmordre.net/f314-dolina-godryka-makowka https://www.morsmordre.net/t9251-skrytka-bankowa-nr-2157#281325 https://www.morsmordre.net/t9253-julien-de-lapin

Powrót do góry Go down

Re: Ulice [odnośnik]01.02.21 12:01
A może jednak Julianowi stała się krzywda? Pobladłem, kiedy zaczął tak jęczeć na środku ulicy i tym razem podbiegłem już do niego, żeby mu jakoś pomóc. Może trzeba go zabrać do Lecznicy?
- Julian, zaprowadzę cię do... - zacząłem zaniepokojony już na poważnie, kiedy chłopak po prostu... przestał. Poruszył nogą jak gdyby nigdy nic, a potem jeszcze podciągnął nogawkę - ani na jego kostce ani pomarańczowej skarpetce nie było śladu krwi (chwała Jowiszowi).
Julian najzwyczajniej w świecie sobie ze mnie zakpił! Spojrzałem na niego z dezaprobatą... a przynajmniej tak chciałem spojrzeć, ale wzbierające we mnie rozbawienie (które zostało spotęgowane różnokolorowymi skarpetami Julka) kompletnie zepsuło efekt. I w ostatecznym rozrachunku nie powstrzymałem tego cisnącego mi się na usta uśmiechu.
- Palant - mruknąłem, ale zupełnie po przyjacielsku, a nie w celu obrażenia Francuza. Pięknie! To ja się tu o niego martwię, a on się bawił moim kosztem, tak? Ale całe szczęście, że nic mu nie było, naprawdę mi ulżyło.
A czy do miasta było daleko? Potrzebowałem chwili, żeby się zastanowić.
- Raczej nie... - odparłem.
Właściwie to wszystko zależało od tego, co on uważał za "daleko".
- Jakieś pół godziny, może czterdzieści minut jazdy samochodem...? - oszacowałem szybko w myślach. - Problem w tym, że nie mam samochodu - przyznałem niechętnie.
O ile miałbym ułatwione życie, gdybym był posiadaczem nawet największego złomu w okolicy? Ech... Kiedyś się dorobię samochodu.
- Dziś już trochę za późno, ale w któryś dzień przejdę się na główną i spróbuję złapać stopa - dodałem. Jutro obiecałem, że pomogę w Lecznicy, więc odpadało... może pojutrze? To był jakiś plan. Z tych rozważań wyrwała mnie odpowiedź Juliana co do czekania na dostawę w sklepie. Czekał na ocet. Zmarszczyłem brwi. Jak to: na ocet?
- To skąd wiedziałeś, że... - zacząłem powoli, bo coś mi się tu bardzo nie zgadzało. Może Julian potrafił czytać w myślach? Spojrzałem na niego podejrzliwie. I już właściwie miałem się o to zapytać, kiedy wypalił z tym lotem do miasta.
- Co? - wyrwało mi się. Julian nie przestawał mnie zaskakiwać ani przez jedną minutę. Tym bardziej, kiedy zaczął mówić o swojej miotle. Może teraz też się zgrywał? Jak z tą kostką?
- Ale... ja... - bełkotałem pojedynczymi słowami.
Zaskoczył mnie, no. To nie moja wina!
- Mówisz serio, czy znów żartujesz? - wziąłem się w końcu w garść. - Bo wiesz, że ja nigdy... i nie wiem czy dałbym radę... - znów zacząłem przerywać jak zepsuty radioodbiornik. Niby widziałem Lexa na miotle i na jego widok nie spanikowałem, ale co innego jest widzieć, a co innego tego doświadczyć. I jasne, zawsze marzyłem o lataniu, nawet o tym śniłem, ale... ale co jeśli nagle dopadnie mnie atak paniki? Jak nie będę w stanie nad sobą zapanować i jeszcze obaj przez to spadniemy? W tej chwili chyba właśnie to budziło moje największe obawy - nie sam lot na miotle - to tam małe piwo. Tylko że mi odbije.


Make love music
Not war.
Louis Bott
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott

Powrót do góry Go down

Re: Ulice [odnośnik]01.02.21 18:58
Nie chciał nikomu sprawić przykrości swoim zachowaniem, a już na pewno nie Louisowi! Miał przecież specjalne względy jako jeden z dobrych znajomych Alexa. - Nie dąsaj się, przepraszam – rzucił rozbawiony, sprzedając lekkiego kuksańca Bottowi. Zaraz potem podrzucił jabłkiem i wgryzł się w jego drugą stronę, powoli przeżuwając każdy kęs. Owoc był słodki i soczysty, dokładnie taki jakie powinny być jabłka letnią porą, choć mieli już jesień daleko za pasem. Samo przezwisko zaś nie zrobiło na nim większego wrażenia, przecież nie prowadzili tu słownej bitwy, toteż zaledwie pokręcił głową, mrużąc lekko oczy, jak gdyby coś szykował, niemniej jednak żadnej niespodziewanej riposty nie było.
Raczej nie... Hm... – powtórzy cicho za brunetem, kiwając lekko głową. Julien kojarzył czym były samochody, niemniej jednak nigdy nie było mu dane przejechać się tym ustrojstwem. Właściwie wolał się do nich nie zbliżać, gdyż cały ten ryk, jakim się charakteryzowały, przyprawiał go odrobinę o ciarki. Bywało, że niektórzy obawiali się smoków, inni krzyczącej mandragory, a czarodzieje już tak mieli w zwyczaju, aby z rezerwą podchodzić do mugolskich wynalazków. Bynajmniej przez uprzedzenia rasowe, a raczej przez obawy przed tym co nieznane. Chociaż słyszał na przykład o Błędnym Rycerzu, gdy w zeszłym roku opowiadano mu o tym przedziwnym busie, który zbierał w sobie czarodziejów, mknąć przez ulice Londynu i okolic. Działał chyba na tej samej zasadzie co auta, lecz Julienowi niespieszno było testować tenże środek transportu.
Złapać stopa? Mówi się „stopę”, ale po co… – wyrwał się nagle z zamyślenia, zauważając błąd w wymowie. Chociaż to on w tej chwili wychodził na idiotę, który najwyraźniej nie słuchał ze zrozumieniem słów kolegi, wyrywając się myślami do miejsca, gdzie ciotka trzymała miotłę. – Chwileczkę. Nie. O czym prawiłeś? – zatrzymał się, gdyż wcześniej pocieszenie bujał się na boki. Choć właściwie to bujał w obłokach, więc potrzebował nieco czasu na przeanalizowanie wcześniejszych słów, wyławiając je ze studni wspomnień. - W sensie… chcesz stanąć przy ulicy w oczekiwaniu, aż litościwa dusza lub przebiegły potwór, zaprosi cię do swego wehikułu? – uniósł brwi, a gdy skończył zdanie, ugryzł czerwone jabłko ponownie. - Jesteś… szaleńcem Louisie Bott! – stwierdził w rozbawieniu. – Już pojmuję czemu przypadliście sobie z Alexem do gustu – zauważył pod nosem, bardziej już mamrocząc do siebie, niżeli rozmówcy.   
Ocet mógł poczekać, zresztą nawet nie wiedział, po co miał go kupować. Świtało mu coś o przemywaniu luster i okien roztworem octu i wody, a przecież przez te zakurzone okna na piętrze ciężko było jakkolwiek radować się widokiem majestatycznych krajobrazów doliny. Zresztą, chyba nawet Farley coś o tym wspominał, gdy marudził na ten cały bałagan. Sam Julien już nie wracał do tematu octu, ani skąd wiedział, że wizyta panicza Botta w sklepie, mogła wiązać się z alkoholem.
Reakcja Louisa nieco zbiła de Lapina z tropu, wszak przecież latanie na miotle było podstawą dla każdego czaro-… Och, racja. Ciężko było Francuzowi przywyknąć to tych wszystkich różnic – jak gdyby tych kulturowych było mało! – Oczywiście, że mówię poważnie – podkreślił, niemal wcinając się w zdanie, a potem rozchylił usta ze zdziwienia, nie bardzo wiedząc jak zareagować na to, co właśnie próbował wyartykułować znajomy. Czyżby Alex nigdy nie pokazał mu jak się lata na miotle? Jak wspaniałe to uczucie? Pozbawił go tak prozaicznego, a jednocześnie, cudownego doświadczenia? – Teraz to ty się zgrywasz! – stwierdził, przyglądając się bacznie ciepłemu i niewinnemu spojrzeniu Botta. – Nie… Nie wierzę! Je ne comprends pas – wzburzył się, wyrzucając ogryzek na bok w trawę. Zaraz potem w to miejsce sfrunął jakiś ptaszek, zupełnie jak gdyby czaił się na smakołyk.
Julien odchrząknął teatralnie, poprawił płaszcz, odrzucił włosy i był gotowy złożyć ofertę nie do odrzucenia. – Lousie Bott, pragnę zaoferować ci niepowtarzalną okazję doświadczenia, czym jest lot na miotle. Przyjmujesz propozycję? – zapytał wzniośle, wystawiając przed siebie dłoń, jak gdyby miałaby to być wiążąca na wieki umowa, której zawarcie odgrywali przed wielką widownią. Choć jedynymi widzami w tej chwili były gołębie siedzące na dachach, no… i może ta dziwna kobieta, łypiąca na nich zza firanki jednego z domostw. – I nie obawiaj się, będę cię trzymać – dodał nieco ciszej, pochylając się ciut do przodu z błyskiem w oku.


A on biegł wybrzeżami coraz innych światów. Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów
Julien de Lapin
Julien de Lapin
Zawód : poeta i wróżbita
Wiek : 22
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
je raisonne en baisers

OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 15
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t9230-julien-de-lapin#280581 https://www.morsmordre.net/t9250-walentyna https://www.morsmordre.net/t9252-wrozbita-julek https://www.morsmordre.net/f314-dolina-godryka-makowka https://www.morsmordre.net/t9251-skrytka-bankowa-nr-2157#281325 https://www.morsmordre.net/t9253-julien-de-lapin

Powrót do góry Go down

Nawet gdybym faktycznie się na niego boczył (a wcale tak nie było), to błyskawicznie by mnie zdołał udobruchać tymi swoimi przeprosinami. Uśmiechnąłem się już zupełnie szeroko i oddałem lekkie szturchnięcie. Chyba byliśmy kwita po tych wzajemnych przeprosinach, co?
Julian bardzo intensywnie zastanawiał się nad tym, co powiedziałem. Chyba nad tą odległością do Bridgwater, choć nie byłem pewny, a kiedy palnął z tą "stopą" nie powstrzymałem się i parsknąłem serdecznym śmiechem.
Moja wina! Oczywiście, że to była moja wina - wprowadziłem go w błąd. Po prostu czasami w towarzystwie cz-czarodziejów zapominałem się i mówiłem po swojemu.
- Wybacz - zreflektowałem się jednak szybko, choć wciąż trzymało mnie rozbawienie po wyobrażeniu sobie siebie stojącego przy głównej drodze prowadzącej do miasta i... trzymającego się za stopę. Na samą myśl nadal wzbierał we mnie śmiech.
- To był skrót myślowy, chodziło mi o autostop - wyjaśniłem, teraz już bardzo starając się wyrzucić z głowy tamten obraz zaszczepiony mi przez Juliana. Nawet się to udało, kiedy faktycznie porzuciliśmy temat stóp, a czarodziej zaskoczył mnie znajomością pojęcia autostopu.
- Tak, tak, dokładnie! - ucieszyłem się, kiedy powiedział dokładnie to, co sam mu jeszcze sekundę wcześniej chciałem wyjaśniać. Tak, chciałem stanąć przy głównej drodze i czekać na... Zaraz, co?
- Szaleńcem? - zdziwiłem się, kiedy właśnie w ten sposób mnie podsumował. - Czemu szaleńcem? Już tak podróżowałem nie raz, to nic strasznego, dużo ludzi tak robi jak nie ma swojego samochodu - dodałem w ramach wyjaśnienia. Wprawdzie zwykle jednak podróżowałem koleją, ale jak się spłukałem i nie miałem kasy na bilet, to właśnie łapałem stopa... i nigdy na żadnego "przebiegłego potwora" nie natrafiłem. Na całe moje szczęście najwyraźniej samochody nie były ulubionym środkiem transportu czarnoksiężników. Pewnie tak jak i Julian woleli miotły... i wcale się temu nie dziwiłem. Możliwość latania...! Tak po prostu! To... było... no, niesamowite! Wciąż pamiętam jak stryjek pierwszy raz pokazał mi magię (wtedy tak wspaniałą i niewinną) właśnie poprzez sprawienie, że uniosłem się w powietrze, to było nieziemskie...!
Ale od tamtego czasu wszystko się zmieniło. Stryjek nie żył, a kiedy ktoś korzystał przy mnie z różdżki...
Nieprzyjemny dreszcz przebiegł mi po plecach.
Nie, może teraz tak nie będzie! To tylko latająca miotła, prawda? Nic... strasznego...?
Patrzyłem na wybuch Juliana z mieszaniną rozbawienia i obaw, ale kiedy wyrzucił ogryzek i odchrząknął, a potem tak teatralnie i oficjalnie złożył mi tą propozycję... Och!
Gdzieś tam w głębi serca czaił mi się wciąż strach, czułem go - jakby był małym, drżącym zwierzątkiem schowanym właśnie gdzieś między żebrami. Teraz był niczym, panowałem nad nim, mogłem go ignorować... ale wiedziałem, że w mgnieniu oka może urosnąć i przejąć nade mną kontrolę, a ja nic nie będę mógł na to poradzić.
Pewnie powinienem odmówić, albo przynajmniej spytać Alexa czy to dobry pomysł. To by było rozsądne, a jednak wizja latania jak z tych wszystkich moich cudownych snów i wyciągnięta dłoń Juliana były tak kuszące...! Wahałem się jeszcze stojąc tak zawieszony w pełnej napięcia chwili walcząc między dziecięcym marzeniem a zdrowym rozsądkiem, ale wygrało to pierwsze. Wciąż niepewny uśmiech wypłynął mi na twarz, a ja energicznie złapałem za rękę Juliana i uścisnąłem ją pieczętując nasz los.
- Tak! - powiedziałem niemal śpiewnie, może nawet ciut za głośno z tych wszystkich emocji. Cieszyłem się jak dziecko, aż we mnie wrzało. Będę latać. Ja. Będę latać!
Na jego ciszej wymówione słowa parsknąłem tylko śmiechem. Będę latać!
To jest koszmarnie zły pomysł, Louis - szept w mojej głowie zaskakująco podobny do głosu Alexa, został w tej chwili kompletnie zagłuszony. BĘDĘ LATAĆ!

[ztx2]


Make love music
Not war.
Louis Bott
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott

Powrót do góry Go down

Re: Ulice [odnośnik]15.02.21 21:36
13.10

Za życia przywykł preferować spokój nad przygodę i uważał to za paskudną ironię, że dostał dokładnie to, o czym marzył, w momencie, w którym już wcale tego nie chciał. Ludzie to były dziwne istoty (teraz, kiedy nie był człowiekiem, miał prawo się tak o nich wyrażać, hipokryzja hipokryzją, ale z każdym rokiem czuł się z nimi coraz mniej związany). Nigdy nie zastanawiał się nad tym, jak wygląda śmierć oraz bytowanie po niej - spodziewał się nicości, kompletnej pustki, a przez to marnował dni i tygodnie na myśleniu o tym, czego nie ma, zamiast żyć po prostu chwilą. Nie miał najgorszego życia, najlepszego też nie. Na nic nie narzekał, właściwie to niewiele już czuł - może to kwestia bycia duchem, a może samotność uderzała mu do głowy, umysłu, duszy, czy czegokolwiek, co tam się jeszcze naiwnie trzymało świata.
Nie chciał popełniać tych samych błędów, dość czasu spędził chowając się po katakumbach, zbyt zszokowany, przerażony i w głębokiej depresji, aby próbować oglądać świat z powierzchni. Kto w ogóle ostrzega za życia, że duch może mieć depresję? Gdzie funkcjonował lekarz dla duszy? Ich wydział w Departamencie Kontroli jedyne, czego pilnował, to żeby nie przeszkadzali żywym. Mieli swoje priorytety, tak jakby ich trzydziestoletnie życie było ważniejsze od jego wieczności, no naprawdę. Egoiści z każdej strony. I okrutni do tego.
Ale miał to za sobą, osobowość miał silną, musiał się podnieść - nie miał wyjścia. Człowiek to jeszcze mógł czekać na to, aż wydarzy się coś wielkiego, odmieniającego los. Albo wręcz przeciwnie, oczekiwać śmierci. A Caleb co najwyżej rzucał w gorszych chwilach suche żarty sam do siebie; jeszcze jeden taki dzień i wezmę sznur i się...
Ta.
O niczym innym już teraz nie marzył jak tylko poczuć znowu pod bosymi stopami miękkość trawy, odetchnąć pełną piersią i napić się przedniej Ognistej, ale jak się nie ma, co się lubi, to się cieszy, tym co ma. Najważniejsza lekcja, szkoda, że nie zdążył nauczyć się jej wcześniej. Dolina Godryka zawsze była spokojna, swojska i piękna, ale nocą zmieniała się baśniowo w ostoję bezpieczeństwa każdej istoty, także ducha. Pod osłoną ciemności najchętniej wymykał się na spacery po ulicach, nie dlatego, że najtrudniej było go wtedy dostrzec (po prawdzie, słońce czyniło z półprzeźroczystości znacznie lepszy kamuflaż), ale z prostego faktu, że w okolicach pierwszej i drugiej nad ranem niemal każdy mieszkaniec dawno już spał. Jeżeli nawet przypadkiem natrafiłby na mugola, o tej porze śmiało mógł uznać Caleba za zwid. Zresztą, w ostatnim czasie kodeks tajności i tak nie miał większego znaczenia; ta paskudna wojna obdzierała ich kraj ze wszystkiego, co dawniej stanowiło o równowadze.
Co innego mógł robić duch, niż snuć się ponuro i rozmyślać nad cudzą moralnością? No, Caleb lubił jeszcze oglądać gwiazdy i przypominać sobie wycieczki na wzgórze niedaleko domu jego narzeczonej. Czasami, gdy zamykał oczy, miał wrażenie, że na ustach czuje jej ciepły oddech - z tym, że w rzeczywistości nie mógł poczuć nic poza eterycznym chłodem.
Ulice pozostawały puste, ale nie zrezygnował całkiem z ostrożności; znalazł ciemniejszy zaułek ze zdezelowaną ławką i udał, że na niej przysiada. Każdy ruch wykonywał ponad przestrzenią, niby będąc na ziemi, a jednak kompletnie gdzie indziej.
- W śmierć jak w sen odejść pragnę, znużony tym wszystkim: Tym, jak rzadko zasługę nagradza zapłata, Jak miernota się stroi i raduje zyskiem, Jak czystą ufność krzywdzi wiarołomstwo świata - wymamrotał do siebie (zwykle do siebie), wkładając sobie machinalnie kciuka w środek dłoni.
Gdzieś z lewej strony dobiegł go szelest. Uniósł głowę, ale niespiesznie. Czego, do cholery, miał się obawiać?
Przygotowywał się na szybkie kroki, może wrzask. Jeżeli będzie musiał, usunie się w cień. Następnego ranka nikt nie będzie o nim pamiętał.


Umrzeć, usnąć? Śnić może?
Bowiem sny owe, które mogą nadejść pośród snu śmierci, gdy już odrzucimy wrzawę śmiertelnych, budzą w nas wahanie, zmieniając życie w klęskę...
Caleb Macnair
Caleb Macnair
Zawód : Aktualnie bezrobotny
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
If anyone needs me,
I'll be in my grave
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Duch
deceased
Duchy
Duchy
https://www.morsmordre.net/t9272-caleb-macnair#282376 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9380-duch-z-doliny#284767 https://www.morsmordre.net/t407-kosciol-z-cmentarzem https://www.morsmordre.net/t9392-caleb-macnair#285075

Powrót do góry Go down

Re: Ulice [odnośnik]09.03.21 23:50
Nie znosił Doliny Godryka, pojawiając się w okolicy z czystego przymusu, jakim był każdorazowo dzień w którym postanawiał odwiedzić grób brata. Nadal żałował, że uszanował jego wolę i zagwarantował mu miejsce na cmentarzu pośród szlamu i pojedynczych czystokrwistych, którzy w sumie nie byli lepsi, skoro zechcieli tutaj spocząć. Calebowi było to obojętne, skoro nie żył, a on musiał kręcić się po Dolinie i dławić w sobie pogardę. Przynajmniej wcześniej, gdy u władzy były mniej rozgarnięte osoby, a Anglia uchodziła za bardziej tolerancyjną. Miło, że ten czas minął i nic nie wskazywało na to, aby miał powrócić. W sumie sam postanowił zaangażować się w spór, przyłożyć rękę do tego by kraj, którego nie znosił szedł ku lepszemu, bez mugoli panoszących się wokół lub co gorsze mieszających się z czarodziejami. Dziś zjawił się jednak w innym celu, to nie cmentarz miał odwiedzić, a jeden z domów. Nienawidził, gdy próbowano go oszukać, a granie na nerwach zawsze kończyło się tak samo. Przechodząc przez główną ulicę, nie wiedział czy powtórzy to, co uczynił parę lat temu, rozlewając krew zdrajcy, który omal nie załatwił mu pocałunku dementora. Tutaj wina była mniejsza, wybaczalna i jeśli się dogadają, istniała szansa, że obejdzie się bez krzywdy zostawiającej trwałe piętno.
Wsunął dłonie głębiej w kieszenie płaszcza, który otulając sylwetkę, zlewał jego postać z otoczeniem skąpanym w mroku nocy. Nie wnikał, dlaczego latarnie nie oświetlały okolicy, było mu to na rękę, gdy opuszczając dom, zostawiał za sobą kobiecy płacz i rzężący oddech mężczyzny, wydobywający się z trudem. Chyba wyrabiał w sobie jakieś nielogiczne i specyficzne pokłady litości, które dały o sobie znać, kiedy to nie judaszowiec, a pięści poszły w ruch. Powietrze przecinały przekleństwa, a nie czarnomagiczne inkantacje, wyrządzające więcej krzywdy. Czasami tego potrzebował, prymitywnej i prostej agresji, dającej upust emocją, które kotłując się, nie pomagały w skupieniu. Pokonując kolejną ulicę, wszedł w boczną, prowadzącą już ku stałemu punktowi. Skoro już tu był, mógł go odwiedzić, opaść na starą i poniszczoną ławeczkę, pochylić głowę, by ukryć zmęczenie, jakby nie chciał, aby Caleb to widział. Wcisnąć dłonie mocniej w kieszenie, skrywając pozdzierane kostki naznaczone krwią, uciekając przed pełnym dezaprobaty spojrzeniem. Wiedział, co powiedziałby w takim momencie, znał te wszystkie karcące kwestie na pamięć, pomimo upływu lat.
Zwolnił kroku, by zaraz przystanąć, gdy dobiegł go głos. Cichy, jakby przeznaczony jedynie dla osoby, która ów słowa wypowiadała, ale w ciszy nocy niósł się dalej, niż pewnie powinien. Jednak nie to było najgorsze, a znajoma barwa, charakterystyczne tony i specyficzne akcentowanie głosek. Wyrwał się z bezruchu, uświadamiając, że na moment wstrzymał oddech. Podszedł powoli bliżej z nieufnością, zamykając palce na judaszowcu na wszelki wypadek. Skupił spojrzenie na postaci, która majaczyła przed nim, wpół niematerialna albo może w ogóle? Czuł się skołowany, zaniepokojony, bo wiedział dobrze kogo ma przed sobą, nawet jeśli rozsądek temu przeczył. Nigdy nie słyszał, aby ktoś powrócił jako duch po spotkaniu z dementorem, chociaż nigdy też nie interesował się tym przesadnie.- Caleb.- szepnął, głos mu zadrżał, co z kolei wywołało ciche przekleństwo, jakie rzucił pod nosem.- To niemożliwe.- dodał równie cicho, zmniejszając nadal dystans między nimi. Poczuł się obdarty z całej pewności siebie, całej arogancji, jaką potrafił okazać w sytuacjach niekomfortowych. Teraz tego nie było, czegoś brakowało albo może było za dużo? Widział przecież brata.- Jak… od kiedy? – wyciągnął rękę z kieszeni, wyciągając w kierunku ducha, chcąc go dotknąć, chociaż miał świadomość, że palce nie zatrzymają się na niczym materialnym. Zignorował teraz fakt, że dłonie noszą ślady tego, co zrobił kilka minut temu, połamanego nosa, pękniętych żeber i tego, co jeszcze mógł uszkodzić, uderzając z odpowiednią siłą.


W głębokich dolinach zbiera się cień.
Ma barwę nocy…
lecz pachnie jak krew

Cillian Macnair
Cillian Macnair
Zawód : Łowca magicznych stworzeń, szmugler
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Krok wstecz to nie zmiana.
Krok wstecz to krok wstecz
OPCM : 20
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 11
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Zwierzęcousty

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8529-cillian-macnair https://www.morsmordre.net/t8563-dante#249835 https://www.morsmordre.net/t8556-cill https://www.morsmordre.net/f199-gloucestershire-okolice-cranham https://www.morsmordre.net/t8564-skrytka-bankowa-nr-2018#249854 https://www.morsmordre.net/t8557-cillian-macnair

Powrót do góry Go down

Re: Ulice [odnośnik]13.03.21 15:34
Nie tak wyobrażał sobie ten dzień. Choć brakowało mu odwagi, by którykolwiek plan wprowadzić w życie, żaden nie był temu nawet bliski. Na samym początku, kiedy dopiero zaczynał byt istoty nieśmiertelnej, zdawało mu się, że od tej całej wściekłości i żalu wybuchnie wreszcie potokiem emocji, dopadnie Cilliana w jakimś ciemnym zaułku i opęta go, żeby wbić mu prosto do głowy, że jest złym człowiekiem i jeżeli tego nie zmieni, czeka na niego tylko bolesna zagłada. Rozumiał potrzebę zemsty, tyle jeszcze mieli wspólnego, ale dlaczego, och dlaczego musiał się tam wtedy znaleźć? Poszedł za nim wyłącznie po to, aby się upewnić, że jest bezpieczny. Na całe szczęście nie dał się nakryć. Nie wiedział, co mógłby powiedzieć. Na pewno nic, co nie wpłynęłoby druzgocąco na ich więź. Przestraszył się, nie wytrwał do końca, lecz zobaczył dość. Nie chodziło nawet o wybór tortur, jakimi jego starszy brat uraczył zdrajcę i jego rodzinę (niewinną, niewinną kobietę). Nie to go przeraziło, tylko wyraz znajomej twarzy, ten śmiech podszyty histerią, sadystyczna uciecha. Cillian zawsze był agresywny i miał trochę nie po kolei w głowie, ale nie był taki. A może po prostu wcale się nie znali. Nie wiedział.
I zaszył się, ponieważ nie chciał wiedzieć. Złość z czasem zelżała, pozostawiając wyłącznie tępy żal i niepokój. Mijały lata, a on nadal unikał spotkania z bratem, mimo świadomości, że żywi ludzie wciąż się starzeją. Tworzył w wyobraźni nieprawdopodobne scenariusze, gdzie spotykają się przypadkiem nad jeziorem w Dolinie Godryka, w słońcu - nie ma żadnej wojny, a Cillian jest szczęśliwym mężem i ojcem i przeprasza go za tamtą sytuację. Śmierć Caleba załamała go psychicznie, ale już się pozbierał, to była tylko miłość rodzinna, nic ponadto. Żałuje i będzie żałował do końca życia. Tak to sobie wyobrażał, a myśli te poprawiały mu nastrój. A jednak rzadko pojawiał się nad jeziorem, wcale na brata nie czekał - bo podświadomie zdawał sobie przecież doskonale sprawę z tego, że Cillian nie żałuje i żałować nie będzie. Nie miał tego nigdy w naturze. Takie rzeczy się nie zmieniały.
Może dobrze, że stało się to tak nagle - że zdążył się już zdradzić i nie miał drogi ucieczki z tej sytuacji. Nie wiedział, co Cill do cholery robił o tej godzinie w Dolinie Godryka; może znów chciał odwiedzić jego grób, tym razem licząc, że nie siedzi przy nim żadna zbłąkana dziewczyna? Przez dłuższy moment patrzyli sobie nawzajem w oczy, oglądali na nowo identyczne twarze. No, Caleb wyglądał nieco młodziej, jego włosy były gładziej przyczesane, broda skromniejsza. Słyszał szeptem wypowiedziane imię, ale sam mógł tylko nieruchomo siedzieć. Gdyby wciąż żył, pewnie wstrzymałby oddech.
- Cillian - szepnął wreszcie, a od wzbierających emocji zaczęło nim wstrząsać i miał wrażenie, że temperatura w zaułku jeszcze bardziej spadła. Czy mógł w ogóle płakać? Nie próbował, nie miał okazji. - Co...? - Ta sytuacja była zbyt abstrakcyjna, by dało się ją objąć rozumem.
Cały spokój i wzruszenie jednak diabli wzięli, kiedy spojrzał niżej i zauważył posiniałe kostki zlepione krwią, odpryski posoki na rękawach i koszuli. Nie był ranny, oczywiście, że nie. Ktoś inny był. Tutaj, w jego Dolinie.
I nagle znów czuł wyłącznie chłód.
- Kto to był? - zapytał powoli, nie odpowiadając na pytanie brata i obserwując jak pokrwawiona dłoń zbliża się w jego kierunku. Uchyliłby się, gdyby miał ciało; teraz nie musiał obawiać się, że zabrudzi się czyimś cierpieniem. - Nie żyje? - ciągnął. - Jaki miałeś powód? - obnażył zęby w wyrazie pośrednim między złością a rozpaczą. - Nic ci nie powiem, dopóki ty mi nie powiesz. Nie próbuj kłamać. - Znali się przecież, lepiej niż ktokolwiek. Zawsze.


Umrzeć, usnąć? Śnić może?
Bowiem sny owe, które mogą nadejść pośród snu śmierci, gdy już odrzucimy wrzawę śmiertelnych, budzą w nas wahanie, zmieniając życie w klęskę...
Caleb Macnair
Caleb Macnair
Zawód : Aktualnie bezrobotny
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
If anyone needs me,
I'll be in my grave
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Duch
deceased
Duchy
Duchy
https://www.morsmordre.net/t9272-caleb-macnair#282376 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t9380-duch-z-doliny#284767 https://www.morsmordre.net/t407-kosciol-z-cmentarzem https://www.morsmordre.net/t9392-caleb-macnair#285075

Powrót do góry Go down

Strona 13 z 15 Previous  1 ... 8 ... 12, 13, 14, 15  Next

Ulice

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach